
Elena
To się nie działo. Nie mogło.
Oddychała spazmatycznie, oszołomiona zapachem krwi – tej samej, za którą w normalnych
warunkach oddałaby wszystko, ale nie w tamtej chwili. Drżała, początkowo
niepewna, co tak naprawdę działo się wokół niej. Przez chwilę pomyślała o Andreasie
– o tym, że wtedy zachowała zimną krew i zdołała coś zrobić – ale
nawet ta świadomość jej nie uspokoiła.
– Elena…
Hej!
Mira
pojawiła się tuż obok niej. Oczy demonicy pałały gniewem, ale – choć dziewczyna
w pierwszym odruchu pomyślała inaczej – złość wcale nie była skierowana
przeciwko niej. Och, poza tym Miriam się bała, chociaż to wciąż do niej nie
pasowało. Przynajmniej Elena wciąż nie mogła takiego stanu zaakceptować,
zbytnio przerażona tym, co musiałoby to oznaczać.
– Ja… Ja
n-nie… nie chciałam. – Ledwo rozumiała to, co mówiła. Spojrzała wprost w skupione
tęczówki Miry, szukając… czegokolwiek, co pomogłoby jej się uspokoić. – Ja nie…
– Wiem, do
cholery. Przestań ryczeć.
Zamrugała,
machinalnie ocierając wierzchem dłoni policzki. Wilgoć łez nie powinna jej
zaskoczyć, a jednak Elena zawahała się. Nie przypominała sobie, by
zaczynała płakać, ale obecność łez mówiła sama za siebie.
Odetchnęła,
chociaż już zwątpiła w to, czy jakiekolwiek próby zapanowania nad sobą
miały sens. Raz jeszcze spojrzała na Miriam, ale tym razem już nie oczekiwała
żadnych rad z jej strony. Za plecami wyczuła ruch, kiedy ktoś jeszcze
przesunął się bliżej, ale i na to nie zwróciła uwagi. W zamian –
poruszając się trochę jak w transie i niemalże machinalnie wykonując
kolejne ruchy – pochwyciła rękojeść miecza. Dłonie nawet jej nie zadrżały, gdy
szarpnięciem wyrwała broń z rany, raz po raz powtarzając sobie, że robiła
dobrze. Jak z Andreasem, tak? Sam twierdził, że powinna to zrobić, więc
skoro również tym razem w grę wchodził Niebiański Ogień…
Nawet nie
próbowała utrzymać miecza w dłoniach dłużej, niż byłoby to konieczne.
Natychmiast odrzuciła go na bok, pozwalając, by upadł na ziemię, lądując gdzieś
w trawie. Zaraz po tym dosłownie rzuciła się na Rafaela, nachylona nad nim
tak bardzo, że końcówki jej włosów zaczęły muskać jego policzki. Złożyła
skrzydła, pozwalając, by białe pióra wymieszały się z innymi, w pełni
z nimi kontrastującymi. Spojrzenie utkwiła w twarzy demona, w duchu
modląc się o to, by skończyło się jak w przypadku Andreasa. Gdyby na
nią spojrzał, powiedział coś złośliwego, a potem był na tyle dobry, by
utwierdzić ją w przekonaniu, że nie umierał…
Tyle że tym
razem wszystko było inne. Rafael nie poruszył się od chwili, w której bez
życia opadł na ziemię. Czuła wciąż wypływającą z rany, świeżą krew i to
otrzeźwiło ją na tyle, by zdecydowała się przycisnąć obie dłonie do miejsca, z którego
wypływała. Nawet nie próbowała być delikatna, w gruncie rzeczy
zdesperowana na tyle, że gdyby musiała połamać mu żebra, by zahamować
krwawienie, nawet by się nie zawahała. Zresztą możliwe, że sobie na to
zasłużył. W końcu sam pogruchotał jej kości przy pierwszym spotkaniu po
tym, jak przebudziła się po swojej… śmierci.
Czy w ogóle
w tym świecie dało się umrzeć? Obawiała się, że tak – i to może
bardziej ostatecznie, niż gdyby doszło do tego w rzeczywistości, którą tak
dobrze znała.
– Eleno…
Natychmiast
poderwała głowę, słysząc głos ojca. Dostrzegła i jego, i Aldero, ale
nie była w stanie skupić wzroku na żadnym z nich. Mimo wszystko
zwróciła uwagę na to, że jej kuzyn pobladł, spoglądając na nią w dziwny,
pełen napięcia sposób – zdecydowanie nie jak ktoś, kto cieszył się z tego,
co się wydarzyło. Al był sobą. I niezależnie od tego, co sądził o Rafaelu,
w tamtej chwili jej współczuł. Sęk w tym, że Elena wcale nie poczuła
się z tego powodu lepiej.
W
oszołomieniu spojrzała Carlisle’owi w oczy. Jej własne raz po raz
wypełniały łzy, choć próbowała się ich pozbyć gniewnym, coraz bardziej
zniecierpliwionym mruganiem.
– Zrób coś
– wyrzuciła z siebie na wydechu. Przez moment sama nie rozpoznawała
swojego głosu, a zwłaszcza pobrzmiewającej w nim, równie
desperackiej, co i władczej duszy. – Zrób coś, tato. Proszę.
W tamtej
chwili poczuła się co najmniej jak dziecko, które oczekiwało niemożliwego.
Klęczała na ziemi, błagając o coś, co najwyraźniej było poza zasięgiem
wszystkich obecnych. Tak przynajmniej się czuła, gdy tak na nią spoglądali –
biernie, wręcz współczująco, choć to było ostatnim, czego chciała. Ona jeszcze
nie skończyła walczyć. Wciąż miała tutaj coś do powiedzenia.
A
przynajmniej chciała, żeby tak było.
I jeszcze
te kobiety… Zwróciła na nie uwagę z opóźnieniem, gdy już zdążyły przesunąć
się bliżej. Poczuła się co najmniej osaczona, niemalże ze wszystkich stron
widząc ich blade twarze, jasne włosy i przerażone, identycznie niebieskie
oczy. Czuła się niemalże jak w lustrzanej sali, przytłoczona obecnością
własnych odbić. Tak naprawdę miała ochotę już tylko klęczeć i krzyczeć,
wciąż mając wrażenie, że zaczynała tracić zmysły.
– Okej… W porządku,
Elenko – odezwał się w końcu Carlisle, starannie dobierając słowa.
Wyciągnął dłoń, by uspokajającym gestem pogładzić córkę po policzku. – Ale
musisz się odsunąć. Zamieńmy się.
Skinęła
głową, ale nie od razu zdobyła się na to, by się ruszyć. Spróbowała wstać, ale
nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Udało jej się to dopiero z pomocą Aldero,
kiedy ten zdecydował się pochwycić ją za ramiona i podciągnąć ku górze.
Wyprostowała się, po czym – wciąż się chwiejąc – przeniosła wzrok na jego
twarz. Brązowe, skupione oczy dosłownie przenikały ją na wskroś.
–
Kuzyneczko…
– Nie mów
nic – poprosiła, jakimś cudem będąc w stanie zdobyć się na względnie
spokojny ton głosu. – Po prostu… przytul mnie, dobrze? Tylko tyle.
Być może
oczekiwała zbyt wiele, ale nie była w stanie o tym myśleć. Aldero
również nie zaprotestował, bez słowa przygarniając ją do siebie. Wtuliła się w niego,
przez moment mając wrażenie, że przynajmniej między nimi wszystko było takie,
jakie powinno. Jego ramiona miały w sobie coś znajomego, bez cienia
niewłaściwych uczuć – jedynie te, które znała od lat, skoro przyjaźnili się od
zawsze.
– Jakież
to… niefortunne.
Gwałtowny
dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, gdy usłyszała ten głos. Jak
oparzona odskoczyła od Aldero, błyskawicznie zwracając się ku stojącej zaledwie
kilka metrów dalej postaci. Ciemność znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie
ręki, jakby od niechcenia obserwując to, co się działo. Elena wyczuła
poruszenie, kiedy również pozostali dostrzegli przypatrującą się im istotę, ale
sama nie poczuła strachu. Była zbyt oszołomiona, by zacząć się bać i to
nawet mimo tego, czego doświadczyła podczas kolacji.
Gniew
pojawił się zaledwie chwilę później. To i gorycz, które ostatecznie
popchnęły dziewczynę do tego, by szybkim krokiem ruszyć ku Ciemności.
Usłyszała, że ktoś wypowiedział jej imię, próbując ją zatrzymać, ale właściwie
nie wróciła na to uwagi. Jeśli miała zginąć, trudno.
Jej teść
nawet nie drgnął, kiedy zmaterializowała się tuż przed nim.
– Więc zrób
coś… Zrób coś, słyszysz?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Podniosła głos,
ale i tym nie potrafiła się przejąć, nie wspominając o obniżeniu
tonu. W tamtej chwili chciała już tylko krzyczeć. – Na pewno możesz.
– Och, Światłości…
Nie czekała
na to, co miał do powiedzenia. Skoczyła na niego niczym rozjuszona kotka,
gotowa uderzyć go w twarz. Dopiero w chwili, w której usłyszała
aż nazbyt charakterystyczne plaśnięcie, uprzytomniła sobie, że jej na to
pozwolił.
Spoliczkowała
Ciemność. I wciąż żyła.
To
wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Elenę z równowagi. Cisza
dzwoniła jej w uszach, wręcz ogłuszając. W efekcie prawie zdążyła
zapomnieć, że nie była z tą istotą sama, a na polanie znajdował się
ktokolwiek inny.
–
Zadziwiające. Jesteście z Beatrycze bardziej podobne, niż mógłbym
przypuszczać. – Na ustach Ciemności pojawił się blady uśmiech. – Zdajesz sobie
sprawę z tego, co robisz?
Nie
zwróciła najmniejszej uwagi na pobrzmiewającą w tym pytaniu groźbę. Jeśli
zamierzał ją ukarać, nie dbała o to. Było jej absolutnie wszystko jedno.
– Zrób… coś
– powtórzyła, raz po raz potrząsając głową. – Proszę. Mam cię błagać? To twój
syn, do cholery!
– Nie ja go
zraniłem – padło w odpowiedzi.
Aż się
wzdrygnęła. Z równym powodzeniem mógłby odwzajemnić cios. Tak przynajmniej
się poczuła – jakby także ją spoliczkował, choć nawet nie podniósł ręki.
– To… twój
syn – powtórzyła mimo świadomości, że ten argument nie robił na Ciemności
żadnego wrażenia. Nie rozumiała, jak ktokolwiek mógł być aż do tego stopnia
obojętny. – Ja… Chcesz się układać? Zrobię to! Wciąż mogę zrobić to, o co
poprosiłeś mnie, kiedy tańczyliśmy!
Brwi
Ciemności powędrowały ku górze. Spojrzał na nią dziwnie, jakby zaskoczony tym,
że ot tak zdecydowała się na ofertę, którą wcześniej tak wytrącił ją z równowagi.
Tyle że Elenie było wszystko jedno. Miała oddać siebie za wszystkich – łącznie z rodziną
i bezpieczeństwo Rafaela? Proszę bardzo! Ta myśl już nawet nie bolała,
jeśli w ten sposób mogła doprowadzić to szaleństwo do końca. Skoro jedyną
ceną miała być właśnie ona…
Ciemność
wciąż się uśmiechała. Coś w jego spojrzeniu złagodniało, ale również to
nie dodało dziewczynie pewności.
Słowa,
które ostatecznie padły z jego ust, również nie były tymi, które Elena
pragnęła usłyszeć.
– Kobiety z tej
rodziny wciąż mnie zadziwiają… – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. –
Obawiam się tylko, że na to już za późno, moja miła. Ten świat jest zepsuty.
Nie miała
pojęcia, co miał na myśli. Po jego tonie można było wręcz dojść do wniosku, że
było mu z tego powodu przykro. Zachowywał się dziwnie, jakby sam już się
poddał, rozłożył ręce i po prostu obserwował rozwój szaleństwa, które –
Elena była tego pewna! – ot tak mógł zatrzymać.
Oddech
jeszcze bardziej jej przyśpieszył. Stała przed nim drżąca, spazmatycznie
chwytając powietrze. Przez krótką chwilę czuła się tak, jakby Ciemność jednak
mówiła do niej w innym języku. Tak naprawdę dziewczyna nawet nie brała pod
uwagę tego, że mógłby odmówić. Wynikająca z jego słów bezradność tym
bardziej nie wchodziła w grę. To, że odmawiał, znaczyło tylko jedno: tak
naprawdę nie chciał zrobić niczego, żeby jej pomóc.
Gniew
powrócił i to ze zdwojoną siłą. Zareagowała instynktownie, wyciągając rękę
przed siebie. Choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna po raz kolejny,
Niebiański Ogień zmaterializował się w jej dłoni, gdy tylko zapragnęła
znów go posiąść. Nie dając sobie czasu na rozważanie tego, dlaczego
kontrolowanie go nagle stało się tak proste, wycelowała ostrzem w Ciemność,
marząc już tylko o tym, by zagłębić je w jego piersi – zrobić
cokolwiek, by przestał tak spokojnie stać i się uśmiechać. Żeby zapłacił
za wszystko, co…
Nieśmiertelny
nawet się nie skrzywił. Nie odsunął się, jedynie z westchnieniem wznosząc
oczy ku ciemniejącemu niebu.
– Proszę,
jeden śmiertelny wypadek – oznajmił z naciskiem, kolejny raz
wystawiając nerwy Eleny na próbę – w zupełności wystarczy.
Nie
zauważyła, żeby się poruszył. Nie musiał, nawet bez tego okazując się zdolnym
do tego, by pozbawić ją broni z równie dziecinną łatwością, co i podczas
kolacji, gdy ot tak pozbył się sztyletów Miry. Również tym razem wszystko
potoczyło się błyskawicznie. W jednej chwili Elena stała tuż przed nim,
dzierżąc w dłoniach Niebiański Ogień, w następnej zaś boleśnie
wylądowała na ziemi, podczas gdy ojciec demonów spokojnie obracał w rękach
jaśniejąca klingę. W szoku pomyślała tylko, że mógł wykorzystać ją
przeciwko niej, ale nic podobnego nie miało miejsca. Ciemność po prostu
uśmiechnęła się pobłażliwie, po czym sprawiła, że ostrze dosłownie rozpłynęło
się w powietrzu, znikając równie nagle, co wcześniej się pojawiło.
– Ty… –
wykrztusiła z trudem.
Nie
potrafiła dokończyć. Uświadomiła sobie, że znów płacze, tym razem niezdolna do
tego, by nad sobą zapanować. Niepohamowany szloch wyrwał się z jej piersi,
a ona nie była w stanie niczego z nim zrobić. Klęczała przed Ciemnością,
zanosząc się płaczem i jedynie bardziej się upokarzając, choć to już i tak
nie miało żadnego znaczenia. Przestało mieć w chwili, w której
pojęła, że jedyna szansa, jaką miała, przepadła. To, co i z jakiego
powodu mogła oddać za bliskich, było równie bezwartościowe, co i jej
pragnienia i błagania.
Tymczasem
on wciąż tam stał, spoglądając na nią z góry. Jego twarz ani spojrzenie
nie wyrażały niczego; nawet wykrzywiający wargi uśmiech wydawał się pozbawiony
emocji.
– Tak
naprawdę mógłbym cię teraz zabić. Wielka strata, ale oboje wiemy, że to, co
przyszło ci do głowy… – Potrząsnął głową, jakby rozczarowany taką perspektywą.
Tylko tyle. Po prostu… zawiedziony. – Ale poczekam. To i tak koniec
wszystkiego, więc… Pisane ci zginąć z ręki kogoś innego, moja miła.
Obejrzał
się przez ramię, jakby będąc w stanie dostrzec w mroku coś, czego
wszyscy inni mogli co najwyżej się domyślać. Kogoś. Zrozumiała, choć
myśl o nadejściu Łowcy – istoty, której obawiali się przez tyle czasu –
nie zrobiła na niej najmniejszego nawet wrażenia. W tamtej chwili uwagę
Eleny pochłaniało coś zupełnie innego – całkowita bezradność, która coraz
bardziej dawała jej się we znaki. Nie mogła niczego zrobić, więc jakie tak
naprawdę znaczenie miało to, co nadchodziło?
Jeśli to
faktycznie był koniec, wolała nie wiedzieć. Z dwojga złego śmierć nie
brzmiała aż tak źle.
– Pani… –
doszło ją jakby z oddali.
Nie
potrafiła nawet stwierdzić, która z kobiet odważyła się odezwać. Tak
naprawdę obecność krewnych zeszła gdzieś na dalszy plan. One same były niczym
sen, który w każdej chwili mógł odejść w zapomnienie.
– Ty zawsze
dla mnie wiele znaczyłaś, moja Gaju.
Jego słowa
doprowadzały Elenę do szału. Wciąż się trzęsąc i poruszając trochę jak w transie,
z pewnym wysiłkiem przymusiła się do stanięcia na równe nogi. Nikt nie
zatrzymał jej, kiedy wycofała się, ostatecznie na powrót opadając na kolana tuż
u boku Rafaela. Spojrzała na ojca, bynajmniej niezaskoczona tym, że nie
odezwał się nawet słowem. Nie miał jej niczego do powiedzenia, ale tak było
lepiej. Wszystko wydawało się lepsze od pustych frazesów i wymijających
słów, będących co najwyżej ładniejszą wersją wyrażenia bezradności. Tak
naprawdę od samego początku czuła, że wymagała zbyt wiele.
Bez słowa
nachyliła się nad Rafaelem. Końcówki jej włosów musnęły twarz demona, a rozłożone
skrzydła otoczyły ich oboje, zupełnie jakby w ten sposób mogła ochronić i siebie,
i jego przed… wszystkim. Czuła, że i tym razem oszukiwała samą
siebie, ale musiała przynajmniej spróbować. Cokolwiek, byleby nie trwać w ciszy.
To był
pierwszy raz, kiedy naprawdę miała ochotę się modlić. Nigdy tego nie robiła, w gruncie
rzeczy sama niepewna, w co i czy w ogóle wierzyła. W Boga? W Selene?
W tamtej chwili to nie było istotne. Podobno modlitwa sama w sobie
przynosiła ukojenie, choćby i złudne, ale Elena nie miała nawet pojęcia,
jak miałaby się do tego zabrać. Żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do
głowy. Ani to, ani formułki, którymi posługiwali się ludzie i które dzięki
ojcu być może powinna znać.
Proszę… O bogini,
proszę, jęknęła w duchu, choć to brzmiało nader żałośnie. Była pewna,
że gdyby wypowiedziała te słowa na głos, efekt byłby jeszcze gorszy. Oddam
wszystko. Jeśli nie chce słuchać, to chociaż ty…
Skuliła się
jeszcze bardziej. Czy to w ogóle miało sens? Zwracanie się do jakiejś
niewidzialnej siły – bytu, którego nie było? Nie miała pojęcia. Ale i tak
to robiła, mając wrażenie, że nawet takie działanie było lepsze od biernego
czekania i załamywania rąk. Wtedy przynajmniej miała poczucie, że
próbowała, choć zarazem całą sobą czuła, że w ten sposób nic się nie
zmieni. Pozostawała równie bezradna i zagubiona, co i przy żałosnych
groźbach pod adresem Ciemności.
Swoją
drogą, miała wrażenie, że nie powinna modlić się akurat w ten sposób. To
chyba wymagało innych warunków i jakichś wyszukanych, pełnych szacunku
słów. Tak sądziła, ale nigdy nie była dobra w dobieraniu iście poetyckich
zwrotów. Tym bardziej nie czuła się gotowa do zwracania się do jakiegokolwiek
boga – nie zapłakana, z napuchniętymi oczami i łamiącym się głosem.
Podejrzewała, że w tamtej chwili przypominała raczej siódme nieszczęście,
nie zaś kogoś, kto byłby w stanie dyskutować z jakąkolwiek siłą
wyższą.
Co mam
powiedzieć? Przeprosić? Oddać… cokolwiek? Zrobię to, ale po prostu… zrób coś.
Niech ktokolwiek coś zrobi.
To też
brzmiało źle, trochę jak polecenie, ale nie mogła się powstrzymać. Pragnęła
chwycić kogoś za ramiona, porządnie nim potrząsnąć i zażądać
jakiegokolwiek działania. To nic, że sama nie była w stanie się zdobyć
nawet na tyle. Musiało istnieć jakieś cudowne rozwiązanie, prawda? Albo jednak
była naiwna, ale…
Spokój
pojawił się nagle, niesiony wraz z falą ciepła, która rozeszła się po
całym jej ciele. Elena poczuła znajome mrowienie w okolicach znamienia na
plecach – gorąco, którego nie potrafiła zignorować, a które nie sprawiało
jej bólu. Tyle wystarczyło, by zesztywniała, na chwilę zamierając na Rafaelu.
Gdzieś jakby z oddali dochodziły jej głosy, poza tym – była pewna – ktoś
wciąż próbował zwrócić jej uwagę, ale nawet nie próbowała słuchać.
To ciepło…
Ciepło mimo wszystko miało w sobie coś kojącego.
– Wszystko,
Eleno?
Głos, który
nagle usłyszała, wydawał się znajomy. Należał do kobiety, ale nie jednej z jej
krewnych, które zdążyła poznać. Tak przynajmniej sądziła, nie wspominając o tym,
że nieznajoma wydawała się reagować bezpośrednio na jej myśli.
Wyczuwał
ruch u swojego boku. Drgnęła, błyskawicznie podrywając głowę w momencie,
w którym doszedł ją spięty głos ojca.
– Kim ty…?
Carlisle
nie dokończył. Elena również milczała, zamierając w chwili, w której
dostrzegła stojącą u jej boku postać. Rozpoznała blade, wręcz srebrzyste
tęczówki i spływające miękko na ramiona włosy. Co prawda nie od razu
poznała tę istotę, ale po chwili wspomnienia nabrały ostrości i sensu.
Nieznajoma z polany.
Ta sama, której towarzyszył Dorian – mężczyzna ze skrzydłami takimi jak te,
które miała Elena. To nie było snem, nawet jeśli Andreas zasugerował, że wszystko,
co zobaczyła, było co najwyżej wytworem jej wyobraźni. Oszukał ją, a może
faktycznie w to wierszy… Cóż, ta kwestia nie miała najmniejszego nawet
znaczenia w tamtej chwili.
Elena
zadrżała, po czym spojrzała kobiecie prosto w oczy.
– To ty –
szepnęła, choć te słowa tak naprawdę niczego nie wyjaśniały. Nie, skoro nie
znała jej imienia. – Słyszałaś, prawda? Oddam wszystko. Powiedz, czego chcesz i mi
pomóż, a ja… oddam wszystko.
Kobieta
spoglądała na nią z zaciekawieniem, uśmiechając się łagodnie. Ten gest był
inny i o wiele cieplejszy niż w przypadku Ciemności. Ona cała
taka była, dosłownie promieniejąc i wzbudzając w Elenie wyłącznie
pozytywne, najcieplejsze odczucia.
– Wszystko…
– powtórzyła w zamyśleniu kobieta, wciąż się uśmiechając. – Nawet
skrzydła?
Elena nawet
się nie zawahała.
– Bierz je w cholerę,
jeśli chcesz! Nie pasują do mnie! – wyrzuciła z siebie na wydechu, nawet
nie zastanawiając się nad doborem słów. – Nie muszę latać.
Mimo
wszystko coś ścisnęło ją w gardle na te słowa. Nie, nie musiała… Chociaż
lubiła to, w końcu rozumiejąc, skąd brało się całe przywiązanie Rafaela do
nieba. Tyle że mogła się bez tego obejść.
Stojąca u jej
boku kobieta zaśmiała się melodyjnie.
– Tak tylko
pytam… Nie, nie chcę twoich skrzydeł, dziecinko. Nie odbieram tego, co sama
podarowałam – oznajmiła, a serce Eleny jak na zawołanie zabiło mocniej ze
zdenerwowania. – Pragnę tylko i wyłącznie czegoś innego. Zresztą to
wystarczy, żebyś sama mogła wszystko naprawić.
– Nie rozu…
– Miłość –
oznajmiła wprost kobieta. Gdzieś jakby z oddali doszło ciche prychnięcie,
ale nawet pobrzmiewająca w głosie Ciemności kpina nie powstrzymała
przybyszki przed dokończeniem. – Zawsze miłość. Bądź jego światłem, tak jak i przez
cały ten czas, Eleno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz