
Beatrycze
Ulga mieszała się ze strachem.
W zasadzie Beatrycze już od dłuższego czasu samej sobie nie potrafiła wyjaśnić,
co czuła. Obserwowała, chłonęła podsuwane przez bodźce emocje i próbowała
nie oszaleć, o ile to w ogóle było jeszcze możliwe. Tak naprawdę
podejrzewała, że ostatecznie coś w niej pękło w chwili, w której
rzuciła się na Ariadnę.
Później
wszystko zamieniło się w cały potok trudnych do opanowania emocji.
Obserwowała, słuchała i próbowała zrozumieć, ale zmagania Ciemności i Selene
i tak jawiły się wampirzycy jak sen albo iluzja. Traktowała je jak kolejną
sztuczkę, już z przyzwyczajenia próbując się od tego odciąć. Przecież i tak
nie powinna wierzyć we wszystko, co podsuwały jej zmysły, prawda?
Ale w chwili,
w której z ust Claire padło jakże znajome imię, a Beatrycze w końcu
ujrzała prawdziwą twarz Łowcy, wszystko stało się jasne. Zrozumiała.
Wciąż drżała,
obserwując kolejne działania bogini. Objęła się ramionami, pocierając ramiona,
zupełnie jakby w ten sposób mogła się rozgrzać. Na sobie wciąż czuła dotyk
tej istoty – zimny jak lód, a jednak… Och, było w jego gestach coś
takiego, co nie pozwalało Beatrycze spojrzeć na niego jak na potwora. Ta istota
cierpiała i to z konkretnych powodów, nie tylko dlaczego że Ciemność
właśnie nakazała jej… zabicie własnych krewnych.
Beatrycze
spuściła głowę, wręcz porażona tą myślą. Włosy opadły jej na twarz, choć na
moment przysłaniając widok, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Stała tam –
oszołomiona i roztrzęsiona – próbując udawać, że gdzieś w mroku wcale
nie krążyły demony, a ona nie stała w otoczeniu kobiet, z którymi
spędziła całe wieki, uwięziona przez całe wieki. Teraz znów tu była, próbując uporządkować
coś, co przez tyle lat pozostawało dla niej zagadką.
Tak
naprawdę nie miała okazji zastanowić się, co stało się z Jillianem –
mężczyzną, którego pokochała Ophelią. Jak przez mgłę pamiętała go ze wspomnień,
których przyszło jej doświadczyć za sprawą dziennika. Spoglądanie na Jilliana
oczami krewnej było proste i znajome, zwłaszcza że dokładnie w ten
sam sposób Beatrycze patrzyła na Lawrence’a. „Twój Jillian” – przypomniała słowa,
które padły z ust kobiety w odniesieniu do L. Tak, możliwe, że to
miało sens. Sęk w tym, że Trycze nigdy swojej miłości nie utraciła.
Powinna zorientować
się wcześniej? Kiedy właściwie do tego doszło? Popełniła błąd, próbując zmuszać
Joce do odszukania Ophelii. W tamtej chwili była niemalże pewna, że przypadkiem
przyciągnęła do dziewczynki coś innego – uwięzionego we własnym żalu ducha,
którego przez tyle czasu niewoliła Ciemność. W tamtej chwili Beatrycze
nabrała pewności, że istniały rzeczy o wiele gorsze od śmierci czy nawet
uwięzienia w świecie, który sama niezmiennie postrzegała jako „złotą
klatkę”.
Gdzieś jakby
w oddali słyszała głosy, ale nie próbowała skupiać się na poszczególnych
słowach. Wzdrygnęła się, kiedy ktoś dotknął jej ramienia; dopiero wtedy
zdecydowała się poruszyć i jednak unieść głowę.
– W porządku?
– zapytał spiętym głosem Carlisle. Aż za dobrze pamiętała wyraz jego twarzy,
kiedy próbował do niej podejść i odciągnąć od Jilliana. – Myślałem…
Wysiliła
się na blady uśmiech.
– Wiem. Nic
mi nie jest – zapewniła pośpiesznie. Och, czy nie ona jako matka powinna o to
pytać? Tyle że w tamtej chwili wcale nie czuła się jak ktoś, kto byłby w stanie
się o kogokolwiek zatroszczyć. – Co z Joce? – zapytała, nie mogąc się
powstrzymać.
– Jest…
Cóż, jest cała. – Wampir zawahał się na moment. – Nie wiem jak to ująć, ale
ostatni raz widziałem ją w ramionach anioła.
Uniosła
brwi. Sądziła, że nic ją już tego dnia nie zaskoczy, a jednak!
– Anioła… –
powtórzyła, a potem w końcu zrozumiała. Problem polegał na tym, że
sama nie była pewna, czy w takim razie powinna poczuć się lepiej. – Ten
mężczyzna…
– Jest jak
Elena. Chyba. – Carlisle zawahał się na moment. Jego spojrzenie powędrowało ku –
o ile Beatrycze dobrze zapamiętała – Dorianowi. Trudno było przeoczyć
kogoś, kto cieszył się parą rozłożystych, śnieżnobiałych skrzydeł. – Powinienem
zabrać małą, ale wydaje się bezpieczna i…
Nagle
urwał, ale nie miała mu tego za złe. Wiem. Och, wierz mi, że wiem, pomyślała,
ale zachowała te słowa dla siebie. Nie sądziła, by cokolwiek zmieniły, zresztą
nie miała głowy do powiedzenia czegokolwiek. Tak naprawdę wciąż czuła się tak,
jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. To, że Carlisle mógłby być w szoku,
było dla niej w pełni zrozumiałe.
– Obok jest
Ciemność. Nie wiem czy którekolwiek z nas może być w pełni bezpieczne
– przyznała, nie mogąc się powstrzymać.
Syn
spojrzał na nią w bliżej nieokreślony sposób, co najmniej jakby widział ją
po raz pierwszy.
– Ta kobieta…
O mój Boże. – Przez jego twarz przemknął cień. – Albo bogini.
Gdyby sytuacja
była inna, skwitowałaby jego reakcję śmiechem. W zasadzie tylko to przychodziło
jej do głowy – śmiać się, żeby nie oszaleć, zupełnie jakby nie działo się nic
wartego uwagi. Sama Selene, wkraczająca do rozpadającego się świata, by
wszystko naprawić? Dla niej brzmiało jak sen. Dla kogoś, kto przez tyle czasu
wierzył w coś innego, tym bardziej musiało być.
Jej
spojrzenie mimowolnie powędrowało ku Selene. Bogini czy nie, kobieta bez wątpienia
nie była człowiekiem. Wciąż stała przy cieniu, wciąż trzymając go w ramionach
i próbując… Po prostu próbując. Beatrycze zawahała się, na moment
oszołomiona blaskiem, który emanował od kobiety. To było łagodne, choć piękne
światło – trochę jak blask gwiazdy albo przyjaznego wrażliwym oczom księżyca.
Wydawał się rozpraszać ciemność, ale choć Beatrycze była pewna, że dotychczas
niewyraźna sylwetka Jilliana nabrała kształtów, dotyk bogini wcale nie sprawił,
by mężczyzna wrócił do normy.
„Nic z niego
nie zostało”. Słowa Ciemności echem odbiły się w jej umyśle. Wampirzyca
drgnęła, po czym bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, nagle jeszcze
bardziej rozżalona. Coś ścisnęło ją w gardle i to bynajmniej nie ze strachu.
Już się nie bała, gotowa przysiąc, że Łowca – choć niebezpieczny – nie byłby w stanie
żadnego z nich skrzywdzić. Nie chodziło nawet o to, że stracił swoje
naczynie, jednak uwalniając Jocelyne. Tak naprawdę całą uwagę poświęcał tylko
jednej, jedynej osobie, tęskniąc i szukając zdecydowanie zbyt długo. Ta
myśl bolała, zwłaszcza że Beatrycze aż za dobrze potrafiła zrozumieć cierpienie
osoby, która nawet po długich wiekach wciąż była w stanie kochać.
– Beatrycze?
– doszedł ją spięty głos Carlisle’a. – Hej…
Tym razem
mu nie odpowiedziała. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, szybkim
krokiem ruszyła przed siebie. Powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając na zebranych,
ale nikomu nie poświęcając większej uwagi. Osoby, którą chciała znaleźć, nie
było pośród jej krewnych.
Obiecałaś…
Obiecałaś, że przyjdziesz.
Tak
naprawdę nie miała pewności, na ile mogła zaufać swoim wspomnieniom – zwłaszcza
tym sprzed przemiany, kiedy to była gotowa przysiąc, że rozmawiała z krewną
w rodzinnym domu Licavolich. Wszystko to równie dobrze mogło okazać się
wytworem jej wyobraźni, ale nawet jeśli tak było, Beatrycze nie zamierzała stać
z założonymi rękami.
– Ophelio! –
rzuciła w pustkę. Samą siebie zaskoczyła gniewną, rozżaloną nutą, która
wkradła się do jej głosu. Nie miało dla niej znaczenia, że wszyscy jak na zawołanie
spojrzeli na nią – z niepokojem, obawą czy konsternacją – jedynie
utwierdzając wampirzycę w przekonaniu, że zachowywała się jak skończona
kretynka. Cóż, o to też nie dbała. – Ophelio, chodź tutaj! Wiem, że gdzieś
jesteś! Pamiętasz, co powiedziałaś?!
Cisza. Odpowiedziała
jej wyłącznie cisza, bowiem nic nie zmieniło się nad brzegiem nieskazitelnego
jeziora. Beatrycze zamarła w bezruchu, oddychając szybko i płytko, co
najmniej jakby właśnie przebiegła maraton. Wodziła wzrokiem na prawo i lewo,
jakby w nadziei, że Ophelia nagle wyskoczy spod ziemi – tak po prostu
zmaterializuje się przed nią, by spełnić obietnicę. Zupełnie jakby słowa, która
wypowiedziała, były jakkolwiek wiążące.
– Radości…
Potrząsnęła
głową. Nawet nie trudziła się, by spojrzeć na Lawrence’a.
– Krzycz
sobie do woli. – Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. – Miałbym
ją wieki temu, gdyby znalezienie jej było takie proste. Wolała porzucić swoje
własne dzieci i… – Zamilkł, ale tak naprawdę nie musiał dodawać niczego więcej.
– Zresztą to takie dziwne, Beatrycze? Pokazałem ci już, że kobiety w waszej
rodzinie są okrutne. Ty też.
– Zamknij
się – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nie chciała
tego powiedzieć. Tym bardziej nie zamierzała doskoczyć do Ciemności, rzucając się
nań niczym rozjuszona kotka. Kolejny raz jej ciało zareagowało szybciej niż
umysł, przez co – zanim w ogóle zastanowiła się nad tym, co robi – po
prostu doskoczyła do tego mężczyzny.
A potem
uderzyła go w twarz.
Zamarła z wiąż
uniesioną dłonią. Ciemność albo się tego nie spodziewała, albo tak naprawdę do
samego końca nie wierzył, że którakolwiek z więzionych przez niego kobiet
zdobędzie się na taki ruch. Beatrycze zamarła, w oszołomieniu wpatrując
się w jego twarz – w to ja początkowy szok ustępuje obojętności. W całym
ciele wciąż czuła siłę ciosu, który zadała, a który normalnego człowieka
jak nic powaliłby na ziemię, o ile nie złamał karku.
Ojciec
demonów jednak spokojnie stał w tym samym miejscu, bez śladu krwi czy
sinika na twarzy. Jedynie spuścił wzrok, po chwili niedbałym ruchem przykładając
dłoń do policzka.
– Beatrycze…
– wyszeptał i coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię
wystarczyło, by przyprawić kobietę o dreszcze. – Och, Beatrycze… Zdajesz
sobie sprawę z tego, co zrobiłaś?
Zesztywniała,
kiedy spojrzał wprost na nią. Chciała się odsunąć, ale nie była w stanie
się ruszyć, przez moment czując się tak, jakby nogi wrosły jej w ziemię.
Zamarła w oczekiwaniu, w tamtej chwili świadoma wyłącznie jednego: przesadziła.
Cokolwiek nie zadziałoby się w przeciągu kilku ostatnich godzin…
Lawrence dosłownie
zmaterializował się między nią a Ciemnością. Choć nie widziała jego
twarzy, z łatwością mogła sobie wyobrazić jaki ta miała wyraz.
– Tknij ją –
wycharczał, nawet nie próbując ukrywać gniewu – a przysięgam, że znajdę
sposób na skrócenie cię o głowę.
– L… –
zaczęła, ale reszta jej słów zanikła w śmiechu Ciemności.
– Proszę
bardzo! – rzucił pogodnym tonem mężczyzna. – Od początku rwiesz się do walki ze
mną. Skoro tego sobie życzysz…
–
Wystarczy!
Głos Selene
poniósł się echem po okolicy. To był stanowczy rozkaz, wydany nieznoszącym
sprzeciwu tonem głosu. Tym razem kobieta nie zabrzmiała ani łagodnie, ani
troskliwie. Wciąż stała przy Jillianie, gdy zaś mimo początkowych obaw
Beatrycze spojrzała jej w oczy, doszukała się w spojrzeniu bogini
wyłącznie bezradności.
Ciemność
nie straciła rezonu. Wciąż uśmiechając się drapieżnie, nieznacznie skinął
głową.
– Mam przymknąć
oko na to, co się stało? – zapytał i chciał dodać coś jeszcze, ale Selene
nie dała mu po temu okazji.
– Zasłużyłeś
na to i wiele więcej – oznajmiła bez chwili wahania. – Ale to nie jest
moment na walkę. W ogóle nie rozwiążemy tego w ten sposób. Szykują
się zmiany, a oswobodzenie tego świata będzie ich początkiem.
Beatrycze
mogła tylko zgadywać, co kryło się za słowami kobiety. Mimo wszystko wzdłuż jej
kręgosłupa przemknęła nagła fala ciepła w odpowiedzi na ostatnie z wypowiedzianych
przez boginię zmian.
–
Oswobodzenie tego świata… – doszedł ją nerwowy szept Gai. Krewna dosłownie
wyjęła jej te słowa z ust.
– Obiecałam,
że zrobię wszystko, co mogę. To też zamierzam. – Głos Selene momentalnie
złagodniał. – Nie mam prawa oczekiwać, że którakolwiek z was przyjmie mnie
z otwartymi ramionami, ale… jeśli tylko zechcecie, pomogę wam. Nie
zamierzam być boginią tego świata. Pragnę jedynie naprawić błędy. – Westchnęła
cicho. Jej spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku Elenie. – Wierzę, że na
to nigdy nie jest za późno.
Słowa Selene
zaowocowało kolejnymi szeptami. Choć wyostrzone zmysły Beatrycze z łatwością
mogły wychwycić każde słowo, wampirzyca nie była w stanie skupić się na
poszczególnych z nich. Jej spojrzenie raz po raz uciekało ku niewyraźnemu,
zniekształconemu cieniowi, który trwał u boku zatroskanej nieśmiertelnej.
– A co
z nim? – zapytała wprost.
Srebrzyste
oczy bogini jak na zawołanie skupiły się na niej. Coś w spojrzeniu i wyrazie
twarzy kobiety momentalnie złagodniało.
– Nie mogę igrać
z naturą. Ja… Ciemność ma rację. – Kobieta uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
– To dusza, która upadła bardzo dawno temu. Próbowałam, ale to ten rodzaj
ingerencji, na który nie mogłabym się zdobyć, nieważne jak bardzo chcę.
– Mówiłem –
rozbrzmiało gdzieś za plecami Beatrycze.
Twarz
Selene wykrzywił grymas, ale nie pozwoliła Ciemności wytrącić się z równowagi.
Odetchnęła, po czym pośpiesznie mówiła dalej:
– Mogę zabrać
ból. Ukrócę cierpienie i pozwolę mu odejść w spokoju tam, gdzie
powinien się znaleźć już dawno temu. – Z westchnieniem przycisnęła obie
dłonie do piersi. – Tak mi przykro, dziecino. Twoja agonia trwała zdecydowanie
zbyt długo.
Brzmiała
tak, jakby poszczególne słowa i sama świadomość bólu Jilliana, sprawiała
jej fizyczny ból. Znów wyciągnęła ku cieniowi dłonie, raz po raz z czułością
gładząc zniekształcone policzki. Dłonie bogini znów zalśniły łagodnym, srebrzystym
blaskiem – jakże kojącym, przyjemnym i…
– Jak
możesz nazywać się czyjąkolwiek boginią, jeśli nie potrafisz przynieść spokoju
tym, którzy go potrzebując?
Beatrycze
wyprostowała się niczym struna w odpowiedzi na brzmienie tego głosu –
pełnego goryczy, ale jak najbardziej znajomego. Aż zachłysnęła się powietrzem,
gdy po spojrzeniu ku jezioru, dostrzegła nikogo innego, jak samą Ophelię.
Wszędzie byłaby w stanie rozpoznać te łagodne rysy twarzy, srebrzyste loki
i błękitną, rozłożystą suknię. Wyglądała jak tamtego zwykłego dnia, gdy
Beatrycze spotkała ją w Chianni, spokojnie stojącą przy kominku w domu
Licavolich. Również tak jak wtedy krewna przypominała jej bardziej wyrwane z przeszłości
wspomnienie niż ducha czy cień taki jak Jillian.
Niebieskie
oczy Ophelii omiotły jezioro, polanę i zebrane na niej osoby. Coś zmieniło
się w wyrazie twarzy kobiety, gdy dostrzegła grupkę jakże podobnych do siebie
krewnych – wszystkie jasnowłose, niebieskookie, związane z klątwą…
Porzucone
przez nią, choć nikt nigdy nie powiedział tego wprost.
– Ophelio –
wyszeptała Beatrycze.
Sama nie
była pewna, czy widok krewnej sprawił, że poczuła się jakkolwiek lepiej.
Przynajmniej miała już pewność, że dusza była czymś bardziej prawdziwym,
aniżeli wytwór wyobraźni. Co więcej przyszła, choć wampirzyca zdążyła stracić
już nadzieję na to, że w ogóle do tego dojdzie.
Cisza dzwoniła
jej w uszach. Kobieta była gotowa przysiąc, że minęła cała wieczność,
zanim Selene zwróciła się do przybyłej.
– Nie
śmiałabym stać się czyjąkolwiek boginią. Powiedziałam już to twoim córą, ale…
Ophelio – oznajmiła bogini, starannie wypowiadając to jedno, jedyne imię. – To
wciąż może się skończyć tu i teraz. Ten świat… Mój świat – dodała z naciskiem
– nigdy nie powinien stać się więzieniem.
Twarz
Ophelii pozostawała obojętna i niewzruszona.
– Czyż nie
jesteś boginią dzieci nocy, do których zalicza się moja siostra? – zapytała w końcu.
– Byłaś łaskawa dla Isobel, chociaż się od ciebie odwróciła. Dlaczego?
– Jestem
boginią dla tych, którzy mnie potrzebują – odparła bez chwili wahania Selene. –
Nie miałam prawa zmuszać do czegokolwiek twojej siostry.
Ophelia w zamyśleniu
skinęła głową. Słuchała z obojętnym wyrazem twarzy, w skupieniu
chłonąć poszczególne słowa. Trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie
myślała.
– Mówisz… że
to twój świat? – zapytała w końcu. – Więzienie, które wyszło spod twojej
ręki.
– Ophelio…
Natychmiast
poderwała głowę. Nie zawahała się przed spojrzeniem bogini prosto w oczy.
– Tak czy
nie? – drążyła, nie zamierzając dać za wygraną. – Zwiesz się Selene, boginią księżyca
i… tych, którzy cię potrzebują – powtórzyła, starannie wypowiadając
kolejne słowa. – A jednak twierdzisz, że to twój świat. Dlaczego więc
Ciemność zniewoliła moje córki w miejscu, nad którym powinnaś mieć
kontrolę?
Selene
drgnęła. Westchnęła cicho, jakby rozżalona.
– Wycofałam
się. Dawno temu, na długie lata. Gdybym wiedziała… Wierzę, że to żadne
wytłumaczenie, ale jedyne jakie mogę ci zaoferować – powiedziała cicho. – Ciemność
wykorzystała świat, który porzuciłam. Ale to już koniec. – Głos Selene ożywił
się, nagle bardziej pewny i pełen zapału. – Wróciłam i wszystko
naprawię. Mogę to zrobić, jeśli tylko mi zaufacie. Zdaję sobie sprawę, że
proszę o wiele, ale jestem wam winna chociaż tyle. – Bogini zrobiła krok
naprzód, wciąż wpatrując się w Ophelię. – Nadchodzą zmiany. Moja bierność…
Zbyt długo trwałam w letargu. Zatraciliśmy równowagę, która przed wiekami
trzymała ten świat w całości, ale teraz…
– Równowagę
– przerwała jej Ophelia. – Jaką równowagę? Między tobą a Ciemnością?
Dokąd ty
zmierzasz?, pomyślała z niepokojem Beatrycze. Coś w obojętności, z jaką
kobieta zadawała kolejne pytania, niezmiennie ją niepokoiło.
– Jedno bez
drugiego nie istnieje. Światło i ciemność… – Selene uśmiechnęła się
łagodnie. – Spójrz na swoją krewną i jej męża. Elena i Rafael to moja
wielka radość. To początek świata, który pragnęłabym wam zapewnić… Pragnę
spokoju i równowagi. Pragnę…
– A co
z moją siostrą?
Selene
natychmiast zamilkła. Przez chwilę mierzyła Ophelię wzrokiem, jakby chcąc
doszukać się w niej czegoś konkretnego – może zrozumienia, a może
odpowiedzi.
– Masz w sobie
wiele żalu – stwierdziła w końcu. – To w pełni zrozumiałe. Isobel… –
Bogini westchnęła cicho. – Isobel odwróciła się ode mnie już dawno temu.
– Ale nie
ukarałaś jej za to. Dlaczego? – zapytała wprost Ophelia. – Otrzymała
nieśmiertelność. Otrzymała zdolności, których niejeden mógłby jej pozazdrościć…
Dlaczego nigdy jej ich nie odebrałaś, skoro cię zawiodła?
– Nie
odbieram moim dzieciom darów, które raz ode mnie otrzymały. Nie mam prawa trzymać
przy sobie kogoś, kto zbłądził – zaoponowała natychmiast Selene.
Ophelia
parsknęła gorzkim, pozbawionym wesołości śmiechem.
– Zbłądził –
powtórzyła z niedowierzaniem. – Ona zbłądziła.
– Każdego
spotka to, na co zasłużył. Nie jestem po to, by zadawać innym cierpienie – wyjaśniła
natychmiast bogini. – Odbudujemy ten świat. Zapewnię tobie i twoim córkom
spokój. Już nie zamierzam być obojętna, zwłaszcza że żadnej z was nigdy
nie powinno dotknąć takie nieszczęście. To niewiele, ale mogę zaoferować wam
chociaż tyle.
Selene
zamilkła, wyczekującą spoglądając na Ophelię. Cisza wydawała się ciągnąc w nieskończoność,
nieprzenikniona i pełna napięcia. Spojrzenie Beatrycze na krótką chwilę
uciekło ku Ciemności; nie sądziła, że będzie zdolny milczeć i słuchać, a jednak
przez cały ten czas nie zaingerował ani razu. Po prostu tkwił na swoim miejscu,
uśmiechając się w bliżej nieokreślony, nieco tylko pobłażliwy sposób.
Z jakiegoś
powodu ten uśmiech martwił ją bardziej niż cokolwiek innego.
– Jeszcze
jedna rzecz – powiedziała w końcu Ophelia. Poruszyła się, nagle dosłownie
materializując u boku Selene, ale przede wszystkim stojącego przy bogini
cienia. Twarz kobiety wykrzywił grymas, gdy zaczęła niespokojnie krążyć wokół
tego, co pozostało z Jilliana. Mimo wszystko Beatrycze była gotowa
przysiąc, że obecność ukochanej sprawiła, że postać mężczyzny nabrała kształtów;
jego oczy zabłysły, śledząc każdy jej ruch. – Co z nim? Ja… Błagam, oddaj
mi go. Wybaczę ci wszystko, jeśli tylko mi go oddasz.
Tyle
wystarczyło. Obojętność, którą przez tyle czasu okazywała Ophelia, w końcu
zniknęła. W zamian kobieta nagle osunęła się na kolana, w następnej sekundzie
wybuchając niepohamowanym wręcz płaczem. Dłonie zadrżały, kiedy wyciągnęła je
ku Selene – w błagalnym, desperackim wręcz geście. Klęczała przed Selene,
szlochała i patrzyła nań tak błagalnie, że to bolało.
Bogini
natychmiast znalazła się tuż obok niej. Bez słowa przygarnęła Ophelię do siebie,
obojętna na to, że ta moczyła jej łzami przód sukni. Tuliła ją prawie jak
kochająca matka, raz po raz przeczesując włosy kobiety palcami. Trzymała ją w ramionach,
delikatnie kołysząc – trochę jak dziecko, które obudziło się ze złego snu.
– Oddaj mi…
go… Błagam. Powiedziałaś, że jesteś boginią tych, którzy cię potrzebują. –
Ophelia urwała, by złapać oddech. – Więc… ja cię potrzebuję. Tu i teraz.
– Dziecino…
– Oddaj mi
Jilliana. Oddaj mi… moją miłość. – Kobieta spojrzała Selene w twarz
dużymi, załzawionymi oczami. Mówiła i płakała, z trudem zdobywając
się na wypowiedzenie kolejnych słów. – Oddaj mi… Albo pozwól, żebym odeszła
razem z nim. Błagam. I tak nie zostało już ze mnie nic.
Selene się
zawahała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz