1 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt

Renesmee
Rozmowa z Ryanem nie dawała mi spokoju. Gdyby to zależało ode mnie, najpewniej od razu pojechałabym zobaczyć się z Cassandrą, ale nie byłam pewna, czy to faktycznie taki dobry pomysł. Wiedziałam dobrze, jak mogła zareagować na mój widok, zwłaszcza że nasze ostatnie spotkanie nie należało do najszczęśliwszych. Co więcej, wciąż nie miała pewności, jaki związek z tym wszystkim miał Castiel, a przecież nie mogłam ot tak go o to zapytać. Fakt, że tak czy inaczej musiałam liczyć się z obecnością Rufusa, wcale nie poprawiał mi nastroju, choć w tej kwestii próbowałam pocieszać się myślą, że wampir potrafił zachowywać się we względnie normalny sposób, kiedy pojawiała się taka potrzeba. Pozostawało mi mieć nadzieję, że tak będzie również tym razem, chociaż to wcale nie musiało być dla niego aż takie oczywiste – i to zwłaszcza w sytuacji, w której martwił się o Laylę, a my mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej.
Jakkolwiek by nie było, natychmiastowe spotkanie z Cassandrą nie wchodziło w grę. Obawiałam się, że po rozmowie z Ryanem zarówno ja, jak i Rufus, byliśmy zbyt pobudzeni, by zdziałać cokolwiek sensownego. Inna sprawa, że w pierwszej kolejności chciałam poczekać na powrót Joce i Gabriela, by upewnić się, że dziewczyna była cała. Chciała dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało, ale już w chwili, w której ta dwójka w końcu pojawiła się w domu, zorientowałam się, że pod ich nieobecność wydarzyło się coś o wiele istotniejszego. Co prawda jakaś cząstka mnie chciała wierzyć, że wyczułabym, gdyby było wyjątkowo źle, ale w pamięci miałam to, z jaką łatwością Gabrielowi przychodziło odcięcie mnie od więzi, kiedy pojawiała się taka potrzeba. Niezmiennie miałam mu to za złe, nawet jeśli zarazem rozumiałam, że robił to tylko i wyłącznie po to, żeby mnie chronić.
Joce nie wyglądała na chętną do jakiejkolwiek rozmowy, ale zdążyłam przywyknąć, że miała w zwyczaju ukrywać się ze swoimi problemami. Nie chciałam na nią naciskać, zresztą nie mogłam pozbyć się wrażenia, że była równie zmęczona, co i przerażona. To i wrażenie, że Gabriel również był spięty, jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że powinnam pozwolić córce pójść do siebie (czy też raczej pokoju Beatrycze, która bez chwili wahania przyjęła ją do siebie, przez wzgląd na wybite okno w sypialni Joce) i spróbować porozumieć się z mężem.
– Co się stało? – zapytałam, starannie zamykając za sobą drzwi pokoju. Wiedziałam, że tak czy inaczej wszyscy mogli usłyszeć o czym rozmawialiśmy, ale nawet pozory prywatności sprawiały, że czułam się swobodniej.
Gabriel spojrzał na mnie w bliżej nieokreślony sposób. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że był podenerwowany, choć naturalnie próbował to ukryć.
– Zdenerwujesz się – stwierdził w zamyśleniu. – Ale weź pod uwagę, że wszyscy są cali, tak? Jeśli chodzi o Joce, to tylko ręka, więc Damien spokojnie…
– Akurat o to, czy Damien uzdrowi Joce, martwię się najmniej – stwierdziłam zgodnie z prawdą, bezceremonialnie wchodząc mu w słowo. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony moją reakcją. – Co się stało? I tutaj, i u Cullenów, bo widzę, że coś jest nie tak.
Co prawda w kwestii tego drugiego mogłam się mylić, ale i tak wolałam zapytać. Wyraz twarzy Gabriela oraz to, że wcześniej z premedytacją powiedział „wszyscy są cali”, jedynie utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
– Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co powinienem ci powiedzieć, mi amore – przyznał po dłuższej chwili wahania. – Joce nie była w stanie mi wyjaśnić, jakim cudem… Cóż, ja i Beau przyszliśmy, kiedy było już po wszystkim.
– Marco też nie był chętny do rozmowy – stwierdziłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Powiedział mi jedynie, że wypadła i gdzie jesteście, ale to marne pocieszenie.
– Marco… – Gabriel zamilkł, po czym nieznacznie potrząsnął głową. – Będę musiał z nim porozmawiać, ale zostawię to na później… Aktualnie nie mam do tego cierpliwości – dodał, a ja wymownie uniosłam brwi ku górze, nagle zaniepokojona.
– Ty chyba nie sądzisz, że…
Jedno spojrzenie Gabriela wystarczyło, żebym zamilkła.
– Nie – zapewnił mnie pośpiesznie. Zabrzmiało szczerze, choć wyraźnie przyszło mu to z trudem. – Ale widział więcej ode mnie. Jeśli Joce nie będzie chciała nam powiedzieć…
– To ja z nim porozmawiam – zasugerowałam pośpiesznie.
Spojrzał na mnie w sposób sugerujący, że niekoniecznie satysfakcjonował go taki scenariusz, ale przynajmniej nie próbował protestować. Wiedziałam aż nazbyt dobrze, że nawet po tych latach jego relacje z ojcem pozostawiały wiele do życzenia. W zasadzie zakładałam, że obaj najlepiej czuli się wtedy, gdy nie musieli wchodzić sobie w drogę. Cóż, w gruncie rzeczy Marco właśnie to próbował robić, choć przez wzgląd na jego obecność pod naszym dachem, wychodziło mu to dość marnie.
– W porządku – powiedział w końcu Gabriel. Nie byłam zaskoczona brakiem entuzjazmu w jego tonie. – Oczywiście nie wystarczy ci stwierdzenie, że twoi bliscy mieli małe problemy, ale już wszystko wróciło do normy i są bezpieczni?
Coś w tych słowach wystarczyło, żebym jeszcze bardziej się spięła. W pośpiechu wyprostowałam się niczym struna, przez krótką chwilę wpatrując się w męża tak, jakbym widziała go po raz pierwszy.
– Ani trochę. Zwłaszcza że szykowali się na wizytę Volturi, więc… – Urwałam, w zamian gwałtownie nabierając powietrza do płuc. – O bogini, co się stało? Czy Aro…? – zaczęłam, w głowie mając kilka najróżniejszych, mniej lub bardziej złych scenariuszy tego, jak mogłoby wyglądać to spotkanie.
– Jane – poprawił mnie z wahaniem Gabriel. – Powiedzmy, że… troszeczkę się zbuntowała.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, niepewna tego, w jaki sposób powinnam interpretować jego słowa. Wciąż nie byłam pewna, co takiego się wydarzyło, ale sama sugestia, że ta wampirzyca mogłaby mieć z tym jakiś związek, wzbudzała we mnie naprawdę silny niepokój. W jakimś stopniu Jane wciąż mnie przerażała, chociaż od nieszczęsnego balu pięciuset i konsekwencji, które ze sobą pociągnął, minęły całe lata. Teraz bez trudu zdołałabym się obronić, ale i tak myśląc wstecz o wszystkim tym, co miało miejsce – a już zwłaszcza o bólu, który towarzyszył krążącemu w żyłach jadu… – czułam się naprawdę nieswojo.
Cóż, jeśli miałabym wybierać, to właśnie Jane bez wątpienia uznałabym za najbardziej niebezpieczną ze wszystkich Volturi. Jeśli do tego wszystkiego zbuntowała się przeciwko rodzinie królewskiej…
– Lepiej usiądź – zasugerował mi cicho Gabriel. – To dłuższa i… zagmatwana historia – dodał, w pośpiechu przesuwając się w moją stronę.
Już wcześniej spodziewałam się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego, co miał mi do powiedzenia. Sam fakt tego, że akurat Jane mogłaby kogokolwiek zaatakować, nie był dla mnie jakość szczególnie szokujący, ale i tak wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem, coraz bardziej wytrącona z równowagi.
– Byłeś tam. I Joce – zauważyła przytomnie. – Za każdym razem blokowałeś jej dar, więc…
– Tym razem nie mogłem.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta, sama niepewna tego, co powinnam powiedzieć. Przez chwilę nawet sądziłam, że coś źle zrozumiałam albo jakimś cudem się przesłyszałam, ale przecież dobrze wiedziałam, że to nie tak. To jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że sprawy raz po raz wymykały się spod kontroli, a to w najmniejszym nawet stopniu nie poprawiało mi nastroju.
– Co masz na myśli? – zapytałam spiętym tonem. Sama nie byłam pewna, jakim cudem wciąż udawało mi się zachować spokój. – Jak to nie mogłeś, skoro… Słodka bogini, jej dar zawsze był bezsilny wobec telepatii, prawda? Dlaczego…?
– Cholera jasna, nie wiem! – wyrzucił z siebie na wydechu. W jego głosie pobrzmiewała wyraźna, od dłuższego czasu już wstrzymywana frustracja.
Skrzywiłam się, kiedy podniósł głos, chociaż dobrze wiedziałam, że nie krzyczał z mojego powodu. Przez kilka sekund obserwowałam go, kiedy zaczął niespokojnie krążyć, dopiero po dłuższej chwili zamierając w miejscu. Trudno było mi stwierdzić, co aż do tego stopnia wytrąciło go z równowagi – niemoc, czy też może to, że w razie potrzeby nie byłby w stanie ochronić również córki – ale to nie miało dla mnie znaczenia.
Chociaż miałam ochotę zadać dziesiątki mniej lub bardziej składnych pytań, zmusiłam się do tego, by milczeć i ostatecznie poderwać na równe nogi. Bez słowa podeszłam bliżej, by móc otoczyć go ramionami, aż nazbyt świadoma, jak działała sama tylko moja obecność. Powtarzał mi to nie raz, zresztą nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym pozostać obojętna. Gabriel jedynie westchnął, po czym błyskawicznie zwrócił się w moją stronę, bezceremonialnie otaczając mnie ramionami i przygarniając do siebie. Wtuliłam się w jego tors, pozwalając żeby mnie trzymał i choć na moment próbując zapomnieć o wszystkim, co działo się wokół nas.
– Jest okej – zauważyłam, próbując przekonać do tego również samą siebie. – Sam powiedziałeś, że nikomu nic się nie stały. Sprawy po prostu… wymknęły się spod kontroli – dodałam, bo to w gruncie rzeczy nie było kłamstwem.
Nie odpowiedział od razu, raz po raz przeczesując palcami moje słowy. Czułam, że wciąż był spięty, najpewniej z przesadną wręcz dokładnością analizując to, co i w jaki sposób jeszcze powinien mi powiedzieć.
– Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo wymknęły… – usłyszałam i to jasno dało mi do zrozumienia, że miałam jeszcze tego dna usłyszeć coś co najmniej niepokojącego.
Sęk w tym, że zdecydowanie nie brałam pod uwagi połączenia dziwnego zachowania Jane z Eleną. To, co się wydarzyło, brzmiało jak czysta abstrakcja, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę milczałam, próbując nie tyle wyobrazić sobie dziewczynę ze skrzydłami, co przede wszystkim z mieczem. Z drugiej strony, nawet w takiej sytuacji myśl o uciekającej w popłochu Jane sprawiła mi przyjemność, choć nie w takim stopniu, bym zapomniała o całym tym szaleństwie. Bezskutecznie próbowałam uporządkować wszystko, co miało miejsce i o czym opowiadał mi Gabriel, ale to było niczym chęć połączenia ze sobą absolutnie różnych kawałków układanki.
– Więc Jane blokowała twoje zdolności… I zaatakowała Rose – powiedziałam w końcu. Zerknęłam na męża wymownie, gotowa przysiąc, że nie powiedział mi wszystkiego, ale zdecydowałam się nie drążyć. Co jak co, ale znałam go na tyle dobrze, by rozpoznać zarówno jego nastroje, jaki… Cóż, urażoną dumę. Swoją drogą, chyba tak naprawdę nie chciałam wiedzieć więcej. – Potem wtrąciła się Elena, a później… Cóż, no tak – mruknęłam, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Nie żebym była jakkolwiek zaskoczona tym, że Carlisle tak czy inaczej po tym wszystkim wpuścił Volturi do domu. Jego również znałam, czasami wręcz nie pojmując ani uprzejmości, ani wiary, którą pokładał we wszystkich wokół. Nie rozumiałam zwłaszcza cierpliwości, którą okazywał za każdym razem, kiedy Aro w mniej lub bardziej otwarty sposób sugerował, że w rzeczywistości jest przeciwko naszej rodzinie. Co prawda po latach w Mieście Nocy i przebywaniu w towarzystwie Dimitra kwestia dyplomacji nie była mi obca, ale chwilami to naprawdę wydawało się niedorzeczne.
– Alec twierdzi, że Jane już wcześniej zachowywała się dziwnie – stwierdził, a ja prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Ktoś, kogo najbardziej rozwiniętą po przemianie zdolnością okazało się torturowanie innych samym tylko spojrzeniem, zdecydowanie nie należał do osób normalnych. – Swoją drogą, to wyjaśnia ten atak w liceum. Powiedziała, że Aro sobie tego życzy, ale…
– A to niemożliwe? – przerwałam, z łatwością mogąc sobie wyobrazić, że to jak najbardziej sprawka Volturi.
– Nie wydaje mi się – mruknął z wyraźną rezerwą Gabriel. – Przynajmniej nie tym razem. Co oczywiście nie oznacza, że w jakimkolwiek stopniu im ufamy.
Skinęłam głową, wciąż nieprzekonana. W porządku, więc Aro stracił wpływy na tyle, by przestał kontrolować to, co robili jego pozornie najwierniejsi poddani. Chyba powinnam czuć się lepiej z myślą, że przynajmniej sprawa ataku na balu się wyjaśniła, ale to wciąż niczego nie rozwiązywało. Już wcześniej zresztą Rufus i Isabeau wyjaśnili to i owo, nie wspominając o tym, że dzięki wampirowi przynajmniej jedna nieśmiertelna z tej grupki była martwa. Sęk w tym, że po ucieczce pozostałych, trudno było czuć się bezpieczniej – i to zwłaszcza w sytuacji, w której Jane oficjalnie opuściła straż, by działać na rzecz kogoś, kogo nawet nie potrafiliśmy zidentyfikować.
Jakby tego było mało, to wciąż nie tłumaczyło innych problemów. Mimowolnie pomyślałam o tym, że musiałam powiedzieć Gabrielowi o rozmowie z Ryanem i planowanym spotkaniu z Cassandrą, ale wcześniej chciałam jeszcze ustawić jeszcze jedną, równie istotną rzecz.
– A co z Laylą?
Przez jego twarz przemknął cień, co jasno dało mi do zrozumienia, czego powinnam spodziewać się w odpowiedzi. Mocniej do niego przywarłam, choć szczerze wątpiłam, by mój dotyk na dłuższą metę w istocie miał aż tak wielkie znaczenie.
– Nawet jeśli Jane ma z tym związek, najwyraźniej nie wtajemniczyła innych – usłyszałam. – Może to oznacza, że powinniśmy jej szukać, ale w obecnej sytuacji…
Frustracja w jego głosie mnie nie zaskoczyła. Wręcz przeciwnie – rozumiałam go aż nazbyt dobrze, z łatwością mogąc sobie wyobrazić, jak irytująca musiała być świadomość, że po tych wszystkich latach wampirzyca jednak odzyskała przewagę. Do tej pory telepatia wydawała się być idealnym rozwiązaniem, ale to uległo zmianie i to w naturalny sposób martwiło Gabriela.
Zacisnęłam usta, po czym uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, woląc nie zastanawiać nad tym, co i dlaczego mogłoby się wydarzyć. Nie miałam pojęcia, co sądzić o udziale Eleny w tym wszystkim, to zresztą nie miało znaczenia, bo za którymś razem mogło zabraknąć jakiegokolwiek „szczęśliwego wypadku”. Nie chciałam nawet zastanawiać się nad tym, co byłoby, gdyby Jane uderzyła w mniejszą grupę i w najmniej oczekiwanym momencie. Co prawda zawsze miałam wrażenie, że przesadna ignorancja Volturi, którą okazywał Gabriel, prędzej czy później może się na nas zemścić, ale zdecydowanie nie wyobrażałam sobie tego w ten sposób.
Ostatecznie powstrzymałam się od komentarza, czując, że ten tak czy inaczej był zbędny. Nie pytałam o nic więcej, przez kilka pierwszych sekund po prostu pozwalając na to, by Gabriel mnie obejmował. To wciąż było przyjemne, nawet jeśli w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało problemów, które mieliśmy. Chciałam wierzyć, że to chwilowe komplikacje i że dla odmiany Ryan i Cassandra byli jakimś tropem, ale przynajmniej tymczasowo wolałam zachować to dla siebie – i to zwłaszcza w sytuacji, w której jednak mogło chodzić o Laylę. Inna sprawa, że byłam aż nazbyt świadoma, że gdybym tylko wspomniała o spotkaniu z kimś, kto mógł coś wiedzieć, Gabriel mógłby chcieć towarzyszyć mnie i Rufusowi, a zdecydowanie nie miałam cierpliwości, by znosić obecność dwóch podenerwowanych, darzących siebie wzajemną niechęcią nieśmiertelnych.
Uniosłam głowę, kiedy Gabriel nagle przesunął się na tyle, by móc ująć moją twarz w dłonie. Nie zamierzałam protestować przed pocałunkiem, z miejsca odwzajemniając pieszczotę. Tak było mi łatwiej nie myśleć i choć na moment spróbować się rozluźnić, tym bardziej że oboje tego potrzebowaliśmy. Co prawda w ten sposób również nie mieliśmy być w stanie czegokolwiek zmienić, ale choć przez chwilę to i tak nie miało znaczenia.
Tamtego wieczora chciałam przynajmniej przez moment odciąć się od jakichkolwiek problemów.

Beatrycze
W ciszy obserwowała Jocelyne. To nie był pierwszy raz, kiedy po prostu obserwowała skuloną na łóżku dziewczynę, wsłuchując się w rytm jej oddechu i próbując stwierdzić, czy zasnęła. Co więcej, nie po raz pierwszy Joce wydawała się wymęczona i wyraźnie czymś zmartwiona, choć tym razem sprawa nie wiązała się z tym, że dziewczyna w mniej lub bardziej świadomy sposób przywołała kogoś do życia.
O tak, tego jednego Beatrycze była niemalże całkowicie pewna. W zasadzie już od jakiegoś czasu myśl o śmierci i powrocie nie tyle ją niepokoiła, co wydawała się naturalna. Wiedziała, że wszystko tak naprawdę sprawdzało się do Joce – dziewczyny, która rozmawiała ze zmarłymi. Co prawda nie pamiętała, co działo się przed przebudzeniem na cmentarzu, ale przecież od samego początku czuła do pół-wampirzycy sympatię, wręcz gotowa przysiąc, że znały się już wcześniej.
Próbowała być cicho, nie tylko chcąc dać małej Licavoli odpocząć, ale i w naturalny sposób czując się w jej obecności winną. Mimowolnie pomyślała o ukrytym starannie pośród ubrań czarnym notesie, który zabrała z pokoju Jocelyne. Przez chwilę nawet miała ochotę zapytać, czy również wrażliwa na nadnaturalne zdarzenia nekromantka wyczuła, że w tej książeczce jest coś dziwnego, ale ostatecznie się przed tym powstrzymała. Nie, to było coś, co należało do niej – coś intymnego, co sama musiała zrozumieć i z czym zdecydowanie nie chciała się dzielić.
Chwilę krążyła bez celu, starając się stąpać na tyle cicho, by przypadkiem nie obudzić Joce. Ostatecznie w którymś momencie przystanęła przy łóżku, raz jeszcze spoglądając na bladą twarz dziewczyny i rozrzucone dookoła głowy blond loczki. Wciąż była w stanie dostrzec resztki czerwonego pasemka, choć te praktycznie nie wrzucały się już w oczy.
Beatrycze uśmiechnęła się mimowolnie, po czym w absolutnie naturalnym geście nachyliła się, by odgarnąć Joce jasne włosy z twarzy. Zaraz po tym na krótką chwilę zamarła, kiedy dziewczyna zamrugała nieco nieprzytomnie, ostatecznie przenosząc na nią wzrok.
– Wybacz – zreflektowała się pośpiesznie, robiąc krok w tył. – Obudziłam cię? Ja nie…
– Nie śpię – stwierdziła lakonicznie Joce. Trudno było stwierdzić, czy w tamtej chwili mówiła prawdę, ale Beatrycze i tak skinęła głową. – Jestem… zbytnio pobudzona.
– Nic cię nie boli? – zapytała z braku lepszych pomysłów.
Co prawda w międzyczasie pojawił się Damien, podobno bez trudu pomagając siostrze dojść do siebie, ale w tamtej chwili wszystko wydawało się Beatrycze lepsze, jeśli tylko nie musiałyby trwać w ciszy. Miała wrażenie, że sama Joce była wdzięczna za jakikolwiek pretekst do rozmowy, wyraźnie czymś zmartwiona i podenerwowana. Chociaż to zachowanie jedynie wzbudzało w kobiecie jeszcze silniejsze wątpliwości, zdecydowała się nie zadawać pytań, dochodząc do wniosku, że jeśli Jocelyne chciałaby się zwierzać, sama dałaby o tym znać.
– Jest… w porządku. – Po tonie głosu dziewczyny słychać było, że wcale nie miała co do tego aż takiej pewności. Beatrycze odniosła wrażenie, że z przesadną wręcz dokładnością nekromantka rozejrzała się po pokoju, zupełnie jakby spodziewała się dostrzec przy łóżku kogoś, kogo nie powinna. To sprawiło, że sama również zaczęła czuć się nieswojo, aż za dobrze pamiętając o tym, co potrafiła jej towarzyszka. – Nie przejmuj się mną. Po prostu bardzo dużo się wydarzyło.
– Aż za dużo – mruknęła mimochodem Beatrycze, nie mogąc powstrzymać się przed tym stwierdzeniem.
Joce spojrzała na nią dziwnie, ale nie skomentowała tego stwierdzenia nawet słowem. Coś w tym milczeniu i sposobie, w jaki z obojętnością zaczęła spoglądać w przestrzeń, w zupełności wystarczyło, by Beatrycze znów poczuła się nieswojo, niemalże gorączkowo zaczynając szukać jakiegokolwiek tematu. Sęk w tym, że do głowy nie przychodziło jej nic, co mogłaby omówić i to zwłaszcza z kimś, kto wyraźnie nie miał nastroju ani do żartów, ani poważniejszych zwierzeń. Cóż, jeśli miała być ze sobą szczera, rozumiała to aż za dobrze, doświadczając dokładnie tego samego. Kto wie, może nawet towarzyszące jej wątpliwości dorównywały tym, które dręczyły Joce.
Z drugiej strony… Być może jednak było coś, o czym mogła porozmawiać. Biorąc pod uwagę fakt, że miała do czynienia z którymkolwiek z Licavolich, być może miała szansę dowiedzieć się czegoś, co mogłoby okazać się kluczowe w związku z kwestiami, które dręczyły ją przez tyle czasu.
– Joce, kochana… Mogłabym cię o coś zapytać? – wypaliła, nie dając sobie czasu na to, żeby stchórzyć albo jednak dojść do wniosku, że to zły pomysł. Dziewczyna przeniosła na nią wzrok, unosząc brwi i sprawiając wrażenie co najmniej zaskoczonej. – Czy mogłabyś, proszę, opowiedzieć mi coś więcej o Chianni?
Wraz z tymi słowami zapadła długa, wymowna cisza.

1 komentarz:

  1. Piszę te słowa już po północy, bo jak zwykle jestem spóźniona, ale przynajmniej rozdział pojawił się 1 stycznia - dokładnie w moje dwudzieste trzecie urodziny. Nie wyobrażałam sobie, by mogło być inaczej i bardzo cieszę się, że mimo wszystko udało mi się wyrobić :3
    Spóźnione, ale i tak życzę wszystkim wszystkiego, co najlepsze w nowym roku! Oby okazał się lepszy od poprzedniego.

    Nessa

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa