16 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt cztery

Elena
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Słuchała, ale nie dowierzała, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że to brzmiało zdecydowanie zbyt prosto. Miłość? Och, gdyby to faktycznie było takie proste…
I coś jej umykało. Jakaś istota kwestia, chociaż w tamtej chwili nie potrafiła określić co i dlaczego. Wciąż wtulona w Rafaela, w milczeniu obserwowała kobietę, kiedy ta bez pośpiechu wyminęła ją, przestępując kilka kroków naprzód. Poruszała się z lekkością i gracją, która niejednego mogłaby wprawić w kompleksy – i to łącznie z istotami nieśmiertelnymi.
Wciąż tkwiąca na swoim miejscu Ciemność gwałtownie się wyprostowała. Jego oczy zabłysły, kiedy zmierzył wzrokiem przybyszkę.
– Nareszcie. – Na jego ustach pojawił się olśniewający uśmiech. Elena miała wrażenie, że na swój sposób był w szoku, choć prawie natychmiast udało mu się nad sobą zapanować. Jakkolwiek by jednak nie było, obecność tej kobiety choć na moment wytrąciła go z równowagi… To albo jej słowa. – Kazałaś czekać na siebie całe tysiąclecia, moja miła. To długo nawet jak na nasze standardy.
Nieśmiertelna nie odpowiedziała. Ona po prostu na niego spoglądała, co prawda zwrócona do Eleny plecami, ale dziewczyna i tak była w stanie wyczuć bijący od tej istoty smutek.
Czekać? To Ophelia?, pomyślała w oszołomieniu, próbując wszystko poukładać. Beatrycze powiedziała, że spotkała krewną – pierwszą i jedyną, która umknęła Ciemności – ale to nie pozwalało określić, kim byłą ta kobieta. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że w tym wszystkim chodziło o coś więcej… Coś ważniejszego i o wiele bardziej skomplikowanego.
– Usłyszałaś moje wezwanie? Po takim czasie? – Ciemność nie dawała za wygraną. Przesunęła się naprzód, z uwaga wpatrując w stojącą przed nim kobietę. – Już nie wiedziałem, co zrobić, by zwrócić twoją uwagę. Co się zmieniło, hm? Przez tyle czas ignorowałaś swoje dzieci, a teraz…
– Wystarczy.
Natychmiast zamilkł, wymownie unosząc brwi. Głos kobiety był cichy i pozornie łagodny, ale Elena wyraźnie usłyszała w nim ostrzejszą, wręcz władczą nutę. Wtedy też nabrała pewności, że przybyszka mogła okazać się o wiele niebezpieczniejsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
A potem usłyszała śmiech Ciemności. To był znajomy, niepokojący dźwięk, pozbawiony jakichkolwiek oznak wesołości. Kpił sobie albo nie dowierzał – nie miała pewności, która odpowiedź była prawidłowa.
– To rozkaz? – zapytał, z zaciekawieniem spoglądając na kobietę. – Ledwo wróciłaś i już będziemy rozmawiać w taki sposób?
– Powiedziałam, że wystarczy – powtórzyła z naciskiem, bynajmniej niewytrącona z równowagi. – Zrobiłeś dość. Oboje wiemy, że…
– Co wiemy? Porzuciłaś świat, który tak bardzo kochałaś. Wycofałaś się tak dawno temu, dając mi wolną rękę. Czego teraz oczekujesz, Selene?
Elena poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, prostując się tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Zachwiała się, musząc wesprzeć obiema dłońmi o ziemię, by przypadkiem nie upaść.
Selene… Czy on powiedział… Selene?
Serce omal nie wyrwało jej się z piersi. Słuchała, ale to było tak, jakby wszyscy wokół zaczęli mówić w jakimś innym, niezrozumiałym dla niej języku.
Do jasnej cholery, jaka była szansa na to, że nie rozpoznała… bogini?!
– Nigdy nie dałam ci wolnej ręki. Nie w ten sposób – zaoponowała kobieta. Skupienie się na poszczególnych słowach okazało się jeszcze większym wyzwaniem niż wcześniej. – Zresztą sam twierdziłeś, że mnie wzywałeś. Chciałeś, żebyś przyszła, więc…
– Więc tu jesteś. Cóż za niespodzianka! – zadrwił, nagle tracąc cierpliwość. Tym razem nawet nie próbował się uśmiechać, z niebezpiecznym błyskiem w oczach przesuwając się bliżej kobiety. – Jesteś głucha na błagania tych, którzy proszą cię o pomoc. Udawałaś, że nie widzisz niczego przez cały ten czas, kiedy ja… Co się zmieniło, hm? Nie wmówisz mi, że jesteś tutaj dla nich, bo i tak nie uwierzę.
– Twoja wiara to nie mój problem.
Skwitował jej słowa pozbawionym wesołości śmiechem.
– Auć – zadrwił, ale Selene puściła tę uwagę mimo uszu.
Elena wzdrygnęła się, kiedy kobieta bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zwróciła się w jej stronę. Dopiero wtedy utwierdziła się w przekonaniu, że jej srebrzyste tęczówki błyszczały gniewnie, zaprzeczając wcześniejszej łagodności. Do czasu, bo gdy tylko skoncentrowała wzrok na twarzy dziewczyny, jej spojrzenie momentalnie złagodniało.
– Zrobisz coś dla naszego dziecka czy nie? – zapytała cicho. Elena w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że znów zwracała się do Ciemności. Zaraz po tym westchnęła, nawet nie czekając na odpowiedź. – Oczywiście, że nie. Przecież potrafisz tylko niszczyć.
Wraz z tymi słowami, z gracją osunęła się na kolana u boku Eleny. Wszelakie bodźce dochodziły do dziewczyny jakby z oddali. Jak przez mgłę była w stanie wychwycić nie tylko wciąż intensywny zapach krwi, ale również obecność ojca. Carlisle był obok, niemniej spięty od niej, ale to wydawało się dziać gdzieś jakby w oddali albo innym świecie.
W chwili, w której bogini ujęła ją za ręce, do Eleny dotarło, że w którymś momencie zaczęła drżeć.
– Pomogę ci, dziecino – zaoferowała cicho kobieta. – Chociaż nie muszę. Masz w sobie tyle miłości… Więcej światła niż sama chcesz przyznać. – Na ustach nieśmiertelnej pojawił się blady uśmiech. – To mój warunek. Lśnij dla niego, tak jak on robi to dla ciebie. Niczego więcej nie pragnę.
– Miłość… – Elena potrząsnęła głowa. – Ja nie… O bogini… – Gwałtownie urwała, po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. – To znaczy…
Odpowiedział jej melodyjny śmiech. Miała wrażenie, że dźwięk dosłownie zmaterializował się wokół niej, dosłownie owijając i będąc niczym najcieplejszy uścisk.
– Spokojnie. Mnie nie musisz się obawiać – zapewniła natychmiast.
– Nie miałam pojęcia, że…
Znów doczekała się wyłącznie jej śmiechu.
– Rozmowa z tobą była jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń od dawna – oznajmiła z rozbrajającą wręcz szczerością. Elena uniosła brwi. – Twierdziłaś, że nigdy nie jest za późno. A więc spójrz.
Nie dała dziewczynie czasu na reakcję. W zamian nachyliła się nad Rafaelem i – wciąż trzymając Elenę za rękę – przycisnęła ich splecione dłonie do piersi demona. Wyglądała na spokojną, pewną siebie i tak piękną, że patrzenie na nią sprawiało tylko i wyłącznie przyjemność. Jakby tego było mało, Elena jak na zawołanie poczuła przyjemną falę ciepła, która przetoczyła się przez całe jej ciało, swoje źródło wydając się mieć właśnie w dłoniach bogini. Wyraźnie widziała srebrzysty, kojący blask, który otoczył je obie, przy okazji sprawiając, że Selene wydawała się lśnić. W tamtej chwili to ona bardziej nadawała się na Światłość niż ktokolwiek inny.
Efekt był natychmiastowy. Elena nie musiała sprawdzać, by wiedzieć, że krew przestała płynąc. Ba! Że dosłownie zniknęła, zupełnie jakby nie istniała. Jeden ruch wystarczył, by zniszczyć wszystko – i równie niewiele trzeba było, by przywrócić prawidłowy bieg rzeczy.
Selene uśmiechnęła się łagodnie, po czym z lekkością dźwignęła na równe nogi. Fałdy ciemnej sukni, która miała na sobie, zafalowały łagodnie.
– Ty jesteś… – doszło jakby z oddali. Elenie trudno było stwierdzić, która z zebranych w pobliżu kobiet jako pierwsza odzyskała głos.
– Kimś winnym wam przeprosiny. O ile w tej sytuacji w ogóle mają jakiekolwiek znaczenie. – Nieśmiertelna spuściła głowę, pozwalając, by srebrzyste loki opadły jej na twarz. – Masz na imię Lydia, prawda? Zrobię wszystko, by zapewnić tobie i twoim siostrom spokój. Masz na to moje słowo.
Nie doczekała się odpowiedzi. Dookoła zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza, swoją ostatecznością wręcz doprowadzając Elenę do szału. Śledziła każdy krok Selene, dopiero po chwili otrząsając się na tyle, by w ogóle zacząć zwracać uwagę na to, co działo się wokół niej. Wzdrygnęła się, kiedy ktoś dotknął jej ramienia, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że to Carlisle. Ojciec wciąż znajdował się blisko niej, milczący, spięty i wyraźnie oszołomiony. Oczywiście, że tak. Właśnie przyszła do nas bogini, pomyślała, ale nawet wtedy nie poczuła się lepiej. Miała wrażenie, że i tak nie rozumiała. Że niedowierzała, z jednej strony będąc w stanie połączyć fakty i nazwać to, co działo się wokół niej, ale z drugiej…
Mogła tylko zgadywać, jak czuł się w tym wszystkim jej ojciec. Ją samą pojawienie się Selene wytrąciło z równowagi – to, że ta okazała się kimś więcej, niż tylko symbolem wierzeń, którymi kierowały się wampiry. Tyle że Elena nigdy nie miała czegoś, w co próbowałaby przez tyle czasu wierzyć. Z Carlisle’em sprawy miały się inaczej.
Lilan…?
Serce omal nie wyrwało się jej z piersi. Zareagowała instynktownie, niemalże rzucając na Rafaela, ledwo tylko wyczuła, że ten się poruszył. Nagle po prostu wylądowała na nim, spoglądając wprost we wpatrzone w nią, przypominające czyste niebo tęczówki.
– Cześć – wyrwało jej się.
Demon spojrzał na nią tak, jakby podejrzewał, że postradała zmysły. Nie miała pewności, jak wyglądała, ale podejrzewała, że nie najlepiej – nie blada, zapłakana i wciąż wytrącona z równowagi.
– Cześć? – powtórzył, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Po pierwsze, właśnie jesteś na dobrej drodze, by spróbować połamać mi żebra. I dusisz mnie, więc gdybyś była tak dobra… – Urwał, ale nie musiał niczego dodawać. W roztargnieniu spojrzała mu najpierw w oczy, a potem w końcu zwróciła uwagę na to, co robiła, tym samym uświadamiając sobie, że dosłownie leżała mu na piersi.
Chciała się odsunąć, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Bez słowa wtuliła się w Rafaela, bynajmniej nie zamierzając poluzować uścisku. Zanim zdążyła się zastanowić, poczuła pieczenie pod powiekami, a potem po prostu się popłakała, ot tak dając upust temu, co od dłuższego czasu narastało w jej wnętrzu. Emocje w końcu znalazły ujściem, a Elena wybuchła niepohamowanym płaczem, całkowicie obojętna na to, że nie byli sami, a Rafael zesztywniał w odpowiedzi na tę nagłą manifestację emocji.
Wystarczyła chwila, żeby coś się zmieniło. Poruszył się, bezceremonialnie biorąc ją w ramiona – trochę jak dziecko, które za wszelką cenę chciał uspokoić, bo płakało bez powodu. Było coś nieporadnego w sposobie, w jaki jej dotykał, przeczesywał palcami włosy i tulił do siebie.
– Eleno… Och, na wrota piekielne, Eleno – rzucił spiętym tonem. – Zrobiłem ci coś? Jednak cię skrzywdziłem czy to te… te bezsensowne łzy, które czasami ronisz, chociaż upierasz się, że jesteś szczęśliwa?
Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać. Śmiała się, płakała i trzęsła jednocześnie, wciąż w niemalże desperacki sposób wtulona w jego tors. Jakaś jej cząstka nie dowierzała, wątpliwościami podsycając paraliżujący wręcz strach przed tym, że dopiero teraz wszystko okaże się co najwyżej kolejną iluzją. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że w każdej chwili Rafael będzie w stanie zniknąć albo znów osunie się w jej ramionach bez życia.
– Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam…
Z opóźnieniem zorientowała się, że nieskładnie powtarzała tych kilka słów – wciąż i wciąż, trochę jak mantrę. Spróbowała otrzeć oczy, ale w odpowiedzi jeszcze więcej łez spłynęło po jej policzkach. Tyle że to nie miało znaczenia. To, jak najpewniej w tamtej chwili wyglądała, również nie.
Gdzieś jakby z oddali doszedł ją głos Rafaela, ale i to działo się jakby poza nią. Już nie była w stanie skupić się na niczym innym, prócz jego bliskości, dotykowi, głosowi… Nie miało nawet znaczenia, że zaledwie chwilę wcześniej próbował ją zabić, zmuszając do tego, żeby się broniła. Że jak ostatni idiota podsunął jej się pod ostrze, najwyraźniej chcąc, żeby go zraniła. Och, zupełnie jakby jego śmierć mogła cokolwiek naprawić!
A potem doszły ją… oklaski. Jednej osoby, w tak charakterystycznych odstępach czasu, że nie miała wątpliwości, że gest był równie nic nieznaczący, co i kpiący śmiech. Wyczuła, że Rafael zesztywniał, nagle się spinając i to bynajmniej nie dlatego, że wciąż szlochała w jego ramionach. Oboje poderwali głowę, uwagę jak na zawołanie koncentrując na Ciemności, ta jednak nie spoglądała na żadne z nich. Uwaga nieśmiertelnego wciąż była skoncentrowana tylko i wyłącznie na bogini.
– Brawo. Brawo, moja miła – rzucił z przekąsem, raz jeszcze uderzając dłonią w dłoń, nim ostatecznie złączył je razem. Sztuczny uśmiech nawet na moment nie zniknął z jego twarzy. – Wróciłaś się, popisałaś i złożyłaś kolejne obietnice bez pokrycia. Nic się nie zmieniło.
– To nie są obietnice bez pokrycia – zaoponowała natychmiast Selene.
Ciemność skwitowała jej słowa kolejnym prychnięciem.
– Doprawdy? – zapytał, nie kryjąc goryczy. – Czyżby udawanie wybawicielki pasowało ci do gierek, które ciągnęłaś przez tyle wieków? Tyle czasu unikałaś konfrontacji ze mną…
– Nie wiesz, o czym mówisz – odparła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Nigdy w nic nie grałam.
– Więc mnie uświadom – zachęcił niemalże pogodnym tonem. – I nie opowiadaj głupstw. Nie jestem kolejnym z twoich naiwnych dzieci, najdroższa… Powiedziałbym raczej, że znam cię lepiej niż ktokolwiek inny. Jesteśmy podobni, choć ty zawsze utrzymywałaś coś innego.
– Nie muszę utrzymywać czegoś, co jest prawdą – odparła ze spokojem bogini, ale do jej głosu wkradło się wahanie.
Nieśmiertelny również je wyczuł. Tyle przynajmniej wywnioskowała Elena, ledwo tylko dostrzegła niepokojący błysk w jego oczach.
– Tak… Tak, naturalnie. Wcale od wieków nie robisz wszystkiego, byleby zrobić mi na złość.
Tym razem Selene spojrzała na niego tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Jej piękną twarz wykrzywił grymas.
– Masz mi jeszcze coś do zarzucenia? – zapytała cicho, z uwagą mierząc nieśmiertelnego wzrokiem.
Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. W jego spojrzeniu i ruchach Elena niezmiennie była w stanie dopatrzeć się czegoś hipnotyzującego, co sprawiało, że czuła się nieswojo. Irytował się, kpił, ale – była tego dziwnie pewna – na swój sposób promieniał, jakby obecność bogini jednak sprawiała mu przyjemność. I to pomimo kierunku, który przybrała ich rozmowa.
– Nie zaprzeczasz, bo dobrze wiesz, o czym mówię – stwierdził z przekonaniem. – Może się mylę? Kryłaś się jak ten tchórz, bawiąc w półśrodki. Zareagowałaś dopiero teraz, bo…Dlaczego, co? Dotarło do ciebie, że w końcu mogę doprowadzić ten świat do ruiny? Aż do tego musiało dość, byś przestała ze mną igrać?
Mówił, wyraźnie oczekując odpowiedzi, ale nic nie wskazywało na to, żeby kobieta zamierzała mu jej udzielić. Milczała z uporem, wydając się nie słyszeć kolejnych zarzutów. W ciszy wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, przez moment przypominając co najwyżej piękną zjawę albo figurę. Lśniła, ale w którejś chwili bijący od niej blask przygasł, tracąc na intensywności.
Głucha cisza. Dookoła panowała wyłącznie głucha cisza, która…
Ciemność tymczasem nie dawała za wygraną.
– Ignorowałaś wszystko, co robiłem. Igrałaś ze mną, ale i tak nie kiwnęłaś palcem nawet wtedy, gdy twoje oddane dzieci – uśmiechnął się gorzko – błagały cię o pomoc. Już dawno stałaś się dla nich co najwyżej nic nieznaczącą legendą, podczas gdy ja… – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Ale i tak musiałaś przypominać mi, że masz się dobrze i wciąż mną gardzisz, prawda? Ukochałaś sobie wampiry, choć to stworzenia nocy, które powinny należeć do mnie. Nawet nasze dzieci… Myślisz, że nie wiem, że to tobie zawdzięczają ludzie uczucia? Och, Selene… – Znów się zaśmiał, tym razem obojętnie i chłodno, nawet nie próbując udawać rozbawienia. – Moja droga Miriam nigdy się do tego nie przyznała, ale ja i tak wiem swoje. Zawsze wiem. Ma w sobie więcej człowieczeństwa, ale i tak zostawiłaś ją u mojego boku. Wszystkie nasze dzieci spotkał ten sam los.
Nasze dzieci…, powtórzyła w myślach Elena. „Zrobisz coś dla naszego dziecka czy nie?” – przypomniała sobie słowa Selene i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi. Przypomniała sobie, jak kiedyś zapytała Rafaela o matkę. Wyśmiał ją wtedy, twierdząc, że istniał od zawsze, zawdzięczając to wyłącznie Ciemności, ale teraz miała pewność, że to nie tak. Musiało być w tym coś jeszcze. Ktoś. Skądś wzięła się ta ludzka, bardziej wrażliwa cząstka jego natury, którą jakimś cudem udało jej się w nim obudzić.
Teraz zaczynała rozumieć. Patrzyła na Ciemność, Selene i doszukiwała się w tym wszystkim sensu, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że – choć zawiłe – każde ich działanie składało się na jakąś większą całość. Kto jak nie ona byłaby w stanie zrozumieć, co tak naprawdę oznaczało światło w ciemności? Byli od siebie zależni – i to niezależnie od tego, czy faktycznie tego chcieli.
– Tyle zaoferowałaś swoim wampirom – ciągnął z uporem nieśmiertelny – ale kiedy przyszło co do czego, Isobel zwróciła się właśnie do mnie. Ubodło cię to, prawda? Ofiarowałaś jej wszystko, ale kiedy przyszło co do czego… Ale również wtedy nie zrobiłaś niczego.
– Nie mam w zwyczaju odbierać moim dzieciom tego, co raz zaoferowałam.
Spojrzenie Ciemności stało się bardziej pobłażliwe. Kąciki jego ust kolejny raz powędrowały ku górze.
– Tak… Ach, tak. Wolna wola – stwierdził z rozbawieniem. – W to zawsze wierzyłaś.
– Ty za to preferowałeś uległość i strach. Sam zobacz, gdzie nas to doprowadziło – odparowała, ale i tym razem jej argumenty do niego nie trafiły.
– Kiedy ostatnim razem widziałem przejawy wolnej woli, twoje dzieci mordowały się wzajemnie. To jest to, czego zawsze pragnęłaś? – zapytał, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Udajesz kochająca matkę, ale przynosisz tylko cierpnie tym, których podobno próbujesz chronić. Chociażby ona – dodał, a jego spojrzenie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia powędrowało ku Elenie. – Czuję na niej twoje błogosławieństwo. Pocałunek bogini – zadrwił, a znamię na plecach dziewczyny znów zaczęło mrowić, jakby chcąc potwierdzić jego słowa – w odpowiedzi na moje przekleństwo. Uczyniłaś z niej anioła tylko po to, by doprowadzić mnie do szału, chociaż oboje wiemy, że tej rozpuszczonej dziewczynie bliżej do upadku niż stania się czyimkolwiek posłannikiem… To twój plan? Stać w kontrze do wszystkiego, co robię?
Elena wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Słuchała, przez moment niepewna, co powinna z tego zrozumieć albo czuć. Znamię wciąż piekło, ale w tamtej chwili to nie miało znaczenia. Nagle nabrało zupełnie innej wartości, zwłaszcza gdy dotarło do niej, że wcale nie symbolizowało działań Ciemności. Och, wręcz przeciwnie – było darem od Selene, chociaż to wciąż do niej nie docierało.
Ale w jednym musiała przyznać mu rację: nie nadawała się do bycia czyimkolwiek aniołem. Czuła dokładnie to, o czym powiedziała bogini – że skrzydła do niej nie pasowały.
I właśnie to czyni cię najpiękniejszym z nich, rozbrzmiał w jej głowie znajomy, kobiecy głos. Selene wciąż na nią nie patrzyła, ale jej obecność – również ta mentalna – była równie oczywista, co i ta Ciemności. Ścierali się ze sobą, kontrastując na wszystkie możliwe sposoby, a jednak… to również wydawało się właściwe. Jakby istnieli tylko po to, by ze sobą konkurować.
– A teraz jesteś tutaj, choć przez tyle czasu przez palce patrzyłaś na wszystko, co robiłem z tymi duszami. To twój świat. Twój własny. – Ciemność zawahała się na moment. – Zaszyłaś się gdzieś w kącie i to na całe wieki, a kiedy przyszło co do czego… Czego chcesz, co? Czego? – ponaglił, nagle tracąc cierpliwość. – Bo w to, że nagle przypomniałaś sobie o mnie czy ich błaganiach nigdy nie uwierzę. W to, że moje prośby zrobiły na tobie jakiekolwiek wrażenie, tym bardziej.
Cisza. Selene wciąż milczała, bez cienia emocje przyjmując wszystkie wymierzone w nią oskarżenia. To okazało się dużo gorsze niż cokolwiek innego – nawet od gwałtownych kłótni czy walki, która mogła się między nimi wywiązać. Elena całą sobą czuła napięcie między tymi istotami. Mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby się, gdyby zdecydowali się na siebie rzucić i ujawnić pełnię drzemiącej w nich mocy. Gdyby zdecydowali się walczyć…
A potem bogini w końcu uniosła głowę. Jej spojrzenie obojętnie przesunęło się po Ciemności, ostatecznie skupiając na zupełnie innym punkcie. Piękne lico kolejny raz wykrzywił grymas, gdy niemalże w panice przesunęła się naprzód.
– Błagam, przestań… Po prostu przestań – wyszeptała, wyraźnie poruszona. – W tej chwili zostaw dziewczynkę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa