
Allegra
Marco nie miał nastroju. To
było widać już na pierwszy rzut oka, kiedy zaś ruszył w jej kierunku w chwili,
w której w ogóle pojawiła się na trawniku, Allegra dodatkowo
utwierdziła się w tym przekonaniu. W milczeniu zmierzyła wampira
wzrokiem, po czym uśmiechnęła się niewinnie, próbując zachowywać tak, jakby nie
wydarzyło się nic szczególnie wartego uwagi.
– Gdzie
byłaś? – usłyszała, więc przystanęła, ignorując wyciągnięte ku niej ramiona. – I dlaczego
jesteś sama?
– Ponieważ
już od dawna potrafię poruszać się w pojedynkę? – rzuciła, choć dobrze
wiedziała, że to niemalże jak igranie z ogniem.
Dobrze rozumiała
to, dlaczego się przejmował. Sama musiała przyznać, że w ostatnim czasie
najrozsądniejszym wyjściem wydawało się poruszanie w większych grupkach. W innym
wypadku może nawet sama by się do tego stosowała, zwłaszcza po tym jak nawet
Rufus okazał się na tyle uparty, by w wolnej chwili dotrzymać jej
towarzystwa. Cóż, nawet ten wampir wydawał się lepszym towarzyszem, niż
wyraźnie przewrażliwiony, nadopiekuńczy Marco, który przy pierwszej okazji
najpewniej nosiłby ją na rękach, gdyby tylko dała mu po temu okazję.
Westchnęła
cicho, nie pierwszy raz czując nieprzyjemny ucisk w gardle na samą myśl o tym,
co przed nim ukrywała. Kilka razy zastanawiała się nad tym, czy nie uczciwiej
byłoby porozmawiać już teraz o wizji Isabeau i tym, co być może miało
się wydarzyć, ale za każdym razem brakło jej odwagi. Ona – podobno
doświadczona, przesadnie pewna siebie kapłanka bogini Selene – po prostu
tchórzyła, nie będąc w stanie zdobyć się na szczerość w rozmowie z kimś,
kogo przecież kochała.
Zabawne.
Jeszcze wiek temu byłoby to dla niej czymś nie do pomyślenia, ale od tamtego
czasu zmieniło się wiele. To, że relacja jej i Marco od samego początku
była dość zawiła, jedynie wszystko dodatkowo komplikowała.
– Przestań
sobie żartować – zniecierpliwił się wampir. Bezceremonialnie przygarnął ją do
siebie, wyraźnie czymś podenerwowany. Allegra wyczuła to na tyle wyraźnie, by
ostatecznie ustąpić i pozwolić na to, żeby otoczył ją ramionami. Skoro
byli sami, a Marco całym sobą sugerował, że jej bliskość była mu
potrzebna, nie zamierzała mu tego odmawiać. – Rozmawialiśmy o tym, prawda?
Nawet jeśli nie chciałaś mojego towarzystwa… – zaczął, ale tym razem
postanowiła mu przerwać.
– Nie tyle
nie chciałam, co nie zawsze potrafię się przy tobie skupić – oznajmiła, a on
prychnął, jedynie wywracając oczami w odpowiedzi na te słowa. – No nie
patrz tak na mnie. Wydawało mi się, że
mnie znasz.
–
Oczywiście – zapewnił pośpiesznie. – I właśnie dlatego się martwię.
Mimo
wszystko zabrzmiał na spokojniejszego, co przyjęła z ulgą. Kiedy do tego
wszystkiego spróbował ją pocałować, w pierwszym odruchu odsunęła się,
chcąc się z nim podroczyć. Dopiero potem uległa, choć na moment zapominając
o wszystkich argumentach, które nakazywałyby trzymać się od niego z daleka.
Zwłaszcza w ostatnim czasie nie potrafiła czuć się w pełni swobodnie
przy Marco, zbytnio obawiając się tego, co mogłoby się stać, gdyby oboje
zbytnio się zaangażowali.
Słodka bogini,
nie sądziła, że kiedykolwiek czegoś aż tak bardzo zapragnie – i że zechce
zdecydować się na to akurat teraz, gdy kończył im się czas. Jakby tego było
mało, sama myśl o tym, że Beau najpewniej widziała jej śmierć, nie
wzbudzała w Allegrze żadnych głębszych emocji. Prawda była taka, że w jakimś
stopniu po prostu się z tym godziła, zupełnie jakby od samego początku
wiedziała, że bogini prędzej czy później przywoła ją do siebie. Z drugiej
strony, może to po prostu do niej nie dochodziło, brzmiąc niczym czysta
abstrakcja – coś, co w rzeczywistości miało przytrafić się komuś innemu –
ale nawet jeśli tak było, nie chciała się nad tym zastanawiać. W tamtej
chwili martwiła się przede wszystkim o Marco, a każda oznaka troski z jego
strony jedynie to pogarszała.
– Nic mi
nie jest – powiedziała cicho, siląc się na spokojny, łagodny ton. Spojrzał na
nią dziwnie, wyraźnie zaskoczony zmianą w jej nastawieniu. – Nie możesz
cały czas za mną chodzić. Znasz mnie, Marco – zauważyła przytomnie. – Czasami
potrzebuję samotności, zresztą… Ufam naszej bogini.
Wampir
spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Ufasz
bogini… – powtórzył, a Allegra energicznie pokiwała głową, bez chwili
wahania uczepiając się tego stwierdzenia.
– Po prostu
to zapamiętaj – nakazała mu stanowczo. – Cokolwiek ma się wydarzyć, prędzej czy
później się stanie. Oboje mielimy okazję
doświadczyć wystarczająco wiele, żeby to zauważyć.
Nie
wyglądał na przekonanego, ale przynajmniej nie próbował protestować. Allegra
również zamilkła, nerwowo zaciskając usta i ledwo powstrzymując się przed
dodaniem czegoś więcej. Nie chciała ciągnąć tematu, aż nazbyt świadoma, że w którymś
momencie powiedziałaby coś, co zaintrygowałoby Marco na tyle, by zaczął drążyć.
To mogło okazać się co najmniej niebezpieczne, tym bardziej że wciąż istniały
kwestie, które rozsądniej było pominąć.
Zadrżała,
czując muśnięcie lodowatych warg w okolicach karku. Machinalnie
wyprostowała się niczym struna, po czym spróbowała odsunąć, nawet ni zdając
sobie sprawy z tego, co robi.
– Coś nie
tak? – usłyszała i to wystarczyło, żeby sprowadzić ją na ziemię. – Nie
masz nastroju, czy może…? – Marco zawahał się, wyraźnie zmieszany.
– Czy co? –
Spojrzała na niego pytająco, wciąż zdezorientowana. – Wybacz. To po prostu… nie
jest odpowiednie miejsce – stwierdziła, ale doczekała się wyłącznie cichego
prychnięcia.
– Od kiedy
ci to przeszkadza? – zapytał, ale nawet nie dał jej okazji na to, by spróbowała
odpowiedzieć. – Zresztą nie o to chodzi. To nie pierwszy raz, kiedy się
odsuwasz – zauważył, a Allegra cicho westchnęła, co najmniej zaskoczona
jego słowami. Naprawdę to robiła?
– To nie
tak…
Zamilkła,
sama niepewna, co powinna mu powiedzieć. Prawda była taka, że już od jakiegoś
czasu działała niemalże instynktownie, podświadomie próbując odsunąć od siebie
Marco. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że w którymś momencie
podjęła taką decyzję, ale to wydawało się właściwe. Nie chciała o tym
myśleć, ale jakaś jej cząstka naprawdę wierzyła w to, że dalsze trzymanie
go przy sobie w sytuacji, w której być może kończył jej się czas,
byłoby najgorszym z możliwych czynów. Jak wielką egoistką byłaby, gdyby ze
świadomością wiszącej nad nią perspektywy śmierci robiła wszystko, byleby
spędzić ten czas jak najlepiej, wykorzystując do tego niczego nieświadomego,
zapatrzonego w nią jak w obrazek mężczyznę?
Okłamywanie go wypada niewiele lepiej,
pomyślała mimochodem. Ledwo powstrzymała grymas, po czym w pośpiechu odrzuciła
od siebie niechciane myśli. To nie był najodpowiedniejszy moment, zresztą…
Cóż, na to
zdecydowanie nie miała pojawić się właściwa chwila.
– Co się
dzieje? – usłyszała spięty głos Marco. Nie dawał za wygraną, co zresztą wcale
jej nie dziwiło. – Wiesz, że możesz mi powiedzieć, prawda? Jeśli obawiasz się,
że po raz kolejny…
– Co
takiego? – przerwała mu, co najmniej wytrącona z równowagi tym, co
sugerował. – Że znów zajdę w ciążę? O bogini, Marco…
Pokręciła z niedowierzaniem
głową, sama niepewna, co powinna myśleć o takiej możliwości. Oczywiście,
strata dziecka wciąż bolała, choć zarazem wciąż nie docierało do niej to, że po
tak długim czasie w ogóle pojawiła się perspektywa ponownego zostania
matką. Co więcej, nie potrafiła obwiniać Beau, choć sama zainteresowana pewne
uważała, że powinna. Sęk w tym, że Allegra myślała inaczej – i że
przez wieki życia doświadczyła dość, by nawet najbardziej bolesne doświadczenia
przyjmować z niepojętą dla innych pokorą. To, co się wydarzyło… Chciała
wierzyć, że i w tym był jakiś większy sens – plan bogini, która nigdy
jej nie zawiodła, nawet jeśli na pierwszy rzut oka pozwalała swoim kapłankom
cierpieć.
Allegra
westchnęła, po czym zacisnęła dłonie w pięści, by powstrzymać się przed
dotknięciem płaskiego brzucha. Pogodziła się z tym, co się stało, a przynajmniej
chciała wierzyć, że tak jest. W końcu radziła sobie, prawda? Przepłakała
swoje, nie pierwszy raz zresztą… I naturalnie pamiętała, tak jak i przez
wszystkie te lata nosiła w sobie wspomnienia o Aldero. Ruszyła dalej,
poniekąd przez wzgląd na samą siebie, ale przede wszystkim dla Isabeau, w duchu
wciąż mając nadzieję, że jej córka zdołała zrobić to samo. Oczywiście pamięć
wciąż bolała, ale od załamywania się nigdy nie przyszło nic dobrego – i właśnie
tego próbowała trzymać się przez całe życie. Być może chwilami zbytnio się w tym
zapędzała, o czym przekonała się chociażby w chwili, w której
usłyszała w jaki sposób Beau zinterpretowała niektóre jej słowa, ale mimo
wszystko…
No i teraz
miała Marco. Nie była sama, co w dużym stopniu pomagało jej radzić sobie
niemalże ze wszystkim, zwłaszcza że doskonale czuła, jak bardzo zależało
wampirowi na tym, by być dla niej wsparciem. Wiedziała również, że gdyby tylko
się zgodziła, byłby gotów spróbować raz jeszcze – dać jej kolejne dziecko, tym
razem świadomie. Co prawda nie powiedział jej tego wprost, ale znała go na tyle
dobrze, by wyczuć, że żałował – i że w okresie, kiedy jednak
spodziewali się dziecka, naprawdę się cieszył. Nie mogła pozbyć się wrażenia,
że gdyby nie to, co się wydarzyło, mogłaby dać mu w ten sposób okazję, by
ostatecznie uporać się z przeszłością, chociaż…
Za późno.
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na tę myśl. Zaraz po tym stanowczo odsunęła ją od siebie,
by w następnej chwili zwrócić się ponownie ku Marco.
– Zaufaj
mi, że sobie radzę. To, czego się obawiam, zdecydowanie nie ma związku z tobą
i tym, czy mogłabym ponownie zaciążyć – oznajmiła, starannie dobierając
słowa.
Była
usatysfakcjonowana brzmieniem swojego głosu. Wciąż czuła się niepewne, ale
zdołała zachować te wątpliwości dla siebie, w zamian zwracając się do
wampira w zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu sposób. Co prawda wciąż miała
poczucie, że nie do końca jej wierzył, ale nawet jeśli tak było w istocie,
zachował wszelakie uwagi dla siebie. Czuła, że ją obserwował, wyraźnie nad
czymś myśląc, ostatecznie jednak oboje zdecydowali się na milczenie, co Allegra
przyjęła z ulgą.
Na zewnątrz
panował niemalże lodowaty ziąb, ale to nie było na niej najmniejszego nawet
wrażenia. W ciszy powiodła wzrokiem dookoła, mierząc wzrokiem pogrążony w ciszy,
wyróżniający się na tle ciemności dom. Ostatecznie coś innego przykuło jej
uwagę, a mianowicie mieniące się pośród zalegającego na ziemi śniegu
szklane odłamki – kawałki szyby na piętrze, jak nagle sobie uświadomiła.
– Co się
stało? – zapytała, kiwając głową w odpowiednim kierunku. – Dlatego jesteś
aż taki spięty?
– Poniekąd –
przyznał wymijającym tonem Marco. – W zasadzie to coś, co może będziesz
mogła mi wytłumaczyć… I ma związek z Joce – dodał, a Allegra
uniosła brwi.
– Joce czy
nekromancją?
Marco nie
odpowiedział, w zamian wzruszając ramionami. Chwilę tkwił w miejscu,
wyraźnie się nad czymś zastanawiając, zanim ostatecznie skierował się w stronę
lasu.
– Przejdźmy
się, co? – zasugerował jakby od niechcenia. – Mam wrażenie, że Gabriel ma mnie
tymczasowo dość.
Nie
skomentowała tego nawet słowem, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało
sensu. W zasadzie miała poczucie, że ta dwójka jeszcze długo nie dojdzie
do pełnego porozumienia – czegoś więcej, aniżeli tolerancja, którą okazywał
ojcu Gabriel… Oczywiście pod warunkiem, że Marco nie wchodził mu w drogę.
Nie była zaskoczona takim stanem rzeczy, doskonale wiedząc, jak wiele złego
zdążył wyrządzić swoim dzieciom ten wampir, ale już od dawna nie potrafiła go z tego
powodu potępiać. W gruncie rzeczy czuła się na swój sposób winna, choć
zarazem nie miała wpływu na to, co spotkało Gabriellę.
Przecież
gdyby wiedziała, natychmiast spróbowałaby pomóc siostrze. Zrobiłaby coś więcej,
prócz biernego siedzenia i czekania na rozwój wypadków. Gdyby zdecydowała
się na konkretne działanie, schowała dumę do kieszeni i wcześniej
spróbowała zrobić… cokolwiek… może wtedy…
Sama nie
była pewna, jak wiele razy rozważała błędy, które popełniła. Gdyby miała
rozliczać Marco z każdego grzechu, musiałaby potępić nie tylko jego, ale
przede wszystkim siebie. Teraz, po tych wszystkich wiekach, nie pozostało im
nic innego, jak próbować iść dalej i przynajmniej postarać się naprawić
wszystko to, co miało miejsce w przeszłości. Może w ten sposób
kolejny raz zachowywała się naiwnie, wybaczając komuś, kto tak naprawdę na to
nie zasłużył, ale przecież widziała, że się starał. Jeśli istniała osoba,
której Marco Licavoli wyraźnie udowodnił, że żałował, zdecydowanie była to ona.
I właśnie
dlatego tak bardzo bała się tego, co mogło nastąpić – i to nie tyle przez
wzgląd na siebie, ale samego Marco. Chociaż fizycznie stanowiła niemalże
idealną kopię Gabrielli, nie miała poczucia, by przez te wszystkie lata
próbował przy jej pomocy zastąpić zmarłą żonę. W rzeczywistości różniły
się z siostrą diametralnie i on to wiedział, co jednak nie
przeszkadzało mu w pokochaniu jej. Oczywiście byłaby naiwna, gdyby w pełni
wierzyła, że jej wygląd i pokrewieństwo z Gabriellą nie miały
znaczenia, ale to nic nie znaczyło, skoro finalnie ich relacja była o wiele
bardziej złożona i szczera. Co prawda Allegra wciąż miała poczucie, że
nawet będąc razem, w rzeczywistości mijali się, czy to uciekając przed
wampirzą królową, czy znów nie potrafiąc się w pełni zaangażować, ale to
nie zmieniało faktu, że byli razem.
Możliwe, że
po tym, jak zaszła w ciążę, coś pod tym względem mogło się zmienić. Przez
krótką chwilę nawet o tym myślała, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy
faktycznie mogłaby pozwolić sobie na stabilny związek i taką rodzinę, jaką
powinna zapewnić już Beau i Aldero, kiedy ci byli dziećmi. Kto wie, może
nawet by się na to zdecydowała, gdyby nie…
Cóż, teraz
to po prostu nie wchodziło w grę.
Dla Marco
było dużo lepiej, by w krótkim czasie nie musiał chować kolejnej żony.
– Więc? –
Przerwała panująca ciszę, chcąc jak najszybciej zająć czymś myśli. – Miałeś mi
coś powiedzieć – przypomniała, tym samym skutecznie ściągając na siebie uwagę
swojego towarzysza.
– Hm… To
źle zabrzmi, ale Jocelyne kilka godzin temu wypadła przez okno – oznajmił z przesadnym
wręcz spokojem, przez co do Allegry nie od razu doszedł pełen sens jego
wypowiedzi. Otworzyła usta, nim jednak zdążyła o cokolwiek zapytać albo
przynajmniej skomentować tę rewelację, Marco w pośpiechu ciągnął dalej. –
Albo raczej została z niego wypchnięta.
– Słodka
bogini…
Niby jak
miała to rozumieć? Jasne, przekaz w sam sobie był prosty i aż nazbyt
oczywisty, ale to absolutnie niczego nie zmieniało. Wystarczyło, że tych kilka
słów skutecznie wytrąciło ją z równowagi, sprawiając, że gwałtownie
przystanęła, chyba jedynie cudem nie potykając się o własne nogi.
–
Uprzedzając: nic jej się nie stało, jest cała – odezwał się ponownie Marco,
materializując się tuż przed nią. – Byłem przy niej przed Gabrielem, więc…
– Oskarżył
cię o coś? – wypaliła, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów.
Przez twarz
wampira przemknął cień.
– Nie. –
Mimo wszystko zabrzmiało to tak, jakby sam miał wątpliwości. – Zresztą to nie
jest najistotniejsze. Słyszałaś, co powiedziałem, więc…
– Co tak
naprawdę widziałeś? – drążyła, nie kryjąc podenerwowania. – Joce sugerowała, że
ktoś ją wypchnął, czy…? – zaczęła, ale tym razem to Marco wszedł jej w słowo.
– Właśnie w tym
rzecz, że nie musiała nic mówić – przyznał i zawahał się na dłuższą
chwilę. – Mógłbym przysiąc, że kiedy upadła, widziałem nad nią jakąś postać. I…
Cholera, wierz mi, ten chłopak zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał wobec niej
dobre zamiary. – Gniewnie zmrużył oczy, wyraźne coś rozpamiętując. – Nie wiem,
co to było, ale zniknęło, kiedy tylko użyłem mocy. Joce potwierdziła, że ktoś z nią
był i… Cóż, zaskoczona tym, że też kogokolwiek zobaczyłem. Wiesz, co to
oznacza?
Allegra
cofnęła się o krok, jednocześnie ze świstem wypuszczając powietrze z płuc.
Powiedzieć, że była po prostu zdezorientowana, byłoby co najmniej
niedopowiedzeniem stulecia. W tamtej chwili sama nie była pewna, co
powinna myśleć, nie wspominając o udzieleniu jakiejkolwiek sensownej
odpowiedzi.
– Nie –
przyznała niechętnie. – Ja… Nie mam pojęcia. Nie wiem aż tak dużo o nekromancji,
chociaż…
– Co
takiego?
Znów
jedynie potrząsnęła głową.
–
Powiedziałeś, że ta postać nie wyglądała tak, jakby miała dobre zamiary wobec
Joce – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. – Co powinnam przez to rozumieć?
– Hm…
Widziałaś kiedyś aurę Isabeau albo wyjątkowego zdenerwowanego wampira? –
Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – To była ludzka postać, ale zdecydowanie
nie człowiek. Powiedziałbym, że ktoś otoczony ciemnością, chociaż…
– Rozumiem –
mruknęła, chociaż to wcale nie było tak bliskie prawdy, jak którekolwiek z nich
mogłoby oczekiwać.
– Doprawdy?
Allegra
rzuciła mu bliżej nieokreślone, pełne wahania spojrzenie.
– Powiedzmy
– przyznała niechętnie. – Jestem w stanie wyobrazić sobie to, co mi opisujesz.
I… Cóż, nie mam pewności, ale zaczynam martwić się o Joce – dodała, nie
zamierzając owijać w bawełnę. Zdecydowanie miała coraz więcej powodów do
niepokoju. – Obcowanie z duchami to prawdziwe przekleństwo. Zwłaszcza
kiedy w grę wchodzi zła energia… Słyszałam wiele, ale do tej pory nie
miałam okazji tego zweryfikować.
– Nie
zabrzmiało szczególnie zachęcająco… – rzucił z rezerwą.
Wydęła
usta.
– Bo nie
miało – oznajmiła ze spokojem. – Zła energia zostawia ślady. W niektórych
przypadkach na tyle silne, że jesteśmy w stanie je dostrzec w naszym
świecie… Joce balansuje gdzieś pomiędzy, przez co tym bardziej jest narażona na
mentalne ataki. Zresztą dlatego chciałam, by miała przy sobie kota, ale nie
sądziłam, że jest tak źle… – Zamilkła, po czym z uwagą zmierzyła Marco
wzrokiem. – Jeśli doczepił się do niej rozgniewany duch, to bardzo źle.
Niespokojna dusza… może skrzywdzić, nawet nieświadomie. Nie wiem ile w tym
prawdy, ale w najgorszym wypadku duch potrafi zatracić się w tym, co
najgorsze – w ciemności, jak to nazwałeś. Skoro nawet ty widziałeś tego
chłopaka, wolę nie zastanawiać się, co takiego może się stać, jeśli nadal
będzie kręcił się przy Jocelyne.
To nie
brzmiało dobrze i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jakby tego
było mało, wciąż wiedziała o wiele za mało, by wyciągnąć jakieś konkretne
wnioski. Czuła, że powinna wiedzieć więcej, tym bardziej że jako kapłanka dysponowała
wiedzą, która w największym stopniu pokrywała się z tym, co mógł
potrafić ktoś, kto widział umarłych, ale przez większość czasu i tak czuła
się bezsilna. Mogła radzić i szukać odpowiedzi, ale to najwyraźniej wciąż
było za mało. Brakowało jej doświadczenia, a teraz również czasu, choć o tym
drugim przynajmniej tymczasowo starała się nie myśleć.
Z
opóźnieniem uświadomiła sobie, że drży, orientując się dopiero w chwili, w której
Marco bezceremonialnie wziął ją w ramiona. Tym razem nie zaprotestowała, w zamian
wręcz przywierając do niego całym ciałem. Nie przeszkadzał jej bijący od jego
skóry chłód ani to, że w najmniejszym stopniu nie poprawiała sytuacji tym,
że pozwalała mu się dotykać. Choć to wydawało się egoistyczne, bez wahania
wyprostowała się na tyle, by móc go pocałować – tak po prostu, chociaż to za
każdym razem wystarczyło, by oboje posunęli się dużo dalej. Niezmiennie
pojedyncza pieszczota była niczym iskra, której potrzeba było, żeby wywołać
pożar – i tak było również tym razem, Allegra zaś ani myślała, by się
przed tym bronić.
Zamknęła
oczy, próbując zignorować poczucie, że za każdym razem, kiedy dopuszczała do
siebie Marco, popełniała błąd. Nie chciała zastanawiać się nad tym, że mogłaby
być potrzebna jemu, Jocelyne czy komukolwiek innemu, choć wszyscy wokół
wydawali się sugerować, że tak właśnie jest. Miała tak wiele rzeczy do
zrobienia, a jakby tego było mało, naprawdę pragnęła doprowadzić je do
końca, a jednak…
W tamtej
chwili naprawdę chciała uwierzyć w to, że coś pomieszała i wcale nie
musiała się martwić.
Chociaż całą
sobą wierzyła w to, że bogini przygotowała dla niej to, co słuszne, przez
krótką chwilę naprawdę chciała błagać, by przynajmniej ten jeden raz Selene o niej
zapomniała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz