23 stycznia 2020

Trzydzieści siedem

Claire
Szli w ciszy, nawet na siebie nie patrząc. Zwykle czuła się swobodnie, kiedy sobie na to pozwalali, ale tym razem było inaczej. Aż nazbyt czuła nie ustępujące napięcie, równie intensywne, co i niewypowiedziane nigdy słowa. 
– Nie powiesz mi, prawda? 
Claire drgnęła, momentalnie prostując się niczym struna. Byli blisko domu, gdzieś po środku lasu, gdzie nikt nie miał prawa ich usłyszeć. Była wręcz gotowa przysiąc, że Rufus tylko czekał na okazję, żeby zacząć rozmowę.
Zacisnęła usta. Mogła się tego spodziewać, tak jak i tego, że ojciec zdecyduje się na temat zupełnie inny od tego, który chciałaby poruszyć. Zupełnie jakby tylko jedno z nich miało prawo do niedopowiedzeń i tajemnic.
– O czym? – rzuciła niewinnym tonem.
W tamtej chwili pierwszy raz doceniła wysokie obcasy. Nie musiała szukać pretekstu, by utkwić wzrok w ziemi i skupić się na ostrożnym stawianiu kroków. Miała wrażenie, że jeden nieostrożny ruch wystarczyłby, żeby szpilki zagłębiły się w ziemi albo zaplątały w jedną z luźniejszych gałęzi.
Usłyszała westchnienie. Frustracja ojca okazała się równie wyczuwalna, co i wciąż towarzyszące im napięcie.
– Claire – warknął. 
Chcąc nie chcąc na niego spojrzała. Skrzywiła się w odpowiedzi na naglącą nutę, która wkradła się do jego głosu.
– Już rozmawialiśmy. Nic się nie zmieniło – zapewniła, czując się trochę tak, jakby recytowała wcześniej przygotowaną formułkę. – Niczego nie napisałam. Uznajmy, że to fałszywy alarm.
Nie uspokoiła go. Wciąż spoglądał na nią w uważny, badawczy wręcz sposób. Dobrze znała to spojrzenie, zresztą jak i wymowne milczenie, które na powrót między nimi.
– Niech to szlag… Nie odpuścisz, prawda? 
Uniosła brwi. Chociaż miała ochotę ruszyć dalej, pozostała w miejscu, ograniczając się do rzucenia Rufusowi pytającego spojrzenia.
– Przecież nic nie mówię. To ty wciąż naciskasz, tato – zauważyła przytomnie. –  Jeśli chodzi o moje wiersze… 
– Oboje wiemy, że nie. Tyle że ja naprawdę nie mam ochoty rozmawiać o Florencji.
– Tak. To już dałeś mi do zrozumienia.
Samą siebie zaskoczyła goryczą, która wkradła się do jej głosu. Wciąż miała do niego żal. Może nawet o wiele więcej, niż początkowo sądziła, zwłaszcza po takim czasie. Towarzyszył jej nawet mimo tego, w jaki sposób sama zaczęła traktować Claudię – a może zwłaszcza przez to.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Cisza doprowadzała ją do szału, tak jak i to, że wciąż krążyli wokół tematu. Dlaczego nie możesz odpuścić i po prostu ze mną porozmawiać?
– Dla mnie to ważne – wypaliła, nie odrywając wzroku od ziemi. – Dotyczy mnie, tak? Mam ciotkę. Chyba nie myślałeś, że…
– To nie jest twoja ciotka – jęknął Rufus, bez wahania wchodząc jej w słowo.
Z jakiegoś powodu to zabolało – jego słowa, tak jak i ostra nuta, która wkradła się do tonu wampira. Claire skrzywiła się, przez moment czując co najmniej tak, jakby ktoś ją uderzył. Przecież go znała. Mogła przewidzieć, że w ten sposób zareaguje na sama wzmiankę o Claudii, a jednak…
Przyspieszyła. Nie odezwała się nawet słowem, w zamian w ciszy pędząc przed siebie i starając się ignorować westchnienie, które usłyszała za plecami. O wiele prościej było nie rozmawiać, tak jak to robili przez ostatnie tygodnie. Dlaczego w ogóle oczekiwała, że cokolwiek pod tym względem się zmieni?
Byłoby prościej, gdyby Claudia wciąż nie miała dla niej znaczenia. Wtedy rozmawianie na jej temat, zwłaszcza w takim tonie, nie wzbudzałoby żadnych emocji. Claire nie wątpiła, że gdyby przyszło co do czego, byłaby wdzięczna za brak podjętego tematu. Miała dość powodów, by wampirzycy nienawidzić, a jednak… nie robiła tego. Wręcz przeciwnie – w którymś momencie zaczęła darzyć ciotkę sympatią.
Palce Rufusa bezceremonialnie zacisnęły się na jej nadgarstku. W następnej sekundzie ojciec zdecydowanym ruchem odwrócił ją w swoją stronę, na tyle gwałtownie, że nie upadła wyłącznie dzięki temu, że ją przytrzymał.
– Tylko mi nie mów, że właśnie cię uraziłem. Claire, do cholery… – Przez jego twarz przemknął cień. – Dlaczego to w ogóle miałoby być ważne? Masz do mnie pretensje, moja mała? O co? Nie wmówisz mi, że chodzi tylko o to, że wcześniej ci nie powiedziałem. Znasz mnie przecież.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. O, tak, znała! Na tyle, na ile było to możliwe, skoro wciąż przemilczał fakty, które byli dla niej istotne. Bo w końcu jakie znaczenie miało to, że byli spokrewnieni? Albo że Claudia jednak mogłaby być jej ciotka? W końcu to były drobiazgi, z którymi powinna przejść do porządku dziennego, bo na dłuższa metę nie miały znaczenia!
– O kłamstwo – oznajmiła wprost. – Znów mi czegoś nie powiedziałeś. Co ja niby mam o tym myśleć?
– Przemilczałem – poprawił takim tonem, jakby to faktycznie wszystko zmieniało. Och, no tak… Głupia ja! – Dla twojego dobrą, jeśli dobrze się zastanowić.
– Dla mojego…?
Rufus nie dał jej dojść do słowa.
– Naprawdę muszę ci to tłumaczyć? Clairie, do diabła, pomyśl chwilę. Akurat z tobą miałbym rozmawiać właśnie o Claudii? – zniecierpliwił się. – Oboje wiemy, że to zły pomysł. Sama wiesz dlaczego.
Nie odpowiedziała, przez dłuższa chwilę bezmyślnie się w niego wpatrując. Wciąż wydawał się wzburzony, ale to zeszło gdzieś na dalszy plan. Cała jej uwaga skupiła się na czymś innym, choć przyznanie, że którakolwiek z wymówek Rufusa do niej przemawiała, nie było jej na rękę.
Niemniej zrozumiała, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Nawet to, że żadne z nich słowem nie wspomniało o Secie, niczego nie ułatwiło.
Zdolność do wybaczania to piękny dar…
Wciąż nie była pewna, czy to miało okazać się aż takie proste.
– To… nie ma znaczenia – wykrztusiła, z trudem przymuszając do tego, by ponownie się odezwać. – Nadal miałam prawo wiedzieć. Nie możesz za każdym razem chronić mnie w ten sposób!
Frustracja przybrała na sile, ale tym razem okazała się mieć swoje źródło zupełnie gdzieś indziej. Claire oddychała szybko i płytko, coraz bardziej wytrącona z równowagi. Tyle że to nie było tak. Nie tak, jak od samego początku powinno. Chciała tego czy nie, nie potrafiła mieć pretensji do ojca – nie w ten sam sposób, co do tej pory.
Kłamstwo w miłości. Coś, czego nigdy nie miała być w stanie zrozumieć.
– Pomówimy, jeśli kiedyś będziesz na moim miejscu – stwierdził, wyraźnie zniecierpliwiony. – Zresztą to już bez znaczenia, skoro wiesz. Co jeszcze mam zrobić?
Zacisnęła usta, bezskutecznie próbując znaleźć odpowiedź. Mogła zażądać wyjaśnień, ale co tak naprawdę by to bało? Rozmowa o Claudii przypominała spacer po cienkim lodzie, w gruncie rzeczy prowadząc donikąd. Wystarczyło jedno nierozważnie dobrane słowo, by wspomniała o czym, czego zdecydowanie nie chciała.
– Chcę tylko… żebyś nie robił mi tego więcej – powiedziała w końcu. Jej głos zabrzmiał inaczej, niemalże błagalnie. Zmęczenie uderzyło z całą mocą, równie silne, co i wątpliwości. – Nie w ten sposób. Ja nie… Dobrze się czuję, jasne? Wiem, co zrobiła Claudia. Ale to nie znaczy, że trzeba mnie z jej powodu okłamywać.
Rufus rzucił jej wymowne, bliżej nieokreślone spojrzenie. Po wyrazie jego twarzy nie była w stanie rozpoznać, w jakim był nastroju, ale była do tego przyzwyczajona. Gdyby kiedykolwiek zaczął zachowywać się inaczej, życie byłoby za proste.
Zresztą i tak wiedziała swoje. Rufus mógł mówić, co tylko chciał, ale zbyt dobrze już znała jego wymówki i intencje. W chwilach takich jak ta sama nie była pewna czy chronił ją, czy może jednak siebie. Stojąc z nim w środku lasu i czekając na kolejną cudowną wymówkę, znów miała wątpliwości.
– Jak sobie życzysz – usłyszała po chwili, która wydawała jej się wiecznością. Ze świstem wypuściła powietrze. Tylko tyle…? – Coś jeszcze?
Zdołała jedynie pokręcić głową. Jeszcze jakiś czas temu miałaby dziesiątki pytań, ale te przestały mieć znaczenie w chwili, w której sama zaczęła spędzać czas z Claudia. W zasadzie była gotowa przysiąc, że potrafiłaby powiedzieć o wampirzycy dużo więcej od ojca.
– Chociaż… jest jedna rzecz – przyznała, a Rufus drgną, wyraźnie nie usatysfakcjonowany taką odpowiedzią. – Co teraz?
– To znaczy?
– Co chcesz z tym zrobić? – nie dawała za wygraną. – Wiem, że to niczego nie zmienia, ale…
Przez twarz wampira przemknął cień.
– O co tak naprawdę mnie pytasz, co? – zapytał wprost. – Sama powiedziałaś, że to niczego nie zmienia. Claudia zniknęła. I lepiej dla niej, bo oboje wiemy, jak to by się skoczyło, gdybym dopadł ją tamtego wieczora. Pod tym względem nic się nie zmieniło.
Serce zabiło jej szybciej, kiedy dostrzegła błysk w zwykle czekoladowych tęczówkach. Instynktownie odsunęła się, wciąż czując się nieswojo, kiedy widywała któregokolwiek ze swoich bliskich w takim stanie. Zwłaszcza wyobrażenie sobie Rufusa w morderczym szale było proste. Chciał tego czy nie, nie zdołał ochronić jej przed zobaczeniem rzeczy, których nigdy wolałaby nie doświadczyć. To, do czego był zdolny, pozostawało dla niej aż nazbyt jasne.
Mogła tylko zgadywać, jak prezentował się jej wyraz twarz. Wampir nagle potrząsnął głową, po czym odsunął się, w pośpiechu nad sobą zapanowując.
– Chodźmy do domu – zasugerował jak gdyby nigdy nic. – Wiesz wszystko, tak jak chciałaś. Skoro nie masz pytań…  Wiesz, że nigdy świadomie bym cię nie skrzywdził, prawda?
Skinęła głową. Tylko na tyle było ją stać.
Przez resztę drogi żadne z nich nie odezwało się nawet słowem.
Miriam
– Jeśli właśnie próbujesz się składać, to wiedz, że robisz to źle.
Nawet się nie odwróciła. Jakby od niechcenia oparła się o barierkę balkonu, całą uwagę poświęcając rozciągającemu się nad ruchliwymi ulicami atramentowemu niebu. Ze szczytu apartamentowca zawsze miała wrażenie, że wystarczyło wyciągnąć rękę, by sięgnąć gwiazd. To było głupie, nic nieznaczące marzenie, ale Mira lubiła wracać do tej myśli.
Intruz przemieścił się, a chwilę później znajoma postać znalazła się tuż obok niej. Jej nieoczekiwany towarzysz oparł się plecami o balustradę.
– Nie skradam się – rzucił niemalże urażonym tonem.
Demonica wywróciła oczami. Dopiero wtedy przeniosła wzrok na Aldero, z niejaką satysfakcją odkrywając, że ten wyglądał na spiętego.
Na sobie miał starannie dopasowany, czarny garnitur. Chcąc nie chcąc musiała przyznać, że w takim wydaniu prezentował się nieźle, nawet mimo niepasujących do eleganckiego stroju zmierzwionych włosów.
– Niech ci będzie. – Wzruszyła ramionami. – To może inaczej: zbłądziłeś? Jeśli szukasz Eleny, to minęliście się już dobrą godzinę temu. Impreza to nie ten adres.
– Nie wybierasz się?
Tym razem wyprostowała się, by spojrzeć wprost na niego. To, że zignorował jej pytanie, nie zrobiło na niej aż takiego wrażenia, ale i tak poczuła się dziwnie.
– Na grzeczną potańcówkę z ludźmi do towarzystwa? Nie, dzięki. – Wycofała się w głąb balkonu, bez pośpiechu zmierzając ku wejściu do mieszkania. Czarne skrzydła zafalowały, ledwo tylko się poruszyła. – Bez niewolnika i picia krwi to nie to samo.
Nie doczekała się reakcji. Rany, co z tobą?, jęknęła w duchu, nie kryjąc rozczarowania. Liczyła na… cokolwiek – od oburzenia po umoralniające gadki. Prowokowanie syna kapłanki brzmiało jak dobry plan, a jednak kiedy przyszło co do czego, odpowiedziała jej cisza.
Miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnowała. Jak sobie chcesz, stwierdziła, bez słowa wracając do apartamentu. Nie mogła zabronić kuzynowi Eleny pałętać się po mieszkaniu, nawet jeśli jego obecność ją drażniła. Z drugiej strony czuła, że przebywali w tym miejscu na dokładnie tych samych zasadach, choć to ani trochę nie było jej na rękę.
Zmieniło się dość. Gdyby zechciała, mogłaby przekroczyć granicę światów, powędrować wprost do Przedsionka, a później… gdziekolwiek dalej. Nikt nie powiedział tego wprost, ale Mira i tak wiedziała, że miała wolną rękę. Konflikt z Ciemnością został zażegnany, o ile można było tak nazwać chwilowy spokój i przewrót, który nastał w chwili, w której sama bogini zdecydowała się ujawnić. Miriam całą sobą czuła zmiany, które to za sobą pociągnęło, choć w tym świecie, pośród tych wszystkich nieznośnie ludzkich istot, te wydawały się niewiele znaczyć. Obecność Selene – jakże wyczuwalna w innych wymiarach – w tym przypominała łagodne muśnięcie wiosennego wiatru na skórze.
Mogła uciec… do matki. Ta myśl była dziwna i nienaturalna, a jednak wciąż dręczyła Mirę. To, że może jednak miała swoje miejsce, które…
– Nie szukam Eleny. Byłem ciekawy, czy tutaj będziesz.
Zatrzymała się w pół kroku. Zamrugała, przez moment mając problem z przyswojeniem sobie poszczególnych słów i pojęciem tego, że Aldero wciąż zwracał się do niej. W tamtej chwili był niczym natrętny owad, który z jakiegoś powodu wciąż za nią podążał, choć tak bardzo próbowała się od niego opędzić.
Miała wrażenie, że nie rozmawiali całe wieki. Nie widziała żadnego z Cullenów czy Licavolich od dnia, w którym wszyscy cudem umknęli ze świata Ciemności. Elena była wyjątkiem, ale do znoszenia tej dziewczyny Mira zdążyła się przyzwyczaić, zresztą ta i tak była skupiona wyłącznie na Rafaelu. Bycie niewidzialną, kiedy ta dwójka zajmowała się sobą, pozostawało dziecinnie prostym zadaniem.
Inaczej sprawy miały się z Aldero. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat teraz uparł się ją dręczyć, ale starała się o tym nie myśleć.
– Bo? Zgaduję, że zmierzałeś w zupełnie inne miejsce. – Obejrzała się przez ramię, by obrzucić wampira wymownym, niemalże pobłażliwym spojrzeniem. Stał w progu, jakby wahając się nad wejściem do mieszkania, choć od dawna miał do niego dostęp. Że też natura nie pomyślała o cofaniu zaproszenia… – Skoro nie szukasz Eleny, to co tu robisz? Gdybyś pojechał do tego całego klubu, to sam byś się przekonał, że mnie tam nie ma, więc…
– Możemy pogadać?
Zaskoczył ją do tego stopnia, że aż się roześmiała. Porozmawiać! Już nawet nie chodziło o to, że mógłby ot tak tutaj przyjść, zawracać jej tyłek i ot tak wchodzić słowo. To, że syn kapłanki bywał irytujący, od początku pozostawało dla Miry jasne. Tyle że nawet wiedząc to, nie podejrzewałaby go o coś takiego.
– Piłeś coś? – rzuciła przesadnie uprzejmym tonem.
Dla pewności raz jeszcze zmierzyła go wzrokiem, szukając oznak… czegokolwiek. Już raz widziała go pijanego. Ba, aż za dobrze pamiętała tamten dzień, skoro koniec końców wylądowali razem w łóżku – niezobowiązująca przygoda z kimś pogrążonym w żalu, kto przez cały czas pewnie i tak rozpamiętywał inną kobietę. To nie powinno mieć dla niej znaczeni, a jednak…
– Jeszcze nie – usłyszała. Jego głos doszedł do niej jakby z oddali. – Ale jeśli coś masz, to śmiało.
Tym razem jej śmiech był o wiele mniej sympatyczny. Pod koniec przeszedł w gniewne warknięcie, zwłaszcza że demonica nawet nie próbowała nad sobą zapanowywać.
– Jeśli szukasz towarzystwa na wieczór, to tym bardziej źle trafiłeś. Trafisz do drzwi? Jeśli ja cię wyprowadzę, będziemy musieli wstawić nowe okno – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Jej słowa nie zrobiły na nim wrażenia. Tyle przynajmniej wywnioskowała po spojrzeniu, którym ją obdarował – pewnym, choć nie mętnym, co wydawało się potwierdzać fakt, że był trzeźwy.
Dopiero wtedy zwróciła uwagę na jego emocje. Była w stanie je wyczuć, zwłaszcza że należały do gatunku tych, które mogłaby uznać za pożywienie. To nie był ten sam rodzaj bólu, którego doświadczyła krótko po śmierci Eleny, ale wciąż był w stanie zwrócić jej uwagę. Coś go dręczyło, choć nie miała pojęcia co i z jakiegoś powodu. I, cholera, nie obchodziło jej to.
– Czego tak naprawdę chcesz? – zniecierpliwiła się. Wciąż wyczekiwała odpowiedzi, choć nic nie wskazywało na to, by Aldero zamierzał jej udzielić. Możliwe, że sam nie wiedział. – Jeśli zamierzasz się tak na mnie gapić, to najlepiej od razu wyjdź. Nie, nie wybieram się do klubu. Skoro już to ustaliliśmy, nie wiem co jeszcze tutaj robisz.
Dlaczego w ogóle zwlekała? Nie musiała grozić. Zdecydowanie zbyt często tego nie robiła, w zamian od razu przechodząc do działania. Z równym powodzeniem sama mogła się ewakuować, a jednak kiedy przyszło co do czego, była w stanie co najwyżej tkwić w miejscu i spoglądając wyczekująco na stojącego przed nią nieśmiertelnego. Była… ciekawa, choć przeciągające się milczenie doprowadzało ją do szału.
– Ja też nie. Nie mam ochoty na imprezę. – Przez twarz Aldero przemknął cień. – Pomyślałem…
Tym razem nie pozwoliła mu dokończyć.
– Co? – zniecierpliwiła się. – Nie próbuj na mnie tych swoich gierek, jasne? Już ustaliliśmy, że nie jestem Eleną.
– Niczego nie próbuję – zaoponował pośpiesznie.
– Więc zawracasz mi głowę tak dla zasady? Nie wiem, czego chcesz, ale nie mam ochoty na towarzystwo. Zresztą oboje wiemy, że to nie z mojego powodu tutaj przyszedłeś, więc…
– Skąd wiesz?
Natychmiast zamilkła. Otworzyła i zaraz znów zamknęła usta, nie będąc w stanie znaleźć właściwej odpowiedzi. Jeśli sobie z niej żartował, był na doskonałej drodze do tego, żeby zginąć marnie – i to nawet jeśli miałaby się później gęsto z tego tłumaczyć.
– Że co proszę?
Skrzyżowała ramiona na piersiach, próbując ukryć to, że palce samoistnie zacisnęły jej się w pięści. Wzdrygnęła się, bynajmniej nie z zimna, choć przez uchylone drzwi balkonowe do środka wdzierało się chłodne powietrze. Czekała, wciąż czujnie obserwując wpatrzonego w nią wampira, ale mimo upływu kolejnych sekund nie działo się nic, co pozwoliłoby jej uznać sytuację za bardziej oczywistą.
– Ja tylko… Rany, Mira, przepraszam, okej? – wypalił, nagle zaczynając wyrzucać z siebie kolejne słowa. – Nie wiem, co innego powiedzieć. Ja wtedy… Chodzi mi o to, że… – Urwał, nerwowym ruchem przeczesując włosy palcami. Już i tak w nieskładny sposób sterczały na różne strony. – Nie mieliśmy okazji pogadać o tym, co mi wtedy powiedziałaś. Potem tyle się działo i…
– I przypomniałeś sobie akurat teraz? Jaja sobie ze mnie robisz? – warknęła. Nabrała powietrza, gotowa powiedzieć coś więcej, ale nie dał jej po temu okazji.
– To ty gdzieś zniknęłaś! – zaoponował, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. – A poważne rozmowy w tamtym świecie, kiedy twój ojciec tak szalał, też nie brzmiały jak dobry pomysł.
Parsknęła, choć wcale nie było jej do śmiechu. Oczywiście, że dyskutowanie akurat wtedy nie było dobrym pomysłem! Nie żeby sądziła, że w ogóle mieli o czym rozmawiać.
– Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam? Podtrzymuję – oznajmiła, próbując uciąć dyskusję, zanim ta przybrałaby jeszcze gorszy kierunek. Myśl o wyrzuceniu niechcianego gościa przez okno wydawała się coraz bardziej kusząca. – Uratowałam ci dupę, bo potrzebowałam wsparcia. Wszyscy żyjemy i tego się trzymajmy. Jakbym miała ci coś jeszcze do powiedzenia, sama bym się zgłosiła… A teraz wypad. Tam są drzwi – dodała, przesadnie zamaszystym gestem wskazując odpowiedni kierunek. Musiała mocniej zacisnąć palce, by jednak nie skierować dłoni w kierunku balkonu.
Odpowiedziała jej cisza. Aldero nie ruszył się z miejsca, z uporem tkwiąc w tym samym punkcie i bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaniepokojonego jej słowami. Wpatrywał się w nią w milczeniu, jak ten zbity pies, czekający na coś, czego zdecydowanie nie zamierzała mu dać.
Właściwy moment, niewłaściwa kobieta… Źle się wtedy zrozumieliśmy?
Nie miała do tego cierpliwości. Do niego również, zaś to, że wydawał się całkowicie obojętny na to, co mówiła, jedynie bardziej wytrąciło ją z równowagi. Nie chciała czuć – i to mimo tego, że doskonale wiedziała, czym były uczucia. W tym zresztą leżał największy problem: ostatnio zdecydowanie zbyt często miała styczność z emocjami. Czyniły ją słabą, dokładnie tak jak podczas kolacji z ojcem, a jakby tego było mało…
Dość.
Nie dała mu żadnego ostrzeżenia. W jednej sekundzie stała, wciąż mierząc palcem w drzwi, a w następnej skoczyła do przodu niczym rozjuszona kotka, w pośpiechu materializując w dłoni sztylet.
Zaatakowała.