2019/05/23

Dwieście dziewięćdziesiąt trzy

Isabeau
– Ach… Macie problem. – Michael uśmiechnął się w wymuszony, nieco pobłażliwy sposób. Mogła się tego spodziewać, ale i tak coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że momentalnie zapragnęła mu przyłożyć. – Powodzenia w takim razie. Ja niestety mam to i owo do zrobienia.
A potem zatrzasnął im drzwi przed nosem.
Przynajmniej próbował, bo Isabeau zdecydowanie nie zamierzała tak po prostu odpuścić. Skrzywiła się, gdy poczuła uderzenie w bark, ale nawet wtedy się nie wycofała, z uporem tkwiąc w progu tylnego wejścia do kawiarni.
– Ja jeszcze nie skończyłam – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
W odpowiedzi doczekała się wyłącznie rozdrażnionego prychnięcia.
– A ja i owszem – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem wampir. – Mam bar do ogarnięcia, to raz. Dwa, chyba upadłaś na głowę, jeśli uważasz, że będę służył ci za środek transportu, Isabeau.
– Ale…
– Tędy – machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku – dotrzesz do Paryża. Może nawet zdążycie przed zachodem słońca, jeśli trochę się postaracie… Chociaż tobie wygodniej byłoby po zmroku, co? – Wymownie spojrzał na pelerynę, którą przed wyjściem na siebie zarzuciła. Pogoda pozostawiała wiele do życzenia, ale Beau i tak wolała dmuchać na zimne. – Zresztą nieważne. Transport publiczny ma się świetnie. Samoloty to już w ogóle świetna sprawa.
– Nie rozumiemy się chyba – zaoponowała. Była gotowa przysiąc, że mężczyzna doskonale bawił się jej kosztem. – Powiedziałam przecież, że…
– Słyszałem, co powiedziałaś. Macie problem, a twój brat najwyraźniej oszalał. – Michael wywrócił oczami. – I chcesz wracać do Seattle. Przecież absolutnie ci tego nie bronię, ale – co powtórzę raz jeszcze, chociaż już raz to zrobiłem – nie zamierzam brać w tym udziału. – Przez twarz mężczyzny przemknął cień. – Ja nie ingeruję.
Tym razem nie zaprotestowała, chcąc nie chcąc wycofując się i pozwalając, by w końcu zamknął drzwi – w zdecydowanie niedelikatny, zbyt gwałtowny sposób. Zastygła w bezruchu, wciąż drżąc i wciąż z niedowierzaniem wpatrując się w miejsce, w którym dopiero co wiedziała nieśmiertelnego. Serce tłukło jej się w piersi, uderzając tak szybko i mocno, że chyba tylko cudem nie połamało jej żeber. Miała ochotę coś rozwalić, ale jednocześnie nie była w stanie zmusić się do jakiejkolwiek sensownej reakcji.
Mogła się tego spodziewać. Michael nie był Lilly, zresztą mało kiedy szedł komuś na rękę, jeśli nie miał w tym interesu. Może kiedyś było inaczej, ale minęły całe lata od momentu, w którym wampir ostatecznie się zdystansował, ukracając przysługi, które w jakikolwiek sposób wiązały się z mieszaniem w czasie. Nie miało znaczenia, że tak naprawdę zależało jej wyłącznie na przeniesienie się z miejsca na miejsce – bez ingerencji w przeszłość, przyszłość czy nawet teraźniejszość. W momencie, w którym oboje zrozumieli, jak niefortunną decyzją było przeniesienie Renesmee, pan czasu najwyraźniej ostatecznie zrezygnował z choćby i najdrobniejszych przysług.
– Niech to szlag! – wyrwało jej się.
Na więcej nie było ją stać. Wciąż zagniewana, błyskawicznie okręciła się na pięcie, nie chcąc ryzykować, że w przypływie frustracji jednak kopnie w drzwi. Mogłaby je uszkodzić, zresztą nie jako jedyne, ale dodatkowa walka z Michaelem była ostatnim, czego w tamtej chwili potrzebowali.
– Och, Nemezis…
Potrząsnęła głową. Carlisle i Dimitr patrzyli na nią dziwnie, obaj milczący i absolutnie nieprzydatni. Ja wam bardzo dziękuję za taką pomoc!, jęknęła w myślach, ale zachowała tę uwagę dla siebie. Tak naprawdę żaden z nich nie miał okazji, by zaingerować, bo Michael prawie natychmiast zdecydował się na to, by odprawić ją z kwitkiem.
– Dobra, nieważne. Mogłam się tego spodziewać – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Co za…
– Może faktycznie powinniśmy pomyśleć o samolocie.
Spojrzała na Carlisle’a tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Żartował sobie? Co prawda kwestia załatwienia biletów choćby i na ostatnią chwilę, była najmniej problematyczna, zresztą jak i zmanipulowanie obsługi tak, by przymknęła oko na całkowity brak dokumentów, ale to wciąż była dla Isabeau ostateczność. Nie mieli na to czasu. Tak naprawdę już go tracili, a przynajmniej ona wciąż miała takie wrażenie. Oczami wyobraźni niemalże widziała odliczający zegar – i to na dodatek taki, który już dawno przekroczył godzinę „zero”. Już powinni w drodze, może nawet na miejscu, a jednak…
– I co? Teraz chcesz załatwiać lot do Ameryki? – zapytała z niedowierzaniem. Nawet nie próbowała powstrzymywać gniewnej nuty, która wkradła się do jej tonu.
– Mamy lepsze wyjście? Ani Aldero, ani Lilly nie odbierają – przyznał z wahaniem Dimitr. – Skoro Michael nie zamierza się mieszać…
Nawet jeśli dokończył, nie zwróciła na to uwagi. Spuściła głowę, pozwalając, by włosy opadły jej na twarz. Tkwiła w bezruchu, wciąż drżąc i z trudem powstrzymując się przed zrobieniem czegoś co najmniej głupiego. Nie była w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowa, chociaż przecież doskonale wiedziała, że Carlisle i Dimitr mieli rację. Nie miało znaczenia, czego sama w tym wszystkim chciała. Prawda była taka, że skorzystanie z normalnej formy transportu było jedynym, co w tej chwili pozostawało w zasięgu ich możliwości.
Al, coś ty zrobił?, pomyślała mimochodem. Niepokój przybrał na sile, choć nie przywykła odczuwać go z powodu nieobecności dzieci. Byli dorośli, tak? I zwykle nie robili aż taki głupstw, ale tym razem wszystko było inne. Nie miała pojęcia, jaki związek z nieobecnością Lilianne miało zniknięcie Aldero, ale nie podobało jej się to. Już dawno zwątpiła w przypadki, zwłaszcza takie.
Powinna się martwić. Nie przywykła do tego, ale to jeszcze nie znaczyło, że niczego nie czuła. No i była matką, tak? Czułaby, gdyby…
– Beau, słuchasz mnie?
Zamrugała nieco nieprzytomnie. W roztargnieniu spojrzała na Dimitra, przy okazji odkrywając, że ten dosłownie zmaterializował się naprzeciwko niej. Jego dłonie wylądowały na jej barkach, gdy chwycił ją w uspokajającym geście.
– Trudno mi się skupić – mruknęła, nawet nie próbując udawać, że słyszała cokolwiek z tego, co powiedział wcześniej. – Po prostu nie mamy na to czasu. Zaufaj mi na słowo, że jeśli nie dotrzemy na miejsce teraz…
– Ty i twoja intuicja to coś, czemu ufam bezgranicznie – oznajmił bez chwili wahania wampir. – Obawiam się tylko, że w ten sposób w magiczny sposób nie przemieścimy się tam, gdzie powinniśmy. Musimy spróbować czegoś innego – dodał, a Isabeau z trudem powstrzymała się od prychnięcia.
Gdyby to było takie proste! To, że potrzebowali planu, rozumiało się samo przez się, ale co z tego, skoro wciąż nie mieli niczego konkretnego? Isabeau chciała wierzyć, że wszystko sprowadzało się wyłącznie do przewrażliwienia, zwłaszcza że wciąż nie doszła do siebie po wizji, ale przecież wiedziała, że w ten sposób co najwyżej oszukiwała samą siebie. Chodziło o coś więcej. To, że się bała, było tego idealnym dowodem.
– Nie chcę na ciebie naciskać – doszedł ją zaniepokojony głos Carlisle’a – ale mimo wszystko zapytam… Dobrze się czujesz?
W pierwszym odruchu chciała go zbyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Coś w pytaniu, które jej zadał, dało jej do myślenia, przy okazji uświadamiając, że właściwie wisiała na Dimitrze, ledwo trzymając się na nogach. Wciąż czuła się jak w transie, niespokojna i z napiętymi do granic możliwości mięśniami. W przypływie frustracji, myślami wciąż przy rozmowie z Michaelem, była w stanie to ignorować, ale gdy Carlisle wprost zapytał o jej samopoczucie, uprzytomniła sobie, że zdecydowanie nie czuła się dobrze.
Nie odpowiedziała od razu, w zamian uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Nie była pewna w którym momencie przesunęła się aż tak blisko Dimitra, a tym bardziej kurczowo zacisnęła palce na jego koszuli, ale to pozostawało sprawą drugorzędną. Liczyło się, że nagle poczuła się tak, jakby w każdej chwili mogła upaść.
– W zasadzie… – zaczęła, ale zanim zdążyła dokończyć, doszedł ją wyraźnie spięty, a przy tym aż nazbyt znajomy głos.
– Co znów się stało?
Zauważyła Rufusa przy wejściu to uliczki, w której ścieśnili się, by móc porozmawiać z Michaelem. Wampir na ułamek sekundy przystanął u jej wylotu, prawie natychmiast prostując się i jednak decydując się podejść bliżej. Wymownie powiódł wzrokiem dookoła, jedynie nieznacznie unosząc brwi, kiedy jego spojrzenie skoncentrowało się na Isabeau.
– Co ty… tutaj robisz? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Głos nieznacznie jej zadrżał, choć próbowała to ukryć.
– Dobre pytanie. – Wampir nieznacznie potrząsnął głową. – Ale czułem, że powinienem przyjść. Podejrzewam, że to zasługa waszej cudownej więzi, więc bądź taka dobra i mnie oświeć… To przez twoje emocje dostaję szału, czy jednak powinienem zacząć martwić się o Laylę?
– Więź…
Wciąż łatwo potrafiła zapomnieć, że teraz już nie odpowiadała tylko za siebie. Prawda była taka, że przez ostatnią godzinę nawet nie myślała o tym, by próbować zapanować nad wymykającymi jej się spod kontroli emocjami. Co prawda wątpiła, by Rufus odbierał bezpośrednio jej emocje, ale jakoś nie wątpiła, że swoim zdenerwowaniem wpływała i na Gabriela, i Laylę.
Coś ścisnęło ją w gardle, bynajmniej nie dlatego, że myśl o przenikającym jej emocje szwagrze wydawała się jakkolwiek niepokojąca. O wiele bardziej poraziło ją to, że Layla najwyraźniej nie odcięła męża od tych odczuć, choć zwykle reagowała momentalnie. Co więcej, skoro ona również musiała czuć, że coś było na rzeczy, a jednak do tej pory nie próbowała się do nich dobijać…
Jasna cholera.
– Więc? – zniecierpliwił się Rufus. Skrzyżował ramiona na piersi, wyraźnie poirytowany. – Co się dzieje? Tylko konkretniej, jasne?
– Gabriel… – Przełknęła z trudem. Jej palce mocniej zacisnęły się na koszuli Dimitra. – Mój brat-idiota najpewniej planuje coś bardzo, ale to bardzo głupiego. Nie mamy kontaktu z Lilly, mój syn najpewniej zaginął, a Michael właśnie zatrzasnął mi drzwi przed twarzą.
Poczuła się jeszcze gorzej, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Ujęcie spraw w tak bezpośredni i – co gorsza – przesadnie szczery sposób, czyniło wszystko jeszcze trudniejszym do zniesienia.
– Pomijając ostatnią cześć twojej wypowiedzi – zaczął po chwili wahania Rufus, starannie dobierając słowa – to co masz na myśli? Porywczość twojego brata to nic nowego.
Isabeau momentalnie zapragnęła na niego warknąć.
– Dopiero co widziałam go z Isobel – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
– Cóż… To dość niecodzienne. – Rufus mimo wszystko nie wyglądał na przejętego. – Chociaż z drugiej strony…
– Jeśli przyszedłeś tu tylko po to, by komentować…
– Nemezis – przerwał jej łagodnie Dimitr, ale tym razem nawet jego obecność nie podziałała na nią kojąco.
– Nie wiem, co z moim bratem. Ba! Niczego nie wiem, więc nie mów mi, że mam być spokojna! – jęknęła, w pośpiechu wyrywając się z jego objęć. – A teraz na dodatek tutaj utknęliśmy! Jeśli to, co widziałam, dzieje się teraz…
Nie miała okazji, żeby dokończyć. Aż zachłysnęła się powietrzem, nagle zginając wpół, kiedy jej ciało zaatakowała fala przeszywającego bólu. Przez moment poczuła się co najmniej tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch. Kolana ugięły się pod nią, ale nawet nie zarejestrowała momentu, w którym wylądowała na ziemi.
Usłyszała, że ktoś wypowiedział jej imię – więcej niż raz – ale i to działo się jakby poza nią. Uliczka, Miasto Nocy, trójka towarzyszących jej wampirów… Wszystko to zniknęło, wyparte przez ciemność, choć i ta prawie natychmiast się rozproszyła.
W zamian Isabeau spojrzała na świat obcymi oczami i zrozumiała, że to, co zobaczyła we śnie, było zaledwie częścią wizji.

Pocałunki nie sprawiały jej przyjemności – nie same w sobie. Przyjmowała je, napawając satysfakcją płynącą z tego, co oznaczały. Poczucie tego, że choć przez moment dzierżyła władzę – na dodatek nad ostatnią osobą, którą spodziewałaby się przed sobą ujrzeć – okazało się czymś dosłownie na wagę złota.
Czuła bijącą od Gabriela niechęć, ale to jej nie przeszkadzało. W każdym jego ruchu dostrzegała fałsz, ale to jedynie czyniło doświadczenie o wiele ciekawszym. Mógł udawać silnego, ale prawda była taka, że już dawno zdążyła poznać go na tyle dobrze, by czytać w nim jak w otwartej księdze. Był prosty. W brew wszystkiemu nieskomplikowany, o ile wiedziało się, gdzie uderzyć, by zabolało najmocniej.
A ona wiedziała.
Upór i duma Licavolich przeszła już chyba do legendy. Zmuszenie Gabriela, by się przed nią płaszczył, dobrowolnie robiąc rzeczy, które w normalnym wypadku nie przyszłyby mu do głowy, okazało się bardziej satysfakcjonujące niż sądziła. Małe zwycięstwo, którym zamierzała się napawać, choć to wciąż było zaledwie początkiem.
Nie tęskniła za nim, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że sposób w jaki ją całował, był wystarczająco dobry. Nawet opór, który wyczuwała w jego ruchach, nie wydawał się odpychający. Wręcz przeciwnie – to jedynie podkreślało jej zwycięstwo. Odzyskała kontrolę, a to znaczyło więcej niż wydawać polecenia tym, którzy zrobiliby dla niej wszystko. Swoją drogą, on również kiedyś należał do tego grona – a wszystko po to, by tak nisko upaść, porzucając ją, choć przecież oferowała mu tak wiele.
Nie mogła tak tego zostawić.
Początkowo pozostawała obojętna. Pozwalała, by się wysilał, obdarowując ją kolejnymi pocałunkami i przynajmniej próbując wykrzesać z siebie choć trochę entuzjazmu. Coś w jego zachowaniu sprawiło, że zapragnęła roześmiać mu się w twarz, ale z uporem milczała, nie zamierzając pozwolić sobie na chwilę słabości. Już i tak pozwoliła na to, by poniosły ją emocje.
Cielesne uciechy były czymś, co traktowała jako przyjemny dodatek. Tym razem myśl o zaciągnięciu mężczyzny do łóżka okazała się o tyle interesująca, że zarazem stałaby się dla niego karą. Co prawda już samo to, że przymusiła Gabriela do przyznania się do czegoś, co tak bardzo go bolało, wydawało się okrutne, ale z drugiej strony…
Och, za mało. To, że zagubił się na tyle, by przyjść po pomoc akurat do niej, też nie było wystarczające. Jego zraniona duma może i ją bawiła, ale nic ponadto.
Isobel oczekiwała czegoś więcej.
Nie wiedziała, w co pogrywał, ale to nie miało znaczenia. Tym razem to ona miała kontrolę i zamierzała w pełni ją wykorzystać. Oczywiście, że najprościej byłoby go zabić – podręczyć jeszcze trochę, a potem po prostu przetrącić kark albo wyrwać serce – ale to przecież byłoby zbyt proste.
Odchyliła głowę, nie pozostawiając mu innego wyboru, jak tylko obcałowywać jej szyję. Był coś satysfakcjonującego w kolejnych muśnięciach, które czuła na skórze. Słyszała jego przyśpieszony oddech i przez moment nawet pomyślała, że może jednak czerpał z tego przyjemność – choćby i szczątkową. Mężczyźni jednak bywali żałośnie prości, zwłaszcza jeśli chodziło o wzbudzanie w nich pożądania. To zresztą był powód, dla którego nigdy nie wierzyła w miłość.
Ale w zemstę i owszem. Zakończenie gierek akurat teraz, gdy robiło się coraz ciekawiej, byłoby dość niefortunnym posunięciem…
Zresztą mógł jej się przydać. Nawet jeśli nie, po wszystkim, co przeciwko niej zrobił, chciała dla niego tylko jednego.
– Powiedzmy, że… jestem usatysfakcjonowana – oznajmiła obojętnym tonem, wydającym się zaprzeczać słowom, które padły z jej ust. – Chociaż chcę więcej. Ostatnio brakuje mi rozrywek.
– Ty…
Jej twarz wykrzywił grymas. Tak, ukaranie go zdecydowanie brzmiało jak doskonały pomysł.
– Zapędzasz się – stwierdziła chłodno. – Kiedyś przymknęłabym na to oko, ale teraz… Straciłeś pozycję, Gabrielu. Lepiej o tym nie zapominaj.
Drgnął, ale nie odpowiedział, przynajmniej od razu. Isobel z trudem powstrzymała uśmiech, gdy uświadomiła sobie, że kolejny raz trafiła w sedno. Nie chciał do tego wracać. Już samo to, że znalazł się z nią sam na sam, dotykając w sposób, który powinien być zarezerwowany dla żony, było czymś, czym zdołała wytrącić go z równowagi.
– Wybacz… Moja pani.
Tym razem się roześmiała – w chłodny, ale jak najbardziej szczery sposób. Palcami przeczesała jego ciemne włosy, choć i w tym nie było żadnych emocji. Podobało jej się za to, jak spinał się za sprawą jej dotyku – czy to z obrzydzenia, czy też obawy przed tym, że jednak mogłaby spróbować go zabić.
– Nie przejmuj się. Twoje szczęście, że wciąż mam do ciebie słabość… I jestem ciekawa – oznajmiła i tym razem jej głos zabrzmiał niemalże pogodnie. Ujęła go pod brodę, przymuszając do tego, by spojrzał jej w oczy. Nachyliła się i – wciąż spoglądając w jego lśniące, czarne tęczówki – musnęła wargami jego usta. – Albo i nie.
Wraz z tymi słowami, w końcu zaatakowała – tak po prostu, z gracją atakującej kobry. Wgryzła się w jego gardło, wzdychając cicho, kiedy jej usta zalała słodka, kusząca krew…

Isabeau krzyczała. Wrzask, który wyrwał się z jej piersi, byłby w stanie obudzić umarłego – zbyt głośny, przeszywający i niemalże histeryczny. Kuliła się na ziemi, trzymając się za głowę, choć to nie pulsowanie w skroniach okazało się najgorsze. Przez moment miała wrażenie, że po jej ciele rozeszła się lawa, niosąc ze sobą tylko i wyłącznie palący ból.
Złapanie oddechu graniczyło z cudem. Krztusiła się łzami, choć to w pełni dotarło do niej dopiero po dłuższej chwili. W oszołomieniu otarła policzki, kolejny raz napotykając wyłącznie wilgoć – żadnej krwi, choć zdążyła do niej przywyknąć. Tego i nie pamięci, a jednak…
Tego, co właśnie doświadczyła, nie dało się ot tak wyrzucić z głowy.
– Isabeau!
Potrząsnęła głową. Żołądek jej się skręcał, chociaż nie miała niczym zwymiotować. Wciąż klęcząc na ziemi, splunęła, próbując pozbyć się dziwnego posmaku w ustach. Czuła znajomą słodycz – krew Gabriela – choć przecież tak naprawdę wcale jej się nie napiła.
I ból. Przeszywający, wciąż obecny i…
– Nie…
Chciała zaprotestować, ale wyszedł jej z tego wyłącznie zdławiony jęk. Drgnęła, gdy ktoś spróbował otoczyć ją ramionami. W zasadzie bardziej wyczuła ruch niż faktycznie zauważyła wyciągnięte ku niej dłonie Dimitra. Zareagowała instynktownie, chwytając męża za ręce i stanowczo przyciągając ku do siebie. Zaraz po tym, całkowicie obojętna na to, że nie byli sami, wpadła mu w ramiona, coraz bliższa tego, by wybuchnąć płaczem.
– Seattle – wychrypiała. Nie rozpoznawała własnego głosu, tak bardzo słabego i nienaturalnie piskliwego. – Nie wiem jak to zrobimy, ale musimy dostać się do miasta. Teraz.
– Beau…
– Teraz!
Czuła, że zachowywała się jak histeryczka, ale nie dbała o to. Nie była w stanie przejąć się ani tym, ani tym bardziej przyjąć do wiadomości bezradności. Nie tym razem! Jasna cholera, nie miała pojęcia jak mieliby tego dokonać, ale musiała działać i to natychmiast!
Kręciło jej się w głowie. Wspomnienie bólu mieszało się z emocjami, których nawet nie próbowała opanować. Chciała poderwać się do pionu, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, gdy tylko spróbowała. Gdyby nie ramiona Dimitra znów wylądowałaby na ziemi, ale nie zamierzała ot tak odpuścić. W gruncie rzeczy czuła się na tyle zdesperowana, by w razie potrzeby spróbować dostać się na sąsiedni kontynent choćby i pieszo.
Nie zrobisz mi tego. Nie zrobisz, słyszysz?!, pomyślała, początkowo niepewna tego, do kogo się zwracała. Z uporem odsuwała od siebie samo tylko imię Selene, ale bogini wciąż gdzieś w tym wszystkim była. Żal, który żywiła do niej Isabeau, tym bardziej. Spróbuj tylko, a przysięgam, że…
Nie dokończyła. Nie była w stanie, jednak i to okazało się sprawą drugorzędną.
Choć nie sądziła, że uda im się cokolwiek zdziałać, pomoc przyszła w najmniej oczekiwanym momencie – i pod najmniej spodziewaną postacią.
– Nie wierzę, że za każdym razem to i tak ja muszę ratować wam tyłki – usłyszała i tych kilka słów wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi. – Co to ostatnio mówiliśmy o rodzinie…?
Lawrence wzniósł oczy ku górze. Wymownie zerknął na stojącą u jego boku postać, obojętny na to, że ta dosłownie zabijała go wzrokiem.
Jedynie się uśmiechnął, jak gdyby nigdy nic ignorując poirytowane spojrzenie Michaela.
– Jakby to ująć… Pan chyba właśnie zmienił zdanie. – L. wzruszył ramionami. – Zabieracie się czy mam załatwiać sprawy w pojedynkę?
Odpowiedziała mu wymowna cisza.








After We Fall
stories by Nessa