
Renesmee
Rozmowa z Ryanem nie
dawała mi spokoju. Gdyby to zależało ode mnie, najpewniej od razu pojechałabym
zobaczyć się z Cassandrą, ale nie byłam pewna, czy to faktycznie taki
dobry pomysł. Wiedziałam dobrze, jak mogła zareagować na mój widok, zwłaszcza
że nasze ostatnie spotkanie nie należało do najszczęśliwszych. Co więcej, wciąż
nie miała pewności, jaki związek z tym wszystkim miał Castiel, a przecież
nie mogłam ot tak go o to zapytać. Fakt, że tak czy inaczej musiałam
liczyć się z obecnością Rufusa, wcale nie poprawiał mi nastroju, choć w tej
kwestii próbowałam pocieszać się myślą, że wampir potrafił zachowywać się we
względnie normalny sposób, kiedy pojawiała się taka potrzeba. Pozostawało mi
mieć nadzieję, że tak będzie również tym razem, chociaż to wcale nie musiało
być dla niego aż takie oczywiste – i to zwłaszcza w sytuacji, w której
martwił się o Laylę, a my mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej.
Jakkolwiek
by nie było, natychmiastowe spotkanie z Cassandrą nie wchodziło w grę.
Obawiałam się, że po rozmowie z Ryanem zarówno ja, jak i Rufus,
byliśmy zbyt pobudzeni, by zdziałać cokolwiek sensownego. Inna sprawa, że w pierwszej
kolejności chciałam poczekać na powrót Joce i Gabriela, by upewnić się, że
dziewczyna była cała. Chciała dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało, ale
już w chwili, w której ta dwójka w końcu pojawiła się w domu,
zorientowałam się, że pod ich nieobecność wydarzyło się coś o wiele
istotniejszego. Co prawda jakaś cząstka mnie chciała wierzyć, że wyczułabym,
gdyby było wyjątkowo źle, ale w pamięci miałam to, z jaką łatwością
Gabrielowi przychodziło odcięcie mnie od więzi, kiedy pojawiała się taka
potrzeba. Niezmiennie miałam mu to za złe, nawet jeśli zarazem rozumiałam, że
robił to tylko i wyłącznie po to, żeby mnie chronić.
Joce nie
wyglądała na chętną do jakiejkolwiek rozmowy, ale zdążyłam przywyknąć, że miała
w zwyczaju ukrywać się ze swoimi problemami. Nie chciałam na nią naciskać,
zresztą nie mogłam pozbyć się wrażenia, że była równie zmęczona, co i przerażona.
To i wrażenie, że Gabriel również był spięty, jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu,
że powinnam pozwolić córce pójść do siebie (czy też raczej pokoju Beatrycze,
która bez chwili wahania przyjęła ją do siebie, przez wzgląd na wybite okno w sypialni
Joce) i spróbować porozumieć się z mężem.
– Co się
stało? – zapytałam, starannie zamykając za sobą drzwi pokoju. Wiedziałam, że
tak czy inaczej wszyscy mogli usłyszeć o czym rozmawialiśmy, ale nawet
pozory prywatności sprawiały, że czułam się swobodniej.
Gabriel
spojrzał na mnie w bliżej nieokreślony sposób. Znałam go na tyle dobrze,
by wiedzieć, że był podenerwowany, choć naturalnie próbował to ukryć.
–
Zdenerwujesz się – stwierdził w zamyśleniu. – Ale weź pod uwagę, że
wszyscy są cali, tak? Jeśli chodzi o Joce, to tylko ręka, więc Damien
spokojnie…
– Akurat o to,
czy Damien uzdrowi Joce, martwię się najmniej – stwierdziłam zgodnie z prawdą,
bezceremonialnie wchodząc mu w słowo. Nie wydawał się szczególnie
zaskoczony moją reakcją. – Co się stało? I tutaj, i u Cullenów,
bo widzę, że coś jest nie tak.
Co prawda w kwestii
tego drugiego mogłam się mylić, ale i tak wolałam zapytać. Wyraz twarzy
Gabriela oraz to, że wcześniej z premedytacją powiedział „wszyscy są cali”,
jedynie utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
– Szczerze
mówiąc, sam nie wiem, co powinienem ci powiedzieć, mi amore – przyznał po dłuższej chwili wahania. – Joce nie była w stanie
mi wyjaśnić, jakim cudem… Cóż, ja i Beau przyszliśmy, kiedy było już po
wszystkim.
– Marco też
nie był chętny do rozmowy – stwierdziłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– Powiedział mi jedynie, że wypadła i gdzie jesteście, ale to marne
pocieszenie.
– Marco… –
Gabriel zamilkł, po czym nieznacznie potrząsnął głową. – Będę musiał z nim
porozmawiać, ale zostawię to na później… Aktualnie nie mam do tego cierpliwości
– dodał, a ja wymownie uniosłam brwi ku górze, nagle zaniepokojona.
– Ty chyba
nie sądzisz, że…
Jedno
spojrzenie Gabriela wystarczyło, żebym zamilkła.
– Nie –
zapewnił mnie pośpiesznie. Zabrzmiało szczerze, choć wyraźnie przyszło mu to z trudem.
– Ale widział więcej ode mnie. Jeśli Joce nie będzie chciała nam powiedzieć…
– To ja z nim
porozmawiam – zasugerowałam pośpiesznie.
Spojrzał na
mnie w sposób sugerujący, że niekoniecznie satysfakcjonował go taki
scenariusz, ale przynajmniej nie próbował protestować. Wiedziałam aż nazbyt
dobrze, że nawet po tych latach jego relacje z ojcem pozostawiały wiele do
życzenia. W zasadzie zakładałam, że obaj najlepiej czuli się wtedy, gdy nie
musieli wchodzić sobie w drogę. Cóż, w gruncie rzeczy Marco właśnie
to próbował robić, choć przez wzgląd na jego obecność pod naszym dachem,
wychodziło mu to dość marnie.
– W porządku
– powiedział w końcu Gabriel. Nie byłam zaskoczona brakiem entuzjazmu w jego
tonie. – Oczywiście nie wystarczy ci stwierdzenie, że twoi bliscy mieli małe
problemy, ale już wszystko wróciło do normy i są bezpieczni?
Coś w tych
słowach wystarczyło, żebym jeszcze bardziej się spięła. W pośpiechu
wyprostowałam się niczym struna, przez krótką chwilę wpatrując się w męża
tak, jakbym widziała go po raz pierwszy.
– Ani
trochę. Zwłaszcza że szykowali się na wizytę Volturi, więc… – Urwałam, w zamian
gwałtownie nabierając powietrza do płuc. – O bogini, co się stało? Czy
Aro…? – zaczęłam, w głowie mając kilka najróżniejszych, mniej lub bardziej
złych scenariuszy tego, jak mogłoby wyglądać to spotkanie.
– Jane –
poprawił mnie z wahaniem Gabriel. – Powiedzmy, że… troszeczkę się
zbuntowała.
Spojrzałam
na niego z niedowierzaniem, niepewna tego, w jaki sposób powinnam
interpretować jego słowa. Wciąż nie byłam pewna, co takiego się wydarzyło, ale
sama sugestia, że ta wampirzyca mogłaby mieć z tym jakiś związek,
wzbudzała we mnie naprawdę silny niepokój. W jakimś stopniu Jane wciąż
mnie przerażała, chociaż od nieszczęsnego balu pięciuset i konsekwencji,
które ze sobą pociągnął, minęły całe lata. Teraz bez trudu zdołałabym się
obronić, ale i tak myśląc wstecz o wszystkim tym, co miało miejsce – a już
zwłaszcza o bólu, który towarzyszył krążącemu w żyłach jadu… – czułam
się naprawdę nieswojo.
Cóż, jeśli
miałabym wybierać, to właśnie Jane bez wątpienia uznałabym za najbardziej
niebezpieczną ze wszystkich Volturi. Jeśli do tego wszystkiego zbuntowała się
przeciwko rodzinie królewskiej…
– Lepiej
usiądź – zasugerował mi cicho Gabriel. – To dłuższa i… zagmatwana historia –
dodał, w pośpiechu przesuwając się w moją stronę.
Już
wcześniej spodziewałam się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego, co miał mi
do powiedzenia. Sam fakt tego, że akurat Jane mogłaby kogokolwiek zaatakować,
nie był dla mnie jakość szczególnie szokujący, ale i tak wpatrywałam się w niego
z niedowierzaniem, coraz bardziej wytrącona z równowagi.
– Byłeś
tam. I Joce – zauważyła przytomnie. – Za każdym razem blokowałeś jej dar,
więc…
– Tym razem
nie mogłem.
Otworzyłam i zaraz
zamknęłam usta, sama niepewna tego, co powinnam powiedzieć. Przez chwilę nawet
sądziłam, że coś źle zrozumiałam albo jakimś cudem się przesłyszałam, ale
przecież dobrze wiedziałam, że to nie tak. To jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu,
że sprawy raz po raz wymykały się spod kontroli, a to w najmniejszym
nawet stopniu nie poprawiało mi nastroju.
– Co masz
na myśli? – zapytałam spiętym tonem. Sama nie byłam pewna, jakim cudem wciąż
udawało mi się zachować spokój. – Jak to nie mogłeś, skoro… Słodka bogini, jej
dar zawsze był bezsilny wobec telepatii, prawda? Dlaczego…?
– Cholera
jasna, nie wiem! – wyrzucił z siebie na wydechu. W jego głosie
pobrzmiewała wyraźna, od dłuższego czasu już wstrzymywana frustracja.
Skrzywiłam
się, kiedy podniósł głos, chociaż dobrze wiedziałam, że nie krzyczał z mojego
powodu. Przez kilka sekund obserwowałam go, kiedy zaczął niespokojnie krążyć,
dopiero po dłuższej chwili zamierając w miejscu. Trudno było mi
stwierdzić, co aż do tego stopnia wytrąciło go z równowagi – niemoc, czy
też może to, że w razie potrzeby nie byłby w stanie ochronić również
córki – ale to nie miało dla mnie znaczenia.
Chociaż miałam
ochotę zadać dziesiątki mniej lub bardziej składnych pytań, zmusiłam się do
tego, by milczeć i ostatecznie poderwać na równe nogi. Bez słowa podeszłam
bliżej, by móc otoczyć go ramionami, aż nazbyt świadoma, jak działała sama
tylko moja obecność. Powtarzał mi to nie raz, zresztą nawet gdybym chciała, nie
potrafiłabym pozostać obojętna. Gabriel jedynie westchnął, po czym
błyskawicznie zwrócił się w moją stronę, bezceremonialnie otaczając mnie
ramionami i przygarniając do siebie. Wtuliłam się w jego tors,
pozwalając żeby mnie trzymał i choć na moment próbując zapomnieć o wszystkim,
co działo się wokół nas.
– Jest okej
– zauważyłam, próbując przekonać do tego również samą siebie. – Sam
powiedziałeś, że nikomu nic się nie stały. Sprawy po prostu… wymknęły się spod
kontroli – dodałam, bo to w gruncie rzeczy nie było kłamstwem.
Nie
odpowiedział od razu, raz po raz przeczesując palcami moje słowy. Czułam, że
wciąż był spięty, najpewniej z przesadną wręcz dokładnością analizując to,
co i w jaki sposób jeszcze powinien mi powiedzieć.
– Gdybyś
tylko wiedział, jak bardzo wymknęły… – usłyszałam i to jasno dało mi do zrozumienia,
że miałam jeszcze tego dna usłyszeć coś co najmniej niepokojącego.
Sęk w tym,
że zdecydowanie nie brałam pod uwagi połączenia dziwnego zachowania Jane z Eleną.
To, co się wydarzyło, brzmiało jak czysta abstrakcja, a ja jeszcze przez
dłuższą chwilę milczałam, próbując nie tyle wyobrazić sobie dziewczynę ze
skrzydłami, co przede wszystkim z mieczem. Z drugiej strony, nawet w takiej
sytuacji myśl o uciekającej w popłochu Jane sprawiła mi przyjemność,
choć nie w takim stopniu, bym zapomniała o całym tym szaleństwie.
Bezskutecznie próbowałam uporządkować wszystko, co miało miejsce i o czym
opowiadał mi Gabriel, ale to było niczym chęć połączenia ze sobą absolutnie
różnych kawałków układanki.
– Więc Jane
blokowała twoje zdolności… I zaatakowała Rose – powiedziałam w końcu.
Zerknęłam na męża wymownie, gotowa przysiąc, że nie powiedział mi wszystkiego,
ale zdecydowałam się nie drążyć. Co jak co, ale znałam go na tyle dobrze, by
rozpoznać zarówno jego nastroje, jaki… Cóż, urażoną dumę. Swoją drogą, chyba
tak naprawdę nie chciałam wiedzieć więcej. – Potem wtrąciła się Elena, a później…
Cóż, no tak – mruknęłam, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Nie żebym
była jakkolwiek zaskoczona tym, że Carlisle tak czy inaczej po tym wszystkim
wpuścił Volturi do domu. Jego również znałam, czasami wręcz nie pojmując ani
uprzejmości, ani wiary, którą pokładał we wszystkich wokół. Nie rozumiałam
zwłaszcza cierpliwości, którą okazywał za każdym razem, kiedy Aro w mniej
lub bardziej otwarty sposób sugerował, że w rzeczywistości jest przeciwko
naszej rodzinie. Co prawda po latach w Mieście Nocy i przebywaniu w towarzystwie
Dimitra kwestia dyplomacji nie była mi obca, ale chwilami to naprawdę wydawało
się niedorzeczne.
– Alec
twierdzi, że Jane już wcześniej zachowywała się dziwnie – stwierdził, a ja
prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Ktoś, kogo najbardziej rozwiniętą po
przemianie zdolnością okazało się torturowanie innych samym tylko spojrzeniem,
zdecydowanie nie należał do osób normalnych. – Swoją drogą, to wyjaśnia ten
atak w liceum. Powiedziała, że Aro sobie tego życzy, ale…
– A to
niemożliwe? – przerwałam, z łatwością mogąc sobie wyobrazić, że to jak
najbardziej sprawka Volturi.
– Nie
wydaje mi się – mruknął z wyraźną rezerwą Gabriel. – Przynajmniej nie tym
razem. Co oczywiście nie oznacza, że w jakimkolwiek stopniu im ufamy.
Skinęłam
głową, wciąż nieprzekonana. W porządku, więc Aro stracił wpływy na tyle,
by przestał kontrolować to, co robili jego pozornie najwierniejsi poddani.
Chyba powinnam czuć się lepiej z myślą, że przynajmniej sprawa ataku na
balu się wyjaśniła, ale to wciąż niczego nie rozwiązywało. Już wcześniej
zresztą Rufus i Isabeau wyjaśnili to i owo, nie wspominając o tym,
że dzięki wampirowi przynajmniej jedna nieśmiertelna z tej grupki była
martwa. Sęk w tym, że po ucieczce pozostałych, trudno było czuć się bezpieczniej
– i to zwłaszcza w sytuacji, w której Jane oficjalnie opuściła
straż, by działać na rzecz kogoś, kogo nawet nie potrafiliśmy zidentyfikować.
Jakby tego
było mało, to wciąż nie tłumaczyło innych problemów. Mimowolnie pomyślałam o tym,
że musiałam powiedzieć Gabrielowi o rozmowie z Ryanem i planowanym
spotkaniu z Cassandrą, ale wcześniej chciałam jeszcze ustawić jeszcze
jedną, równie istotną rzecz.
– A co
z Laylą?
Przez jego
twarz przemknął cień, co jasno dało mi do zrozumienia, czego powinnam
spodziewać się w odpowiedzi. Mocniej do niego przywarłam, choć szczerze
wątpiłam, by mój dotyk na dłuższą metę w istocie miał aż tak wielkie
znaczenie.
– Nawet
jeśli Jane ma z tym związek, najwyraźniej nie wtajemniczyła innych –
usłyszałam. – Może to oznacza, że powinniśmy jej szukać, ale w obecnej
sytuacji…
Frustracja w jego
głosie mnie nie zaskoczyła. Wręcz przeciwnie – rozumiałam go aż nazbyt dobrze, z łatwością
mogąc sobie wyobrazić, jak irytująca musiała być świadomość, że po tych
wszystkich latach wampirzyca jednak odzyskała przewagę. Do tej pory telepatia
wydawała się być idealnym rozwiązaniem, ale to uległo zmianie i to w naturalny
sposób martwiło Gabriela.
Zacisnęłam
usta, po czym uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, woląc nie zastanawiać nad
tym, co i dlaczego mogłoby się wydarzyć. Nie miałam pojęcia, co sądzić o udziale
Eleny w tym wszystkim, to zresztą nie miało znaczenia, bo za którymś razem
mogło zabraknąć jakiegokolwiek „szczęśliwego wypadku”. Nie chciałam nawet
zastanawiać się nad tym, co byłoby, gdyby Jane uderzyła w mniejszą grupę i w najmniej
oczekiwanym momencie. Co prawda zawsze miałam wrażenie, że przesadna ignorancja
Volturi, którą okazywał Gabriel, prędzej czy później może się na nas zemścić,
ale zdecydowanie nie wyobrażałam sobie tego w ten sposób.
Ostatecznie
powstrzymałam się od komentarza, czując, że ten tak czy inaczej był zbędny. Nie
pytałam o nic więcej, przez kilka pierwszych sekund po prostu pozwalając
na to, by Gabriel mnie obejmował. To wciąż było przyjemne, nawet jeśli w najmniejszym
nawet stopniu nie rozwiązywało problemów, które mieliśmy. Chciałam wierzyć, że
to chwilowe komplikacje i że dla odmiany Ryan i Cassandra byli
jakimś tropem, ale przynajmniej tymczasowo wolałam zachować to dla siebie – i to
zwłaszcza w sytuacji, w której jednak mogło chodzić o Laylę.
Inna sprawa, że byłam aż nazbyt świadoma, że gdybym tylko wspomniała o spotkaniu
z kimś, kto mógł coś wiedzieć, Gabriel mógłby chcieć towarzyszyć mnie i Rufusowi,
a zdecydowanie nie miałam cierpliwości, by znosić obecność dwóch
podenerwowanych, darzących siebie wzajemną niechęcią nieśmiertelnych.
Uniosłam
głowę, kiedy Gabriel nagle przesunął się na tyle, by móc ująć moją twarz w dłonie.
Nie zamierzałam protestować przed pocałunkiem, z miejsca odwzajemniając
pieszczotę. Tak było mi łatwiej nie myśleć i choć na moment spróbować się
rozluźnić, tym bardziej że oboje tego potrzebowaliśmy. Co prawda w ten
sposób również nie mieliśmy być w stanie czegokolwiek zmienić, ale choć
przez chwilę to i tak nie miało znaczenia.
Tamtego wieczora
chciałam przynajmniej przez moment odciąć się od jakichkolwiek problemów.

Beatrycze
W ciszy obserwowała Jocelyne.
To nie był pierwszy raz, kiedy po prostu obserwowała skuloną na łóżku
dziewczynę, wsłuchując się w rytm jej oddechu i próbując stwierdzić,
czy zasnęła. Co więcej, nie po raz pierwszy Joce wydawała się wymęczona i wyraźnie
czymś zmartwiona, choć tym razem sprawa nie wiązała się z tym, że
dziewczyna w mniej lub bardziej świadomy sposób przywołała kogoś do życia.
O tak, tego
jednego Beatrycze była niemalże całkowicie pewna. W zasadzie już od
jakiegoś czasu myśl o śmierci i powrocie nie tyle ją niepokoiła, co
wydawała się naturalna. Wiedziała, że wszystko tak naprawdę sprawdzało się do
Joce – dziewczyny, która rozmawiała ze zmarłymi. Co prawda nie pamiętała, co
działo się przed przebudzeniem na cmentarzu, ale przecież od samego początku
czuła do pół-wampirzycy sympatię, wręcz gotowa przysiąc, że znały się już
wcześniej.
Próbowała
być cicho, nie tylko chcąc dać małej Licavoli odpocząć, ale i w naturalny
sposób czując się w jej obecności winną. Mimowolnie pomyślała o ukrytym
starannie pośród ubrań czarnym notesie, który zabrała z pokoju Jocelyne.
Przez chwilę nawet miała ochotę zapytać, czy również wrażliwa na nadnaturalne zdarzenia
nekromantka wyczuła, że w tej książeczce jest coś dziwnego, ale
ostatecznie się przed tym powstrzymała. Nie, to było coś, co należało do niej –
coś intymnego, co sama musiała zrozumieć i z czym zdecydowanie nie
chciała się dzielić.
Chwilę
krążyła bez celu, starając się stąpać na tyle cicho, by przypadkiem nie obudzić
Joce. Ostatecznie w którymś momencie przystanęła przy łóżku, raz jeszcze
spoglądając na bladą twarz dziewczyny i rozrzucone dookoła głowy blond
loczki. Wciąż była w stanie dostrzec resztki czerwonego pasemka, choć te
praktycznie nie wrzucały się już w oczy.
Beatrycze uśmiechnęła
się mimowolnie, po czym w absolutnie naturalnym geście nachyliła się, by
odgarnąć Joce jasne włosy z twarzy. Zaraz po tym na krótką chwilę zamarła,
kiedy dziewczyna zamrugała nieco nieprzytomnie, ostatecznie przenosząc na nią
wzrok.
– Wybacz –
zreflektowała się pośpiesznie, robiąc krok w tył. – Obudziłam cię? Ja nie…
– Nie śpię –
stwierdziła lakonicznie Joce. Trudno było stwierdzić, czy w tamtej chwili mówiła
prawdę, ale Beatrycze i tak skinęła głową. – Jestem… zbytnio pobudzona.
– Nic cię
nie boli? – zapytała z braku lepszych pomysłów.
Co prawda w międzyczasie
pojawił się Damien, podobno bez trudu pomagając siostrze dojść do siebie, ale w tamtej
chwili wszystko wydawało się Beatrycze lepsze, jeśli tylko nie musiałyby trwać w ciszy.
Miała wrażenie, że sama Joce była wdzięczna za jakikolwiek pretekst do rozmowy,
wyraźnie czymś zmartwiona i podenerwowana. Chociaż to zachowanie jedynie
wzbudzało w kobiecie jeszcze silniejsze wątpliwości, zdecydowała się nie
zadawać pytań, dochodząc do wniosku, że jeśli Jocelyne chciałaby się zwierzać,
sama dałaby o tym znać.
– Jest… w porządku.
– Po tonie głosu dziewczyny słychać było, że wcale nie miała co do tego aż
takiej pewności. Beatrycze odniosła wrażenie, że z przesadną wręcz
dokładnością nekromantka rozejrzała się po pokoju, zupełnie jakby spodziewała
się dostrzec przy łóżku kogoś, kogo nie powinna. To sprawiło, że sama również
zaczęła czuć się nieswojo, aż za dobrze pamiętając o tym, co potrafiła jej
towarzyszka. – Nie przejmuj się mną. Po prostu bardzo dużo się wydarzyło.
– Aż za
dużo – mruknęła mimochodem Beatrycze, nie mogąc powstrzymać się przed tym
stwierdzeniem.
Joce
spojrzała na nią dziwnie, ale nie skomentowała tego stwierdzenia nawet słowem.
Coś w tym milczeniu i sposobie, w jaki z obojętnością zaczęła
spoglądać w przestrzeń, w zupełności wystarczyło, by Beatrycze znów
poczuła się nieswojo, niemalże gorączkowo zaczynając szukać jakiegokolwiek
tematu. Sęk w tym, że do głowy nie przychodziło jej nic, co mogłaby omówić
i to zwłaszcza z kimś, kto wyraźnie nie miał nastroju ani do żartów,
ani poważniejszych zwierzeń. Cóż, jeśli miała być ze sobą szczera, rozumiała to
aż za dobrze, doświadczając dokładnie tego samego. Kto wie, może nawet
towarzyszące jej wątpliwości dorównywały tym, które dręczyły Joce.
Z drugiej strony…
Być może jednak było coś, o czym mogła porozmawiać. Biorąc pod uwagę fakt,
że miała do czynienia z którymkolwiek z Licavolich, być może miała
szansę dowiedzieć się czegoś, co mogłoby okazać się kluczowe w związku z kwestiami,
które dręczyły ją przez tyle czasu.
– Joce,
kochana… Mogłabym cię o coś zapytać? – wypaliła, nie dając sobie czasu na
to, żeby stchórzyć albo jednak dojść do wniosku, że to zły pomysł. Dziewczyna
przeniosła na nią wzrok, unosząc brwi i sprawiając wrażenie co najmniej zaskoczonej.
– Czy mogłabyś, proszę, opowiedzieć mi coś więcej o Chianni?
Wraz z tymi
słowami zapadła długa, wymowna cisza.
Piszę te słowa już po północy, bo jak zwykle jestem spóźniona, ale przynajmniej rozdział pojawił się 1 stycznia - dokładnie w moje dwudzieste trzecie urodziny. Nie wyobrażałam sobie, by mogło być inaczej i bardzo cieszę się, że mimo wszystko udało mi się wyrobić :3
OdpowiedzUsuńSpóźnione, ale i tak życzę wszystkim wszystkiego, co najlepsze w nowym roku! Oby okazał się lepszy od poprzedniego.
Nessa