
Claire
– O bogini. O bogini,
to jednak był zły pomysł. Zabiłam ją, prawda? Jednak…
– Claudio…?
Otworzyła
oczy. Jeszcze nim się na to zdobyła, usłyszała jak ktoś u jej boku
sztywnieje. Wampirzyca gwałtownie zaczerpnęła powietrza, momentalnie wytrącona z równowagi.
Tyle przynajmniej wywnioskowała Claire, choć zebranie myśli wydawało się
graniczyć z cudem.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie. Poderwała się do siadu, nieznacznie krzywiąc, kiedy
zawirowało jej w głowie. Zdążyła jeszcze zauważyć, że leżała na zimnej,
wciąż zamarzniętej dzięki.
Czemu?,
pomyślała, ale zanim zdążyła wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, cudze ramiona
bezceremonialnie owinęły się wokół niej.
– O cholera…
Dziewczyno, do cholery! – Claudia wręcz wykrzyczała jej to w twarz.
Rubinowe tęczówki wampirzycy lśniły niespokojnie, zdradzając tylko i wyłącznie
niepokój. – Nie strasz mnie tak więcej, na litość bogini!
Claire w oszołomieniu
spojrzała ciotce w twarz. Uniosła brwi, przez moment sama niepewna, co
bardziej wytrąciło ją z równowagi – emocjonalna redakcja Claudii, fakt że
kolejny raz jej zachowanie kojarzyło jej się z ojcem czy…wzmianka o bogini.
Choć w głowie miała mętlik, Claire aż za dobrze pamiętała co działo się
zanim straciła przytomność. Pamiętała jezioro, te kobiety, chaos i…
Z trudem
odepchnęła od siebie te myśli. Jakaś jej cząstka pragnęła opowiedzieć o wszystkim
Claudii, ale dziewczyna nie miała pojęcia jak ubrać w słowa coś aż tak
skomplikowanego. Była pewna, że nie śniła – wiedziała to równie dobrze, co i zazwyczaj
pozostawała świadoma wartości swoich proroctw – ale to nie czyniło niczego
łatwiejszym. Wręcz przeciwnie. Claire czułaby się lepiej, gdyby mogła uznać, że
jednak śniła albo oszalała.
Słyszała
kolejne słowa ciotki, ale nie była w stanie wampirzycy przerwać. Milczała,
wciąż czując się trochę tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Jakby tego było mało, pozostawała dziwnie spokojna, choć dopiero co (A może
jednak wieki temu? Wspomnienie Selene wydawało się tak bardzo odległe…) była
skłonna wypłakiwać sobie oczy. Zupełnie jakby w momencie, w którym
bogini złożyła na jej czole pocałunek, wszelakie troski odeszły na dalszy plan
– razem z przytomnością.
Mimo
wszystko nie zapomniała tego jak się czuła, kiedy bogini przywołała ją do
siebie. Claire nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna myśleć o tej
kobiecie. Niczego już nie wiedziała, świadoma co najwyżej tego, że znalazła się
w dziwnym, różnym od znanego jej świata miejscu. „Wodór, hel, lit, beryl…”
– recytowanie kolejności pierwiastków wciąż nie działało; nie czyniło niczego
łatwiejszym.
A potem z ust
Selene padły słowa, które jedynie bardziej wytrąciły Claire z równowagi.
Nie miała nawet pewności, które bardziej – nawiązanie do Claudii czy… Setha.
Niewiele brakowało, by łzy znów napłynęły jej do oczu, gdy pomyślała o tym
drugim. „Pragnę wierzyć, że znajdziesz w tym ukojenie… Wiedz więc, że jest
szczęśliwy. To jedna z najradośniejszych dusz, jakie poznałam. I wciąż
bardzo cię kocha” – wyznała bogini i choć przeznaczony dla Claire szept
był ledwie słyszalny, udało jej się zrozumieć każde słowo. Wtedy też popłakała
się jak dziecko, całą sobą pragnąc wierzyć w prawdziwość tych zapewnień. W końcu
Joce robiła to, co robiła, a skoro tak…
– Claire
Prime!
Aż
podskoczyła na swoim miejscu. Claudia wciąż trzymała ją za ramiona, nie
wspominając o tym, że to był pierwszy raz, kiedy zwróciła się do bratanicy
pełnym nazwiskiem. Claire spojrzała na nią w roztargnieniu, co najmniej
jakby widziały się po raz pierwszy. Myślami wciąż była daleko, ale już nie
zadręczała się Sethem. Jej uwagę momentalnie pochłonęło coś innego: zdolność
wybaczenia.
Nawet nie
zastanawiała się nad tym, co robi. Nagle po prostu wpadła Claudii w ramiona,
decydując się ją uciskać. To było niczym impuls, któremu musiała się poddać,
choć do samego końca podejrzewała, że kobieta przy pierwszej okazji ją
odepchnie albo jednak straci cierpliwość i rozerwie Claire gardło.
Nie doszło
do tego. Claudia na moment zesztywniała, trochę tak jak Rufus, kiedy komuś
zbierało się na wylewność względem niego. Wyprostowała się, ale nie odepchnęła
wtulonej w nią dziewczyny. Claire wyraźnie czuła jej przyspieszony oddech
– zbędny wampirzycy do normalnego funkcjonowania, ale jednak kojący. Dopiero po
ciągnącej się w nieskończoność chwili, kobieta w końcu odwzajemniła
uścisk, początkowo niezgrabnie i z rezerwą, by w następnej
sekundzie stanowczo przygarnąć bratanicę do siebie.
– Nie rób
mi tak – szepnęła. Chłodny oddech musnął włosy Claire. – Nie rób tak
więcej.
Nie miała
odwagi zaprotestować. Jedynie skinęła głową, wciąż zdezorientowana. Mogła co
najwyżej zgadywać, co takiego aż do tego stopnia wytrąciło wampirzycę z równowagi.
W zasadzie Claire miała wrażenie, że obie w tamtej chwili pozostawały
równie skołowane i pełne wątpliwości. Łatwiej było milczeć i udawać,
że nic wartego uwagi nie miało miejsca, jeśli zaś chodziło o Selene…
Kątem oka
wychwyciła ruch. Natychmiast poderwała głowę, by móc spojrzeć na Olivera.
Kamień spadł jej z serca, gdy pojęła, że to on – miły, choć wiecznie
milczący pół-wampir, któremu od samego początku ufała.
– Dziękuję
– wykrztusiła w końcu. Sama nie była pewna, do kogo w tamtej chwili
się zwracała.
Claudia
odchrząknęła, w pośpiechu odsuwając Claire od siebie. Ucieka wzrokiem
gdzieś w bok, znów spięta i zdystansowana; jej twarz nie wyrażała
żadnych emocji.
– Zgaduję,
że zrobiłaś co musiałaś – stwierdziła bez większego zainteresowania. –
Odleciałaś. Ta dziwna bariera zniknęła, no a ty… – Wzruszyła ramionami. –
Nieważne.
Jasne. Bez
powodu odchodzisz od zmysłów.
– Chyba tak
– powiedziała w zamian. Emocje i wspomnienia uderzyły w Claire z całą
mocą, sprawiając, że znów wyprostowała się niczym struna. – Nie wiem, co to
było. Ja… O słodka bogini!
Używanie
tego zwrotu nagle zaczęło brzmieć co najmniej dziwnie, choć to pozostawało
najmniej istotnym problemem w całym tym szaleństwie. A może jednak
śniła.
Otwarty
umysł… Łatwo powiedzieć! Z bijącym sercem poderwała się na równe
nogi, nie upadając tylko dzięki Oliverowi, kiedy ten w porę chwycił ją za
ramię. Posłała mu wdzięczne spojrzenie, ale prawie natychmiast powiodła
wzrokiem dalej, w pośpiechu rozglądając się dookoła.
Wciąż
znajdowała się w pobliżu domu, dokładnie w miejscu, w którym
rozsiadła się z Claudią. W powietrzu nadal unosił się słaby zapach
palonych ziół, choć szałwia zdążyła już zamienić się w kupkę popiołów.
Dookoła panował spokój, ale Claire nie zwróciła na to uwagi. Dla niej liczyło
się tylko jedno: otaczająca dom bariera w istocie zniknęła.
– Claire!
Znajomy
głos wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała wprost ku wejściu, gdy drzwi
wejściowe nagle się otworzyły. Tyle wystarczyło, by bez zastanowienia ruszyła
się z miejsca.
Gdy na ułamek sekundy dla pewności obejrzała się przez
ramię, Claudii i Olivera nie było.

Renesmee
Krzyczałam. Chyba, bo nagle nie byłam już pewna niczego poza tym, że wciąż ściskałam dłoń Gabriela – a wszystko to do momentu, w którym wylądowałam na czymś miękkim. Zanim zdążyłam zastanowić się nad tą nagłą zmianą i tym, że jasny blask zniknął równie nagle, co się pojawił, mąż wylądował na mnie, skutecznie pozbawiając mnie tchu. Wyrwał mi się zdławiony jęk, ale nawet nie potrafiłam stwierdzić co oznaczał – czy był wyrazem bólu (moje żebra nie wydawały się zachwycone), bezradności, ulgi czy może wszystkiego na raz.
– Nessie…? – wykrztusił z trudem Gabriel. – Nic… Nic ci nie jest? Czy…?
Otworzyłam oczy. Gabriel natychmiast zamilkł, ledwo tylko nasze spojrzenia się spotkały. W czarnych, przypominających dwie kosmiczne dziury oczach, doszukałam się przede wszystkim ulgi. Zanim zdążyłam się zastanowić, sytuacja gwałtownie się zmieniła, kiedy mąż stoczył się że mnie, w następnej sekundzie sprawiając, że to ja wylądowałam na nim. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, ale nawet wtedy nic nie stało się łatwiejsze. Jasne, już się nie dusiłam, ale to nie tłumaczyło najważniejszego.
Nachyliłam się nad Gabrielem, w zdecydowanie niedelikatny sposób zaciskając palce na jego ramionach. Nawet jeśli sprawiłam mu w ten sposób ból, nie dał niczego po sobie poznać. Nasze spojrzenia znów się spotkały, ale i to wydawało się odległe, zupełnie jakby działo się gdzieś poza mną.
– Gdzie…? – wykrztusiłam, ale głos uwiązł mi w gardle. Coś innego przykuło moją uwagę, sprawiając, że z wrażenia omal nie spałam z obejmującego mnie mężczyzny. Jego dłonie spoczęły na moich biodrach, ale i tak nie powstrzymałam się przed poderwaniem na równe nogi. W efekcie zaplątałam się w pościel i jak długa runęłam na ziemię. – O bogini!
Spróbowałam się podnieść, choć wyszło mi to dość niezgrabnie. Nawet nie zwróciłam uwagi na ból upadku ani zaniepokojone pytania Gabriela. Niecierpliwym ruchem odrzuciłam od siebie znajomą pościel, choć to przede wszystkim ona przykuła moją uwagę. To oraz szerokie łóżko, na którym jakimś cudem wylądowaliśmy – dokładnie takie, jakie zajmowało centralne miejsce w naszej sypialni. Wciąż bliska tego, by się potknąć– tym razem jak nic o własne nogi – z bijącym sercem powiodłam wzrokiem dookoła. Wciąż ignorując Gabriela, przemknęłam tuż obok niego, zastygając tuż przed lustrem, ulokowanym bezpośrednio na drzwiach szafy. Była uchylona, a ze środka wystawał skrawek czarnego materiału, ale nawet nie próbowałam zastanawiać się czym był. W zamian jak urzeczona wpatrywałam się w… siebie.
Ze świstem wypuściłam powietrze. Druga Nessie zrobiła dokładnie to samo, tak jak i ją zaciskając obie dłonie w pięści. Byłam bladą, roztrzęsiona i ogółem wyglądałam jak ktoś, kto przeżył bardzo ciężką noc. Albo poranek. Albo jego i drugie, bo tak naprawdę nie wiedziałam już niczego. Na pewno nie rozpoznawałam ubrań, które miałam na sobie – zdecydowanie nie przypominały białej sukienki matki Gabriela, której nierzeczywista kopia towarzyszyła mi w świecie snów. Ale to oznaczało, że…
– Renesmee, na litość bogini, nie strasz mnie!
W lustrze dostrzegłam odbicie wciąż zaniepokojonego Gabriela. Stał tuż za mną, jak nic od dłużej chwili próbując zwrócić na siebie moją uwagę. Po wyrazie jego twarzy poznałam, że skupiony na mnie, nawet nie próbował pojąć niczego innego – w tym tego, co działo się wokół nas.
Ale ja tak. Zrozumienie uderzyło we mnie z siłą rozpędzonego pociągu, nagle jeszcze bardziej wytrącona z równowagi. Nie chodziło już nawet o to, że jakimś cudem wylądowaliśmy w domu – sądząc po wyjaśnieniach reszty, od dłuższego czasu błądzili po zaledwie pomieszanych kopiach miejsc, które znali. Moją uwagę przykuło coś innego, choć nie od razu pojęłam w czym rzecz i co się zmieniło.
Ale przecież byłam tutaj.
Byłam i czułam tak prawdziwa, jak tylko było to możliwe…
A przez okno wdzierało się stłumione światło poranka.
Wciąż czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił mnie czymś ciężkim po głowie, dosłownie rzuciłam się na Gabriela. Skoczyłam na niego, bezceremonialnie zarzucając mu ramiona na szyję i obejmując nogami w pasie. Nie dając mu czasu na reakcję, obojętna na sposób, w jaki wygiął się do tyłu pod moim ciężarem, wypiłam się w jego wargi. Całowałam go, w następnej sekundzie wybuchając niepohamowanym śmiechem.
– Gabriel… Gabrielu! – wyrzuciłem z siebie na wydechu, spoglądając wprost w jego rozszerzone oczy. – Cóż jest piękniejsze – wschód czy zachód słońca? – wyrecytowałam, obojętna na to, że spoglądał na mnie tak, jakby podejrzewał, że postarałam zmysły.
Kto wie, może tak było. Może byłam szalona, ale…
Ale byłam. Tu i teraz.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie. Zdążyłam zauważyć, że ktoś bezceremonialnie wpadł do sypialni – więcej niż jedna osoba. Doszło mnie ciche przekleństwo i odgłosy zamieszania, kiedy część w pośpiechu wycofała się na korytarz, by unikając spotkania z nikłymi, ale jednak problematycznymi promieniami wschodzącego słońca. Jedynie Dimitr pozostał niewzruszony, pewnie tkwiąc w progu i z ulgą spoglądając wprost na nas.
– Jesteście tu. – Beau pojawiła się tuż za mężem. Nawet słowem nie skomentowała tego, że ja dla odmiany dosłownie widziałam na swoim. – Tak mi się wydawało. Co to w ogóle…? I znów jesteśmy tu. – Przez jej twarz przemknął cień. – Mam tego dość. Mam kure…
– Czuję Claire!
Głos Layli wystarczył, by zamknąć Isabeau usta. Dostrzegłam jedynie jasne włosy wampirzycy, kiedy ta biegiem wycofała się w głąb korytarza, jak nic ku schodom. Rufus natychmiast ruszył za nim, ale nie potrafiłam stwierdzić, co nim kierowało – potrzeba chronienia żony czy to, że również wyczuł córkę. Tak czy siak, oboje szybko zniknęli mi z oczu.
Poluzowałam uścisk, którym otaczałam Gabriela, by stanąć na nogi. Same powiodły mnie wprost do okna, zwłaszcza że światło budzącego się dnia nie mogło zrobić mi krzywdy. Wyjrzałam na zewnątrz, wznosząc twarz ku słońcu. Nawet w środku zimy okazało się cudownie ciepłe i przyjemne. Co więcej czułam je – wyraźnie i całą sobą.
– Jestem tu – wyrwało mi się. – Jestem.
Powtarzałam te słowa, próbując uwierzyć, że były prawdziwe. Że znaczyły coś więcej niż chwilową materialność w samym środku iluzji. Przecież czułam różnicę! Z kolei za oknem zamiast ziejącej pustki, wiedziałam znajome drzewa i podjazd.
Dodałam do drzwi balkonowych. Nawet się nie skrzywiłam, kiedy uderzył we mnie panujący na zewnątrz chłód. Gwałtownie zaczerpnęłam tchu, wciągając do płuc cudownie zimę, orzeźwiające powietrze. Wychyliłam się przez barierkę, nerwowo zaciskając na niej dłonie. Niewiele brakowało, bym przechyliła się na drugą stronę, ale nawet gdyby do tego doszło, nie zauważyłabym. W tamtej chwili towarzyszyła mi nieopisana wręcz euforia.
Bardziej wyczułam niż faktycznie zauważyłam ruch za plecami.
– Mi amore…
– Jestem tu – powtórzyłam po raz wtóry. Jakaś część mnie wciąż nie dowierzała; podświadomie szukałam oznak jakiegokolwiek postępu. – Jestem prawdziwa, Gabrielu.
Nie odpowiedział. W zamian przeszedł bliżej, dosłownie materializując się u mojego boku. Jego dłoń wylądowała na mojej, wciąż zaciśniętej na barierce balkonu. Trzymał mnie pewnie, ciepły i równie prawdziwy, co i ją.
– O bogini…
Dopiero wtedy do niego dotarło. Albo wciąż docierało, bo nie ruszył się nawet o milimetr, tkwiąc w miejscu i raz po raz spoglądając to na mnie, to na krajobraz przed nami. Gdzieś z dołu prawie na pewno doszły mnie ciche głosy, ale nie byłam w stanie skupić się na poszczególnych słowach. Moje myśli wirowały, bez ładu i składu pędząc przed siebie.
– Masz telefon? – wypaliłam pod wpływem chwili.
Gabriel zamrugał, przez moment patrząc na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy. W jego spojrzeniu doszukałam się konsternacji, ale nawet jeśli miał jakieś uwagi, zachował je dla siebie.
– Gdzieś w pokoju był twój. Poczekaj.
Zniknął mi z oczu, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Zostałam sama, co prawda tylko na chwilę, ale i tak czułam się dziwnie. Niemalże w panice stałam się zapanować nad mętlikiem w głowie i ułożyć jakiś sensowny plan. „Co się stało?” – cisnęło mi się na usta, ale wypiłam, by w pobliżu znajdował się ktokolwiek, kto zdołałby mi odpowiedzieć. Zresztą czy to w ogóle było ważne? Tak naprawdę chciałam dowiedzieć się czegoś innego.
Nie odezwałam się nawet słowem, kiedy Gabriel pojawił się u mojego boku. Tym razem nie musiałam się wysilać, by utrzymać telefon, kiedy mi go podał. Ręce zadrżały mi tylko nieznacznie, kiedy wybrałam dobrze znany mi numer.
No odbierz. Proszę, żeby nic wam nie było. Żeby…
Sygnał wołania dał mi nadzieję. Komórka by nie działała, gdyby to wciąż był sen, prawda? Chciałam w to wierzyć, ale tak naprawdę uspokoiłam się dopiero w chwili, w której w słuchawce rozbrzmiał znajomy głos.
– Nessie? Nessie, powiedz, że to ty! – Nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem mama uderzyła w aż tak histeryczną nutę. Może wtedy, gdy bez ostrzeżenia wymknęłam się z domu, wyjeżdżając aż do Paryża… – Powiedz, że nas nie okłamała!
Kto znów miałby kłamać?
– Jestem cała, mamuś – zapewniłam i tyle wystarczyło, by mama natychmiast zamilkła. – Wszyscy jesteśmy. Jestem w domu i… – Energicznie potrząsnęłam głową, choć Bella nie mogła tego zobaczyć. – Nieważne. Co z wami? Nie wiem, co z Joce. Tata jest z tobą? Nic wam nie jest?
Wyrzucałam z siebie kolejne pytania tak szybko, że ledwo mogłam złapać oddech. W którymś momencie sama zaczęłam się w nich gubić, ale i tak nie mogłam się powstrzymać.
Jestem w szoku, dotarło do mnie, ale i wtedy nie udało mi się uspokoić. Jakbym mogła?!
– Kochanie…
– Mam się dobrze – doszedł mnie drugi głos. Chwilę później mama oddała telefon, bo głos taty rozbrzmiał dużo wyraźniej. – Joce jest z nami. Na razie śpi, ale nic jej nie jest. Przyjedziemy do was tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.
– Ja… – zaczęłam natychmiast, ale nie dał mi dokończyć.
– Przyjedziemy do was – powtórzył z naciskiem. – Wszystko gra. Odpocznij. – Westchnął cicho. – Wszyscy musimy.
Z jękiem oparłam się o barierkę. Mocniej przycisnęłam telefon do ucha, nie chcąc ryzykować, że przypadkiem go upuszczę. Kątem oka zauważyłam, że Gabriel nieznacznie skinął głową, jakby chcąc potwierdzić słowa mojego ojca.
Otworzyłam usta, chcąc się odezwać, ale ostatecznie nie zdołałam wykrztusić z siebie nawet słowa. Czułam, że coś się wydarzyło. Edward brzmiał na zmęczonego i zszokowanego zarazem, a to nie było do niego podobne. Mogłam co najwyżej zgadywać, co kryło się za jego tonem i słowami.
Gdzieś w tle usłyszałam jakże znajomy, tubalny śmiech Emmetta.
– Poważnie był tam niedźwiedź! – oznajmił niemalże urażonym tonem. – I wierzcie mi, że gdybym miał trochę więcej czasu, naprawdę bym skurczybyka ukatrupił.
Nawet gdybym chciała, na takie słowa nie znalazłabym żadnego sensownego komentarza.
Tata jedynie westchnął, przy okazji znów zwracając moją uwagę na siebie.
– Wszyscy są cali. Nawet lepiej, ale… To długa historia – przyznał w końcu. – Mamy czas. Dużo czasu… Zaufaj mi na słowo, dobrze, kochanie?
Gdzieś w pamięci zamajaczyło mi wspomnienie jego spojrzenie po tym jak już pojął, że próbował mnie zabić. Natychmiast wyrzuciłam ten obraz z głowy.
– Kocham was. Najmocniej na świecie.
Tak naprawdę nie musiałam dodawać niczego więcej. No i mimo wszystko czułam się spokojniejsza, na słowo chcąc uwierzyć, że było dobrze. Musiało być, prawda?
Ja za to miałam do wykonania jeszcze jeden telefon.
Alessia odebrała po jednym zaledwie sygnale, zupełnie jakby czuwała z komórką w ręce.
– Cześć, księżniczko – wyrzuciłam na wydechu.
Głos nawet mi nie zarażał, choć tak naprawdę chciało mi się wyć. Do diabła, prawie nie zginęła, podczas gdy ja byłam nieosiągalna. I tak naprawdę powinnam być obok – nawet jako cholerny duch, który…
– Mama… Mamo! – Ali omal nie zakrztusiła się powietrzem. Usłyszałam zdławiony jęk bólu, ale nawet to nie powstrzymał jej od wykrzyczenia imienia Damiena. Nie zaskoczyło mnie to, że byli razem, ale i tak poczułam jak kamień spada mi z serca. – To ty! Dzwonisz do mnie i… O bogini w końcu! Powiedz mi, że tam jesteś. Jak ty…?
– Ali…
– Powiedz, że jesteś cała! – nie dawała za wygraną. Czułam, że zaczynało brakować jej tchu. Gdzieś w tle doszedł mnie zatroskany głos Ariela, kiedy poprosił Alessię, by wróciła do łóżka. Zignorowała go. – Powiedz, że… Za chwilę! Teraz rozmawiam. Ręce przy sobie, Damien – dodała zniecierpliwionym tonem.
Coś ścisnęło mnie w gardle. Wiedziałam o jej stanie dość, by wiedzieć, że emocje jej nie służyły.
– Dobrze się czujesz? – zaniepokoiłam się. Jeśli chciała wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia, szło jej świetnie. – Wszystko jest…
– Odchodzę tu od zmysłów! Tak po prostu sobie do mnie dzwonisz, mamo? To ja powinnam pytać! – obruszyła się Alessia. Naszła mnie co najmniej dziwna myśl, że płakała. – O bogini. Och… Jesteś tu.
– Jestem – potwierdziłam, nie mogąc się powstrzymać.
Alessi wyrwał się dziwny dźwięk z pogranicza parsknięcia i szlochu.
– Chociaż ty. Ja tak bardzo… – Westchnęła cicho. – Uściskałabym cię, wiesz? I mam nadzieję, że jak dowiesz tatę, dasz mu do wiwatu.
– Twoje ciotki już sobie z tym poradziły – wtrącił sam zainteresowany, nagle odzyskując głos.
Po drugiej stronie jak na zawołanie zapanowała cisza. Słyszałam jedynie przyspieszony oddech wciąż zszokowanej Alessi.
Spodziewałam się wielu rzeczy, zwłaszcza po tak emocjonującym powitaniu. Czekałam aż Ali znów zacznie się miotać i krzyczeć, w duchu modląc się, by Ariel i Damien nie dali jej zbytnio naruszyć wciąż obolałych żeber. Oczekiwałam nawet całej wiązanki przekleństw i wybuchu, którego nie powstydziłaby się Isabeau, tym bardziej że Ali już od dawna traktowała Gabriela bardziej jak brata niż ojca.
Ale na pewno nie spodziewałam się cieszy. Tego, zdławionego szlochu i słów, które ostatecznie padły z ust mojej córki, sprawiając, że ja i Gabriel zdołaliśmy co najwyżej wymienić oszołomione spojrzenia.
– Mamo, tato… Zaręczyłam się. Wychodzę za mąż. I boję jak jasna cholera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz