23 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt dziewięć

Elena
♪ Beyond the Black – „Million Lightyears”

Opadła na ziemię. Poczuła się dziwnie, kiedy znów poczuła grunt pod stopami – jakby rozczarowana, choć to wydawało się śmieszne. A jednak tak właśnie było i to nie pierwszy raz. Coraz lepiej rozumiała, dlaczego Rafael aż tak dobrze czuł się w pobliżu nieba.
Niebo…
Wzniosła twarz ku nieboskłonu nad jej głową. Gdzieś za plecami wyczuła ruch, kiedy tuż u jej boku pojawiły się dwie kolejne osoby, ale nie zwróciła na towarzystwo większej uwagi. W zamyśleniu wpatrywała się w dwa księżyce, które tak po prostu pojawiły się nad wciąż spokojnym jeziorem. Wraz z zapadnięciem zmroku, między tu a teraz zmieniło się diametralnie. Elena nie miała okazji poznać tego miejsca – nie po zmroku – ale jakoś nie wątpiła, że obecność satelitów miała związek wyłącznie z powrotem Selene.
Cholera jasna, poznała boginię. Jakby tego było mało, wcześniej nawet nie zorientowała się, że osobiście udzielała tej kobiecie rad, zdecydowanie nie zwracając się do niej jak do kogoś wyjątkowego i potężnego. Jak w ogóle mogło do tego dojść…?
Lilan?
Uśmiechnęła się, słysząc nieco tylko zniecierpliwiony głos Rafaela. Wciąż czuła ulgę, gdy jej dotykał, zdecydowanie nie zachowując jak ogarnięty morderczym szałem albo umierający. Co prawda gdyby tylko mogła, natychmiast pozbyłaby się jego koszuli, by upewnić się, że wszystko naprawdę wróciło do normy, ale… na to jeszcze miał przyjść odpowiedni moment. A przynajmniej taką miała nadzieję.
– Poznaję to miejsce – wyszeptała, nie odrywając wzroku od nieba. Potężny, srebrzysty księżyc odbijał się od spokojnej tafli jeziora. Gdzieś w oddali widziała drugi, jarzący się łagodnym, czerwonym blaskiem. – Wcześniej po drugiej stronie były drzewa i… Tam zabrał nas Andreas, prawda?
– Ten świat należy do bogini – wyjaśnił usłużnie Dorian. Chyba go lubiła, choć przez większość czasu milczał, po prostu towarzysząc jej, kiedy przeszukiwali okolicę. Niemniej wydawał się sympatyczny i – co ważniejsze – tak jak i ona dysponował parą lśniących, białych skrzydeł. Wszystko w Elenie aż rwało się do tego, by wciągnąć mężczyznę w dłuższą rozmowę i w końcu poznać odpowiedzi na dręczące ją tyle czasu pytania. – Kiedy Selene się wycofała, zamknęła się w swoim małym skrawku świata. Ciemność… Cóż, Ciemność nie potrafi tworzyć. Nie dosłownie, bo iluzja to nie to samo. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – To było w jego stylu, by wykorzystać piękno, które wyszło spod rąk Selene, dla stworzenia więzienia. Jakoś zapętlił to miejsce.
– Zapętlił…
– O ile się nie mylę, gdziekolwiek te kobiety by nie poszły, prędzej czy później zawsze trafiłyby tutaj. Dom znajdował się w samym centrum.
– Teraz opustoszał.
Z jakiegoś powodu ta myśl wzbudziła w niej smutek. Rezydencja – czy jakkolwiek powinna nazwać posiadłość, która przez wieki służyła jej krewnym za dom – była piękna. Okazała, pełna wyszukanych pokoi, zdobień u udogodnień, za które Elena osobiście by się nie obraziła. Tyle że wciąż pozostawała więzieniem – „złotą klatką”, jak w którymś momencie stwierdziła Beatrycze. Między tu a teraz samo w sobie takie było, jedynie pozornie rajem; w rzeczywistości wypełniały je cienie – niezauważalne na pierwszy rzut oka, ale jednak obecne.
„To nigdy nie był nasz raj”. Słowa wypowiedziane przez Anabelle nagle wydawały się Elenie nader adekwatne.
Nie była pewna, ile czasu spędzili na przeszukiwaniu okolicy. Początkowo przede wszystkim spoglądała na ten świat z góry, trzymając się blisko Rafy i Doriana. To było dziwne – tak po prostu lecieć między demonem a… aniołem. Och, chyba właśnie tak powinna nazywać mężczyznę, który towarzyszył bogini, nawet jeśli to wciąż do niej nie docierało.
Tak czy siak, świat opustoszał. Znaleźli raptem pięć innych kobiet, które ukryły się w rezydencji, gdy tylko zorientowały się, że coś było nie tak. Zdezorientowane, zapłakane i przerażone, ale to wcale nie wydało się Elenie dziwne. Chociaż miała mętlik w głowie po tym, co wydarzyło się nad jeziorem, wolała mierzyć się z nadmiarem informacji niż choćby próbować wyobrazić sobie, co by czuła, kuląc się ze strachu w sypialni. Zresztą zdążyła zorientować się, że chodziło o coś więcej. Kiedy Ciemność ustąpiła, wspomnienia wróciły – to, w jaki sposób umarły i co to oznaczało. W tamtej chwili dziewczyna sama nie była pewna, czy nie prościej byłoby po kres wieczności śnić.
Dorian twierdził, że wszystkim się zajmie i najwyraźniej tak było. Elena nie była pewna czy to dobrze, ale już nawet nie dziwiła jej perspektywa przeniesienia się z miejsca na miejsce właściwie ot tak. Gdzieś podczas kolejnych rozmów wychwyciła imię Andreasa i to niejako utwierdziło ją w przekonaniu, że opiekun Przedsionka miał się dobrze i najwyraźniej nie widział większych przeszkód przed otwieraniem kolejnych przejść, portali czy jak powinna nazwać te wszystkie korytarze, które łączyły poszczególne lokacje. Selene z nich korzystała, chociaż dziewczyna mogła tylko zgadywać, dokąd bogini zdecydowała się zabrać całe towarzystwo.
Szykowały się zmiany. Wciąż nie była pewna czy to dobrze, czy źle, ale z jakiegoś powodu czuła ulgę. Panujący dookoła spokój wydawał się nienaturalny, zwłaszcza po wszystkim, co wydarzyło się w tak krótkim czasie.
– To koniec. – Nie mogła powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. – Koniec… Tak po prostu?
Mimo wszystko miała wątpliwości co do własnych słów. Nie czuła się tak, jakby wygrała. Tak naprawdę wciąż nie rozumiała wielu rzeczy – tego, co wiązało się ze zniknięciem Ophelii i Jilliana, ich słodko-gorzkiego końca i widoku bezradnej, załamującej ręce Selene… Och, no i Ciemność. Ojciec demonów ot tak odszedł, bynajmniej nie zachowując się jak ktoś, kto poniósł porażę. Wręcz przeciwnie, chociaż to nie miało dla niej sensu. Dlaczego miałby się cieszyć, skoro niejako utracił wszystko, co budował przez wieki – całą swoją cudowną kolekcję…?
– Jak znam ojca, to niekoniecznie – stwierdził z rezerwą Rafael. Elena natychmiast przeniosła na niego wzrok. – Spokój nie jest dla niego.
– Najwyraźniej wcale go tak dobrze nie znasz – zauważyła, ale bez cienia złośliwości. – Swoją drogą, miałam rację.
Przez twarz demona przemknął cień.
– W czymże znowu?
– Zapytałam cię kiedyś o matkę, pamiętasz? Byłam pewna, że jakaś musiała istnieć – wyjaśniła, w końcu pozwalając sobie na nieco pogodniejszy ton głosu. – Selene… Cóż, to wiele wyjaśnia.
– Nie wyjaśnia niczego – obruszył się demon. – Zresztą… Och, to nie tak! To znaczy… Nie myśl o tym w kategoriach prawdziwej rodziny, lilan.
– Jasne, jasne. – Wywróciła oczami. – Ale hej! Wciąż jest dla ciebie nadzieja. Dalszej możesz być pierwszym i ukochanym synem – zauważyła przytomnie.
Rzucił jej bliżej nieokreślone, ale – co było dla Eleny najważniejsze – nie zaprotestował. W tamtej chwili nie była w stanie stwierdzić, czego tak naprawdę mógł oczekiwać. Chociaż demon zrzekł się posłuszeństwa wobec ojca już jakiś czas temu, jakoś nie wątpiła, że sytuacja i tak była dla niego trudna. Unikał konfrontacji wystarczająco długo, by nabrała pewności, że tak naprawdę liczył, że jednak nigdy nie będzie musiało do niej dojść.
A teraz było po wszystkim. Zadecydowali – i on, i Mira. Choć wiedziała, że prędzej czy później do tego dojdzie, słowa, które padły podczas kolacji, znaczyły dla Eleny więcej niż cokolwiek innego.
– Cóż… O ile nie macie jakichś pomysłów, wypadałoby się zbierać. – Dorian zdecydował się przerwać przeciągającą się ciszę. W milczeniu obserwował jezioro. – Wierzę, że Selene ma wszystko pod kontrolą, ale chciałbym przy niej być, kiedy zacznie przemawiać.
– Długo się znacie? – zapytała, natychmiast zwracając się do anioła. Poczuła się dziwnie, kiedy ich spojrzenia się spotkały. – Ja… Cholera, nie miałam pojęcia, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy.
Kąciki ust mężczyzny powędrowały ku górze.
– Trochę to było nieuczciwe ze strony mojej i pani, ale nie przywykłem podważać jej decyzji. Wciąż się wahała, ale ty… Dodałaś jej pewności siebie, Eleno – wyjaśnił ze spokojem.
– Ja przecież nie…
– Ależ tak! – zapewnił pośpiesznie Dorian. – Nie zdajesz sobie sprawy jak długo martwiłem się o moją panią, kiedy tak biernie obserwowała. Czasem zdarzało jej się zaingerować, ale… – Westchnął przeciągle. – Selene to najcudowniejsza istota, jaką przyszło mi poznać. I zrobiłbym dla niej wszystko, ale nigdy tak naprawdę nie miałem okazji. Czasami… – Wzruszył ramionami. – Ach, wybacz to moje narzekanie. Teraz i tak już nie ma znaczenia.
– To nie jest narzekanie – zaoponowała natychmiast Elena. – Za to ja naprawdę niczego nie zrobiłam. Nigdy nie… O bogini – wyrwało jej się, chociaż tym razem te słowa zabrzmiały co najmniej dziwne. Myślenie o Selene, kiedy ta okazała się prawdziwa, zaczynało być problematyczne. – Nie nadaję się na anioła. Tak jak powiedziała Ciemność… I to nie tylko dlatego, że znów udało mi się przywołać ten przeklęty miecz.
– Twój przeklęty miecz uratował sytuację – wtrącił Rafael.
Prychnęła. Momentalnie zapragnęła mu przyłożyć – najmocniej jak tylko byłaby w stanie, tym razem bez użycia Niebiańskiego Ognia.
– Nadziałeś się na mój przeklęty miecz. Jesteś idiotą, Rafa!
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że się roześmieje – w szczery, serdeczny sposób. Czasami wciąż czuła się dziwnie, kiedy zachowywał się ludzko. Jak jeszcze była w stanie do tego przywyknąć, kiedy zostawali sami, zdolny do okazania uczuć Rafael w towarzystwie pozostawał nie lada zaskoczeniem. Co prawda tym razem towarzyszył im tylko Dorian, ale Elena i tak nie spodziewała się, że jej demoniczny mąż pokusi się o to, by bezceremonialnie przyciągnąć ją do siebie. Niemalże z czułością ujął ją za obie dłonie; spojrzeniem niemalże przenikał dziewczynę na wskroś.
– Ale za to spełniłaś obietnicę. Nie pozwoliłaś mi się zabić… Z moją pomocą, ale jednak – stwierdził, spoglądając jej w oczy.
– Umieranie to nie sposób na spełnienie obietnicy – wymamrotała, ale kolejny raz doczekała się wyłącznie zaczepnego uśmiechu.
– Nie umarłem.
– Bo wtrąciła się twoja matka – obruszyła się Elena. Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Zresztą jak sobie chcesz. Odpłacę ci się za to. Teraz i tak nie masz wyboru – dodała, a brwi demona powędrowały ku górze.
– Doprawdy?
Miała mu odpowiedzieć, ale powstrzymał ją szelest rozkładanych skrzydeł. W roztargnieniu spojrzała na Doriana akurat w momencie, w którym ten poderwał się do lotu.
– Zrobię jeszcze jedną rundkę. Nie przeszkadzajcie sobie – rzucił na pożegnanie.
Elena jedynie cicho westchnęła. Dzięki, pomyślała, mając nadzieję, że anioł był w stanie jakimś cudem tę myśl wychwycić. Jego intencje były oczywiste, a to, że dawał im czas, jedynie utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wciąż go mieli. Dopiero wtedy też dotarło do niej, że wciąż była spięta, podświadomie czekając, aż coś pójdzie nie tak – aż okaże się co najwyżej kolejną iluzją, która dobiegnie do końca, na powrót rzucając ich w sam środek chaosu i szaleństwa.
Tyle że kolejne sekundy mijały, a jednak nie działo się nic, co mogłoby wzbudzić w Elenie niepokój. Wręcz przeciwnie, bo nagle nalazła się w ramionach Rafaela. Trzymał ją pewnie, raz po raz przeczesując palcami jej włosy – delikatnie, tylko na końcówkach, dokładnie tak jak lubiła. Świadomie czy nie, wciąż uczył się o niej więcej niż mogłaby sądzić. Jego ruchy, gesty, słowa… To wszystko mówiło samo za siebie, nawet jeśli chwilami i tak wydawał jej się cudownie nieporadny i nieświadomy.
– Popatrz – usłyszała tuż przy uchu.
Jego ciepły oddech owiał jej policzek. Zadrżała, po czym mocniej przywarła do demona, wtulając twarz w jego tors. Złożyła skrzydła, pozwalając, by te splotły się z jego – białe i czarne pióra, w idealnej harmonii nawet mimo sposobu, w jaki ze sobą kontrastowały. To po prostu było właściwe.
Uniosła głowę, by móc zorientować się, gdzie patrzył Rafael. Wystarczyła chwila, by pojęła, że wpatrywał się wprost w spokojne, będące niczym lustrzane odbicie nieba nad ich głowami jezioro. Zawahała się, przez moment zdolna wyłącznie spoglądać na ich kopię w wodzie. Rafael tulił ją do siebie, spokojny, rozluźniony i ani trochę niepodobny do zdolnego nieść śmierć demona, którego poznała. Ona dla odmiany lśniła – o wiele bardziej niewinna niż w rzeczywistości. Dosłownie promieniała w jego objęciach, w jakiś pokrętny sposób uzupełniając się z istota, od której – przynajmniej w teorii – powinna trzymać się z daleka.
Zamrugała nieco nieprzytomnie. Światło w ciemności… Prawie udało jej się uśmiechnąć. Chwilami wciąż czuła się tak, jakby śniła, ale tym razem – tak dla odmiany – w grę wcale nie wchodził koszmar. Och, wręcz przeciwnie. Choć przez moment wszystko było na swoim miejscu.
Ona też.
– To pięknie wygląda, ale… wciąż uważam, że twój ojciec miał rację – szepnęła w zamyśleniu. – Nie jestem aniołem. Chyba że te miewają krew na rękach i ciężki charakter.
– Nie nazwał bym twojego charakteru ciężkim – przyznał z bladym uśmiechem.
– Dzięki? – Jak go znała, to mimo wszystko nie było komplementem. Ale przynajmniej żartował, zamiast otwarcie sobie z niej kpić. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, przynajmniej dla wiecznie zdystansowanego Rafaela.
– Wracając do tematu, dla mnie jesteś i zawsze będziesz światłem. Nie wiem jaka jest twoja definicja anioła, ale ja będę się upierał przy swoim. – Odsunął ją od siebie na tyle, by znów móc ująć Elenę za ręce. Zadrżała, kiedy uniósł sobie obie jej dłonie do ust. – Sama zobacz, co ze mną robisz. Kto potrafiłby wyciągnąć światło z demona, jeśli nie anioł?
– Światło, które zawsze miałeś – zauważyła przytomnie. – Selene…
– Może. Może jest tak, jak usłyszeliśmy… Powiedzmy, że od zawsze miałem w sobie człowieczeństwo – zniecierpliwił się Rafael, bez wahania wchodząc jej w słowo. – W porządku, miałem. Ale to ty je ze mnie wyciągnęłaś. Wciąż to robisz… – Na jego ustach pojawił się nieco złośliwy uśmiech. – Ja za to temperuję twój charakter. Przy mnie lśnisz jaśniej.
– Chciałbyś – odparowała, ale tak naprawdę czuła, że miał rację.
Tak to działało? Paradoksalnie to właśnie on wyciągał z niej to, co najlepsze, by sama mogła zrobić to samo dla niego? To brzmiało jak błędne koło, ale właśnie w ten sposób postrzegała sytuację Elena. Przy nim była lepsza – tak po prostu, dostrzegając coraz to więcej błędów, które popełniała kiedyś. W ramionach Rafaela mogła się zatrzymać, zamiast na oślep pędzić przed siebie i… szukać. Już nie potrzebowała poklasku, pełnych uznania spojrzeń ani kolejnych adoratorów, których po chwili i tak odsyłała z niczym. Dla niego była taka, jak powinna; była Eleną, która może i doprowadzała go do szału, ale jednak pozostawała wystarczająco idealna, by chciał mieć ją przy sobie.
Może o to w tym wszystkim chodziło. Może właśnie tak działała miłość.
Rafael milczał, ale to było jej na rękę. Wciąż uśmiechał się, kiedy zdecydował się przenieść dłonie na jej policzki. Elena nie potrzebowała większej zachęty, by wyprostować się w jego ramionach, unieść na palcach i pozwolić na to, żeby ją pocałował. To było znajome i przyjemne, choć pozbawione fajerwerków, które czasami czuła, kiedy zbytnio ich ponosiło. Ale to mogło jeszcze poczekać, prawda? Zdecydowanie swobodniej czuła się w ich apartamencie, blisko nieba i z daleka od wścibskich spojrzeń.
W tamtej chwili zaczęło jej ciążyć, że tak naprawdę nie wiedziała, co zrobić ze sobą dalej. Zrezygnowała ze szkoły, ale co z tego? Miała siedzieć z założonymi rękami? Kiedyś, gdy jeszcze zdarzało jej się myśleć o bardziej przyziemnej, pozbawionej aż tak nadzwyczajnych wydarzeń przeszłości, myślała o tym, żeby podróżować – gdzieś dalej niż tylko na Wyspę Esme, gdzie czasami rodzice wyciągali ją na wakacje. Wtedy mogłaby decydować sama; przenosić się z miejsca na miejsce i… szukać.
Tyle że już nie musiała tego zrobić. Znalazła to, czego potrzebowała, na dodatek o wiele bliżej niż mogła sobie wyobrazić. Jej miejsce było w dość konkretnych ramionach – dokładnie tych, których znajdowała się w tym momencie.
– Bardzo wam przeszkadzam?
Omal nie wyszła z siebie, słysząc znajomy głos. Wzdrygnęła się, w pośpiechu odskakując od Rafaela i tylko cudem nie lądując w jeziorze. Błyskawicznie zwróciła się ku postaci, która przystanęła zaledwie kilka metrów dalej, uważnie ich obserwując.
– Andreasie! – wyrwało jej się.
Jeśli chciał przyprawić ją o atak serca, była na dobrej drodze. Jasne, dokładnie tak wyobrażała sobie zakończenie tego dnia – chwilę spokoju tylko po to, by zejść na zawał albo najzwyczajniej w świecie się utopić.
Demon jedynie się uśmiechnął – w nie nieznośnie uprzejmy sposób. Nie pierwszy raz wydawał się dobrze bawić jej kosztem.
– Najmocniej przepraszam – zreflektował się, ale nie brzmiał jak ktoś, komu było szczególnie przykro. – Swoją drogą, ja też się cieszę, że jesteś cała, Eleno.
W tamtej chwili sama nie była pewna czy się śmiać, czy może płakać. Odsunęła się od Rafaela, instynktownie ruszając ku jego bratu. Mimochodem zauważyła, że demon wyglądał dużo lepiej, niż gdy widziała go po raz ostatni. Nie chwiał się, nie był blady, a tym bardziej nie wyglądał na kogoś, kto w każdej chwili mógł paść trupem.
Świetnie. W takim razie sama mogła go z czystym sumieniem zabić.
– Co tu robisz? – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Zamknięty świat, tak? Nikt inny nie wejdzie, a w ogóle to Elena jest zmęczona, bo widzi w Przedsionku korytarze, których nie ma?! – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
Spojrzenie, które jej posłał, mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Zrozumiała, że trafiła w sedno, również przypominając sobie incydent z dnia, w którym pierwszy raz poznała Selene i Doriana. Wtedy też Andreas patrzył na nią dziwnie, ale w oszołomieniu uwierzyła, że po prostu na chwilę odpłynęła, pogrążona we własnych myślach. Przez cały ten czas demon wiedział więcej niż przyznała, z porażająca wręcz wprawą kłamiąc jak z nut.
– No cóż… – Nieśmiertelny w bezradnym geście rozłożył dłonie. – Nikt nie kłóci się z boginią. Sama rozumiesz.
– Wiedziałeś? – zapytał natychmiast Rafael.
To były pierwsze słowa, które padły z jego ust. Jedynie patrzył na brata, ale unikał spoglądania mu w oczy. Elena wyczuła, że nieznacznie się spiął. Była pewna, że myślami wciąż trwał przy tym, co wydarzyło się w Przedsionku – przy momencie, w którym sam dźgnął Andreasa jednym ze sztyletów Miry.
Tyle wystarczyło, by wzburzenie, które czuła, odeszło w zapomnienie. Natychmiast zapragnęła powiedzieć coś, co zabrzmiałoby choć trochę pocieszająco, ale nie była w stanie znaleźć odpowiednich słów. Opiekun Przedsionka zresztą nie dał jej po temu okazji, ciągnąć rozmowę tak, jakby nie wydarzyło się nic złego. I jakby nie miał żądnych pretensji o to, że brat prawie go zabił.
– Czy wiedziałem? – powtórzył z bladym uśmiechem. – Sami wyznaczyli mi rolę strażnika, kiedy powstawał Przedsionek. Zresztą to było największym problemem ojca. Chciał czy nie, nie mógł mnie ani usunąć, ani zabić. Nie było drugiego decyzyjnego głosu. – Parsknął nieco nerwowym śmiechem. – Wierzcie mi, że to frustrujące. Słuchasz o bogini, tych wszystkich bajek, przekonań i wierzeń, ale nie możesz nic powiedzieć, chociaż dobrze wiesz, że Selene ma się świetnie. Trzymanie tajemnic to najgorsze, co może być – dodał takim tonem, jakby w tym wszystkim to faktycznie on miał największe powody do zmartwień.
– O, tak. Siedzisz sam i pilnujesz. Nie przemęcz się tylko – sarknęła Elena. Chciała przede wszystkim jakkolwiek rozproszyć uwagę wciąż zamyślonego Rafaela.
Andreas uśmiechnął się w odpowiedzi.
– To okrutne jak umniejszasz moją rolę. Zwłaszcza teraz, gdy czeka mnie całkiem sporo roboty – stwierdził z udawanym smutkiem. – Zresztą dlatego tu jestem. Podejrzewam, że chcielibyście trochę pobyć tutaj sami, ale to trochę zły moment.
– Do rzeczy – ponaglił Rafael.
– Bogini ma coś do zakomunikowania. Miałem upewnić się, czy już skończyliście. – Demon wzruszył ramionami. – Jak coś mogę do niej wrócić i zakomunikować, że staracie się o potomka czy coś. Może przy odrobinie dobrej woli z jej strony…
– Ani mi się waż! – jęknęła, ale doczekała się wyłącznie melodyjnego śmiechu z jego strony.
– Droczę się… Ale to oznacza, że idziemy? Jeśli tak, zapraszam.
Chcąc nie chcąc doszła do wniosku, że nie mieli wyboru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa