
Beatrycze
Szloch Ophelii narastał,
dosłownie łamiąc serce. Beatrycze dawno nie słyszała czegoś tak przejmującego i rozdzierającego
zarazem. Trwała w bezruchu, przez moment mając ochotę albo w dziecinnym
geście zatkać uszy dłońmi, albo również dopaść do kobiety, by – podobnie jak
Selene – wziąć ją w ramiona.
– Proszę – odezwała
się ponownie Ophelia. Uniosła głowę, by mimo łez spojrzeć bogini w twarz. –
Wiem, że możesz. Po prostu coś zrób.
Nieśmiertelna
westchnęła cicho. W milczeniu przesunęła dłonią po jasnych włosach
płaczącej, z uporem milcząc. Coś zmieniło się w wyrazie jej twarzy,
nie wspominając o tym, że sposób, w jaki Selene uciekła wzrokiem
gdzieś w bok, nie wróżył niczego dobrego.
– Ophelio… –
wyszeptała, ale ta wydawała się jej nie słyszeć.
– Błagam.
Błagam, zrób coś. – Znów zalała się łzami. – Jesteś to winna mnie… i moim
córkom. Nam wszystkim.
Przez twarz
Selene przemknął cień. Zamilkła, przez dłuższą chwilę po prostu pozwalając na
to, by szlochająca Ophelia tuliła się do niej, wypłakując sobie oczy. Ona
się boi, dotarło nagle do Beatrycze. Ta myśl ją zaskoczyła, zwłaszcza w odniesieniu
do kogoś takiego jak rzekoma bogini wampirów. Selene jest przerażona.
Miała wrażenie,
że coś źle zrozumiała. Co prawda znała tę istotę zaledwie chwilę, ale nie
wyobrażała sobie, że ktoś tak pełen współczucia, mógłby ot tak pozostać
obojętnym wobec nieszczęśliwej, błagającej kobiety. Po wszystkim, co była w stanie
zrobić Ciemność, tym bardziej nie wyobrażała sobie, że bogini nie potrafiła
spełnić prośby Ophelii, a jednak…
– Nie zrobi
tego – usłyszała tuż za plecami. Wzdrygnęła się, co najmniej zaskoczona tym,
jak blisko niej nagle znalazł się ojciec demonów. Nie obejrzała się, ale z łatwością
mogła wyobrazić sobie sposób, w jaki się uśmiechał. – Selene jest potężna…
Ale co komu po potędze, kiedy brakuje odwagi?
Trudno było
jej stwierdzić czy taka perspektywa go martwiła, czy może raczej bawiła. W zasadzie
od chwili, w której zobaczyła jak miotał się po lustrzanej sali, jak nic
nawołując właśnie Selene, nie była już pewna niczego. Jak na kogoś, kto
powinien traktować boginię jak wroga, Ciemność zachowywała się raczej jak ktoś,
kto po długim czasie udało się osiągnąć sukces. Czegokolwiek by nie zrobił,
jedno pozostawało oczywiste: on naprawdę cieszył się z jej powrotu.
Beatrycze
nerwowo zacisnęła usta. Sądziła, że słowa Ciemności ostatecznie przekonają boginię
do reakcji – natychmiastowego protestu i zapewnienia Ophelii tego, czego
oczekiwała – ale nic podobnego nie miało miejsca.
– Tak mi
przykro – wyszeptała łagodnym tonem Selene. – Ale nie wszystko da się naprawić.
Pomogę wam znaleźć ukojenie, ale…
– Ale? –
Ophelia wyprostowała się niczym struna. Jej oczy wciąż były pełne łez. – Nie
oddasz mi go. Nie ukarałaś mojej siostry, nie zatrzymałaś Ciemności… Obojętność
to twoje drugie imię – wyszeptała, nie szczędząc sobie gorzkich słow.
Coś się
zmieniło – zarówno w jej tonie, jak i w samej Ophelii. Choć łzy wciąż
płynęły po jej policzkach, twarz momentalnie wykrzywił grymas. Pustka wróciła,
tym razem sprowadzając się nie tylko do obojętności w spojrzeniu czy wyrazie
twarzy. Beatrycze spięła się, gdy krewna w pośpiechu wyrwała się z objęć
Selene, bezceremonialnie odpychając boginię od siebie. Zostawiła ją tam –
zmartwioną, wciąż klęczącą na ziemi.
– Dziecino,
proszę – zaoponowała natychmiast bogini. – Wysłuchaj mnie do końca. Wiem, że
jesteś rozżalona, ale…
– Nie wiesz
niczego – przerwała jej chłodno Ophelia.
Oddychała
szybko i płytko. Już nie płakała, pozwalając ostatnim łzom spłynąć po jej
bladej twarzy. Z czasem jej oddech zaczął zwalniać, ale bynajmniej nie
dlatego, że zdołała się uspokoić. Wręcz przeciwnie – coś było nie tak, choć
Beatrycze nie od razu pojęła, w czym leżał problem.
Aż do
momentu, w którym dostrzegła krążący wokół Ophelii cień. Na początku nie
zwróciła na niego uwagi, ale z czasem ten zaczął robić się wyraźniejszy.
Oplatał drobną postać, będąc niczym jakaś niepokojąca, czarna aura, która w każdej
chwili mogła ją pochłonąć.
Tak jak
Jilliana.
– Zrobisz
sobie krzywdę – zaoponowała natychmiast Selene. Błyskawicznie poderwała się na
równe nogi, z niepokojem obserwując stojąca przed nią duszę. – Ophelio,
proszę…
Tyle że ta
już nie słuchała. Spoglądała gdzieś w przestrzeń, a do Beatrycze z opóźnieniem
dotarło, że wpatrywała się wprost w stojącą tuż za nią Ciemność.
– Pragnąłeś
mnie przez tyle czasu, więc proszę! Oddaję ci moje żale i smutki. Oddaję
siebie, tak jak zawsze sobie tego życzyłeś! – Głos Ophelii poniósł się echem,
zniekształcony i jakby zwielokrotniony. Rozbrzmiewał również w umysłach
zebranych, dodatkowo wzmocniony przez od dawna kumulowany gniew. Żal w końcu
znalazł ujście, przekształcając się w coś innego – cienistego,
niepokojącego i… – Czegokolwiek zapragniesz, ale wcześniej żądam jednego. Byłeś
na każde skinienie mojej siostry, więc chcę, żebyś wysłuchał również mnie.
Ciemność odpowiedziała
jej śmiechem – melodyjnym, zdradzającym rozbawienie i dziką wręcz
satysfakcję. Beatrycze wzdrygnęła się, kiedy mężczyzna ot tak przeszedł tuż
obok niej.
– Co to ja
mówiłem o kobietach w tej rodzinie? – zapytał pogodnym tonem. – Och,
słodka Ophelio, zawsze wiedziałem, że byłabyś perłą tej kolekcji.
Kobieta w żaden
sposób nie zareagowała na jego słowa. Po prostu spoglądała mu w oczy – w zdecydowany,
wręcz wyzywający sposób.
– Chcę się
targować – oznajmiła w zamian.
– Och, moja
miła…
– Ani się
waż – zaoponowała natychmiast Selene. Do jej głosu wkradła się ostrzegawcza
nuta. – Zrobiłeś dość. Ona jest na krawędzi, a ty… – zaczęła, ale Ciemność
nie pozwoliła jej dokończyć.
– Odmówiłaś
pomocy, najdroższa. Obawiam się, że teraz nie masz niczego do powiedzenia… A ona
upadnie, jeśli nie damy jej odrobiny nadziei – oznajmił ze spokojem mężczyzna. –
Tak się składa, że dobrze wiem, czego nasza Ophelia może chcieć. – Uśmiechnął
się ujmująco, na powrót zwracając ku zagniewanej duszy. – Zemsta. Jakież to
wdzięczne słowo.
–
Ciemności…
Zignorował
Selene, zresztą tak jak i Ophelia.
– Moja siostra
oddała mnie i moje córki. Przyniosła nam wszystkim zgubę… Mojemu
Jillianowi również – wyszeptała, nie odrywając wzroku od ojca demonów. – Chcę… –
Ophelia zawahała się na moment.
– Och, nie
wątpię. Moja bezduszna ma w zwyczaju wytrącać z równowagi tych,
którzy stają na jej drodze – stwierdził ze zrozumieniem nieśmiertelny. – Śmiało,
moja miła. Mam nie wchodzić ci w drogę, kiedy będziesz się mściła? Załatwione.
Przez twarz
kobiety przemknął cień. Spojrzała na niego w co najmniej podejrzliwy,
pełen rezerwy sposób.
– Czego
chcesz w zamian?
Ciemność parsknęła
śmiechem. Przez chwilę milczał, bez pośpiechu podchodząc bliżej. Z rozmysłem
splótł ze sobą palce i – odczekawszy jeszcze kilka sekund – w końcu
zdecydował się odpowiedzieć.
– Och,
niczego – oznajmił, a brwi Ophelii powędrowały ku górze. Nie uwierzyła mu.
– Absolutnie niczego. W zasadzie… Ja już dostałem wszystko, czego mógłbym
sobie życzyć – stwierdził ze spokojem. – Nawet ty po całym tym czasie do mnie
przyszłaś i błagasz o przysługę. To więcej niż mógłbym sobie życzyć.
Niezwykła… satysfakcja.
Jego
spojrzenie znów powędrowało ku Selene – zaledwie na ułamek sekundy, ale tyle
wystarczyło, by w jego oczach pojawił się pełen satysfakcji błysk. Nie
zniknął nawet wtedy, gdy znów skupił spojrzenie na wpatrzonej w niego
duszy. W tamtej chwili zdecydowanie nie zachowywał się jak ktoś, kto przez
tyle czasu pragnął uciekającej przed nim, dawno obiecanej mu przed wiekami
Ophelii.
– Skoro
tak… – Kobieta mimo wszystko się zawahała – na ułamek sekundy, zdecydowanie
zbyt krótki, by opuściły ją krążące wokół niej cienie. – Dobrze, niech więc tak
będzie. Ale moje córki… – zaczęła, jednak tym razem Ciemność nie pozwoliła je dokończyć.
– Córki,
które ignorowałaś przez te wszystkie lata, pozwalając, bym gromadził je tutaj? –
zapytał z przesadnym wręcz spokojem. Dusza aż skuliła się w odpowiedzi
na te słowa. – To już chyba nie twój problem, prawda? Ty pragniesz zemsty.
Ophelio…,
pomyślała w oszołomieniu Beatrycze. Poczuła, że powinna zareagować –
zrobić cokolwiek, byleby pomóc kobiecie przejrzeć na oczy…
Tyle że nie
miała okazji.
– Masz
rację – wyszeptała. – To już nie mógł problem.
A potem
zniknęła.
Zanim
ktokolwiek zdążył zareagować, po prostu rozpłynęła się w powietrzu, zupełnie
jakby nigdy nie istniała. Jillian zniknął wraz z nią niczym cień, którym w pewnym
momencie się stał. Odeszli oboje, ale zdecydowanie nie w sposób, który
Beatrycze mogłaby uznać za właściwy.
Nad
jeziorem znów zapanowała długa, przeciągła cisza. Dookoła królował wyłącznie
spokój, chłód i wspomnienie słów, które nigdy tak naprawdę nie powinny
rozbrzmieć.
To i rozluźniona,
wciąż uśmiechająca się Ciemność.
– Jak ty…
mogłeś? – Selene w oszołomieniu spojrzała na triumfującego mężczyznę. – Po
tym wszystkim, co zrobiłeś…
– Do mnie
masz pretensje? Wydawało mi się, że to najnaturalniejsza kolej rzeczy, najdroższa.
– Nieśmiertelny obdarował boginię tym swoim ujmującym, drapieżnym uśmiechem. –
Tam gdzie ty rozkładasz ręce, ja oferuję pomoc. Gdybyś jej nie porzuciła, nie musiałaby
przychodzić do mnie.
– Ja nigdy
nie…
– Ach, robi
się zbyt emocjonalnie. – Ciemność klasnęła w dłonie. – Miłosne dramaty
mamy z głowy… No i to twój świat. Chcesz go odzyskać? Proszę bardzo.
Ciesz się z powrotu, najdroższa. Ja będę.
Wraz z tymi
słowami bez słowa odwrócił się i odszedł – tak po prostu, jakby nie
wydarzyło się nic wartego uwagi. Zniknął równie nagle, co i Ophelia,
pozostawiając między tu i teraz ciche i pełne milczących, wciąż oszołomionych
kobiet. Demony zniknęły wraz z nim – szepcące cienie, które dotychczas krążyły
dookoła, czekając na rozkazy. Zostali tylko Rafael i Miriam, w żaden
sposób nie okazując tego, że mogliby chcieć podążyć za ojcem.
Selene
pozostała w samym środku zamieszania, milcząca i oszołomiona.
Spuściła wzrok, przez chwilę wpatrując się w swoje drżące, zaciśnięte w pięści
dłonie.
– Pani? –
zmartwił się dotychczas milczący Dorian. W ramionach wciąż trzymał
nieprzytomną Jocelyne. – Wszystko dobrze?
Kobieta
potrząsnęła głową.
– Dam sobie
radę… Ale dziękuję ci. – Z westchnieniem uniosła głowę, by móc spojrzeć na
anioła. – Ja… Najwyższa pora to zakończyć. Ale najpierw jeszcze jedna rzecz… Będziesz
miała coś przeciwko, jeśli poproszę cię o pomoc, Eleno? – zapytała, bezceremonialnie
zwracając się do dziewczyny.
Elena –
wciąż wtulona w Rafaela – zamrugała nieco nieprzytomnie, natychmiast
przenosząc wzrok na boginię. Beatrycze dostrzegła łzy w jej oczach, ale
trudno było jej jednoznacznie stwierdzić, co doprowadziło ją do płaczu.
Wyglądała blado, wciąż chwiejąc się na nogach i wydając utrzymywać w pionie
wyłącznie dzięki obejmującego ją mężczyźnie.
– Do mnie? –
wykrztusiła.
Selene
obdarowała ją łagodnym, uspokajającym uśmiechem. Było w tym coś wymuszonego,
zwłaszcza że w spojrzeniu bogini wciąż czaił się smutek, ale sam gest mimo
wszystko wydawał się szczery.
– Nie
obawiaj się. Czy życzyłabym sobie zbyt wiele, gdybym teraz poprosiła, żebyś towarzyszyła
Dorianowi? Rozejrzyjcie się dla mnie po okolicy. Chciałabym mieć pewność, że
wszyscy bezpiecznie dotarli nad jezioro – wyjaśniła i tych kilka słów wystarczyło,
by coś nieprzyjemnie przewróciło się Beatrycze w żołądku.
Natychmiast
pomyślała o Ariadnie. Zostawiła matkę samą, w gruncie rzeczy już nie
dbając o to, czy przypadkiem nie spotkałoby ją coś złego. Tak naprawdę wątpiła,
by Łowca w rzeczywistości zdołał skrzywdzić którąkolwiek z nich.
Jillian mógł zabić Huntera, a w przeszłości bez wahania wykonywać rozkazy
Ciemności, bo te nigdy tak naprawdę nie dotyczyły spokrewnionych z nim kobiet.
Pochłonięty przez cienie czy nie, najpewniej wciąż pozostawał świadom. Tak
przynajmniej sądziła Beatrycze, chociaż same te myśli wystarczyły, by poczuła
się jeszcze gorzej.
Tak czy inaczej,
jej matka też gdzieś tam była. Tyle że Beatrycze wcale nie miała pewności, czy
chciała znów ją zobaczyć.
Będziecie
razem, na dodatek w tłumie. Nie zrobisz niczego głupiego, pomyślała,
ale wcale nie była aż taka pewna, czy ten jeden raz mogła sobie zaufać.
– Moja siostra…
Rozejrzyjcie się za moją siostrą – doszedł ją spięty, znajomy głos. Cassandra
była blada jak papier, ale i tak odważyła zbliżyć się do bogini. – Leana
była przerażona. Myślałam… – Westchnęła cicho. – Chciałabym mieć pewność, że
nie spotkało ją nic niedobrego.
– Spotkałam
twoją siostrę. Dorian na moje życzenie zabrał ją w bezpieczne miejsce. –
Selene obdarzyła Cassandrę uspokajającym spojrzeniem. – Jest miejsce, do
którego chciałabym was zabrać. Tam wszystko omówimy.
Cassie
skinęła głową. Na chwilę uciekła wzrokiem gdzieś w bok, jakby onieśmielona
bliskością i spojrzeniem Selene. Po wyrazie jej twarzy trudno było
stwierdzić, co takiego sobie myślała. Wydawała się odległa, skupiona i bardzo,
bardzo smutna…
A potem
uniosła głowę i spojrzała wprost w oczy Beatrycze.
– Trycze… –
wyrwało jej się.
Bezceremonialnie
ruszyła w jej stronę. Nagle po prostu znalazły się przy sobie, wpadając w sobie
w ramiona. Cassandra drżała i dopiero wtedy do Beatrycze dotarło, że
zanosiła się płaczem. To było dziwne – trzymać ją w objęciach, choć przecież
nie widziały się po raz pierwszy. Tyle że obie czuły się tak, jakby to jednak
było pierwsze spotkanie od dawna – nie tylko od kilku tygodni, które minęły, odkąd
wampirzycy udało się wyrwać z zaświatów. Wrażenie było takie, jakby po
długich latach, które minęły od chwili śmierci ich obu, w końcu dotarło do
nich, że cały ten czas funkcjonowały u swojego boku.
Iluzja
zniknęła. Wpływ Ciemności zelżał, w końcu pozwalając im pamiętać – i to
nie tylko sposób, w jaki każdej z nich przyszło pożegnać się z życiem.
– Hej… – Beatrycze
zawahała się na moment. Raz po raz przeczesywała jasne włosy siostry palcami.
Coś w tych gestach skojarzyło jej się ze sposobem, w jaki Selene
trzymała Ophelię, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie te myśli. Cassandra
nie była rozżaloną duszą, którą przytłoczył żal. – Już dobrze. Teraz naprawdę
będzie dobrze.
W tamtej
chwili nade wszystko pragnęła we własne słowa uwierzyć.
Zamknęła oczy.
Wciąż w pełni nie docierało do niej, co się stało, ale starała się o tym
nie myśleć. Słodko-gorzki czy nie, to naprawdę był koniec – przynajmniej na
chwilę, choć to nadal do niej nie docierało. Ciemność odpuściła, nawet jeśli nie
powiedziała tego wprost. Cienie zniknęły, tak jak i wspomnienie Jilliana i Ophelii.
Między tu i teraz po prostu było, ale już nie przypominało tego
wypełnionego mrokiem, pozbawionego perspektyw więzienia, do którego wszystkie
przywykły przez minione wieki. Beatrycze naprawdę wierzyła, że pojawienie się
Selene niosło ze sobą obiecane zmiany – choćby szczątkowe, mające zapewnić
wolność tym wszystkim duszom.
Och, Ophelio…
Wspomnienie
słów krewnej nie dawało jej spokoju. W pamięci wciąż miała jej szloch i wyraz
twarz, kiedy dotarło do niej, że nawet bogini nie była w stanie zareagować
na kolejne rozpaczliwe błagania. Ophelia przestała uciekać, ale wcale nie
zaznała ukojenia. Wręcz przeciwnie – Beatrycze czuła, że żal miał popchnąć kobietę
do zrobienia czegoś, o czym lepiej było nie myśleć.
Przez
krótką chwilę czuła wyłącznie żal. Sama już nie była pewna, co wzbudzało w niej
większą gorycz – współczucie względem Selene, Ophelii, Jilliana… czy samej
siebie. „Co ja mówiłem o kobietach w tej rodzinie?” – przypomniała
sobie słowa Ciemności. Momentalnie poczuła jeszcze silniejszy gniew, ale ten
zniknął równie nagle, co się pojawił, wyparty przez czyste przerażenie.
Niewiele
brakowało, by zabiła Ariadnę. Aż za dobrze rozumiała pragnienie zemsty, ale…
Pokręciła
głową. Uniosła powieki, by móc spojrzeć wprost w znajomą twarz wciąż
tulącej się do niej Cassandry.
– Chodź,
przedstawię cię komuś – zaproponowała, ujmując siostrę pod ramię. – Nie wiem
czy poznałaś już Carlisle’a, ale…
– Twój syn –
przerwała jej natychmiast siostra – był dla mnie miły. Jest cudowny.
Beatrycze
jednak udało się uśmiechnąć. Och, tak. Z tym zdecydowanie mogła się
zgodzić.
– Więc poznasz
Lawrence’a – stwierdziła ze spokojem, nie tracąc entuzjazmu. Próbowała skupić
się na czymkolwiek, co nie niosło ze sobą smutku. – Nigdy tak naprawdę nie mieliście
okazji.
Nie miała
pewności czy Cassandra pamiętała, że L. był przy niej, by pomóc wyciągnąć ją,
gdy topiła się w rzece. To było odległe wspomnienie – jeszcze z innego,
wówczas pozbawionego nadnaturalnych wydarzeń życia. Później zachorowała, ale o tym
Beatrycze tym bardziej nie zamierzała wspominać.
Niektóre rzeczy prościej było pozostawić w przeszłości.
Raz na zawsze.

Ophelia
Krążyła niespokojnie. Trwała w pustce,
ale to nie miało dla niej znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że nie była sama
– w końcu nie. Teraz w końcu wszystko musiało być dobrze. Póki miała
go przy sobie, nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej.
To nic.
To nic…
Z czułością
pogładziła go po twarzy. Nie interesowało jej, że ta nie wyglądała tak jak
dawniej. Nie miało znaczenia, że niegdyś piękne, kochające oczy, teraz ziały pustką.
W cieniu, u którego boku trwała, Ophelia z trudem mogła doszukać
się tego, któremu onegdaj oddała serce, ale przecież to nie było ważne. Czekała
na niego zbyt długo, by teraz się poddać.
Uśmiechnęła
się łagodnie. Nie odrywając wzroku od cienia – Jilliana, jak raz po raz
sobie powtarzała – nachyliła się, by musnąć wargami jego usta. Nie odwzajemnił
pocałunku, ale to też nie miło znaczenie. To nic, pomyślała po raz
wtóry, chociaż do oczu jak na zawołanie zaczęły cisnąć jej się łzy. Tyle że więcej
nie zamierzała płakać. Pozwoliła sobie na wystarczająco wiele, kiedy upokarzała
się przed obliczem bogini Obojętności, chociaż ta nie zamierzała kiwnąć nawet
palcem.
Teraz
Ophelia już jej nie potrzebowała. Była wolna, o ile mogła zaufać temu, co
powiedziała Ciemność. Mogła działać, zamiast kryć się po kątach w obawie
przed istotą, która odebrała jej wszystko… Ale przecież prawdziwym problemem
wcale nie był mężczyzna, któremu ją oddano. To nie on zapoczątkował umowę,
która przez wieki pochłaniała kolejne kobiet w rodzie, którego początek
dało jej łono. Wszystko tylko i wyłącznie sprowadzało się do jej siostry, o ile
wciąż powinna nazywać tak kogoś, kto bez cienia wahania zdecydował się ją
sprzedać za odrobinę więcej już i tak dzierżonej władzy. Dla potęgi.
Możliwe, że
jednak były do siebie podobne – ona i Isobel. Taka myśl przyszła jej do
głowy, kiedy targowała się z Ciemnością, ale Ophelia prawie natychmiast ją
od siebie odrzuciła.
Nie, to nie
tak. Ona w tym wszystkim nie myślała tylko o sobie.
Znów
spojrzała na pozbawioną rysów, obojętną twarz Jilliana. Coś ścisnęło ją w gardle
na ten widok, ale nie pozwoliła, by żal zakłócił ulgę, która towarzyszyła jej
od chwili, w której go odnalazła. W końcu nie działo się nic takiego,
prawda? Na pewno jakoś mogła to naprawić. Mogła go odzyskać.
– To nic –
wyszeptała, tym razem na głos. – Jestem tutaj, najdroższy.
Nie
odpowiedział, ale była na to przygotowana. Raz jeszcze musnęła wargami jego
usta, powoli zaczynając oswajać się z tym, że nie reagował. Nie mógł nawet
wypowiedzieć jej imienia; zakomunikować czegokolwiek. On po prostu był, ale
sama ta świadomość dawała kobiecie nieopisaną wręcz radość.
Na początek
musiało wystarczyć.
Poza tym
Jillian wciąż mógł ją objąć. Trzymał ją w ramionach i choć jego dotyk
na swój sposób wzbudzał obrzydzenie – zimny, obślizgły i nieprzyjemny –
dla Ophelii znaczył więcej niż cokolwiek innego. W końcu to wciąż był jej
najdroższy Jillian. Ten sam, któremu oddała serce, duszę, a w pewnym
momencie również życie. Jej najlepszy na świecie Łowca, który jak nikt inny
potrafił skradać się pomiędzy drzewami, by zaskoczyć ją w najmniej
spodziewanym momencie.
– Znajdę
sposób, żeby nam pomóc. I tobie, i mi – wyszeptała mu wprost do ucha.
Wtuliła twarz w jego tors, wygodniej układając się w jego ramionach. Mimowolnie
pomyślała, że jego dotyk wcale nie był taki zły. Jej przypominał muśnięcie
promieni słonecznych w przyjemny, letni dzień. Tak, to zdecydowanie było
to. – Jestem tutaj. Obiecuję, że już nigdy więcej cię nie opuszczę.
Zamknęła
oczy. Wciąż się uśmiechała, choć przez krótką chwilę czując tak, jakby wszystko
było na swoim miejscu. Jillian trzymał ją w ramionach, a ona
zasypiała, dokładnie tak jak wielokrotnie w przeszłości, gdy jeszcze
wszystko było dobrze.
Ten jeden,
jedyny raz rozbitej duszy udało się śnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz