2 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt jeden

Allegra
Marco nie miał nastroju. To było widać już na pierwszy rzut oka, kiedy zaś ruszył w jej kierunku w chwili, w której w ogóle pojawiła się na trawniku, Allegra dodatkowo utwierdziła się w tym przekonaniu. W milczeniu zmierzyła wampira wzrokiem, po czym uśmiechnęła się niewinnie, próbując zachowywać tak, jakby nie wydarzyło się nic szczególnie wartego uwagi.
– Gdzie byłaś? – usłyszała, więc przystanęła, ignorując wyciągnięte ku niej ramiona. – I dlaczego jesteś sama?
– Ponieważ już od dawna potrafię poruszać się w pojedynkę? – rzuciła, choć dobrze wiedziała, że to niemalże jak igranie z ogniem.
Dobrze rozumiała to, dlaczego się przejmował. Sama musiała przyznać, że w ostatnim czasie najrozsądniejszym wyjściem wydawało się poruszanie w większych grupkach. W innym wypadku może nawet sama by się do tego stosowała, zwłaszcza po tym jak nawet Rufus okazał się na tyle uparty, by w wolnej chwili dotrzymać jej towarzystwa. Cóż, nawet ten wampir wydawał się lepszym towarzyszem, niż wyraźnie przewrażliwiony, nadopiekuńczy Marco, który przy pierwszej okazji najpewniej nosiłby ją na rękach, gdyby tylko dała mu po temu okazję.
Westchnęła cicho, nie pierwszy raz czując nieprzyjemny ucisk w gardle na samą myśl o tym, co przed nim ukrywała. Kilka razy zastanawiała się nad tym, czy nie uczciwiej byłoby porozmawiać już teraz o wizji Isabeau i tym, co być może miało się wydarzyć, ale za każdym razem brakło jej odwagi. Ona – podobno doświadczona, przesadnie pewna siebie kapłanka bogini Selene – po prostu tchórzyła, nie będąc w stanie zdobyć się na szczerość w rozmowie z kimś, kogo przecież kochała.
Zabawne. Jeszcze wiek temu byłoby to dla niej czymś nie do pomyślenia, ale od tamtego czasu zmieniło się wiele. To, że relacja jej i Marco od samego początku była dość zawiła, jedynie wszystko dodatkowo komplikowała.
– Przestań sobie żartować – zniecierpliwił się wampir. Bezceremonialnie przygarnął ją do siebie, wyraźnie czymś podenerwowany. Allegra wyczuła to na tyle wyraźnie, by ostatecznie ustąpić i pozwolić na to, żeby otoczył ją ramionami. Skoro byli sami, a Marco całym sobą sugerował, że jej bliskość była mu potrzebna, nie zamierzała mu tego odmawiać. – Rozmawialiśmy o tym, prawda? Nawet jeśli nie chciałaś mojego towarzystwa… – zaczął, ale tym razem postanowiła mu przerwać.
– Nie tyle nie chciałam, co nie zawsze potrafię się przy tobie skupić – oznajmiła, a on prychnął, jedynie wywracając oczami w odpowiedzi na te słowa. – No nie patrz tak na mnie.  Wydawało mi się, że mnie znasz.
– Oczywiście – zapewnił pośpiesznie. – I właśnie dlatego się martwię.
Mimo wszystko zabrzmiał na spokojniejszego, co przyjęła z ulgą. Kiedy do tego wszystkiego spróbował ją pocałować, w pierwszym odruchu odsunęła się, chcąc się z nim podroczyć. Dopiero potem uległa, choć na moment zapominając o wszystkich argumentach, które nakazywałyby trzymać się od niego z daleka. Zwłaszcza w ostatnim czasie nie potrafiła czuć się w pełni swobodnie przy Marco, zbytnio obawiając się tego, co mogłoby się stać, gdyby oboje zbytnio się zaangażowali.
Słodka bogini, nie sądziła, że kiedykolwiek czegoś aż tak bardzo zapragnie – i że zechce zdecydować się na to akurat teraz, gdy kończył im się czas. Jakby tego było mało, sama myśl o tym, że Beau najpewniej widziała jej śmierć, nie wzbudzała w Allegrze żadnych głębszych emocji. Prawda była taka, że w jakimś stopniu po prostu się z tym godziła, zupełnie jakby od samego początku wiedziała, że bogini prędzej czy później przywoła ją do siebie. Z drugiej strony, może to po prostu do niej nie dochodziło, brzmiąc niczym czysta abstrakcja – coś, co w rzeczywistości miało przytrafić się komuś innemu – ale nawet jeśli tak było, nie chciała się nad tym zastanawiać. W tamtej chwili martwiła się przede wszystkim o Marco, a każda oznaka troski z jego strony jedynie to pogarszała.
– Nic mi nie jest – powiedziała cicho, siląc się na spokojny, łagodny ton. Spojrzał na nią dziwnie, wyraźnie zaskoczony zmianą w jej nastawieniu. – Nie możesz cały czas za mną chodzić. Znasz mnie, Marco – zauważyła przytomnie. – Czasami potrzebuję samotności, zresztą… Ufam naszej bogini.
Wampir spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Ufasz bogini… – powtórzył, a Allegra energicznie pokiwała głową, bez chwili wahania uczepiając się tego stwierdzenia.
– Po prostu to zapamiętaj – nakazała mu stanowczo. – Cokolwiek ma się wydarzyć, prędzej czy później się stanie.  Oboje mielimy okazję doświadczyć wystarczająco wiele, żeby to zauważyć.
Nie wyglądał na przekonanego, ale przynajmniej nie próbował protestować. Allegra również zamilkła, nerwowo zaciskając usta i ledwo powstrzymując się przed dodaniem czegoś więcej. Nie chciała ciągnąć tematu, aż nazbyt świadoma, że w którymś momencie powiedziałaby coś, co zaintrygowałoby Marco na tyle, by zaczął drążyć. To mogło okazać się co najmniej niebezpieczne, tym bardziej że wciąż istniały kwestie, które rozsądniej było pominąć.
Zadrżała, czując muśnięcie lodowatych warg w okolicach karku. Machinalnie wyprostowała się niczym struna, po czym spróbowała odsunąć, nawet ni zdając sobie sprawy z tego, co robi.
– Coś nie tak? – usłyszała i to wystarczyło, żeby sprowadzić ją na ziemię. – Nie masz nastroju, czy może…? – Marco zawahał się, wyraźnie zmieszany.
– Czy co? – Spojrzała na niego pytająco, wciąż zdezorientowana. – Wybacz. To po prostu… nie jest odpowiednie miejsce – stwierdziła, ale doczekała się wyłącznie cichego prychnięcia.
– Od kiedy ci to przeszkadza? – zapytał, ale nawet nie dał jej okazji na to, by spróbowała odpowiedzieć. – Zresztą nie o to chodzi. To nie pierwszy raz, kiedy się odsuwasz – zauważył, a Allegra cicho westchnęła, co najmniej zaskoczona jego słowami. Naprawdę to robiła?
– To nie tak…
Zamilkła, sama niepewna, co powinna mu powiedzieć. Prawda była taka, że już od jakiegoś czasu działała niemalże instynktownie, podświadomie próbując odsunąć od siebie Marco. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że w którymś momencie podjęła taką decyzję, ale to wydawało się właściwe. Nie chciała o tym myśleć, ale jakaś jej cząstka naprawdę wierzyła w to, że dalsze trzymanie go przy sobie w sytuacji, w której być może kończył jej się czas, byłoby najgorszym z możliwych czynów. Jak wielką egoistką byłaby, gdyby ze świadomością wiszącej nad nią perspektywy śmierci robiła wszystko, byleby spędzić ten czas jak najlepiej, wykorzystując do tego niczego nieświadomego, zapatrzonego w nią jak w obrazek mężczyznę?
Okłamywanie go wypada niewiele lepiej, pomyślała mimochodem. Ledwo powstrzymała grymas, po czym w pośpiechu odrzuciła od siebie niechciane myśli. To nie był najodpowiedniejszy moment, zresztą…
Cóż, na to zdecydowanie nie miała pojawić się właściwa chwila.
– Co się dzieje? – usłyszała spięty głos Marco. Nie dawał za wygraną, co zresztą wcale jej nie dziwiło. – Wiesz, że możesz mi powiedzieć, prawda? Jeśli obawiasz się, że po raz kolejny…
– Co takiego? – przerwała mu, co najmniej wytrącona z równowagi tym, co sugerował. – Że znów zajdę w ciążę? O bogini, Marco…
Pokręciła z niedowierzaniem głową, sama niepewna, co powinna myśleć o takiej możliwości. Oczywiście, strata dziecka wciąż bolała, choć zarazem wciąż nie docierało do niej to, że po tak długim czasie w ogóle pojawiła się perspektywa ponownego zostania matką. Co więcej, nie potrafiła obwiniać Beau, choć sama zainteresowana pewne uważała, że powinna. Sęk w tym, że Allegra myślała inaczej – i że przez wieki życia doświadczyła dość, by nawet najbardziej bolesne doświadczenia przyjmować z niepojętą dla innych pokorą. To, co się wydarzyło… Chciała wierzyć, że i w tym był jakiś większy sens – plan bogini, która nigdy jej nie zawiodła, nawet jeśli na pierwszy rzut oka pozwalała swoim kapłankom cierpieć.
Allegra westchnęła, po czym zacisnęła dłonie w pięści, by powstrzymać się przed dotknięciem płaskiego brzucha. Pogodziła się z tym, co się stało, a przynajmniej chciała wierzyć, że tak jest. W końcu radziła sobie, prawda? Przepłakała swoje, nie pierwszy raz zresztą… I naturalnie pamiętała, tak jak i przez wszystkie te lata nosiła w sobie wspomnienia o Aldero. Ruszyła dalej, poniekąd przez wzgląd na samą siebie, ale przede wszystkim dla Isabeau, w duchu wciąż mając nadzieję, że jej córka zdołała zrobić to samo. Oczywiście pamięć wciąż bolała, ale od załamywania się nigdy nie przyszło nic dobrego – i właśnie tego próbowała trzymać się przez całe życie. Być może chwilami zbytnio się w tym zapędzała, o czym przekonała się chociażby w chwili, w której usłyszała w jaki sposób Beau zinterpretowała niektóre jej słowa, ale mimo wszystko…
No i teraz miała Marco. Nie była sama, co w dużym stopniu pomagało jej radzić sobie niemalże ze wszystkim, zwłaszcza że doskonale czuła, jak bardzo zależało wampirowi na tym, by być dla niej wsparciem. Wiedziała również, że gdyby tylko się zgodziła, byłby gotów spróbować raz jeszcze – dać jej kolejne dziecko, tym razem świadomie. Co prawda nie powiedział jej tego wprost, ale znała go na tyle dobrze, by wyczuć, że żałował – i że w okresie, kiedy jednak spodziewali się dziecka, naprawdę się cieszył. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdyby nie to, co się wydarzyło, mogłaby dać mu w ten sposób okazję, by ostatecznie uporać się z przeszłością, chociaż…
Za późno.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na tę myśl. Zaraz po tym stanowczo odsunęła ją od siebie, by w następnej chwili zwrócić się ponownie ku Marco.
– Zaufaj mi, że sobie radzę. To, czego się obawiam, zdecydowanie nie ma związku z tobą i tym, czy mogłabym ponownie zaciążyć – oznajmiła, starannie dobierając słowa.
Była usatysfakcjonowana brzmieniem swojego głosu. Wciąż czuła się niepewne, ale zdołała zachować te wątpliwości dla siebie, w zamian zwracając się do wampira w zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu sposób. Co prawda wciąż miała poczucie, że nie do końca jej wierzył, ale nawet jeśli tak było w istocie, zachował wszelakie uwagi dla siebie. Czuła, że ją obserwował, wyraźnie nad czymś myśląc, ostatecznie jednak oboje zdecydowali się na milczenie, co Allegra przyjęła z ulgą.
Na zewnątrz panował niemalże lodowaty ziąb, ale to nie było na niej najmniejszego nawet wrażenia. W ciszy powiodła wzrokiem dookoła, mierząc wzrokiem pogrążony w ciszy, wyróżniający się na tle ciemności dom. Ostatecznie coś innego przykuło jej uwagę, a mianowicie mieniące się pośród zalegającego na ziemi śniegu szklane odłamki – kawałki szyby na piętrze, jak nagle sobie uświadomiła.
– Co się stało? – zapytała, kiwając głową w odpowiednim kierunku. – Dlatego jesteś aż taki spięty?
– Poniekąd – przyznał wymijającym tonem Marco. – W zasadzie to coś, co może będziesz mogła mi wytłumaczyć… I ma związek z Joce – dodał, a Allegra uniosła brwi.
– Joce czy nekromancją?
Marco nie odpowiedział, w zamian wzruszając ramionami. Chwilę tkwił w miejscu, wyraźnie się nad czymś zastanawiając, zanim ostatecznie skierował się w stronę lasu.
– Przejdźmy się, co? – zasugerował jakby od niechcenia. – Mam wrażenie, że Gabriel ma mnie tymczasowo dość.
Nie skomentowała tego nawet słowem, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało sensu. W zasadzie miała poczucie, że ta dwójka jeszcze długo nie dojdzie do pełnego porozumienia – czegoś więcej, aniżeli tolerancja, którą okazywał ojcu Gabriel… Oczywiście pod warunkiem, że Marco nie wchodził mu w drogę. Nie była zaskoczona takim stanem rzeczy, doskonale wiedząc, jak wiele złego zdążył wyrządzić swoim dzieciom ten wampir, ale już od dawna nie potrafiła go z tego powodu potępiać. W gruncie rzeczy czuła się na swój sposób winna, choć zarazem nie miała wpływu na to, co spotkało Gabriellę.
Przecież gdyby wiedziała, natychmiast spróbowałaby pomóc siostrze. Zrobiłaby coś więcej, prócz biernego siedzenia i czekania na rozwój wypadków. Gdyby zdecydowała się na konkretne działanie, schowała dumę do kieszeni i wcześniej spróbowała zrobić… cokolwiek… może wtedy…
Sama nie była pewna, jak wiele razy rozważała błędy, które popełniła. Gdyby miała rozliczać Marco z każdego grzechu, musiałaby potępić nie tylko jego, ale przede wszystkim siebie. Teraz, po tych wszystkich wiekach, nie pozostało im nic innego, jak próbować iść dalej i przynajmniej postarać się naprawić wszystko to, co miało miejsce w przeszłości. Może w ten sposób kolejny raz zachowywała się naiwnie, wybaczając komuś, kto tak naprawdę na to nie zasłużył, ale przecież widziała, że się starał. Jeśli istniała osoba, której Marco Licavoli wyraźnie udowodnił, że żałował, zdecydowanie była to ona.
I właśnie dlatego tak bardzo bała się tego, co mogło nastąpić – i to nie tyle przez wzgląd na siebie, ale samego Marco. Chociaż fizycznie stanowiła niemalże idealną kopię Gabrielli, nie miała poczucia, by przez te wszystkie lata próbował przy jej pomocy zastąpić zmarłą żonę. W rzeczywistości różniły się z siostrą diametralnie i on to wiedział, co jednak nie przeszkadzało mu w pokochaniu jej. Oczywiście byłaby naiwna, gdyby w pełni wierzyła, że jej wygląd i pokrewieństwo z Gabriellą nie miały znaczenia, ale to nic nie znaczyło, skoro finalnie ich relacja była o wiele bardziej złożona i szczera. Co prawda Allegra wciąż miała poczucie, że nawet będąc razem, w rzeczywistości mijali się, czy to uciekając przed wampirzą królową, czy znów nie potrafiąc się w pełni zaangażować, ale to nie zmieniało faktu, że byli razem.
Możliwe, że po tym, jak zaszła w ciążę, coś pod tym względem mogło się zmienić. Przez krótką chwilę nawet o tym myślała, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy faktycznie mogłaby pozwolić sobie na stabilny związek i taką rodzinę, jaką powinna zapewnić już Beau i Aldero, kiedy ci byli dziećmi. Kto wie, może nawet by się na to zdecydowała, gdyby nie…
Cóż, teraz to po prostu nie wchodziło w grę.
Dla Marco było dużo lepiej, by w krótkim czasie nie musiał chować kolejnej żony.
– Więc? – Przerwała panująca ciszę, chcąc jak najszybciej zająć czymś myśli. – Miałeś mi coś powiedzieć – przypomniała, tym samym skutecznie ściągając na siebie uwagę swojego towarzysza.
– Hm… To źle zabrzmi, ale Jocelyne kilka godzin temu wypadła przez okno – oznajmił z przesadnym wręcz spokojem, przez co do Allegry nie od razu doszedł pełen sens jego wypowiedzi. Otworzyła usta, nim jednak zdążyła o cokolwiek zapytać albo przynajmniej skomentować tę rewelację, Marco w pośpiechu ciągnął dalej. – Albo raczej została z niego wypchnięta.
– Słodka bogini…
Niby jak miała to rozumieć? Jasne, przekaz w sam sobie był prosty i aż nazbyt oczywisty, ale to absolutnie niczego nie zmieniało. Wystarczyło, że tych kilka słów skutecznie wytrąciło ją z równowagi, sprawiając, że gwałtownie przystanęła, chyba jedynie cudem nie potykając się o własne nogi.
– Uprzedzając: nic jej się nie stało, jest cała – odezwał się ponownie Marco, materializując się tuż przed nią. – Byłem przy niej przed Gabrielem, więc…
– Oskarżył cię o coś? – wypaliła, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów.
Przez twarz wampira przemknął cień.
– Nie. – Mimo wszystko zabrzmiało to tak, jakby sam miał wątpliwości. – Zresztą to nie jest najistotniejsze. Słyszałaś, co powiedziałem, więc…
– Co tak naprawdę widziałeś? – drążyła, nie kryjąc podenerwowania. – Joce sugerowała, że ktoś ją wypchnął, czy…? – zaczęła, ale tym razem to Marco wszedł jej w słowo.
– Właśnie w tym rzecz, że nie musiała nic mówić – przyznał i zawahał się na dłuższą chwilę. – Mógłbym przysiąc, że kiedy upadła, widziałem nad nią jakąś postać. I… Cholera, wierz mi, ten chłopak zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał wobec niej dobre zamiary. – Gniewnie zmrużył oczy, wyraźne coś rozpamiętując. – Nie wiem, co to było, ale zniknęło, kiedy tylko użyłem mocy. Joce potwierdziła, że ktoś z nią był i… Cóż, zaskoczona tym, że też kogokolwiek zobaczyłem. Wiesz, co to oznacza?
Allegra cofnęła się o krok, jednocześnie ze świstem wypuszczając powietrze z płuc. Powiedzieć, że była po prostu zdezorientowana, byłoby co najmniej niedopowiedzeniem stulecia. W tamtej chwili sama nie była pewna, co powinna myśleć, nie wspominając o udzieleniu jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi.
– Nie – przyznała niechętnie. – Ja… Nie mam pojęcia. Nie wiem aż tak dużo o nekromancji, chociaż…
– Co takiego?
Znów jedynie potrząsnęła głową.
– Powiedziałeś, że ta postać nie wyglądała tak, jakby miała dobre zamiary wobec Joce – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. – Co powinnam przez to rozumieć?
– Hm… Widziałaś kiedyś aurę Isabeau albo wyjątkowego zdenerwowanego wampira? – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – To była ludzka postać, ale zdecydowanie nie człowiek. Powiedziałbym, że ktoś otoczony ciemnością, chociaż…
– Rozumiem – mruknęła, chociaż to wcale nie było tak bliskie prawdy, jak którekolwiek z nich mogłoby oczekiwać.
– Doprawdy?
Allegra rzuciła mu bliżej nieokreślone, pełne wahania spojrzenie.
– Powiedzmy – przyznała niechętnie. – Jestem w stanie wyobrazić sobie to, co mi opisujesz. I… Cóż, nie mam pewności, ale zaczynam martwić się o Joce – dodała, nie zamierzając owijać w bawełnę. Zdecydowanie miała coraz więcej powodów do niepokoju. – Obcowanie z duchami to prawdziwe przekleństwo. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi zła energia… Słyszałam wiele, ale do tej pory nie miałam okazji tego zweryfikować.
– Nie zabrzmiało szczególnie zachęcająco… – rzucił z rezerwą.
Wydęła usta.
– Bo nie miało – oznajmiła ze spokojem. – Zła energia zostawia ślady. W niektórych przypadkach na tyle silne, że jesteśmy w stanie je dostrzec w naszym świecie… Joce balansuje gdzieś pomiędzy, przez co tym bardziej jest narażona na mentalne ataki. Zresztą dlatego chciałam, by miała przy sobie kota, ale nie sądziłam, że jest tak źle… – Zamilkła, po czym z uwagą zmierzyła Marco wzrokiem. – Jeśli doczepił się do niej rozgniewany duch, to bardzo źle. Niespokojna dusza… może skrzywdzić, nawet nieświadomie. Nie wiem ile w tym prawdy, ale w najgorszym wypadku duch potrafi zatracić się w tym, co najgorsze – w ciemności, jak to nazwałeś. Skoro nawet ty widziałeś tego chłopaka, wolę nie zastanawiać się, co takiego może się stać, jeśli nadal będzie kręcił się przy Jocelyne.
To nie brzmiało dobrze i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jakby tego było mało, wciąż wiedziała o wiele za mało, by wyciągnąć jakieś konkretne wnioski. Czuła, że powinna wiedzieć więcej, tym bardziej że jako kapłanka dysponowała wiedzą, która w największym stopniu pokrywała się z tym, co mógł potrafić ktoś, kto widział umarłych, ale przez większość czasu i tak czuła się bezsilna. Mogła radzić i szukać odpowiedzi, ale to najwyraźniej wciąż było za mało. Brakowało jej doświadczenia, a teraz również czasu, choć o tym drugim przynajmniej tymczasowo starała się nie myśleć.
Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że drży, orientując się dopiero w chwili, w której Marco bezceremonialnie wziął ją w ramiona. Tym razem nie zaprotestowała, w zamian wręcz przywierając do niego całym ciałem. Nie przeszkadzał jej bijący od jego skóry chłód ani to, że w najmniejszym stopniu nie poprawiała sytuacji tym, że pozwalała mu się dotykać. Choć to wydawało się egoistyczne, bez wahania wyprostowała się na tyle, by móc go pocałować – tak po prostu, chociaż to za każdym razem wystarczyło, by oboje posunęli się dużo dalej. Niezmiennie pojedyncza pieszczota była niczym iskra, której potrzeba było, żeby wywołać pożar – i tak było również tym razem, Allegra zaś ani myślała, by się przed tym bronić.
Zamknęła oczy, próbując zignorować poczucie, że za każdym razem, kiedy dopuszczała do siebie Marco, popełniała błąd. Nie chciała zastanawiać się nad tym, że mogłaby być potrzebna jemu, Jocelyne czy komukolwiek innemu, choć wszyscy wokół wydawali się sugerować, że tak właśnie jest. Miała tak wiele rzeczy do zrobienia, a jakby tego było mało, naprawdę pragnęła doprowadzić je do końca, a jednak…
W tamtej chwili naprawdę chciała uwierzyć w to, że coś pomieszała i wcale nie musiała się martwić.
Chociaż całą sobą wierzyła w to, że bogini przygotowała dla niej to, co słuszne, przez krótką chwilę naprawdę chciała błagać, by przynajmniej ten jeden raz Selene o niej zapomniała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa