20 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt sześć

Jocelyne
Czuła się, jakby znikała. Trwała w nicości, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nicość. Zawisła gdzieś w pustce, a może po prostu przestała istnieć, ale…
Tyle że wtedy byłaby spokojna. Tak przynajmniej sądziła, bezskutecznie próbując zapanować nad mętlikiem w głowie. Zmysły podsuwały jej bodźce, które nie należały do niej. Chyba, bo chwilami sama nie miała pewności, kim tak naprawdę była. Ktoś inny pociągał za sznurki – trochę jak podczas tych dziwnych snów, kiedy krążyła bez celu i szukała… szukała czegoś.
Szukała kogoś.
Wszystko przypominało właśnie kolejny z nieskładnych snów. Znów błądziła, szukając zrozumienia i odpowiedzi na pytania, które brały się znikąd. „Gdzie jesteś?!” – cisnęło jej się na usta, ale nawet nie potrafiła stwierdzić, do kogo miałaby skierować te słowa. Ale potrzebowała tej osoby. Szukała, gotowa przysiąc, że jeśli nie dotrze do celu, oszaleje.
Chwilami nabierała pewności, że coś było nie tak. Wiedziała, że ma na imię Jocelyne i dzieje się coś, nad czym powinna zapanować. Problem polegał na tym, że nie miała pojęcia jak, zresztą za każdym razem, gdy wydawała się bliska tego, by w końcu zrozumieć, ponownie lądowała w nicości. To uczucie miało w sobie coś niepokojąco znajomego, choć do dziewczyny nie od razu dotarło, kiedy ostatnim razem tego doświadczyła.
Ale był taki raz. Zaledwie jeden, ale to wystarczyło. Dawno, jakby w innym życiu, kiedy pozwoliła, żeby Beatrycze przejęła…
Och, ale ona zrobiła to tylko na chwilę. Nie miała złych zamiarów, a po wszystkim pozwoliła Joce wrócić do siebie.
Ta istota – kimkolwiek była – nie miała takiego zamiaru.
Przebudzenie przyszło tylko na chwilę, wraz z paraliżującym bólem, który wydawał się porażać całe jej ciało. Uświadomiła sobie, że klęczy na ziemi, przez chwilę pewna tylko jednego: tego, że niespójne szepty, które nagle wdarły się do jej umysły, w każdej chwili mogłyby zdołać rozerwać jej głowę. Ból okazał się gorszy i bardziej przenikliwy niż ten, którego doświadczyła pod wpływem blokujących nadnaturalne zdolności leków. Prawdziwy problem polegał na tym, że mogła ich usłyszeć – odległych, tkwiących jakby w innej rzeczywistości, ale obecnych. Umarli szeptali, przekrzykując się wzajemnie i wzywając ją, choć Joce nie była w stanie im odpowiedzieć. Tak naprawdę nie chciała.
Chyba krzyknęła, ale nie miała pewności. Pamiętała za to uderzenie mocy, kiedy w przypływie frustracji dała upust wszystkiemu, co narastało w jej wnętrzu. Na krótką chwile poczuła się lepiej, ale wystarczyła chwila, by wszystko wróciło – szepty, ból i poczucie, że jakaś niewidzialna siła znów próbuje zepchnąć ją w nicość. Tak naprawdę tylko jedna osoba wciąż miała kontrolę i to nawet wtedy, gdy Joce udawało się otrząsnąć na tyle, by zaczęła rozumieć, co działo się wokół niej.
Nie miała pojęcia gdzie była i jakim cudem znalazła się w tym miejscu – klęcząc na trawie… Cóż, gdziekolwiek. Jak przez mgłę pamiętała, że była z Edwardem i Bellą w samochodzie, na dodatek rozbita po kłótni z Ryanem, ale to już nie miało znaczenia. Wydawało się odległe i równie nieistotne, co i jej pragnienie, by w końcu odciąć się od mętliku w głowie. Jakaś jej cząstka pragnęła się poddać i wrócić do jakże kojącego niebytu, ale…
A potem w tym wszystkim pojawiła się kobieta – piękna, zatroskana i o przyjemnie ciepłych dłoniach, których dotyk przynosił Jocelyne ulgę. Dziewczyna momentalnie zapragnęła wpaść w jej ramiona, nawet mimo tego że nie miała pojęcia, kim nieznajoma była. Ale czuła się przy niej bezpieczna i tylko to się liczyło. Joce naprawdę była gotowa przysiąc, że piękna istota mogła jej pomóc – tak po prostu wyrwać ją ze środka tego szaleństwa.
Niezmiennie czuła pulsujące ciepło na piersi, ale nie potrafiła określić jego źródła. Chciała unieść rękę, żeby sprawdzić, co i dlaczego ciążyło jej na szyi, ale odkryła, że nie może się poruszyć. Ciało wydawało się ważyć tonę, oporne i tak nienaturalnie ciężkie…
No i chciała kogoś znaleźć. Potrzebowała tej osoby, niezależnie od ceny, którą przyszłoby jej zapłacić. Co prawda miała wrażenie, że powinna zrobić coś jeszcze, ale te rozkazy nie miały już znaczenia. Znalezienie kogoś, kogo tak bardzo potrzebowała, było w tym wszystkim o wiele ważniejsze.
Skrzywiła się, kolejny raz zagubiona w myślach, pragnieniach i uczuciach – swoich i cudzych, choć to drugie wciąż do niej nie docierało. Ból głowy znów ją oszołomił, tak jak i niespójne szepty, które rozbrzmiały w jej umyśle. Jedna cząstka pragnęła podążać za wewnętrzną potrzebą odszukania kogoś, kto przecież był tak blisko, druga – paść na kolana i żałośnie szlochać w nadziei, że głosy w końcu ucichną, pojmując, że nie zamierzała im odpowiadać.
Był jeszcze paraliżujący strach, który skutecznie pozbawiał ją tchu, jedynie podsycając wrażenie zapadania w pustkę. W tamtej chwili żałowała, że nie miała przy sobie mamy albo Rosy – kogokolwiek, kto powiedziałby, że wszystko się ułoży. Nawet Within z może i nie do końca dobrymi, ale jednak praktycznymi radami. Potrzebowała choćby demonicy, która już kilkukrotnie uratowała ją przed szaleństwem. Gdy nieśmiertelna kazała umarłym zamilknąć, słuchali, nawet jeśli nie mieli na to ochoty.
Ale teraz Within nie było. Nie widziała już nawet pięknej nieznajomej. Znów trwała w pustce, całkowicie sama, bezbronna i…
Aż do momentu, w którym – jakby z oddali, przytłumiony przez nieustające szepty – doszedł ją jeszcze jeden, na dodatek dziwnie znajomy głos.
– Jillian!
Wraz z tym jednym imieniem zmieniło się wszystko.
Wrażenie było takie, jakby ktoś wcisnął przycisk pauzy. Co prawda szepty nie ucichły, ale Joce i tak poczuła się, jakby ktoś ściągnął z jej ramion olbrzymi ciężar. Zaraz po tym z jękiem opadła na kolana, zupełnie jak jakaś porzucona marionetka, której ktoś dopiero co przeciął sznurki. Klęczała na ziemi, oddychając szybko i płytko; ledwo łapała oddech, ale zrozumienie tego stanu przyszło później. W oszołomieniu dotarło do niej, że płakała, krztusząc się łzami, których pochodzenia nie potrafiła zrozumieć.
Wciąż czuła pulsowanie na piersi, ale tym razem nic nie powstrzymało jej przed sięgnięciem do czegoś, co zwisało z jej szyi. Zacisnęła palce na niewielkim, rozgrzanym kształcie, aż wzdrygając się w odpowiedzi na jego temperaturę. Bez zastanowienia zerwała wisiorek, po czym z jękiem odrzuciła go od siebie. Szepty ucichły, ale Joce prawie nie zwróciła na to uwagi, z niedowierzaniem spoglądając na bielący się w trawie odłamek kryształu.
Och, nie… O bogini…
Skąd go miała? Dlaczego, do cholery, ktoś zawiesił jej go na szyi?! Zawirowało jej w głowie, ale nawet nie potrafiła stwierdzić z jakiego powodu – przez nadmiar emocji czy resztki wpływu niebezpiecznego kamienia. Nagle zrozumiała, skąd brał się ten dziwny stan i głosy. Co prawda jak przez mgłę pamiętała moment, w którym – jeszcze w ośrodku – Ron próbował wykorzystać kryształ, żeby podsycić jej zdolności, ale nie była w stanie zapomnieć tego, jak to się skończyło. Już sama telepatia okazywała się wtedy wręcz zabójczym narzędziem, jeśli zaś chodziło o nekromancję…
Potrząsnęła głową. Otarła twarz, bynajmniej nie zaskoczona wilgocią, którą poczuła na skórze. Wciąż płakała, jednak kiedy spojrzała na swoje dłonie, to nie łzy dostrzegła na skórze. Krwawiła, jednak to odkrycie również nie zrobiło na niej wrażenia. To nie był pierwszy raz, kiedy nagle przekonywała się, że z nosa ciekła jej krew.
Wszystko wydawało się lepsze niż dalsze słuchanie szeptów i błagań tych, którym zdecydowanie nie chciała odpowiadać.
Poruszając się trochę jak w transie, Joce uniosła głowę. Próbowała się rozejrzeć, ale ciało wciąż miała dziwnie roztrzęsione i jakby cięższe nić powinno. Jakby tego było mało, coś przykuło jej uwagę – podłużny kształt, porzucony w trawie tuż obok kryształu. Serce dziewczyny podeszło aż do gardła, gdy rozpoznała w nim… miecz? Takie przynajmniej miała wrażenie, bo ostrze zniknęło samo z siebie zanim w ogóle zdążyła mu się przyjrzeć. Po prostu rozpłynęło się w powietrzu, jedynie utwierdzając Joce w przekonaniu, że najpewniej właśnie traciła zmysły.
Coś poruszyło się w zasięgu jej wzroku. Napięła mięśnie, gotowa się bronić albo rzucić do ataku, ale zrezygnowała w chwili, w której dostrzegła parę lśniących, ciemnych oczu. Nie znała mężczyzny, który się w nią wpatrywał – początkowo niepewnie, później zaś z ulgą; na jego ustach pojawił się niemalże serdeczny uśmiech.
– Cześć, dziecino – rzucił, zachęcająco wyciągając ku niej ręce.
Czuła, że powinna jakoś zareagować, ale nie była w stanie. Jakby tego było mało, w chwili, w której mężczyzna się poruszył, dostrzegła wyrastające z jego pleców skrzydła – białe, lśniące i absolutnie różne od tych demona.
Oszalałam. O bogini, jednak oszalałam…
Powtarzała to również w chwili, w której mężczyzna z lekkością wziął ją na ręce. Mimo wszystko poczuła się dziwnie spokojna i rozluźniona, trochę jak dziecko, które ktoś właśnie próbował ułożyć do snu.
– Miło widzieć, że już ze mną nie walczysz. – Nieznajomy wysilił się na blady uśmiech. – Najdziwniejszy przeciwnik, z jakim przyszło mierzyć mi się od wieków – dodał, ale choć jego głos zabrzmiał pogodnie, coś w słowach i tak przyprawiło Joce o dreszcz niepokoju.
Coś jej umykało. Coś ważnego i nie chodziło tylko o kryształ i ten znikający miecz. O to, że w ramionach trzymał ją ktoś o aparycji anioła tym bardziej, ale…
Wiedziała, że gdzieś w pobliżu było więcej osób. Słyszała ich głosy, o wiele bardziej prawdziwe niż te, które dopiero co rozbrzmiewały w jej głowie. Ktoś chyba nawet wypowiedział jej imię, ale nie miała pewności.
Czuła się zmęczona. Coraz bardziej i bardziej,  na dodatek ogarnięta słabością, która…
– To nic. Absolutnie nic – zapewnił cicho anioł. Jego głos brzmiał przyjemnie i niezwykle kojąco. – Już jesteś bezpieczna, Jocelyne.
Nawet jeśli istniały powody, by mu nie uwierzyła, nie miała okazji się nad nimi zastanowić. Wystarczyła chwila, by zmęczenie ostatecznie przejęło nad nią kontrolę, a Joce na powrót otoczyła ciemność.
Claire
To była najbardziej szalona decyzja, jaką podjęła. Bardziej nieprzemyślana niż ta we Florencji, kiedy jak skończona idiotka popędziła do szklarni, skupiona tylko na tym, by pomóc Issie i Pavarottim. Nawet bardziej niż impulsywne zaufanie Claudii, choć ta na jej oczach zabiła Setha, a wcześniej omal nie wykończyła Isabeau. Zawierzenie, że w takim wypadku wampirzyca faktycznie chciała jej pomóc, brzmiało jak czyste szaleństwo, a jednak… jakimś cudem była tutaj.
Rozpaczliwy krzyk Eleny sprawiło, że Claire już nawet nie próbowała tego analizować. To, co działo się później, jedynie bardziej wytrąciło dziewczynę z równowagi.
Niewiele rozumiała z zamieszania, które wywiązało się nad jeziorem. Była w stanie rozpoznać Elenę, Carlisle’a, Aldero i parę… bardziej przyjaznych im demonów, ale obecność tych wszystkich podobnych do siebie i jej kuzynki kobiet, pozostawała dla Claire zagadką. Tym bardziej nie rozumiała, co działo się na jej oczach, kiedy w całym tym szaleństwie pojawiły się dwie całkowicie różne od siebie istoty – mężczyzna z niebezpiecznym błyskiem oczu, który ostatecznie okazał się samą Ciemnością oraz… kobieta. Piękna kobieta, którą ojciec demonów nazywał Selene.
Bogini i Ciemność. Więc jednak Claudia naćpała ją szałwią czy co tam paliła. Mogła mówić sobie cokolwiek chciała, ale w tamtej chwili Claire nie widziała żadnego sensownego rozwiązania – nie takiego, które mógłby zaakceptować ktoś, kto mimo wszystko wierzył w poukładany świat, opierający się na logicznych zasadach i układzie pierwiastków.
Wodór, hel, lit, beryl… Próbowała wymienić je po kolei, ale to już od dawna nie sprawiało, że czuła się bezpieczna. Claire miała raczej wrażenie, że znów oszukiwała samą siebie, doszukując się normalności tam, gdzie od dawna jej nie było.
Więc przestała myśleć. Tak było prościej, tak jak i wiara w to, że wszystko było co najwyżej snem. Chciała udawać, że w takim wypadku faktycznie miała kontrolę nad tym, co działo się wokół niej. Oszołomiona jakimś związkiem chemicznym czy też nie, mogła spróbować skupić się na tym, co powiedziała jej Claudia. Przynajmniej udawać, że wciąż mogła cokolwiek zdziałać, zupełnie jakby znajomość kryjącego się pod sigilami imienia faktycznie mogła rozwiązać wszelakie problemy.
Dlatego je wykrzyczała. Zrobiła to całkowicie instynktownie, bez zbędnych przemyśleń wpadając w sam środek chaosu z imieniem Jilliana na ustach. Dopiero wtedy dotarło do niej, co zrobiła – w chwili, w której spojrzenia wszystkich zwróciły się wprost na nią, a Claire uświadomiła sobie, że stoi zaledwie kilka metrów od uzbrojonej w miecz, oszalałej Joce. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, w oszołomieniu spoglądając na kuzynkę, ale zanim zdążyła przetworzyć w myślach to, co się działo, dziewczyna osunęła się na ziemię.
Nad jeziorem zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Claire zastygła w miejscu, ledwo łapiąc oddech, podczas gdy serce tłukło jej się w piersi, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz. Naprzemiennie robiło jej się to gorąco, to znów zimno, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Chwiała się na nogach, nerwowo wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Cisza dzwoniła jej w uszach, spokój stawał się coraz bardziej nienaturalny, a potem…
– Jillian – usłyszała, ale tym razem to nie z jej ust padło to jedno imię. – Masz na imię… Jillian?
Wzdrygnęła się, w pośpiechu przenosząc wzrok na piękną, jasnowłosą kobietę. Selene – cokolwiek miało to znaczyć – wpatrywała się w jakiś punkt ponad ramieniem Claire, choć i to dotarło do dziewczyny z opóźnieniem. Początkowo sądziła, że nieśmiertelna wpatrywała się wprost w nią.
Z jakiegoś powodu wcale nie chciała się odwracać. Zrobiła to z opóźnieniem, nie mogąc znieść wątpliwości i przeciągającej się ciszy – i to tylko po to, by natychmiast pożałować tej decyzji. Odskoczyła, z wrażenia omal nie potykając się o własne nogi, kiedy dostrzegła cienistą, w pełni męską sylwetkę. Przynajmniej zakładała, że miała do czynienia z mężczyzną, bo postaci daleko było do w pełni ludzkiej postaci. Claire pierwszy raz widziała coś takiego – pulsującą, otoczoną cieniami masę, która to nabierała, to znów traciła swój kształt. Na pierwszy rzut oka przypominał jednego z pozbawionej cielesnej formy demonów, ale było w jego wyglądzie coś bardziej niepokojącego, wręcz… obrzydliwego. Po chwili wahania Claire zdołała stwierdzić jedynie tyle, że wyglądał tak, jakby się rozkładał albo w każdej chwili mógł rozpaść.
Nie odpowiedział na zadane mu pytanie. Dziewczyny ani trochę to nie zdziwiło, zwłaszcza że istota nie wyglądała jak ktoś, kto byłby w stanie mówić. On po prostu tam był, zawieszony gdzieś między życiem a śmiercią i…
– Beatrycze… Beatrycze, czekaj!
Rozpoznała głos Lawrence’a, ale to nie wampir przykuł jej uwagę. W zamian spojrzała wprost na Trycze, kiedy ta bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ruszyła się z miejsca. Nagle po prostu zmaterializowała się tuż przed cienistą postacią, zamiast z obrzydzeniem, spoglądając na nią w przede wszystkim zszokowany sposób.
– Jillian… O mój Boże – wyszeptała tak drżącym głosem, że ledwo dało się ją zrozumieć. – Chyba rozumiem.
Przynajmniej ty jedna, pomyślała w oszołomieniu Claire. Wciąż tkwiła w miejscu, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że umknęło jej naprawdę wiele. Jakimś cudem wylądowała w samym środku szaleństwa, które nawet jej nie dotyczyło.
– To świetnie, radości, ale możemy o tym pogadać w bezpiecznej odległości – zaoponował natychmiast L. – Cokolwiek to jest…
– Nie to, ale Jillian – przerwała mu natychmiast Beatrycze. Zaraz po tym bez cienia strachu zwróciła się do cienistej postaci plecami, w zamian spoglądając wprost na Ciemność. – To prawda? Zrobiłeś coś takiego? – wyrzuciła z siebie na wydechu, wyraźnie nie dowierzając.
Sam zainteresowany jedynie wzruszył ramionami.
– Skąd to zaskoczenie, moja miła? Cel uświęca środki – odparł takim tonem, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie. – Teraz i tak jest dla mnie bezużyteczny.
Twarz kobiety wykrzywił grymas. Claire była pewna, że wciąż rubinowe tęczówki Beatrycze pociemniały. Och, no i prawie na pewno były suche, co w przypadku wampirzycy oznaczało tylko jedno.
– Och, nie… O nie – powtórzyła rozgorączkowanym tonem. Zaraz po tym znów zwróciła się ku cieniowi. – Poznałam cię. I poznałam ją… Jej szukasz, prawda? Och, Jillianie, ty wciąż szukasz Ophelii.
Cień drgnął w odpowiedzi na to jedno imię. Nagle się poruszył, bezceremonialnie wyciągając ramiona wprost ku niczego niespodziewającej się Beatrycze.
L. warknął cicho, a krążący w pobliżu Carlisle natychmiast się przemieścił, gotów rzucić matce na pomoc, ale to okazało się zbędne.
– Dobrze… Dobrze, w porządku – wyszeptała Beatrycze. Trudno było stwierdzić, kogo tak naprawdę próbowała uspokoić. Liczyło się, że wciąż tkwiła w miejscu, pozwalając, by cienista postać ją obejmowała. – Gdybym tylko mogła coś dla ciebie zrobić…
Spuściła wzrok. Cień wciąż ją obejmował, chociaż wyglądało to raczej tak, jakby jego bezkształtne ciało przenikało Beatrycze. Wtedy też Claire naszła niepokojąca myśl, że swoim krzykiem mogła wywołać coś, co opętało Jocelyne, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Chyba tak naprawdę nie chciała rozumieć, przynajmniej na razie.
– Proszę… Pozwól mi. – Głos Selene był cichy i łagodny. Z wolna ruszyła ku Beatrycze i oplatającej ją istoty, zachęcająco wyciągając ręce. – Puść ją, Jillianie. Zobaczę, co będę mogła dla ciebie zrobić.
Początkowo nic nie wskazywało na to, by istota zamierzała usłuchać. W zasadzie trudno było nawet stwierdzić, czy rozumiała, czego od niej oczekiwano. Cień wciąż tkwił w tym samym miejscu, tuląc do siebie Beatrycze. Co prawda nic nie wskazywało na to, by zamierzał zrobić jej krzywdę, ale sam widok i tak okazał się niepokojący.
A potem uścisk w końcu zelżał, pozwalając wampirzycy się odsunąć. Zrobiła krok w tył, bynajmniej nie sprawiając przy tym wrażenia kogoś, kto przyjmował ten gest z ulgą. Przeciwnie – wciąż patrzyła na postać w niemalże troskliwy sposób, jakby mogła doszukać się w niej kogoś więcej, aniżeli bezkształtnej masy.
– Tracisz czas – stwierdziła jakby od niechcenia Ciemność. – Nic z niego nie zostało. Chyba że zaingerujesz, ale… Och, ale ty od dawna tego nie robisz, prawda?
Kobieta zignorowała pobrzmiewająca w głosie nieśmiertelnego kpinę. Wpatrywała się w cień, po chwili wyciągając ręce ku – jak się wydawało – twarzy. Delikatnie ujęła ją w obie dłonie, po czym westchnęła, niemalże z żalem spuszczając głowę.
– Tak mi przykro. Tak bardzo mi przykro – wyszeptała, a w jej głosie było tyle smutku, że to dosłownie sprawiało ból. Claire nie potrafiła stwierdzić, do kogo w tamtej chwili zwracała się kobieta. – Nigdy nie powinno do tego dojść.
– Kobiety są okrutne. Nie tylko w tej rodzinie – stwierdził w odpowiedzi ojciec demonów.
Selene aż się wzdrygnęła.
– Ty jesteś okrutny. Tyle cierpienia, a wszystko po to, by…
– Cierpienia, na które przez tyle czasu pozostawałaś obojętna – przerwał jej zniecierpliwionym tonem. – Naprawdę musimy ciągnąć rozmowę w ten sposób, moja bogini?
– Ta rozmowa została zakończona już dawno temu.
Kłócą się jak para kochanków…, pomyślała Claire, nagle sama niepewna, kogo powinna słuchać. Niespokojnie spoglądała to na jedno, to znów na drugie, żałując, że nie miała jak się wycofać. Ostatecznie objęła się ramionami, próbując udawać, że tak naprawdę wcale nie stała na całkowicie obcej polanie, słuchając kłótni istot, o których dotychczas krążyły co najwyżej legendy.
– Naturalnie, to jest twoja metoda. Kiedy sytuacja się komplikuje, uciekasz i udajesz, że nie możesz nic zrobić. – Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. – Ja niszczę, jak sama już mi zarzuciłaś. Co w takim razie potrafisz ty, bogini?
Selene nie odpowiedziała. Wciąż stała, kciukami raz po raz przesuwając po twarzy cienistej postaci. Wszystko wskazywało na to, że znów zamierzała zignorować Ciemność – aż do momentu, w którym kobieta nagle westchnęła i skinęła głową.
– Zrobię, co tylko będę mogła – powtórzyła, zamykając oczy. Jej dłonie zalśniły łagodnym blaskiem, który momentalnie skojarzył się Claire z uzdrawiającymi zdolnościami Damiena.
A potem cień zaczął się zmieniać, kiedy bogini zdecydowała się dotrzymać słowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa