
Beatrycze
Coś było nie tak. Powtarzała
te słowa niczym mantę, w pośpiechu wyprzedzając nawet Lawrence’a. Nie
zatrzymał jej, pozwalając, by prowadziła, w pośpiechu zmierzając ku
jezioru. Biegła przed siebie, chyba tylko cudem nie potykając o własne
nogi. Miała złe przeczucia, te zaś nasiliły się w chwili, w której
wyraźnie usłyszała głos Ciemności. Jego śmiech był aż nadto charakterystyczny i jedynie
upewnił Beatrycze, że ta istota przy pierwszej okazji podążyła właśnie ku
wodzie.
Przez całą
drogę nie dostrzegła ani jednej ze swoich krewnych, w tym również Ariadny.
Nie miała pewności czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie, przynajmniej do
momentu, póki nie zauważyła, ile osób zebrało się przy jeziorze. Zastygła w bezruchu,
w oszołomieniu wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. Kamień spadł jej z serca,
gdy zauważyła Carlisle’a i Elenę, zwłaszcza że nic nie wskazywało na to,
by któremukolwiek stała się krzywda. Dziewczyna tuliła się do Rafaela i choć
początkowo Beatrycze zawahała się na widok demona, ostatecznie nie próbowała
zastanawiać się nad tym, w jaki sposób nieśmiertelny dostał się do tego
miejsca. Był synem Ciemności. Możliwe, że to wyjaśniało wszystko.
Dostrzegła
Miriam i Aldero, ale również im nie poświęciła większej uwagi. Rozluźniła
się na widok Gai, zwłaszcza że gdy ostatnim razem widziała kobietę, ta w przerażeniu
opuszczała lustrzaną salę. Więc dotarła tutaj, na dodatek bez większych
problemów. Dobrze. To było więcej, niż Beatrycze mogłaby sobie życzyć.
Wyczuła
ruch za plecami, kiedy Lawrence w pośpiechu do niej dołączył, ale nie
poświęciła mu większej uwagi. Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili,
w której – prócz stojącej naprzeciwko zebranych Ciemności – dostrzegła
kogoś jeszcze. Kobieta dosłownie lśniła, skutecznie ściągając na siebie uwagę
zebranych. Była smukła, olśniewająco piękna i przypominała trochę gwiazdę
na atramentowym niebie. Jej twarz wyrażała przede wszystkim niepokój, zwłaszcza
gdy z troską spoglądała na wszystkich wokół. Trzymała się blisko zebranej
nad jeziorem grupki, jakby oddzielając ją od Ciemności i krążących gdzieś w mroku
demonów. I choć Beatrycze nie znała jej imienia, coś w smukłej
postaci sprawiało, że po prostu nieznajomej ufała.
– Błagam,
przestań… Po prostu przestań – padło nagle z jej ust. – W tej chwili
zostaw dziewczynkę…
Beatrycze
drgnęła, nagle wytrącona z równowagi. Zareagowała instynktownie, w pośpiechu
spoglądając w miejsce, w którym kobieta utkwiła wzrok – lśniące,
niemalże srebrzyste tęczówki. Była dziwnie pewna, kogo zobaczy, ale i tak
niebijące już od jakiegoś czasu serce, podeszło jej aż do gardła, gdy
dostrzegła spokojnie kroczącą między drzewami postać. Łowca nie śpieszył się, w pełni
ludzkim krokiem zmierzając ku jezioru.
– Co
właściwie…? – doszedł ją spięty głos Lawrence’a. Jedynie pokręciła głową,
niezdolna mu odpowiedzieć.
Zamarła w bezruchu,
przez moment niepewna, co powinna zrobić. Rzucić się do ucieczki? Mogła,
zwłaszcza że była na liście tej istoty. Wciąż nie zamierzała pozwolić, by
akurat Jocelyne miała ją na sumieniu – nieważne czy świadoma, czy też nie.
Beatrycze miała dość powodów, by spróbować się wycofać albo zrobić… cokolwiek
innego, ale kiedy przyszło co do czego, nie była w stanie ruszyć się z miejsca.
Była w stanie co najwyżej patrzeć na obojętną twarz dziewczyny, jej
uroczy, choć pusty uśmiech i… te pozbawione jakichkolwiek emocji oczy. W tamtej
chwili Joce przypominała jej laleczkę, na dodatek o wiele delikatniejszą
niż zazwyczaj.
Usłyszała
parsknięcie i dopiero to pozwoliło jej otrząsnąć się na tyle, by oderwała
wzrok od Joce. Zdążyła jeszcze zauważyć krew na twarzy dziewczyny, ale nie była
w stanie sprecyzować źródła. Miała jedynie wrażenie, że obecność posoki
wcale nie miała związku z atakiem Ariadny.
– Och,
dobry wieczór, moja radości – rzuciła przesadnie pogodnym tonem Ciemność. Wtedy
też do Beatrycze dotarło, że istota znajdowała się o wiele bliżej, niż
mogłaby przypuszczać. Stał z założonymi rękami, spoglądając na nią i Lawrence’a
z nieco pobłażliwym uśmiechem. – Jednak przyszłaś dołączyć się do zabawy?
Puściła
jego słowa mimo uszu. Przynajmniej próbowała, bo nie mogła powstrzymać się od
drgnięcia i nerwowego napięcia mięśni.
– Puść ją –
wyrwało jej się.
Kąciki ust
Ciemności drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnął.
– A co
ja mogę? – obruszył się, wzruszając ramionami. – Wydawało mi się, że wyraziłem
się dość jasno. To przykre, ale zostało mi co najwyżej oglądanie tego… małego
przedstawienia – stwierdził po chwili zastanowienia.
Znów
uderzyła ją niepokojąca myśl, że mógłby mówić prawdę. Co prawda była pewna, że
gdyby tylko zechciał, byłby w stanie zatrzymać Łowcę, ale wolała nie
zastanawiać się, do czego wtedy musiałby się posunąć. Tak czy siak, nic nie
wskazywało na to, by Ciemność planowała interweniować, najwyraźniej zamierzając
stać i obserwować, do czego było w stanie posunąć się jego własne
dzieło.
Beatrycze
drgnęła, ale ostatecznie zmusiła się do pozostania w miejscu. Nie ufała
ani sobie, ani własnym reakcjom. Gdyby w tym wszystkim puściły jej nerwy i spróbowała
zaatakować akurat Ciemność…
Tyle że
jakaś jej cząstka naprawdę tego pragnęła.
Bezwiednie
zacisnęła dłonie w pięści – tak mocno, że wcale nie zdziwiłaby się, gdyby
zdołała połamać sobie palce. Czerwona mgiełka wróciła, skutecznie przysłaniając
wszystko inne. Do Beatrycze dotarło, że zaczęła drżeć, niespokojnie spoglądając
to na wciąż zbliżającego się Łowcę, to znów na znajdującą się dosłownie na
wyciągnięcie ręki Ciemność.
Ten drugi
uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób.
– Kiedy
zrobiłyście się takie problematyczne? – zapytał, wzdychając przeciągle. – Och,
nie przejmuj się. Nie zamierzam…
Nie
dokończył.
Beatrycze
spodziewała się po nim dosłownie wszystkiego – iluzji, ataku, niezrozumiałej
siły, która popchnie ją wprost w ramiona Łowcy. Podejrzewała każde możliwe
rozwiązanie, ale na pewno nie to, że nagle usłyszy pisk Anabelle – tak
charakterystyczny, należący do dziecka, że nie byłaby w stanie pomylić go z niczym
innym.
Potrzebowała
zaledwie chwilę, by wypatrzeć Anę. Okazało się to o tyle prostsze, że
dziewczynka nagle została powalona na ziemię – właściwie bez powodu, uległa
jakiejś niewidzialnej sile, która bezceremonialnie przyciągnęła ją bliżej
Ciemności, a przy tym również Łowcy. Wyraz twarzy Jocelyne nie zmienił
się, ale choć nic nie wskazywało na to, że władająca nią istota zamierzała
atakować, Beatrycze momentalnie
zapragnęła protestować. Chciała ruszyć się z miejsca, ale zanim zdążyła
podjąć jakąkolwiek decyzję, dostrzegła ruch, a chwilę później Anabelle w porę
pochwycił Aldero. Dziewczyna pozostawała w jego ramionach – blada, drżąca,
szlochając rozdzierająco.
Ciemność
wywróciła oczami.
– Och…
Wolałem, kiedy walczyliście z naszą uroczą Światłością – mruknął, nie
kryjąc rozczarowania.
Chciał
dodać coś jeszcze, ale ostatecznie tego nie zrobił. Uniósł brwi, słysząc
trzepot skrzydeł, kiedy Miriam nagle poderwała się ku górze, zamierając między
Alem i Aną a ojcem. Nie odezwała się nawet słowem, ale postawa, którą
przyjęła – niczym tarcza, która zamierzała zrobić wszystko, by zapewnić
znajdującej się za nią dwójce bezpieczeństwo – mówiła sama za siebie.
–
Wystarczy! – rozbrzmiało dookoła.
Piękna
kobieta poruszyła się, nagle robiąc krok naprzód. Nie zwracała się do
Ciemności, choć to Beatrycze pojęła dopiero w chwili, w której
podążyła za spojrzeniem nieznajomej. Patrzenie na Joce niezmiennie wytrącało ją
z równowagi, zwłaszcza że jakaś cząstka wampirzycy wciąż próbowała wyprzeć
prawdę. To się nie działo. Nie mogło być prawdziwe, ale…
Tyle że
dziewczyna wciąż tam stała, na dodatek w uniesioną w dość jednoznacznym
geście dłonią. Wtedy też do Beatrycze dotarło, że to Łowca próbował przyciągnąć
do siebie Anabelle – i że w tym mimo wszystko nie było żadnej ingerencji
Ciemności. Telepatia, uprzytomniła sobie, choć i to do niej nie
docierało. Sęk w tym, że przecież Joce była uzdolniona; ta istota
najwyraźniej potrafiła to wykorzystać.
– Próbuję
ją znaleźć – oznajmił nagle Łowca. Jego głos, choć znajomy i melodyjny,
skutecznie przyprawiał Beatrycze o dreszcze. – Jest gdzieś tutaj. Wzywa
mnie.
Kto? Kto
i czemu…?, pomyślała, ale nie była w stanie wykrztusić choćby
słowa na głos. Pragnęła tylko, żeby to się skończyło – zaingerować, porządnie
potrząsnąć tą istotą, a potem…
– Puść ją –
odezwała się ponownie piękna kobieta, nie zamierzając dać za wygraną. – Nie
zmuszaj mnie, żebym zainterweniowała. Krzywdzisz ją.
Oblicze
Łowcy pozostało niewzruszone.
– Jest
idealnym naczyniem – powiedział w końcu.
– Twoje naczynie
– zaoponowała natychmiast kobieta – to w połowie ludzkie dziecko, które
nie wytrzyma tego, co robisz. Nie czujesz, że słabnie?
Tym razem Łowca
nie odpowiedział od razu. Jego dłoń drgnęła, kiedy uniósł ją do twarz, jakby od
niechcenia ocierając stróżkę krwi, która wypłynęła z nosa dziewczyny. Z powątpiewaniem
spojrzał na czerwone smugi, ale również to nie wzbudziło w nim
wątpliwości.
– Muszę ją
znaleźć.
– Kogo? –
Beatrycze aż się wzdrygnęła, kiedy Lawrence zdecydował się wtrącić. Poruszyła
się niespokojnie, kiedy wampir przemieścił się, nagle materializując tuż za nią.
Jego dłonie z silą zacisnęły się na jej ramionach, jakby tylko w ten sposób
powstrzymywał się od zrobienia czegoś głupiego. – Do diabła, kogo? Co tu się w ogóle
dzieje?
– Nie
przypominam sobie, byśmy byli po imieniu – mruknęła Ciemność, jakby od
niechcenia obserwując sytuację.
L. warknął w odpowiedzi.
Poruszył się i tym razem Beatrycze musiała go pochwycić, woląc nie
sprawdzać, jak daleko byłby w stanie się posunąć. Rzucanie się na kogoś,
kto miał kontrolę nad demonami, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
– Ty nawet
nie próbuj sobie żartować! – wycedził Lawrence’a. – Radości, puść mnie. Zrobię
mu piekło i będzie po problemie.
– Robienie
piekła to moja działka – obruszył się sam zainteresowany. – Twój luby jest
nerwowy, Beatrycze. Zawsze tak miał?
– Dosyć!
Bawi cię to? – jęknęła, nagle tracąc cierpliwość. Wzburzenie powróciło, zwłaszcza
że wciąż była nerwowa po konfrontacji z Ariadną. Najdelikatniej rzecz ujmując.
– Zrób coś! Chciałeś mnie i Eleny. Jesteśmy tutaj wszystkie, więc…
Tym razem
twarz Ciemności wykrzywił grymas.
– Kiedy w końcu
dotrze do ciebie, że nie mam na to wpływu?! Słyszysz go, prawda? – Niecierpliwym
ruchem wskazał na Łowcę. – Bredzi o naczyniu i tym, że musi kogoś
znaleźć, odkąd ściągnąłem wszystkich tutaj. Chcesz mojej interwencji? Proszę
bardzo! Jedno słowo i zetrę tę małą na proch, skoro mam go odesłać. Wierz
mi, że teraz nie ma to dla mnie znaczenia. Mam to, czego chciałem.
Jego
spojrzenie powędrowało ku pięknej kobiecie. Coś w wyrazie jego twarzy znów
się zmieniło – zaledwie na ułamek sekundy, bo mniej więcej na tyle słabości pozwoliła
sobie Ciemność. Beatrycze miała zaledwie chwilę, by zaobserwować jak jego twarz
łagodniejsze, a w oczach pojawia się pełen satysfakcji błysk.
– Ani… ani
mi się waż – wyszeptała, potrząsając głową. Sama już nie była pewna czy
zwracała się do wciąż podenerwowanego Lawrence’a, czy może Ciemności. – Spróbuj
skrzywdzić Joce, a…
Reszta jej
słów zaginęła w rozdzierającym wręcz wrzasku. W następnej sekundzie
potężne uderzenie mocy dosłownie ścięło zaskoczoną wampirzycę z nóg,
bezceremonialnie powalając na ziemię. W oszołomieniu zdążyła tylko zidentyfikować
to, że głos brzmiał znajomo – i że pisk wyrwał się z gardła Jocelyne.
Problem polegał na tym, że kiedy w oszołomieniu spróbowała spojrzeć w kierunku
Łowcy, odkryła, że nie jest w stanie choćby na dziewczynę spojrzeć. Blask,
który wydobywał się z zawieszonego na jej szyi kryształu, dosłownie
oślepiał.
Beatrycze spróbowała
poderwać się na nogi. Wciąż oszołomiona telepatycznym uderzeniem fali, która
tak nagle rozeszła się dookoła, powalając wszystkich na ziemię, z trudem
wsparła się na rękach. Usłyszała szloch i przyśpieszony, urywany oddech,
dopiero po chwili dostrzegając w całym środku całego zamieszania klęczącą
dziewczynę. Joce trzymała się za głowę, drżąc i raz po raz kołysząc się to
w przód, to znów w tył.
– Jocelyne…
– wyrwało się Trycze.
Nawet na
nią nie spojrzała. Klęczała, otoczona cieniem, który nie odstępował jej nawet
na krok. Łowca wciąż trwał przy niej, wyraźnie nie zamierzając odpuścić.
Beatrycze nagle zwątpiła w to, czy nekromantka w ogóle próbowała z nim
walczyć, o choćby najmniejszym sprzeciwie nie wspominając. Ona po prostu w tym
wszystkim trwała, coraz to słabsza i niezdolna zrobić… cokolwiek. Wampirzyca
wyraźnie czuła słodki zapach krewi, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu,
że jeszcze więcej posoki popłynęło z nosa dziewczyny w odpowiedzi na
wysiłek, który kosztowała ją obecność tej istoty.
Coś
poruszyło się jakby na granicy świadomości Beatrycze. Zanim zdążyła zdecydować,
co zrobić, w zasięgu jej wzroku pojawił się skrawek czarnej sukni. Piękna
kobieta, która wcześniej dyskutowała z Ciemnością, zbliżyła się do Łowcy, w przeciwieństwie
do zebranych wciąż będąc w stanie utrzymać się w pionie. Poruszała
się szybkim, choć ludzkim tempem, w niemalże troskliwym geście wyciągając
obie dłonie ku Jocelyne.
– Pozwól mi
pomóc. Zostaw dziewczynkę, słyszysz? Powiedz czego chcesz i odpuść –
wyszeptała rozgorączkowanym tonem kobieta. – Kto cię tak skrzywdził? Ciemność?
Mogę wszystko naprawić, ale…
– Ona…
gdzieś tu jest – przerwał jej Łowca. Kolejne drżące słowa jakby z trudem padały
z ust Joce, zdławione przez szloch. – Muszę ją znaleźć. Muszę.
– Kto? –
nie dawała za wygraną kobieta. Osunęła się na kolana u boku Jocelyne,
wyciągając dłoń ku jej bladej twarzy. Beatrycze była gotowa przysiąc, że skóra
dziewczyny nabrała odrobinę koloru w odpowiedzi na dotyk nieznajomej. – Proszę,
pozwól mi. Tyle w tobie bólu – dodała, wzdychając cicho.
Trycze z zaskoczeniem
doszukała się łez w niemalże srebrzystych tęczówkach nieznajomej. Kobieta
klęczała i płakała, jakby scena, która rozgrywała się na jej oczach,
sprawiała jej fizyczny ból. Beatrycze w oszołomieniu pomyślała, że nigdy
wcześniej nie widziała kogoś, kto miałby w sobie aż tyle współczucia. Obserwując
przez całe lata, co działo się z jej bliskimi, była skłonna stwierdzić, że
to Carlisle’owi miał w sobie o wiele za dużo dobra – twierdziła tak
nawet jako matka, choć te przecież miały skłonność do idealizowania dzieci – jednak
teraz, obserwując tę kobietę…
– Tracisz
czas, moja bogini – doszedł ją jakby z oddali zniecierpliwiony głos
Ciemności. – Oboje to wiemy. To dusza, która upadła bardzo dawno temu. Teraz
nawet dla mnie nie ma z niej pożytku.
Kobieta
natychmiast poderwała głowę. Spojrzenie, które posłała Ciemności, wyrażało
przede wszystkim nieopisany wręcz żal.
– Potrafisz
tylko niszczyć. Powiedziałam ci to już – wyszeptała, zanim uciekła wzrokiem
gdzieś w bok. – Wciąż możesz mi pomóc. Powiedz, co zrobiłeś.
– Po prostu
się tego pozbądź. Nawet kosztem naczynia.
Tych kilka
słów wystarczyło, by Beatrycze znów zapragnęła krzyczeć. Co oni w ogóle
rozważali? Co on śmiał sugerować? Jej myśli pędziły, mieszając się ze
sobą i podsycając już i tak dający się wampirzycy we znaki strach.
Sama już nie była, czego chciała bardziej – skoczyć na Ciemność i spróbować
rozerwać mu gardło, czy może znaleźć się przy Joce i osłonić ją własnym
ciałem. Nie miało znaczenia, że nie była sobą. Cokolwiek nią zawładnęło…
– To jest
dziecko – usłyszała. Natychmiast rozpoznała ten głos. Co prawda nie zauważyła,
kiedy Carlisle zdecydował się podejść bliżej, nie wspominając o tym, że odezwał
się tak naprawdę po raz pierwszy od chwili, w której wraz z L.
dotarła do jeziora, ale to pozostawało najmniej istotne. – Po prostu… dziecko –
nie dawał za wygraną. Jego spojrzenie momentalnie uciekło ku wnuczki. Zaraz po
tym bez wahania zwrócił się do pięknej kobiety. – Powiedziałaś, że… Mówiłaś… –
Potrząsnął głową. – Masz na imię Selene.
Beatrycze
zamrugała, przez moment czując się tak, jakby jej syn mówił w jakimś innym
języku. Selene… Ciemność i Selene… Ta myśl odbiła się echem w jej
umyśle, ostatecznie ginąc pośród dziesiątek innych. Tym razem nawet
nienaturalnie wielka przestrzeń, którą miała w głowie, okazała się
niewystarczająca, by zapanować nad chaosem.
Spróbowała
skupić się na słowach Carlisle’a, zwłaszcza że wampir wypowiedział je tak,
jakby tłumaczyły wszystko. „Masz na imię Selene”. Jeśli to naprawdę była bogini,
musiało być dobrze. Kto miał cokolwiek zdziałać, jeśli nie istota, której
niektórzy nieśmiertelni oddawali całe życie; w której pokładali nadzieję,
która…
– Postaram
się. – Kobieta nawet się nie zawahała. Jej głos był równie łagodny, co i spojrzenie,
którym obdarowała Carlisle’a. – Nigdy nie powinno do tego dojść. Obiecuję, że…
– Selene!
To był jeden
z nielicznych razów, kiedy Beatrycze wychwyciła w głosie Ciemności
tyle emocji – w tym faktyczna obawę. Zabrzmiał niemalże w równie desperacko,
co i gdy niszczył lustrzaną salę, zwracając się do kogoś, kto najwyraźniej
nie chciał go wysłuchać. Do niej, dotarło nagle do wampirzycy, ale nie
miała czasu zastanowić się, co to tak naprawdę oznaczało.
Wszystko
potoczyło się bardzo szybko. Zdążyła tylko zauważyć blask kryształu, kiedy ten
znów przybrał na sile, przy okazji otaczając wciąż skuloną na ziemi Joce.
Dziewczyna poderwała się nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia rzucając się
wprost na zwróconą plecami do niej boginię. Coś zabłysło w dłoniach
dziewczyny – długi, lśniący miecz, którym z zadziwiającą wręcz wprawą
wymierzyła w kobietę, gotowa przebić ją
na wylot.
Selene
zdążyła się obejrzeć, nim jednak wykonała jakikolwiek ruch, by się obronić, tuż
przed nią znikąd zmaterializował się jakiś kształt. Białe skrzydła – jakże
podobne do tych wyrastających z pleców Eleny – zalśniły w ostatnich
promieniach zachodzącego słońca. Metaliczny zgrzyt zakłócił ciszę, gdy przybysz
zablokował atak Łowcy z pomocą własnej broni.
– Wybacz
zwłokę, pani – padło z ust przybysza.
Mężczyzna nieznacznie
skinął głową, ale nie spojrzał na boginię, skupiony na kolejnych ruchach
swojego przeciwnika. Obserwowanie Joce, która – wciąż krwawiąc z nosa – z pustką
w spojrzeniu i zaciętym wyrazem twarzy próbowała zapanować nad
zdecydowanie od niej większym, jarzącym się dziwnym światłem mieczem, zdecydowanie
nie był normalny.
Selene z uznaniem
skinęła głową swojemu wybawcy. W tamtej chwili wyglądała przede wszystkim na
zmartwioną.
– Idealnie
na czas, Dorianie – wyszeptała, odsuwając się. Gestem nakazała to również
Carlisle’owi, zwłaszcza że ten wciąż stał tuż obok niej. Usłuchał, ale bardziej
za sprawą szoku niż tego, że byłby w stanie ot tak zostawić wnuczkę. – Ale
uważaj, żeby nie zranić dziewczynki. Nekromantka niczym nie zawiniła.
–
Naturalnie.
Bogini
rozluźniła się nieznacznie, czego jednak nie dało się powiedzieć o Beatrycze.
Obserwowanie dwóch walczących istot zdecydowanie nie było czymś, na co mogłaby
się zdobyć. Raz po raz wzdrygała się, gdy Dorian blokował kolejne ataki – z porażającą
wręcz wprawą, jak nic dolny do tego, by w razie potrzeby roznieść przeciwnika
na kawałeczki. Problem polegał na tym, że Łowca nie pozostawał mu dłużny. Pod
postacią drobniutkiej Joce czy też nie, wciąż pozostawał na tyle wprawiony i niebezpieczny,
by Beatrycze przyłapała się na obawach o to, że jednak mógłby anioła
skrzywdzić.
Beatrycze wzdrygnęła
się, kiedy coś zacisnęło się na jej ramieniu. Dopiero wtedy zdołała oderwać
wzrok od Joce, w oszołomieniu przenosząc wzrok na Lawrence’a. Nie
zaprotestowała, kiedy wampir w pośpiechu poderwał ją do pionu,
przymuszając do stanięcia na nogi. Wtedy dotarło do niej, że drżała i to
tak bardzo, że utrzymanie się w pionie okazało się problematyczne.
Otworzyła
usta, chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie zdobyła się na wypowiedzenie
jakiegokolwiek słowa. Nie było żadnych, które w obecnej sytuacji
zabrzmiałyby dobrze. Gdyby przynajmniej wiedziała, co myśleć…
–
Potrzebuję jej! – wyrwało się nagle z gardła Łowcy. Kolejne słowa były
nieskładne, zwłaszcza w ruchu, kiedy to w coraz bardziej desperacki
sposób zadawał kolejne ciosy, przymuszając Doriana do kolejnych bloków i ucieczki.
– Jest tutaj. Potrzebuję…
Twarz Selene
wykrzywił grymas niepokoju. Spojrzenie po raz kolejny powędrowało ku Ciemności –
nienaturalnie spokojnej, biernie obserwującej całe zamieszanie.
– Co
zrobiłeś? O czym mówi? – zapytała, nawet nie kryjąc niepokoju. – Kim on
jest? Musisz mi powiedzieć, bo…
Nie
dokończyła. Ani bogini, ani Ciemność nie zdołali niczego dodać, bowiem w ogólnym
zamieszaniu pojawiła się kolejna postać. Beatrycze nawet nie zauważyła z której
strony nadeszła, świadoma wyłącznie szoku, który poczuła na widok ciemnowłosej,
znajomej dziewczyny.
Co, na
litość Boską, robi tutaj Claire?!, pomyślała jeszcze, ale to przestało mieć
znaczenie w chwili, w której z ust pół-wampirzycy padło jedno,
jedyne imię.
– Jillian!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz