22 lipca 2018

Pięćdziesiąt jeden

Isabeau
Nie była gotowa na to, co miało nadejść. Czuła się, jakby wszystko postępowało po sobie zdecydowanie zbyt szybko – o wiele gwałtowniej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Nie miało znaczenia, że wiedziała wcześniej. Znajomość przyszłości niczego nie ułatwiała, nawet jeśli wystarczająco długo zdawała sobie sprawę z tego, co nadejdzie. Sęk w tym, że wcale nie czuła się gotowa, by w końcu się z tym pogodzić.
Mało kiedy pozwalała, żeby cokolwiek aż do tego stopnia wytrąciło ją z równowagi. Również perspektywa poprowadzenia jakiejkolwiek uroczystości, nieważne jak wymagającej, nie wydawała się Isabeau szczególnym wyzwaniem. A jednak tym razem krążyła po świątyni z poczuciem, że wszystko jest nie tak. Miotała się na prawo i lewo, tak naprawdę niepewna, co powinna zrobić, zwłaszcza że wszystko już od dłuższej chwili było gotowe.
Mniej więcej wtedy zaczęła żałować, że tak po prostu odprawiła Laylę. Chciała zostać sama, a jednak kiedy przyszło co do czego, zaczynała wariować w ciszy. Próbowała nie myśleć o znajdującym się w innej części świątyni ciele, co okazało się trudne, skoro doskonale o nim wiedziała. Ba! Widziała je. Nie chciała, ale nie mogła przez cały czas udawać, że Allegry wcale tam nie ma. Zresztą wyglądała inaczej, niż Beau początkowo sądziła – bardziej spokojnie i zadziwiająco niewinnie, co w przypadku tej kobiety mimo wszystko wydało się wampirzycy zaskakujące. Gdyby nie to, jak bardzo była blada, o ranie po kuli nie wspominając, wyglądałaby tak, jakby po prostu spała.
Coś ścisnęło ją w gardle, choć nie sądziła, by mogła zwymiotować. Z drugiej strony, cholera wiedziała, co w jej przypadku mogły zdziałać nerwy. Nieśmiertelna czy nie, w tamtej chwili Isabeau czuła się zdecydowanie zbyt ludzko.
Jakby nie patrzeć, wciąż trzymała się lepiej niż po śmierci Aldero. Poniekąd nie miała wyboru, zwłaszcza po tym, jak uparła się poprowadzić uroczystości. Co prawda wierzyła, że Dimitr zająłby się wszystkim, gdyby tylko go o to poprosiła, ale nie wyobrażała sobie takiego rozwiązania. Czuła, że to jej obowiązek, nie tylko przez wzgląd na to, że chodziło właśnie o Allegrę. Tak naprawdę sama tego chciała, nieważne jak przerażona nadchodzącą uroczystością by się nie czuła. Musiała wziąć się w garść, póki jeszcze miała po temu okazję, ale… Cóż, to wcale nie było takie proste.
O bogini, pozwól mi… Po prostu pozwól mi zrozumieć, pomyślała w rozgorączkowaniu. Jej myśli wirowały, nie pierwszy raz plącząc się ze sobą i potęgując odczuwaną przez Isabeau pustkę. Pozwól mi…
Tak naprawdę sama nie była pewna, czego oczekiwała. Faktem jednak pozostawało to, że ukojenie nie nadchodziło, zresztą jak i odpowiedzi na pytania, które dręczyły ją przez tyle czasu.
– Więc przynajmniej daj mi siłę – rzuciła w pustkę, z powątpiewaniem spoglądając na zdobiony świeżymi kwiatami ołtarz. To był jeden z nielicznych razów, kiedy nie musiała się wysilać, by uprosić Michaela o przysługę, ten zresztą wcale nie wydawał się zaskoczony tym, co miało miejsce. Jakby od samego początku wiedział, co zresztą wydało się Isabeau prawdopodobne. – Pozwól mi jakkolwiek przetrwać ten wieczór, zanim oszaleję…
Czuła się zmęczona i to na wszystkie możliwe sposoby. Nie miała pewności, ile godzin już usiłowała utrzymać się na nogach, będąc w stanie tego dokonać przede wszystkim dzięki wypitej w nadmiernych ilościach kawy. Oczywiście Dimitr nie był zachwycony, ale przynajmniej nie próbował wyciągać jej ze świątyni, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że najrozsądniej będzie trzymać się z daleka. Doceniała to, choć coraz wyraźniej czuła, że wcale nie miałaby nic przeciwko, by porządnie nią potrząsnął i zmusił do tego, żeby odpoczęła.
Zwykle kojąca atmosfera świątyni, tym razem niosła ze sobą wyłącznie nie pokój i frustrację. Zwłaszcza cisza – martwa i nieprzenikniona, zupełnie jak w grobie i…
– Wciąż tu jesteś, Nemezis?
Ze świstem wypuściła powietrze. Potrzebowała chwili, by zapanować nad sobą i własnym ciałem, a i tak wiedziała, że w chwili, w której w końcu odwróciła się w stronę Dimitra, prezentowała się marnie. Cień, który przemknął przez twarz wampira, jedynie utwierdził ją w tym przekonaniu, to jednak nie miało znaczenia. Liczyło się, że przyszedł, nie pierwszy raz pojawiając się w chwili, gdy zaczynała go potrzebować.
Dziękuję.
To była krótka myśl, jednak przyszła jej tak naturalnie, jak oddychanie. Przez moment była wręcz gotowa przysiąc, że Selene w końcu zdecydowała się zareagować na przesyłane w myślach prośby. Co prawda Isabeau nie wyobrażała sobie tego w ten sposób, ale prawda była taka, że pojawienie się Dimitra wydawało się najlepszym, co mogłoby ją spotkać w najbliższym czasie. Choć przez moment poczuła się spokojniejsza, jednocześnie gotowa przysiąc, że po całym jej ciele jak na zawołanie rozeszło się przyjemne, kojące ciepło.
– Niedługo się zacznie – przypomniała cicho, zakładając ramiona na piersiach. – Jeszcze powinnam się przebrać, ale to może poczekać. Zresztą wątpię, by miało znaczenie, co na siebie założę.
Dimitr nie odpowiedział, w zamian bez pośpiechu podchodząc bliżej. Nie zaprotestowała, pozwalając, żeby wziął ją w ramiona. Wtuliła się w niego, nie pierwszy raz mając wrażenie, że znajome ramiona wystarczą, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. Zresztą przy nim wcale nie musiała udawać silniejszej, niż w rzeczywistości się czuła. Co prawda wciąż o tym zapominała, ale coraz częściej przyjmowała myśl o tym do wiadomości.
– Nie wyglądasz dobrze – zauważył Dimitr, a Isabeau prychnęła, jednocześnie prostując się niczym struna.
– Prawiłeś mi lepsze komplementy.
Uśmiechnął się, ale było w tym coś wymuszonego. Wciąż spoglądał na nią z troską, zupełnie jakby podejrzewał, że w każdej chwili mogłaby rozpaść się na kawałeczki. Nadal miewała opory przed takim traktowaniem, ale coś w zachowaniu męża sprawiało, że nie potrafiła mieć do niego o to pretensji.
– Wiesz, że nie musisz… – zaczął, ale prawie natychmiast urwał, podchwyciwszy jej spojrzenie. Owszem, musiała. – W porządku – dał za wygraną. – Po prostu wiem, że Alessia też już jest w mieście. Pomyślałem, że…
– Że mogłabym się nią wyręczyć? – przerwała mu, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wierz mi, że bym chciała. Sama też by to dla mnie zrobiła, ale… co to da? – Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle podenerwowana. – No i to moja rola.
– Bo Allegra by tego chciała?
Wzruszyła ramionami.
– Może – przyznała wymijająco. – Na pewno chciałaby, żebym się ze wszystkim pogodziła i ufała bogini. A ja… Szczerze powiedziawszy, coraz częściej zastanawiam się, czy wciąż potrafię.
Zamilkła, samą siebie zaskakując tymi słowami. Zaraz po tym momentalnie zaczęła ich żałować, ale nie była w stanie przymusić się do wycofania ich. Zawahała się, raz po raz rozpamiętując je w głowie, póki nie uprzytomniła sobie, że właśnie w tym od dłuższego czasu leżał problem. Te wątpliwości gdzieś tam były, niezmiennie dając jej się we znaki z każdą złą rzeczą, która miała miejsce – a już zwłaszcza taką, o której wiedziała wcześniej.
Odsunęła się od Dimitra, przez dłuższą chwilę świadoma wyłącznie palącej, stopniowo przybierającej na sile goryczy. Chciała wierzyć. Wcześniej przychodziło jej to bez większego wysiłku, nieważne jak trudne by się to nie wydawało. Nawet po śmierci brata, ot tak nie odrzuciła Selene, choć wielokrotnie zastanawiała się, dlaczego bogini nie ostrzegła jej przed tym, co miało spotkać Aldero. Próbowała tłumaczyć sobie to tym, że wtedy i tak nie potrafiłaby niczego zmienić, ale to jedynie pogarszało sytuację, prowadząc do kolejnych pytań, które zadawała sobie coraz częściej. Gdzie bowiem leżał sens tego, co widziała, skoro te wizje i tak prowadziły donikąd.
Zacisnęła dłonie w pięści, obojętna na ból, który poczuła, gdy wbiła paznokcie w skórę. W odpowiedzi wręcz wzmocniła uścisk, wzdrygając się dopiero w chwili, w której Dimitr dosłownie zmaterializował się u jej boku, w pośpiechu chwytając ją za rękę.
– Isabeau – powiedział łagodnie, z czułością przyciskając jej dłoń do ust.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale zmusiła się do rozprostowania palców. Ranki na skórze zagoiły się momentalnie, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Jedynie w powietrzu wciąż unosił się słaby zapach jej krwi, ten jednak szybko został zduszony przez wypełniającą całą świątynię woń świeżych kwiatów.
– Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie, z uporem unikając spoglądania Dimitrowi w oczy. – Nie powinnam tego mówić, zwłaszcza tutaj.
– Masz prawo być zmęczona – zapewnił natychmiast.
Przez krótką chwilę miała ochotę się roześmiać. Gdyby w tym wszystkim chodziło tylko o zmęczenie! To brzmiało jak dobra wymówka, a przynajmniej byłoby tak, gdyby nie poczucie, że w grę chodziło coś więcej. Coś, co kumulowało się w niej już od dłuższego czasu, a konkretnie od momentu, w którym odrzuciła człowieczeństwo z poczuciem, że prawie straciła Dimitra.
Bezwiednie przesunęła się bliżej męża. To było niczym impuls, którem zdecydowała się poddać, bezceremonialnie zarzucając wampirowi ramiona na szyję. Objął ją, wyraźnie zaskoczony, ale nie zwróciła na to większej uwagi. W zamian po prostu się w niego wtuliła, pozwalając, żeby raz po raz przeczesywał jej włosy palcami. To było coś innego, niż zazwyczaj. Mniej gwałtownego, pozbawionego wybuchów namiętności, ale za to pełnego desperacji, która na krótką chwilę wytrąciła Isabeau z równowagi. Czuła się rozbita i nie podobało jej się to, tak jak i nie potrafiła ot tak zapanować nad wciąż dającymi jej się we znaki wątpliwościami.
Chciała traktować Dimitra jako swój zdrowy rozsądek. Nie miała pewności, kiedy do tego doszło i dlaczego tak nagle zaczęła potrzebować kogoś, kto odnalazłby się w tej roli, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Liczyło się, że już od jakiegoś czasu balansowała gdzieś na krawędzi, w każdej chwili z łatwością mogąc potknąć się i upaść, o czym przekonała się już w chwili pojawienia się Claudii. W którymś momencie odsłoniła się na tyle, by pozwolić się zranić, choć nigdy tak naprawdę tego nie chciała. Co więcej, zabrnęła w emocje zbyt daleko, by zdołać się wycofać.
Nie chciała.
I to wszystko, co mam, odkąd zaufałam tobie, przeszło jej przez myśl. Skoro masz w sobie tyle miłości, dlaczego raz po raz sprawiasz, że musimy cierpieć.
Raz jeszcze zawahała się, nerwowo zaciskając przy tym usta, by przypadkiem nie powiedzieć czegoś, czego nie chciała. Mimo wszystko nawet w myślach pewne stwierdzenia brzmiały o wiele gorzej, niż mogłaby sądzić. A jednak nie potrafiła powstrzymać się przed sformułowaniem zarzutów, które miała już od jakiegoś czasu. Odkąd pamiętała, szukała w tym wszystkim sensu – bezskutecznie, jak przekonywała się niemalże na każdym kroku.
Chwilami nie rozumiała, jakim cudem Allegra była w stanie się w tym odnaleźć. Ona wierzyła, a jednak…
Chociaż… Może wcale nie chodzi o ciebie, co? Przecież ty nigdy niczego nie robisz.
Zadrżała, nagle zaniepokojona. Mimowolnie pomyślała o demonach oraz Ciemności, o której wspomniała Layla. Kimkolwiek nie byłyby ta istota, ingerowała. W przeciwieństwie do Selene robiła dość, by dało poczuć się jej obecność. Nieważne z jakim skutkiem, liczyło się bowiem przede wszystkim to, że Ciemność naprawdę miała wpływ na tych, którzy się do niej zwracali albo z jakiegoś powodu próbowali sprzeciwić. Oczywiście, niosło to ze sobą znaczne niebezpieczeństwo, niemniej działanie ojca demonów wydawało się o wiele sensowniejsze, aniżeli bierność Selene.
To wszystko nie miało sensu. Jak miała ufać bogini, która mimo miłości do swoich dzieci, wciąż pozostawiała ich samych sobie. Isabeau nie potrafiła ot tak zanegować tego, że bogini w istocie istniała, ale im dłuższej analizowała wszystko to, co działo się w ostatnim czasie, tym pewniejsza była, że równie dobrze mogłoby jej nie być. Wtedy przynajmniej miałaby pewność, że zostali zdani sami na siebie, a jednak…
– Beau? – Głos Dimitra doszedł do niej jakby z oddali. Zamrugała nieprzytomnie, z opóźnieniem przymuszając się do tego, by spojrzeć mu w twarz. – Czy wszystko w porządku? Chyba trochę mi odpłynęłaś.
– Och… Tak – zreflektowała się pośpiesznie. Wszelaki myśli uleciały z jej głowy równie nagle, co wcześniej się pojawiły. W pośpiechu oswobodziła się z objęć Dimitra, szybkim krokiem ruszając ku wyjściu. – Zamyśliłam się. Ja… Chodźmy już, co? – powiedziała, chcąc jak najszybciej zmienić temat. – Zostało naprawdę mało czasu, a ja muszę się przebrać.
Wampir natychmiast skinął głową, w pośpiechu ruszając za nią. Wystarczyła chwila, by się z nią zrównał, dla pewności jak gdyby nigdy nic chwytając Isabeau za rękę. Pozwoliła mu na to, ze spokojem przyjmując, że zaczął z czułością gładzić wierzch jej dłoni. Coś w jego dotyku pozwoliło, żeby choć trochę się rozluźniła, wciąż jednak nie czuła się najlepiej.
Kiedy znaleźli się na zewnątrz, wciąż towarzyszyła jej dziwna, nieopisana pustka. Przechodząc obok znajomej, stojącej tuż obok świątyni figury bogini, po raz pierwszy nie spojrzała na nią ani razu.
Elena
Aldero wyglądał na podenerwowanego. Co prawda uśmiechnął się uspokajająco na jej widok, ale było w tym coś wymuszonego, gest zaś nie objął jego ciemnych oczu. To wystarczyło, by Elena poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, ale zmusiła się, żeby to zignorować. Poważny Al był rzadkością, ale przez wzgląd na sytuację nie uznała jego zachowania za nic odstającego od normy.
Poczuła, że zmierzył ją wzrokiem, uważnie przypatrując sukience, którą miała na sobie. Wyglądał na zaskoczonego, aż zaczęła się zastanawiać, czego tak naprawdę się po niej spodziewał. Przesadnego dekoltu albo czegoś absolutnie nietaktownego i przyciągającego uwagę? Oczywiście, że uwielbiała błyszczeć i to tak naprawdę się nie zmieniło, ale to jeszcze nie oznaczało, że była głupia.
W pamięci wciąż miała słowa Camerona, mimowolnie zastanawiając nad tym czy powinna śmiać się, czy może płakać. Chwilami wciąż miała wrażenie, że bliscy spoglądali na nią trochę jak a słodką idiotkę, która nie rozumiała podstawowych rzeczy. Kiedyś może i tak było, zwłaszcza że Rafael traktował ją podobnie, zanim pokazała mu, że miała w sobie jednak coś więcej, niż ładne ciało. Chcąc nie chcąc zaczęła zastanawiać się nad tym, czy naprawdę aż tak się zmieniła, jednak znajome mrowienie na plecach uprzytomniło jej, że tak naprawdę traciła czas.
Słodka bogini, umarła i wróciła za sprawą pewnego upartego demona. Trudno, by po czymś takim nie była inna.
Jej myśli jak na zawołanie powędrowały do Rafaela. Z trudem powstrzymała się przed sięgnięciem po telefon i upewnienia się, czy wiadomość od serafina jakimś cudem się nie zmieniła. Próbowała się skupić, aż nazbyt świadoma, że powinna postarać się chociażby przez wzgląd na Aldero, ale to wcale nie było takie proste. Nie miała pojęcia, co takiego planował Rafa, ale jeśli faktycznie chciał pojawić się w Mieście Nocy, by mogli się spotkać, tym bardziej miała prawo czuć się podekscytowana.
Zdążyła zapomnieć, jak nienaturalnie cicho potrafiło być w tym miejscu, zwłaszcza po zmroku. Miasto Nocy w niczym nie przypominało wiecznie tętniącego życiem Seattle. Choć Elena wiedziała, że nie miała powodów do niepokoju, mimo wszystko poczuła się nieswojo, dla pewności raz po raz rozglądając się dookoła. Pamiętała drogę do świątyni, ale dla pewności trzymała się blisko Aldero, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w każdej chwili ktoś mógłby na nich wyskoczyć.
– Cammy już wyszedł? – zapytała, nie mogąc znieść przeciągającej się ciszy.
– Jasne. – Aldero rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. – Poszedł sprawdzić, jak trzyma się mama… Jakbym wiedział, że już jesteś gotowa, wyszlibyśmy wcześniej.
– Przecież ci obiecałam – obruszyła się. – To znaczy… Zabrałeś mnie, nie? Wiem, że to ważne.
Skinął głową, najwyraźniej lepiej czując się, kiedy milczeli. Westchnęła w duchu, chcąc nie chcąc przystając na taki stan rzeczy. Cisza ani trochę nie pasowała do wiecznie wygadanego Aldero, ale zdecydowała się tego nie komentować. Jeśli tego potrzebował, nie zamierzała protestować.
A jednak trwanie w ciszy miało w sobie coś niepokojącego. Opustoszała okolica również, choć przecież doskonale wiedziała, że wszyscy prędzej czy później mieli udać się do świątyni. Część najpewniej już tam była, o czym przekonała się, coraz wyraźniej czując całą mieszankę zapachów, w miarę jak zaczęli zbliżać się do klifu. Serce mocniej zabiło jej w piersi, przede wszystkim ze zdenerwowania, zwłaszcza że nagle zwątpiła w to, czy dobrym pomysłem było przebywać w towarzystwie tych wszystkich istot.
Czy ktokolwiek zdawał sobie sprawę z tego, kim była? Z pewnością wiedzieli o jej śmierci. Zwłaszcza w Mieście Nocy informacje rozchodziły się ot tak, nawet jeśli miejsce wydawało się na pierwszy rzut oka odcięte od zewnętrznego świata. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie tak dawno temu sama ocknęła się w świątyni. Co więcej, nie mogła wykluczyć, że teraz na tym samym katafalku musiało spoczywać ciało Allegry. Różnica polegała na tym, że ta zdecydowanie nie zamierzała nagle się ocknąć i uciec, by kryć się gdzieś w lesie, a w wolnej chwili spróbować spełnić rozkazy znienawidzonej przez wszystkich wampirzej królowej.
– Wszystko gra? – zapytał z wahaniem Aldero, więc jedynie potrząsnęła głową. – Pytam, bo zwolniłaś. Jeśli jednak nie chcesz ze mną iść, po prostu powiedz.
Natychmiast przeniosła na niego wzrok. Nie wydawał się rozeźlony, ale i tak wyczuła w jego głosie swego rodzaju napięcie. W milczeniu zmierzyła Aldero wzrokiem, ostatecznie przenosząc wzrok na znajdującą się dosłownie na wyciągnięcie ręki, majaczącą na klifie świątynie. Budynek wrzucał się w oczy nie tylko dzięki łagodnemu, padającemu od strony wejścia światłu, ale przede wszystkim za sprawą kłębiących się tuż obok postaci.
Ze świstem wypuściła powietrze. Zaraz po tym wyprostowała się niczym struna, odrzucając jasne włosy na plecy.
– Jest w porządku – oznajmiła o wiele pewniej, niż w rzeczywistości się czuła. – Chyba widzę Gabriela i resztę. Idziemy? – ponagliła i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, stanowczo pociągnęła go za sobą.
Poczuła się dziwnie, kiedy znaleźli się bliżej świątyni. Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym była tutaj po raz ostatni – nagłe przebudzenie, głos Isobel i towarzyszący jej niemalże przez cały czas lęk przed światłem słonecznym. To wszystko zlewało się w jej pamięci w jedno, tworząc nie do końca jasną, odległą mieszankę obrazów i emocji. Natychmiast spróbowała się od tego odciąć, ale wątpliwości wciąż gdzieś tam były, nasilając z każdą kolejną sekundą, w miarę jak zbliżali się o świątyni.
Weź się w garść. Od kiedy przejmujesz się tym, co myślą sobie inni?
Nie chodziło tylko o to, ale i tak poczuła się odrobinę lepiej. Udało jej się nawet wysilić na blady uśmiech, kiedy podchwyciła spojrzenie Alessi. Nie była zaskoczona, kiedy przekonała się, że kuzynka trzymała się w pobliżu bladego, na pierwszy rzut oka wręcz wychudzonego chłopaka. Dawno nie widziała Ariela, ale od ostatniego razu nie zmienił się ani trochę, może pomijając to, że wyglądał na zmęczonego bardziej niż zazwyczaj. Już sama jego obecność w Mieście Nocy wydała się Elenie dziwna, tym bardziej że pamiętała wzmiankę Aldero o tym, że przyśpieszyli wyjazd z Seattle właśnie przez wzgląd na pojawienie się wilkołaka.
– Beau już jest w środku – wyjaśnił pośpiesznie Gabriel, ledwo znaleźli się na tyle blisko, by móc go usłyszeć. Nie żeby przy wyostrzonych zmysłach było to szczególnie wymagającym zadaniem. – Layla do niej poszła… Niedługo powinno się zacząć, a przynajmniej mam nadzieję, że obędzie się bez komplikacji – dodał, raptownie poważniejąc.
– Coś jest nie tak? – zapytała, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że Gabriel też wyglądał marnie. Być może nie powinno jej to dziwić, ale mimo wszystko…
– Joce została sama w domu. To nie miejsce dla niej. – Gabriel wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej, wolałbym szybko do niej wrócić… Chodźmy do środka, co?
Elena skinęła głową. Zaraz po tym pozwoliła, by Aldero pociągnął ją ku rozświetlonego łagodnym blaskiem świec wejściu.








After We Fall
stories by Nessa