18 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt pięć

Beatrycze
Coś było nie tak. Powtarzała te słowa niczym mantę, w pośpiechu wyprzedzając nawet Lawrence’a. Nie zatrzymał jej, pozwalając, by prowadziła, w pośpiechu zmierzając ku jezioru. Biegła przed siebie, chyba tylko cudem nie potykając o własne nogi. Miała złe przeczucia, te zaś nasiliły się w chwili, w której wyraźnie usłyszała głos Ciemności. Jego śmiech był aż nadto charakterystyczny i jedynie upewnił Beatrycze, że ta istota przy pierwszej okazji podążyła właśnie ku wodzie.
Przez całą drogę nie dostrzegła ani jednej ze swoich krewnych, w tym również Ariadny. Nie miała pewności czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie, przynajmniej do momentu, póki nie zauważyła, ile osób zebrało się przy jeziorze. Zastygła w bezruchu, w oszołomieniu wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. Kamień spadł jej z serca, gdy zauważyła Carlisle’a i Elenę, zwłaszcza że nic nie wskazywało na to, by któremukolwiek stała się krzywda. Dziewczyna tuliła się do Rafaela i choć początkowo Beatrycze zawahała się na widok demona, ostatecznie nie próbowała zastanawiać się nad tym, w jaki sposób nieśmiertelny dostał się do tego miejsca. Był synem Ciemności. Możliwe, że to wyjaśniało wszystko.
Dostrzegła Miriam i Aldero, ale również im nie poświęciła większej uwagi. Rozluźniła się na widok Gai, zwłaszcza że gdy ostatnim razem widziała kobietę, ta w przerażeniu opuszczała lustrzaną salę. Więc dotarła tutaj, na dodatek bez większych problemów. Dobrze. To było więcej, niż Beatrycze mogłaby sobie życzyć.
Wyczuła ruch za plecami, kiedy Lawrence w pośpiechu do niej dołączył, ale nie poświęciła mu większej uwagi. Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której – prócz stojącej naprzeciwko zebranych Ciemności – dostrzegła kogoś jeszcze. Kobieta dosłownie lśniła, skutecznie ściągając na siebie uwagę zebranych. Była smukła, olśniewająco piękna i przypominała trochę gwiazdę na atramentowym niebie. Jej twarz wyrażała przede wszystkim niepokój, zwłaszcza gdy z troską spoglądała na wszystkich wokół. Trzymała się blisko zebranej nad jeziorem grupki, jakby oddzielając ją od Ciemności i krążących gdzieś w mroku demonów. I choć Beatrycze nie znała jej imienia, coś w smukłej postaci sprawiało, że po prostu nieznajomej ufała.
– Błagam, przestań… Po prostu przestań – padło nagle z jej ust. – W tej chwili zostaw dziewczynkę…
Beatrycze drgnęła, nagle wytrącona z równowagi. Zareagowała instynktownie, w pośpiechu spoglądając w miejsce, w którym kobieta utkwiła wzrok – lśniące, niemalże srebrzyste tęczówki. Była dziwnie pewna, kogo zobaczy, ale i tak niebijące już od jakiegoś czasu serce, podeszło jej aż do gardła, gdy dostrzegła spokojnie kroczącą między drzewami postać. Łowca nie śpieszył się, w pełni ludzkim krokiem zmierzając ku jezioru.
– Co właściwie…? – doszedł ją spięty głos Lawrence’a. Jedynie pokręciła głową, niezdolna mu odpowiedzieć.
Zamarła w bezruchu, przez moment niepewna, co powinna zrobić. Rzucić się do ucieczki? Mogła, zwłaszcza że była na liście tej istoty. Wciąż nie zamierzała pozwolić, by akurat Jocelyne miała ją na sumieniu – nieważne czy świadoma, czy też nie. Beatrycze miała dość powodów, by spróbować się wycofać albo zrobić… cokolwiek innego, ale kiedy przyszło co do czego, nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Była w stanie co najwyżej patrzeć na obojętną twarz dziewczyny, jej uroczy, choć pusty uśmiech i… te pozbawione jakichkolwiek emocji oczy. W tamtej chwili Joce przypominała jej laleczkę, na dodatek o wiele delikatniejszą niż zazwyczaj.
Usłyszała parsknięcie i dopiero to pozwoliło jej otrząsnąć się na tyle, by oderwała wzrok od Joce. Zdążyła jeszcze zauważyć krew na twarzy dziewczyny, ale nie była w stanie sprecyzować źródła. Miała jedynie wrażenie, że obecność posoki wcale nie miała związku z atakiem Ariadny.
– Och, dobry wieczór, moja radości – rzuciła przesadnie pogodnym tonem Ciemność. Wtedy też do Beatrycze dotarło, że istota znajdowała się o wiele bliżej, niż mogłaby przypuszczać. Stał z założonymi rękami, spoglądając na nią i Lawrence’a z nieco pobłażliwym uśmiechem. – Jednak przyszłaś dołączyć się do zabawy?
Puściła jego słowa mimo uszu. Przynajmniej próbowała, bo nie mogła powstrzymać się od drgnięcia i nerwowego napięcia mięśni.
– Puść ją – wyrwało jej się.
Kąciki ust Ciemności drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnął.
– A co ja mogę? – obruszył się, wzruszając ramionami. – Wydawało mi się, że wyraziłem się dość jasno. To przykre, ale zostało mi co najwyżej oglądanie tego… małego przedstawienia – stwierdził po chwili zastanowienia.
Znów uderzyła ją niepokojąca myśl, że mógłby mówić prawdę. Co prawda była pewna, że gdyby tylko zechciał, byłby w stanie zatrzymać Łowcę, ale wolała nie zastanawiać się, do czego wtedy musiałby się posunąć. Tak czy siak, nic nie wskazywało na to, by Ciemność planowała interweniować, najwyraźniej zamierzając stać i obserwować, do czego było w stanie posunąć się jego własne dzieło.
Beatrycze drgnęła, ale ostatecznie zmusiła się do pozostania w miejscu. Nie ufała ani sobie, ani własnym reakcjom. Gdyby w tym wszystkim puściły jej nerwy i spróbowała zaatakować akurat Ciemność…
Tyle że jakaś jej cząstka naprawdę tego pragnęła.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści – tak mocno, że wcale nie zdziwiłaby się, gdyby zdołała połamać sobie palce. Czerwona mgiełka wróciła, skutecznie przysłaniając wszystko inne. Do Beatrycze dotarło, że zaczęła drżeć, niespokojnie spoglądając to na wciąż zbliżającego się Łowcę, to znów na znajdującą się dosłownie na wyciągnięcie ręki Ciemność.
Ten drugi uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób.
– Kiedy zrobiłyście się takie problematyczne? – zapytał, wzdychając przeciągle. – Och, nie przejmuj się. Nie zamierzam…
Nie dokończył.
Beatrycze spodziewała się po nim dosłownie wszystkiego – iluzji, ataku, niezrozumiałej siły, która popchnie ją wprost w ramiona Łowcy. Podejrzewała każde możliwe rozwiązanie, ale na pewno nie to, że nagle usłyszy pisk Anabelle – tak charakterystyczny, należący do dziecka, że nie byłaby w stanie pomylić go z niczym innym.
Potrzebowała zaledwie chwilę, by wypatrzeć Anę. Okazało się to o tyle prostsze, że dziewczynka nagle została powalona na ziemię – właściwie bez powodu, uległa jakiejś niewidzialnej sile, która bezceremonialnie przyciągnęła ją bliżej Ciemności, a przy tym również Łowcy. Wyraz twarzy Jocelyne nie zmienił się, ale choć nic nie wskazywało na to, że władająca nią istota zamierzała atakować, Beatrycze  momentalnie zapragnęła protestować. Chciała ruszyć się z miejsca, ale zanim zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, dostrzegła ruch, a chwilę później Anabelle w porę pochwycił Aldero. Dziewczyna pozostawała w jego ramionach – blada, drżąca, szlochając rozdzierająco.
Ciemność wywróciła oczami.
– Och… Wolałem, kiedy walczyliście z naszą uroczą Światłością – mruknął, nie kryjąc rozczarowania.
Chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie tego nie zrobił. Uniósł brwi, słysząc trzepot skrzydeł, kiedy Miriam nagle poderwała się ku górze, zamierając między Alem i Aną a ojcem. Nie odezwała się nawet słowem, ale postawa, którą przyjęła – niczym tarcza, która zamierzała zrobić wszystko, by zapewnić znajdującej się za nią dwójce bezpieczeństwo – mówiła sama za siebie.
– Wystarczy! – rozbrzmiało dookoła.
Piękna kobieta poruszyła się, nagle robiąc krok naprzód. Nie zwracała się do Ciemności, choć to Beatrycze pojęła dopiero w chwili, w której podążyła za spojrzeniem nieznajomej. Patrzenie na Joce niezmiennie wytrącało ją z równowagi, zwłaszcza że jakaś cząstka wampirzycy wciąż próbowała wyprzeć prawdę. To się nie działo. Nie mogło być prawdziwe, ale…
Tyle że dziewczyna wciąż tam stała, na dodatek w uniesioną w dość jednoznacznym geście dłonią. Wtedy też do Beatrycze dotarło, że to Łowca próbował przyciągnąć do siebie Anabelle – i że w tym mimo wszystko nie było żadnej ingerencji Ciemności. Telepatia, uprzytomniła sobie, choć i to do niej nie docierało. Sęk w tym, że przecież Joce była uzdolniona; ta istota najwyraźniej potrafiła to wykorzystać.
– Próbuję ją znaleźć – oznajmił nagle Łowca. Jego głos, choć znajomy i melodyjny, skutecznie przyprawiał Beatrycze o dreszcze. – Jest gdzieś tutaj. Wzywa mnie.
Kto? Kto i czemu…?, pomyślała, ale nie była w stanie wykrztusić choćby słowa na głos. Pragnęła tylko, żeby to się skończyło – zaingerować, porządnie potrząsnąć tą istotą, a potem…
– Puść ją – odezwała się ponownie piękna kobieta, nie zamierzając dać za wygraną. – Nie zmuszaj mnie, żebym zainterweniowała. Krzywdzisz ją.
Oblicze Łowcy pozostało niewzruszone.
– Jest idealnym naczyniem – powiedział w końcu.
– Twoje naczynie – zaoponowała natychmiast kobieta – to w połowie ludzkie dziecko, które nie wytrzyma tego, co robisz. Nie czujesz, że słabnie?
Tym razem Łowca nie odpowiedział od razu. Jego dłoń drgnęła, kiedy uniósł ją do twarz, jakby od niechcenia ocierając stróżkę krwi, która wypłynęła z nosa dziewczyny. Z powątpiewaniem spojrzał na czerwone smugi, ale również to nie wzbudziło w nim wątpliwości.
– Muszę ją znaleźć.
– Kogo? – Beatrycze aż się wzdrygnęła, kiedy Lawrence zdecydował się wtrącić. Poruszyła się niespokojnie, kiedy wampir przemieścił się, nagle materializując tuż za nią. Jego dłonie z silą zacisnęły się na jej ramionach, jakby tylko w ten sposób powstrzymywał się od zrobienia czegoś głupiego. – Do diabła, kogo? Co tu się w ogóle dzieje?
– Nie przypominam sobie, byśmy byli po imieniu – mruknęła Ciemność, jakby od niechcenia obserwując sytuację.
L. warknął w odpowiedzi. Poruszył się i tym razem Beatrycze musiała go pochwycić, woląc nie sprawdzać, jak daleko byłby w stanie się posunąć. Rzucanie się na kogoś, kto miał kontrolę nad demonami, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
– Ty nawet nie próbuj sobie żartować! – wycedził Lawrence’a. – Radości, puść mnie. Zrobię mu piekło i będzie po problemie.
– Robienie piekła to moja działka – obruszył się sam zainteresowany. – Twój luby jest nerwowy, Beatrycze. Zawsze tak miał?
– Dosyć! Bawi cię to? – jęknęła, nagle tracąc cierpliwość. Wzburzenie powróciło, zwłaszcza że wciąż była nerwowa po konfrontacji z Ariadną. Najdelikatniej rzecz ujmując. – Zrób coś! Chciałeś mnie i Eleny. Jesteśmy tutaj wszystkie, więc…
Tym razem twarz Ciemności wykrzywił grymas.
– Kiedy w końcu dotrze do ciebie, że nie mam na to wpływu?! Słyszysz go, prawda? – Niecierpliwym ruchem wskazał na Łowcę. – Bredzi o naczyniu i tym, że musi kogoś znaleźć, odkąd ściągnąłem wszystkich tutaj. Chcesz mojej interwencji? Proszę bardzo! Jedno słowo i zetrę tę małą na proch, skoro mam go odesłać. Wierz mi, że teraz nie ma to dla mnie znaczenia. Mam to, czego chciałem.
Jego spojrzenie powędrowało ku pięknej kobiecie. Coś w wyrazie jego twarzy znów się zmieniło – zaledwie na ułamek sekundy, bo mniej więcej na tyle słabości pozwoliła sobie Ciemność. Beatrycze miała zaledwie chwilę, by zaobserwować jak jego twarz łagodniejsze, a w oczach pojawia się pełen satysfakcji błysk.
– Ani… ani mi się waż – wyszeptała, potrząsając głową. Sama już nie była pewna czy zwracała się do wciąż podenerwowanego Lawrence’a, czy może Ciemności. – Spróbuj skrzywdzić Joce, a…
Reszta jej słów zaginęła w rozdzierającym wręcz wrzasku. W następnej sekundzie potężne uderzenie mocy dosłownie ścięło zaskoczoną wampirzycę z nóg, bezceremonialnie powalając na ziemię. W oszołomieniu zdążyła tylko zidentyfikować to, że głos brzmiał znajomo – i że pisk wyrwał się z gardła Jocelyne. Problem polegał na tym, że kiedy w oszołomieniu spróbowała spojrzeć w kierunku Łowcy, odkryła, że nie jest w stanie choćby na dziewczynę spojrzeć. Blask, który wydobywał się z zawieszonego na jej szyi kryształu, dosłownie oślepiał.
Beatrycze spróbowała poderwać się na nogi. Wciąż oszołomiona telepatycznym uderzeniem fali, która tak nagle rozeszła się dookoła, powalając wszystkich na ziemię, z trudem wsparła się na rękach. Usłyszała szloch i przyśpieszony, urywany oddech, dopiero po chwili dostrzegając w całym środku całego zamieszania klęczącą dziewczynę. Joce trzymała się za głowę, drżąc i raz po raz kołysząc się to w przód, to znów w tył.
– Jocelyne… – wyrwało się Trycze.
Nawet na nią nie spojrzała. Klęczała, otoczona cieniem, który nie odstępował jej nawet na krok. Łowca wciąż trwał przy niej, wyraźnie nie zamierzając odpuścić. Beatrycze nagle zwątpiła w to, czy nekromantka w ogóle próbowała z nim walczyć, o choćby najmniejszym sprzeciwie nie wspominając. Ona po prostu w tym wszystkim trwała, coraz to słabsza i niezdolna zrobić… cokolwiek. Wampirzyca wyraźnie czuła słodki zapach krewi, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że jeszcze więcej posoki popłynęło z nosa dziewczyny w odpowiedzi na wysiłek, który kosztowała ją obecność tej istoty.
Coś poruszyło się jakby na granicy świadomości Beatrycze. Zanim zdążyła zdecydować, co zrobić, w zasięgu jej wzroku pojawił się skrawek czarnej sukni. Piękna kobieta, która wcześniej dyskutowała z Ciemnością, zbliżyła się do Łowcy, w przeciwieństwie do zebranych wciąż będąc w stanie utrzymać się w pionie. Poruszała się szybkim, choć ludzkim tempem, w niemalże troskliwym geście wyciągając obie dłonie ku Jocelyne.
– Pozwól mi pomóc. Zostaw dziewczynkę, słyszysz? Powiedz czego chcesz i odpuść – wyszeptała rozgorączkowanym tonem kobieta. – Kto cię tak skrzywdził? Ciemność? Mogę wszystko naprawić, ale…
– Ona… gdzieś tu jest – przerwał jej Łowca. Kolejne drżące słowa jakby z trudem padały z ust Joce, zdławione przez szloch. – Muszę ją znaleźć. Muszę.
– Kto? – nie dawała za wygraną kobieta. Osunęła się na kolana u boku Jocelyne, wyciągając dłoń ku jej bladej twarzy. Beatrycze była gotowa przysiąc, że skóra dziewczyny nabrała odrobinę koloru w odpowiedzi na dotyk nieznajomej. – Proszę, pozwól mi. Tyle w tobie bólu – dodała, wzdychając cicho.
Trycze z zaskoczeniem doszukała się łez w niemalże srebrzystych tęczówkach nieznajomej. Kobieta klęczała i płakała, jakby scena, która rozgrywała się na jej oczach, sprawiała jej fizyczny ból. Beatrycze w oszołomieniu pomyślała, że nigdy wcześniej nie widziała kogoś, kto miałby w sobie aż tyle współczucia. Obserwując przez całe lata, co działo się z jej bliskimi, była skłonna stwierdzić, że to Carlisle’owi miał w sobie o wiele za dużo dobra – twierdziła tak nawet jako matka, choć te przecież miały skłonność do idealizowania dzieci – jednak teraz, obserwując tę kobietę…
– Tracisz czas, moja bogini – doszedł ją jakby z oddali zniecierpliwiony głos Ciemności. – Oboje to wiemy. To dusza, która upadła bardzo dawno temu. Teraz nawet dla mnie nie ma z niej pożytku.
Kobieta natychmiast poderwała głowę. Spojrzenie, które posłała Ciemności, wyrażało przede wszystkim nieopisany wręcz żal.
– Potrafisz tylko niszczyć. Powiedziałam ci to już – wyszeptała, zanim uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Wciąż możesz mi pomóc. Powiedz, co zrobiłeś.
– Po prostu się tego pozbądź. Nawet kosztem naczynia.
Tych kilka słów wystarczyło, by Beatrycze znów zapragnęła krzyczeć. Co oni w ogóle rozważali? Co on śmiał sugerować? Jej myśli pędziły, mieszając się ze sobą i podsycając już i tak dający się wampirzycy we znaki strach. Sama już nie była, czego chciała bardziej – skoczyć na Ciemność i spróbować rozerwać mu gardło, czy może znaleźć się przy Joce i osłonić ją własnym ciałem. Nie miało znaczenia, że nie była sobą. Cokolwiek nią zawładnęło…
– To jest dziecko – usłyszała. Natychmiast rozpoznała ten głos. Co prawda nie zauważyła, kiedy Carlisle zdecydował się podejść bliżej, nie wspominając o tym, że odezwał się tak naprawdę po raz pierwszy od chwili, w której wraz z L. dotarła do jeziora, ale to pozostawało najmniej istotne. – Po prostu… dziecko – nie dawał za wygraną. Jego spojrzenie momentalnie uciekło ku wnuczki. Zaraz po tym bez wahania zwrócił się do pięknej kobiety. – Powiedziałaś, że… Mówiłaś… – Potrząsnął głową. – Masz na imię Selene.
Beatrycze zamrugała, przez moment czując się tak, jakby jej syn mówił w jakimś innym języku. Selene… Ciemność i Selene… Ta myśl odbiła się echem w jej umyśle, ostatecznie ginąc pośród dziesiątek innych. Tym razem nawet nienaturalnie wielka przestrzeń, którą miała w głowie, okazała się niewystarczająca, by zapanować nad chaosem.
Spróbowała skupić się na słowach Carlisle’a, zwłaszcza że wampir wypowiedział je tak, jakby tłumaczyły wszystko. „Masz na imię Selene”. Jeśli to naprawdę była bogini, musiało być dobrze. Kto miał cokolwiek zdziałać, jeśli nie istota, której niektórzy nieśmiertelni oddawali całe życie; w której pokładali nadzieję, która…
– Postaram się. – Kobieta nawet się nie zawahała. Jej głos był równie łagodny, co i spojrzenie, którym obdarowała Carlisle’a. – Nigdy nie powinno do tego dojść. Obiecuję, że…
– Selene!
To był jeden z nielicznych razów, kiedy Beatrycze wychwyciła w głosie Ciemności tyle emocji – w tym faktyczna obawę. Zabrzmiał niemalże w równie desperacko, co i gdy niszczył lustrzaną salę, zwracając się do kogoś, kto najwyraźniej nie chciał go wysłuchać. Do niej, dotarło nagle do wampirzycy, ale nie miała czasu zastanowić się, co to tak naprawdę oznaczało.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zdążyła tylko zauważyć blask kryształu, kiedy ten znów przybrał na sile, przy okazji otaczając wciąż skuloną na ziemi Joce. Dziewczyna poderwała się nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia rzucając się wprost na zwróconą plecami do niej boginię. Coś zabłysło w dłoniach dziewczyny – długi, lśniący miecz, którym z zadziwiającą wręcz wprawą wymierzyła w kobietę, gotowa przebić ją  na wylot.
Selene zdążyła się obejrzeć, nim jednak wykonała jakikolwiek ruch, by się obronić, tuż przed nią znikąd zmaterializował się jakiś kształt. Białe skrzydła – jakże podobne do tych wyrastających z pleców Eleny – zalśniły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Metaliczny zgrzyt zakłócił ciszę, gdy przybysz zablokował atak Łowcy z pomocą własnej broni.
– Wybacz zwłokę, pani – padło z ust przybysza.
Mężczyzna nieznacznie skinął głową, ale nie spojrzał na boginię, skupiony na kolejnych ruchach swojego przeciwnika. Obserwowanie Joce, która – wciąż krwawiąc z nosa – z pustką w spojrzeniu i zaciętym wyrazem twarzy próbowała zapanować nad zdecydowanie od niej większym, jarzącym się dziwnym światłem mieczem, zdecydowanie nie był normalny.
Selene z uznaniem skinęła głową swojemu wybawcy. W tamtej chwili wyglądała przede wszystkim na zmartwioną.
– Idealnie na czas, Dorianie – wyszeptała, odsuwając się. Gestem nakazała to również Carlisle’owi, zwłaszcza że ten wciąż stał tuż obok niej. Usłuchał, ale bardziej za sprawą szoku niż tego, że byłby w stanie ot tak zostawić wnuczkę. – Ale uważaj, żeby nie zranić dziewczynki. Nekromantka niczym nie zawiniła.
– Naturalnie.
Bogini rozluźniła się nieznacznie, czego jednak nie dało się powiedzieć o Beatrycze. Obserwowanie dwóch walczących istot zdecydowanie nie było czymś, na co mogłaby się zdobyć. Raz po raz wzdrygała się, gdy Dorian blokował kolejne ataki – z porażającą wręcz wprawą, jak nic dolny do tego, by w razie potrzeby roznieść przeciwnika na kawałeczki. Problem polegał na tym, że Łowca nie pozostawał mu dłużny. Pod postacią drobniutkiej Joce czy też nie, wciąż pozostawał na tyle wprawiony i niebezpieczny, by Beatrycze przyłapała się na obawach o to, że jednak mógłby anioła skrzywdzić.
Beatrycze wzdrygnęła się, kiedy coś zacisnęło się na jej ramieniu. Dopiero wtedy zdołała oderwać wzrok od Joce, w oszołomieniu przenosząc wzrok na Lawrence’a. Nie zaprotestowała, kiedy wampir w pośpiechu poderwał ją do pionu, przymuszając do stanięcia na nogi. Wtedy dotarło do niej, że drżała i to tak bardzo, że utrzymanie się w pionie okazało się problematyczne.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie zdobyła się na wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Nie było żadnych, które w obecnej sytuacji zabrzmiałyby dobrze. Gdyby przynajmniej wiedziała, co myśleć…
– Potrzebuję jej! – wyrwało się nagle z gardła Łowcy. Kolejne słowa były nieskładne, zwłaszcza w ruchu, kiedy to w coraz bardziej desperacki sposób zadawał kolejne ciosy, przymuszając Doriana do kolejnych bloków i ucieczki. – Jest tutaj. Potrzebuję…
Twarz Selene wykrzywił grymas niepokoju. Spojrzenie po raz kolejny powędrowało ku Ciemności – nienaturalnie spokojnej, biernie obserwującej całe zamieszanie.
– Co zrobiłeś? O czym mówi? – zapytała, nawet nie kryjąc niepokoju. – Kim on jest? Musisz mi powiedzieć, bo…
Nie dokończyła. Ani bogini, ani Ciemność nie zdołali niczego dodać, bowiem w ogólnym zamieszaniu pojawiła się kolejna postać. Beatrycze nawet nie zauważyła z której strony nadeszła, świadoma wyłącznie szoku, który poczuła na widok ciemnowłosej, znajomej dziewczyny.
Co, na litość Boską, robi tutaj Claire?!, pomyślała jeszcze, ale to przestało mieć znaczenie w chwili, w której z ust pół-wampirzycy padło jedno, jedyne imię.
– Jillian!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa