28 sierpnia 2019

Trzysta sześćdziesiąt jeden

Beatrycze
W milczeniu odprowadziła siostrę wzrokiem. W pierwszym odruchu zapragnęła chwycić Leanę za rękę, żeby ją zatrzymać, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Cokolwiek się działo, łatwiej było dać dziewczynie choć chwilę spokoju. Tak naprawdę Beatrycze nie miała nawet pewności, co powiedzieć, by w obecnej sytuacji zabrzmiało sensownie.
Spojrzała na Ulricha, ale ten wyglądał przede wszystkim na zszokowanego. Milczał, spoglądając w ślad za zmierzającą w swoją stronę kobietą. Nawet jeśli miał jakiekolwiek uwagi, zachował je dla siebie. Był blady, milczący i wyraźnie wytrącony z równowagi sytuacją, ale to nie wydało się wampirzycy ani trochę zaskakujące. Jeśli wierzyć temu, co powiedziała Leana, dosłownie został wrzucony w sam środek czegoś, czego nie rozumiał.
– Przepraszam – wymamrotała, w pośpiechu prześlizgując się tuż obok mężczyzny.
Nie zaprotestował, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Możliwe, że nie powinna go tak zostawiać. Z drugiej strony przecież nie była za niego odpowiedzialna. W sali był bezpieczny, więc tym bardziej nie była mu niczego winna. Tak naprawdę sama ledwo nadążała za tym, co działo się wokół niej. Znalezienie w tym wszystkim czasu na dbanie o innych wydawało się graniczyć z cudem.
– To była Leana? – zapytał cicho L., ledwo tylko znalazła się przy nim. Beatrycze nie musiała nawet na niego patrzeć, by zorientować się, że pytał dla zasady, nie wspominając, że najpewniej słyszał nie tylko jej wymianę zdań z siostrą. – Cóż…
– Przynajmniej wiemy, co stało się z Renesmee – zauważyła przytomnie. Chciała brzmieć entuzjastycznie, ale szło jej to co najmniej marnie.
Niepokój powrócił w chwili, w której wypowiedziała te słowa. Spięła się, nagle prostując niczym struna. Jej spojrzenie momentalnie powędrowało ku Belli i Edwarda. Przynajmniej oni tu było, tak jak i wciąż tuląca się do Carlisle’a Esme, ale to nie wyjaśniało najważniejszego. Dostrzegła jeszcze trzymającą się na uboczu Claire – bladą jak papier, udającą, że wcale źle nie czuła się w otoczeniu tych wszystkich obcych jej kobiety. Dziewczyna nerwowo wodziła wzrokiem na prawo i lewo, sprawiając wrażenie chętnej, by gdzieś się schować albo natychmiast rzucić się do ucieczki. Tyle wystarczyło, by Beatrycze zapragnęła do niej podejść, przytulić i zadać dziesiątki pytań. Mogła tylko zgadywać, w jaki sposób ta wylądowała w samym środku tego szaleństwa, skąd znała imię Łowcy i…
Joce. Gdzie podziała się Joce?
Beatrycze potrząsnęła głową, próbując odciąć się od niechcianych myśli. Panujący w sali chaos nagle zaczął jej ciążyć. Zmartwienia wróciły i to silniejsze niż do tej pory. Już i tak z trudem powstrzymywała się od myślenia o Ophelii i Jillianie. Co prawda scena nad jeziorem wracała do niej niczym bumerang, ale dało się ją odsunąć gdzieś na bok. To był zaledwie chwilowy spokój, ale i tak wydawał się lepszy niż nic.
– Radości… – wykrzyczał Lawrence, jednak jego głos doszedł do niej jakby z oddali. Ten jeden raz nawet jego obecność nie pozwalała wampirzycy się uspokoić.
Błyskawicznie zwróciła się ku mężczyźnie. Otworzyła usta, ale zanim zdążyła ubrać obawy w słowa, znikąd pojawiło się więcej osób. Ot tak zjawili się na samym środku sali, jakby wyłaniając się z powietrza. Mimo wszystko Beatrycze wydawało się, że na ułamek sekundy dostrzegła bardzo jasne światło – coś jak jarzącą się wyrwę albo otwór, który posłużył przybyłym za wejście. To momentalnie skojarzyło jej się że sposobem w jaki sama wylądowała w tym miejscu. Też ot tak zniknęli, by pojawić się gdzieś indziej. W jednej chwili widziała jezioro, zaś w następnej z fascynacją wodziła wzrokiem po zdobieniach i witrażach.
Elena kroczyła przodem, trochę jak przywódczyni jakiejś większej grupy, w tym wypadku składającej się z podążających za nią mężczyzn. Choć dziewczyna pozostawała niemalże lustrzanym odbiciem Trycze, wampirzyca była gotowa przysiąc, że nigdy nie wyglądała aż tak charyzmatycznie jak wnuczka. Elena po prostu miała w sobie coś, co z miejsca stawiało ją w centrum zainteresowania. Wydawała się lśnić, emanując wewnętrznym blaskiem, który w jej przypadku z miejsca nabrał nowego znaczenia.
Uśmiech Eleny przygasł, kiedy rozejrzała się dookoła. W zasadzie nagle pobladła, jakby w sali znajdowało się coś niepokojącego. Beatrycze mogła tylko zgadywać, co kryło się za tą reakcją.
– Tutaj? Ale…
– To bezpieczne miejsce. I bardzo ważne dla naszej bogini – wyjaśnił jeden z towarzyszących Elenie mężczyzn. Po parze czarnych skrzydeł i rysach twarzy, Beatrycze natychmiast poznała, że to kolejny z braci Rafaela. Na pewno różnił się od również obecnego w grupie przybyłych Doriana. – Och, świetnie. Zdążyliśmy na czas – dodał, z ulgą rozkładając się po sali.
– Andreasie… – zaczęła natychmiast Elena.
Demon – Andreas – uciszył ją samym tylko spojrzeniem. Mógłby wyglądać groźnie, gdyby nie figlarny błysk czający się w przywodzących na myśl bezchmurne niebo oczach.
– Niegdyś ta sala pękała w szwach, gdy Selene i Ciemność podejmowali wspólne decyzję. Te mury były świadkami wielu dyskusji, sporów i sądów, które zaważyły o istnieniu świata, który znasz.
– Sądów? – Oczy Eleny rozszerzyły się w geście niedowierzania. – Ale…Czekaj, po kolei. Debaty z Ciemnością? I co jeszcze? Publiczna egzekucja? – zadrwiła, jednak Andreas wydawał się w pełni poważny, gdy zdecydował się odpowiedzieć.
– Gdyby ojciec tu było, to kto wie…
– Nie czuje go tu. Nie strasz mi żony – zniecierpliwił się Rafael. – Sądziłem, że skończyliśmy. Ojciec…
– Nikt nie zamierza nikogo sądzić. Ten nocy zaś Ciemność nie ma wstępu do mojego domu.
Głos, który rozbrzmiał w sali, w zupełności wystarczył, by przykuć uwagę zebranych. Dookoła jak na zawołanie zapanowała cisza. Selene nie musiała ani krzyczeć, ani szczególnie się unosić, by zapewnić sobie posłuch. Jej słowa były łagodne i równie troskliwe, co i wtedy, gdy zwracają się do szlochającej Ophelii.
Beatrycze potrzebowała zaledwie sekundy, by dostrzec Selene. Bogini bez pośpiechu kroczyła przez salę, w towarzystwie ni mniej, ni więcej, ale Jocelyne. Dziewczyna kurczowo ściskała dłoń prowadzącej ją kobiety, zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Nie patrzyła na nikogo konkretnego, wręcza unikając spojrzeń zebranych. Wciąż wyglądała blado, ale – dzięki bogini, dosłownie! – już nie tak, jakby była chora. Co ważniejsze nie krwawiła, ani nie wyglądała na boiska omdlenia.
– Joce! – rozbrzmiał pełen ulgi głos Belli.
Na ustach Selene jak na zawołanie pojawił się uśmiech. Zwróciła się ku wampirzycy, zachęcająco popychając ku niej Jocelyne.
– Nic jej nie jest – zapewniła. Coś w jej tonie sprawiło, że Beatrycze momentalnie jej uwierzyła. – Nie zrobiła niczego złego… Ach, pamiętaj o czym rozmawiałyśmy, dziecino – dodała, a Joce wyraźnie się zaczerwieniła. Skinęła głową, jednocześnie kurczowo tuląc się do obejmującej ją Belli.
– Dziękuję – rzuciła bezgłośnie, taki że jej słowa trzeba było odczytać z ruchu warg.
Bogini najwyraźniej tyle to wystarczyło, bo jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nie próbowała ani na dziewczynę naciskać, ani ciągnąć tematu. „To nasza słodka tajemnica” – wydawało się sugerować spojrzenie, którym obdarzyła Joce, nim skupia wzrok na kimś innym.
– Andreasie! Dziękuję ci, mój miły – zwróciła się demona. – Zawsze mam pewność, że na ciebie mogę liczyć.
Entuzjazm w jej głosie wystarczył, by choć trochę rozluźnić atmosferę. Choć dookoła panowała cisza, ta nagle stała się o wiele łatwiejsza do zniesienia. Selene bez wahania krążyła między zebranymi, inicjując rozmowy z taką lekkością, jakby spotkali się wszyscy na towarzyskie pogaduszki, nie zaś szukając schronienia po cudem odroczonym konflikcie.
– Do usług – zapewnił z uśmiechem Andreas.
Bogini skinęła mu głową. Obdarowała demona jeszcze jednym olśniewającym uśmiechem, po czym jak gdyby nigdy nic zwróciła się do Edwarda:
– Wyczuwam twoje obawy – oznajmiła, a wampir drgnął. Beatrycze mimowolnie pomyślała, że to zabawne, że ktoś, kto zwykle wyprawiał innych w konsternację, reagując na ich myśli, mógł się zaniepokoić, gdy ktoś inny wykorzystał tę samą sztuczkę przeciwko niemu. – Zresztą nie tylko twoje. Zdaję sobie sprawę, że powinno być tu więcej osób.
– Moja córka – wydawało się Belli. Wciąż tuliła do siebie Joce.
– Wiem co się wydarzyło – zapewniła bogini. Beatrycze z trudem powstrzymywała się od szukania wzorkiem Leany. – Dość niefortunne…
– Mój błąd – wtrącił Andreas. – Nie pilnowałem jej w Przedsionku.
– Znaleźliście Nessie? – zapytała z ulgą w głowie Esme.
Uśmiech nawet na moment nie zniknął z ust Selene.
– Nie miej do siebie pretensji. Byłeś w złym stanie – zwróciła się do Andreasa. – Zresztą któż byłby w stanie powstrzymać zakochaną kobietę? – dodała pogodnym tonem. – Zajęłam się wszystkim co konieczne. Wszyscy wrócili tam, gdzie powinni.
– To znaczy…
Spojrzenie bogini momentalnie powędrowało ku Esme.
– Twoi bliscy są bezpieczni. Źle dla świata snów, by błąkało się po nim tyle zagubionych dusz… Niektóre zabłądziły aż za bardzo.
Spoważniała przy tych słowach. Gdzieś w sali rozbrzmiał zdławiony, wyraźnie zaniepokojony jęk. Trycze momentalnie zorientowała się do kogo należał, nim jednak zdążyła zareagować czy choćby się zastanowić, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Leana wkroczyła na sam środek sali, stając tuż przed Selene i w poddańczym geście rozkładając ręce.
– To ja. To wszystko ja – jęknęła, spoglądając bogini w twarz. – Nie powinnam, ale… – Urwała z trudem łapać oddech. Łzy płynęły po jej policzkach. – Nie wiem jak do tego doszło. Nie wiem już niczego, ale jeśli chcesz kogoś ukarać…
– Ukarać? – powtórzyła bogini, nie kryjąc zaskoczenia. Jej brwi powędrowały ku górze. – Dlaczego miałabym, dziecino. Nie przyszłam, by kogokolwiek karać.
Selene chciała podejść bliżej, ale w odpowiedzi Leana w popłochu się cofnęła. Wciąż płakała, przez łzy spoglądając na stojąca przed nią kobietę. Drżała i to było widać nawet z odległości.
W oczach bogini pojawiło się wahanie. Zrobiła taki ruch, jakby chciała mimo wszystko do dziewczyny podejść i ją uspokoić, ale ostatecznie z tego zrezygnowała.
– Nie musisz się bać. Nie zamierzam… – zaczęła, ale nie było jej dane dokończyć.
– Czemu? – jęknęła Leana. Energicznie potrząsnęła głową. – Wiem, co zrobiłam. I co powiedziałam w kościele. Ja… – Przełknęła z trudem. – Nie pozostało mi nic. Jestem… niczym.
– Co ty pierdolisz?
Tych kilka słów wystarczyło, by dookoła zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Leana aż się zapowietrzyła; jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Cała uwaga jak na zawołanie spoczęła na Ulrichu. Wciąż tkwił w tym samym miejscu, w którym została go Beatrycze, bynajmniej nie sprawiając wrażenie choć odrobinę pewniejszego tego, co działo się wokół niego. Teraz przynajmniej patrzył na Leanę, decydując odezwać się po raz pierwszy od chwili, w której ta wyznała mu prawdę – w zdecydowanie zbyt bezpośredni, nieprzemyślany sposób. Zamrugał nieprzytomnie, jakby dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, co zrobił, na dodatek w towarzystwie tych wszystkich kobiet i bogini. Otworzył znów usta, ale tym razem nie wydobył się z nich żaden dźwięk – a już zwłaszcza nie tak, który miałby szansę załagodzić wydźwięk przekleństwa.
Leana ucieka wzrokiem gdzieś w bok, ledwo spojrzenia jej i mężczyzny się spotkały. Na blade policzki momentalnie wstąpił rumieniec. Wciąż stała wyprostowana niczym struna, spazmatycznie chwytając oddech. 
– Tak mi przykro. Tak mi… – wymamrotała, powtarzając te dwa słowa niczym mantrę. Palce wplotła w jasne włosy, nagle zaczynając szarpać za kosmyki. Jej twarz wykrzywił grymas. – To dobry człowiek. Najlepszy jakiego poznałam. Nie chciałam go w to wciągnąć. On nie…
Mówiłaby dalej, ale nie miała po temu okazji. Natychmiast zamilkła, kiedy Ulrich kolejny raz zadziałał w całkowicie bezwiedny sposób, bezceremonialnie ruszając w jej stronę. Nie odezwał się nawet słowem, ale to, że po prostu stanął u jej boku, niepewnie wyciągając ku Leanie rękę, mówiło samo za siebie.
– Nie wiem, co tu się dzieje. Chyba nie chcę i… Cholerne wampiry – wymamrotał, zwracając się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Nieważne. Jesteś… boginią, tak? – zapytał, tym razem zwracając się bezpośrednio do Selene.
– Tak mówią – stwierdziła, obdarowując go jednym z piękniejszych uśmiechów. – Nie, nie przepraszaj. Nerwy są zrozumiałe.
Przez twarz Ulricha przemknął cień. Wyglądał na chętnego, by jednak coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobił. Odezwał się dopiero po chwili, wcześniej pewnie chwytając za  rękę wciąż zapłakaną Leanę. Zesztywniała pod jego dotykiem, ale nie wydawała ręki. Po prostu stała ze spuszczoną głową, trochę jak dziecko czekające na naganę ze strony rodzica.
– Powiedziałaś… – Mężczyzna natychmiast zamilkł. – Powiedziałaś, pani – zaczął raz jeszcze, choć Selene nie wyglądała na urażoną brakiem formalnych zwrotów, o przekleństwach nie wspominając – że wszystko wróci do normy. Co to znaczy?
– Natura dąży do równowagi. Dusza wróciła tam, gdzie przynależała – wyjaśniła że spokojem kobieta. – Renesmee jest tam gdzie powinna. Ludzie mają silne poczucie sprawiedliwości… Ty również, prawda? Stoisz po stronie sprawiedliwości. – Jej słowa zabrzmiały łagodnie, bez cienia urazy czy sarkazmu. – Nie mogłabym pozwolić, by dusza wciąż się błąkała, skoro ma gdzie wrócić.
– O-oczywiście – wykrztusił Ulrich. Mimo wszystko jego spojrzenie i ton sugerowały, że nie miał ochoty dyskutować o czymś tak abstrakcyjnym jak losy jakiekolwiek duszy. – Ale co z nią w takim razie?
Jego palce mocniej zacisnęły się wokół ramienia Leany. To był wręcz zaborczy, na swój sposób zdesperowany uścisk. Kobieta zesztywniała pod jego dotykiem, ale nie próbowała się wyrwać. Ona po prostu tak stała, wyraźnie zszokowana tym, że postanowił się wtrącić.
Wyraz twarzy Selene zmienił się, ale nie w sposób, którego mimo wszystko spodziewała się Beatrycze. Bogini nie wyglądała ani na zagniewaną, ani na zmartwioną czy bezradną jak wtedy, się rozmawiała z Ophelią. Wręcz przeciwnie – spojrzenie i mija nieśmiertelnej wyrażały przede wszystkim fascynację i nieopisaną wręcz radość.
– Trzymaj ją mocno, dobrze? I nigdy nie puszczaj.
Ulrich uniósł brwi. Otworzył i zaraz zamknął usta, niezdolny wykrztusić z siebie chociażby słowa. Usłuchał, bardziej stanowczo przygarniając Leanę do siebie. Bladą i milcząca trwała w jego ramionach, biernie przyjmując wszystko to, co działo się dookoła. Wyglądała trochę tak, jakby śniła na jawie. Rozszerzone oczy wodziły za poszczególnymi osobami, zwłaszcza Selene, ostatecznie jednak skoncentrowały się na Ulrich. Stała, patrzyła na niego i wyraźnie niedowierzania, zachowując się trochę jak lunatyczka, którą ktoś wyrwał ze snu i która jeszcze w pełni nie pojmowała, gdzie tym razem udało jej się zawędrować.
Bogini nie traciła czasu na wyjaśnienia. Z gracją przemknęła obok zastygłej w bezruchu pary, jak gdyby nigdy nic ruszając dalej. Uśmiechała się – w subtelny, delikatny sposób, jak ktoś, kto znał jakiś wyjątkowy sekret.
Jej oczy wciąż lśniły, gdy kolejna z obecnych na sali osób przykuła jej uwagę. Claire wciąż kryła się gdzieś w kącie, próbując nie zwracać na siebie uwagi. Nawet jeśli bogini to dostrzegła, nie powstrzymał jej to przed zwróceniem się wprost do dziewczyny.
– Moja kochana, chodź do mnie – poprosiła Selene pogodnym tonem. Wydawała się dosłownie promienieć, jakby działo się coś, co sprawiało jej wyjątkową radość.
Claire drgnęła, gwałtownie się prostując. Nieznacznie pobladła, a gdyby nie to, że już i tak tkwiła pod ścianą, jak nic rzuciłaby się do ucieczki.
– J-ja…? – wykrztusiła z trudem.
– Bardzo proszę.
Przez twarz dziewczyny przemknął cień. Beatrycze to nie dziwiło, bo sama nie wyobrażałaby sobie bogini w ten sposób – nie jako istoty, którą z taką cierpliwością próbowałaby o cokolwiek prosić. W pamięci wampirzycy wciąż królowała Ciemność. W jego przypadku potęga od początku była wyczuwalna – w każdym słowie, geście czy pozornej tylko uprzejmości, którą w każdej chwili mogła zostać wyparta przez gniew. 
Selene była inna.  Trycze wciąż nie miała pewności, na czym ta inność polegała, ale wierzyła, że wkrótce wszyscy się o tym przekonają.
Claire wciąż się wahała, ale tym razem nie kazała bogini dłużej czekać. Zrobiła kilka niego chwiejnych kroków, wciąż niepewna i drążąca. To jedynie sprawiło, że uśmiech bogini stał się jeszcze szerszy.  Kobieta zrobiła kolejny krok naprzód, bez zbędnego przeciągania chwytając małą Prime za obie dłonie.
– Piękny umysł i wrażliwa dusza. Oto dowód na to, że równowaga istnieje – oznajmiła z entuzjazmem bogini. – Jesteś moją wielką radością, dziecino. Tym bardziej żałuję, że nie mogłam ochronić cię przed tym, co musiało cię spotkać – dodała, wzdychając cicho.
Nie doczekała się odpowiedzi. Claire zesztywniała w jej uścisku, zdolna co najwyżej spoglądać bogini w oczy. Nie odwróciła wzroku, choć przez moment wyglądała na chętną, by jednak to zrobić.
Selene tymczasem ciągnęła dalej:
– Dobrze zobaczyć kogoś takiego jak ty, mała wieszczko. Zaufaj sobie i światu, w którym przyszło ci żyć. Otwarty umysł to największy skarb.
– Otwarty umysł… – powtórzyła drżącym głosem dziewczyna. – Ale…
Bogini nie dała jej szansy, żeby dokończyć. Nachyliła się ku Claire, by wyszeptać jej coś wprost do ucha. Beatrycze nie miała szansy usłyszeć poszczególnych słów, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że ta, dla której były one przeznaczone, zrozumiała je bez większych problemów. Z gardła Claire wyrwało się coś z pogranicza jęku i zdławionego szlochu. Łzy jak na zawołanie zabłysły w jej jasnych oczach.
– Naprawdę? – zapytała drżącym od nadmiaru emocji głosem. – On… I to była moja wina.
Cokolwiek jeszcze planowała dodać, Selene kolejny raz pokrzyżowała jej plany. Dłonie nieśmiertelnej wylądowały na policzkach dziewczyny, kiedy ot tak ujęła twarz Claire. Kciukami raz po raz przesuwała po wilgotnych śladach na jej skórze, cierpliwie ścierając łzy.
– Żadna śmierć nie jest bezsensowna. Pamiętaj o tym – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Z kolei zdolność do wybaczania to piękny dar… Czasem trudny – znacząco spojrzała na Claire – ale bardzo piękny. Obyś nigdy nie zatraciła go w sobie. Rozumiesz?
Choć wypowiedź nie była przeznaczona dla Beatrycze, tych kilka słów wystarczyło, by wzbudzić w niej wyrzuty sumienia. Zdolność do wybaczania, tak… Z trudem powstrzymała się od spojrzenia w kierunku miejsca, w którym ostatnio widziała Ariadnę. Ani trochę nie czuła się na to gotowa.
– C-chyba tak – wyszeptała Claire. Głos znów jej zadrżał, ale tym razem w tonie pobrzmiewało coś, co skojarzyło się Trycze z choćby i tylko cząstkową pewnością siebie. Dziewczyna rozumiała ze słów Selene więcej niż mogłoby się wydawać.
– Wierzę, że dla kogoś zakochanego w nauce wiara to pojęcie względne… Ale ty jesteś wrażliwa, prawda, Claire? Jeśli będziesz miała wątpliwości… to pamiętaj, że czasami warto wierzyć. Nawet jeśli miałabyś być w tym odosobniona.
– Bogini… – wtrącił nowy głos.
Dorian – anioł, który dotychczas wciąż towarzyszył Elenie – nagle ruszył ku swojej pani. Spojrzenie utkwił bezpośrednio w Clare, chociaż nie zwracał się do niej. Było coś desperackiego w sposobie, w jaki zbliżył się do dwóch kobiet.
Selene udała, że go nie dostrzega.
– Pora, żebyś wróciła do siebie. Ktoś bardzo się martwi.
A potem – najzupełniej naturalnym, wręcz matczynym gestem – nachyliła się, by ucałować Claire w czoło. Zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować, dziewczyna po prostu osunęła się w ramionach bogini, tracą przytomność. Selene pochwyciła ją z wprawą, wcześniej raz jeszcze przeczesując palcami ciemne włosy pół-wampirzycy; zdążyła zrobić zaledwie tyle, nim wokół niej pojawiło się łagodne, srebrzyste światło, za którego sprawą dziewczyna ot tak zniknęła.
Bogini pozostała na swoim miejscu. Dorian również zamarł, przez moment sprawiając wrażenie przede wszystkim rozczarowanego. Spojrzał na swoją boginię z wyrzutem – zaledwie na chwilę, bo prawie natychmiast wziął się w garść, raptownie poważniejąc.
– Nie chcę was zatrzymywać. Wydarzyło się dość, a wielu z was martwi się o bliskich… Niepotrzebne, choć w pełni zrozumiałe – wyjaśniła z bladym uśmiechem bogini. – Tak naprawdę została jeszcze tylko jedna kwestia. Obiecałam wam pomoc – podjęła, a jej spojrzenie tym razem omiotło Beatrycze i wszystkie jej krewne – i dotrzymam słowa. Nie wkroczyłam po to, by zająć miejsce Ciemności. Nie zamierzam was ani więzić, ani oczekiwać oddania. Powiedziałam, że jestem boginią dla tych, którzy mnie potrzebują, ale… – Selene zamilkła, przez chwilę wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. – Pragnę zmian. Zmian na lepsze. Ale te wymagają czasu, zresztą to nie decyzja, którą mam prawo podjąć w pojedynkę. Wycofałam się dawno temu a to, że tutaj jestem, niczego nie zmienia. Niemniej będę przeszczęśliwa, jeśli przyjmiecie mnie i mój świat. Nie mogę oddać życia tym, k.tórzy je utracili, ale ten dom i moje ogrody, ta namiastka wolności… Ofiaruję je wam wszystkim, jeśli tylko wyrazicie takie życzenie. Gościć was pod moim dachem to dla mnie największa nagroda.
Dookoła zapanowała głucha cisza. Choć wszystkie spojrzenia spoczęły na Selene, Beatrycze nie mogła powstrzymać się przed spojrzeniem na krewne. Część wciąż kryła się w kątach sali, ale kilka z nich podeszło bliżej, z uwagą słuchając. Niektóre wyglądały na przerażone; inne wciąż płakały albo wzajemnie się pocieszały. Te wszystkie kobiety – zagubione, niepewne, oszołomione zmianami, które spadły na nie tak nagle…
– Gaja – wyszeptała ni stąd, ni zowąd Ana. Dziewczyna wystąpiła naprzód, bez wahania podchodząc bliżej Selene. – Niech Gaja podejmie decyzję.
Jej propozycja trochę ożywiła towarzystwo. To był dobry ruch, Beatrycze musiała to przyznać; Gaja od zawsze pozostawała autorytetem i swego rodzaju przywódczynią. To, że miałyby zdać się na nią, wydawało się bezpieczne i znajome.
– Gaja… – podchwycił natychmiast ktoś.
– Gaja.
Gaja, Gaja, Gaja… 
Imię wydawało się napływać zewsząd, przy okazji wprawiając samą zainteresowaną w zakłopotanie. Gaja spuściła głowę, z uporem wpatrując się w swoje dłonie. Jasne włosy falami opadły je na policzki.
– Gaju, chodź – ponagliła ją Anabelle. Dopadła do krewnej, pewnie chwytając ją za rękę. Choć Beatrycze wiedziała, że dziecięca aparycja Any była zaledwie pozorna, ten jeden raz dziewczyna naprawdę zachowywała się trochę jak beztroskie dziecko. – Potrzebujemy cię.
Tym razem wszystkie były zgodne. Trycze czuła przede wszystkim ulgę, słysząc kolejne głosy i coraz pewniej brzmiące słowa poparcia. Sala ożyła, tak jak i jej dotychczas przerażone przodkinie. Tłoczyły się razem, ale nie tak jak podczas wizyt Ciemności. Było inaczej, swobodniej i bez cienia strachu, choć taki stan wciąż do nich nie docierał.
Inaczej. Nadchodziły zmiany.
Gdzieś w tym wszystkim dostrzegła Ariadnę. Kobieta milczała, po prostu obserwując Gaję i pozostałe kobiety. Nie zaprotestowała, choć w normalnym wypadku sama jak nic byłaby jedną z tych, które miałyby coś do powiedzenia. Beatrycze nie miała pewności, co o tym myśleć, ale coś w uległości matki dało jej do myślenia. Lepiej dla niej było, by ten jeden raz odpuściła.
Z kolejnych niechcianych myśli wyrwał ją nieco drżący, ale za to dość zdecydowany głos Gai:
– Niech więc tak będzie – zadecydowała kobieta, zwracając się wprost do Selene. – Spróbujmy. Bogini tych, którzy jej potrzebują – powiedziała, starannie dobierając słowa – ja i moje siostry przyjmujemy twoją propozycję.

1 komentarz:









After We Fall
stories by Nessa