
Beatrycze
Powiodła wzrokiem dookoła. Od
nadmiaru bodźców aż zakręciło jej się w głowie, choć była pewna, że
wampirze zmysły i umysł są w stanie pojąć dosłownie wszystko w krótkim
czasie. Cóż, myliła się. Widok tego miejsca wytrącił ją z równowagi, będąc
niczym podsumowanie wszystkiego, co stało się w krótkim czasie.
Sala, w której
się znajdowała, była piękna. Okazała, przestronna i pełna zdobień,
zwłaszcza na wieńczących okna witrażach. Większość z kolorowych szkiełek
układała się w dość konkretne obrazy, przedstawiające przede wszystkim piękną,
jasnowłosą kobietę – tę samą, którą Beatrycze już miała okazję poznać
osobiście. Selene. Ona i Ciemność, bo i jego postać przewijała się
gdzieś przez poszczególne sceny. Na jednych po prostu byli, na innych walczyli,
choć nawet wtedy wydawali się trwać w harmonii. Byli niczym dwa żywioły, które
siłowały się ze sobą, niezdolne wzajemnie się zniszczyć.
Dookoła
panowało zamieszanie, ale inne niż do tej pory. Tym razem Beatrycze nie obawiała
się, że coś złego spotka ją albo jej najbliższych. Słyszała ciche rozmowy, co
jedynie utwierdziło wampirzycę w przekonaniu, że jej krewne były równie
zszokowane, co i ona. Szeptały między sobą, równie przerażone, co i podekscytowane,
ale to wydawało się w pełni naturalne. W zasadzie Trycze była pewna,
że dla kobiet, które całe wieki spędziły w zamknięciu, nawet nie myśląc o ewentualnym
wyrwaniu się ze świata, który stworzyła dla nich Ciemność, nagłe zmiany musiały
być szokiem równie wielkim, co i wcześniejsze pojawienie się demonów.
Wciąż
kurczowo ściskała Cassandrę za rękę. Trzymała ją mocno i pewnie, w odpowiedzi
doczekując się dokładnie tego samego. To po prostu wydawało się właściwe – fakt,
że jej siostra była tuż obok. Beatrycze czuła się trochę tak, jakby jakiś
niewidzialny mur, który powstał między nimi po śmierci, ot tak runął. I choć
dla Cassandry wiązało się to z powrotem niechcianych, bolesnych wspomnień,
ona też wydawała się z tego powodu szczęśliwa.
– Widzę
mamę – oznajmiła nagle. Te dwa słowa wystarczyły, by Beatrycze wyprostowała się
niczym struna, co najmniej zaniepokojona. – Coś źle wygląda… Idziesz? –
zapytała, doczekawszy się oporu ze strony siostry, ledwo tylko zrobiła krok ku
Ariadnie.
Kobieta
zaszyła się w najbardziej odległym, spokojniejszym krańcu sali.
Obserwowała je, co Beatrycze uprzytomniła sobie w chwili, w której
ich spojrzenia się spotkały – tylko na ułamek sekundy, bo obie niemalże w tym
samym momencie odwróciły wzrok. Coś przewróciło się w żołądku wampirzycy,
zwłaszcza gdy przypominała sobie ostatnią rozmowę z… matką. O ile powinna
ją nazywa w ten sposób po wszystkim, czego się dowiedziała.
Tak
naprawdę nie potrafiła nawet poczuć ulgi na wieść o tym, że Ariadna miała
się dobrze. Nie czuła niczego prócz pustki, choć i to wydawało się lepsze
od gniewu, który wcześniej przejął nad nią kontrolę.
Nie chcę
stać się drugą Ophelią…
Z trudem
powstrzymała dreszcze. W pośpiechu przeniosła wzrok na Cassandrę – w tak
naturalnym geście, że siostra nawet nie wyczuwała jej chwilowego wahania.
– Idź jeśli
chcesz. Ja się jeszcze rozejrzę – rzuciła wymijającym tonem.
Przez twarz
Cassie przemknął cień.
– Wszystko w porządku?
– zmartwiła się. – Czegoś mi nie mówisz, Trycze…
– Jasne, że
wszystko gra. Teraz już musi – zapewniła, z premedytacją ignorując dalszą
część wypowiedzi siostry. – Cóż… Mama – dodała, choć to słowo z trudem
przeszło jej przez usta – nie wygląda, jakby potrzebowała towarzystwa. Z twojego
się ucieszy, ale z mojego niekoniecznie.
– Teraz wszystko
jest inne. Nawet jeśli się pokłóciłyście… – Cassandra urwała, jednak decydując się
odpuścić. Jedynie skinęła głowa. – Znajdę cię później.
Beatrycze
odpowiedziała jej uśmiechem. Nie miała wątpliwości, że Cassie dobrze wiedziała,
że coś się stało, ale ten jeden raz lepiej było nie wnikać w szczegóły. Odprowadziła
siostrę wzrokiem, kiedy ta ruszyła ku Ariadnie, wcześniej na krótką chwilę
oglądając się przez ramię. Błękitne oczy Cassandry wyrażały przede wszystkim
troskę, ale nic ponadto. I, cholera, tak było lepiej, a przynajmniej w to
próbowała wierzyć Trycze.
– Co
planujesz?
Wzdrygnęła
się, gdy tuż za plecami usłyszała znajomy głos. Lawrence pojawił się dosłownie
znikąd, nagle materializując się u jej boku. Jego dłonie zacisnęły się na
ramionach Beatrycze, ale nie odebrała tego jako próbę powstrzymania przed zrobieniem
czegoś głupiego. Och, w zasadzie jak go znała, to pewnie jeszcze by
przyklasnął, gdyby zdecydowała się rozpętać Ariadnie piekło – tu, na samym środku
sali, pośród tych wszystkich kobiet.
Nie
odpowiedziała od razu. Z wolna okręciła się tak, by móc spojrzeć wprost w rubinowe
tęczówki L. Wtedy też zauważyła Carlisle’a i to wystarczyło, żeby się
rozluźniła – tylko nieznacznie, ale jednak. Westchnęła cicho i – starając
się ignorować pytające spojrzenie syna – w końcu zdecydowała się odezwać.
– Nic. – Wzruszyła
ramionami. – Pozwolę temu toczyć się swoim rytmem – dodała, próbując przekonać
samą siebie, że tak faktycznie było najlepiej.
– Hm…
Po wyrazie twarzy
Lawrence’a trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Lekko
przekrzywił głowę, lustrując wzrokiem twarz Beatrycze, ale nie odezwał się nawet
słowem, wszelakie uwagi decydując się zostawić dla siebie. „Jesteś pewna?” –
doszukała się w jego spojrzeniu, ale i tego pytania nie zadał na
głos. Całe szczęście, bo i tak nie miałaby pojęcia, co powinna mu
odpowiedzieć.
Nie była niczego
pewna i to już od dłuższego czasu. Cóż, może poza jednym: tym, że nade wszystko
pragnęła zostać z tymi, których kochała. Sprawa Ariadny pozostawała czymś,
o czym dużo prościej było nie myśleć. Beatrycze chciała udawać, że pewne
rzeczy wcale nie miały miejsca – w tym również to, że okazała się zdolna
ot tak rzucić na matkę. Wspomnienie tego momentu – gniewu, sposobu, w jaki
zaciskała palce na gardle kobiety – jawiło jej się jako odległe i jakby nieprawdziwe.
I choć Beatrycze wiedziała, że w ten sposób oszukuje samą siebie,
naprawdę chciała w to wierzyć.
Powstrzymała
się przed spojrzeniem w ślad za Cassandrą. Możliwe, że powinna jej
powiedzieć. Mogłaby wykrzyczeć to wszystkim – tu, teraz, póki wszystkie krewne
znajdowały się w jednym miejscu. Mogła, ale…
Później,
zadecydowała stanowczo. Działanie pod wpływem emocji zdecydowanie nie było w tej
sytuacji dobrym pomysłem.
Sama
Ariadna jej tego nie ułatwiała. Zachowywała się inaczej, nagle zdystansowana i milcząca.
Matka zawsze była osoba, która szybko przejmowała kontrolę. Również między tu i teraz
– tak jak i Gaja – pozostawała tą, której oddawano dowodzenie. Może brało
się to z jej charakteru, a może tego, że fizycznie naprawdę wyglądała
na najstarszą – Beatrycze nie miała pewności. Wiedziała za to, że to Ariadny
niepodobne było, by ot tak obserwowała, ignorując wszystko i wszystkich
wokół. Tak czy siak, choć takie zachowanie nie oznaczało, że kobieta
czegokolwiek żałowała, ta odrobiona pokory utwierdziła wampirzycę w przekonaniu,
że lepiej było zostawić rozwiązanie tej kwestii na później… Dużo później.
– Elena jeszcze
nie wróciła. – Głos Carlisle’a wyrwał ją z zamyślenia. Zmianę tematu kobieta
przyjęła niemalże z ulgą. – Ani ona, ani Rafael…
– Och, pewnie
zaszyli się w jakimś uroczym miejscu – rzucił jakby od niechcenia L. – Nie
pozabijali się przez tyle czasu, więc teraz też nie ma się czym martwić.
Carlisle
rzucił ojcu co najmniej poirytowane spojrzenie. Wciąż był niespokojny, nie
tylko z powodu nieobecności córki. Beatrycze już wcześniej zorientowała się,
że sytuacja wytrąciła go z równowagi o wiele bardziej, niż mogłoby
się wydawać. Uwagi L. nie pomagały, ale nie miała siły próbować przywołać
wampira do porządku.
– To nie
jest takie proste. Rafael przez chwilę… – zaczął natychmiast Carlisle, ale nie
miał okazji dokończyć, bo w tym samym momencie ktoś dosłownie wykrzyczał
jego imię.
Tyle
wystarczyło. Wampir zamilkł, błyskawicznie zwracając się ku Esme. Kobieta rzuciła
się w jego stronę, błyskawicznie pokonując dzielącą ich odległość i wpadając
mu w ramiona w tak bezceremonialny, gwałtowny sposób, że gdyby wciąż byli
ludźmi, jak nic wylądowaliby na posadzce. Beatrycze nie przypominała sobie,
kiedy i czy w ogóle ostatnim razem ta dwójka pozwoliła sobie na bardziej
publiczne okazywanie uczuć, ale to nie miało znaczenia. Po wszystkim, co się
wydarzyło, brak kontroli wydawał się w pełni uzasadniony.
Bijąca od Esme
ulga była wręcz wyczuwalna. Choć wampiry z natury cieszyły się jasną
karnacją, kobieta wydawała się bledsza i bardziej roztrzęsiona niż
zazwyczaj. Wpadła mężowi w ramiona, w następnej sekundzie wpijając
się wargami w jego usta. To był pełen ulgi, gwałtowny pocałunek, który ten
bez wahania odwzajemnił. Patrząc na to, Beatrycze poczuła się jak intruz, ale
to też było właściwe. Po prostu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nawet nie
próbując ukrywać uśmiechu.
Właśnie
wtedy coś przykuło jej uwagę. Albo raczej ktoś, choć znajomych osób było
więcej. Bella i Edward w oszołomieniu wodzili wzrokiem dookoła,
wyraźnie zdezorientowani. Wampirzycy nie zaskoczył szok w ich oczach, skoro
nagle znaleźli się w otoczeniu całkowicie im obcych, jasnowłosych kobiet –
ludzkich, przerażonych, tłoczących się w jednym miejscu. W normalnym wypadku
Beatrycze natychmiast skorzystałaby z okazji, żeby do nich podejść i wszystko
wyjaśnić, ale właśnie wtedy dostrzegła kogoś jeszcze.
Leana
trzymała się na uboczu, z uporem wpatrując we własne stopy. Jasne włosy
opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając. Wyglądała blado, ale – co
najważniejsze – była cała.
– Leana…
Leana!
Bez
zastanowienia ruszyła w jej stronę – początkowo szybkim krokiem, potem
biegiem. Zanim się obejrzała, trzymała wciąż milczącą siostrę w ramionach,
kurczowo tuląc ją do siebie. Wyczuła, że ta w pierwszym odruchu zesztywniała,
po prostu tkwiąc w objęciach siostry. Wyprostowała się niczym struna, całą
spięta i jakby chętna się wyrwać, a potem…
Beatrycze
drgnęła, kiedy uprzytomniła sobie, że siostra się trzęsie. Dopiero po chwili
dotarło do niej, że Leana płakała – bezgłośnie, ale jednak. Natychmiast
spróbowała ją od siebie odsunąć, gotowa przysiąc, że zrobiła coś nie tak, ale
kobieta skutecznie ją przed tym powstrzymała, niemalże kurczowo zaciskając
palce na przodzie bluzki Trycze.
–
Przepraszam – jęknęła, momentalnie zaczynając szlochać jeszcze bardziej. – Tak
bardzo przepraszam…
– Za co? –
Beatrycze bezceremonialnie chwyciła ją za ramiona. Udało jej się przymusić Leanę
do tego, żeby się odsunęła. Ujęła twarz siostry w obie dłonie, przymuszając
szlochająca dziewczynę do spojrzenia sobie w oczy. – Co się stało? Leano… –
zaczęła raz jeszcze, ale ta w odpowiedzi jedynie potrząsnęła głową.
– Jestem
taka głupia. Jestem…
Zaczęła
mamrotać coś bez ładu i składu, przez co Beatrycze nawet mimo wyostrzonych
zmysłów ledwo mogła ją zrozumieć. Początkowo chciała zaprotestować i zacząć
pytać, ale w ostatniej chwili zrezygnowała, po prostu pozwalając siostrze
płakać. Możliwe, że ta tego potrzebowała. Beatrycze znała to uczucie, zwłaszcza
że dopiero co sama zawodziła w ramionach Lawrence’a, wytrącona z równowagi
tym, czego dowiedziała się o matce.
Właśnie
dlatego pozwoliła Leanie płakać. Po prostu znów przygarnęła ją do siebie, raz
po raz przeczesując palcami jasne włosy siostry. Trzymała ją w ramionach,
delikatnie kołysząc i czekając aż Leanie uda uspokoić się na tyle, by
jednak była wstanie mówić.
– Pamiętam –
usłyszała tuż przy uchu. Głos kobiety wciąż był drżący i zdławiony, ale
tym razem przynajmniej dało się rozróżnić poszczególne słowa. – Tyle czasu…
Byłam pewna, że mnie zostawiłaś, wiesz? Wtedy, kiedy ja… Ale chyba pamiętam. –
Leana energicznie pokręciła głową. – Zabił mnie wampir – powiedziała cicho, a Beatrycze
aż się wzdrygnęła. Wspominanie sposobu śmierci kolejnej z sióstr bolało
równie mocno, co i przypominanie sobie topiącej się Cassandry. – Wołałaś
mnie… Wołałaś moje imię.
–
Przyszliśmy – oznajmiła bez wahania Beatrycze. Potrząsnęła głową. Kolejne słowa
przyszły jej naturalnie, jakby nagle coś przeskoczyło w jej umyśle, odblokowując
wspomnienia, o których zawsze wiedziała, że gdzieś tam były, ale przez
długi czas trzymała je z daleka od siebie. – Ja i Lawrence. Pomógł
mi cię znaleźć i… – Urwała, by złapać oddech. – To ja powinnam cię przepraszać.
Przyszłam wtedy za późno.
Zamknęła
oczy. Jak mogła zapomnieć? Odległy Londyn, znikające kobiety i plotki, w które
ludzie nie chcieli wierzyć. L. za to od początku wiedział, że coś było nie tak.
Co jak co, ale jeszcze jako człowiek miał spore wyczucie, jeśli chodziło o nadnaturalne
zjawiska. Co prawda podążanie za wampirem, kiedy samemu było się człowiekiem,
brzmiało jak szaleństwo, ale nie mieli wyboru. Beatrycze oszalałaby, gdyby nie
miała kogoś, do kogo mogła się zwrócić, kiedy zniknęła Leana. Gdyby nie on…
Tyle że
przyszła za późno. Znalazła siostrę, kiedy było po wszystkim. Leana odeszła – i to
z jej, Beatrycze, winy.
Ale kobieta
nie zachowywała się tak, jakby miała o cokolwiek żal. Płakała, jednak z zupełnie
innego powodu, wciąż szepcąc rzeczy, które dla Trycze nie miały sensu.
– Przyszłaś
po mnie – powtarzała niczym mantrę. – Nie zostawiłaś mnie.
Beatrycze
potrząsnęła głową.
–
Oczywiście, że nie. Leano…
– Byłoby
inaczej, gdybym wiedziała. Gdybym pamiętała… – Kobiecie wyrwał się zdławiony,
rozdzierający wręcz jęk. Chwyciła Beatrycze za ramiona, po czym spojrzała jej
prosto w oczy. Jej własne wciąż pozostawały pełne łez. – Tak bardzo
przepraszam. I ta dziewczyna… Renesmee. Nie ma jej tutaj, a powinnam
ją przeprosić.
– Nie
rozumiem…
Leana
potrząsnęła głową.
– Zrobiłam
coś bardzo złego. Tak bardzo przepraszam – powtórzyła z uporem. – Powiesz
jej, jeśli ją zobaczysz? Proszę.
– Jasne, że
tak – obiecała pośpiesznie Beatrycze. Nie rozumiała, co się działo, ale miała
wrażenie, że siostra nie uspokoi się, póki nie otrzyma tego zapewnienia. –
Powiem jej wszystko, jeśli tego chcesz, ale Leano… – zaczęła raz jeszcze, jednak
nie miała okazji, by dodać cokolwiek więcej.
– Masz na
imię… Leana?
Głos, który
nagle włączył się do ich rozmowy, należał do mężczyzny. Beatrycze nie zauważyła
go wcześniej, niezdolna stwierdzić od jak dawna nieznajomy przesłuchiwał się
ich rozmowie. A jednak stał tuż obok – dosłownie na wyciągnięcie ręki –
śmiertelnie blady, zszokowany i wpatrzony wprost we wtuloną w wampirzycę
Leanę.
Kobieta
zesztywniała, gwałtownie obracając się ku przybyszowi. Ona dla odmiany go
rozpoznała, a przynajmniej to sugerowała jej reakcja. Jasne oczy jak na
zawołanie wypełniły się świeżymi łzami; nagle drżała jeszcze bardziej, chwiejąc
się na nogach i w oszołomieniu przypatrując ludzkiemu mężczyźnie.
– O mój
Boże – wyrwało jej się. – O mój… Jesteś tutaj. – Leana potrząsnęła głową. –
Ulrich…
Sam
zainteresowany uniósł brwi. W jego oczach pojawiła się konsternacja.
– Co tu się…?
– Zamilkł, w ostatniej chwili rezygnując z dokończenia pytania. Coś w jego
reakcji dało Beatrycze do zrozumienia, że w ostatnim czasie musiał zadawać
je sobie nader często. – Nieważne. Wiem jak to brzmi, ale… pytam poważnie. Czy
ty…?
– Tak
bardzo przepraszam – powtórzyła Leana.
Beatrycze
mogła tylko zgadywać, co znów się działo. Była świadkiem czegoś, czego
absolutnie nie rozumiała, ale starała się o tym nie myśleć. Po prostu obserwowała,
czekając na wyjaśnienia albo cokolwiek, co mogłaby uznać za punkt zaczepienia.
Na twarzy
Ulricha odmalował się szok. Zdezorientowany czy nie, wydawał się rozumieć słowa
Leany lepiej niż przypuszczał.
– Jasna
cholera… – wyrwało mu się. – Renesmee to nie jest twoja siostra, prawda? –
dodał, a Leana jedynie potrząsnęła głową.
– Nawet nie
wiem, jak ci to wytłumaczyć.
– Chyba nie
chcę rozumieć – stwierdził w odpowiedzi. – Ja nie… Leano? – powiedział w końcu,
raz po raz mierząc dziewczynę wzrokiem.
Patrzył na
nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy, choć ich słowa sugerowały, że poznali
się wcześniej. Leana westchnęła, spuściła wzrok, po czym przestąpiła krok
naprzód. Stanęła tuż przed tym śmiertelnikiem, bezradnie rozkładając ramiona i jakby
chcąc się zaprezentować. Wciąż lekko drżała, chwiejąc się na nogach i jakby
mając problem z tym, by utrzymać się w pionie.
– To… ja –
powiedziała cicho. Głos tylko nieznacznie jej zadrżał. – Obawiam się, że
dopiero teraz we własnej osobie.
– Jak ja
niby mam to rozumieć?
Ulrich
zadał to pytanie tonem, który jednoznacznie sugerował, że tak naprawdę wcale
nie oczekiwał odpowiedzi. Wciąż w oszołomieniu wpatrywał się w stojącą
przed nią kobietę. Otworzył usta, jakby chcąc coś dodać, ale ostatecznie z jego
ust nie padło nawet jedno słowo. On po prostu stał, patrzył i próbował
poukładać coś, co najwyraźniej przerastało go pod każdym możliwym względem.
– Nie sądziłam,
że cię w to wciągnę. Nie powinnam – odezwała się ponownie Leana, starannie
dobierając słowa. Unikała spoglądania zarówno na Beatrycze, jak i na stojącego
przed nią mężczyznę. Zwłaszcza na niego. – Nie tak powinnam ci się odpłacać za
to, co dla mnie zrobiłeś. Nie kłamstwem, ale ja… Pogubiłam się, wiesz? –
Parsknęła nieco nerwowym śmiechem. – Wciąż jestem zagubiona. I zrobiłam
coś tak głupiego, ale… Wiesz, dzięki tobie przez chwilę czułam się lepiej. Jesteś
dobrym człowiekiem. Najlepszym, jakiego kiedykolwiek poznałam.
Mówiła bez
ładu i składu, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa.
Wciąż na niego nie patrzyła, zupełnie jakby uparła się wywiercić spojrzeniem
dziurę w lśniącej posadzce. Łzy nadal płynęły po jej twarzy, ginąc w poplątanych
włosach.
Ale
uśmiechała się i to było szczere. Leana była blada, zapłakana i przerażona,
a jednak… zwracając się do tego śmiertelnika, biło od niej przede wszystkim
szczęście.
Och, Leano…,
pomyślała w oszołomieniu Beatrycze. Wciąż nie rozumiała, czując się tak,
jakby próbowała ułożyć w głowie obrazek z wciąż rozsypanych,
wymieszanych puzzli. Na pierwszy rzut oka było to niemożliwe, ale…
A potem do
głowy przyszła jej co najmniej szalona, ale zarazem zadziwiająco sensowna myśl.
Jedna, która w tym wszystkim naprawdę wydawała się możliwa.
Renesmee.
Ciało Renesmee zniknęło, kiedy coś…
Słodki
Jezu, Leano…
Mętlik w głowie
przybrał na sile, ale powoli zaczynała do tego przywykać. Nie miała pewności,
na ile sensowne były jej podejrzenia, jednak w tamtej chwili wszystko
zaczęło składać się w całości. Ciało Renesmee zniknęło, kiedy pojawił się
Łowca, co zinterpretowali w dość jednoznaczny sposób, zwłaszcza gdy
okazało się, że dziewczyna wciąż wisiała gdzieś na granicy światów. Zresztą jak
w ogóle mieliby wpaść na inny scenariusz? Beatrycze na usta wciąż cisnęły
się dziesiątki pytań, które pragnęła zadać siostrze, ale ostatecznie nie
wypowiedziała żadnego z nich. Na to jeszcze miały mieć czas, nie
wspominając o tym, że Leana wciąż nie wyglądała na zdolną do prowadzenia
jakiejkolwiek poważniejszej rozmowy.
Później…
Ile razy jeszcze dzisiaj to pomyślę?, zapytała samą siebie. Leana, Ariadna…
Miała coraz więcej powodów, by pragnąć uciec, zaszyć się w kącie i udawać,
że nic wartego uwagi nie miało miejsca. Co prawda to nie różniło się od stanu
nieświadomości, w którym trzymała je wszystkie Ciemność, ale czy to było
aż takie złe?
Ulrich
milczał, wciąż wpatrzony w Leanę. Beatrycze nie wyczuła nim niczego
wyjątkowego, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że był człowiekiem.
To, że wplątał się w sam środek konfliktów między nieśmiertelnymi istotami
samo w sobie musiało być szokujące. Przynajmniej ominęło go zamieszanie nad
jeziorem, ale Trycze wątpiła, by w przypadku kogoś, kto na co dzień raczej
nie obcował z wampirami, takie ustępstwo robiło różnicę.
– Ja… Ehm,
rozumiem – szepnęła Leana. Głos zadrżał jej tylko nieznacznie, kiedy w pośpiechu
odwróciła się na pięcie. – Za dużo wrażeń. Chciałabym… powiedzieć ci coś
więcej, ale nie wiem jak. Po prostu wybacz mi, że cię okłamałam i…
– Chwila. –
Kobieta aż wzdrygnęła się, kiedy Ulrichowi jednak udało się wydobyć z siebie
głos. – Jedna rzecz. Ty… to jesteś ty? – wypalił i choć pytanie brzmiało
co najmniej dziwnie, Leana skinęła głową.
– Na to
wygląda.
Przez twarz
Ulricha przemknął cień. Chwilę wahał się, wyraźnie próbując uporządkować to, co
działo się wokół niego.
– Czy w takim
razie… – zaczął w końcu. – Dobry Boże, czy ty jesteś martwa? – zapytał,
spoglądając Leanie prosto w oczy.
Kobieta
poruszyła się niespokojnie, kuląc tak, jakby ktoś ją uderzył. Świeże łzy
spłynęły po jej policzkach.
– Umarłam
bardzo dawno temu… Ale wiesz co? Nawet za życia nie czułam się lepiej niż pod
twoją opieką. Dziękuję.
Wraz z tymi
słowami, Leana pośpiesznie się oddaliła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz