21.07.2017

Dwieście dwadzieścia siedem

 Bullet for My Valentine – „Say Goodnight” (acoustic)
Jocelyne
Dallas milczał tak długo, aż zaczęła podejrzewać, że w którymś momencie zniknął. Dopiero kiedy pokusiła się o otwarcie oczu, zorientowała się, że duch wciąż tkwił obok, przesadnie wręcz skupiony na ułożenia ciała w taki sposób, by znaleźli się wystarczająco blisko siebie. Joce westchnęła, po czym nieznacznie potrząsnęła głową, próbując w ten sposób usprawiedliwić fakt, że w krótce po tym jednak pokusiła się o to, żeby się odsunąć.
– Coś jest nie tak, Joce? – zapytał, wyraźnie zmartwiony taką perspektywą.
– Dallas…
Zacisnęła usta, powstrzymując się przed udzieleniem chłopakowi odpowiedzi. Niby w jaki sposób miała wytłumaczyć mu coś, czego wyraźnie nie chciał zrozumieć? Gdyby było inaczej, nie miałaby poczucia, że raz po raz wracali do punktu wyjścia. Co więcej, jeśli Dallas faktycznie pojmowałby, że jego zachowanie ją raniło, zdecydowanie nie ponawiałby go niemalże na każdym kroku.
Milczenie się przeciągało, wiedziała jedynak, że zaczytanie tematu i tak nie ma sensu. Dallas wiedział, co ją dręczyło, zwłaszcza że dała mu to dość jasno do zrozumienia. Co prawda jak do tej pory jej sugestie sprowadzały się wyłącznie do tego, że wycofywał się na chwilę, by prawie natychmiast spróbować podobnie, nie zmieniało to jednak faktu, że musiał być świadom, w czym leżał problem. Taką przynajmniej miała nadzieję, po cichu licząc, że Dallas w którymś momencie po raz kolejny odejdzie, nawet pod najbardziej błahym pretekstem, by nie zdążyli kolejny raz się posprzeczać.
– W porządku, nie masz nastroju – usłyszała i coś w tym stwierdzeniu sprawiło, że zapragnęła się roześmiać. Naprawdę uważał, że właśnie w tym widziała problem? – Rozumiem to.
– Nie sądzę – stwierdziła, nim zdążyła choćby spróbować ugryźć się w język.
Znów zapanowała cisza, stopniowo zaczynając doprowadzać ją do szaleństwa. Nie pojmowała, dlaczego raz po raz musieli przez to przechodzić, ta kwestia zresztą wydawała się najmniej istotna. Liczyły się niepowodzenia, które zdecydowanie nie miały przynieść niczego dobrego, niezależnie od tego, jak bardzo starałaby się pewne kwestie ignorować.
– Jak wspomniałem, jesteś zagubiona. Nie sądzę, żeby cokolwiek więcej było tutaj do rozumienia – powiedział w zamyśleniu Dallas, kolejny raz wystawiając jej nerwy na próbę.
– Naprawdę uważasz, że wszystko sprowadza się tylko do mojego zagubienia?
Poderwała się na równe nogi, nie będąc w stanie dłużej tkwić w miejscu. W pierwszym odruchu zamarła, dziwnie oszołomiona, z zaskoczeniem przekonując się, że czuła się naprawdę dziwnie, nie tylko za sprawą ciągłego napięcia. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić i zapanować nad mętlikiem w głowie, czuła jednak, że przy Dallasie to wcale nie miało być takie proste. Na każdym kroku towarzyszyło jej poczucie, że coś jest nie tak, wciąż jednak nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, w jaki sposób powinna rozumieć targające nią uczucia.
Zawahała się, dopiero po chwili decydując na podjęcie niespokojnego marszu. Nerwowo rozejrzała się po pokoju, poniekąd żeby zyskać na czasie i przynajmniej spróbować zebrać myśli. Czuła, że Dallas wciąż ją obserwował, nawet na moment nie odrywając od dziewczyny wzroku i tym samym doprowadzając ją do szału. Chciała mu o tym powiedzieć, ale powstrzymała się, po chwili zastanowienia dochodząc, że również to nie miało sensu. W tamtej chwili liczyło się, żeby pojął inną, o wiele bardziej istotną kwestię, to jednak mogło okazać się co najmniej skomplikowanym zadaniem.
– Jasne… Tak, jak najbardziej jestem zagubiona – powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa. To było oczywiste, ale i tak poczuła się dziwnie, kiedy wypowiedziała te słowa na głos. – Przez cały ten czas. Od długich tygodni.
– Joce…
Drgnęła, kiedy przemieścił się, przez krótką chwilę wyglądając na chętnego, żeby znów ją objąć… Albo przynajmniej udawać, skoro w ich przypadku to i tak nie było możliwe. Dallas zawahał się, spoglądając na nią z powątpiewaniem, kiedy znów zaczęła niespokojnie krążyć. Trzymał się na dystans i to wydawało się dobre, choć zarazem ją raniło, nawet jeśli doprowadziła do takiego stanu rzeczy na własne życzenie. To okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli początkowo sądziła, chłopak zaś nieświadomie wszystko komplikował.
– Nie rozumiesz, że… Że nie pomagasz, Dallas? – zapytała wprost. – Oboje wiemy, że tak naprawdę oczekujesz niemożliwego. To nie jest coś, co… Po prostu nie – dodała, chociaż zabrzmiało to nader dziecinnie.
– Tak uważasz? – Dallas spoważniał. Wyczuła w jego tonie pełną napięcia nutę, która jasno dała jej do zrozumienia, że nie zamierzał ot tak przyjąć do wiadomości tego, co mu sugerowała. – Ty dalej…
– Dalej co? – zniecierpliwiła się. – Zadręczam się tym, że nie żyjesz? Oczywiście, że tak! – Zamilkła, żeby złapać oddech. – Nie żyjesz.
Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Wydawały się niewłaściwe, choć przecież jak najbardziej były prawdziwe, a ona miała dość czasu, by oswoić się z takim stanem rzeczy. Dallas umarł, poniekąd na jej oczach, chociaż to, że poszła za Aldero pozwoliło jej uniknąć momentu, w którym ostatecznie uszło z chłopaka życie. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż go widziała, nawet pomimo tego, co się wydarzyło. Dallas z kolei zdecydowanie nie powinien udawać, że jego śmierć nie miała znaczenia, zwłaszcza że oboje wiedzieli, jaka była prawda.
Zauważyła, że przez twarz chłopaka przemknął ledwo zauważalny, niepokojący cień. Napięła mięśnie, wciąż niespokojnie go obserwując i czekając na reakcję. Chociaż to wydawało się pozbawione sensu, wyraźnie widziała, jak latka piersiowa Dallasa unosi się i opada w rytm wyraźnie niespokojnego oddechu. Z jakiegoś powodu z miejsca zrobiło jej się jeszcze bardziej zimno. Co więcej, odczuwany przez dziewczynę niepokój jeszcze bardziej przybrał na sile, dając jej się we znaki na tyle, że natychmiast zapragnęła się wycofać. Nie sądziła, że to w ogóle możliwe, by zaczęła bać się akurat Dallasa, ale…
– Okej… Okej, łapię. – Jego głos zabrzmiał dziwnie, kiedy w końcu zdecydował się odezwać. Napięła mięśnie, niespokojnie przysłuchując się poszczególnym słowom i przynajmniej sprawiać wrażenie kogoś, kto czuł się o wiele pewniej niż w rzeczywistości. – Wiem, że jest inaczej. Cały czas to powtarzałem i wydawało mi się… Dlaczego akurat teraz, co Joce? Znaczy… Cały czas mnie widzisz. Jestem tutaj, kiedy tego potrzebujesz i…
Coś w jego słowach sprawiło, że z miejsca zapragnęła mu przerwać.
– To nie działa w ten sposób – jęknęła, energicznie potrząsając w głową. – Jesteś duchem, Dallas. Cały czas udajemy, ale… Ciebie tak naprawdę nie ma, tak? Ja w ogóle mam być z kimś, kto nawet nie może mnie dotknąć? – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Ze świstem wypuściła powietrze, wciąż podenerwowana. Mimo wszystko poczuła ulgę, kiedy w końcu wyrzuciła z siebie te słowa, przez krótką chwilę będąc w stanie zignorować obawy, które towarzyszyły jej przez cały ten czas. W duchu odliczała kolejne sekundy, czekając na coś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować, choć wydawało jej się istotne. Bardzo wiele zależało od Dallasa, ten jednak milczał, przez cały ten czas dosłownie taksując ją wzrokiem. Ta świadomość sprawiała, że Jocelyne czuła się jeszcze bardziej nieswojo, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w każdej chwili mogło wydarzyć się coś, co tak czy inaczej nie powinno mieć miejsca.
Nie była pewna, co takiego podkusiło ją, by jednak poderwać głowę. Spojrzała Dallasowi w oczy, po czym machinalnie cofnęła się, porażona intensywnością jego spojrzenia. Po sposobie, w jaki na nią patrzył, nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, jakie targały nim emocje, to jednak wydawało się najgorsze. Fakt, że na swój sposób pozostawał obojętny, a do tego mógłby być na nią zły…
– Więc to cię boli, tak? – usłyszała i mimowolnie zadrżała, porażona tonem z jakim zadał to pytanie. – Najbardziej dręczy cię to, że… już nie mam ciała? – Dallas zacisnął usta. Czuła, że wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Miała wrażenie, że coś zmieniło się w jego postaci, ale również tego nie potrafiła jednoznacznie określić, świadoma wyłącznie tego, że od dawna nie widziała chłopaka aż tak poważnego. – Bądźmy szczerzy… To cię męczy, tak? Udawanie, przenikanie się… – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Wiesz, mnie brak perspektywy na seks też nie zachwyca, ale czyż to nie sytuacja idealna? Przynajmniej wiesz, że nie o to mi chodzi.
Chociaż nie sądziła, że w obecnej sytuacji będzie zdolna się tym przejąć, z miejsca poczuła, że się rumieni. W porządku, tak, poniekąd chodziło o seks, ale pomimo tego, że uwzględnianie wszystkich aspektów związków wydawało się naturalne, najzwyczajniej w świecie speszyła się na samą sugestię. Chwilami wciąż czuła się jak dziecko, na dodatek zagubione i niedoświadczone w najbardziej podstawowych kwestiach, przez co sama myśl o tym, że Dallas mógłby być nią zainteresowany również pod tym względem, wydała jej się co najmniej dziwna.
– Tak… Nie… Wiesz, co takiego mam na myśli! – obruszyła się. – Przestań sobie znowu żartować.
– Nie żartuję. To chyba oczywiste, że my moglibyśmy… – Chłopak znów urwał, po czym potrząsnął głową. – Wiem, że nie jest tak samo. Nie mogę cię dotknąć, chociaż próbuję… I wierz mi, dla mnie również to nie jest łatwe – stwierdził z powagą. Tym razem nie próbowała się odsuwać, kiedy przesunął się na tyle, by w razie potrzeby móc ją przeniknąć. – Ja też tęsknię za wieloma rzeczami, Joce. Za… Cóż, czuciem. Ale – podjął pośpiesznie – to jest do przeskoczenia, tak? Dla ciebie cały czas tutaj jestem. Do tej pory…
– To dla mnie jak iluzja – oznajmiła wprost. – Jesteś przez cały ten czas i… To zabrzmi źle, ale chyba w tym problem.
Zawahała się, mając wrażenie, że tym razem posunęła się za daleko. Mieszała się we własnych wyjaśnieniach, szukając sposobu na ubranie w słowa czegoś, czego nawet samej sobie nie potrafiła wyjaśnić. W głowie miała pustkę, zaś bliskość Dallasa jedynie wszystko komplikowała, sprawiając, że z każdym kolejnym słowem czuła się coraz gorzej. To było tak, jakby miała do niego pretensje o coś, co tak naprawdę nie miało znaczenia, ale… przecież nie o to chodziło. Przejmowała się czymś, co było o wiele bardziej złożone, w już zwłaszcza poczuciem, że jest dosłownie ciągnięta w dół.
Patrząc na to wstecz, uświadomiła sobie, jak wiele czasu spędzali razem. Przesiadywała w pokoju, dystansując się od najbliższych i tego, co wiązało się ze względnie normalnym życiem. Próbowała dostosować się do Dallasa, w efekcie czując się tak, jak we śnie. To nie było normalne, a jednak pomimo tego, że zdawała sobie z tego sprawę, długo wmawiała sobie, że jest w tym jakiś sens. Do tej pory miała na to nadzieję, chociaż…
– Nie rozumiem.
Głos Dallasa skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Drgnęła, po czym rzuciła mu przepraszające, co najmniej bezradne spojrzenie. Och, sama też nie była pewna, co takiego miała na myśli… Albo raczej przekonywała samą siebie, że tak jest w istocie, odsuwając o siebie to, co podświadomie wiedzieli oboje.
– Na pewno? – Jocelyne z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Dallas, trzymam cię przy sobie, chociaż tak być nie powinno. Ty przecież… – zaczęła i zaraz urwała, kolejny raz wytrącona z równowagi. – Nie taka powinna być moja rola.
– O jakiej… roli teraz rozmawiamy? – zapytał z powątpiewaniem chłopak, ale w odpowiedzi znów zdobyła się wyłącznie na to, żeby potrząsnąć głową.
– Mojej… Jak nekromantki – powiedziała w końcu. – Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie mam nikogo, kto wprost powiedziałbym mi, co powinnam robić. Ale wydaje mi się, że…
– Co takiego?
Napięła mięśnie, coraz bardziej podenerwowana. Jego słowa w najmniejszym stopniu nie sprawiały, że czuła się lepiej. Wręcz przeciwnie – im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej zagubiona się czuła. Co więcej, chociaż zdecydowanie nie chciała się do tego przyznać, spojrzenie Dallasa miało w sobie coś, co coraz bardziej ją niepokoiło. Fakt, że chłopak w wyraźnie nerwowy sposób zaczął ją poganiać, również wydawał się wszystko komplikować.
– Ja po prostu…
Odsunęła się o kilka kolejnych kroków, nie mogąc się powstrzymać. Dallas zacisnął usta, ale przynajmniej na chwilę zastygł w bezruchu, pozwalając dziewczynie się wycofać. Wciąż czuła na sobie jego spojrzenie, w efekcie czując się niemalże jak zwierzyna łowna, zapędzona w pułapkę przez drapieżcę. Nie miała pojęcia, czy to miało jakikolwiek sens, zwłaszcza że przecież ufała Dallasowi, ale nie potrafiła ot tak odciąć się od złych przeczuć.
Po prostu się uspokój, nakazała sobie stanowczo, biorąc kilka niepewnych wdechów, żeby łatwiej nad sobą zapanować. Musiała zebrać myśli i doprowadzić sprawy do końca, szczególnie w tamtej chwili nie wyobrażając sobie, że mogłaby się wycofać. To zdecydowanie nie wchodziło w grę i to nie tylko dlatego, że Dallas zdecydowanie nie pozwoliłby na to, by ot tak zmieniła temat.
– Lgniecie do mnie nie bez powodu, prawda? – odezwała się w końcu. – Rosa już mi to mówiła… O sposobie, w jaki mnie odbieracie i tak dalej. – Wzruszyła ramionami. – Jestem dla was bardzo charakterystyczna, bo mam w sobie dużo energii… Ale wydaje mi się, że chodzi o coś więcej. Przynajmniej sądzę, że gdybym na co dzień nie była w stanie porozumieć się ze światem zewnętrznym, byłabym zachwycona, gdyby nagle pojawiła się taka możliwość.
Dallas uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony jej słowami.
– Jesteś jak medium, więc pewnie coś w tym jest – przyznał po chwili zastanowienia. – Znaczy… To chyba logiczne, nie? Niektórzy na pewno chcieliby, żebyś im pomogła.
– Pomogła… Właśnie – podchwyciła natychmiast. – Dlaczego widzę tylko garstkę tych, którzy dla mnie przychodzą? Mam na myśli… Ktoś umiera cały czas, prawda? Po całych wiekach zauważyłabym, gdyby na każdym kroku napotykała się na umarłych.
– Zadajesz mi takie pytania, że naprawdę… – Dallas westchnął, ale przynajmniej wszystko wskazywało na to, że specjalnie dla niej zamierzał się skupić. – Tak… Możliwe, że Rosa coś mi wspominała. O tym jak to wygląda i tak dalej.
Uniosła brwi, nie kryjąc zaskoczenia. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że Rosa mogłaby zwierzać się Dallasowi z czegoś, co przed nią trzymała w sekrecie.
– To znaczy? – zapytała natychmiast. – To jest ważne, tak? Dla mnie…
– Nie sądzę, żeby miało znaczenie – stwierdził z rezerwą chłopak.
Zacisnęła usta, bardziej niż wcześniej świadoma, że ją okłamywał. Coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle, jedynie podsycając odczuwane przez dziewczynę wątpliwości. Już i tak mało co wiedziała o sobie, a jakby tego było mało, wszystko wskazywało na to, że również Dallas próbował coś ukrywać.
– Powiedz mi – poprosiła, spoglądając na niego niemalże błagalnie. – Niezależnie od tego, co to jest. Ja naprawdę…
– Naprawdę co? – przerwał spiętym tonem. – Aż tak bardzo chcesz się mnie pozbyć, Joce?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ją uderzył. Nagle zrobiło jej się jeszcze bardziej zimno, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Już wcześniej miała wrażenie, że w Dallasie było coś takiego, co wzbudzało jej niepokój, ale dopiero w tamtej chwili dotarło do niej, że to coś więcej, niż po prostu przygnębienie. Była w stanie zrozumieć to, że chłopak był zdenerwowany, zwłaszcza że próbowała poruszać tematy, które dla nich oboje pozostawały niezwykle trudne, nie zmieniało to jednak faktu, że w grę wchodziło coś o wiele bardziej złożonego.
Zawahała się, coraz bardziej zdezorientowana. Choć to równie dobrze mogło być wyłącznie jej wrażeniem, przez krótką chwilę miała wręcz ochotę przysiąc, że postać Dallasa nieznacznie się zmieniła, początkowo zamazując przed jej oczami, a później… ciemniejąc, o ile to miało jakikolwiek sens. Wrażenie było takie, jakby przy duchu kręciło się coś jeszcze – druga przypominająca cień sylwetka, która nie odstępowała go ani na krok. Jocelyne nie miała pojęcia, co to jest, a tym bardziej czy istniał jakikolwiek powód, żeby się tego obawiała, ale podświadomie czuła, że powinna uciekać.
Zesztywniała, kiedy plecami uderzyła w coś, co dopiero po chwili zidentyfikowała jako parapet okna. Wciąż niespokojnie obserwując Dallasa, machinalnie zacisnęła dłonie na krawędzi przeszkody, mając nadzieję, że w ten sposób łatwiej zapanuje nad dreszczami. Ani na moment nie odrywała wzroku od swojego rozmówcy, dzięki czemu tym bardziej była świadoma, że przesunął się w jej stronę. Otworzyła usta, gotowa zaprotestować, ale nie miała po temu okazji, zwłaszcza że Dallas nagle znalazł się na tyle blisko, że dosłownie ją przenikał. Znów zaczęła dygotać, już nie tylko za sprawą chłodu, ale z czystego przerażenia – i to nawet pomimo tego, że prawdziwym szaleństwem wydawało się to, by akurat on zamierzał ją skrzywdzić.
– Dallas… – wyrwało jej się.
Miała wrażenie, że światła w pokoju przygasły, chociaż starała się o tym nie myśleć. Coś się zmieniło, Joce zaś całą sobą poczuła, jak atmosfera gęstnieje. Niemalże czuła napięcie w powietrzu, prawie jak na krótko przed burzą, kiedy już była w stanie wyczuć gromadzącą się gdzieś poza zasięgiem jej wzroku energię. W efekcie nie pozostało jej nic innego, jak czekać na uderzenie, choć sama nie miała pojęcia, w jaki sposób to miałoby się przejawiać.
– Hej… Hej, Joce, nie patrz tak na mnie – obruszył się Dallas. Omal nie wyszła z siebie, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyciągnął rękę ku jej twarzy. – Dlaczego jesteś taka…
– Jaka? – wyrywało jej się.
Chłopak nieznacznie potrząsnął głową, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać.
– Przerażona – powiedział w końcu. – Boisz się mnie, Joce?
To wydawało się niedorzeczne, a jednak nie potrafiła ot tak zaprotestować. W efekcie milczała, bezmyślnie wpatrując w stojącego tuż przed nią chłopaka i zastanawiając się nad tym, dlaczego wszystko w niej aż krzyczało, że powinna się od niego odsunąć. Zamknęła oczy, czując jak od nadmiaru emocji i ciągłego napięcia zaczyna kręcić jej się w głowie. Z drugiej strony, być może przyczyną był sam Dallas, nieświadomie zabierający od niej to, co ją wyróżniało i czego tak bardzo potrzebowała, żeby…
Nie tyle zauważyła, co przede wszystkim wyczuła ruch. Zaraz po tym omal nie wyszła z siebie, słysząc łagodny szept tuż przy uchu.
– Przecież wciąż możemy to wszystko naprawić, prawda? Joce, kochana, już raz to zrobiłaś, więc dlaczego nie spróbujesz w moim wypadku.
Nie odpowiedziała, wręcz porażona tym, co jej sugerował. Wiedziała, że mówił o Beatrycze. Wszystko w niej aż krzyczało, że tak było – i właśnie to najbardziej ją przerażało. To, co wydarzyło się na cmentarzu, wciąż pozostawało dla niej jedną wielką tajemnicą. Ledwo co pamiętała jakim cudem doprowadziła do powrotu kobiety, nie wspominając o tym, że to samo w sobie wydawało się niewłaściwe. Moment, w którym ocknęła się na tyle, by uświadomić sobie, jak daleko się posunęła…
Słodka bogini, Dallas dobrze wiedział, jak bardzo czuła się chora i zagubiona po tamtym incydencie. Kto jak kto, ale on musiał to rozumieć, a przynajmniej chciała, żeby tak było. Skoro przez cały ten czas trwał przy niej, pocieszając i powtarzając, że wszystko będzie w porządku, tym bardziej nie chciała brać pod uwagę innej możliwości.
Istniało bardzo wiele kwestii, których dla pewności wolała nie roztrząsać.
I to zaczynając od poczucia, że Dallas był inny, ten jeden raz wymagając od niej o wiele więcej, aniżeli była w stanie przyjąć. Chciała zniknąć mu z oczu albo przynajmniej poprosić, żeby się odsunął, jednak nie potrafiła wykrztusić z siebie nawet słowa. Mogła co najwyżej czekać, wręcz porażona jego bliskością i mętlikiem w głowie, który poczuła z chwilą, w której wypowiedział tych kilka słów. W tam momencie nie liczyło się dla niego to, że była przerażona, a jakby tego było mało…
– Joce… Joce, nie chcesz tego? – zapytał wprost. – Naprawdę nie chcesz przywrócić mnie do życia?
Nie potrafiła odpowiedzieć.




After We Fall
stories by Nessa