24 sierpnia 2019

Trzysta sześćdziesiąt

Beatrycze
Powiodła wzrokiem dookoła. Od nadmiaru bodźców aż zakręciło jej się w głowie, choć była pewna, że wampirze zmysły i umysł są w stanie pojąć dosłownie wszystko w krótkim czasie. Cóż, myliła się. Widok tego miejsca wytrącił ją z równowagi, będąc niczym podsumowanie wszystkiego, co stało się w krótkim czasie.
Sala, w której się znajdowała, była piękna. Okazała, przestronna i pełna zdobień, zwłaszcza na wieńczących okna witrażach. Większość z kolorowych szkiełek układała się w dość konkretne obrazy, przedstawiające przede wszystkim piękną, jasnowłosą kobietę – tę samą, którą Beatrycze już miała okazję poznać osobiście. Selene. Ona i Ciemność, bo i jego postać przewijała się gdzieś przez poszczególne sceny. Na jednych po prostu byli, na innych walczyli, choć nawet wtedy wydawali się trwać w harmonii. Byli niczym dwa żywioły, które siłowały się ze sobą, niezdolne wzajemnie się zniszczyć.
Dookoła panowało zamieszanie, ale inne niż do tej pory. Tym razem Beatrycze nie obawiała się, że coś złego spotka ją albo jej najbliższych. Słyszała ciche rozmowy, co jedynie utwierdziło wampirzycę w przekonaniu, że jej krewne były równie zszokowane, co i ona. Szeptały między sobą, równie przerażone, co i podekscytowane, ale to wydawało się w pełni naturalne. W zasadzie Trycze była pewna, że dla kobiet, które całe wieki spędziły w zamknięciu, nawet nie myśląc o ewentualnym wyrwaniu się ze świata, który stworzyła dla nich Ciemność, nagłe zmiany musiały być szokiem równie wielkim, co i wcześniejsze pojawienie się demonów.
Wciąż kurczowo ściskała Cassandrę za rękę. Trzymała ją mocno i pewnie, w odpowiedzi doczekując się dokładnie tego samego. To po prostu wydawało się właściwe – fakt, że jej siostra była tuż obok. Beatrycze czuła się trochę tak, jakby jakiś niewidzialny mur, który powstał między nimi po śmierci, ot tak runął. I choć dla Cassandry wiązało się to z powrotem niechcianych, bolesnych wspomnień, ona też wydawała się z tego powodu szczęśliwa.
– Widzę mamę – oznajmiła nagle. Te dwa słowa wystarczyły, by Beatrycze wyprostowała się niczym struna, co najmniej zaniepokojona. – Coś źle wygląda… Idziesz? – zapytała, doczekawszy się oporu ze strony siostry, ledwo tylko zrobiła krok ku Ariadnie.
Kobieta zaszyła się w najbardziej odległym, spokojniejszym krańcu sali. Obserwowała je, co Beatrycze uprzytomniła sobie w chwili, w której ich spojrzenia się spotkały – tylko na ułamek sekundy, bo obie niemalże w tym samym momencie odwróciły wzrok. Coś przewróciło się w żołądku wampirzycy, zwłaszcza gdy przypominała sobie ostatnią rozmowę z… matką. O ile powinna ją nazywa w ten sposób po wszystkim, czego się dowiedziała.
Tak naprawdę nie potrafiła nawet poczuć ulgi na wieść o tym, że Ariadna miała się dobrze. Nie czuła niczego prócz pustki, choć i to wydawało się lepsze od gniewu, który wcześniej przejął nad nią kontrolę.
Nie chcę stać się drugą Ophelią…
Z trudem powstrzymała dreszcze. W pośpiechu przeniosła wzrok na Cassandrę – w tak naturalnym geście, że siostra nawet nie wyczuwała jej chwilowego wahania.
– Idź jeśli chcesz. Ja się jeszcze rozejrzę – rzuciła wymijającym tonem.
Przez twarz Cassie przemknął cień.
– Wszystko w porządku? – zmartwiła się. – Czegoś mi nie mówisz, Trycze…
– Jasne, że wszystko gra. Teraz już musi – zapewniła, z premedytacją ignorując dalszą część wypowiedzi siostry. – Cóż… Mama – dodała, choć to słowo z trudem przeszło jej przez usta – nie wygląda, jakby potrzebowała towarzystwa. Z twojego się ucieszy, ale z mojego niekoniecznie.
– Teraz wszystko jest inne. Nawet jeśli się pokłóciłyście… – Cassandra urwała, jednak decydując się odpuścić. Jedynie skinęła głowa. – Znajdę cię później.
Beatrycze odpowiedziała jej uśmiechem. Nie miała wątpliwości, że Cassie dobrze wiedziała, że coś się stało, ale ten jeden raz lepiej było nie wnikać w szczegóły. Odprowadziła siostrę wzrokiem, kiedy ta ruszyła ku Ariadnie, wcześniej na krótką chwilę oglądając się przez ramię. Błękitne oczy Cassandry wyrażały przede wszystkim troskę, ale nic ponadto. I, cholera, tak było lepiej, a przynajmniej w to próbowała wierzyć Trycze.
– Co planujesz?
Wzdrygnęła się, gdy tuż za plecami usłyszała znajomy głos. Lawrence pojawił się dosłownie znikąd, nagle materializując się u jej boku. Jego dłonie zacisnęły się na ramionach Beatrycze, ale nie odebrała tego jako próbę powstrzymania przed zrobieniem czegoś głupiego. Och, w zasadzie jak go znała, to pewnie jeszcze by przyklasnął, gdyby zdecydowała się rozpętać Ariadnie piekło – tu, na samym środku sali, pośród tych wszystkich kobiet.
Nie odpowiedziała od razu. Z wolna okręciła się tak, by móc spojrzeć wprost w rubinowe tęczówki L. Wtedy też zauważyła Carlisle’a i to wystarczyło, żeby się rozluźniła – tylko nieznacznie, ale jednak. Westchnęła cicho i – starając się ignorować pytające spojrzenie syna – w końcu zdecydowała się odezwać.
– Nic. – Wzruszyła ramionami. – Pozwolę temu toczyć się swoim rytmem – dodała, próbując przekonać samą siebie, że tak faktycznie było najlepiej.
– Hm…
Po wyrazie twarzy Lawrence’a trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Lekko przekrzywił głowę, lustrując wzrokiem twarz Beatrycze, ale nie odezwał się nawet słowem, wszelakie uwagi decydując się zostawić dla siebie. „Jesteś pewna?” – doszukała się w jego spojrzeniu, ale i tego pytania nie zadał na głos. Całe szczęście, bo i tak nie miałaby pojęcia, co powinna mu odpowiedzieć.
Nie była niczego pewna i to już od dłuższego czasu. Cóż, może poza jednym: tym, że nade wszystko pragnęła zostać z tymi, których kochała. Sprawa Ariadny pozostawała czymś, o czym dużo prościej było nie myśleć. Beatrycze chciała udawać, że pewne rzeczy wcale nie miały miejsca – w tym również to, że okazała się zdolna ot tak rzucić na matkę. Wspomnienie tego momentu – gniewu, sposobu, w jaki zaciskała palce na gardle kobiety – jawiło jej się jako odległe i jakby nieprawdziwe. I choć Beatrycze wiedziała, że w ten sposób oszukuje samą siebie, naprawdę chciała w to wierzyć.
Powstrzymała się przed spojrzeniem w ślad za Cassandrą. Możliwe, że powinna jej powiedzieć. Mogłaby wykrzyczeć to wszystkim – tu, teraz, póki wszystkie krewne znajdowały się w jednym miejscu. Mogła, ale…
Później, zadecydowała stanowczo. Działanie pod wpływem emocji zdecydowanie nie było w tej sytuacji dobrym pomysłem.
Sama Ariadna jej tego nie ułatwiała. Zachowywała się inaczej, nagle zdystansowana i milcząca. Matka zawsze była osoba, która szybko przejmowała kontrolę. Również między tu i teraz – tak jak i Gaja – pozostawała tą, której oddawano dowodzenie. Może brało się to z jej charakteru, a może tego, że fizycznie naprawdę wyglądała na najstarszą – Beatrycze nie miała pewności. Wiedziała za to, że to Ariadny niepodobne było, by ot tak obserwowała, ignorując wszystko i wszystkich wokół. Tak czy siak, choć takie zachowanie nie oznaczało, że kobieta czegokolwiek żałowała, ta odrobiona pokory utwierdziła wampirzycę w przekonaniu, że lepiej było zostawić rozwiązanie tej kwestii na później… Dużo później.
– Elena jeszcze nie wróciła. – Głos Carlisle’a wyrwał ją z zamyślenia. Zmianę tematu kobieta przyjęła niemalże z ulgą. – Ani ona, ani Rafael…
– Och, pewnie zaszyli się w jakimś uroczym miejscu – rzucił jakby od niechcenia L. – Nie pozabijali się przez tyle czasu, więc teraz też nie ma się czym martwić.
Carlisle rzucił ojcu co najmniej poirytowane spojrzenie. Wciąż był niespokojny, nie tylko z powodu nieobecności córki. Beatrycze już wcześniej zorientowała się, że sytuacja wytrąciła go z równowagi o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać. Uwagi L. nie pomagały, ale nie miała siły próbować przywołać wampira do porządku.
– To nie jest takie proste. Rafael przez chwilę… – zaczął natychmiast Carlisle, ale nie miał okazji dokończyć, bo w tym samym momencie ktoś dosłownie wykrzyczał jego imię.
Tyle wystarczyło. Wampir zamilkł, błyskawicznie zwracając się ku Esme. Kobieta rzuciła się w jego stronę, błyskawicznie pokonując dzielącą ich odległość i wpadając mu w ramiona w tak bezceremonialny, gwałtowny sposób, że gdyby wciąż byli ludźmi, jak nic wylądowaliby na posadzce. Beatrycze nie przypominała sobie, kiedy i czy w ogóle ostatnim razem ta dwójka pozwoliła sobie na bardziej publiczne okazywanie uczuć, ale to nie miało znaczenia. Po wszystkim, co się wydarzyło, brak kontroli wydawał się w pełni uzasadniony.
Bijąca od Esme ulga była wręcz wyczuwalna. Choć wampiry z natury cieszyły się jasną karnacją, kobieta wydawała się bledsza i bardziej roztrzęsiona niż zazwyczaj. Wpadła mężowi w ramiona, w następnej sekundzie wpijając się wargami w jego usta. To był pełen ulgi, gwałtowny pocałunek, który ten bez wahania odwzajemnił. Patrząc na to, Beatrycze poczuła się jak intruz, ale to też było właściwe. Po prostu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nawet nie próbując ukrywać uśmiechu.
Właśnie wtedy coś przykuło jej uwagę. Albo raczej ktoś, choć znajomych osób było więcej. Bella i Edward w oszołomieniu wodzili wzrokiem dookoła, wyraźnie zdezorientowani. Wampirzycy nie zaskoczył szok w ich oczach, skoro nagle znaleźli się w otoczeniu całkowicie im obcych, jasnowłosych kobiet – ludzkich, przerażonych, tłoczących się w jednym miejscu. W normalnym wypadku Beatrycze natychmiast skorzystałaby z okazji, żeby do nich podejść i wszystko wyjaśnić, ale właśnie wtedy dostrzegła kogoś jeszcze.
Leana trzymała się na uboczu, z uporem wpatrując we własne stopy. Jasne włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając. Wyglądała blado, ale – co najważniejsze – była cała.
– Leana… Leana!
Bez zastanowienia ruszyła w jej stronę – początkowo szybkim krokiem, potem biegiem. Zanim się obejrzała, trzymała wciąż milczącą siostrę w ramionach, kurczowo tuląc ją do siebie. Wyczuła, że ta w pierwszym odruchu zesztywniała, po prostu tkwiąc w objęciach siostry. Wyprostowała się niczym struna, całą spięta i jakby chętna się wyrwać, a potem…
Beatrycze drgnęła, kiedy uprzytomniła sobie, że siostra się trzęsie. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Leana płakała – bezgłośnie, ale jednak. Natychmiast spróbowała ją od siebie odsunąć, gotowa przysiąc, że zrobiła coś nie tak, ale kobieta skutecznie ją przed tym powstrzymała, niemalże kurczowo zaciskając palce na przodzie bluzki Trycze.
– Przepraszam – jęknęła, momentalnie zaczynając szlochać jeszcze bardziej. – Tak bardzo przepraszam…
– Za co? – Beatrycze bezceremonialnie chwyciła ją za ramiona. Udało jej się przymusić Leanę do tego, żeby się odsunęła. Ujęła twarz siostry w obie dłonie, przymuszając szlochająca dziewczynę do spojrzenia sobie w oczy. – Co się stało? Leano… – zaczęła raz jeszcze, ale ta w odpowiedzi jedynie potrząsnęła głową.
– Jestem taka głupia. Jestem…
Zaczęła mamrotać coś bez ładu i składu, przez co Beatrycze nawet mimo wyostrzonych zmysłów ledwo mogła ją zrozumieć. Początkowo chciała zaprotestować i zacząć pytać, ale w ostatniej chwili zrezygnowała, po prostu pozwalając siostrze płakać. Możliwe, że ta tego potrzebowała. Beatrycze znała to uczucie, zwłaszcza że dopiero co sama zawodziła w ramionach Lawrence’a, wytrącona z równowagi tym, czego dowiedziała się o matce.
Właśnie dlatego pozwoliła Leanie płakać. Po prostu znów przygarnęła ją do siebie, raz po raz przeczesując palcami jasne włosy siostry. Trzymała ją w ramionach, delikatnie kołysząc i czekając aż Leanie uda uspokoić się na tyle, by jednak była wstanie mówić.
– Pamiętam – usłyszała tuż przy uchu. Głos kobiety wciąż był drżący i zdławiony, ale tym razem przynajmniej dało się rozróżnić poszczególne słowa. – Tyle czasu… Byłam pewna, że mnie zostawiłaś, wiesz? Wtedy, kiedy ja… Ale chyba pamiętam. – Leana energicznie pokręciła głową. – Zabił mnie wampir – powiedziała cicho, a Beatrycze aż się wzdrygnęła. Wspominanie sposobu śmierci kolejnej z sióstr bolało równie mocno, co i przypominanie sobie topiącej się Cassandry. – Wołałaś mnie… Wołałaś moje imię.
– Przyszliśmy – oznajmiła bez wahania Beatrycze. Potrząsnęła głową. Kolejne słowa przyszły jej naturalnie, jakby nagle coś przeskoczyło w jej umyśle, odblokowując wspomnienia, o których zawsze wiedziała, że gdzieś tam były, ale przez długi czas trzymała je z  daleka od siebie. – Ja i Lawrence. Pomógł mi cię znaleźć i… – Urwała, by złapać oddech. – To ja powinnam cię przepraszać. Przyszłam wtedy za późno.
Zamknęła oczy. Jak mogła zapomnieć? Odległy Londyn, znikające kobiety i plotki, w które ludzie nie chcieli wierzyć. L. za to od początku wiedział, że coś było nie tak. Co jak co, ale jeszcze jako człowiek miał spore wyczucie, jeśli chodziło o nadnaturalne zjawiska. Co prawda podążanie za wampirem, kiedy samemu było się człowiekiem, brzmiało jak szaleństwo, ale nie mieli wyboru. Beatrycze oszalałaby, gdyby nie miała kogoś, do kogo mogła się zwrócić, kiedy zniknęła Leana. Gdyby nie on…
Tyle że przyszła za późno. Znalazła siostrę, kiedy było po wszystkim. Leana odeszła – i to z jej, Beatrycze, winy.
Ale kobieta nie zachowywała się tak, jakby miała o cokolwiek żal. Płakała, jednak z zupełnie innego powodu, wciąż szepcąc rzeczy, które dla Trycze nie miały sensu.
– Przyszłaś po mnie – powtarzała niczym mantrę. – Nie zostawiłaś mnie.
Beatrycze potrząsnęła głową.
– Oczywiście, że nie. Leano…
– Byłoby inaczej, gdybym wiedziała. Gdybym pamiętała… – Kobiecie wyrwał się zdławiony, rozdzierający wręcz jęk. Chwyciła Beatrycze za ramiona, po czym spojrzała jej prosto w oczy. Jej własne wciąż pozostawały pełne łez. – Tak bardzo przepraszam. I ta dziewczyna… Renesmee. Nie ma jej tutaj, a powinnam ją przeprosić.
– Nie rozumiem…
Leana potrząsnęła głową.
– Zrobiłam coś bardzo złego. Tak bardzo przepraszam – powtórzyła z uporem. – Powiesz jej, jeśli ją zobaczysz? Proszę.
– Jasne, że tak – obiecała pośpiesznie Beatrycze. Nie rozumiała, co się działo, ale miała wrażenie, że siostra nie uspokoi się, póki nie otrzyma tego zapewnienia. – Powiem jej wszystko, jeśli tego chcesz, ale Leano… – zaczęła raz jeszcze, jednak nie miała okazji, by dodać cokolwiek więcej.
– Masz na imię… Leana?
Głos, który nagle włączył się do ich rozmowy, należał do mężczyzny. Beatrycze nie zauważyła go wcześniej, niezdolna stwierdzić od jak dawna nieznajomy przesłuchiwał się ich rozmowie. A jednak stał tuż obok – dosłownie na wyciągnięcie ręki – śmiertelnie blady, zszokowany i wpatrzony wprost we wtuloną w wampirzycę Leanę.
Kobieta zesztywniała, gwałtownie obracając się ku przybyszowi. Ona dla odmiany go rozpoznała, a przynajmniej to sugerowała jej reakcja. Jasne oczy jak na zawołanie wypełniły się świeżymi łzami; nagle drżała jeszcze bardziej, chwiejąc się na nogach i w oszołomieniu przypatrując ludzkiemu mężczyźnie.
– O mój Boże – wyrwało jej się. – O mój… Jesteś tutaj. – Leana potrząsnęła głową. – Ulrich…
Sam zainteresowany uniósł brwi. W jego oczach pojawiła się konsternacja.
– Co tu się…? – Zamilkł, w ostatniej chwili rezygnując z dokończenia pytania. Coś w jego reakcji dało Beatrycze do zrozumienia, że w ostatnim czasie musiał zadawać je sobie nader często. – Nieważne. Wiem jak to brzmi, ale… pytam poważnie. Czy ty…?
– Tak bardzo przepraszam – powtórzyła Leana.
Beatrycze mogła tylko zgadywać, co znów się działo. Była świadkiem czegoś, czego absolutnie nie rozumiała, ale starała się o tym nie myśleć. Po prostu obserwowała, czekając na wyjaśnienia albo cokolwiek, co mogłaby uznać za punkt zaczepienia.
Na twarzy Ulricha odmalował się szok. Zdezorientowany czy nie, wydawał się rozumieć słowa Leany lepiej niż przypuszczał.
– Jasna cholera… – wyrwało mu się. – Renesmee to nie jest twoja siostra, prawda? – dodał, a Leana jedynie potrząsnęła głową.
– Nawet nie wiem, jak ci to wytłumaczyć.
– Chyba nie chcę rozumieć – stwierdził w odpowiedzi. – Ja nie… Leano? – powiedział w końcu, raz po raz mierząc dziewczynę wzrokiem.
Patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy, choć ich słowa sugerowały, że poznali się wcześniej. Leana westchnęła, spuściła wzrok, po czym przestąpiła krok naprzód. Stanęła tuż przed tym śmiertelnikiem, bezradnie rozkładając ramiona i jakby chcąc się zaprezentować. Wciąż lekko drżała, chwiejąc się na nogach i jakby mając problem z tym, by utrzymać się w pionie.
– To… ja – powiedziała cicho. Głos tylko nieznacznie jej zadrżał. – Obawiam się, że dopiero teraz we własnej osobie.
– Jak ja niby mam to rozumieć?
Ulrich zadał to pytanie tonem, który jednoznacznie sugerował, że tak naprawdę wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Wciąż w oszołomieniu wpatrywał się w stojącą przed nią kobietę. Otworzył usta, jakby chcąc coś dodać, ale ostatecznie z jego ust nie padło nawet jedno słowo. On po prostu stał, patrzył i próbował poukładać coś, co najwyraźniej przerastało go pod każdym możliwym względem.
– Nie sądziłam, że cię w to wciągnę. Nie powinnam – odezwała się ponownie Leana, starannie dobierając słowa. Unikała spoglądania zarówno na Beatrycze, jak i na stojącego przed nią mężczyznę. Zwłaszcza na niego. – Nie tak powinnam ci się odpłacać za to, co dla mnie zrobiłeś. Nie kłamstwem, ale ja… Pogubiłam się, wiesz? – Parsknęła nieco nerwowym śmiechem. – Wciąż jestem zagubiona. I zrobiłam coś tak głupiego, ale… Wiesz, dzięki tobie przez chwilę czułam się lepiej. Jesteś dobrym człowiekiem. Najlepszym, jakiego kiedykolwiek poznałam.
Mówiła bez ładu i składu, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. Wciąż na niego nie patrzyła, zupełnie jakby uparła się wywiercić spojrzeniem dziurę w lśniącej posadzce. Łzy nadal płynęły po jej twarzy, ginąc w poplątanych włosach.
Ale uśmiechała się i to było szczere. Leana była blada, zapłakana i przerażona, a jednak… zwracając się do tego śmiertelnika, biło od niej przede wszystkim szczęście.
Och, Leano…, pomyślała w oszołomieniu Beatrycze. Wciąż nie rozumiała, czując się tak, jakby próbowała ułożyć w głowie obrazek z wciąż rozsypanych, wymieszanych puzzli. Na pierwszy rzut oka było to niemożliwe, ale…
A potem do głowy przyszła jej co najmniej szalona, ale zarazem zadziwiająco sensowna myśl. Jedna, która w tym wszystkim naprawdę wydawała się możliwa.
Renesmee. Ciało Renesmee zniknęło, kiedy coś…
Słodki Jezu, Leano…
Mętlik w głowie przybrał na sile, ale powoli zaczynała do tego przywykać. Nie miała pewności, na ile sensowne były jej podejrzenia, jednak w tamtej chwili wszystko zaczęło składać się w całości. Ciało Renesmee zniknęło, kiedy pojawił się Łowca, co zinterpretowali w dość jednoznaczny sposób, zwłaszcza gdy okazało się, że dziewczyna wciąż wisiała gdzieś na granicy światów. Zresztą jak w ogóle mieliby wpaść na inny scenariusz? Beatrycze na usta wciąż cisnęły się dziesiątki pytań, które pragnęła zadać siostrze, ale ostatecznie nie wypowiedziała żadnego z nich. Na to jeszcze miały mieć czas, nie wspominając o tym, że Leana wciąż nie wyglądała na zdolną do prowadzenia jakiejkolwiek poważniejszej rozmowy.
Później… Ile razy jeszcze dzisiaj to pomyślę?, zapytała samą siebie. Leana, Ariadna… Miała coraz więcej powodów, by pragnąć uciec, zaszyć się w kącie i udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca. Co prawda to nie różniło się od stanu nieświadomości, w którym trzymała je wszystkie Ciemność, ale czy to było aż takie złe?
Ulrich milczał, wciąż wpatrzony w Leanę. Beatrycze nie wyczuła nim niczego wyjątkowego, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że był człowiekiem. To, że wplątał się w sam środek konfliktów między nieśmiertelnymi istotami samo w sobie musiało być szokujące. Przynajmniej ominęło go zamieszanie nad jeziorem, ale Trycze wątpiła, by w przypadku kogoś, kto na co dzień raczej nie obcował z wampirami, takie ustępstwo robiło różnicę.
– Ja… Ehm, rozumiem – szepnęła Leana. Głos zadrżał jej tylko nieznacznie, kiedy w pośpiechu odwróciła się na pięcie. – Za dużo wrażeń. Chciałabym… powiedzieć ci coś więcej, ale nie wiem jak. Po prostu wybacz mi, że cię okłamałam i…
– Chwila. – Kobieta aż wzdrygnęła się, kiedy Ulrichowi jednak udało się wydobyć z siebie głos. – Jedna rzecz. Ty… to jesteś ty? – wypalił i choć pytanie brzmiało co najmniej dziwnie, Leana skinęła głową.
– Na to wygląda.
Przez twarz Ulricha przemknął cień. Chwilę wahał się, wyraźnie próbując uporządkować to, co działo się wokół niego.
– Czy w takim razie… – zaczął w końcu. – Dobry Boże, czy ty jesteś martwa? – zapytał, spoglądając Leanie prosto w oczy.
Kobieta poruszyła się niespokojnie, kuląc tak, jakby ktoś ją uderzył. Świeże łzy spłynęły po jej policzkach.
– Umarłam bardzo dawno temu… Ale wiesz co? Nawet za życia nie czułam się lepiej niż pod twoją opieką. Dziękuję.
Wraz z tymi słowami, Leana pośpiesznie się oddaliła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa