
Jocelyne
Czuła się, jakby znikała.
Trwała w nicości, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nicość.
Zawisła gdzieś w pustce, a może po prostu przestała istnieć, ale…
Tyle że
wtedy byłaby spokojna. Tak przynajmniej sądziła, bezskutecznie próbując
zapanować nad mętlikiem w głowie. Zmysły podsuwały jej bodźce, które nie
należały do niej. Chyba, bo chwilami sama nie miała pewności, kim tak naprawdę
była. Ktoś inny pociągał za sznurki – trochę jak podczas tych dziwnych snów,
kiedy krążyła bez celu i szukała… szukała czegoś.
Szukała
kogoś.
Wszystko
przypominało właśnie kolejny z nieskładnych snów. Znów błądziła, szukając
zrozumienia i odpowiedzi na pytania, które brały się znikąd. „Gdzie jesteś?!”
– cisnęło jej się na usta, ale nawet nie potrafiła stwierdzić, do kogo miałaby
skierować te słowa. Ale potrzebowała tej osoby. Szukała, gotowa przysiąc, że
jeśli nie dotrze do celu, oszaleje.
Chwilami
nabierała pewności, że coś było nie tak. Wiedziała, że ma na imię Jocelyne i dzieje
się coś, nad czym powinna zapanować. Problem polegał na tym, że nie miała
pojęcia jak, zresztą za każdym razem, gdy wydawała się bliska tego, by w końcu
zrozumieć, ponownie lądowała w nicości. To uczucie miało w sobie coś
niepokojąco znajomego, choć do dziewczyny nie od razu dotarło, kiedy ostatnim
razem tego doświadczyła.
Ale był
taki raz. Zaledwie jeden, ale to wystarczyło. Dawno, jakby w innym życiu,
kiedy pozwoliła, żeby Beatrycze przejęła…
Och, ale
ona zrobiła to tylko na chwilę. Nie miała złych zamiarów, a po wszystkim
pozwoliła Joce wrócić do siebie.
Ta istota –
kimkolwiek była – nie miała takiego zamiaru.
Przebudzenie
przyszło tylko na chwilę, wraz z paraliżującym bólem, który wydawał się
porażać całe jej ciało. Uświadomiła sobie, że klęczy na ziemi, przez chwilę
pewna tylko jednego: tego, że niespójne szepty, które nagle wdarły się do jej
umysły, w każdej chwili mogłyby zdołać rozerwać jej głowę. Ból okazał się
gorszy i bardziej przenikliwy niż ten, którego doświadczyła pod wpływem
blokujących nadnaturalne zdolności leków. Prawdziwy problem polegał na tym, że
mogła ich usłyszeć – odległych, tkwiących jakby w innej rzeczywistości,
ale obecnych. Umarli szeptali, przekrzykując się wzajemnie i wzywając ją,
choć Joce nie była w stanie im odpowiedzieć. Tak naprawdę nie chciała.
Chyba krzyknęła,
ale nie miała pewności. Pamiętała za to uderzenie mocy, kiedy w przypływie
frustracji dała upust wszystkiemu, co narastało w jej wnętrzu. Na krótką
chwile poczuła się lepiej, ale wystarczyła chwila, by wszystko wróciło –
szepty, ból i poczucie, że jakaś niewidzialna siła znów próbuje zepchnąć ją
w nicość. Tak naprawdę tylko jedna osoba wciąż miała kontrolę i to
nawet wtedy, gdy Joce udawało się otrząsnąć na tyle, by zaczęła rozumieć, co
działo się wokół niej.
Nie miała
pojęcia gdzie była i jakim cudem znalazła się w tym miejscu – klęcząc
na trawie… Cóż, gdziekolwiek. Jak przez mgłę pamiętała, że była z Edwardem
i Bellą w samochodzie, na dodatek rozbita po kłótni z Ryanem, ale
to już nie miało znaczenia. Wydawało się odległe i równie nieistotne, co i jej
pragnienie, by w końcu odciąć się od mętliku w głowie. Jakaś jej
cząstka pragnęła się poddać i wrócić do jakże kojącego niebytu, ale…
A potem w tym
wszystkim pojawiła się kobieta – piękna, zatroskana i o przyjemnie
ciepłych dłoniach, których dotyk przynosił Jocelyne ulgę. Dziewczyna
momentalnie zapragnęła wpaść w jej ramiona, nawet mimo tego że nie miała
pojęcia, kim nieznajoma była. Ale czuła się przy niej bezpieczna i tylko
to się liczyło. Joce naprawdę była gotowa przysiąc, że piękna istota mogła jej
pomóc – tak po prostu wyrwać ją ze środka tego szaleństwa.
Niezmiennie
czuła pulsujące ciepło na piersi, ale nie potrafiła określić jego źródła. Chciała
unieść rękę, żeby sprawdzić, co i dlaczego ciążyło jej na szyi, ale
odkryła, że nie może się poruszyć. Ciało wydawało się ważyć tonę, oporne i tak
nienaturalnie ciężkie…
No i chciała
kogoś znaleźć. Potrzebowała tej osoby, niezależnie od ceny, którą przyszłoby
jej zapłacić. Co prawda miała wrażenie, że powinna zrobić coś jeszcze, ale te
rozkazy nie miały już znaczenia. Znalezienie kogoś, kogo tak bardzo
potrzebowała, było w tym wszystkim o wiele ważniejsze.
Skrzywiła
się, kolejny raz zagubiona w myślach, pragnieniach i uczuciach –
swoich i cudzych, choć to drugie wciąż do niej nie docierało. Ból głowy znów
ją oszołomił, tak jak i niespójne szepty, które rozbrzmiały w jej
umyśle. Jedna cząstka pragnęła podążać za wewnętrzną potrzebą odszukania kogoś,
kto przecież był tak blisko, druga – paść na kolana i żałośnie szlochać w nadziei,
że głosy w końcu ucichną, pojmując, że nie zamierzała im odpowiadać.
Był jeszcze
paraliżujący strach, który skutecznie pozbawiał ją tchu, jedynie podsycając
wrażenie zapadania w pustkę. W tamtej chwili żałowała, że nie miała
przy sobie mamy albo Rosy – kogokolwiek, kto powiedziałby, że wszystko się
ułoży. Nawet Within z może i nie do końca dobrymi, ale jednak
praktycznymi radami. Potrzebowała choćby demonicy, która już kilkukrotnie
uratowała ją przed szaleństwem. Gdy nieśmiertelna kazała umarłym zamilknąć,
słuchali, nawet jeśli nie mieli na to ochoty.
Ale teraz
Within nie było. Nie widziała już nawet pięknej nieznajomej. Znów trwała w pustce,
całkowicie sama, bezbronna i…
Aż do
momentu, w którym – jakby z oddali, przytłumiony przez nieustające
szepty – doszedł ją jeszcze jeden, na dodatek dziwnie znajomy głos.
– Jillian!
Wraz z tym
jednym imieniem zmieniło się wszystko.
Wrażenie
było takie, jakby ktoś wcisnął przycisk pauzy. Co prawda szepty nie ucichły,
ale Joce i tak poczuła się, jakby ktoś ściągnął z jej ramion olbrzymi
ciężar. Zaraz po tym z jękiem opadła na kolana, zupełnie jak jakaś
porzucona marionetka, której ktoś dopiero co przeciął sznurki. Klęczała na
ziemi, oddychając szybko i płytko; ledwo łapała oddech, ale zrozumienie
tego stanu przyszło później. W oszołomieniu dotarło do niej, że płakała,
krztusząc się łzami, których pochodzenia nie potrafiła zrozumieć.
Wciąż czuła
pulsowanie na piersi, ale tym razem nic nie powstrzymało jej przed sięgnięciem
do czegoś, co zwisało z jej szyi. Zacisnęła palce na niewielkim,
rozgrzanym kształcie, aż wzdrygając się w odpowiedzi na jego temperaturę.
Bez zastanowienia zerwała wisiorek, po czym z jękiem odrzuciła go od
siebie. Szepty ucichły, ale Joce prawie nie zwróciła na to uwagi, z niedowierzaniem
spoglądając na bielący się w trawie odłamek kryształu.
Och, nie…
O bogini…
Skąd go
miała? Dlaczego, do cholery, ktoś zawiesił jej go na szyi?! Zawirowało jej w głowie,
ale nawet nie potrafiła stwierdzić z jakiego powodu – przez nadmiar emocji
czy resztki wpływu niebezpiecznego kamienia. Nagle zrozumiała, skąd brał się
ten dziwny stan i głosy. Co prawda jak przez mgłę pamiętała moment, w którym
– jeszcze w ośrodku – Ron próbował wykorzystać kryształ, żeby podsycić jej
zdolności, ale nie była w stanie zapomnieć tego, jak to się skończyło. Już
sama telepatia okazywała się wtedy wręcz zabójczym narzędziem, jeśli zaś
chodziło o nekromancję…
Potrząsnęła
głową. Otarła twarz, bynajmniej nie zaskoczona wilgocią, którą poczuła na skórze.
Wciąż płakała, jednak kiedy spojrzała na swoje dłonie, to nie łzy dostrzegła na
skórze. Krwawiła, jednak to odkrycie również nie zrobiło na niej wrażenia. To
nie był pierwszy raz, kiedy nagle przekonywała się, że z nosa ciekła jej
krew.
Wszystko
wydawało się lepsze niż dalsze słuchanie szeptów i błagań tych, którym
zdecydowanie nie chciała odpowiadać.
Poruszając
się trochę jak w transie, Joce uniosła głowę. Próbowała się rozejrzeć, ale
ciało wciąż miała dziwnie roztrzęsione i jakby cięższe nić powinno. Jakby
tego było mało, coś przykuło jej uwagę – podłużny kształt, porzucony w trawie
tuż obok kryształu. Serce dziewczyny podeszło aż do gardła, gdy rozpoznała w nim…
miecz? Takie przynajmniej miała wrażenie, bo ostrze zniknęło samo z siebie
zanim w ogóle zdążyła mu się przyjrzeć. Po prostu rozpłynęło się w powietrzu,
jedynie utwierdzając Joce w przekonaniu, że najpewniej właśnie traciła
zmysły.
Coś
poruszyło się w zasięgu jej wzroku. Napięła mięśnie, gotowa się bronić
albo rzucić do ataku, ale zrezygnowała w chwili, w której dostrzegła
parę lśniących, ciemnych oczu. Nie znała mężczyzny, który się w nią
wpatrywał – początkowo niepewnie, później zaś z ulgą; na jego ustach pojawił
się niemalże serdeczny uśmiech.
– Cześć,
dziecino – rzucił, zachęcająco wyciągając ku niej ręce.
Czuła, że
powinna jakoś zareagować, ale nie była w stanie. Jakby tego było mało, w chwili,
w której mężczyzna się poruszył, dostrzegła wyrastające z jego pleców
skrzydła – białe, lśniące i absolutnie różne od tych demona.
Oszalałam.
O bogini, jednak oszalałam…
Powtarzała
to również w chwili, w której mężczyzna z lekkością wziął ją na
ręce. Mimo wszystko poczuła się dziwnie spokojna i rozluźniona, trochę jak
dziecko, które ktoś właśnie próbował ułożyć do snu.
– Miło widzieć,
że już ze mną nie walczysz. – Nieznajomy wysilił się na blady uśmiech. – Najdziwniejszy
przeciwnik, z jakim przyszło mierzyć mi się od wieków – dodał, ale choć jego
głos zabrzmiał pogodnie, coś w słowach i tak przyprawiło Joce o dreszcz
niepokoju.
Coś jej
umykało. Coś ważnego i nie chodziło tylko o kryształ i ten
znikający miecz. O to, że w ramionach trzymał ją ktoś o aparycji
anioła tym bardziej, ale…
Wiedziała,
że gdzieś w pobliżu było więcej osób. Słyszała ich głosy, o wiele
bardziej prawdziwe niż te, które dopiero co rozbrzmiewały w jej głowie.
Ktoś chyba nawet wypowiedział jej imię, ale nie miała pewności.
Czuła się
zmęczona. Coraz bardziej i bardziej,
na dodatek ogarnięta słabością, która…
– To nic.
Absolutnie nic – zapewnił cicho anioł. Jego głos brzmiał przyjemnie i niezwykle
kojąco. – Już jesteś bezpieczna, Jocelyne.
Nawet jeśli istniały powody, by mu nie uwierzyła, nie miała
okazji się nad nimi zastanowić. Wystarczyła chwila, by zmęczenie ostatecznie przejęło
nad nią kontrolę, a Joce na powrót otoczyła ciemność.

Claire
To była najbardziej szalona
decyzja, jaką podjęła. Bardziej nieprzemyślana niż ta we Florencji, kiedy jak skończona
idiotka popędziła do szklarni, skupiona tylko na tym, by pomóc Issie i Pavarottim.
Nawet bardziej niż impulsywne zaufanie Claudii, choć ta na jej oczach zabiła
Setha, a wcześniej omal nie wykończyła Isabeau. Zawierzenie, że w takim
wypadku wampirzyca faktycznie chciała jej pomóc, brzmiało jak czyste
szaleństwo, a jednak… jakimś cudem była tutaj.
Rozpaczliwy
krzyk Eleny sprawiło, że Claire już nawet nie próbowała tego analizować. To, co
działo się później, jedynie bardziej wytrąciło dziewczynę z równowagi.
Niewiele
rozumiała z zamieszania, które wywiązało się nad jeziorem. Była w stanie
rozpoznać Elenę, Carlisle’a, Aldero i parę… bardziej przyjaznych im
demonów, ale obecność tych wszystkich podobnych do siebie i jej kuzynki
kobiet, pozostawała dla Claire zagadką. Tym bardziej nie rozumiała, co działo się
na jej oczach, kiedy w całym tym szaleństwie pojawiły się dwie całkowicie
różne od siebie istoty – mężczyzna z niebezpiecznym błyskiem oczu, który
ostatecznie okazał się samą Ciemnością oraz… kobieta. Piękna kobieta, którą
ojciec demonów nazywał Selene.
Bogini i Ciemność.
Więc jednak Claudia naćpała ją szałwią czy co tam paliła. Mogła mówić sobie cokolwiek
chciała, ale w tamtej chwili Claire nie widziała żadnego sensownego
rozwiązania – nie takiego, które mógłby zaakceptować ktoś, kto mimo wszystko
wierzył w poukładany świat, opierający się na logicznych zasadach i układzie
pierwiastków.
Wodór,
hel, lit, beryl… Próbowała wymienić je po kolei, ale to już od dawna nie sprawiało,
że czuła się bezpieczna. Claire miała raczej wrażenie, że znów oszukiwała samą
siebie, doszukując się normalności tam, gdzie od dawna jej nie było.
Więc
przestała myśleć. Tak było prościej, tak jak i wiara w to, że wszystko
było co najwyżej snem. Chciała udawać, że w takim wypadku faktycznie miała
kontrolę nad tym, co działo się wokół niej. Oszołomiona jakimś związkiem
chemicznym czy też nie, mogła spróbować skupić się na tym, co powiedziała jej
Claudia. Przynajmniej udawać, że wciąż mogła cokolwiek zdziałać, zupełnie jakby
znajomość kryjącego się pod sigilami imienia faktycznie mogła rozwiązać wszelakie
problemy.
Dlatego je
wykrzyczała. Zrobiła to całkowicie instynktownie, bez zbędnych przemyśleń
wpadając w sam środek chaosu z imieniem Jilliana na ustach. Dopiero wtedy
dotarło do niej, co zrobiła – w chwili, w której spojrzenia
wszystkich zwróciły się wprost na nią, a Claire uświadomiła sobie, że stoi
zaledwie kilka metrów od uzbrojonej w miecz, oszalałej Joce. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, w oszołomieniu spoglądając na kuzynkę, ale
zanim zdążyła przetworzyć w myślach to, co się działo, dziewczyna osunęła
się na ziemię.
Nad
jeziorem zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Claire zastygła w miejscu,
ledwo łapiąc oddech, podczas gdy serce tłukło jej się w piersi, jakby
chcąc wyrwać się na zewnątrz. Naprzemiennie robiło jej się to gorąco, to znów
zimno, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Chwiała się na nogach, nerwowo
wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Cisza dzwoniła jej w uszach, spokój
stawał się coraz bardziej nienaturalny, a potem…
– Jillian –
usłyszała, ale tym razem to nie z jej ust padło to jedno imię. – Masz na
imię… Jillian?
Wzdrygnęła
się, w pośpiechu przenosząc wzrok na piękną, jasnowłosą kobietę. Selene –
cokolwiek miało to znaczyć – wpatrywała się w jakiś punkt ponad ramieniem
Claire, choć i to dotarło do dziewczyny z opóźnieniem. Początkowo
sądziła, że nieśmiertelna wpatrywała się wprost w nią.
Z jakiegoś
powodu wcale nie chciała się odwracać. Zrobiła to z opóźnieniem, nie mogąc
znieść wątpliwości i przeciągającej się ciszy – i to tylko po to, by
natychmiast pożałować tej decyzji. Odskoczyła, z wrażenia omal nie
potykając się o własne nogi, kiedy dostrzegła cienistą, w pełni męską
sylwetkę. Przynajmniej zakładała, że miała do czynienia z mężczyzną, bo
postaci daleko było do w pełni ludzkiej postaci. Claire pierwszy raz
widziała coś takiego – pulsującą, otoczoną cieniami masę, która to nabierała,
to znów traciła swój kształt. Na pierwszy rzut oka przypominał jednego z pozbawionej
cielesnej formy demonów, ale było w jego wyglądzie coś bardziej
niepokojącego, wręcz… obrzydliwego. Po chwili wahania Claire zdołała stwierdzić
jedynie tyle, że wyglądał tak, jakby się rozkładał albo w każdej chwili mógł
rozpaść.
Nie
odpowiedział na zadane mu pytanie. Dziewczyny ani trochę to nie zdziwiło, zwłaszcza
że istota nie wyglądała jak ktoś, kto byłby w stanie mówić. On po prostu
tam był, zawieszony gdzieś między życiem a śmiercią i…
–
Beatrycze… Beatrycze, czekaj!
Rozpoznała
głos Lawrence’a, ale to nie wampir przykuł jej uwagę. W zamian spojrzała
wprost na Trycze, kiedy ta bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ruszyła się z miejsca.
Nagle po prostu zmaterializowała się tuż przed cienistą postacią, zamiast z obrzydzeniem,
spoglądając na nią w przede wszystkim zszokowany sposób.
– Jillian… O mój
Boże – wyszeptała tak drżącym głosem, że ledwo dało się ją zrozumieć. – Chyba
rozumiem.
Przynajmniej
ty jedna, pomyślała w oszołomieniu Claire. Wciąż tkwiła w miejscu,
nie mogąc pozbyć się wrażenia, że umknęło jej naprawdę wiele. Jakimś cudem wylądowała
w samym środku szaleństwa, które nawet jej nie dotyczyło.
– To
świetnie, radości, ale możemy o tym pogadać w bezpiecznej odległości –
zaoponował natychmiast L. – Cokolwiek to jest…
– Nie to,
ale Jillian – przerwała mu natychmiast Beatrycze. Zaraz po tym bez cienia
strachu zwróciła się do cienistej postaci plecami, w zamian spoglądając
wprost na Ciemność. – To prawda? Zrobiłeś coś takiego? – wyrzuciła z siebie
na wydechu, wyraźnie nie dowierzając.
Sam
zainteresowany jedynie wzruszył ramionami.
– Skąd to
zaskoczenie, moja miła? Cel uświęca środki – odparł takim tonem, jakby właśnie rozmawiali
o pogodzie. – Teraz i tak jest dla mnie bezużyteczny.
Twarz kobiety
wykrzywił grymas. Claire była pewna, że wciąż rubinowe tęczówki Beatrycze
pociemniały. Och, no i prawie na pewno były suche, co w przypadku wampirzycy
oznaczało tylko jedno.
– Och, nie…
O nie – powtórzyła rozgorączkowanym tonem. Zaraz po tym znów zwróciła się
ku cieniowi. – Poznałam cię. I poznałam ją… Jej szukasz, prawda? Och,
Jillianie, ty wciąż szukasz Ophelii.
Cień drgnął
w odpowiedzi na to jedno imię. Nagle się poruszył, bezceremonialnie
wyciągając ramiona wprost ku niczego niespodziewającej się Beatrycze.
L. warknął
cicho, a krążący w pobliżu Carlisle natychmiast się przemieścił,
gotów rzucić matce na pomoc, ale to okazało się zbędne.
– Dobrze… Dobrze,
w porządku – wyszeptała Beatrycze. Trudno było stwierdzić, kogo tak
naprawdę próbowała uspokoić. Liczyło się, że wciąż tkwiła w miejscu,
pozwalając, by cienista postać ją obejmowała. – Gdybym tylko mogła coś dla
ciebie zrobić…
Spuściła
wzrok. Cień wciąż ją obejmował, chociaż wyglądało to raczej tak, jakby jego bezkształtne
ciało przenikało Beatrycze. Wtedy też Claire naszła niepokojąca myśl, że swoim
krzykiem mogła wywołać coś, co opętało Jocelyne, ale prawie natychmiast
odrzuciła od siebie taką możliwość. Chyba tak naprawdę nie chciała rozumieć,
przynajmniej na razie.
– Proszę…
Pozwól mi. – Głos Selene był cichy i łagodny. Z wolna ruszyła ku
Beatrycze i oplatającej ją istoty, zachęcająco wyciągając ręce. – Puść ją,
Jillianie. Zobaczę, co będę mogła dla ciebie zrobić.
Początkowo
nic nie wskazywało na to, by istota zamierzała usłuchać. W zasadzie trudno
było nawet stwierdzić, czy rozumiała, czego od niej oczekiwano. Cień wciąż
tkwił w tym samym miejscu, tuląc do siebie Beatrycze. Co prawda nic nie
wskazywało na to, by zamierzał zrobić jej krzywdę, ale sam widok i tak
okazał się niepokojący.
A potem uścisk
w końcu zelżał, pozwalając wampirzycy się odsunąć. Zrobiła krok w tył,
bynajmniej nie sprawiając przy tym wrażenia kogoś, kto przyjmował ten gest z ulgą.
Przeciwnie – wciąż patrzyła na postać w niemalże troskliwy sposób, jakby
mogła doszukać się w niej kogoś więcej, aniżeli bezkształtnej masy.
– Tracisz
czas – stwierdziła jakby od niechcenia Ciemność. – Nic z niego nie
zostało. Chyba że zaingerujesz, ale… Och, ale ty od dawna tego nie robisz,
prawda?
Kobieta
zignorowała pobrzmiewająca w głosie nieśmiertelnego kpinę. Wpatrywała się w cień,
po chwili wyciągając ręce ku – jak się wydawało – twarzy. Delikatnie ujęła ją w obie
dłonie, po czym westchnęła, niemalże z żalem spuszczając głowę.
– Tak mi
przykro. Tak bardzo mi przykro – wyszeptała, a w jej głosie było tyle
smutku, że to dosłownie sprawiało ból. Claire nie potrafiła stwierdzić, do kogo
w tamtej chwili zwracała się kobieta. – Nigdy nie powinno do tego dojść.
– Kobiety
są okrutne. Nie tylko w tej rodzinie – stwierdził w odpowiedzi ojciec
demonów.
Selene aż
się wzdrygnęła.
– Ty jesteś
okrutny. Tyle cierpienia, a wszystko po to, by…
–
Cierpienia, na które przez tyle czasu pozostawałaś obojętna – przerwał jej
zniecierpliwionym tonem. – Naprawdę musimy ciągnąć rozmowę w ten sposób,
moja bogini?
– Ta
rozmowa została zakończona już dawno temu.
Kłócą się
jak para kochanków…, pomyślała Claire, nagle sama niepewna, kogo powinna słuchać.
Niespokojnie spoglądała to na jedno, to znów na drugie, żałując, że nie miała
jak się wycofać. Ostatecznie objęła się ramionami, próbując udawać, że tak
naprawdę wcale nie stała na całkowicie obcej polanie, słuchając kłótni istot, o których
dotychczas krążyły co najwyżej legendy.
–
Naturalnie, to jest twoja metoda. Kiedy sytuacja się komplikuje, uciekasz i udajesz,
że nie możesz nic zrobić. – Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. –
Ja niszczę, jak sama już mi zarzuciłaś. Co w takim razie potrafisz ty,
bogini?
Selene nie
odpowiedziała. Wciąż stała, kciukami raz po raz przesuwając po twarzy cienistej
postaci. Wszystko wskazywało na to, że znów zamierzała zignorować Ciemność – aż
do momentu, w którym kobieta nagle westchnęła i skinęła głową.
– Zrobię,
co tylko będę mogła – powtórzyła, zamykając oczy. Jej dłonie zalśniły łagodnym
blaskiem, który momentalnie skojarzył się Claire z uzdrawiającymi zdolnościami
Damiena.
A potem
cień zaczął się zmieniać, kiedy bogini zdecydowała się dotrzymać słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz