
Elena
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Słuchała, ale nie dowierzała, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że
to brzmiało zdecydowanie zbyt prosto. Miłość? Och, gdyby to faktycznie było
takie proste…
I coś jej
umykało. Jakaś istota kwestia, chociaż w tamtej chwili nie potrafiła
określić co i dlaczego. Wciąż wtulona w Rafaela, w milczeniu
obserwowała kobietę, kiedy ta bez pośpiechu wyminęła ją, przestępując kilka
kroków naprzód. Poruszała się z lekkością i gracją, która niejednego
mogłaby wprawić w kompleksy – i to łącznie z istotami nieśmiertelnymi.
Wciąż
tkwiąca na swoim miejscu Ciemność gwałtownie się wyprostowała. Jego oczy
zabłysły, kiedy zmierzył wzrokiem przybyszkę.
–
Nareszcie. – Na jego ustach pojawił się olśniewający uśmiech. Elena miała
wrażenie, że na swój sposób był w szoku, choć prawie natychmiast udało mu
się nad sobą zapanować. Jakkolwiek by jednak nie było, obecność tej kobiety
choć na moment wytrąciła go z równowagi… To albo jej słowa. – Kazałaś
czekać na siebie całe tysiąclecia, moja miła. To długo nawet jak na nasze
standardy.
Nieśmiertelna
nie odpowiedziała. Ona po prostu na niego spoglądała, co prawda zwrócona do
Eleny plecami, ale dziewczyna i tak była w stanie wyczuć bijący od
tej istoty smutek.
Czekać?
To Ophelia?, pomyślała w oszołomieniu, próbując wszystko poukładać.
Beatrycze powiedziała, że spotkała krewną – pierwszą i jedyną, która
umknęła Ciemności – ale to nie pozwalało określić, kim byłą ta kobieta. Nie
mogła pozbyć się wrażenia, że w tym wszystkim chodziło o coś więcej…
Coś ważniejszego i o wiele bardziej skomplikowanego.
–
Usłyszałaś moje wezwanie? Po takim czasie? – Ciemność nie dawała za wygraną.
Przesunęła się naprzód, z uwaga wpatrując w stojącą przed nim
kobietę. – Już nie wiedziałem, co zrobić, by zwrócić twoją uwagę. Co się
zmieniło, hm? Przez tyle czas ignorowałaś swoje dzieci, a teraz…
– Wystarczy.
Natychmiast
zamilkł, wymownie unosząc brwi. Głos kobiety był cichy i pozornie łagodny,
ale Elena wyraźnie usłyszała w nim ostrzejszą, wręcz władczą nutę. Wtedy
też nabrała pewności, że przybyszka mogła okazać się o wiele niebezpieczniejsza,
niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
A potem
usłyszała śmiech Ciemności. To był znajomy, niepokojący dźwięk, pozbawiony jakichkolwiek
oznak wesołości. Kpił sobie albo nie dowierzał – nie miała pewności, która
odpowiedź była prawidłowa.
– To
rozkaz? – zapytał, z zaciekawieniem spoglądając na kobietę. – Ledwo
wróciłaś i już będziemy rozmawiać w taki sposób?
–
Powiedziałam, że wystarczy – powtórzyła z naciskiem, bynajmniej niewytrącona
z równowagi. – Zrobiłeś dość. Oboje wiemy, że…
– Co wiemy?
Porzuciłaś świat, który tak bardzo kochałaś. Wycofałaś się tak dawno temu, dając
mi wolną rękę. Czego teraz oczekujesz, Selene?
Elena
poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza, prostując się tak gwałtownie, że aż pociemniało jej
przed oczami. Zachwiała się, musząc wesprzeć obiema dłońmi o ziemię, by
przypadkiem nie upaść.
Selene…
Czy on powiedział… Selene?
Serce omal
nie wyrwało jej się z piersi. Słuchała, ale to było tak, jakby wszyscy wokół
zaczęli mówić w jakimś innym, niezrozumiałym dla niej języku.
Do jasnej
cholery, jaka była szansa na to, że nie rozpoznała… bogini?!
– Nigdy nie
dałam ci wolnej ręki. Nie w ten sposób – zaoponowała kobieta. Skupienie
się na poszczególnych słowach okazało się jeszcze większym wyzwaniem niż
wcześniej. – Zresztą sam twierdziłeś, że mnie wzywałeś. Chciałeś, żebyś
przyszła, więc…
– Więc tu
jesteś. Cóż za niespodzianka! – zadrwił, nagle tracąc cierpliwość. Tym razem
nawet nie próbował się uśmiechać, z niebezpiecznym błyskiem w oczach
przesuwając się bliżej kobiety. – Jesteś głucha na błagania tych, którzy proszą
cię o pomoc. Udawałaś, że nie widzisz niczego przez cały ten czas, kiedy
ja… Co się zmieniło, hm? Nie wmówisz mi, że jesteś tutaj dla nich, bo i tak
nie uwierzę.
– Twoja
wiara to nie mój problem.
Skwitował
jej słowa pozbawionym wesołości śmiechem.
– Auć –
zadrwił, ale Selene puściła tę uwagę mimo uszu.
Elena
wzdrygnęła się, kiedy kobieta bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zwróciła się w jej
stronę. Dopiero wtedy utwierdziła się w przekonaniu, że jej srebrzyste
tęczówki błyszczały gniewnie, zaprzeczając wcześniejszej łagodności. Do czasu,
bo gdy tylko skoncentrowała wzrok na twarzy dziewczyny, jej spojrzenie
momentalnie złagodniało.
– Zrobisz
coś dla naszego dziecka czy nie? – zapytała cicho. Elena w oszołomieniu
uprzytomniła sobie, że znów zwracała się do Ciemności. Zaraz po tym westchnęła,
nawet nie czekając na odpowiedź. – Oczywiście, że nie. Przecież potrafisz tylko
niszczyć.
Wraz z tymi
słowami, z gracją osunęła się na kolana u boku Eleny. Wszelakie
bodźce dochodziły do dziewczyny jakby z oddali. Jak przez mgłę była w stanie
wychwycić nie tylko wciąż intensywny zapach krwi, ale również obecność ojca.
Carlisle był obok, niemniej spięty od niej, ale to wydawało się dziać gdzieś
jakby w oddali albo innym świecie.
W chwili, w której
bogini ujęła ją za ręce, do Eleny dotarło, że w którymś momencie zaczęła
drżeć.
– Pomogę
ci, dziecino – zaoferowała cicho kobieta. – Chociaż nie muszę. Masz w sobie
tyle miłości… Więcej światła niż sama chcesz przyznać. – Na ustach
nieśmiertelnej pojawił się blady uśmiech. – To mój warunek. Lśnij dla niego,
tak jak on robi to dla ciebie. Niczego więcej nie pragnę.
– Miłość… –
Elena potrząsnęła głowa. – Ja nie… O bogini… – Gwałtownie urwała, po czym z jękiem
ukryła twarz w dłoniach. – To znaczy…
Odpowiedział
jej melodyjny śmiech. Miała wrażenie, że dźwięk dosłownie zmaterializował się
wokół niej, dosłownie owijając i będąc niczym najcieplejszy uścisk.
– Spokojnie.
Mnie nie musisz się obawiać – zapewniła natychmiast.
– Nie
miałam pojęcia, że…
Znów
doczekała się wyłącznie jej śmiechu.
– Rozmowa z tobą
była jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń od dawna – oznajmiła z rozbrajającą
wręcz szczerością. Elena uniosła brwi. – Twierdziłaś, że nigdy nie jest za późno.
A więc spójrz.
Nie dała
dziewczynie czasu na reakcję. W zamian nachyliła się nad Rafaelem i –
wciąż trzymając Elenę za rękę – przycisnęła ich splecione dłonie do piersi demona.
Wyglądała na spokojną, pewną siebie i tak piękną, że patrzenie na nią
sprawiało tylko i wyłącznie przyjemność. Jakby tego było mało, Elena jak
na zawołanie poczuła przyjemną falę ciepła, która przetoczyła się przez całe
jej ciało, swoje źródło wydając się mieć właśnie w dłoniach bogini.
Wyraźnie widziała srebrzysty, kojący blask, który otoczył je obie, przy okazji
sprawiając, że Selene wydawała się lśnić. W tamtej chwili to ona bardziej
nadawała się na Światłość niż ktokolwiek inny.
Efekt był
natychmiastowy. Elena nie musiała sprawdzać, by wiedzieć, że krew przestała
płynąc. Ba! Że dosłownie zniknęła, zupełnie jakby nie istniała. Jeden ruch
wystarczył, by zniszczyć wszystko – i równie niewiele trzeba było, by
przywrócić prawidłowy bieg rzeczy.
Selene uśmiechnęła
się łagodnie, po czym z lekkością dźwignęła na równe nogi. Fałdy ciemnej
sukni, która miała na sobie, zafalowały łagodnie.
– Ty
jesteś… – doszło jakby z oddali. Elenie trudno było stwierdzić, która z zebranych
w pobliżu kobiet jako pierwsza odzyskała głos.
– Kimś
winnym wam przeprosiny. O ile w tej sytuacji w ogóle mają jakiekolwiek
znaczenie. – Nieśmiertelna spuściła głowę, pozwalając, by srebrzyste loki
opadły jej na twarz. – Masz na imię Lydia, prawda? Zrobię wszystko, by zapewnić
tobie i twoim siostrom spokój. Masz na to moje słowo.
Nie doczekała
się odpowiedzi. Dookoła zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza, swoją
ostatecznością wręcz doprowadzając Elenę do szału. Śledziła każdy krok Selene,
dopiero po chwili otrząsając się na tyle, by w ogóle zacząć zwracać uwagę
na to, co działo się wokół niej. Wzdrygnęła się, kiedy ktoś dotknął jej
ramienia, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że to Carlisle. Ojciec wciąż
znajdował się blisko niej, milczący, spięty i wyraźnie oszołomiony. Oczywiście,
że tak. Właśnie przyszła do nas bogini, pomyślała, ale nawet wtedy nie
poczuła się lepiej. Miała wrażenie, że i tak nie rozumiała. Że niedowierzała,
z jednej strony będąc w stanie połączyć fakty i nazwać to, co
działo się wokół niej, ale z drugiej…
Mogła tylko
zgadywać, jak czuł się w tym wszystkim jej ojciec. Ją samą pojawienie się
Selene wytrąciło z równowagi – to, że ta okazała się kimś więcej, niż tylko
symbolem wierzeń, którymi kierowały się wampiry. Tyle że Elena nigdy nie miała
czegoś, w co próbowałaby przez tyle czasu wierzyć. Z Carlisle’em
sprawy miały się inaczej.
– Lilan…?
Serce omal
nie wyrwało się jej z piersi. Zareagowała instynktownie, niemalże rzucając
na Rafaela, ledwo tylko wyczuła, że ten się poruszył. Nagle po prostu wylądowała
na nim, spoglądając wprost we wpatrzone w nią, przypominające czyste niebo
tęczówki.
– Cześć – wyrwało
jej się.
Demon
spojrzał na nią tak, jakby podejrzewał, że postradała zmysły. Nie miała
pewności, jak wyglądała, ale podejrzewała, że nie najlepiej – nie blada,
zapłakana i wciąż wytrącona z równowagi.
– Cześć? –
powtórzył, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Po pierwsze, właśnie jesteś na
dobrej drodze, by spróbować połamać mi żebra. I dusisz mnie, więc gdybyś
była tak dobra… – Urwał, ale nie musiał niczego dodawać. W roztargnieniu
spojrzała mu najpierw w oczy, a potem w końcu zwróciła uwagę na
to, co robiła, tym samym uświadamiając sobie, że dosłownie leżała mu na piersi.
Chciała się
odsunąć, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Bez słowa wtuliła się w Rafaela,
bynajmniej nie zamierzając poluzować uścisku. Zanim zdążyła się zastanowić,
poczuła pieczenie pod powiekami, a potem po prostu się popłakała, ot tak
dając upust temu, co od dłuższego czasu narastało w jej wnętrzu. Emocje w końcu
znalazły ujściem, a Elena wybuchła niepohamowanym płaczem, całkowicie
obojętna na to, że nie byli sami, a Rafael zesztywniał w odpowiedzi
na tę nagłą manifestację emocji.
Wystarczyła
chwila, żeby coś się zmieniło. Poruszył się, bezceremonialnie biorąc ją w ramiona
– trochę jak dziecko, które za wszelką cenę chciał uspokoić, bo płakało bez
powodu. Było coś nieporadnego w sposobie, w jaki jej dotykał, przeczesywał
palcami włosy i tulił do siebie.
– Eleno…
Och, na wrota piekielne, Eleno – rzucił spiętym tonem. – Zrobiłem ci coś?
Jednak cię skrzywdziłem czy to te… te bezsensowne łzy, które czasami ronisz,
chociaż upierasz się, że jesteś szczęśliwa?
Parsknęła,
nie mogąc się powstrzymać. Śmiała się, płakała i trzęsła jednocześnie, wciąż
w niemalże desperacki sposób wtulona w jego tors. Jakaś jej cząstka
nie dowierzała, wątpliwościami podsycając paraliżujący wręcz strach przed tym,
że dopiero teraz wszystko okaże się co najwyżej kolejną iluzją. Nie mogła
pozbyć się wrażenia, że w każdej chwili Rafael będzie w stanie
zniknąć albo znów osunie się w jej ramionach bez życia.
–
Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam…
Z
opóźnieniem zorientowała się, że nieskładnie powtarzała tych kilka słów – wciąż
i wciąż, trochę jak mantrę. Spróbowała otrzeć oczy, ale w odpowiedzi
jeszcze więcej łez spłynęło po jej policzkach. Tyle że to nie miało znaczenia.
To, jak najpewniej w tamtej chwili wyglądała, również nie.
Gdzieś
jakby z oddali doszedł ją głos Rafaela, ale i to działo się jakby
poza nią. Już nie była w stanie skupić się na niczym innym, prócz jego
bliskości, dotykowi, głosowi… Nie miało nawet znaczenia, że zaledwie chwilę
wcześniej próbował ją zabić, zmuszając do tego, żeby się broniła. Że jak
ostatni idiota podsunął jej się pod ostrze, najwyraźniej chcąc, żeby go
zraniła. Och, zupełnie jakby jego śmierć mogła cokolwiek naprawić!
A potem
doszły ją… oklaski. Jednej osoby, w tak charakterystycznych odstępach
czasu, że nie miała wątpliwości, że gest był równie nic nieznaczący, co i kpiący
śmiech. Wyczuła, że Rafael zesztywniał, nagle się spinając i to bynajmniej
nie dlatego, że wciąż szlochała w jego ramionach. Oboje poderwali głowę,
uwagę jak na zawołanie koncentrując na Ciemności, ta jednak nie spoglądała na
żadne z nich. Uwaga nieśmiertelnego wciąż była skoncentrowana tylko i wyłącznie
na bogini.
– Brawo.
Brawo, moja miła – rzucił z przekąsem, raz jeszcze uderzając dłonią w dłoń,
nim ostatecznie złączył je razem. Sztuczny uśmiech nawet na moment nie zniknął z jego
twarzy. – Wróciłaś się, popisałaś i złożyłaś kolejne obietnice bez
pokrycia. Nic się nie zmieniło.
– To nie są
obietnice bez pokrycia – zaoponowała natychmiast Selene.
Ciemność skwitowała
jej słowa kolejnym prychnięciem.
– Doprawdy?
– zapytał, nie kryjąc goryczy. – Czyżby udawanie wybawicielki pasowało ci do gierek,
które ciągnęłaś przez tyle wieków? Tyle czasu unikałaś konfrontacji ze mną…
– Nie wiesz,
o czym mówisz – odparła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Nigdy w nic
nie grałam.
– Więc mnie
uświadom – zachęcił niemalże pogodnym tonem. – I nie opowiadaj głupstw.
Nie jestem kolejnym z twoich naiwnych dzieci, najdroższa… Powiedziałbym
raczej, że znam cię lepiej niż ktokolwiek inny. Jesteśmy podobni, choć ty
zawsze utrzymywałaś coś innego.
– Nie muszę
utrzymywać czegoś, co jest prawdą – odparła ze spokojem bogini, ale do jej
głosu wkradło się wahanie.
Nieśmiertelny
również je wyczuł. Tyle przynajmniej wywnioskowała Elena, ledwo tylko
dostrzegła niepokojący błysk w jego oczach.
– Tak… Tak,
naturalnie. Wcale od wieków nie robisz wszystkiego, byleby zrobić mi na złość.
Tym razem
Selene spojrzała na niego tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Jej piękną
twarz wykrzywił grymas.
– Masz mi
jeszcze coś do zarzucenia? – zapytała cicho, z uwagą mierząc
nieśmiertelnego wzrokiem.
Ciemność
parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. W jego spojrzeniu i ruchach
Elena niezmiennie była w stanie dopatrzeć się czegoś hipnotyzującego, co
sprawiało, że czuła się nieswojo. Irytował się, kpił, ale – była tego dziwnie
pewna – na swój sposób promieniał, jakby obecność bogini jednak sprawiała mu
przyjemność. I to pomimo kierunku, który przybrała ich rozmowa.
– Nie
zaprzeczasz, bo dobrze wiesz, o czym mówię – stwierdził z przekonaniem.
– Może się mylę? Kryłaś się jak ten tchórz, bawiąc w półśrodki.
Zareagowałaś dopiero teraz, bo…Dlaczego, co? Dotarło do ciebie, że w końcu
mogę doprowadzić ten świat do ruiny? Aż do tego musiało dość, byś przestała ze
mną igrać?
Mówił,
wyraźnie oczekując odpowiedzi, ale nic nie wskazywało na to, żeby kobieta
zamierzała mu jej udzielić. Milczała z uporem, wydając się nie słyszeć kolejnych
zarzutów. W ciszy wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt
przestrzeni, przez moment przypominając co najwyżej piękną zjawę albo figurę.
Lśniła, ale w którejś chwili bijący od niej blask przygasł, tracąc na
intensywności.
Głucha
cisza. Dookoła panowała wyłącznie głucha cisza, która…
Ciemność tymczasem
nie dawała za wygraną.
–
Ignorowałaś wszystko, co robiłem. Igrałaś ze mną, ale i tak nie kiwnęłaś
palcem nawet wtedy, gdy twoje oddane dzieci – uśmiechnął się gorzko – błagały
cię o pomoc. Już dawno stałaś się dla nich co najwyżej nic nieznaczącą
legendą, podczas gdy ja… – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Ale i tak
musiałaś przypominać mi, że masz się dobrze i wciąż mną gardzisz, prawda?
Ukochałaś sobie wampiry, choć to stworzenia nocy, które powinny należeć do
mnie. Nawet nasze dzieci… Myślisz, że nie wiem, że to tobie zawdzięczają ludzie
uczucia? Och, Selene… – Znów się zaśmiał, tym razem obojętnie i chłodno,
nawet nie próbując udawać rozbawienia. – Moja droga Miriam nigdy się do tego
nie przyznała, ale ja i tak wiem swoje. Zawsze wiem. Ma w sobie
więcej człowieczeństwa, ale i tak zostawiłaś ją u mojego boku.
Wszystkie nasze dzieci spotkał ten sam los.
Nasze
dzieci…, powtórzyła w myślach Elena. „Zrobisz coś dla naszego dziecka
czy nie?” – przypomniała sobie słowa Selene i to wystarczyło, by jeszcze
bardziej wytrącić ją z równowagi. Przypomniała sobie, jak kiedyś zapytała
Rafaela o matkę. Wyśmiał ją wtedy, twierdząc, że istniał od zawsze,
zawdzięczając to wyłącznie Ciemności, ale teraz miała pewność, że to nie tak.
Musiało być w tym coś jeszcze. Ktoś. Skądś wzięła się ta ludzka, bardziej
wrażliwa cząstka jego natury, którą jakimś cudem udało jej się w nim
obudzić.
Teraz zaczynała
rozumieć. Patrzyła na Ciemność, Selene i doszukiwała się w tym wszystkim
sensu, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że – choć zawiłe – każde ich działanie
składało się na jakąś większą całość. Kto jak nie ona byłaby w stanie
zrozumieć, co tak naprawdę oznaczało światło w ciemności? Byli od siebie
zależni – i to niezależnie od tego, czy faktycznie tego chcieli.
– Tyle
zaoferowałaś swoim wampirom – ciągnął z uporem nieśmiertelny – ale
kiedy przyszło co do czego, Isobel zwróciła się właśnie do mnie. Ubodło cię to,
prawda? Ofiarowałaś jej wszystko, ale kiedy przyszło co do czego… Ale również
wtedy nie zrobiłaś niczego.
– Nie mam w zwyczaju
odbierać moim dzieciom tego, co raz zaoferowałam.
Spojrzenie
Ciemności stało się bardziej pobłażliwe. Kąciki jego ust kolejny raz powędrowały
ku górze.
– Tak… Ach,
tak. Wolna wola – stwierdził z rozbawieniem. – W to zawsze wierzyłaś.
– Ty za to
preferowałeś uległość i strach. Sam zobacz, gdzie nas to doprowadziło –
odparowała, ale i tym razem jej argumenty do niego nie trafiły.
– Kiedy
ostatnim razem widziałem przejawy wolnej woli, twoje dzieci mordowały się
wzajemnie. To jest to, czego zawsze pragnęłaś? – zapytał, ale nawet nie czekał
na odpowiedź. – Udajesz kochająca matkę, ale przynosisz tylko cierpnie tym,
których podobno próbujesz chronić. Chociażby ona – dodał, a jego
spojrzenie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia powędrowało ku Elenie. – Czuję na
niej twoje błogosławieństwo. Pocałunek bogini – zadrwił, a znamię na
plecach dziewczyny znów zaczęło mrowić, jakby chcąc potwierdzić jego słowa – w odpowiedzi
na moje przekleństwo. Uczyniłaś z niej anioła tylko po to, by doprowadzić
mnie do szału, chociaż oboje wiemy, że tej rozpuszczonej dziewczynie bliżej do
upadku niż stania się czyimkolwiek posłannikiem… To twój plan? Stać w kontrze
do wszystkiego, co robię?
Elena
wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Słuchała, przez moment niepewna,
co powinna z tego zrozumieć albo czuć. Znamię wciąż piekło, ale w tamtej
chwili to nie miało znaczenia. Nagle nabrało zupełnie innej wartości, zwłaszcza
gdy dotarło do niej, że wcale nie symbolizowało działań Ciemności. Och, wręcz
przeciwnie – było darem od Selene, chociaż to wciąż do niej nie docierało.
Ale w jednym
musiała przyznać mu rację: nie nadawała się do bycia czyimkolwiek aniołem. Czuła
dokładnie to, o czym powiedziała bogini – że skrzydła do niej nie pasowały.
I
właśnie to czyni cię najpiękniejszym z nich, rozbrzmiał w jej
głowie znajomy, kobiecy głos. Selene wciąż na nią nie patrzyła, ale jej obecność
– również ta mentalna – była równie oczywista, co i ta Ciemności. Ścierali
się ze sobą, kontrastując na wszystkie możliwe sposoby, a jednak… to
również wydawało się właściwe. Jakby istnieli tylko po to, by ze sobą
konkurować.
– A teraz
jesteś tutaj, choć przez tyle czasu przez palce patrzyłaś na wszystko, co
robiłem z tymi duszami. To twój świat. Twój własny. – Ciemność zawahała
się na moment. – Zaszyłaś się gdzieś w kącie i to na całe wieki, a kiedy
przyszło co do czego… Czego chcesz, co? Czego? – ponaglił, nagle tracąc
cierpliwość. – Bo w to, że nagle przypomniałaś sobie o mnie czy ich
błaganiach nigdy nie uwierzę. W to, że moje prośby zrobiły na tobie
jakiekolwiek wrażenie, tym bardziej.
Cisza. Selene
wciąż milczała, bez cienia emocje przyjmując wszystkie wymierzone w nią
oskarżenia. To okazało się dużo gorsze niż cokolwiek innego – nawet od
gwałtownych kłótni czy walki, która mogła się między nimi wywiązać. Elena całą
sobą czuła napięcie między tymi istotami. Mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby
się, gdyby zdecydowali się na siebie rzucić i ujawnić pełnię drzemiącej w nich
mocy. Gdyby zdecydowali się walczyć…
A potem bogini
w końcu uniosła głowę. Jej spojrzenie obojętnie przesunęło się po Ciemności,
ostatecznie skupiając na zupełnie innym punkcie. Piękne lico kolejny raz wykrzywił
grymas, gdy niemalże w panice przesunęła się naprzód.
– Błagam,
przestań… Po prostu przestań – wyszeptała, wyraźnie poruszona. – W tej
chwili zostaw dziewczynkę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz