
Elena
W milczeniu odprowadziła
Miriam wzrokiem. Wciąż czuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją
czymś ciężkim po głowie – zbytnio oszołomiona zarówno tym, co wydarzyło się w związku
z Jane, jak i wszystkim tym, co nastąpiło później. Jakby tego było mało,
nie mogła ot tak wyrzucić z głowy słów Miry, do pewnego stopnia świadoma,
że kobieta miała rację. Co więcej, chyba naprawdę zaczynała wzbudzać w Elenie
poczucie winy względem Rafaela, a to… Cóż, zdecydowanie nie było tym,
czego w obecnej sytuacji chciała.
Przestała o tym
myśleć, wręcz zmuszając do tego, by odciąć się od niechcianych kwestii. Mira
zniknęła, ale to niczego nie zmieniało, zwłaszcza że dla odmiany Elena była
świadoma obecności uważnie obserwującego ją Aldero. Z wolna odwróciła się w stronę
kuzyna, spoglądając na niego z wahaniem i próbując ukryć to, że
wszystko w niej aż rwało się do tego, by rzucić mu się do gardła.
Wiedziała, że nie powinna tego robić, nawet jeśli sam zainteresowany nie miał
nic przeciwko, raz po raz powtarzając, że mogła na niego liczyć.
Kiedyś to
byłoby naturalne. Teraz niezmiennie miała poczucie, że postępowała w sposób
co najmniej niewłaściwy, chociaż przecież tak nie było. Chciała przynajmniej
udawać, że jej relacje z Aldero wróciły do normy, ale…
– Znowu? –
usłyszała i to wystarczyło, by uświadomić jej, że od dłuższej chwili
tkwiła w miejscu, wciąż trzymając się za szyję.
– Nie
przejmuj się – mruknęła, natychmiast opuszczając rękę. Wyprostowała się niczym
struna, bezskutecznie próbując udawać, że tak naprawdę nie działo się nic
wartego uwagi. – To po prostu… nadmiar wrażeń. Chyba sam rozumiesz.
– Aż za
dobrze – stwierdził, ale nie brzmiał na przekonanego. Co więcej, wciąż ją
obserwował, po chwili wahania decydując się przesunąć bliżej. – Hej, sama po
mnie zadzwoniłaś. Jeśli mnie potrzebujesz, po prostu powiedz, kuzyneczko.
Nerwowo
przeczesała jasne włosy palcami, chcąc zająć czymś ręce. Miała problem z tym,
by w ogóle ustać w miejscu, a co dopiero jednak zdecydować się
przenieść wzrok na wampira. Wpatrywał się w nią w sposób, który
jednoznacznie sugerował, że się martwił. W przypadku Aldero to mimo
wszystko była rzadkość, chociaż być może lepszym stwierdzeniem pozostawało to,
że mało kiedy okazywał skrajne emocje, w zamian woląc żartować, by
rozładować atmosferę. Tym razem tego nie robił, ale była mu za to wdzięczna,
zdecydowanie nie mając cierpliwości do wysłuchiwania jakichkolwiek żartów czy
marnego pocieszania.
–
Zadzwoniłam – przyznała i zawahała się na dłuższą chwilę. – Zadzwoniłam,
bo…
Wampir
uniósł brwi, wyraźnie rozdrażniony tym, że znów urwała.
– Dlaczego?
Elena
jedynie potrząsnęła głową.
– Bo
zostałam sama z czymś, czego nie rozumiem. Powiedziałeś mi, że chcesz być
tego częścią, więc…
– Bo tak
jest – zapewnił pośpiesznie. – Miriam radzi sobie z pocieszaniem jeszcze
gorzej ode mnie, a to już coś… O ile, oczywiście, miała w planach
kogokolwiek pocieszać.
– Szczerze
wątpię – stwierdziła zgodnie z prawdą Elena.
Aldero
jedynie wywrócił oczami, ostatecznie jednak zdecydował się na milczenie. Kiedyś
cisza w jego towarzystwie byłaby czymś nie do pomyślenia, ale starała się o tym
nie myśleć, w zamian raz po raz przekonując samą siebie, że zadręczanie
się czymś, na co tak czy inaczej nie miała wpływu, było pozbawione sensu. Inna
sprawa, że wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że zarówno Aldero, jak i Miriam,
zachowywali się dziwnie – i że umknęło jej coś istotnego.
– Cóż… Może
masz rację. – Al zawahał się na dłuższą chwilę. – Ale w tej sytuacji tym
bardziej powinnaś zdać się na mnie. To pewnie zabrzmi słabo, ale jestem w stanie
sobie wyobrazić, jak się teraz czujesz?
– Doprawy?
– mruknęła, nawet nie kryjąc tego, że podchodziła do jego słów ze sporą dozą
rezerwy.
Wampir
wzruszył ramionami.
– Nie
widziałem tego, co zrobiłaś – przyznał zgodnie z prawdą. – Ale – podjął z naciskiem
– jestem telepatą. Panowanie nad mocą nigdy nie przychodzi ot tak, więc dobrze
wiedziałem, co ci radzę.
Westchnęła
cicho, chcąc nie chcąc przyznając mu rację. Może faktycznie rozumiał, na
dodatek mając większe doświadczenie w panowaniu nad jakimkolwiek darem.
Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się rozbita, bezskutecznie próbując
zrozumieć swoją nową naturę, podczas gdy nawet nie pojmowała zasady działania
tego, że mogłaby być uwodzicielką. Nie miała nawet pewności, czy przypadkiem
nieświadomie nie czarowała Aldero, ale zdecydowała się milczeć, woląc niczego
mu nie sugerować. Już raz to zrobiła i omal jej nie rozniósł,
jednoznacznie dając Elenie do zrozumienia, że uczucia, którymi ją darzył, były
szczere.
Cóż, jeśli
tak, wcale nie czuła się z tym lepiej. Chociaż w jakimś stopniu
satysfakcjonowała ją myśl, że jednak istniały osoby, które kochały ją dlatego,
że tego chciały, jednocześnie wiedziała, że to wszystko komplikowało. Co prawda
Aldero się starał i była mu za to wdzięczna, ale…
– O czymkolwiek
teraz myślisz, przestań – usłyszała i aż się wzdrygnęła, chcąc nie chcąc
przenosząc wzrok na wpatrzonego w nią wampira.
– Ja wcale
nie…
Urwała,
kiedy bez ostrzeżenia ruszył w jej stronę. W pierwszym odruchu chciała
się odsunąć, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że to i tak nie
miało sensu.
– Chodź
tutaj – rzucił zdecydowanym tonem Aldero. – Jeśli potrzebujesz krwi, bierz.
Zrozum, że nie mam nic przeciwko.
Mogła się z nim
kłócić, ale dobrze wiedziała, że to nie ma sensu. Co więcej, jakaś jej cząstka
wcale nie chciała się opierać, podekscytowana perspektywą napicia się krwi.
Jasne, ta wampirza nie była nawet w połowie tak wyjątkowa, jak ta, która
krążyła w żyłach Rafaela, ale jak się nie ma, co się lubi…
Elena
przestała zastanawiać się nad czymkolwiek, w zamian w pośpiechu
doskakując do kuzyna. Pozwoliła, żeby ją objął, zwłaszcza że w jego
ruchach nie było niczego, co świadczyłoby o tym, że miał względem niej
niewłaściwe zamiary. Przynajmniej ona niczego takiego nie zarejestrowała, w efekcie
już chwilę później koncentrując się na gardle wampira i tym, by w ułamek
sekundy później z zadziwiającą wręcz wprawą wgryźć się w najdogodniejsze
miejsce. Nie pierwszy raz nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak
bardzo przyjemnym doświadczeniem mogło być picie krwi, nie wspominając o natężeniu
targającego ją pragnienia. W efekcie aż jęknęła, przez pierwszych kilka
sekund wręcz oszołomiona słodyczą i ciepłem, które jak na zawołanie
rozeszło się po całym jej ciele.
Zamknęła
oczy, koncentrując się na piciu. Przynajmniej przez chwilę tego dnia pozwoliła
sobie na to, by nie myśleć.

Jane
Nie zawahała się przed
wejściem do wyniszczonego, od dawna opustoszałego budynku. Przynajmniej na
pierwszy rzut oka przybytek sprawiał wrażenie miejsca, którego nikt nie
odwiedzał od co najmniej kilku lat, o ile nie dłużej. Łuszcząca się farba,
wybite okna i zewnętrzny wygląd, który odstraszał wszystkich wokół, na
dodatek łącznie z bezdomnymi, choć to drugie mogło mieć związek z obecnością
kogoś, kogo ludzie podświadomie uważali za potencjalne niebezpieczeństwo. Tak
czy inaczej, przynajmniej do pewnego stopnia myśl o tym, że to miejsce
było opuszczone, miała rację bytu – zwłaszcza w przypadku śmiertelników,
którzy w istocie omijali ten budynek, zupełnie jakby wcale nie stał przy
ruchliwej, często uczęszczanej ulicy Seattle.
Z drugiej
strony, być może wszystko wiązało się z umiejętnościami mężczyzny, którego
od jakiegoś czasu Jane uważała za jedyną osobę, z którą warto było
współpracować. Demony posiadały wiele przydatnych umiejętności, z kolei część
z nich wciąż pozostawała dla wampirzycy nie lada zagadką. To na swój sposób
ją fascynowało, chociaż zdecydowanie bardziej preferowała sytuacje, w którym
dobrze wiedziała na czym stoi. Jasne, perspektywa zemsty na tych, którym w przeszłości
udało się ją upokorzyć, była dla wampirzycy czymś co najmniej pociągającym, ale
nie za cenę nieśmiertelnego życia, którym cieszyła się tak długo. Z tego
zresztą powodu w pośpiechu wycofała się z domu Cullenów, aż nazbyt
świadoma, że gdyby postąpiła inaczej, teraz najpewniej byłaby definitywnie
martwa.
Szlag, niby
co powinna sądzić o tym, co się wydarzyło? Do pewnego momentu wszystko
było w porządku, a ona cieszyła się przewagą, której nie zaznała od
dawna. Służba dla Aro już jakiś czas temu stała się prawdziwą męczarnią,
zwłaszcza odkąd okazało się, że istniały osoby, które z łatwością mogły
zablokować dotychczas nieograniczone zdolności Jane. Kiedyś ignorowanie
Licavolich przychodziło jej dość łatwo, ale nie odkąd ci porozumieli się z Cullenami
– jedynym rodem, na punkcie którego Aro wydawał się mieć obsesję i który
drażnił również Jane. Perspektywa zemsty na którymkolwiek z nich była kusząca,
a kolei samo wspomnienie tego, że mogła w końcu odegrać się na jak
zwykle pewnym siebie Gabrielu…
Och, a potem
wszystko się skomplikowało, kiedy tuż przed nią stanęła ta dziewczyna – Elena
czy jak jej tam było. Córka Carlisle’a i Esme miała w sobie coś, co
jasno dało Jane do zrozumienia, że powinna uciekać. Nie przypominała sobie,
kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś takiego, ale to w gruncie rzeczy
nie miało znaczenia. Teraz wampirzyca czuła się upokorzona, chociaż nie na
tyle, żeby wrócić i ryzykować, że ta dziewczyna przypadkiem zrobi coś
nieprzewidywalnego. Przez wieki życia nieśmiertelnej nauczyła się, by zawsze
ufać instynktowi, a ten w tamtej chwili aż krzyczał, że od wkurzonej
Eleny należało trzymać się z daleka.
Szlag,
kimkolwiek była ta dziewczyna, zdecydowanie miała w sobie coś
niepokojącego. Jane wiedziała jedno: zdecydowanie nigdy wcześniej nie spotkała
się z kimś takim, nie wspominając o tym, że w ostatnim czasie
cały czas działy się rzeczy, których nie pojmowała. Pojawienie się w Volterze
Isobel zapoczątkowało coś, co niejako zmieniało wszystko, przynajmniej z perspektywy
Jane. Po tym, co się stało, dobrze wiedziała, że dalsze służenie Aro i jego
braciom nie ma sensu, z kolei teraz…
Usłyszała
znajomy, charakterystyczny dźwięk przyjścia nowej wiadomości. Jej telefon
odzywał się regularnie od blisko dwóch godzi, Jane z kolei nie miała
wątpliwości, że to Alec dosłownie bombardował ją kolejnymi SMS-ami zwłaszcza po
tym, jak odrzuciła kilka jego telefonów. Nie miała nastroju na rozmowę z bliźniakiem,
tym bardziej że ten w najmniejszym nawet stopniu nie pojmował tego, co nią
kierowało. Patrząc na to z perspektywy czasu i nowych możliwości, które
teraz miała, niemalże jak na dłoni widziała, że jej brat był słaby i krótkowzroczny.
Jasne, od początku wiedziała, że ma nad nim przewagę, zwykle jako jedyna
podejmując decyzje, którym Alec z mniejszym albo większym entuzjazmem
przyklaskiwał, ale do tej pory ta świadomość nie raziła jej aż do tego stopnia.
Cóż, do
czasu.
Wampirzyca
zacisnęła usta, po czym z irytacją sięgnęła do kieszeni, by wyjąc telefon.
Poświęciła zaledwie ułamek sekundy, by zerknąć na ekran i w następnej
chwili dosłownie zmiażdżyć urządzenie w dłoni. Nie chciała komukolwiek się
tłumaczyć, nie wspominając o rozmowie z kimś, kto mógłby próbować ją „nawrócić”,
czy czego tam powinna się po Alecu spodziewać. Co prawda nigdy wcześniej nie
doszło do sytuacji, w której zwróciłaby się przeciwko bratu, ale nie chciała
się tym przejmować. To była jego wina, że zdecydował się ją zignorować, woląc
trwać przy Aro, zamiast zwrócić się ku komuś, kto oferował o wiele lepsze
perspektywy. W zasadzie mogła się tego spodziewać już od chwili, gdy
zaczęli szukać tych dzikich wampirów w Seattle, działając za plecami
Volturi – i to pomimo tego, że początkowo oznajmiła wszystkim, iż to
rozkazy od samego Aro.
Cóż,
jakkolwiek by nie było, tamta grupka zawiodła. Nie wszyscy co prawda, bo Jane
wiedziała, że część wciąż żyła i miała się dobrze, ale nie miała
cierpliwości do szukania ich. Nie w pojedynkę, zwłaszcza że nigdy nie była
dobra w tropieniu. Od tego od zawsze był Demetri, ale nie mogła na niego
liczyć po tym, co wydarzyło się dzisiaj.
Trudno. I tak
nie potrzebowała nikogo ze straży, przynajmniej na razie. Tymczasowo chciała
wierzyć swojemu nowemu towarzyszowi, aż nazbyt świadoma, że współpraca z demonem
mogła przynieść jej tylko korzyści. Co prawda po niepowodzeniu z wizyty u Cullenów
miała pewne wątpliwości, te jednak ustąpiły z chwilą, w której
wyraźnie wyczuła obecność swojego tymczasowego towarzysza. Jakby nie patrzeć,
wciąż żyła, nie wspominając o tym, że i tak osiągnęła więcej, aniżeli
przez całe lata, trwając w Volterze i słuchając kolejnych narzekań
Aro na Cullenów.
Inna
sprawa, że demony fascynowały ją od chwili, w której wraz z Isobel
przybyły do Volterry. Miały w sobie coś, co intrygowało Jane bardziej niż
rzekoma królowa wampirów, chociaż większość z nich zawodziła wampirzycę
ślepym oddaniem pierwotnej. Z tym, którego poznała teraz, było inaczej, a Jane
chciała wierzyć, że mężczyzna będzie w stanie dać jej to, czego oczekiwała
przez całe wieki – poczucie niezależności i potęgę, którą onegdaj
odczuwała, trwając w przekonaniu, że Volturi w istocie są
niepokonani.
– Wróciłam –
oznajmiła, aż nazbyt świadoma, że demon był w stanie ją usłyszeć. Przy
nieśmiertelnych nie trzeba było podnosić głosu, zwłaszcza że wyostrzone zmysły
robiły swoje. – Nie poszło tak, jak się tego spodziewałam. Ta ich dziewczyna…
– Światłość
najwyraźniej w istocie nawiedziła Seattle – usłyszała i aż wzdrygnęła
się, nie pierwszy raz zaskoczona tym, z jaką łatwość pozwoliła się zajść.
Wcześniej
nie zauważyła mężczyzny, który przystanął w cieniu jednego z większych
pomieszczeń na piętrze. Co prawa wampirzy wzrok idealnie radził sobie w ciemnościach,
ale demony miały w sobie coś, co mimo wszystko pozwalało im się idealnie
kryć. Innymi słowy, Jane widziała swojego rozmówcę wyłącznie dlatego, że ten
tego chciał, ale choć taki stan rzeczy miał w sobie coś niepokojącego,
wampirzyca zmusiła się do tego, by nie okazywać emocji.
– Tak, tak…
Światłość – powtórzyła, nie kryjąc sceptycyzmu. Chyba nawet bawiła ją ta wiara w rzekomą
przepowiednię. Sądząc po efekcie planowanego przez Isobel balu, takie zabobony
nie przynosiły niczego dobrego. – Mogłeś mnie ostrzec, że jest niebezpieczna.
– Nie
wiedziałem – stwierdził niemalże beztroskim tonem demon. – Chociaż… Hm, może
podejrzewałem. Ale dzięki tobie mam pewność.
Jane
zacisnęła usta, nie kryjąc frustracji. Niby jak miała to rozumieć? Specjalnie
niczego nie powiedział, wykorzystując ją do zdobycia niezbędnych informacji?
Nie miała pojęcia, ale właśnie tak to wyglądało… I jeśli miała być ze sobą
szczera, wcale nie była zadowolona z takiego stanu rzeczy. Co prawda
postanowiła zachować wszelakie uwagi dla siebie, przynajmniej na razie, ale to
nie zmieniało faktu, że poczuła się sfrustrowana.
– Nie
rozumiem, co się tam stało – oznajmiła z rozdrażnieniem. – Wiem jedynie,
że dobrze zrobiłam, decydując się wycofać. Nie tego się spodziewałam, zwłaszcza
że mówiłeś, że wszystkim się zajmiesz.
Demon
westchnął, po czym wzruszył ramionami. Wampirzyca odniosła wrażenie, że myślami
był gdzieś daleko, być może nawet nie zwracając uwagi na to, co próbowała mu
powiedzieć. Gniewnie zmrużyła oczy, rozważając czy warknięcie albo okazanie
niezadowolenia w jakikolwiek inny sposób, zrobiłoby na nim wrażenia i –
co ważniejsze – czy w ogóle było rozsądne. Nigdy dotąd nie musiała aż tak
uważać na to, co mówiła i robiła, ale teraz…
Hm, w przypadku
demona wszystko wydawało się inne.
W milczeniu
zmierzyła go wzrokiem, zwracając uwagę przede wszystkim na parę czarnych,
złożonych na plecach skrzydeł. Gdyby nie one, mogłaby uznać, że ma przed sobą…
Cóż, nie tyle zwykłego człowieka, ale przynajmniej wampira. Nieśmiertelni mieli
to do siebie, że nie dało się ich pomylić ze śmiertelnikami. Nadnaturalny
pierwiastek był zbyt intensywny, począwszy od wyrazistej, nadnaturalnej urody, aż
po aurę, którą wokół siebie roztaczali. Z demonami było tak samo, a może
nawet w bardziej intensywny, poniekąd niezrozumiały dla Jane sposób.
Czekała, w ciszy
obserwując stojącą przed nią istotę. Mężczyzna zdecydowanie miał w sobie
coś wyjątkowego, chociaż w żaden sposób nie potrafiła sprecyzować co.
Jakby tego było mało, zwykle pozostawała obojętna na nadnaturalną urodę, co
początkowo zwalała na młody wiek, w jakim została przemieniona, ale w tym
wypadku…
Miała przed
sobą kogoś, o pozornie mało imponującej budowie ciała. Demon był bardzo
szczupły, a do tego wysoki, co w połączeniu ze skrzydłami dawało dość
nietypowy efekt. Nie zmieniało to jednak faktu, że był przystojny. Ciemne,
sięgające ramion włosy mocno kontrastowały z bladą cerą, z kolei
lśniące, błękitne oczy zdawały się nie pasować do kogoś, kto z założenia
miał być synem samej Ciemności, diabła czy jak powinna określać istotę, która
podobno trzymała pieczę nad wszystkim, co się działo. Kiedyś, jeszcze jako
człowiek, może byłaby przerażona perspektywą spotkania z kimś, kto mógłby
mieć powiązania z siłami nieczystymi, ale to już dawno przestało mieć dla
niej znaczenie. Kwestia wiary, ludzkie słabości i wierzenia… Wszystko to
odeszło w zapomnienie, a przynajmniej tak sądziła przez większość
czasu.
– I zająłem,
nie przejmuj się. – Głos demona skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. – Jeśli
zaś chodzi o Elenę… Hm, możliwe, że będę musiał zmienić taktykę –
stwierdził w zamyśleniu.
– Nie
rozumiem…
Mężczyzna
jedynie się uśmiechnął.
– Nie
musisz – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Tak czy inaczej, pomogłaś mi, moja
droga. Wiem już, że najpewniej tracę czas, próbując dostać się do tej
dziewczyny.
Spojrzała
na niego z powątpiewaniem, ostatecznie chcąc nie chcąc powstrzymując się
od zadawania jakichkolwiek pytań. Nie odpowiedziałby, a przynajmniej to
sugerowały jego słowa i zachowanie. Nie miała pojęcia, co powinna o tym
sądzić, ale choć działanie na ślepo w najmniejszym nawet stopniu jej nie
satysfakcjonowało, Jane ostatecznie zdecydowała się na to przystać. Cóż,
ostatecznie twierdził, że mu się przydała, a to bez wątpienia o czymś
świadczyło.
– I co
dalej? – zapytała w zamian, próbując skupić się na tym, co
najistotniejsze. Chciała być praktyczna, jednak siedząc w tym budynku
zdecydowanie nie miała na to szansy. – Skoro nie chcesz zbliżać się do
Cullenów, to…
– Nie
powiedziałem, że nie chcę – przerwał jej demon. – Zresztą zostaw to mnie. O ile
się nie mylę… Hm, wkrótce wydarzy się bardzo dużo – oznajmił, a Jane
uniosła brwi, co najmniej zaskoczona tym oświadczeniem.
– Coś
planujesz?
Odpowiedział
jej cichy, melodyjny śmiech. Z zaskoczeniem uprzytomniła sobie, że coś w tym
dźwięku i sposobie, w jaki demon na nią spojrzał, wzbudziło w niej
naprawdę silny niepokój. Niemalże… lęk, chociaż nie przypominała sobie, kiedy
ostatnim razem zdarzyło jej się kogokolwiek bać.
To nie
powinno mieć miejsca, a jednak…
– Zobaczysz
w swoim czasie – padła odpowiedź, co zwłaszcza w zestawieniu z tym
śmiechem jedynie pogłębiło wątpliwości Jane. – I kiedy przyjdzie
odpowiedni moment. Teraz tym bardziej muszę się zastanowić, ale… Tak, wszystko w swoim
czasie – powtórzyć, jak gdyby nigdy nic odwracając się do wampirzycy plecami.
Odprowadziła
go wzrokiem, powstrzymując się od zadawania jakichkolwiek pytań. Od samego
początku wiedziała, że działał po swojemu, najpewniej nie sam, choć za każdym
razem spotykała się tylko z nim. W efekcie mogła tylko zgadywać, co
planował i dlaczego – i w jakiś pokrętny sposób to niepokoiło ją
o wiele bardziej, niż sytuacje, w których pozostawała w pełni
świadoma tego, co miało nastąpić.
Cóż,
jakkolwiek by nie było, jedno wydało się Jane aż nazbyt oczywiste: cokolwiek by
się nie wydarzyło, zdecydowanie nie miało przynieść niczego dobrego – i to
zwłaszcza dla tych, którzy znajdowali się na celowniku demona. Nie miała
pojęcia, czym zawiniła temu mężczyźnie Elena, jej rodzina czy ktokolwiek
więcej, ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro działania nieśmiertelnego mogły
przynieść jej korzyści nawet większe od tych, które już odczuwała i które
miała nadzieję utrzymać tak długo, jak tylko miało być to możliwe.
Chociaż nie
miała pewności, co przyniesie przyszłość, jakoś nie miała wątpliwości co do
tego, że demon powiedział jej prawdę – i że w istocie zbliżało się
coś wielkiego.
Hej!
OdpowiedzUsuńTrochę spóźnione, ale w tym roku jestem spóźniona ze wszystkim, więc sądzę, że mi wybaczycie ;) Tak czy inaczej, wesołych świąt wszystkim! Mam nadzieję, że ostatnie dni były udane i zdołaliście odpocząć. Jednocześnie wielkie DZIĘKUJĘ dla tych, którzy mają dla mnie cierpliwość, czekają i po prostu są. Powoli wracam do rytmu, więc postaram się wynagrodzić tych kilka miesięcy ciągłego nawalania ^^
Dodam, że niedawno pojawił się kolejny rozdział specjalny do LITT! Dotyczący… Hm, szczególnych postaci. Tak więc zapraszam tutaj: [KILK].
Wesołych świąt!
Nessa.