21 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt siedem

Beatrycze
Ulga mieszała się ze strachem. W zasadzie Beatrycze już od dłuższego czasu samej sobie nie potrafiła wyjaśnić, co czuła. Obserwowała, chłonęła podsuwane przez bodźce emocje i próbowała nie oszaleć, o ile to w ogóle było jeszcze możliwe. Tak naprawdę podejrzewała, że ostatecznie coś w niej pękło w chwili, w której rzuciła się na Ariadnę.
Później wszystko zamieniło się w cały potok trudnych do opanowania emocji. Obserwowała, słuchała i próbowała zrozumieć, ale zmagania Ciemności i Selene i tak jawiły się wampirzycy jak sen albo iluzja. Traktowała je jak kolejną sztuczkę, już z przyzwyczajenia próbując się od tego odciąć. Przecież i tak nie powinna wierzyć we wszystko, co podsuwały jej zmysły, prawda?
Ale w chwili, w której z ust Claire padło jakże znajome imię, a Beatrycze w końcu ujrzała prawdziwą twarz Łowcy, wszystko stało się jasne. Zrozumiała.
Wciąż drżała, obserwując kolejne działania bogini. Objęła się ramionami, pocierając ramiona, zupełnie jakby w ten sposób mogła się rozgrzać. Na sobie wciąż czuła dotyk tej istoty – zimny jak lód, a jednak… Och, było w jego gestach coś takiego, co nie pozwalało Beatrycze spojrzeć na niego jak na potwora. Ta istota cierpiała i to z konkretnych powodów, nie tylko dlaczego że Ciemność właśnie nakazała jej… zabicie własnych krewnych.
Beatrycze spuściła głowę, wręcz porażona tą myślą. Włosy opadły jej na twarz, choć na moment przysłaniając widok, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Stała tam – oszołomiona i roztrzęsiona – próbując udawać, że gdzieś w mroku wcale nie krążyły demony, a ona nie stała w otoczeniu kobiet, z którymi spędziła całe wieki, uwięziona przez całe wieki. Teraz znów tu była, próbując uporządkować coś, co przez tyle lat pozostawało dla niej zagadką.
Tak naprawdę nie miała okazji zastanowić się, co stało się z Jillianem – mężczyzną, którego pokochała Ophelią. Jak przez mgłę pamiętała go ze wspomnień, których przyszło jej doświadczyć za sprawą dziennika. Spoglądanie na Jilliana oczami krewnej było proste i znajome, zwłaszcza że dokładnie w ten sam sposób Beatrycze patrzyła na Lawrence’a. „Twój Jillian” – przypomniała słowa, które padły z ust kobiety w odniesieniu do L. Tak, możliwe, że to miało sens. Sęk w tym, że Trycze nigdy swojej miłości nie utraciła.
Powinna zorientować się wcześniej? Kiedy właściwie do tego doszło? Popełniła błąd, próbując zmuszać Joce do odszukania Ophelii. W tamtej chwili była niemalże pewna, że przypadkiem przyciągnęła do dziewczynki coś innego – uwięzionego we własnym żalu ducha, którego przez tyle czasu niewoliła Ciemność. W tamtej chwili Beatrycze nabrała pewności, że istniały rzeczy o wiele gorsze od śmierci czy nawet uwięzienia w świecie, który sama niezmiennie postrzegała jako „złotą klatkę”.
Gdzieś jakby w oddali słyszała głosy, ale nie próbowała skupiać się na poszczególnych słowach. Wzdrygnęła się, kiedy ktoś dotknął jej ramienia; dopiero wtedy zdecydowała się poruszyć i jednak unieść głowę.
– W porządku? – zapytał spiętym głosem Carlisle. Aż za dobrze pamiętała wyraz jego twarzy, kiedy próbował do niej podejść i odciągnąć od Jilliana. – Myślałem…
Wysiliła się na blady uśmiech.
– Wiem. Nic mi nie jest – zapewniła pośpiesznie. Och, czy nie ona jako matka powinna o to pytać? Tyle że w tamtej chwili wcale nie czuła się jak ktoś, kto byłby w stanie się o kogokolwiek zatroszczyć. – Co z Joce? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
– Jest… Cóż, jest cała. – Wampir zawahał się na moment. – Nie wiem jak to ująć, ale ostatni raz widziałem ją w ramionach anioła.
Uniosła brwi. Sądziła, że nic ją już tego dnia nie zaskoczy, a jednak!
– Anioła… – powtórzyła, a potem w końcu zrozumiała. Problem polegał na tym, że sama nie była pewna, czy w takim razie powinna poczuć się lepiej. – Ten mężczyzna…
– Jest jak Elena. Chyba. – Carlisle zawahał się na moment. Jego spojrzenie powędrowało ku – o ile Beatrycze dobrze zapamiętała – Dorianowi. Trudno było przeoczyć kogoś, kto cieszył się parą rozłożystych, śnieżnobiałych skrzydeł. – Powinienem zabrać małą, ale wydaje się bezpieczna i…
Nagle urwał, ale nie miała mu tego za złe. Wiem. Och, wierz mi, że wiem, pomyślała, ale zachowała te słowa dla siebie. Nie sądziła, by cokolwiek zmieniły, zresztą nie miała głowy do powiedzenia czegokolwiek. Tak naprawdę wciąż czuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. To, że Carlisle mógłby być w szoku, było dla niej w pełni zrozumiałe.
– Obok jest Ciemność. Nie wiem czy którekolwiek z nas może być w pełni bezpieczne – przyznała, nie mogąc się powstrzymać.
Syn spojrzał na nią w bliżej nieokreślony sposób, co najmniej jakby widział ją po raz pierwszy.
– Ta kobieta… O mój Boże. – Przez jego twarz przemknął cień. – Albo bogini.
Gdyby sytuacja była inna, skwitowałaby jego reakcję śmiechem. W zasadzie tylko to przychodziło jej do głowy – śmiać się, żeby nie oszaleć, zupełnie jakby nie działo się nic wartego uwagi. Sama Selene, wkraczająca do rozpadającego się świata, by wszystko naprawić? Dla niej brzmiało jak sen. Dla kogoś, kto przez tyle czasu wierzył w coś innego, tym bardziej musiało być.
Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało ku Selene. Bogini czy nie, kobieta bez wątpienia nie była człowiekiem. Wciąż stała przy cieniu, wciąż trzymając go w ramionach i próbując… Po prostu próbując. Beatrycze zawahała się, na moment oszołomiona blaskiem, który emanował od kobiety. To było łagodne, choć piękne światło – trochę jak blask gwiazdy albo przyjaznego wrażliwym oczom księżyca. Wydawał się rozpraszać ciemność, ale choć Beatrycze była pewna, że dotychczas niewyraźna sylwetka Jilliana nabrała kształtów, dotyk bogini wcale nie sprawił, by mężczyzna wrócił do normy.
„Nic z niego nie zostało”. Słowa Ciemności echem odbiły się w jej umyśle. Wampirzyca drgnęła, po czym bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, nagle jeszcze bardziej rozżalona. Coś ścisnęło ją w gardle i to bynajmniej nie ze strachu. Już się nie bała, gotowa przysiąc, że Łowca – choć niebezpieczny – nie byłby w stanie żadnego z nich skrzywdzić. Nie chodziło nawet o to, że stracił swoje naczynie, jednak uwalniając Jocelyne. Tak naprawdę całą uwagę poświęcał tylko jednej, jedynej osobie, tęskniąc i szukając zdecydowanie zbyt długo. Ta myśl bolała, zwłaszcza że Beatrycze aż za dobrze potrafiła zrozumieć cierpienie osoby, która nawet po długich wiekach wciąż była w stanie kochać.
– Beatrycze? – doszedł ją spięty głos Carlisle’a. – Hej…
Tym razem mu nie odpowiedziała. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając na zebranych, ale nikomu nie poświęcając większej uwagi. Osoby, którą chciała znaleźć, nie było pośród jej krewnych.
Obiecałaś… Obiecałaś, że przyjdziesz.
Tak naprawdę nie miała pewności, na ile mogła zaufać swoim wspomnieniom – zwłaszcza tym sprzed przemiany, kiedy to była gotowa przysiąc, że rozmawiała z krewną w rodzinnym domu Licavolich. Wszystko to równie dobrze mogło okazać się wytworem jej wyobraźni, ale nawet jeśli tak było, Beatrycze nie zamierzała stać z założonymi rękami.
– Ophelio! – rzuciła w pustkę. Samą siebie zaskoczyła gniewną, rozżaloną nutą, która wkradła się do jej głosu. Nie miało dla niej znaczenia, że wszyscy jak na zawołanie spojrzeli na nią – z niepokojem, obawą czy konsternacją – jedynie utwierdzając wampirzycę w przekonaniu, że zachowywała się jak skończona kretynka. Cóż, o to też nie dbała. – Ophelio, chodź tutaj! Wiem, że gdzieś jesteś! Pamiętasz, co powiedziałaś?!
Cisza. Odpowiedziała jej wyłącznie cisza, bowiem nic nie zmieniło się nad brzegiem nieskazitelnego jeziora. Beatrycze zamarła w bezruchu, oddychając szybko i płytko, co najmniej jakby właśnie przebiegła maraton. Wodziła wzrokiem na prawo i lewo, jakby w nadziei, że Ophelia nagle wyskoczy spod ziemi – tak po prostu zmaterializuje się przed nią, by spełnić obietnicę. Zupełnie jakby słowa, która wypowiedziała, były jakkolwiek wiążące.
– Radości…
Potrząsnęła głową. Nawet nie trudziła się, by spojrzeć na Lawrence’a.
– Krzycz sobie do woli. – Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. – Miałbym ją wieki temu, gdyby znalezienie jej było takie proste. Wolała porzucić swoje własne dzieci i… – Zamilkł, ale tak naprawdę nie musiał dodawać niczego więcej. – Zresztą to takie dziwne, Beatrycze? Pokazałem ci już, że kobiety w waszej rodzinie są okrutne. Ty też.
– Zamknij się – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nie chciała tego powiedzieć. Tym bardziej nie zamierzała doskoczyć do Ciemności, rzucając się nań niczym rozjuszona kotka. Kolejny raz jej ciało zareagowało szybciej niż umysł, przez co – zanim w ogóle zastanowiła się nad tym, co robi – po prostu doskoczyła do tego mężczyzny.
A potem uderzyła go w twarz.
Zamarła z wiąż uniesioną dłonią. Ciemność albo się tego nie spodziewała, albo tak naprawdę do samego końca nie wierzył, że którakolwiek z więzionych przez niego kobiet zdobędzie się na taki ruch. Beatrycze zamarła, w oszołomieniu wpatrując się w jego twarz – w to ja początkowy szok ustępuje obojętności. W całym ciele wciąż czuła siłę ciosu, który zadała, a który normalnego człowieka jak nic powaliłby na ziemię, o ile nie złamał karku.
Ojciec demonów jednak spokojnie stał w tym samym miejscu, bez śladu krwi czy sinika na twarzy. Jedynie spuścił wzrok, po chwili niedbałym ruchem przykładając dłoń do policzka.
– Beatrycze… – wyszeptał i coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię wystarczyło, by przyprawić kobietę o dreszcze. – Och, Beatrycze… Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś?
Zesztywniała, kiedy spojrzał wprost na nią. Chciała się odsunąć, ale nie była w stanie się ruszyć, przez moment czując się tak, jakby nogi wrosły jej w ziemię. Zamarła w oczekiwaniu, w tamtej chwili świadoma wyłącznie jednego: przesadziła. Cokolwiek nie zadziałoby się w przeciągu kilku ostatnich godzin…
Lawrence dosłownie zmaterializował się między nią a Ciemnością. Choć nie widziała jego twarzy, z łatwością mogła sobie wyobrazić jaki ta miała wyraz.
– Tknij ją – wycharczał, nawet nie próbując ukrywać gniewu – a przysięgam, że znajdę sposób na skrócenie cię o głowę.
– L… – zaczęła, ale reszta jej słów zanikła w śmiechu Ciemności.
– Proszę bardzo! – rzucił pogodnym tonem mężczyzna. – Od początku rwiesz się do walki ze mną. Skoro tego sobie życzysz…
– Wystarczy!
Głos Selene poniósł się echem po okolicy. To był stanowczy rozkaz, wydany nieznoszącym sprzeciwu tonem głosu. Tym razem kobieta nie zabrzmiała ani łagodnie, ani troskliwie. Wciąż stała przy Jillianie, gdy zaś mimo początkowych obaw Beatrycze spojrzała jej w oczy, doszukała się w spojrzeniu bogini wyłącznie bezradności.
Ciemność nie straciła rezonu. Wciąż uśmiechając się drapieżnie, nieznacznie skinął głową.
– Mam przymknąć oko na to, co się stało? – zapytał i chciał dodać coś jeszcze, ale Selene nie dała mu po temu okazji.
– Zasłużyłeś na to i wiele więcej – oznajmiła bez chwili wahania. – Ale to nie jest moment na walkę. W ogóle nie rozwiążemy tego w ten sposób. Szykują się zmiany, a oswobodzenie tego świata będzie ich początkiem.
Beatrycze mogła tylko zgadywać, co kryło się za słowami kobiety. Mimo wszystko wzdłuż jej kręgosłupa przemknęła nagła fala ciepła w odpowiedzi na ostatnie z wypowiedzianych przez boginię zmian.
– Oswobodzenie tego świata… – doszedł ją nerwowy szept Gai. Krewna dosłownie wyjęła jej te słowa z ust.
– Obiecałam, że zrobię wszystko, co mogę. To też zamierzam. – Głos Selene momentalnie złagodniał. – Nie mam prawa oczekiwać, że którakolwiek z was przyjmie mnie z otwartymi ramionami, ale… jeśli tylko zechcecie, pomogę wam. Nie zamierzam być boginią tego świata. Pragnę jedynie naprawić błędy. – Westchnęła cicho. Jej spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku Elenie. – Wierzę, że na to nigdy nie jest za późno.
Słowa Selene zaowocowało kolejnymi szeptami. Choć wyostrzone zmysły Beatrycze z łatwością mogły wychwycić każde słowo, wampirzyca nie była w stanie skupić się na poszczególnych z nich. Jej spojrzenie raz po raz uciekało ku niewyraźnemu, zniekształconemu cieniowi, który trwał u boku zatroskanej nieśmiertelnej.
– A co z nim? – zapytała wprost.
Srebrzyste oczy bogini jak na zawołanie skupiły się na niej. Coś w spojrzeniu i wyrazie twarzy kobiety momentalnie złagodniało.
– Nie mogę igrać z naturą. Ja… Ciemność ma rację. – Kobieta uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – To dusza, która upadła bardzo dawno temu. Próbowałam, ale to ten rodzaj ingerencji, na który nie mogłabym się zdobyć, nieważne jak bardzo chcę.
– Mówiłem – rozbrzmiało gdzieś za plecami Beatrycze.
Twarz Selene wykrzywił grymas, ale nie pozwoliła Ciemności wytrącić się z równowagi. Odetchnęła, po czym pośpiesznie mówiła dalej:
– Mogę zabrać ból. Ukrócę cierpienie i pozwolę mu odejść w spokoju tam, gdzie powinien się znaleźć już dawno temu. – Z westchnieniem przycisnęła obie dłonie do piersi. – Tak mi przykro, dziecino. Twoja agonia trwała zdecydowanie zbyt długo.
Brzmiała tak, jakby poszczególne słowa i sama świadomość bólu Jilliana, sprawiała jej fizyczny ból. Znów wyciągnęła ku cieniowi dłonie, raz po raz z czułością gładząc zniekształcone policzki. Dłonie bogini znów zalśniły łagodnym, srebrzystym blaskiem – jakże kojącym, przyjemnym i…
– Jak możesz nazywać się czyjąkolwiek boginią, jeśli nie potrafisz przynieść spokoju tym, którzy go potrzebując?
Beatrycze wyprostowała się niczym struna w odpowiedzi na brzmienie tego głosu – pełnego goryczy, ale jak najbardziej znajomego. Aż zachłysnęła się powietrzem, gdy po spojrzeniu ku jezioru, dostrzegła nikogo innego, jak samą Ophelię. Wszędzie byłaby w stanie rozpoznać te łagodne rysy twarzy, srebrzyste loki i błękitną, rozłożystą suknię. Wyglądała jak tamtego zwykłego dnia, gdy Beatrycze spotkała ją w Chianni, spokojnie stojącą przy kominku w domu Licavolich. Również tak jak wtedy krewna przypominała jej bardziej wyrwane z przeszłości wspomnienie niż ducha czy cień taki jak Jillian.
Niebieskie oczy Ophelii omiotły jezioro, polanę i zebrane na niej osoby. Coś zmieniło się w wyrazie twarzy kobiety, gdy dostrzegła grupkę jakże podobnych do siebie krewnych – wszystkie jasnowłose, niebieskookie, związane z klątwą…
Porzucone przez nią, choć nikt nigdy nie powiedział tego wprost.
– Ophelio – wyszeptała Beatrycze.
Sama nie była pewna, czy widok krewnej sprawił, że poczuła się jakkolwiek lepiej. Przynajmniej miała już pewność, że dusza była czymś bardziej prawdziwym, aniżeli wytwór wyobraźni. Co więcej przyszła, choć wampirzyca zdążyła stracić już nadzieję na to, że w ogóle do tego dojdzie.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Kobieta była gotowa przysiąc, że minęła cała wieczność, zanim Selene zwróciła się do przybyłej.
– Nie śmiałabym stać się czyjąkolwiek boginią. Powiedziałam już to twoim córą, ale… Ophelio – oznajmiła bogini, starannie wypowiadając to jedno, jedyne imię. – To wciąż może się skończyć tu i teraz. Ten świat… Mój świat – dodała z naciskiem – nigdy nie powinien stać się więzieniem.
Twarz Ophelii pozostawała obojętna i niewzruszona.
– Czyż nie jesteś boginią dzieci nocy, do których zalicza się moja siostra? – zapytała w końcu. – Byłaś łaskawa dla Isobel, chociaż się od ciebie odwróciła. Dlaczego?
– Jestem boginią dla tych, którzy mnie potrzebują – odparła bez chwili wahania Selene. – Nie miałam prawa zmuszać do czegokolwiek twojej siostry.
Ophelia w zamyśleniu skinęła głową. Słuchała z obojętnym wyrazem twarzy, w skupieniu chłonąć poszczególne słowa. Trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała.
– Mówisz… że to twój świat? – zapytała w końcu. – Więzienie, które wyszło spod twojej ręki.
– Ophelio…
Natychmiast poderwała głowę. Nie zawahała się przed spojrzeniem bogini prosto w oczy.
– Tak czy nie? – drążyła, nie zamierzając dać za wygraną. – Zwiesz się Selene, boginią księżyca i… tych, którzy cię potrzebują – powtórzyła, starannie wypowiadając kolejne słowa. – A jednak twierdzisz, że to twój świat. Dlaczego więc Ciemność zniewoliła moje córki w miejscu, nad którym powinnaś mieć kontrolę?
Selene drgnęła. Westchnęła cicho, jakby rozżalona.
– Wycofałam się. Dawno temu, na długie lata. Gdybym wiedziała… Wierzę, że to żadne wytłumaczenie, ale jedyne jakie mogę ci zaoferować – powiedziała cicho. – Ciemność wykorzystała świat, który porzuciłam. Ale to już koniec. – Głos Selene ożywił się, nagle bardziej pewny i pełen zapału. – Wróciłam i wszystko naprawię. Mogę to zrobić, jeśli tylko mi zaufacie. Zdaję sobie sprawę, że proszę o wiele, ale jestem wam winna chociaż tyle. – Bogini zrobiła krok naprzód, wciąż wpatrując się w Ophelię. – Nadchodzą zmiany. Moja bierność… Zbyt długo trwałam w letargu. Zatraciliśmy równowagę, która przed wiekami trzymała ten świat w całości, ale teraz…
– Równowagę – przerwała jej Ophelia. – Jaką równowagę? Między tobą a Ciemnością?
Dokąd ty zmierzasz?, pomyślała z niepokojem Beatrycze. Coś w obojętności, z jaką kobieta zadawała kolejne pytania, niezmiennie ją niepokoiło.
– Jedno bez drugiego nie istnieje. Światło i ciemność… – Selene uśmiechnęła się łagodnie. – Spójrz na swoją krewną i jej męża. Elena i Rafael to moja wielka radość. To początek świata, który pragnęłabym wam zapewnić… Pragnę spokoju i równowagi. Pragnę…
– A co z moją siostrą?
Selene natychmiast zamilkła. Przez chwilę mierzyła Ophelię wzrokiem, jakby chcąc doszukać się w niej czegoś konkretnego – może zrozumienia, a może odpowiedzi.
– Masz w sobie wiele żalu – stwierdziła w końcu. – To w pełni zrozumiałe. Isobel… – Bogini westchnęła cicho. – Isobel odwróciła się ode mnie już dawno temu.
– Ale nie ukarałaś jej za to. Dlaczego? – zapytała wprost Ophelia. – Otrzymała nieśmiertelność. Otrzymała zdolności, których niejeden mógłby jej pozazdrościć… Dlaczego nigdy jej ich nie odebrałaś, skoro cię zawiodła?
– Nie odbieram moim dzieciom darów, które raz ode mnie otrzymały. Nie mam prawa trzymać przy sobie kogoś, kto zbłądził – zaoponowała natychmiast Selene.
Ophelia parsknęła gorzkim, pozbawionym wesołości śmiechem.
– Zbłądził – powtórzyła z niedowierzaniem. – Ona zbłądziła.
– Każdego spotka to, na co zasłużył. Nie jestem po to, by zadawać innym cierpienie – wyjaśniła natychmiast bogini. – Odbudujemy ten świat. Zapewnię tobie i twoim córkom spokój. Już nie zamierzam być obojętna, zwłaszcza że żadnej z was nigdy nie powinno dotknąć takie nieszczęście. To niewiele, ale mogę zaoferować wam chociaż tyle.
Selene zamilkła, wyczekującą spoglądając na Ophelię. Cisza wydawała się ciągnąc w nieskończoność, nieprzenikniona i pełna napięcia. Spojrzenie Beatrycze na krótką chwilę uciekło ku Ciemności; nie sądziła, że będzie zdolny milczeć i słuchać, a jednak przez cały ten czas nie zaingerował ani razu. Po prostu tkwił na swoim miejscu, uśmiechając się w bliżej nieokreślony, nieco tylko pobłażliwy sposób.
Z jakiegoś powodu ten uśmiech martwił ją bardziej niż cokolwiek innego.
– Jeszcze jedna rzecz – powiedziała w końcu Ophelia. Poruszyła się, nagle dosłownie materializując u boku Selene, ale przede wszystkim stojącego przy bogini cienia. Twarz kobiety wykrzywił grymas, gdy zaczęła niespokojnie krążyć wokół tego, co pozostało z Jilliana. Mimo wszystko Beatrycze była gotowa przysiąc, że obecność ukochanej sprawiła, że postać mężczyzny nabrała kształtów; jego oczy zabłysły, śledząc każdy jej ruch. – Co z nim? Ja… Błagam, oddaj mi go. Wybaczę ci wszystko, jeśli tylko mi go oddasz.
Tyle wystarczyło. Obojętność, którą przez tyle czasu okazywała Ophelia, w końcu zniknęła. W zamian kobieta nagle osunęła się na kolana, w następnej sekundzie wybuchając niepohamowanym wręcz płaczem. Dłonie zadrżały, kiedy wyciągnęła je ku Selene – w błagalnym, desperackim wręcz geście. Klęczała przed Selene, szlochała i patrzyła nań tak błagalnie, że to bolało.
Bogini natychmiast znalazła się tuż obok niej. Bez słowa przygarnęła Ophelię do siebie, obojętna na to, że ta moczyła jej łzami przód sukni. Tuliła ją prawie jak kochająca matka, raz po raz przeczesując włosy kobiety palcami. Trzymała ją w ramionach, delikatnie kołysząc – trochę jak dziecko, które obudziło się ze złego snu.
– Oddaj mi… go… Błagam. Powiedziałaś, że jesteś boginią tych, którzy cię potrzebują. – Ophelia urwała, by złapać oddech. – Więc… ja cię potrzebuję. Tu i teraz.
– Dziecino…
– Oddaj mi Jilliana. Oddaj mi… moją miłość. – Kobieta spojrzała Selene w twarz dużymi, załzawionymi oczami. Mówiła i płakała, z trudem zdobywając się na wypowiedzenie kolejnych słów. – Oddaj mi… Albo pozwól, żebym odeszła razem z nim. Błagam. I tak nie zostało już ze mnie nic.
Selene się zawahała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa