26 grudnia 2017

Dwieście czterdzieści dziewięć

Elena
W milczeniu odprowadziła Miriam wzrokiem. Wciąż czuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie – zbytnio oszołomiona zarówno tym, co wydarzyło się w związku z Jane, jak i wszystkim tym, co nastąpiło później. Jakby tego było mało, nie mogła ot tak wyrzucić z głowy słów Miry, do pewnego stopnia świadoma, że kobieta miała rację. Co więcej, chyba naprawdę zaczynała wzbudzać w Elenie poczucie winy względem Rafaela, a to… Cóż, zdecydowanie nie było tym, czego w obecnej sytuacji chciała.
Przestała o tym myśleć, wręcz zmuszając do tego, by odciąć się od niechcianych kwestii. Mira zniknęła, ale to niczego nie zmieniało, zwłaszcza że dla odmiany Elena była świadoma obecności uważnie obserwującego ją Aldero. Z wolna odwróciła się w stronę kuzyna, spoglądając na niego z wahaniem i próbując ukryć to, że wszystko w niej aż rwało się do tego, by rzucić mu się do gardła. Wiedziała, że nie powinna tego robić, nawet jeśli sam zainteresowany nie miał nic przeciwko, raz po raz powtarzając, że mogła na niego liczyć.
Kiedyś to byłoby naturalne. Teraz niezmiennie miała poczucie, że postępowała w sposób co najmniej niewłaściwy, chociaż przecież tak nie było. Chciała przynajmniej udawać, że jej relacje z Aldero wróciły do normy, ale…
– Znowu? – usłyszała i to wystarczyło, by uświadomić jej, że od dłuższej chwili tkwiła w miejscu, wciąż trzymając się za szyję.
– Nie przejmuj się – mruknęła, natychmiast opuszczając rękę. Wyprostowała się niczym struna, bezskutecznie próbując udawać, że tak naprawdę nie działo się nic wartego uwagi. – To po prostu… nadmiar wrażeń. Chyba sam rozumiesz.
– Aż za dobrze – stwierdził, ale nie brzmiał na przekonanego. Co więcej, wciąż ją obserwował, po chwili wahania decydując się przesunąć bliżej. – Hej, sama po mnie zadzwoniłaś. Jeśli mnie potrzebujesz, po prostu powiedz, kuzyneczko.
Nerwowo przeczesała jasne włosy palcami, chcąc zająć czymś ręce. Miała problem z tym, by w ogóle ustać w miejscu, a co dopiero jednak zdecydować się przenieść wzrok na wampira. Wpatrywał się w nią w sposób, który jednoznacznie sugerował, że się martwił. W przypadku Aldero to mimo wszystko była rzadkość, chociaż być może lepszym stwierdzeniem pozostawało to, że mało kiedy okazywał skrajne emocje, w zamian woląc żartować, by rozładować atmosferę. Tym razem tego nie robił, ale była mu za to wdzięczna, zdecydowanie nie mając cierpliwości do wysłuchiwania jakichkolwiek żartów czy marnego pocieszania.
– Zadzwoniłam – przyznała i zawahała się na dłuższą chwilę. – Zadzwoniłam, bo…
Wampir uniósł brwi, wyraźnie rozdrażniony tym, że znów urwała.
– Dlaczego?
Elena jedynie potrząsnęła głową.
– Bo zostałam sama z czymś, czego nie rozumiem. Powiedziałeś mi, że chcesz być tego częścią, więc…
– Bo tak jest – zapewnił pośpiesznie. – Miriam radzi sobie z pocieszaniem jeszcze gorzej ode mnie, a to już coś… O ile, oczywiście, miała w planach kogokolwiek pocieszać.
– Szczerze wątpię – stwierdziła zgodnie z prawdą Elena.
Aldero jedynie wywrócił oczami, ostatecznie jednak zdecydował się na milczenie. Kiedyś cisza w jego towarzystwie byłaby czymś nie do pomyślenia, ale starała się o tym nie myśleć, w zamian raz po raz przekonując samą siebie, że zadręczanie się czymś, na co tak czy inaczej nie miała wpływu, było pozbawione sensu. Inna sprawa, że wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że zarówno Aldero, jak i Miriam, zachowywali się dziwnie – i że umknęło jej coś istotnego.
– Cóż… Może masz rację. – Al zawahał się na dłuższą chwilę. – Ale w tej sytuacji tym bardziej powinnaś zdać się na mnie. To pewnie zabrzmi słabo, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak się teraz czujesz?
– Doprawy? – mruknęła, nawet nie kryjąc tego, że podchodziła do jego słów ze sporą dozą rezerwy.
Wampir wzruszył ramionami.
– Nie widziałem tego, co zrobiłaś – przyznał zgodnie z prawdą. – Ale – podjął z naciskiem – jestem telepatą. Panowanie nad mocą nigdy nie przychodzi ot tak, więc dobrze wiedziałem, co ci radzę.
Westchnęła cicho, chcąc nie chcąc przyznając mu rację. Może faktycznie rozumiał, na dodatek mając większe doświadczenie w panowaniu nad jakimkolwiek darem. Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się rozbita, bezskutecznie próbując zrozumieć swoją nową naturę, podczas gdy nawet nie pojmowała zasady działania tego, że mogłaby być uwodzicielką. Nie miała nawet pewności, czy przypadkiem nieświadomie nie czarowała Aldero, ale zdecydowała się milczeć, woląc niczego mu nie sugerować. Już raz to zrobiła i omal jej nie rozniósł, jednoznacznie dając Elenie do zrozumienia, że uczucia, którymi ją darzył, były szczere.
Cóż, jeśli tak, wcale nie czuła się z tym lepiej. Chociaż w jakimś stopniu satysfakcjonowała ją myśl, że jednak istniały osoby, które kochały ją dlatego, że tego chciały, jednocześnie wiedziała, że to wszystko komplikowało. Co prawda Aldero się starał i była mu za to wdzięczna, ale…
– O czymkolwiek teraz myślisz, przestań – usłyszała i aż się wzdrygnęła, chcąc nie chcąc przenosząc wzrok na wpatrzonego w nią wampira.
– Ja wcale nie…
Urwała, kiedy bez ostrzeżenia ruszył w jej stronę. W pierwszym odruchu chciała się odsunąć, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało sensu.
– Chodź tutaj – rzucił zdecydowanym tonem Aldero. – Jeśli potrzebujesz krwi, bierz. Zrozum, że nie mam nic przeciwko.
Mogła się z nim kłócić, ale dobrze wiedziała, że to nie ma sensu. Co więcej, jakaś jej cząstka wcale nie chciała się opierać, podekscytowana perspektywą napicia się krwi. Jasne, ta wampirza nie była nawet w połowie tak wyjątkowa, jak ta, która krążyła w żyłach Rafaela, ale jak się nie ma, co się lubi…
Elena przestała zastanawiać się nad czymkolwiek, w zamian w pośpiechu doskakując do kuzyna. Pozwoliła, żeby ją objął, zwłaszcza że w jego ruchach nie było niczego, co świadczyłoby o tym, że miał względem niej niewłaściwe zamiary. Przynajmniej ona niczego takiego nie zarejestrowała, w efekcie już chwilę później koncentrując się na gardle wampira i tym, by w ułamek sekundy później z zadziwiającą wręcz wprawą wgryźć się w najdogodniejsze miejsce. Nie pierwszy raz nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo przyjemnym doświadczeniem mogło być picie krwi, nie wspominając o natężeniu targającego ją pragnienia. W efekcie aż jęknęła, przez pierwszych kilka sekund wręcz oszołomiona słodyczą i ciepłem, które jak na zawołanie rozeszło się po całym jej ciele.
Zamknęła oczy, koncentrując się na piciu. Przynajmniej przez chwilę tego dnia pozwoliła sobie na to, by nie myśleć.
Jane
Nie zawahała się przed wejściem do wyniszczonego, od dawna opustoszałego budynku. Przynajmniej na pierwszy rzut oka przybytek sprawiał wrażenie miejsca, którego nikt nie odwiedzał od co najmniej kilku lat, o ile nie dłużej. Łuszcząca się farba, wybite okna i zewnętrzny wygląd, który odstraszał wszystkich wokół, na dodatek łącznie z bezdomnymi, choć to drugie mogło mieć związek z obecnością kogoś, kogo ludzie podświadomie uważali za potencjalne niebezpieczeństwo. Tak czy inaczej, przynajmniej do pewnego stopnia myśl o tym, że to miejsce było opuszczone, miała rację bytu – zwłaszcza w przypadku śmiertelników, którzy w istocie omijali ten budynek, zupełnie jakby wcale nie stał przy ruchliwej, często uczęszczanej ulicy Seattle.
Z drugiej strony, być może wszystko wiązało się z umiejętnościami mężczyzny, którego od jakiegoś czasu Jane uważała za jedyną osobę, z którą warto było współpracować. Demony posiadały wiele przydatnych umiejętności, z kolei część z nich wciąż pozostawała dla wampirzycy nie lada zagadką. To na swój sposób ją fascynowało, chociaż zdecydowanie bardziej preferowała sytuacje, w którym dobrze wiedziała na czym stoi. Jasne, perspektywa zemsty na tych, którym w przeszłości udało się ją upokorzyć, była dla wampirzycy czymś co najmniej pociągającym, ale nie za cenę nieśmiertelnego życia, którym cieszyła się tak długo. Z tego zresztą powodu w pośpiechu wycofała się z domu Cullenów, aż nazbyt świadoma, że gdyby postąpiła inaczej, teraz najpewniej byłaby definitywnie martwa.
Szlag, niby co powinna sądzić o tym, co się wydarzyło? Do pewnego momentu wszystko było w porządku, a ona cieszyła się przewagą, której nie zaznała od dawna. Służba dla Aro już jakiś czas temu stała się prawdziwą męczarnią, zwłaszcza odkąd okazało się, że istniały osoby, które z łatwością mogły zablokować dotychczas nieograniczone zdolności Jane. Kiedyś ignorowanie Licavolich przychodziło jej dość łatwo, ale nie odkąd ci porozumieli się z Cullenami – jedynym rodem, na punkcie którego Aro wydawał się mieć obsesję i który drażnił również Jane. Perspektywa zemsty na którymkolwiek z nich była kusząca, a kolei samo wspomnienie tego, że mogła w końcu odegrać się na jak zwykle pewnym siebie Gabrielu…
Och, a potem wszystko się skomplikowało, kiedy tuż przed nią stanęła ta dziewczyna – Elena czy jak jej tam było. Córka Carlisle’a i Esme miała w sobie coś, co jasno dało Jane do zrozumienia, że powinna uciekać. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś takiego, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Teraz wampirzyca czuła się upokorzona, chociaż nie na tyle, żeby wrócić i ryzykować, że ta dziewczyna przypadkiem zrobi coś nieprzewidywalnego. Przez wieki życia nieśmiertelnej nauczyła się, by zawsze ufać instynktowi, a ten w tamtej chwili aż krzyczał, że od wkurzonej Eleny należało trzymać się z daleka.
Szlag, kimkolwiek była ta dziewczyna, zdecydowanie miała w sobie coś niepokojącego. Jane wiedziała jedno: zdecydowanie nigdy wcześniej nie spotkała się z kimś takim, nie wspominając o tym, że w ostatnim czasie cały czas działy się rzeczy, których nie pojmowała. Pojawienie się w Volterze Isobel zapoczątkowało coś, co niejako zmieniało wszystko, przynajmniej z perspektywy Jane. Po tym, co się stało, dobrze wiedziała, że dalsze służenie Aro i jego braciom nie ma sensu, z kolei teraz…
Usłyszała znajomy, charakterystyczny dźwięk przyjścia nowej wiadomości. Jej telefon odzywał się regularnie od blisko dwóch godzi, Jane z kolei nie miała wątpliwości, że to Alec dosłownie bombardował ją kolejnymi SMS-ami zwłaszcza po tym, jak odrzuciła kilka jego telefonów. Nie miała nastroju na rozmowę z bliźniakiem, tym bardziej że ten w najmniejszym nawet stopniu nie pojmował tego, co nią kierowało. Patrząc na to z perspektywy czasu i nowych możliwości, które teraz miała, niemalże jak na dłoni widziała, że jej brat był słaby i krótkowzroczny. Jasne, od początku wiedziała, że ma nad nim przewagę, zwykle jako jedyna podejmując decyzje, którym Alec z mniejszym albo większym entuzjazmem przyklaskiwał, ale do tej pory ta świadomość nie raziła jej aż do tego stopnia.
Cóż, do czasu.
Wampirzyca zacisnęła usta, po czym z irytacją sięgnęła do kieszeni, by wyjąc telefon. Poświęciła zaledwie ułamek sekundy, by zerknąć na ekran i w następnej chwili dosłownie zmiażdżyć urządzenie w dłoni. Nie chciała komukolwiek się tłumaczyć, nie wspominając o rozmowie z kimś, kto mógłby próbować ją „nawrócić”, czy czego tam powinna się po Alecu spodziewać. Co prawda nigdy wcześniej nie doszło do sytuacji, w której zwróciłaby się przeciwko bratu, ale nie chciała się tym przejmować. To była jego wina, że zdecydował się ją zignorować, woląc trwać przy Aro, zamiast zwrócić się ku komuś, kto oferował o wiele lepsze perspektywy. W zasadzie mogła się tego spodziewać już od chwili, gdy zaczęli szukać tych dzikich wampirów w Seattle, działając za plecami Volturi – i to pomimo tego, że początkowo oznajmiła wszystkim, iż to rozkazy od samego Aro.
Cóż, jakkolwiek by nie było, tamta grupka zawiodła. Nie wszyscy co prawda, bo Jane wiedziała, że część wciąż żyła i miała się dobrze, ale nie miała cierpliwości do szukania ich. Nie w pojedynkę, zwłaszcza że nigdy nie była dobra w tropieniu. Od tego od zawsze był Demetri, ale nie mogła na niego liczyć po tym, co wydarzyło się dzisiaj.
Trudno. I tak nie potrzebowała nikogo ze straży, przynajmniej na razie. Tymczasowo chciała wierzyć swojemu nowemu towarzyszowi, aż nazbyt świadoma, że współpraca z demonem mogła przynieść jej tylko korzyści. Co prawda po niepowodzeniu z wizyty u Cullenów miała pewne wątpliwości, te jednak ustąpiły z chwilą, w której wyraźnie wyczuła obecność swojego tymczasowego towarzysza. Jakby nie patrzeć, wciąż żyła, nie wspominając o tym, że i tak osiągnęła więcej, aniżeli przez całe lata, trwając w Volterze i słuchając kolejnych narzekań Aro na Cullenów.
Inna sprawa, że demony fascynowały ją od chwili, w której wraz z Isobel przybyły do Volterry. Miały w sobie coś, co intrygowało Jane bardziej niż rzekoma królowa wampirów, chociaż większość z nich zawodziła wampirzycę ślepym oddaniem pierwotnej. Z tym, którego poznała teraz, było inaczej, a Jane chciała wierzyć, że mężczyzna będzie w stanie dać jej to, czego oczekiwała przez całe wieki – poczucie niezależności i potęgę, którą onegdaj odczuwała, trwając w przekonaniu, że Volturi w istocie są niepokonani.
– Wróciłam – oznajmiła, aż nazbyt świadoma, że demon był w stanie ją usłyszeć. Przy nieśmiertelnych nie trzeba było podnosić głosu, zwłaszcza że wyostrzone zmysły robiły swoje. – Nie poszło tak, jak się tego spodziewałam. Ta ich dziewczyna…
– Światłość najwyraźniej w istocie nawiedziła Seattle – usłyszała i aż wzdrygnęła się, nie pierwszy raz zaskoczona tym, z jaką łatwość pozwoliła się zajść.
Wcześniej nie zauważyła mężczyzny, który przystanął w cieniu jednego z większych pomieszczeń na piętrze. Co prawa wampirzy wzrok idealnie radził sobie w ciemnościach, ale demony miały w sobie coś, co mimo wszystko pozwalało im się idealnie kryć. Innymi słowy, Jane widziała swojego rozmówcę wyłącznie dlatego, że ten tego chciał, ale choć taki stan rzeczy miał w sobie coś niepokojącego, wampirzyca zmusiła się do tego, by nie okazywać emocji.
– Tak, tak… Światłość – powtórzyła, nie kryjąc sceptycyzmu. Chyba nawet bawiła ją ta wiara w rzekomą przepowiednię. Sądząc po efekcie planowanego przez Isobel balu, takie zabobony nie przynosiły niczego dobrego. – Mogłeś mnie ostrzec, że jest niebezpieczna.
– Nie wiedziałem – stwierdził niemalże beztroskim tonem demon. – Chociaż… Hm, może podejrzewałem. Ale dzięki tobie mam pewność.
Jane zacisnęła usta, nie kryjąc frustracji. Niby jak miała to rozumieć? Specjalnie niczego nie powiedział, wykorzystując ją do zdobycia niezbędnych informacji? Nie miała pojęcia, ale właśnie tak to wyglądało… I jeśli miała być ze sobą szczera, wcale nie była zadowolona z takiego stanu rzeczy. Co prawda postanowiła zachować wszelakie uwagi dla siebie, przynajmniej na razie, ale to nie zmieniało faktu, że poczuła się sfrustrowana.
– Nie rozumiem, co się tam stało – oznajmiła z rozdrażnieniem. – Wiem jedynie, że dobrze zrobiłam, decydując się wycofać. Nie tego się spodziewałam, zwłaszcza że mówiłeś, że wszystkim się zajmiesz.
Demon westchnął, po czym wzruszył ramionami. Wampirzyca odniosła wrażenie, że myślami był gdzieś daleko, być może nawet nie zwracając uwagi na to, co próbowała mu powiedzieć. Gniewnie zmrużyła oczy, rozważając czy warknięcie albo okazanie niezadowolenia w jakikolwiek inny sposób, zrobiłoby na nim wrażenia i – co ważniejsze – czy w ogóle było rozsądne. Nigdy dotąd nie musiała aż tak uważać na to, co mówiła i robiła, ale teraz…
Hm, w przypadku demona wszystko wydawało się inne.
W milczeniu zmierzyła go wzrokiem, zwracając uwagę przede wszystkim na parę czarnych, złożonych na plecach skrzydeł. Gdyby nie one, mogłaby uznać, że ma przed sobą… Cóż, nie tyle zwykłego człowieka, ale przynajmniej wampira. Nieśmiertelni mieli to do siebie, że nie dało się ich pomylić ze śmiertelnikami. Nadnaturalny pierwiastek był zbyt intensywny, począwszy od wyrazistej, nadnaturalnej urody, aż po aurę, którą wokół siebie roztaczali. Z demonami było tak samo, a może nawet w bardziej intensywny, poniekąd niezrozumiały dla Jane sposób.
Czekała, w ciszy obserwując stojącą przed nią istotę. Mężczyzna zdecydowanie miał w sobie coś wyjątkowego, chociaż w żaden sposób nie potrafiła sprecyzować co. Jakby tego było mało, zwykle pozostawała obojętna na nadnaturalną urodę, co początkowo zwalała na młody wiek, w jakim została przemieniona, ale w tym wypadku…
Miała przed sobą kogoś, o pozornie mało imponującej budowie ciała. Demon był bardzo szczupły, a do tego wysoki, co w połączeniu ze skrzydłami dawało dość nietypowy efekt. Nie zmieniało to jednak faktu, że był przystojny. Ciemne, sięgające ramion włosy mocno kontrastowały z bladą cerą, z kolei lśniące, błękitne oczy zdawały się nie pasować do kogoś, kto z założenia miał być synem samej Ciemności, diabła czy jak powinna określać istotę, która podobno trzymała pieczę nad wszystkim, co się działo. Kiedyś, jeszcze jako człowiek, może byłaby przerażona perspektywą spotkania z kimś, kto mógłby mieć powiązania z siłami nieczystymi, ale to już dawno przestało mieć dla niej znaczenie. Kwestia wiary, ludzkie słabości i wierzenia… Wszystko to odeszło w zapomnienie, a przynajmniej tak sądziła przez większość czasu.
– I zająłem, nie przejmuj się. – Głos demona skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. – Jeśli zaś chodzi o Elenę… Hm, możliwe, że będę musiał zmienić taktykę – stwierdził w zamyśleniu.
– Nie rozumiem…
Mężczyzna jedynie się uśmiechnął.
– Nie musisz – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Tak czy inaczej, pomogłaś mi, moja droga. Wiem już, że najpewniej tracę czas, próbując dostać się do tej dziewczyny.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, ostatecznie chcąc nie chcąc powstrzymując się od zadawania jakichkolwiek pytań. Nie odpowiedziałby, a przynajmniej to sugerowały jego słowa i zachowanie. Nie miała pojęcia, co powinna o tym sądzić, ale choć działanie na ślepo w najmniejszym nawet stopniu jej nie satysfakcjonowało, Jane ostatecznie zdecydowała się na to przystać. Cóż, ostatecznie twierdził, że mu się przydała, a to bez wątpienia o czymś świadczyło.
– I co dalej? – zapytała w zamian, próbując skupić się na tym, co najistotniejsze. Chciała być praktyczna, jednak siedząc w tym budynku zdecydowanie nie miała na to szansy. – Skoro nie chcesz zbliżać się do Cullenów, to…
– Nie powiedziałem, że nie chcę – przerwał jej demon. – Zresztą zostaw to mnie. O ile się nie mylę… Hm, wkrótce wydarzy się bardzo dużo – oznajmił, a Jane uniosła brwi, co najmniej zaskoczona tym oświadczeniem.
– Coś planujesz?
Odpowiedział jej cichy, melodyjny śmiech. Z zaskoczeniem uprzytomniła sobie, że coś w tym dźwięku i sposobie, w jaki demon na nią spojrzał, wzbudziło w niej naprawdę silny niepokój. Niemalże… lęk, chociaż nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem zdarzyło jej się kogokolwiek bać.
To nie powinno mieć miejsca, a jednak…
– Zobaczysz w swoim czasie – padła odpowiedź, co zwłaszcza w zestawieniu z tym śmiechem jedynie pogłębiło wątpliwości Jane. – I kiedy przyjdzie odpowiedni moment. Teraz tym bardziej muszę się zastanowić, ale… Tak, wszystko w swoim czasie – powtórzyć, jak gdyby nigdy nic odwracając się do wampirzycy plecami.
Odprowadziła go wzrokiem, powstrzymując się od zadawania jakichkolwiek pytań. Od samego początku wiedziała, że działał po swojemu, najpewniej nie sam, choć za każdym razem spotykała się tylko z nim. W efekcie mogła tylko zgadywać, co planował i dlaczego – i w jakiś pokrętny sposób to niepokoiło ją o wiele bardziej, niż sytuacje, w których pozostawała w pełni świadoma tego, co miało nastąpić.
Cóż, jakkolwiek by nie było, jedno wydało się Jane aż nazbyt oczywiste: cokolwiek by się nie wydarzyło, zdecydowanie nie miało przynieść niczego dobrego – i to zwłaszcza dla tych, którzy znajdowali się na celowniku demona. Nie miała pojęcia, czym zawiniła temu mężczyźnie Elena, jej rodzina czy ktokolwiek więcej, ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro działania nieśmiertelnego mogły przynieść jej korzyści nawet większe od tych, które już odczuwała i które miała nadzieję utrzymać tak długo, jak tylko miało być to możliwe.
Chociaż nie miała pewności, co przyniesie przyszłość, jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że demon powiedział jej prawdę – i że w istocie zbliżało się coś wielkiego.

1 komentarz:

  1. Hej!
    Trochę spóźnione, ale w tym roku jestem spóźniona ze wszystkim, więc sądzę, że mi wybaczycie ;) Tak czy inaczej, wesołych świąt wszystkim! Mam nadzieję, że ostatnie dni były udane i zdołaliście odpocząć. Jednocześnie wielkie DZIĘKUJĘ dla tych, którzy mają dla mnie cierpliwość, czekają i po prostu są. Powoli wracam do rytmu, więc postaram się wynagrodzić tych kilka miesięcy ciągłego nawalania ^^
    Dodam, że niedawno pojawił się kolejny rozdział specjalny do LITT! Dotyczący… Hm, szczególnych postaci. Tak więc zapraszam tutaj: [KILK].
    Wesołych świąt!

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa