12 listopada 2018

Sto pięćdziesiąt siedem

Renesmee
Bezceremonialnie wyciągnęłam rękę, by chwycić telefon. W pierwszej chwili moje palce po prostu przez niego przeniknęły, ale przy drugim podejściu efekt był bliższy temu, który sobie założyłam. Co prawda znów niewiele brakowało, bym upuściła komórkę, omal nie wytrącając jej z rąk Layli, ale w porę udało mi się zacisnąć na niej palce.
– Nessie? – zaniepokoiła się wampirzyca. – Co się dzieje? Jesteś tu jeszcze?
Potrząsnęłam głową, na moment zapominając, że szwagierka nie mogła mnie zobaczyć. Prawie natychmiast to sobie uświadomiłam, ale nawet nie próbowałam się reflektować, myślami będąc wyłącznie przy znakach, które dostrzegłam na zdjęciu. Wodziłam wzrokiem po kolejnych symbolach, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Nie żeby to miało znaczenie, skoro poza Joce nikt by mnie nie usłyszał, a mojej córki nie było w pobliżu.
Wzdrygnęłam się nagle, sama niepewna z jakiego powodu. Ręka nieznacznie mi zadrżała, ale nie pozwoliłam sobie na poluzowanie uścisku, którym otaczałam telefon. Przysunęłam ekranik jeszcze bliżej, obojętna na to, że obraz powoli zaczynał rozmazywać mi się przed oczami. Dopiero po chwili zamrugałam i uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, choć wyryte na ścianie wzory zdążyły aż za dobrze zapaść mi w pamięć.
Właściwie sama nie byłam pewna, co takiego czułam. Z jakiegoś powodu zrobiło mi się zimno, choć pozbawiona materialnej postaci, nie byłam w stanie wyczuć zmian temperatury. Chodziło o coś innego, począwszy od strachu, po dziwne napięcie, którego nie potrafiłam się pozbyć. Nazwać tego, co zobaczyłam na fotografii, również nie, chociaż z drugiej strony…
– Renesmee!
Głos Layli doszedł do mnie z opóźnieniem. Dotarło do mnie, że nie reagowałam zdecydowanie zbyt długo, by ją zaniepokoić. Sytuacja była tym bardziej dziwna, skoro właściwie mijałyśmy się na każdej możliwej płaszczyźnie. W efekcie miałam wrażenie, że wampirzyca zaczęła wątpić, czy wciąż byłam obok – i to nawet mimo telefonu, który wciąż trzymałam w rękach.
Potrząsnęłam głową, próbując doprowadzić się do porządku. Wciąż miałam wrażenie, że w każdej chwili mogłabym go upuścić, ale starczyło mi energii na to, by w pośpiechu wystukać dwa proste słowa.
Dom. Teraz.
Layla odetchnęła, kiedy w końcu doczekała się jakiejkolwiek reakcji z mojej strony. Krótko zerknęła na wyświetlacz, a po jej minie poznałam, że wahała się nad tym, by zacząć protestować, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian w pośpiechu wsunęła telefon do kieszeni i – wcześniej wymownie spojrzawszy w stronę miejsca, gdzie stałam (tym razem jej wzrok wydał się bardziej świadomy, prawie jakby jednak mogła mnie zobaczyć)  – szybkim krokiem ruszyła w drogę powrotną.
Podążyłam za nią, bezskutecznie walcząc z mętlikiem w głowie. Próbowałam zebrać myśli, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłabym przypuszczać. Czułam się trochę tak, jakby te najważniejsze raz po raz mi umykały, zwłaszcza gdy próbowałam skoncentrować się na tym dziwnym miejscu, w którym przez jakiś czas byłam. Między tu a teraz. Beatrycze i jej podobne chyba nazywały je w ten sposób.
Uczepiłam się wspomnienia Anabelle, mimowolnie zastanawiając, czy to miało jakikolwiek sens. Z drugiej strony, to właśnie o niej pomyślałam w chwili, w której pierwszy raz zobaczyłam te symbole. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy zobaczyłam to, o czym mi powiedziała, że mogłoby mnie powstrzymywać przed wyjściem z pokoju, w którym zamknęła mnie Ariadna, ale byłam gotowa przysiąc, że wtedy też chodziło o znaki. Gdzieś w pamięci miałam jedno, jedyne słowo, o którym wspomniała mi Anabelle, a skoro tak…
Sigile.
Właściwie zapomniałam o tym terminie, kiedy udało mi się uciec i wylądowałam w świecie snów. Później również nie miałam czasu, by zastanawiać się nad wszystkim, co słyszałam w tamtym miejscu, ale to nie było istotne. Liczyło się, że teraz to krótkie pojęcie wróciło i nie dawało mi spokoju. Chociaż tak naprawdę nie miałam pewności czy znaki, które pokazała mi Layla, były tym, o czym myślałam, jakaś część mnie nie miała co do tego wątpliwości.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałam pojęcia, co robić. Równie dobrze mogłam nie być nawet bliska właściwego rozwiązania. Z drugiej strony, nawet jeśli trafiłam, co to zmieniało? To, że być może wiedziałam, jak nazywały się te symbole, nie zmieniało najważniejszego: a więc tego, że nie miałam pojęcia, do czego tak naprawdę służyły.
Layla pierwsza weszła do domu, przytrzymując mi drzwi. Przemknęłam tuż obok niej, dla pewności ocierając się o jej ramię, by miała pewność, że byłam obok. Z trudem powstrzymałam się od wywrócenia oczami, choć trudno było mi stwierdzić, co na to wpłynęło – czy świadomość, że przecież tak czy inaczej byłam w stanie przenikać przez wszystko wokół, czy może myśl, że Layla nawet w takiej sytuacji mogłaby zachowywać się przesadnie uprzejmie. W zasadzie gdyby nie to, że nie mogłam normalnie z nią porozmawiać, może poczułabym się tak, jakbym jednak była czymś więcej, aniżeli zagubioną duszą.
– O, hej! – usłyszałyśmy już na wstępie. Emmett wyjrzał z salonu, spoglądając na Laylę z wyraźną ulgą. – Joce zadzwoniła czy już wróciłyście? Tak czy inaczej, chyba jest sprawa.
Uniosłam brwi, nagle zaniepokojona. Nie mogłam ot tak zapytać, co się stało i to zaczynało być frustrujące. Możliwość porozumiewania się albo tylko poprzez krótkie wiadomości, albo za pośrednictwem Jocelyne, zaczynała być naprawdę irytująca.
– To trochę zły moment – stwierdziła zniecierpliwionym tonem Layla. – Co się…?
– Chodzi o Cassandrę.
Wampirzyca natychmiast zamilkła, ledwo tylko Ryan zdecydował się wtrącić. Obie spojrzałyśmy na chłopaka  z niepokojem, równie zaniepokojone. Miałam złe przeczucia co do jakiejkolwiek rozmowy z kimś, kto zdecydowanie nie był człowiekiem. Jeśli i on zamierzał stracić cierpliwość i przypadkiem zrobić co niebezpiecznego…
– Co? Och, tak… – Layla energicznie pokręciła głową. – Nie wróciła jeszcze?
Przez twarz Ryana przemknął cień.
– Co to znaczy: „jeszcze”? – zapytał natychmiast. – Widzieliście ją? Miała iść z tobą porozmawiać, ale…
– Była. Trochę się zdenerwowała – przyznała z wahaniem wampirzyca. Skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym z uwagą zmierzyła Ryana wzrokiem. – Myślałam, że się widzieliście. Uciekła i… Cóż, wydawała się zbyt wzburzona, by kogokolwiek słuchać.
– I tak po prostu ją puściliście? – zapytał z niedowierzaniem Ryan. – Ale… Co się stało? Cass ostatnio chodziła jak struta, więc się martwię.
Coś w jego tonie sprawiło, że mimowolnie się spięłam. Mierzyłam go wzorkiem, tak jak w przypadku Rafaela, a wcześniej również Cassandry, gotowa przysiąc, że otaczał go dość specyficzny rodzaj aury; trochę jak cień, który z łatwością mógł przysłonić wszystko inne. Nie miałam pewności, co to oznacza, ale czułam, że lepiej zachować ostrożność.
– Spotykałam różne wampiry. Mówiłam wam o podobieństwach, które dostrzegam – zauważyła Layla, starannie dobierając słowa. Jej głos zabrzmiał łagodnie, wręcz troskliwie. – Cassandra wyglądała, jakby potrzebowała czasu. Jeśli do wieczora się nie pojawi, poszukamy jej, ale na tę chwilę lepiej będzie, jeśli trochę ochronie.
Ryan otworzył i zaraz zamknął usta. Nie wyglądał na przekonanego, ale ostatecznie coś w wyrazie twarzy i tonie Layli sprawiło, że skinął głową. Nieznacznie się rozluźnił, choć nadal czułam się w jego obecności nieswojo.
– Wybaczcie – zreflektował się, zniecierpliwionym ruchem przeczesując włosy palcami. Nagle wydał mi się przede wszystkim zmęczony. – Może masz rację. Po prostu to Cassandra zawsze była tą bardziej opanowaną i… – Wzruszył ramionami. – Dzięki.
Po jego tonie trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Z drugiej strony, może to ja nie byłam w stanie zebrać myśli, wciąż zbytnio podenerwowana. Zawahałam się, przez chwilę obserwując Ryana i mimowolnie zastanawiając nad tym, czy mogliśmy mu tak po prostu zaufać. Zdążył już udowodnić, że w nerwach potrafił posunąć się za daleko – i to nie tylko świadomie. Co prawda w ostatnim czasie nie zrobił niczego niewłaściwego, przez co chwilami trudno było mi uwierzyć w to, co opowiadali Rufus i Claire, ale starałam się o tym nie myśleć.
Przeniosłam wzrok na Laylę, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy powinnam ją ponaglić. Wciąż miałyśmy coś do zrobienia, a przynajmniej tak mi się wydawało. Chciałam sprawdzić teorię, którą miałam, nawet gdyby okazała się niewłaściwa. Może wtedy poczułabym się spokojniejsza.
– Przyjdź, jeśli czegoś będziesz potrzebował. Ty albo Cassandra – dodała pośpiesznie Layla, siląc się na blady uśmiech. Nie miałam pojęcia, jakim cudem udawało jej się zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek. – Naprawdę robię, co mogę. Gdybyś mógł to wytłumaczyć Cassie…
– Zobaczę, co da się zrobić – zapewnił Ryan. Mimo wszystko wciąż wyglądał na podenerwowanego. – Powinienem dać znać Jocelyne, że nie musi po was wydzwaniać? Poszła na górę i… Cóż, trochę jej tam schodzi.
Joce…?, zaniepokoiłam się.
Nie czekałam aż Layla spróbuje cokolwiek odpowiedzieć. Bezceremonialnie ruszyłam się z miejsca, by jak najszybciej dotrzeć na piętro. Nie bawiłam się w pukanie, nawoływanie czy choćby normalne otwieranie drzwi. W zamian po prostu przez nie przeniknęłam, by jak najszybciej dostać się do pokoju córki.
A potem zawahałam się, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona.
Jocelyne klęczała na podłodze, zwrócona plecami do mnie. Nawet nie drgnęła, kiedy się pojawiłam, choć to nie wydało mi się dziwne – poruszałam się na tyle bezszelestnie, że nawet przy wyostrzonych zmysłach mógł pojawić się problem z tym, żeby mnie usłyszeć. Mimo wszystko coś w postawie dziewczyny mnie zaniepokoiło, zwłaszcza że słyszałam jej przyśpieszony puls. Zaraz też uprzytomniłam sobie, że drżała, oddychając szybko i płytko, i wpatrując w coś, czego nie byłam w stanie dostrzec.
Zaniepokojona, powiodłam wzrokiem dookoła. Przez ułamek sekundy byłam wręcz gotowa przysiąc, że w pobliżu dostrzegę coś, czego nie powinnam – choćby ducha, skoro te nagle stały się dla mnie widoczne. Nic podobnego nie miało miejsca, ale wcale nie poczułam się dzięki temu lepiej. W zasadzie wręcz przeciwnie – strach przybrał na sile, gdy uprzytomniłam sobie, że działo się coś, czego nawet nie potrafiłam wytłumaczyć.
W pośpiechu przesunęłam się bliżej. Niepewnie wyciągnęłam rękę, machinalnie wyciągając ją ku ramieniu dziewczyny.
– Joce…?
Podskoczyła jak oparzona. Wyrwało jej się coś z pogranicza pisku i stłumionego szloch, kiedy w panice odwróciła się w moją stronę. Przy okazji strąciła z kolan coś, co okazało się czarnym notesem, ale właściwie nie zwróciłam na ten drobiazg uwagi. Bardziej zaniepokoiło mnie, że moja córka była blada jak ścianę, wyraźnie przerażona, a na jej dłoniach dostrzegłam ślady świeżej krwi.
Już właściwie nie zastanawiałam się nad tym, co robię. Natychmiast osunęłam się przy niej na kolana, ujmując za obie dłonie, co okazało się dość proste, skoro przy Jocelyne czułam się najbardziej żywa. Kryształ, który przy sobie nosiłam, jak na zawołanie zapulsował ciepłem, ale zignorowałam to, nie będąc w stanie skupić się na niczym innym, prócz klęczącą przede mną dziewczyną.
– Joce… Hej, Joce! – zaczęłam raz jeszcze, mocniej ściskając ją za ręce. – Co się stało? Skąd ta krew i…? – zaczęłam, ale urwałam, kiedy zauważyłam, że dziewczyna energicznie potrząsa głową.
Powiedzieć, że była po prostu przerażona, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Z uwagą zmierzyłam ją wzrokiem, spoglądając to na załzawione oczy, to znów zadraśnięcia, które zauważyłam na jej ręce.
– Ja nie… To kot – wykrztusiła w końcu. Zamrugałam nieco nieprzytomnie, już tylko tępo się w nią wpatrując. – Miałam dzwonić do Layli i… Mamo.
Nie dodała niczego więcej, wraz z ostatnim słowem po prostu wpadając mi w ramiona. Klęczałam przy niej, trzymając ją w ramionach i raz po raz przeczesując palcami jasne włosy. Chociaż wciąż wyglądała na przestraszoną, wyraźnie rozluźniła się w mojej obecności. Dla pewności raz jeszcze spojrzałam na jej rękę, kciukiem kreśląc wzory na wierzchu dłoni i uważnie przypatrując cięciom. Faktycznie wyglądały jak coś, co mogłoby być spowodowane przez kota, ale to nadal nie tłumaczyło najważniejszego: a więc tego, dlaczego wyglądała na przerażoną.
– W porządku – powiedziałam tak cicho, jak tylko byłam w stanie. Ostrożnie dobierałam słowa, wciąż przy tym tuląc do siebie Joce. – Zagoi się, ale… Co się stało? – ponowiłam wcześniejsze pytanie. Chciałam, żeby w końcu mi odpowiedziała. – Hej, kochanie…
Poderwała głowę. Jej błękitne oczy wydały mi się nienaturalnie duże, kiedy na mnie spojrzała. Łzy wciąż zbierały się pod powiekami, ale z uporem powstrzymywała się do płaczu, w pewnym momencie wręcz próbując wysilić się na blady, absolutnie nieszczery uśmiech.
– Nic takiego. Wystraszyłam się, ale… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. – Może… śniłam?
Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. Co więcej, jej głos był dziwny – odległy i jakby płaski, pozbawiony jakichkolwiek oznak modulacji. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, co na dłuższą metę zaczynało mnie przerażać.
Mocniej przygarnęłam ją do siebie, choć nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Bliskość Joce pomagała mi wpływać na rzeczywistość, ale czułam, że nie powinnam pozwolić sobie na zbyt długie czerpanie z niej. Możliwe, że o to chodziło, zwłaszcza że nadal wyglądała na zmęczoną. To nie był pierwszy raz, kiedy zachowywała się dziwnie, wydając się przy tym robić wszystko, byleby ukryć przede mną coś, co ją niepokoiło.
– Na pewno? – Nie dawałam za wygraną. Czułam, że coś musiało być na rzeczy. – Jeśli coś jest nie tak… Wiesz, że możesz mi powiedzieć, prawda, kochanie?
Tym razem uśmiechnęła się w bardziej szczery, choć wciąż wymuszony sposób. To przypominało bardziej parodię niż prawdziwy gest, zwłaszcza że jej oczy wciąż pozostawały puste.
– Tak – powiedziała tak cicho, że ledwo mogłam ją zrozumieć. – Już wszystko gra… Zejdziemy na dół? Emmett i Ryan na mnie czekali.
Wraz z tymi słowami, w pośpiechu oswobodziła się z mojego uścisku. Nie miałam innego powodu, jak tylko jej na to pozwolić, choć wciąż miałam wątpliwości. Zachowanie Joce nie dawało mi spokoju, ale zdecydowałam się tego nie komentować. Jeśli miałam być ze sobą szczera, zaczynałam przywykać do tego, co się z nią działo – momentów, w których zachowywała się w sposób, którego nie pojmowałam. Zwłaszcza teraz, zdając sobie sprawę z tego, co dostrzegała w mroku, łatwiej było mi patrzeć na to przez palce.
Z tym, że wciąż się martwiłam. Słodka bogini, jak miałabym czuć się inaczej? Podążyłam za nią, wciąż pełna wątpliwości, chcąc nie chcąc powstrzymując od zadawania pytań. Próbowałam przekonać samą siebie, że to wyłącznie zmęczenie, może nawet z mojej winy, ale z jakiegoś powodu nie byłam w stanie w to uwierzyć. Wszystko we mnie krzyczało, że chodziło o coś więcej, choć – przynajmniej tymczasowo – nie potrafiłam stwierdzić co i dlaczego.
Dlaczego znowu czegoś mi nie mówisz, kochanie?, jęknęłam w duchu, ale podejrzewałam, że nawet gdybym doczekała się odpowiedzi, nie miałabym co liczyć na jakieś konkretne informacje.
Westchnęła w duchu. Wszystko wskazywało na to, że kolejny raz musiałam po prostu Joce zaufać i czekać, ale również nie było proste.

Ryan zachowywał się normalnie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Paradoksalnie miałam poczucie, że radził sobie lepiej niż Jocelyne, wobec której wciąż miałam wątpliwości. Przez jakiś czas obserwowałam ją w milczeniu, próbując określić, co takiego się z nią działo i dobrze się czuła, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłabym sobie tego życzyć.
Mimo wszystko ulżyło mi, kiedy podopieczny Layli ewakuował się, ledwo tylko wyczuł krew. Emmett też skrzywił się nieznacznie, ale poza tym nie dał niczego po sobie poznać. Co więcej, nie powiedział niczego złośliwego, co również przyjęłam z ulgą. Nie miałam pewności, czy w tamtej chwili przekomarzanie się było najlepszym pomysłem. Po Joce też musiało być widać, że nie miała ochoty na żarty, nawet jeśli próbowała udawać, że było inaczej.
Przysiadłam na brzegu kanapy, choć właściwie nie musiałam tego robić. Nie miało znaczenia czy siedziałam, stałam czy robiłam coś jeszcze innego, skoro się nie męczyłam. Korzystając z tego, że nikt nie był w stanie mnie zauważyć i wciągnąć w rozmowę, po prostu znieruchomiałam i – wcześniej ukrywszy twarz w dłoniach – raz jeszcze spróbowałam uporządkować myśli.
Właściwie sama nie byłam pewna, na czym się skupić. Z jednej strony wciąż przejmowałam się z Joce, aż nazbyt świadoma, że w jej pokoju wydarzyło się coś, czego nie chciała mi zdradzić. Znowu. Może i wierzyłam w opowieść o kocie, zwłaszcza że ślady na jej ręce wyglądały jak coś, co spowodowały pazury, ale to nadal nie tłumaczyło, dlaczego była aż do tego stopnia przerażona. Co więcej, nie pierwszy raz zachowywała się tak, jakby chciała kryć się przed wszystkimi dookoła, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Zbyt wiele razy wszystko szło nie tak, kiedy zaczynała zachowywać się w ten sposób, bym zdołała uwierzyć, że wszystko w porządku.
Gdybym jeszcze do tego wszystkiego wiedziała, co z tym zrobić…
I te symbole. One też nie dawały mi spokoju, z każdą kolejną sekundą sprawiając, że byłam coraz bardziej niecierpliwa.
Przez chwilę nasłuchiwałam, by określić, czy Layla i Jocelyne zamierzały do mnie wrócić. Wampirzyca zabrała małą do łazienki, żeby pomóc jej doprowadzić się do porządku. Byłam jej za to wdzięczna, choć nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mimo wszystko spięła się na widok krwi. Ta należąca do pół-wampirzycy nie kusiła aż tak bardzo jak ludzka, ale wciąż mogła być problematyczna. Wiedziałam zresztą, że Layla wciąż nie do końca doszła do siebie po tym, co zafundowali jej łowcy, ale starałam się o tym nie myśleć. Istniało sporo pytań, na które wolałam nie poznać odpowiedzi.
Uniosłam głowę, by móc spojrzeć na milczącego, krążącego jakby od niechcenia po salonie Emmetta. Podejrzewałam, że wiedział, że byłam gdzieś obok, ale milczał, wciąż wyglądając na zmieszanego. Och, no dalej… Boisz się być sam na sam z duchem?, pomyślałam, wznosząc oczy ku górze. Ewentualnie mógł mieć mi wciąż za złe te nieszczęsne szachy, ale to nie było ważne.
Pod wpływem impulsu poderwałam się na równe nogi. Przemknęłam przez pokój, chwilę później materializując przy stoliku w kącie. Znów musiałam się natrudzić, by uporać się z pozostawionym tam telefonem jednego z moich bliskich, ale byłam dość zdesperowana, żeby próbować.
Tym razem nie próbowałam bawić się w wystukiwanie wiadomości, w zamian wchodząc bezpośrednio w przeglądarkę internetową. Przez chwilę bezmyślnie wpatrywałam się w okienko wyszukiwania, zastanawiając nad tym, co właściwie chciałam zrobić, zanim w końcu podjęłam konkretną decyzję. Być może szukanie informacji w ten sposób wydawało się śmieszne, ale z drugiej strony… Co innego nam pozostało.
Ręce nieznacznie mi zadrżały, ale próbowałam o tym nie myśleć. Musiałam się skupić, ostatecznie będąc w stanie wystukać jedno, jedyne słowo.
Sigile.
Ze świstem wypuściłam powietrze. Dłuższą chwilę wodziłam wzrokiem po ekraniku, co prawda widząc wyniki wyszukiwania, ale nie potrafiąc skupić się na żadnym z nich. Dopiero później zdecydowałam się na wejście w pierwszy wynik, który uznałam za wystarczająco obiecujący.
Odłożyłam telefon na stolik, nie chcąc ryzykować, że w przypływie emocji jednak stracę nad nim kontrolę. Wzrok wbiłam w tekst, w pośpiechu chłonąc konkretne słowa, choć zrozumienie ich nagle wydało mi się prawdziwym wyzwaniem, które nagle zaczęło mnie przerastać.
– Nessie? – usłyszałam tuż za plecami. Wzdrygnęłam się, słysząc niepewny głos Layli. Chwilę później dziewczyna znalazła się tuż obok mnie, wymownie spoglądając na telefon. – Joce nic nie jest, ale stwierdziła, że idzie się położyć… Co tam masz? – zapytała, nie mogąc powstrzymać się od zmiany tematu.
Właściwie nie czekała na reakcję z mojej strony. I tak nie zamierzałam protestować, pozwalając, by sięgnęła po telefon, by sprawdzić artykuł, który znalazłam.
Zauważyłam, że jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, gdy porównała zdjęcia symboli z tymi, które sama sfotografowała w Chianni.
– Pieczęci…








After We Fall
stories by Nessa