15.09.2017

Dwieście trzydzieści siedem

Beatrycze
Poczuła się dziwnie, czując wyraźną obecność Camerona w głowie. Już wcześniej doświadczyła mocy telepatów, ale ta i tak niezmiennie wzbudzała w Beatrycze wątpliwości. Był tu – tak blisko, że aż poczuła się nieswojo, chociaż w jego obecności nie było niczego, co mogłaby uznać za niewłaściwe. Wręcz przeciwnie, skoro wiedziała, że jako jedyny naprawdę się przejmował i chciała mu pomóc. Potrzebowała tego, tym bardziej teraz, kiedy jedyna osoba, której chciała się zwierzyć, była gdzieś poza jej zasięgiem.
Westchnęła, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało znaczenia. To, czy Cammy poznałby jej sen, niczego nie miało zmienić, więc tym bardziej nie zamierzała się przed wampirem wzbraniać. Kto wie, może zrzucenie z siebie niechcianej odpowiedzialności jednak miało szansę przynieść jej ulgę. Chociaż tyle, skoro na własne życzenie dusiła wszystko w sobie, zadręczając się czymś, nad czym i tak nie miała kontroli.
Zamknęła oczy, by móc łatwiej się uspokoić. Cameron nie ukrywał swojej obecności, co uznała za właściwe, zwłaszcza że nie istniał żaden powód, dla którego wampir miałby kryć się ze swoimi zamiarami. Na swój sposób podobało jej się, że zachowywał się w tak otwarty sposób, niczego nie próbując przed nią ukrywać. To było dobre, dodatkowo podsycając zaufanie, którym Beatrycze go darzyła.
– W porządku – mruknęła, po czym wróciła pamięcią do tego, co dręczyło ją od tak długiego czasu.
Sny miały to do siebie, że zwykle z łatwością uciekały z jej głowy. Od samego początku wiedziała, że coś jest z nimi nie tak – że to coś więcej, chociaż w żaden sposób nie potrafiła tego sprecyzować. Istniało wiele kwestii, których nie rozumiała i których nawet nie była w stanie nazwać, niezależnie od tego, jak bardzo tego pragnęła. Teraz mogła się tym podzielić, a im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza tej decyzji się czuła.
Tak, Cameronowi mogła zaufać. Zdążyła się przekonać, że to jak najbardziej właściwe i tego zamierzała się trzymać.
Wspomnienie domu wciąż było zamazane i nie tak wyraziste, jak mogłaby sobie tego życzyć, ale mimo wszystko zdołała odtworzyć dręczące ją miejsce na tyle dokładnie, na ile to okazało się możliwe. Mimo wszystko nie mogła ot tak zapomnieć; nie tak po prostu, skoro śniła wielokrotnie ten sam scenariusz. Podejrzewała, że to znaczyło, że tym bardziej powinna wiedzieć co to za miejsce, a jednak… Och, nie wiedziała. Jakaś jej cząstka wciąż podpowiadała kobiecie, że odpowiedzi leżały o wiele bliżej, aniżeli mogłaby się tego spodziewać, ale…
– Och…
Zamrugała nieco nieprzytomnie, zaskoczona jękiem, który wyrwał się Cameronowi. Połączenie, które wampir wytworzył między ich umysłami, gwałtownie zostało zerwane, co na dłuższą chwilę wytrąciło Beatrycze z równowagi. Wciąż mrugając, energicznie potarła skronie, próbując doprowadzić się do porządku. Spojrzenie przeniosła na swojego towarzysza, uważnie lustrując wzrokiem jego twarz i próbując określić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
– Coś jest nie tak? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać. – To znaczy… Czy ja zrobiłam coś nie tak albo…? – poprawiła się, ale Cammy jedynie potrząsnął głową.
– Nie, nie – zreflektował się pośpiesznie. Drgnęła, kiedy poderwał się na równe nogi, nagle zaczynając niespokojnie krążyć. – To po prostu… Och, od jak dawna miewasz te sny?
Uniosła brwi, zaskoczona napięciem w jego głosie.
– Nie jestem pewna – powiedziała po dłuższej chwili wahania. Znów potarła skronie, coraz bardziej zaniepokojona. – Możliwe, że… od samego początku? Nie zwracałam na to uwagi, póki nie zaczął się powtarzać.
Cammy rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie, po którym poznała, że nie do końca jej uwierzył. Nawet jeśli faktycznie tak było, nie skomentował takiego stanu rzeczy nawet słowem, myślami wydając się być gdzieś daleko. Nie rozumiała, co takiego go poruszyło, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, bardziej przejęta inną kwestią – a mianowicie tym, że skoro reagował tak emocjonalnie na widok jakiegokolwiek miejsca, to znaczyło, że musiał wcześniej mieć z nim do czynienia.
– Cammy…?
Westchnął, ale ostatecznie przeniósł na nią wzrok. Nie zasłużył sobie na to, żebyś go okłamywała…, przeszło jej przez myśl i coś w tych słowach sprawiło, że Beatrycze poczuła się jeszcze gorzej.
Przecież tego nie robiła, prawda? Nie kłamała, ale…
Lubisz oszukiwać samą siebie, moja droga?
Mimowolnie zadrżała, kolejny raz wytrącona z równowagi myślami, które zdecydowanie nie należały do niej. Chyba powoli zaczynała przywykać do głosu, który – jak podejrzewała – najpewniej należał do Ciemności, nie zmieniało to jednak faktu, że za każdym razem czuła się naprawdę nieswojo. Co więcej, bała się, wciąż oszołomiona tym, czego doświadczyła wcześniej i co musiało wiążąc się z tak silną obecnością dręczącej ją istoty.
– Przepraszam – zreflektował się wampir, w końcu decydując się odezwać. Wciąż brzmiał na poruszonego, chociaż zapanował nad sobą na tyle, by jego głos zabrzmiał w o wiele bardziej opanowany sposób. – Zaskoczyłaś mnie, wiesz? Co prawda dalej nie jestem pewien, ale…
– Ale…? – ponagliła, kiedy znowu się zawahał.
Westchnął, po czym wzruszył ramionami.
– Wydaje mi się, że znam to miejsce.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej oszołomiona. W pierwszym odruchu nawet nie zarejestrowała momentu, w którym poderwała się na równe nogi, wstając tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Zanim zastanowiła się nad tym co i dlaczego robi, bezceremonialnie ruszyła ku Cameronowi, w następnej chwili stając tuż przed wampirem i chwytając go za ramiona. Podejrzewała, że gdyby była nieśmiertelna, nieświadomie pogruchotałaby swojemu towarzyszowi kości, ale nie dbała o to, w tamtej chwili skupiona przede wszystkim na jego słowach.
Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż do tego stopnia podekscytowana. To uczucie dosłownie ją wypełniało, skutecznie przyprawiając o dreszcze, nad którymi nie była w stanie zapanować. W tamtej chwili poruszała się niemalże jak w transie, świadoma wyłącznie jednej rzeczy – a więc tego, że może jednak miała uzyskać jakże upragnione odpowiedzi.
– Gdzie…? – Coś ścisnęło ją w gardle, więc zamilkła, po czym przełknęła z trudem. – Zabierzesz mnie tam? Cammy, na litość bogini…
Znów urwała, zdolna już tylko wpatrywać się w stojącego przed nią chłopaka. Bez słowa przesunęła się bliżej niego, niemalże uwieszając się na jego szyi i wpatrując w jego twarz w tak nachalny sposób, że aż się zarumienił. Gdyby nie sytuacja, w tamtej chwili najpewniej poczułaby się rozbawiona, jednak również to w tamtej chwili nie miało dla Beatrycze najmniejszego znaczenia.
– Ja nie… – Cameron zamilkł, po czym w pośpiechu oswobodził się z jej uścisku. Zesztywniała, kiedy jego dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jej nadgarstkach, zmuszając do pozostania w jednym miejscu. – Dobrze się czujesz?
– Dlaczego miałabym czuć się źle? – obruszyła się. – Cammy…
Coś w jego spojrzeniu przekonało ją do tego, by jednak zamilknąć.
– Dziwnie się zachowujesz – stwierdził. Wyczuła, że unikał najbardziej interesującego ją tematu. – Jest późno, wiesz? I ja też martwię się o Joce.
– Nie rozumiem, co właściwie…
– To, że powinnaś odpocząć – uciął stanowczym tonem. – Wybacz, że wcześniej zareagowałem… tak gwałtownie, okej? W końcu to tylko sny.
– Tylko sny… – powtórzyła niczym echo.
Cammy skinął głową.
– Z wyobraźnią bywa tak, że czasami podsuwa naprawdę nietypowe rzeczy. Ten dom, który widziałaś… Cóż, bardzo przypomina mi jedno z miejsc, które kiedyś widziałem, ale to nie ma sensu – oznajmił z naciskiem i zabrzmiało to tak, jakby naprawdę w to wierzył. – Wszystkie domy są do siebie podobne, nie? Nie wspominając o tym, że pogoń za snem brzmi naprawdę głupio, Beatrycze.
Chwilę jeszcze lustrował wzrokiem jej twarz, wyraźnie czekając na reakcję. Milczała, ostatecznie decydując się spojrzeć w bliżej nieokreślone miejsce w przestrzeni. Z wolna wypuściła powietrze, by łatwiej się uspokoić. To naprawdę nie ma sensu, pomyślała i to wystarczyło, by poczuła jak cała dotychczasowa fascynacja znika równie nagle, co wcześniej się pojawiła. W zamian jej miejsce zajęło wręcz niewyobrażalne zmęczenie i dezorientacja, która sprawiła, że Beatrycze z wolna się wycofała, by ostatecznie ciężko opaść na łóżko.
Och, co ona sobie wyobrażała? Wciąż czuła się dziwnie, zupełnie jakby przez ostatnie minuty zachowywała się jak ktoś kompletnie obcy. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, z trudem zmuszając się do rozluźnienia uścisku. Ręce ułożyła na kolanach, po czym spuściła wzrok, aż nazbyt świadoma, że Cammy uważnie ją obserwuje. Wzięła kilka głębszych wdechów, chcąc się uspokoić, to jednak okazało się trudne, zwłaszcza że w głowie wciąż miała pustkę. Nie była pewna, co tak naprawdę powinna zrobić i myśleć, ale jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że w krótkim czasie nie po raz pierwszy zrobiła z siebie idiotkę.
– Masz rację – powiedziała cicho. Czy sama nie doszła do podobnych wniosków, kiedy ostatni raz zastanawiała się nad sensownością pogodni za czymś, co równie dobrze mogło okazać się wytworem jej wyobraźni? Może to jedynie dowodziło temu, że wariowała, ale i nad tym nie chciała się zastanawiać. – Przepraszam. Ja po prostu… – Westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. – Masz rację, że Joce wytrąciła mnie z równowagi. Tylko tyle.
Wygodna wymówka, moja radości…
Musiała niemalże zmusić się do spokojnego siedzenia i dalszego ukrywania emocji. Nerwowo zacisnęła usta, ledwo powstrzymując sfrustrowany jęk. Tak miało być teraz cały czas? Będzie słyszała glos, którego – co bardzo możliwe – wcale nie było, a który mogła wyobrazić sobie po wszystkich historiach o demonach, które miała okazję usłyszeć? Wierzyła, że ojciec Rafaela z jakiegoś powodu chciał sprowadzić ją do siebie, to z kolei sprawiło, że naprawdę zaczynała tracić zmysły.
– Jesteś pewna, że… wszystko w porządku? – zaniepokoił się Cammy. Wiedziała, że starannie dobierał słowa, nie chcąc powiedzieć czegoś, co zabrzmiałoby niewłaściwe.
– Jestem – oznajmiła zdecydowanie zbyt szybko, by zabrzmiało to naturalnie. – Dziękuję, że ze mną posiedziałeś. Już mi lepiej.
Cóż, na swój sposób to akurat była prawda. Czuła się… zdezorientowana, ale o wiele spokojniejsza niż chwilę wcześniej, kiedy czuła się gotowa niemalże roznieść swojego rozmówcę, byleby poznać odpowiedzi na dręczące ją pytania. Myśląc o tym, czego doświadczyła chwilę wcześniej, miała wrażenie, że w rzeczywsitości do działania popychał ktoś zupełnie inny, kto bardzo chciał, żeby poznała prawdę. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego i to ją przerażało, zwłaszcza po tym, co zobaczyła, spoglądając na świat oczami Ophelii.
Spojrzała na Camerona, mimowolnie zastanawiając nad tym, jak zareagowałby, gdyby opowiedziała mu o tych dziwnych wizjach. Czy również one nie były prawdziwe, dobitnie świadcząc o tym, że zaczynała wariować? Nie wiedziała i przynajmniej tymczasowo nie chciała tego weryfikować.
– W porządku. – Głos wampira skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Zauważyła, że stał na środku pokoju, niepewnie rozglądając się dookoła i wyraźnie nie mogąc zdecydować, co takiego powinien ze sobą zrobić. – Ja… Potrzebujesz czegoś? – drążył, ale Beatrycze jedynie pokręciła głową.
– Jest okej – stwierdziła obojętnie. – Dziękuję, że ze mną posiedziałeś.
– Mogę jeszcze zostać, jeśli tego potrzebujesz – zaoferował, ale nie zamierzała mu na to pozwolić.
– I tak chcę się już położyć – zapewniła, to jednak wcale nie było takie proste. Nie, skoro obawiała się zasnąć.
– Skoro tak…– Cammy przez krótką chwilę wyglądał na chętnego, żeby zaprotestować i postawić na swoim, ostatecznie jednak się na to nie zdecydował. – Wołaj, gdybyś czegoś potrzebowała.
Skinęła głową, nie ufając swojemu głosowi na tyle, by próbować odpowiedzieć. Cameron dał jej jeszcze kilka sekund na zastanowienie, nim ostatecznie ruszył w stronę drzwi, zamierzając zostawić ją samą. Już zaciskał rękę na klamce, kiedy Beatrycze otrząsnęła się na tyle, by odważyć się zadać jeszcze jedno, istotne pytanie.
– Poczekaj.
Przystanął, po czym w pośpiechu odwrócił się w jej stronę. Nawet jeśli go zaskoczyła, nie dał niczego po sobie poznać.
– Tak? – Rzucił jej zachęcający uśmiech, próbując sprawić, by poczuła się jakkolwiek pewniej.
– Ja… – Przełknęła z trudem, czując, że zaczyna brakować jej powietrza. Dlaczego czuła się do tego stopnia oszołomiona? – Powiesz mi jedną rzecz?
– Tak sądzę…? – Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie.
Nerwowo zacisnęła palce na krawędzi łóżka. Dlaczego miała wrażenie, że Cammy szukał wymówki, byleby tylko nie składać jej żadnych obietnic.
– Jestem po prostu ciekawa – powiedziała w końcu. Jej głos zabrzmiał spokojnie, o wiele bardziej opanowany, aniżeli w rzeczywsitości się czuła. – Mam na myśli… Z jakim miejscem kojarzył ci się dom, o którym śnię?
– Och…
Przez twarz wampira przemknął cień – tak szybko, że równie dobrze mogło się to okazać wytworem wyobraźni. Beatrycze w duchu odliczała kolejne sekundy, coraz bardziej spięta i niespokojna. Musiała niemalże zmusić się do tego, żeby zachować neutralny wyraz twarz.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Cammy jednak zdecydował się odezwać.
– To tylko takie moje luźne skojarzenie, zresztą widziałem to miejsce tylko raz… I to dość dawno, kiedy z mamą podróżowaliśmy poza Miastem Nocy – powiedział w końcu. – Zresztą to głupie. Tak czy inaczej, mógłbym przysiąc, że bardzo podobnie wyglądała dawna posiadłość Licavolich.
– Licavolich?
Chłopak jedynie wzruszył ramionami, po czym nacisnął klamkę, chcąc wyjść na korytarz.
– Taa… Chianni. Dawny dom Gabriela i Layli – wyjaśnił spokojnie. – Niechętnie o tym wspominają i… Och, zapomnij, że cokolwiek mówiłem, okej? To głupie.
Być może powiedział coś jeszcze, ale praktycznie tego nie zarejestrowała. W milczeniu odprowadziła Camerona wzrokiem, kiedy pożegnał się i jednak zniknął jej z oczu, starannie zamykając za sobą drzwi.
Kolejny raz tego dnia została sama.
Elena
Wiedziała, że wszyscy są podenerwowani. Atmosfera już od samego rana była tak napięta, że można byłoby ją kroić nożem, co samo w sobie nie przypadło Elenie do gustu. Sama też była podenerwowana, chociaż ze zdecydowanie innych powodów, aniżeli reszta domowników. Zabawne, ale z jakiegoś powodu perspektywa spotkania z którymkolwiek z członków Volturi nie wzbudzał w niej żadnych emocji, nawet pomimo tego, że to przecież właśnie we Włoszech została zabita.
Myślenie o własnej śmierci było dziwne, tak jak i o tym, że wciąż z łatwością mogła zginąć. Co więcej, samo wspomnienie bolało, wiążąc się z Rafaelem i zmuszając ją do wspominania kwestii, które zdecydowanie wolała od siebie odepchnąć. Jakie to miało znaczenie? Teraz istniały ważniejsze sprawy na których musiała się skupić, a jednak…
Och, to wszystko było zbyt skomplikowane.
Nerwowo otarła wilgotne dłonie o spodnie, próbując doprowadzić się do porządku. Z uporem zwlekała z wyjściem z pokoju, woląc trzymać się z daleka od reszty domowników i grobowej atmosfery, zwłaszcza że ta i tak już zaczynała się jej udzielać. Nie rozumiała, dlaczego w ogóle próbowali brnąć w to szaleństwo, w ogóle zamierzając wpuścić do domu kogoś, kto zdecydowanie nie był im przychylny. W takich chwilach nie rozumiała podejścia ojca, ale postanowiła zachować jakiekolwiek uwagi dla siebie. Wiedziała przecież jaki jest Carlisle, zresztą sama nie mogła pozbyć się wrażenia, że po wszystkim, co wydarzyło się na balu, bardzo wiele kwestii uległo zmianie.
Nie pojmowała, czego tak naprawdę wciąż oczekiwał Aro, a tym bardziej powodu, dla którego chciał się spotkać. Z drugiej strony, możliwym wydawało się, że wszyscy oczekiwali tego samego – odpowiedzi. Isobel zniknęła, zresztą tak jak i demony, z kolei każda ze stron mogła udzielić drugiej choć po części przydatnych informacji i…
Nie, to brzmiało naprawdę źle. Z kim jak z kim, ale zdecydowanie nie chciała bratać się z Aro, nawet gdyby ten zaczął zapewniać o pokojowych zamiarach albo nawet za wszystko przeprosił. Elena jakoś nie miała wątpliwości co do tego, czy Isobel była w stanie owinąć sobie wampira wokół palca, ale to nie miało dla niej znaczenia. Po wszystkim, co się wydarzyło, chyba miała prawo do sceptycyzmu i braku choćby cienia zrozumienia.
– Eleno?!
Westchnęła, bez trudu rozpoznając głos Esme. Nie od razu zareagowała, w pierwszym odruchu nasłuchując, by określić, czy cokolwiek zmieniło się od jej ostatniego pojawienia się w salonie. Nie czuła, żeby „goście” już się pojawili, co na swój sposób ją uspokoiło, ale nie na tyle, by poczuła się pewniej.
– Zaraz zejdę – mruknęła, aż nazbyt świadoma, że to wystarczy, by mama ją usłyszała.
Nie otrzymała odpowiedzi, co uznała za przyzwolenie. Z wolna podniosła się ze stojącego przy toaletce krzesła, wcześniej odrzucając włosy na plecy. Machinalnie przeczesała włosy palcami, po czym westchnęła cicho. Nie była pewna, jak długo próbowała zając uwagę metodycznym rozczesywaniem loków, przesuwając po nich szczotką tyle razy, że pewnie już dawno zaczęły błyszczeć.
Bezwiednie ujęła jeden z kosmyków w palce, nerwowo nawijając go na palec. Nie była pewna, czego tak naprawdę chciała, a tym bardziej czego powinna spodziewać się po nadchodzącym spotkaniu. I tak cieszyła się, że w ogóle miała brać w nim udział, zwłaszcza że miała dość tego, że wszyscy wokół zawsze próbowali ją chronić. Chciała decydować za siebie, a odkąd wróciła, to wydawało się o wiele prostsze, zwłaszcza że zmieniła się na tyle, by rozwiać wątpliwości wszystkich wokół co do tego, czy potrafiła się bronić. Z drugiej strony, być może to również zawdzięczała Rafaelowi, który zdążył dobitnie podkreślić to, że już nie była istotą choćby w połowie ludzką. Nie miała pojęcia, jak na to wszystko mieli zaatakować Włosi, ale sama również uważała, że najrozsądniej będzie zagrać otwartymi kartami.
Zabawne, ale się nie bała. Już wcześniej miała poczucie, że Volturi stracili na znaczeniu, z kolei teraz… Cóż, nawet mimo nieobecności Rafaela nie wyobrażała sobie, by komukolwiek stała się krzywda.
Nie potrafiła tego opisać, ale z jakiegoś powodu czuła, że gdyby przyszło co do czego, sama potrafiłaby powstrzymać potencjalne zagrożenie. Co prawda ta myśl wydawała się niedorzeczna, przynajmniej teoretycznie, ale z jakiegoś powodu wydała się Elenie… naprawdę kusząca.
Usłyszała szelest, więc w pośpiechu obejrzała się w stronę okna. Podejrzliwie zmrużyła oczy, ostatecznie decydując się podejść bliżej, by wyjrzeć na zewnątrz. Nie dostrzegła niczego, pomijając znajome drzewa i zalegający na ziemi, nienaruszony śnieg. Nic nie wskazywało na to, by w pobliżu czaił się ktokolwiek niewłaściwy, a jednak…
Och, mimo wszystko była wręcz gotowa przysiąc, że słyszała charakterystyczny szelest ptasich skrzydeł.
Bez znaczenia, pomyślała, po czym w pośpiechu wycofała się w głąb pokoju. Coś ścisnęło ją w gardle, więc przełknęła z trudem, z uporem próbując się uspokoić.
To naprawdę nie miało znaczenia.
To, czy On kręcił się gdzieś w pobliżu, jak zwykle próbując ją chronić, tym bardziej.
W pośpiechu wyszła z pokoju, chcąc nie chcąc decydując się dołączyć do pozostałych. Wciąż czuła się dziwnie podenerwowana, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że w którymś momencie zacisnęła dłonie w pięści, niemalże czując się gotową do tego, by rzucić się komuś do gardła. Potrzebowała dłuższej chwili, by doprowadzić się do porządku, zanim ostatecznie pokusiła się o dołączenie do zebranej w salonie grupki.
– Wyglądasz, jakbyś wybierała się na wojnę – stwierdził już na wstępie Emmett. Jedynie prychnęła, nie kryjąc zaskoczenia tym, że jej nastrój był aż tak oczywisty.
– Kto się wydarzy, prawda? – rzuciła w odpowiedzi, siląc się na niemalże pogodny ton. – Jedynie wpuszczamy do domu grupę absolutnie nieżyczliwych nam wampirów. Co mogłoby pójść źle? – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
Nikt nie odpowiedział, co zresztą było do przewidzenia. Jedynie Esme rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, które Elena ostatecznie zdecydowała się zignorować. Myślami wciąż była daleko, raz po raz wracając do Rafaela – do tego, co powiedział jej ostatnim razem i wrażenia, że również teraz kręcił się gdzieś w pobliżu. To jedynie potęgowało jej irytację, zwłaszcza że ostatnim, czego potrzebowała, było to, żeby ten cholerny demon próbował ją dręczyć.
Gdziekolwiek jesteś, trzymaj się z daleka, pomyślała z irytacją. Poradzę sobie sama!
Nie była zaskoczona tym, że nie otrzymała żadnej odpowiedzi.



After We Fall
stories by Nessa