
Beatrycze
W milczeniu odprowadziła siostrę wzrokiem. W pierwszym odruchu
zapragnęła chwycić Leanę za rękę, żeby ją zatrzymać, ale w ostatniej
chwili się powstrzymała. Cokolwiek się działo, łatwiej było dać dziewczynie
choć chwilę spokoju. Tak naprawdę Beatrycze nie miała nawet pewności, co
powiedzieć, by w obecnej sytuacji zabrzmiało sensownie.
Spojrzała na Ulricha, ale ten wyglądał przede
wszystkim na zszokowanego. Milczał, spoglądając w ślad za zmierzającą w swoją
stronę kobietą. Nawet jeśli miał jakiekolwiek uwagi, zachował je dla siebie.
Był blady, milczący i wyraźnie wytrącony z równowagi sytuacją, ale to
nie wydało się wampirzycy ani trochę zaskakujące. Jeśli wierzyć temu, co
powiedziała Leana, dosłownie został wrzucony w sam środek czegoś, czego
nie rozumiał.
– Przepraszam – wymamrotała, w pośpiechu
prześlizgując się tuż obok mężczyzny.
Nie zaprotestował, ale wcale nie poczuła się
dzięki temu lepiej. Możliwe, że nie powinna go tak zostawiać. Z drugiej
strony przecież nie była za niego odpowiedzialna. W sali był bezpieczny,
więc tym bardziej nie była mu niczego winna. Tak naprawdę sama ledwo nadążała
za tym, co działo się wokół niej. Znalezienie w tym wszystkim czasu na
dbanie o innych wydawało się graniczyć z cudem.
– To była Leana? – zapytał cicho L., ledwo tylko
znalazła się przy nim. Beatrycze nie musiała nawet na niego patrzeć, by
zorientować się, że pytał dla zasady, nie wspominając, że najpewniej słyszał
nie tylko jej wymianę zdań z siostrą. – Cóż…
– Przynajmniej wiemy, co stało się z Renesmee
– zauważyła przytomnie. Chciała brzmieć entuzjastycznie, ale szło jej to co
najmniej marnie.
Niepokój powrócił w chwili, w której
wypowiedziała te słowa. Spięła się, nagle prostując niczym struna. Jej
spojrzenie momentalnie powędrowało ku Belli i Edwarda. Przynajmniej oni tu
było, tak jak i wciąż tuląca się do Carlisle’a Esme, ale to nie wyjaśniało
najważniejszego. Dostrzegła jeszcze trzymającą się na uboczu Claire – bladą jak
papier, udającą, że wcale źle nie czuła się w otoczeniu tych wszystkich
obcych jej kobiety. Dziewczyna nerwowo wodziła wzrokiem na prawo i lewo,
sprawiając wrażenie chętnej, by gdzieś się schować albo natychmiast rzucić się
do ucieczki. Tyle wystarczyło, by Beatrycze zapragnęła do niej podejść,
przytulić i zadać dziesiątki pytań. Mogła tylko zgadywać, w jaki
sposób ta wylądowała w samym środku tego szaleństwa, skąd znała imię Łowcy
i…
Joce. Gdzie podziała się Joce?
Beatrycze potrząsnęła głową, próbując odciąć
się od niechcianych myśli. Panujący w sali chaos nagle zaczął jej ciążyć.
Zmartwienia wróciły i to silniejsze niż do tej pory. Już i tak z trudem
powstrzymywała się od myślenia o Ophelii i Jillianie. Co prawda scena
nad jeziorem wracała do niej niczym bumerang, ale dało się ją odsunąć gdzieś na
bok. To był zaledwie chwilowy spokój, ale i tak wydawał się lepszy niż
nic.
– Radości… – wykrzyczał Lawrence, jednak jego
głos doszedł do niej jakby z oddali. Ten jeden raz nawet jego obecność nie
pozwalała wampirzycy się uspokoić.
Błyskawicznie zwróciła się ku mężczyźnie.
Otworzyła usta, ale zanim zdążyła ubrać obawy w słowa, znikąd pojawiło się
więcej osób. Ot tak zjawili się na samym środku sali, jakby wyłaniając się z powietrza.
Mimo wszystko Beatrycze wydawało się, że na ułamek sekundy dostrzegła bardzo
jasne światło – coś jak jarzącą się wyrwę albo otwór, który posłużył przybyłym
za wejście. To momentalnie skojarzyło jej się że sposobem w jaki sama
wylądowała w tym miejscu. Też ot tak zniknęli, by pojawić się gdzieś
indziej. W jednej chwili widziała jezioro, zaś w następnej z fascynacją
wodziła wzrokiem po zdobieniach i witrażach.
Elena kroczyła przodem, trochę jak przywódczyni
jakiejś większej grupy, w tym wypadku składającej się z podążających
za nią mężczyzn. Choć dziewczyna pozostawała niemalże lustrzanym odbiciem
Trycze, wampirzyca była gotowa przysiąc, że nigdy nie wyglądała aż tak
charyzmatycznie jak wnuczka. Elena po prostu miała w sobie coś, co z miejsca
stawiało ją w centrum zainteresowania. Wydawała się lśnić, emanując
wewnętrznym blaskiem, który w jej przypadku z miejsca nabrał nowego
znaczenia.
Uśmiech Eleny przygasł, kiedy rozejrzała się
dookoła. W zasadzie nagle pobladła, jakby w sali znajdowało się coś
niepokojącego. Beatrycze mogła tylko zgadywać, co kryło się za tą reakcją.
– Tutaj? Ale…
– To bezpieczne miejsce. I bardzo ważne
dla naszej bogini – wyjaśnił jeden z towarzyszących Elenie mężczyzn. Po
parze czarnych skrzydeł i rysach twarzy, Beatrycze natychmiast poznała, że
to kolejny z braci Rafaela. Na pewno różnił się od również obecnego w grupie
przybyłych Doriana. – Och, świetnie. Zdążyliśmy na czas – dodał, z ulgą
rozkładając się po sali.
– Andreasie… – zaczęła natychmiast Elena.
Demon – Andreas – uciszył ją samym tylko
spojrzeniem. Mógłby wyglądać groźnie, gdyby nie figlarny błysk czający się w przywodzących
na myśl bezchmurne niebo oczach.
– Niegdyś ta sala pękała w szwach, gdy
Selene i Ciemność podejmowali wspólne decyzję. Te mury były świadkami
wielu dyskusji, sporów i sądów, które zaważyły o istnieniu świata,
który znasz.
– Sądów? – Oczy Eleny rozszerzyły się w geście
niedowierzania. – Ale…Czekaj, po kolei. Debaty z Ciemnością? I co
jeszcze? Publiczna egzekucja? – zadrwiła, jednak Andreas wydawał się w pełni
poważny, gdy zdecydował się odpowiedzieć.
– Gdyby ojciec tu było, to kto wie…
– Nie czuje go tu. Nie strasz mi żony –
zniecierpliwił się Rafael. – Sądziłem, że skończyliśmy. Ojciec…
– Nikt nie zamierza nikogo sądzić. Ten nocy zaś
Ciemność nie ma wstępu do mojego domu.
Głos, który rozbrzmiał w sali, w zupełności
wystarczył, by przykuć uwagę zebranych. Dookoła jak na zawołanie zapanowała
cisza. Selene nie musiała ani krzyczeć, ani szczególnie się unosić, by zapewnić
sobie posłuch. Jej słowa były łagodne i równie troskliwe, co i wtedy,
gdy zwracają się do szlochającej Ophelii.
Beatrycze potrzebowała zaledwie sekundy, by
dostrzec Selene. Bogini bez pośpiechu kroczyła przez salę, w towarzystwie
ni mniej, ni więcej, ale Jocelyne. Dziewczyna kurczowo ściskała dłoń
prowadzącej ją kobiety, zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Nie patrzyła
na nikogo konkretnego, wręcza unikając spojrzeń zebranych. Wciąż wyglądała
blado, ale – dzięki bogini, dosłownie! – już nie tak, jakby była chora. Co
ważniejsze nie krwawiła, ani nie wyglądała na boiska omdlenia.
– Joce! – rozbrzmiał pełen ulgi głos Belli.
Na ustach Selene jak na zawołanie pojawił się
uśmiech. Zwróciła się ku wampirzycy, zachęcająco popychając ku niej Jocelyne.
– Nic jej nie jest – zapewniła. Coś w jej
tonie sprawiło, że Beatrycze momentalnie jej uwierzyła. – Nie zrobiła niczego
złego… Ach, pamiętaj o czym rozmawiałyśmy, dziecino – dodała, a Joce
wyraźnie się zaczerwieniła. Skinęła głową, jednocześnie kurczowo tuląc się do
obejmującej ją Belli.
– Dziękuję – rzuciła bezgłośnie, taki że jej
słowa trzeba było odczytać z ruchu warg.
Bogini najwyraźniej tyle to wystarczyło, bo
jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nie próbowała ani na dziewczynę
naciskać, ani ciągnąć tematu. „To nasza słodka tajemnica” – wydawało się
sugerować spojrzenie, którym obdarzyła Joce, nim skupia wzrok na kimś innym.
– Andreasie! Dziękuję ci, mój miły – zwróciła
się demona. – Zawsze mam pewność, że na ciebie mogę liczyć.
Entuzjazm w jej głosie wystarczył, by choć
trochę rozluźnić atmosferę. Choć dookoła panowała cisza, ta nagle stała się o wiele
łatwiejsza do zniesienia. Selene bez wahania krążyła między zebranymi,
inicjując rozmowy z taką lekkością, jakby spotkali się wszyscy na
towarzyskie pogaduszki, nie zaś szukając schronienia po cudem odroczonym
konflikcie.
– Do usług – zapewnił z uśmiechem Andreas.
Bogini skinęła mu głową. Obdarowała demona
jeszcze jednym olśniewającym uśmiechem, po czym jak gdyby nigdy nic zwróciła
się do Edwarda:
– Wyczuwam twoje obawy – oznajmiła, a wampir
drgnął. Beatrycze mimowolnie pomyślała, że to zabawne, że ktoś, kto zwykle
wyprawiał innych w konsternację, reagując na ich myśli, mógł się
zaniepokoić, gdy ktoś inny wykorzystał tę samą sztuczkę przeciwko niemu. –
Zresztą nie tylko twoje. Zdaję sobie sprawę, że powinno być tu więcej osób.
– Moja córka – wydawało się Belli. Wciąż tuliła
do siebie Joce.
– Wiem co się wydarzyło – zapewniła bogini.
Beatrycze z trudem powstrzymywała się od szukania wzorkiem Leany. – Dość
niefortunne…
– Mój błąd – wtrącił Andreas. – Nie pilnowałem
jej w Przedsionku.
– Znaleźliście Nessie? – zapytała z ulgą w głowie
Esme.
Uśmiech nawet na moment nie zniknął z ust
Selene.
– Nie miej do siebie pretensji. Byłeś w złym
stanie – zwróciła się do Andreasa. – Zresztą któż byłby w stanie
powstrzymać zakochaną kobietę? – dodała pogodnym tonem. – Zajęłam się wszystkim
co konieczne. Wszyscy wrócili tam, gdzie powinni.
– To znaczy…
Spojrzenie bogini momentalnie powędrowało ku
Esme.
– Twoi bliscy są bezpieczni. Źle dla świata
snów, by błąkało się po nim tyle zagubionych dusz… Niektóre zabłądziły aż za
bardzo.
Spoważniała przy tych słowach. Gdzieś w sali
rozbrzmiał zdławiony, wyraźnie zaniepokojony jęk. Trycze momentalnie
zorientowała się do kogo należał, nim jednak zdążyła zareagować czy choćby się
zastanowić, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Leana wkroczyła na sam środek
sali, stając tuż przed Selene i w poddańczym geście rozkładając ręce.
– To ja. To wszystko ja – jęknęła, spoglądając
bogini w twarz. – Nie powinnam, ale… – Urwała z trudem łapać oddech.
Łzy płynęły po jej policzkach. – Nie wiem jak do tego doszło. Nie wiem już
niczego, ale jeśli chcesz kogoś ukarać…
– Ukarać? – powtórzyła bogini, nie kryjąc
zaskoczenia. Jej brwi powędrowały ku górze. – Dlaczego miałabym, dziecino. Nie
przyszłam, by kogokolwiek karać.
Selene chciała podejść bliżej, ale w odpowiedzi
Leana w popłochu się cofnęła. Wciąż płakała, przez łzy spoglądając na
stojąca przed nią kobietę. Drżała i to było widać nawet z odległości.
W oczach bogini pojawiło się wahanie. Zrobiła
taki ruch, jakby chciała mimo wszystko do dziewczyny podejść i ją
uspokoić, ale ostatecznie z tego zrezygnowała.
– Nie musisz się bać. Nie zamierzam… – zaczęła,
ale nie było jej dane dokończyć.
– Czemu? – jęknęła Leana. Energicznie
potrząsnęła głową. – Wiem, co zrobiłam. I co powiedziałam w kościele.
Ja… – Przełknęła z trudem. – Nie pozostało mi nic. Jestem… niczym.
– Co ty pierdolisz?
Tych kilka słów wystarczyło, by dookoła
zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Leana aż się zapowietrzyła; jej oczy
rozszerzyły się jeszcze bardziej. Cała uwaga jak na zawołanie spoczęła na
Ulrichu. Wciąż tkwił w tym samym miejscu, w którym została go
Beatrycze, bynajmniej nie sprawiając wrażenie choć odrobinę pewniejszego tego,
co działo się wokół niego. Teraz przynajmniej patrzył na Leanę, decydując
odezwać się po raz pierwszy od chwili, w której ta wyznała mu prawdę – w zdecydowanie
zbyt bezpośredni, nieprzemyślany sposób. Zamrugał nieprzytomnie, jakby dopiero w tamtej
chwili dotarło do niego, co zrobił, na dodatek w towarzystwie tych
wszystkich kobiet i bogini. Otworzył znów usta, ale tym razem nie wydobył
się z nich żaden dźwięk – a już zwłaszcza nie tak, który miałby
szansę załagodzić wydźwięk przekleństwa.
Leana ucieka wzrokiem gdzieś w bok, ledwo
spojrzenia jej i mężczyzny się spotkały. Na blade policzki momentalnie
wstąpił rumieniec. Wciąż stała wyprostowana niczym struna, spazmatycznie
chwytając oddech.
– Tak mi przykro. Tak mi… – wymamrotała,
powtarzając te dwa słowa niczym mantrę. Palce wplotła w jasne włosy, nagle
zaczynając szarpać za kosmyki. Jej twarz wykrzywił grymas. – To dobry człowiek.
Najlepszy jakiego poznałam. Nie chciałam go w to wciągnąć. On nie…
Mówiłaby dalej, ale nie miała po temu okazji.
Natychmiast zamilkła, kiedy Ulrich kolejny raz zadziałał w całkowicie
bezwiedny sposób, bezceremonialnie ruszając w jej stronę. Nie odezwał się
nawet słowem, ale to, że po prostu stanął u jej boku, niepewnie wyciągając
ku Leanie rękę, mówiło samo za siebie.
– Nie wiem, co tu się dzieje. Chyba nie chcę i…
Cholerne wampiry – wymamrotał, zwracając się bardziej do siebie niż kogokolwiek
innego. – Nieważne. Jesteś… boginią, tak? – zapytał, tym razem zwracając się
bezpośrednio do Selene.
– Tak mówią – stwierdziła, obdarowując go
jednym z piękniejszych uśmiechów. – Nie, nie przepraszaj. Nerwy są
zrozumiałe.
Przez twarz Ulricha przemknął cień. Wyglądał na
chętnego, by jednak coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobił. Odezwał
się dopiero po chwili, wcześniej pewnie chwytając za rękę wciąż zapłakaną
Leanę. Zesztywniała pod jego dotykiem, ale nie wydawała ręki. Po prostu stała
ze spuszczoną głową, trochę jak dziecko czekające na naganę ze strony rodzica.
– Powiedziałaś… – Mężczyzna natychmiast
zamilkł. – Powiedziałaś, pani – zaczął raz jeszcze, choć Selene nie wyglądała
na urażoną brakiem formalnych zwrotów, o przekleństwach nie wspominając –
że wszystko wróci do normy. Co to znaczy?
– Natura dąży do równowagi. Dusza wróciła tam,
gdzie przynależała – wyjaśniła że spokojem kobieta. – Renesmee jest tam gdzie
powinna. Ludzie mają silne poczucie sprawiedliwości… Ty również, prawda? Stoisz
po stronie sprawiedliwości. – Jej słowa zabrzmiały łagodnie, bez cienia urazy
czy sarkazmu. – Nie mogłabym pozwolić, by dusza wciąż się błąkała, skoro ma
gdzie wrócić.
– O-oczywiście – wykrztusił Ulrich. Mimo
wszystko jego spojrzenie i ton sugerowały, że nie miał ochoty dyskutować o czymś
tak abstrakcyjnym jak losy jakiekolwiek duszy. – Ale co z nią w takim
razie?
Jego palce mocniej zacisnęły się wokół ramienia
Leany. To był wręcz zaborczy, na swój sposób zdesperowany uścisk. Kobieta
zesztywniała pod jego dotykiem, ale nie próbowała się wyrwać. Ona po prostu tak
stała, wyraźnie zszokowana tym, że postanowił się wtrącić.
Wyraz twarzy Selene zmienił się, ale nie w sposób,
którego mimo wszystko spodziewała się Beatrycze. Bogini nie wyglądała ani na
zagniewaną, ani na zmartwioną czy bezradną jak wtedy, się rozmawiała z Ophelią.
Wręcz przeciwnie – spojrzenie i mija nieśmiertelnej wyrażały przede
wszystkim fascynację i nieopisaną wręcz radość.
– Trzymaj ją mocno, dobrze? I nigdy nie
puszczaj.
Ulrich uniósł brwi. Otworzył i zaraz
zamknął usta, niezdolny wykrztusić z siebie chociażby słowa. Usłuchał,
bardziej stanowczo przygarniając Leanę do siebie. Bladą i milcząca trwała w jego
ramionach, biernie przyjmując wszystko to, co działo się dookoła. Wyglądała
trochę tak, jakby śniła na jawie. Rozszerzone oczy wodziły za poszczególnymi
osobami, zwłaszcza Selene, ostatecznie jednak skoncentrowały się na Ulrich.
Stała, patrzyła na niego i wyraźnie niedowierzania, zachowując się trochę
jak lunatyczka, którą ktoś wyrwał ze snu i która jeszcze w pełni nie
pojmowała, gdzie tym razem udało jej się zawędrować.
Bogini nie traciła czasu na wyjaśnienia. Z gracją
przemknęła obok zastygłej w bezruchu pary, jak gdyby nigdy nic ruszając
dalej. Uśmiechała się – w subtelny, delikatny sposób, jak ktoś, kto znał
jakiś wyjątkowy sekret.
Jej oczy wciąż lśniły, gdy kolejna z obecnych
na sali osób przykuła jej uwagę. Claire wciąż kryła się gdzieś w kącie,
próbując nie zwracać na siebie uwagi. Nawet jeśli bogini to dostrzegła, nie
powstrzymał jej to przed zwróceniem się wprost do dziewczyny.
– Moja kochana, chodź do mnie – poprosiła
Selene pogodnym tonem. Wydawała się dosłownie promienieć, jakby działo się coś,
co sprawiało jej wyjątkową radość.
Claire drgnęła, gwałtownie się prostując.
Nieznacznie pobladła, a gdyby nie to, że już i tak tkwiła pod ścianą,
jak nic rzuciłaby się do ucieczki.
– J-ja…? – wykrztusiła z trudem.
– Bardzo proszę.
Przez twarz dziewczyny przemknął cień.
Beatrycze to nie dziwiło, bo sama nie wyobrażałaby sobie bogini w ten
sposób – nie jako istoty, którą z taką cierpliwością próbowałaby o cokolwiek
prosić. W pamięci wampirzycy wciąż królowała Ciemność. W jego przypadku
potęga od początku była wyczuwalna – w każdym słowie, geście czy pozornej
tylko uprzejmości, którą w każdej chwili mogła zostać wyparta przez
gniew.
Selene była inna. Trycze wciąż nie miała
pewności, na czym ta inność polegała, ale wierzyła, że wkrótce wszyscy się o tym
przekonają.
Claire wciąż się wahała, ale tym razem nie
kazała bogini dłużej czekać. Zrobiła kilka niego chwiejnych kroków, wciąż
niepewna i drążąca. To jedynie sprawiło, że uśmiech bogini stał się
jeszcze szerszy. Kobieta zrobiła kolejny krok naprzód, bez zbędnego
przeciągania chwytając małą Prime za obie dłonie.
– Piękny umysł i wrażliwa dusza. Oto dowód
na to, że równowaga istnieje – oznajmiła z entuzjazmem bogini. – Jesteś
moją wielką radością, dziecino. Tym bardziej żałuję, że nie mogłam ochronić cię
przed tym, co musiało cię spotkać – dodała, wzdychając cicho.
Nie doczekała się odpowiedzi. Claire
zesztywniała w jej uścisku, zdolna co najwyżej spoglądać bogini w oczy.
Nie odwróciła wzroku, choć przez moment wyglądała na chętną, by jednak to
zrobić.
Selene tymczasem ciągnęła dalej:
– Dobrze zobaczyć kogoś takiego jak ty, mała
wieszczko. Zaufaj sobie i światu, w którym przyszło ci żyć. Otwarty
umysł to największy skarb.
– Otwarty umysł… – powtórzyła drżącym głosem
dziewczyna. – Ale…
Bogini nie dała jej szansy, żeby dokończyć.
Nachyliła się ku Claire, by wyszeptać jej coś wprost do ucha. Beatrycze nie
miała szansy usłyszeć poszczególnych słów, ale to nie miało znaczenia. Liczyło
się, że ta, dla której były one przeznaczone, zrozumiała je bez większych
problemów. Z gardła Claire wyrwało się coś z pogranicza jęku i zdławionego
szlochu. Łzy jak na zawołanie zabłysły w jej jasnych oczach.
– Naprawdę? – zapytała drżącym od nadmiaru
emocji głosem. – On… I to była moja wina.
Cokolwiek jeszcze planowała dodać, Selene
kolejny raz pokrzyżowała jej plany. Dłonie nieśmiertelnej wylądowały na
policzkach dziewczyny, kiedy ot tak ujęła twarz Claire. Kciukami raz po raz
przesuwała po wilgotnych śladach na jej skórze, cierpliwie ścierając łzy.
– Żadna śmierć nie jest bezsensowna. Pamiętaj o tym
– oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Z kolei zdolność do wybaczania
to piękny dar… Czasem trudny – znacząco spojrzała na Claire – ale bardzo
piękny. Obyś nigdy nie zatraciła go w sobie. Rozumiesz?
Choć wypowiedź nie była przeznaczona dla
Beatrycze, tych kilka słów wystarczyło, by wzbudzić w niej wyrzuty
sumienia. Zdolność do wybaczania, tak… Z trudem
powstrzymała się od spojrzenia w kierunku miejsca, w którym ostatnio
widziała Ariadnę. Ani trochę nie czuła się na to gotowa.
– C-chyba tak – wyszeptała Claire. Głos znów
jej zadrżał, ale tym razem w tonie pobrzmiewało coś, co skojarzyło się
Trycze z choćby i tylko cząstkową pewnością siebie. Dziewczyna
rozumiała ze słów Selene więcej niż mogłoby się wydawać.
– Wierzę, że dla kogoś zakochanego w nauce
wiara to pojęcie względne… Ale ty jesteś wrażliwa, prawda, Claire? Jeśli
będziesz miała wątpliwości… to pamiętaj, że czasami warto wierzyć. Nawet jeśli
miałabyś być w tym odosobniona.
– Bogini… – wtrącił nowy głos.
Dorian – anioł, który dotychczas wciąż
towarzyszył Elenie – nagle ruszył ku swojej pani. Spojrzenie utkwił
bezpośrednio w Clare, chociaż nie zwracał się do niej. Było coś
desperackiego w sposobie, w jaki zbliżył się do dwóch kobiet.
Selene udała, że go nie dostrzega.
– Pora, żebyś wróciła do siebie. Ktoś bardzo
się martwi.
A potem – najzupełniej naturalnym, wręcz
matczynym gestem – nachyliła się, by ucałować Claire w czoło. Zanim
ktokolwiek zdążyłby zareagować, dziewczyna po prostu osunęła się w ramionach
bogini, tracą przytomność. Selene pochwyciła ją z wprawą, wcześniej raz
jeszcze przeczesując palcami ciemne włosy pół-wampirzycy; zdążyła zrobić
zaledwie tyle, nim wokół niej pojawiło się łagodne, srebrzyste światło, za
którego sprawą dziewczyna ot tak zniknęła.
Bogini pozostała na swoim miejscu. Dorian
również zamarł, przez moment sprawiając wrażenie przede wszystkim
rozczarowanego. Spojrzał na swoją boginię z wyrzutem – zaledwie na chwilę,
bo prawie natychmiast wziął się w garść, raptownie poważniejąc.
– Nie chcę was zatrzymywać. Wydarzyło się dość,
a wielu z was martwi się o bliskich… Niepotrzebne, choć w pełni
zrozumiałe – wyjaśniła z bladym uśmiechem bogini. – Tak naprawdę została
jeszcze tylko jedna kwestia. Obiecałam wam pomoc – podjęła, a jej spojrzenie
tym razem omiotło Beatrycze i wszystkie jej krewne – i dotrzymam
słowa. Nie wkroczyłam po to, by zająć miejsce Ciemności. Nie zamierzam was ani
więzić, ani oczekiwać oddania. Powiedziałam, że jestem boginią dla tych, którzy
mnie potrzebują, ale… – Selene zamilkła, przez chwilę wodząc wzrokiem po
twarzach zebranych. – Pragnę zmian. Zmian na lepsze. Ale te wymagają czasu,
zresztą to nie decyzja, którą mam prawo podjąć w pojedynkę. Wycofałam się
dawno temu a to, że tutaj jestem, niczego nie zmienia. Niemniej będę
przeszczęśliwa, jeśli przyjmiecie mnie i mój świat. Nie mogę oddać życia
tym, k.tórzy je utracili, ale ten dom i moje ogrody, ta namiastka
wolności… Ofiaruję je wam wszystkim, jeśli tylko wyrazicie takie życzenie.
Gościć was pod moim dachem to dla mnie największa nagroda.
Dookoła zapanowała głucha cisza. Choć wszystkie
spojrzenia spoczęły na Selene, Beatrycze nie mogła powstrzymać się przed
spojrzeniem na krewne. Część wciąż kryła się w kątach sali, ale kilka z nich
podeszło bliżej, z uwagą słuchając. Niektóre wyglądały na przerażone; inne
wciąż płakały albo wzajemnie się pocieszały. Te wszystkie kobiety – zagubione,
niepewne, oszołomione zmianami, które spadły na nie tak nagle…
– Gaja – wyszeptała ni stąd, ni zowąd Ana.
Dziewczyna wystąpiła naprzód, bez wahania podchodząc bliżej Selene. – Niech
Gaja podejmie decyzję.
Jej propozycja trochę ożywiła towarzystwo. To
był dobry ruch, Beatrycze musiała to przyznać; Gaja od zawsze pozostawała
autorytetem i swego rodzaju przywódczynią. To, że miałyby zdać się na nią,
wydawało się bezpieczne i znajome.
– Gaja… – podchwycił natychmiast ktoś.
– Gaja.
Gaja, Gaja, Gaja…
Imię wydawało się napływać zewsząd, przy okazji
wprawiając samą zainteresowaną w zakłopotanie. Gaja spuściła głowę, z uporem
wpatrując się w swoje dłonie. Jasne włosy falami opadły je na policzki.
– Gaju, chodź – ponagliła ją Anabelle. Dopadła
do krewnej, pewnie chwytając ją za rękę. Choć Beatrycze wiedziała, że dziecięca
aparycja Any była zaledwie pozorna, ten jeden raz dziewczyna naprawdę zachowywała
się trochę jak beztroskie dziecko. – Potrzebujemy cię.
Tym razem wszystkie były zgodne. Trycze czuła
przede wszystkim ulgę, słysząc kolejne głosy i coraz pewniej brzmiące
słowa poparcia. Sala ożyła, tak jak i jej dotychczas przerażone przodkinie.
Tłoczyły się razem, ale nie tak jak podczas wizyt Ciemności. Było inaczej,
swobodniej i bez cienia strachu, choć taki stan wciąż do nich nie
docierał.
Inaczej. Nadchodziły zmiany.
Gdzieś w tym wszystkim dostrzegła Ariadnę.
Kobieta milczała, po prostu obserwując Gaję i pozostałe kobiety. Nie
zaprotestowała, choć w normalnym wypadku sama jak nic byłaby jedną z tych,
które miałyby coś do powiedzenia. Beatrycze nie miała pewności, co o tym
myśleć, ale coś w uległości matki dało jej do myślenia. Lepiej dla niej
było, by ten jeden raz odpuściła.
Z kolejnych niechcianych myśli wyrwał ją nieco
drżący, ale za to dość zdecydowany głos Gai:
– Niech więc tak będzie – zadecydowała kobieta,
zwracając się wprost do Selene. – Spróbujmy. Bogini tych, którzy jej potrzebują
– powiedziała, starannie dobierając słowa – ja i moje siostry przyjmujemy
twoją propozycję.
Z pozdrowieniami znad cudownego morza. <3
OdpowiedzUsuń