14 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt trzy

Elena
To się nie działo. Nie mogło. Oddychała spazmatycznie, oszołomiona zapachem krwi – tej samej, za którą w normalnych warunkach oddałaby wszystko, ale nie w tamtej chwili. Drżała, początkowo niepewna, co tak naprawdę działo się wokół niej. Przez chwilę pomyślała o Andreasie – o tym, że wtedy zachowała zimną krew i zdołała coś zrobić – ale nawet ta świadomość jej nie uspokoiła.
– Elena… Hej!
Mira pojawiła się tuż obok niej. Oczy demonicy pałały gniewem, ale – choć dziewczyna w pierwszym odruchu pomyślała inaczej – złość wcale nie była skierowana przeciwko niej. Och, poza tym Miriam się bała, chociaż to wciąż do niej nie pasowało. Przynajmniej Elena wciąż nie mogła takiego stanu zaakceptować, zbytnio przerażona tym, co musiałoby to oznaczać.
– Ja… Ja n-nie… nie chciałam. – Ledwo rozumiała to, co mówiła. Spojrzała wprost w skupione tęczówki Miry, szukając… czegokolwiek, co pomogłoby jej się uspokoić. – Ja nie…
– Wiem, do cholery. Przestań ryczeć.
Zamrugała, machinalnie ocierając wierzchem dłoni policzki. Wilgoć łez nie powinna jej zaskoczyć, a jednak Elena zawahała się. Nie przypominała sobie, by zaczynała płakać, ale obecność łez mówiła sama za siebie.
Odetchnęła, chociaż już zwątpiła w to, czy jakiekolwiek próby zapanowania nad sobą miały sens. Raz jeszcze spojrzała na Miriam, ale tym razem już nie oczekiwała żadnych rad z jej strony. Za plecami wyczuła ruch, kiedy ktoś jeszcze przesunął się bliżej, ale i na to nie zwróciła uwagi. W zamian – poruszając się trochę jak w transie i niemalże machinalnie wykonując kolejne ruchy – pochwyciła rękojeść miecza. Dłonie nawet jej nie zadrżały, gdy szarpnięciem wyrwała broń z rany, raz po raz powtarzając sobie, że robiła dobrze. Jak z Andreasem, tak? Sam twierdził, że powinna to zrobić, więc skoro również tym razem w grę wchodził Niebiański Ogień…
Nawet nie próbowała utrzymać miecza w dłoniach dłużej, niż byłoby to konieczne. Natychmiast odrzuciła go na bok, pozwalając, by upadł na ziemię, lądując gdzieś w trawie. Zaraz po tym dosłownie rzuciła się na Rafaela, nachylona nad nim tak bardzo, że końcówki jej włosów zaczęły muskać jego policzki. Złożyła skrzydła, pozwalając, by białe pióra wymieszały się z innymi, w pełni z nimi kontrastującymi. Spojrzenie utkwiła w twarzy demona, w duchu modląc się o to, by skończyło się jak w przypadku Andreasa. Gdyby na nią spojrzał, powiedział coś złośliwego, a potem był na tyle dobry, by utwierdzić ją w przekonaniu, że nie umierał…
Tyle że tym razem wszystko było inne. Rafael nie poruszył się od chwili, w której bez życia opadł na ziemię. Czuła wciąż wypływającą z rany, świeżą krew i to otrzeźwiło ją na tyle, by zdecydowała się przycisnąć obie dłonie do miejsca, z którego wypływała. Nawet nie próbowała być delikatna, w gruncie rzeczy zdesperowana na tyle, że gdyby musiała połamać mu żebra, by zahamować krwawienie, nawet by się nie zawahała. Zresztą możliwe, że sobie na to zasłużył. W końcu sam pogruchotał jej kości przy pierwszym spotkaniu po tym, jak przebudziła się po swojej… śmierci.
Czy w ogóle w tym świecie dało się umrzeć? Obawiała się, że tak – i to może bardziej ostatecznie, niż gdyby doszło do tego w rzeczywistości, którą tak dobrze znała.
– Eleno…
Natychmiast poderwała głowę, słysząc głos ojca. Dostrzegła i jego, i Aldero, ale nie była w stanie skupić wzroku na żadnym z nich. Mimo wszystko zwróciła uwagę na to, że jej kuzyn pobladł, spoglądając na nią w dziwny, pełen napięcia sposób – zdecydowanie nie jak ktoś, kto cieszył się z tego, co się wydarzyło. Al był sobą. I niezależnie od tego, co sądził o Rafaelu, w tamtej chwili jej współczuł. Sęk w tym, że Elena wcale nie poczuła się z tego powodu lepiej.
W oszołomieniu spojrzała Carlisle’owi w oczy. Jej własne raz po raz wypełniały łzy, choć próbowała się ich pozbyć gniewnym, coraz bardziej zniecierpliwionym mruganiem.
– Zrób coś – wyrzuciła z siebie na wydechu. Przez moment sama nie rozpoznawała swojego głosu, a zwłaszcza pobrzmiewającej w nim, równie desperackiej, co i władczej duszy. – Zrób coś, tato. Proszę.
W tamtej chwili poczuła się co najmniej jak dziecko, które oczekiwało niemożliwego. Klęczała na ziemi, błagając o coś, co najwyraźniej było poza zasięgiem wszystkich obecnych. Tak przynajmniej się czuła, gdy tak na nią spoglądali – biernie, wręcz współczująco, choć to było ostatnim, czego chciała. Ona jeszcze nie skończyła walczyć. Wciąż miała tutaj coś do powiedzenia.
A przynajmniej chciała, żeby tak było.
I jeszcze te kobiety… Zwróciła na nie uwagę z opóźnieniem, gdy już zdążyły przesunąć się bliżej. Poczuła się co najmniej osaczona, niemalże ze wszystkich stron widząc ich blade twarze, jasne włosy i przerażone, identycznie niebieskie oczy. Czuła się niemalże jak w lustrzanej sali, przytłoczona obecnością własnych odbić. Tak naprawdę miała ochotę już tylko klęczeć i krzyczeć, wciąż mając wrażenie, że zaczynała tracić zmysły.
– Okej… W porządku, Elenko – odezwał się w końcu Carlisle, starannie dobierając słowa. Wyciągnął dłoń, by uspokajającym gestem pogładzić córkę po policzku. – Ale musisz się odsunąć. Zamieńmy się.
Skinęła głową, ale nie od razu zdobyła się na to, by się ruszyć. Spróbowała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Udało jej się to dopiero z pomocą Aldero, kiedy ten zdecydował się pochwycić ją za ramiona i podciągnąć ku górze. Wyprostowała się, po czym – wciąż się chwiejąc – przeniosła wzrok na jego twarz. Brązowe, skupione oczy dosłownie przenikały ją na wskroś.
– Kuzyneczko…
– Nie mów nic – poprosiła, jakimś cudem będąc w stanie zdobyć się na względnie spokojny ton głosu. – Po prostu… przytul mnie, dobrze? Tylko tyle.
Być może oczekiwała zbyt wiele, ale nie była w stanie o tym myśleć. Aldero również nie zaprotestował, bez słowa przygarniając ją do siebie. Wtuliła się w niego, przez moment mając wrażenie, że przynajmniej między nimi wszystko było takie, jakie powinno. Jego ramiona miały w sobie coś znajomego, bez cienia niewłaściwych uczuć – jedynie te, które znała od lat, skoro przyjaźnili się od zawsze.
– Jakież to… niefortunne.
Gwałtowny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, gdy usłyszała ten głos. Jak oparzona odskoczyła od Aldero, błyskawicznie zwracając się ku stojącej zaledwie kilka metrów dalej postaci. Ciemność znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki, jakby od niechcenia obserwując to, co się działo. Elena wyczuła poruszenie, kiedy również pozostali dostrzegli przypatrującą się im istotę, ale sama nie poczuła strachu. Była zbyt oszołomiona, by zacząć się bać i to nawet mimo tego, czego doświadczyła podczas kolacji.
Gniew pojawił się zaledwie chwilę później. To i gorycz, które ostatecznie popchnęły dziewczynę do tego, by szybkim krokiem ruszyć ku Ciemności. Usłyszała, że ktoś wypowiedział jej imię, próbując ją zatrzymać, ale właściwie nie wróciła na to uwagi. Jeśli miała zginąć, trudno.
Jej teść nawet nie drgnął, kiedy zmaterializowała się tuż przed nim.
– Więc zrób coś… Zrób coś, słyszysz?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Podniosła głos, ale i tym nie potrafiła się przejąć, nie wspominając o obniżeniu tonu. W tamtej chwili chciała już tylko krzyczeć. – Na pewno możesz.
– Och, Światłości
Nie czekała na to, co miał do powiedzenia. Skoczyła na niego niczym rozjuszona kotka, gotowa uderzyć go w twarz. Dopiero w chwili, w której usłyszała aż nazbyt charakterystyczne plaśnięcie, uprzytomniła sobie, że jej na to pozwolił.
Spoliczkowała Ciemność. I wciąż żyła.
To wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Elenę z równowagi. Cisza dzwoniła jej w uszach, wręcz ogłuszając. W efekcie prawie zdążyła zapomnieć, że nie była z tą istotą sama, a na polanie znajdował się ktokolwiek inny.
– Zadziwiające. Jesteście z Beatrycze bardziej podobne, niż mógłbym przypuszczać. – Na ustach Ciemności pojawił się blady uśmiech. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz?
Nie zwróciła najmniejszej uwagi na pobrzmiewającą w tym pytaniu groźbę. Jeśli zamierzał ją ukarać, nie dbała o to. Było jej absolutnie wszystko jedno.
– Zrób… coś – powtórzyła, raz po raz potrząsając głową. – Proszę. Mam cię błagać? To twój syn, do cholery!
– Nie ja go zraniłem – padło w odpowiedzi.
Aż się wzdrygnęła. Z równym powodzeniem mógłby odwzajemnić cios. Tak przynajmniej się poczuła – jakby także ją spoliczkował, choć nawet nie podniósł ręki.
– To… twój syn – powtórzyła mimo świadomości, że ten argument nie robił na Ciemności żadnego wrażenia. Nie rozumiała, jak ktokolwiek mógł być aż do tego stopnia obojętny. – Ja… Chcesz się układać? Zrobię to! Wciąż mogę zrobić to, o co poprosiłeś mnie, kiedy tańczyliśmy!
Brwi Ciemności powędrowały ku górze. Spojrzał na nią dziwnie, jakby zaskoczony tym, że ot tak zdecydowała się na ofertę, którą wcześniej tak wytrącił ją z równowagi. Tyle że Elenie było wszystko jedno. Miała oddać siebie za wszystkich – łącznie z rodziną i bezpieczeństwo Rafaela? Proszę bardzo! Ta myśl już nawet nie bolała, jeśli w ten sposób mogła doprowadzić to szaleństwo do końca. Skoro jedyną ceną miała być właśnie ona…
Ciemność wciąż się uśmiechała. Coś w jego spojrzeniu złagodniało, ale również to nie dodało dziewczynie pewności.
Słowa, które ostatecznie padły z jego ust, również nie były tymi, które Elena pragnęła usłyszeć.
– Kobiety z tej rodziny wciąż mnie zadziwiają… – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Obawiam się tylko, że na to już za późno, moja miła. Ten świat jest zepsuty.
Nie miała pojęcia, co miał na myśli. Po jego tonie można było wręcz dojść do wniosku, że było mu z tego powodu przykro. Zachowywał się dziwnie, jakby sam już się poddał, rozłożył ręce i po prostu obserwował rozwój szaleństwa, które – Elena była tego pewna! – ot tak mógł zatrzymać.
Oddech jeszcze bardziej jej przyśpieszył. Stała przed nim drżąca, spazmatycznie chwytając powietrze. Przez krótką chwilę czuła się tak, jakby Ciemność jednak mówiła do niej w innym języku. Tak naprawdę dziewczyna nawet nie brała pod uwagę tego, że mógłby odmówić. Wynikająca z jego słów bezradność tym bardziej nie wchodziła w grę. To, że odmawiał, znaczyło tylko jedno: tak naprawdę nie chciał zrobić niczego, żeby jej pomóc.
Gniew powrócił i to ze zdwojoną siłą. Zareagowała instynktownie, wyciągając rękę przed siebie. Choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna po raz kolejny, Niebiański Ogień zmaterializował się w jej dłoni, gdy tylko zapragnęła znów go posiąść. Nie dając sobie czasu na rozważanie tego, dlaczego kontrolowanie go nagle stało się tak proste, wycelowała ostrzem w Ciemność, marząc już tylko o tym, by zagłębić je w jego piersi – zrobić cokolwiek, by przestał tak spokojnie stać i się uśmiechać. Żeby zapłacił za wszystko, co…
Nieśmiertelny nawet się nie skrzywił. Nie odsunął się, jedynie z westchnieniem wznosząc oczy ku ciemniejącemu niebu.
– Proszę, jeden śmiertelny wypadek – oznajmił z naciskiem, kolejny raz wystawiając nerwy Eleny na próbę – w zupełności wystarczy.
Nie zauważyła, żeby się poruszył. Nie musiał, nawet bez tego okazując się zdolnym do tego, by pozbawić ją broni z równie dziecinną łatwością, co i podczas kolacji, gdy ot tak pozbył się sztyletów Miry. Również tym razem wszystko potoczyło się błyskawicznie. W jednej chwili Elena stała tuż przed nim, dzierżąc w dłoniach Niebiański Ogień, w następnej zaś boleśnie wylądowała na ziemi, podczas gdy ojciec demonów spokojnie obracał w rękach jaśniejąca klingę. W szoku pomyślała tylko, że mógł wykorzystać ją przeciwko niej, ale nic podobnego nie miało miejsca. Ciemność po prostu uśmiechnęła się pobłażliwie, po czym sprawiła, że ostrze dosłownie rozpłynęło się w powietrzu, znikając równie nagle, co wcześniej się pojawiło.
– Ty… – wykrztusiła z trudem.
Nie potrafiła dokończyć. Uświadomiła sobie, że znów płacze, tym razem niezdolna do tego, by nad sobą zapanować. Niepohamowany szloch wyrwał się z jej piersi, a ona nie była w stanie niczego z nim zrobić. Klęczała przed Ciemnością, zanosząc się płaczem i jedynie bardziej się upokarzając, choć to już i tak nie miało żadnego znaczenia. Przestało mieć w chwili, w której pojęła, że jedyna szansa, jaką miała, przepadła. To, co i z jakiego powodu mogła oddać za bliskich, było równie bezwartościowe, co i jej pragnienia i błagania.
Tymczasem on wciąż tam stał, spoglądając na nią z góry. Jego twarz ani spojrzenie nie wyrażały niczego; nawet wykrzywiający wargi uśmiech wydawał się pozbawiony emocji.
– Tak naprawdę mógłbym cię teraz zabić. Wielka strata, ale oboje wiemy, że to, co przyszło ci do głowy… – Potrząsnął głową, jakby rozczarowany taką perspektywą. Tylko tyle. Po prostu… zawiedziony. – Ale poczekam. To i tak koniec wszystkiego, więc… Pisane ci zginąć z ręki kogoś innego, moja miła.
Obejrzał się przez ramię, jakby będąc w stanie dostrzec w mroku coś, czego wszyscy inni mogli co najwyżej się domyślać. Kogoś. Zrozumiała, choć myśl o nadejściu Łowcy – istoty, której obawiali się przez tyle czasu – nie zrobiła na niej najmniejszego nawet wrażenia. W tamtej chwili uwagę Eleny pochłaniało coś zupełnie innego – całkowita bezradność, która coraz bardziej dawała jej się we znaki. Nie mogła niczego zrobić, więc jakie tak naprawdę znaczenie miało to, co nadchodziło?
Jeśli to faktycznie był koniec, wolała nie wiedzieć. Z dwojga złego śmierć nie brzmiała aż tak źle.
– Pani… – doszło ją jakby z oddali.
Nie potrafiła nawet stwierdzić, która z kobiet odważyła się odezwać. Tak naprawdę obecność krewnych zeszła gdzieś na dalszy plan. One same były niczym sen, który w każdej chwili mógł odejść w zapomnienie.
– Ty zawsze dla mnie wiele znaczyłaś, moja Gaju.
Jego słowa doprowadzały Elenę do szału. Wciąż się trzęsąc i poruszając trochę jak w transie, z pewnym wysiłkiem przymusiła się do stanięcia na równe nogi. Nikt nie zatrzymał jej, kiedy wycofała się, ostatecznie na powrót opadając na kolana tuż u boku Rafaela. Spojrzała na ojca, bynajmniej niezaskoczona tym, że nie odezwał się nawet słowem. Nie miał jej niczego do powiedzenia, ale tak było lepiej. Wszystko wydawało się lepsze od pustych frazesów i wymijających słów, będących co najwyżej ładniejszą wersją wyrażenia bezradności. Tak naprawdę od samego początku czuła, że wymagała zbyt wiele.
Bez słowa nachyliła się nad Rafaelem. Końcówki jej włosów musnęły twarz demona, a rozłożone skrzydła otoczyły ich oboje, zupełnie jakby w ten sposób mogła ochronić i siebie, i jego przed… wszystkim. Czuła, że i tym razem oszukiwała samą siebie, ale musiała przynajmniej spróbować. Cokolwiek, byleby nie trwać w ciszy.
To był pierwszy raz, kiedy naprawdę miała ochotę się modlić. Nigdy tego nie robiła, w gruncie rzeczy sama niepewna, w co i czy w ogóle wierzyła. W Boga? W Selene? W tamtej chwili to nie było istotne. Podobno modlitwa sama w sobie przynosiła ukojenie, choćby i złudne, ale Elena nie miała nawet pojęcia, jak miałaby się do tego zabrać. Żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do głowy. Ani to, ani formułki, którymi posługiwali się ludzie i które dzięki ojcu być może powinna znać.
Proszę… O bogini, proszę, jęknęła w duchu, choć to brzmiało nader żałośnie. Była pewna, że gdyby wypowiedziała te słowa na głos, efekt byłby jeszcze gorszy. Oddam wszystko. Jeśli nie chce słuchać, to chociaż ty…
Skuliła się jeszcze bardziej. Czy to w ogóle miało sens? Zwracanie się do jakiejś niewidzialnej siły – bytu, którego nie było? Nie miała pojęcia. Ale i tak to robiła, mając wrażenie, że nawet takie działanie było lepsze od biernego czekania i załamywania rąk. Wtedy przynajmniej miała poczucie, że próbowała, choć zarazem całą sobą czuła, że w ten sposób nic się nie zmieni. Pozostawała równie bezradna i zagubiona, co i przy żałosnych groźbach pod adresem Ciemności.
Swoją drogą, miała wrażenie, że nie powinna modlić się akurat w ten sposób. To chyba wymagało innych warunków i jakichś wyszukanych, pełnych szacunku słów. Tak sądziła, ale nigdy nie była dobra w dobieraniu iście poetyckich zwrotów. Tym bardziej nie czuła się gotowa do zwracania się do jakiegokolwiek boga – nie zapłakana, z napuchniętymi oczami i łamiącym się głosem. Podejrzewała, że w tamtej chwili przypominała raczej siódme nieszczęście, nie zaś kogoś, kto byłby w stanie dyskutować z jakąkolwiek siłą wyższą.
Co mam powiedzieć? Przeprosić? Oddać… cokolwiek? Zrobię to, ale po prostu… zrób coś. Niech ktokolwiek coś zrobi.
To też brzmiało źle, trochę jak polecenie, ale nie mogła się powstrzymać. Pragnęła chwycić kogoś za ramiona, porządnie nim potrząsnąć i zażądać jakiegokolwiek działania. To nic, że sama nie była w stanie się zdobyć nawet na tyle. Musiało istnieć jakieś cudowne rozwiązanie, prawda? Albo jednak była naiwna, ale…
Spokój pojawił się nagle, niesiony wraz z falą ciepła, która rozeszła się po całym jej ciele. Elena poczuła znajome mrowienie w okolicach znamienia na plecach – gorąco, którego nie potrafiła zignorować, a które nie sprawiało jej bólu. Tyle wystarczyło, by zesztywniała, na chwilę zamierając na Rafaelu. Gdzieś jakby z oddali dochodziły jej głosy, poza tym – była pewna – ktoś wciąż próbował zwrócić jej uwagę, ale nawet nie próbowała słuchać.
To ciepło… Ciepło mimo wszystko miało w sobie coś kojącego.
– Wszystko, Eleno?
Głos, który nagle usłyszała, wydawał się znajomy. Należał do kobiety, ale nie jednej z jej krewnych, które zdążyła poznać. Tak przynajmniej sądziła, nie wspominając o tym, że nieznajoma wydawała się reagować bezpośrednio na jej myśli.
Wyczuwał ruch u swojego boku. Drgnęła, błyskawicznie podrywając głowę w momencie, w którym doszedł ją spięty głos ojca.
– Kim ty…?
Carlisle nie dokończył. Elena również milczała, zamierając w chwili, w której dostrzegła stojącą u jej boku postać. Rozpoznała blade, wręcz srebrzyste tęczówki i spływające miękko na ramiona włosy. Co prawda nie od razu poznała tę istotę, ale po chwili wspomnienia nabrały ostrości i sensu.
Nieznajoma z polany. Ta sama, której towarzyszył Dorian – mężczyzna ze skrzydłami takimi jak te, które miała Elena. To nie było snem, nawet jeśli Andreas zasugerował, że wszystko, co zobaczyła, było co najwyżej wytworem jej wyobraźni. Oszukał ją, a może faktycznie w to wierszy… Cóż, ta kwestia nie miała najmniejszego nawet znaczenia w tamtej chwili.
Elena zadrżała, po czym spojrzała kobiecie prosto w oczy.
– To ty – szepnęła, choć te słowa tak naprawdę niczego nie wyjaśniały. Nie, skoro nie znała jej imienia. – Słyszałaś, prawda? Oddam wszystko. Powiedz, czego chcesz i mi pomóż, a ja… oddam wszystko.
Kobieta spoglądała na nią z zaciekawieniem, uśmiechając się łagodnie. Ten gest był inny i o wiele cieplejszy niż w przypadku Ciemności. Ona cała taka była, dosłownie promieniejąc i wzbudzając w Elenie wyłącznie pozytywne, najcieplejsze odczucia.
– Wszystko… – powtórzyła w zamyśleniu kobieta, wciąż się uśmiechając. – Nawet skrzydła?
Elena nawet się nie zawahała.
– Bierz je w cholerę, jeśli chcesz! Nie pasują do mnie! – wyrzuciła z siebie na wydechu, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów. – Nie muszę latać.
Mimo wszystko coś ścisnęło ją w gardle na te słowa. Nie, nie musiała… Chociaż lubiła to, w końcu rozumiejąc, skąd brało się całe przywiązanie Rafaela do nieba. Tyle że mogła się bez tego obejść.
Stojąca u jej boku kobieta zaśmiała się melodyjnie.
– Tak tylko pytam… Nie, nie chcę twoich skrzydeł, dziecinko. Nie odbieram tego, co sama podarowałam – oznajmiła, a serce Eleny jak na zawołanie zabiło mocniej ze zdenerwowania. – Pragnę tylko i wyłącznie czegoś innego. Zresztą to wystarczy, żebyś sama mogła wszystko naprawić.
– Nie rozu…
– Miłość – oznajmiła wprost kobieta. Gdzieś jakby z oddali doszło ciche prychnięcie, ale nawet pobrzmiewająca w głosie Ciemności kpina nie powstrzymała przybyszki przed dokończeniem. – Zawsze miłość. Bądź jego światłem, tak jak i przez cały ten czas, Eleno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa