22 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt osiem

Beatrycze

Szloch Ophelii narastał, dosłownie łamiąc serce. Beatrycze dawno nie słyszała czegoś tak przejmującego i rozdzierającego zarazem. Trwała w bezruchu, przez moment mając ochotę albo w dziecinnym geście zatkać uszy dłońmi, albo również dopaść do kobiety, by – podobnie jak Selene – wziąć ją w ramiona.
– Proszę – odezwała się ponownie Ophelia. Uniosła głowę, by mimo łez spojrzeć bogini w twarz. – Wiem, że możesz. Po prostu coś zrób.
Nieśmiertelna westchnęła cicho. W milczeniu przesunęła dłonią po jasnych włosach płaczącej, z uporem milcząc. Coś zmieniło się w wyrazie jej twarzy, nie wspominając o tym, że sposób, w jaki Selene uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie wróżył niczego dobrego.
– Ophelio… – wyszeptała, ale ta wydawała się jej nie słyszeć.
– Błagam. Błagam, zrób coś. – Znów zalała się łzami. – Jesteś to winna mnie… i moim córkom. Nam wszystkim.
Przez twarz Selene przemknął cień. Zamilkła, przez dłuższą chwilę po prostu pozwalając na to, by szlochająca Ophelia tuliła się do niej, wypłakując sobie oczy. Ona się boi, dotarło nagle do Beatrycze. Ta myśl ją zaskoczyła, zwłaszcza w odniesieniu do kogoś takiego jak rzekoma bogini wampirów. Selene jest przerażona.
Miała wrażenie, że coś źle zrozumiała. Co prawda znała tę istotę zaledwie chwilę, ale nie wyobrażała sobie, że ktoś tak pełen współczucia, mógłby ot tak pozostać obojętnym wobec nieszczęśliwej, błagającej kobiety. Po wszystkim, co była w stanie zrobić Ciemność, tym bardziej nie wyobrażała sobie, że bogini nie potrafiła spełnić prośby Ophelii, a jednak…
– Nie zrobi tego – usłyszała tuż za plecami. Wzdrygnęła się, co najmniej zaskoczona tym, jak blisko niej nagle znalazł się ojciec demonów. Nie obejrzała się, ale z łatwością mogła wyobrazić sobie sposób, w jaki się uśmiechał. – Selene jest potężna… Ale co komu po potędze, kiedy brakuje odwagi?
Trudno było jej stwierdzić czy taka perspektywa go martwiła, czy może raczej bawiła. W zasadzie od chwili, w której zobaczyła jak miotał się po lustrzanej sali, jak nic nawołując właśnie Selene, nie była już pewna niczego. Jak na kogoś, kto powinien traktować boginię jak wroga, Ciemność zachowywała się raczej jak ktoś, kto po długim czasie udało się osiągnąć sukces. Czegokolwiek by nie zrobił, jedno pozostawało oczywiste: on naprawdę cieszył się z jej powrotu.
Beatrycze nerwowo zacisnęła usta. Sądziła, że słowa Ciemności ostatecznie przekonają boginię do reakcji – natychmiastowego protestu i zapewnienia Ophelii tego, czego oczekiwała – ale nic podobnego nie miało miejsca.
– Tak mi przykro – wyszeptała łagodnym tonem Selene. – Ale nie wszystko da się naprawić. Pomogę wam znaleźć ukojenie, ale…
– Ale? – Ophelia wyprostowała się niczym struna. Jej oczy wciąż były pełne łez. – Nie oddasz mi go. Nie ukarałaś mojej siostry, nie zatrzymałaś Ciemności… Obojętność to twoje drugie imię – wyszeptała, nie szczędząc sobie gorzkich słow.
Coś się zmieniło – zarówno w jej tonie, jak i w samej Ophelii. Choć łzy wciąż płynęły po jej policzkach, twarz momentalnie wykrzywił grymas. Pustka wróciła, tym razem sprowadzając się nie tylko do obojętności w spojrzeniu czy wyrazie twarzy. Beatrycze spięła się, gdy krewna w pośpiechu wyrwała się z objęć Selene, bezceremonialnie odpychając boginię od siebie. Zostawiła ją tam – zmartwioną, wciąż klęczącą na ziemi.
– Dziecino, proszę – zaoponowała natychmiast bogini. – Wysłuchaj mnie do końca. Wiem, że jesteś rozżalona, ale…
– Nie wiesz niczego – przerwała jej chłodno Ophelia.
Oddychała szybko i płytko. Już nie płakała, pozwalając ostatnim łzom spłynąć po jej bladej twarzy. Z czasem jej oddech zaczął zwalniać, ale bynajmniej nie dlatego, że zdołała się uspokoić. Wręcz przeciwnie – coś było nie tak, choć Beatrycze nie od razu pojęła, w czym leżał problem.
Aż do momentu, w którym dostrzegła krążący wokół Ophelii cień. Na początku nie zwróciła na niego uwagi, ale z czasem ten zaczął robić się wyraźniejszy. Oplatał drobną postać, będąc niczym jakaś niepokojąca, czarna aura, która w każdej chwili mogła ją pochłonąć.
Tak jak Jilliana.
– Zrobisz sobie krzywdę – zaoponowała natychmiast Selene. Błyskawicznie poderwała się na równe nogi, z niepokojem obserwując stojąca przed nią duszę. – Ophelio, proszę…
Tyle że ta już nie słuchała. Spoglądała gdzieś w przestrzeń, a do Beatrycze z opóźnieniem dotarło, że wpatrywała się wprost w stojącą tuż za nią Ciemność.
– Pragnąłeś mnie przez tyle czasu, więc proszę! Oddaję ci moje żale i smutki. Oddaję siebie, tak jak zawsze sobie tego życzyłeś! – Głos Ophelii poniósł się echem, zniekształcony i jakby zwielokrotniony. Rozbrzmiewał również w umysłach zebranych, dodatkowo wzmocniony przez od dawna kumulowany gniew. Żal w końcu znalazł ujście, przekształcając się w coś innego – cienistego, niepokojącego i… – Czegokolwiek zapragniesz, ale wcześniej żądam jednego. Byłeś na każde skinienie mojej siostry, więc chcę, żebyś wysłuchał również mnie.
Ciemność odpowiedziała jej śmiechem – melodyjnym, zdradzającym rozbawienie i dziką wręcz satysfakcję. Beatrycze wzdrygnęła się, kiedy mężczyzna ot tak przeszedł tuż obok niej.
– Co to ja mówiłem o kobietach w tej rodzinie? – zapytał pogodnym tonem. – Och, słodka Ophelio, zawsze wiedziałem, że byłabyś perłą tej kolekcji.
Kobieta w żaden sposób nie zareagowała na jego słowa. Po prostu spoglądała mu w oczy – w zdecydowany, wręcz wyzywający sposób.
– Chcę się targować – oznajmiła w zamian.
– Och, moja miła…
– Ani się waż – zaoponowała natychmiast Selene. Do jej głosu wkradła się ostrzegawcza nuta. – Zrobiłeś dość. Ona jest na krawędzi, a ty… – zaczęła, ale Ciemność nie pozwoliła jej dokończyć.
– Odmówiłaś pomocy, najdroższa. Obawiam się, że teraz nie masz niczego do powiedzenia… A ona upadnie, jeśli nie damy jej odrobiny nadziei – oznajmił ze spokojem mężczyzna. – Tak się składa, że dobrze wiem, czego nasza Ophelia może chcieć. – Uśmiechnął się ujmująco, na powrót zwracając ku zagniewanej duszy. – Zemsta. Jakież to wdzięczne słowo.
– Ciemności…
Zignorował Selene, zresztą tak jak i Ophelia.
– Moja siostra oddała mnie i moje córki. Przyniosła nam wszystkim zgubę… Mojemu Jillianowi również – wyszeptała, nie odrywając wzroku od ojca demonów. – Chcę… – Ophelia zawahała się na moment.
– Och, nie wątpię. Moja bezduszna ma w zwyczaju wytrącać z równowagi tych, którzy stają na jej drodze – stwierdził ze zrozumieniem nieśmiertelny. – Śmiało, moja miła. Mam nie wchodzić ci w drogę, kiedy będziesz się mściła? Załatwione.
Przez twarz kobiety przemknął cień. Spojrzała na niego w co najmniej podejrzliwy, pełen rezerwy sposób.
– Czego chcesz w zamian?
Ciemność parsknęła śmiechem. Przez chwilę milczał, bez pośpiechu podchodząc bliżej. Z rozmysłem splótł ze sobą palce i – odczekawszy jeszcze kilka sekund – w końcu zdecydował się odpowiedzieć.
– Och, niczego – oznajmił, a brwi Ophelii powędrowały ku górze. Nie uwierzyła mu. – Absolutnie niczego. W zasadzie… Ja już dostałem wszystko, czego mógłbym sobie życzyć – stwierdził ze spokojem. – Nawet ty po całym tym czasie do mnie przyszłaś i błagasz o przysługę. To więcej niż mógłbym sobie życzyć. Niezwykła… satysfakcja.
Jego spojrzenie znów powędrowało ku Selene – zaledwie na ułamek sekundy, ale tyle wystarczyło, by w jego oczach pojawił się pełen satysfakcji błysk. Nie zniknął nawet wtedy, gdy znów skupił spojrzenie na wpatrzonej w niego duszy. W tamtej chwili zdecydowanie nie zachowywał się jak ktoś, kto przez tyle czasu pragnął uciekającej przed nim, dawno obiecanej mu przed wiekami Ophelii.
– Skoro tak… – Kobieta mimo wszystko się zawahała – na ułamek sekundy, zdecydowanie zbyt krótki, by opuściły ją krążące wokół niej cienie. – Dobrze, niech więc tak będzie. Ale moje córki… – zaczęła, jednak tym razem Ciemność nie pozwoliła je dokończyć.
– Córki, które ignorowałaś przez te wszystkie lata, pozwalając, bym gromadził je tutaj? – zapytał z przesadnym wręcz spokojem. Dusza aż skuliła się w odpowiedzi na te słowa. – To już chyba nie twój problem, prawda? Ty pragniesz zemsty.
Ophelio…, pomyślała w oszołomieniu Beatrycze. Poczuła, że powinna zareagować – zrobić cokolwiek, byleby pomóc kobiecie przejrzeć na oczy…
Tyle że nie miała okazji.
– Masz rację – wyszeptała. – To już nie mógł problem.
A potem zniknęła.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, po prostu rozpłynęła się w powietrzu, zupełnie jakby nigdy nie istniała. Jillian zniknął wraz z nią niczym cień, którym w pewnym momencie się stał. Odeszli oboje, ale zdecydowanie nie w sposób, który Beatrycze mogłaby uznać za właściwy.
Nad jeziorem znów zapanowała długa, przeciągła cisza. Dookoła królował wyłącznie spokój, chłód i wspomnienie słów, które nigdy tak naprawdę nie powinny rozbrzmieć.
To i rozluźniona, wciąż uśmiechająca się Ciemność.
– Jak ty… mogłeś? – Selene w oszołomieniu spojrzała na triumfującego mężczyznę. – Po tym wszystkim, co zrobiłeś…
– Do mnie masz pretensje? Wydawało mi się, że to najnaturalniejsza kolej rzeczy, najdroższa. – Nieśmiertelny obdarował boginię tym swoim ujmującym, drapieżnym uśmiechem. – Tam gdzie ty rozkładasz ręce, ja oferuję pomoc. Gdybyś jej nie porzuciła, nie musiałaby przychodzić do mnie.
– Ja nigdy nie…
– Ach, robi się zbyt emocjonalnie. – Ciemność klasnęła w dłonie. – Miłosne dramaty mamy z głowy… No i to twój świat. Chcesz go odzyskać? Proszę bardzo. Ciesz się z powrotu, najdroższa. Ja będę.
Wraz z tymi słowami bez słowa odwrócił się i odszedł – tak po prostu, jakby nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Zniknął równie nagle, co i Ophelia, pozostawiając między tu i teraz ciche i pełne milczących, wciąż oszołomionych kobiet. Demony zniknęły wraz z nim – szepcące cienie, które dotychczas krążyły dookoła, czekając na rozkazy. Zostali tylko Rafael i Miriam, w żaden sposób nie okazując tego, że mogliby chcieć podążyć za ojcem.
Selene pozostała w samym środku zamieszania, milcząca i oszołomiona. Spuściła wzrok, przez chwilę wpatrując się w swoje drżące, zaciśnięte w pięści dłonie.
– Pani? – zmartwił się dotychczas milczący Dorian. W ramionach wciąż trzymał nieprzytomną Jocelyne. – Wszystko dobrze?
Kobieta potrząsnęła głową.
– Dam sobie radę… Ale dziękuję ci. – Z westchnieniem uniosła głowę, by móc spojrzeć na anioła. – Ja… Najwyższa pora to zakończyć. Ale najpierw jeszcze jedna rzecz… Będziesz miała coś przeciwko, jeśli poproszę cię o pomoc, Eleno? – zapytała, bezceremonialnie zwracając się do dziewczyny.
Elena – wciąż wtulona w Rafaela – zamrugała nieco nieprzytomnie, natychmiast przenosząc wzrok na boginię. Beatrycze dostrzegła łzy w jej oczach, ale trudno było jej jednoznacznie stwierdzić, co doprowadziło ją do płaczu. Wyglądała blado, wciąż chwiejąc się na nogach i wydając utrzymywać w pionie wyłącznie dzięki obejmującego ją mężczyźnie.
– Do mnie? – wykrztusiła.
Selene obdarowała ją łagodnym, uspokajającym uśmiechem. Było w tym coś wymuszonego, zwłaszcza że w spojrzeniu bogini wciąż czaił się smutek, ale sam gest mimo wszystko wydawał się szczery.
– Nie obawiaj się. Czy życzyłabym sobie zbyt wiele, gdybym teraz poprosiła, żebyś towarzyszyła Dorianowi? Rozejrzyjcie się dla mnie po okolicy. Chciałabym mieć pewność, że wszyscy bezpiecznie dotarli nad jezioro – wyjaśniła i tych kilka słów wystarczyło, by coś nieprzyjemnie przewróciło się Beatrycze w żołądku.
Natychmiast pomyślała o Ariadnie. Zostawiła matkę samą, w gruncie rzeczy już nie dbając o to, czy przypadkiem nie spotkałoby ją coś złego. Tak naprawdę wątpiła, by Łowca w rzeczywistości zdołał skrzywdzić którąkolwiek z nich. Jillian mógł zabić Huntera, a w przeszłości bez wahania wykonywać rozkazy Ciemności, bo te nigdy tak naprawdę nie dotyczyły spokrewnionych z nim kobiet. Pochłonięty przez cienie czy nie, najpewniej wciąż pozostawał świadom. Tak przynajmniej sądziła Beatrycze, chociaż same te myśli wystarczyły, by poczuła się jeszcze gorzej.
Tak czy inaczej, jej matka też gdzieś tam była. Tyle że Beatrycze wcale nie miała pewności, czy chciała znów ją zobaczyć.
Będziecie razem, na dodatek w tłumie. Nie zrobisz niczego głupiego, pomyślała, ale wcale nie była aż taka pewna, czy ten jeden raz mogła sobie zaufać.
– Moja siostra… Rozejrzyjcie się za moją siostrą – doszedł ją spięty, znajomy głos. Cassandra była blada jak papier, ale i tak odważyła zbliżyć się do bogini. – Leana była przerażona. Myślałam… – Westchnęła cicho. – Chciałabym mieć pewność, że nie spotkało ją nic niedobrego.
– Spotkałam twoją siostrę. Dorian na moje życzenie zabrał ją w bezpieczne miejsce. – Selene obdarzyła Cassandrę uspokajającym spojrzeniem. – Jest miejsce, do którego chciałabym was zabrać. Tam wszystko omówimy.
Cassie skinęła głową. Na chwilę uciekła wzrokiem gdzieś w bok, jakby onieśmielona bliskością i spojrzeniem Selene. Po wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślała. Wydawała się odległa, skupiona i bardzo, bardzo smutna…
A potem uniosła głowę i spojrzała wprost w oczy Beatrycze.
– Trycze… – wyrwało jej się.
Bezceremonialnie ruszyła w jej stronę. Nagle po prostu znalazły się przy sobie, wpadając w sobie w ramiona. Cassandra drżała i dopiero wtedy do Beatrycze dotarło, że zanosiła się płaczem. To było dziwne – trzymać ją w objęciach, choć przecież nie widziały się po raz pierwszy. Tyle że obie czuły się tak, jakby to jednak było pierwsze spotkanie od dawna – nie tylko od kilku tygodni, które minęły, odkąd wampirzycy udało się wyrwać z zaświatów. Wrażenie było takie, jakby po długich latach, które minęły od chwili śmierci ich obu, w końcu dotarło do nich, że cały ten czas funkcjonowały u swojego boku.
Iluzja zniknęła. Wpływ Ciemności zelżał, w końcu pozwalając im pamiętać – i to nie tylko sposób, w jaki każdej z nich przyszło pożegnać się z życiem.
– Hej… – Beatrycze zawahała się na moment. Raz po raz przeczesywała jasne włosy siostry palcami. Coś w tych gestach skojarzyło jej się ze sposobem, w jaki Selene trzymała Ophelię, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie te myśli. Cassandra nie była rozżaloną duszą, którą przytłoczył żal. – Już dobrze. Teraz naprawdę będzie dobrze.
W tamtej chwili nade wszystko pragnęła we własne słowa uwierzyć.
Zamknęła oczy. Wciąż w pełni nie docierało do niej, co się stało, ale starała się o tym nie myśleć. Słodko-gorzki czy nie, to naprawdę był koniec – przynajmniej na chwilę, choć to nadal do niej nie docierało. Ciemność odpuściła, nawet jeśli nie powiedziała tego wprost. Cienie zniknęły, tak jak i wspomnienie Jilliana i Ophelii. Między tu i teraz po prostu było, ale już nie przypominało tego wypełnionego mrokiem, pozbawionego perspektyw więzienia, do którego wszystkie przywykły przez minione wieki. Beatrycze naprawdę wierzyła, że pojawienie się Selene niosło ze sobą obiecane zmiany – choćby szczątkowe, mające zapewnić wolność tym wszystkim duszom.
Och, Ophelio…
Wspomnienie słów krewnej nie dawało jej spokoju. W pamięci wciąż miała jej szloch i wyraz twarz, kiedy dotarło do niej, że nawet bogini nie była w stanie zareagować na kolejne rozpaczliwe błagania. Ophelia przestała uciekać, ale wcale nie zaznała ukojenia. Wręcz przeciwnie – Beatrycze czuła, że żal miał popchnąć kobietę do zrobienia czegoś, o czym lepiej było nie myśleć.
Przez krótką chwilę czuła wyłącznie żal. Sama już nie była pewna, co wzbudzało w niej większą gorycz – współczucie względem Selene, Ophelii, Jilliana… czy samej siebie. „Co ja mówiłem o kobietach w tej rodzinie?” – przypomniała sobie słowa Ciemności. Momentalnie poczuła jeszcze silniejszy gniew, ale ten zniknął równie nagle, co się pojawił, wyparty przez czyste przerażenie.
Niewiele brakowało, by zabiła Ariadnę. Aż za dobrze rozumiała pragnienie zemsty, ale…
Pokręciła głową. Uniosła powieki, by móc spojrzeć wprost w znajomą twarz wciąż tulącej się do niej Cassandry.
– Chodź, przedstawię cię komuś – zaproponowała, ujmując siostrę pod ramię. – Nie wiem czy poznałaś już Carlisle’a, ale…
– Twój syn – przerwała jej natychmiast siostra – był dla mnie miły. Jest cudowny.
Beatrycze jednak udało się uśmiechnąć. Och, tak. Z tym zdecydowanie mogła się zgodzić.
– Więc poznasz Lawrence’a – stwierdziła ze spokojem, nie tracąc entuzjazmu. Próbowała skupić się na czymkolwiek, co nie niosło ze sobą smutku. – Nigdy tak naprawdę nie mieliście okazji.
Nie miała pewności czy Cassandra pamiętała, że L. był przy niej, by pomóc wyciągnąć ją, gdy topiła się w rzece. To było odległe wspomnienie – jeszcze z innego, wówczas pozbawionego nadnaturalnych wydarzeń życia. Później zachorowała, ale o tym Beatrycze tym bardziej nie zamierzała wspominać.
Niektóre rzeczy prościej było pozostawić w przeszłości. Raz na zawsze.
Ophelia
Krążyła niespokojnie. Trwała w pustce, ale to nie miało dla niej znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że nie była sama – w końcu nie. Teraz w końcu wszystko musiało być dobrze. Póki miała go przy sobie, nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej.
To nic. To nic…
Z czułością pogładziła go po twarzy. Nie interesowało jej, że ta nie wyglądała tak jak dawniej. Nie miało znaczenia, że niegdyś piękne, kochające oczy, teraz ziały pustką. W cieniu, u którego boku trwała, Ophelia z trudem mogła doszukać się tego, któremu onegdaj oddała serce, ale przecież to nie było ważne. Czekała na niego zbyt długo, by teraz się poddać.
Uśmiechnęła się łagodnie. Nie odrywając wzroku od cienia – Jilliana, jak raz po raz sobie powtarzała – nachyliła się, by musnąć wargami jego usta. Nie odwzajemnił pocałunku, ale to też nie miło znaczenie. To nic, pomyślała po raz wtóry, chociaż do oczu jak na zawołanie zaczęły cisnąć jej się łzy. Tyle że więcej nie zamierzała płakać. Pozwoliła sobie na wystarczająco wiele, kiedy upokarzała się przed obliczem bogini Obojętności, chociaż ta nie zamierzała kiwnąć nawet palcem.
Teraz Ophelia już jej nie potrzebowała. Była wolna, o ile mogła zaufać temu, co powiedziała Ciemność. Mogła działać, zamiast kryć się po kątach w obawie przed istotą, która odebrała jej wszystko… Ale przecież prawdziwym problemem wcale nie był mężczyzna, któremu ją oddano. To nie on zapoczątkował umowę, która przez wieki pochłaniała kolejne kobiet w rodzie, którego początek dało jej łono. Wszystko tylko i wyłącznie sprowadzało się do jej siostry, o ile wciąż powinna nazywać tak kogoś, kto bez cienia wahania zdecydował się ją sprzedać za odrobinę więcej już i tak dzierżonej władzy. Dla potęgi.
Możliwe, że jednak były do siebie podobne – ona i Isobel. Taka myśl przyszła jej do głowy, kiedy targowała się z Ciemnością, ale Ophelia prawie natychmiast ją od siebie odrzuciła.
Nie, to nie tak. Ona w tym wszystkim nie myślała tylko o sobie.
Znów spojrzała na pozbawioną rysów, obojętną twarz Jilliana. Coś ścisnęło ją w gardle na ten widok, ale nie pozwoliła, by żal zakłócił ulgę, która towarzyszyła jej od chwili, w której go odnalazła. W końcu nie działo się nic takiego, prawda? Na pewno jakoś mogła to naprawić. Mogła go odzyskać.
– To nic – wyszeptała, tym razem na głos. – Jestem tutaj, najdroższy.
Nie odpowiedział, ale była na to przygotowana. Raz jeszcze musnęła wargami jego usta, powoli zaczynając oswajać się z tym, że nie reagował. Nie mógł nawet wypowiedzieć jej imienia; zakomunikować czegokolwiek. On po prostu był, ale sama ta świadomość dawała kobiecie nieopisaną wręcz radość.
Na początek musiało wystarczyć.
Poza tym Jillian wciąż mógł ją objąć. Trzymał ją w ramionach i choć jego dotyk na swój sposób wzbudzał obrzydzenie – zimny, obślizgły i nieprzyjemny – dla Ophelii znaczył więcej niż cokolwiek innego. W końcu to wciąż był jej najdroższy Jillian. Ten sam, któremu oddała serce, duszę, a w pewnym momencie również życie. Jej najlepszy na świecie Łowca, który jak nikt inny potrafił skradać się pomiędzy drzewami, by zaskoczyć ją w najmniej spodziewanym momencie.
– Znajdę sposób, żeby nam pomóc. I tobie, i mi – wyszeptała mu wprost do ucha. Wtuliła twarz w jego tors, wygodniej układając się w jego ramionach. Mimowolnie pomyślała, że jego dotyk wcale nie był taki zły. Jej przypominał muśnięcie promieni słonecznych w przyjemny, letni dzień. Tak, to zdecydowanie było to. – Jestem tutaj. Obiecuję, że już nigdy więcej cię nie opuszczę.
Zamknęła oczy. Wciąż się uśmiechała, choć przez krótką chwilę czując tak, jakby wszystko było na swoim miejscu. Jillian trzymał ją w ramionach, a ona zasypiała, dokładnie tak jak wielokrotnie w przeszłości, gdy jeszcze wszystko było dobrze.
Ten jeden, jedyny raz rozbitej duszy udało się śnić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa