
Beatrycze
– Beatrycze… Beatrycze, na Boga!
Głos matki
doszedł do niej jakby z oddali. Słyszała, że Ariadna do niej mówiła,
rozumiała poszczególne słowa, a jednak nie była w stanie
odpowiedzieć. W zasadzie miała ochotę w dziecinnym odruchu zakryć uszy
dłońmi i zrobić wszystko, byleby nie musieć słuchać. Całą uwagę poświęcała
Ciemności, obojętna na fakt, że mężczyzna wciąż uśmiechał się w ten
ujmujący, zdradzający satysfakcję sposób.
– C-co…? Co
powiedziałeś? – wyrwało jej się.
Nie miało
znaczenia, że powinna zważać na słowa. W normalnym wypadku nie odważyłaby
się zwrócić do tej istoty takim tonem – naglącym, zdecydowanie zbyt rozemocjonowanym.
Tym razem jednak sytuacja była inna, a Beatrycze było już wszystko jedno.
– Oboje
wiemy, że dobrze mnie usłyszałaś. – Ciemność jakby od niechcenia wzruszyła
ramionami. Obserwowała go, kiedy niedbałym ruchem strzepnął jakiś niewidzialny
pyłek z garnituru. – Kobiety w tej rodzinie są doprawdy zadziwiające.
Mam tu oczywiście na myśli moją drogą Isobel… Widać poświęcanie krewnych to u was
jakaś rodzinna tradycja.
Może mówił coś
jeszcze, ale już właściwie nie słuchała. Ona po prostu tkwiła w miejscu, z każdą
kolejną sekundą trzęsąc się coraz bardziej i bardziej. W oszołomieniu
spoglądała w przestrzeń, próbując zebrać myśli. Z drugiej strony, o wiele
łatwiejsze wydawało się odcięcie od wszystkiego, co działo się wokół niej. Może
gdyby zaczęła udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca…
Ale jej
umysł nie zamierzał na to pozwolić. Beatrycze kolejny raz uderzyło to, ile
miejsca miała w głowie od chwili przemiany. Nawet wtedy, gdy próbowała
rozproszyć myśli, wciąż znajdowała odrobinę przestrzeni na analizowanie nawet
tych rzeczy, których nie chciała. W efekcie bezmyślnie rozpamiętywała
słowa Ciemności, zaś te – przeplatane z nawoływaniem Ariadny – z każdą
kolejną sekundą bardziej wytrącały ją z równowagi.
Nigdy
wcześniej nie czuła takiej złości. Gniew pojawił się nagle, uderzając w wampirzycę
z całą mocą i skutecznie przysłaniając wszystko inne. Wyprostowała
się, przez moment tkwiąc w miejscu i bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń.
Było coś znajomego w czerwonej mgiełce, która bez jakiegokolwiek
ostrzeżenia przysłoniła wszystko wokół. Beatrycze miała wrażenie, że kontury
tego, co widziała, jeszcze bardziej ją wyostrzyły, pulsując w irytujący, dodatkowo
drażniący już i tak wystawiony na próbę nerwy. Jednak udało jej się przestać
myśleć, ale nie dlatego, że skupiła uwagę na czymś innym.
Nie, tak naprawdę jej wolna wola skurczyła się,
skutecznie przysłonięta przez jedno: rządzę zabijania.
Było coś oszałamiającego
w tej świadomości. Beatrycze drgnęła, przez moment czując się tak, jakby
ktoś ją uderzył. Zamrugała i poderwała głowę akurat w chwili, w której
Ariadna zwróciła się ku niej.
–
Beatrycze…
Energicznie
potrząsnęła głową. Nie chciała tego słuchać. Och, dla dobra matki lepiej było,
żeby nie próbowała się tłumaczyć.
– Ja… Zamilcz.
– W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że jej głos zabrzmiał bardziej jak
dzikie warknięcie, nie zaś coś, co miałoby prawo wyrwać się z ust
człowieka. Odchrząknęła, próbując nad sobą zapanować, ale to okazało się
trudne. – Po prostu… zamilknij. – Raz jeszcze potrząsnęła głową. – Jak ty…?
Głos uwiązł
jej w gardle. Tak naprawdę nie chciała kończyć, a tym poznawać odpowiedzi
na to pytanie. Jakie to miało znaczenie, co kierowało Ariadną? Przez moment
Beatrycze miała nawet nadzieję na znalezienie jakiegoś cudownego wyjaśnienia
albo dowodu, że Ciemność jednak łgała jak z nut, ale wszystko brzmiało
zbyt sensownie, by zaprzeczanie miało sens.
Ariadna
wiedziała o klątwie. Tego jednego Beatrycze akurat była pewna, w żaden
inny sposób nie potrafiąc wyjaśnić zachowania matki względem niej. Nie było
żadnego innego powodu, dla którego kobieta miałaby próbować izolować je od
świata. Z drugiej strony, skoro jednak to robiła, najwyraźniej starając się
coś powstrzymać…
– Och,
sumienie drgnęło, kiedy sięgnąłem po pierwszą z was… A może
uświadomiła sobie, że kończy jej się czas? – Głos Ciemności wystarczył, by
wyrwać Beatrycze z zamyślenia. – Świat w końcu bywał taki
niebezpieczny… Tyle że nawet wtedy wiedziała, że ze mną nie należy igrać. Wywiązanie
się z układu było kluczowe.
– Układu…
– Och, tak.
– Mężczyzna parsknął śmiechem. – Ariadna zawsze mnie zadziwiała. Spodziewałem
się jednego dziecka, może dwójki… Ale ona postarała się aż o trzy córki – oznajmił,
brzmiąc przy tym tak, jakby faktycznie był pod wrażeniem. – Obiecałem, że
zabiorę ją dopiero po ostatniej z was. Kiedy zainteresowałem się uroczą
Cassandrą, dotarło do niej, że ma mniej czasu niż sądziła.
– Beatrycze…
– zaczęła ponownie Ariadna, ale wampirzyca nawet na nią nie spojrzała.
Wciąż się
trzęsąc, cofnęła się o krok. A potem kolejny i jeszcze jeden, aż
za plecami wyczuła ścianę. Oparła się o nią ciężko, sama niepewna jakim
cudem wciąż była w stanie utrzymać się w pionie. Krwista mgiełka
wróciła, tak jak i pierwsze oznaki stanu, w którym Beatrycze momentalnie
zapragnęła się znaleźć. Może gdyby mogła nie myśleć i po prostu działała, w pełni
zdając się na instynkt… Och, może wtedy faktycznie stałoby się prostsze.
– Cassie… Siedziałaś
przy Cassie, kiedy miała te koszmary. – Głos zaczął jej się łamać, więc urwała,
by nad sobą zapanować. Bezskutecznie. – I później, kiedy już… Wiedziałaś,
co to znaczy. Wiedziałaś, prawda?
– Nic nie
mogłam zrobić.
Nawet te
słowa zabrzmiały pusto, przynajmniej z perspektywy Beatrycze. Wybuchła
pozbawionym wesołości, wręcz histerycznym śmiechem, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi
na brzmienie własnego głosu. Czuła się tak, jakby traciła zmysły, po cichu
wciąż licząc na to, że wszystko okaże się kolejną iluzją. Pragnęła, by to była
po prostu sztuczka Ciemności, ale nawet jeśli to okazałoby się prawdą – kolejną
próbą wytrącenia ją z równowagi – najważniejsza kwestia nie uległaby
zmianie. Cokolwiek ta istota mówiła o jej matce, musiało być prawdą.
– Nie
mogłaś… – powtórzyła tak cicho, że równie dobrze mogła ograniczyć się do
poruszenia warg. – Nam też nie dałaś na to szansy.
–
Beatrycze…
– Cassie
omal się nie utopiła. A potem zachorowała – ciągnęła, nie zamierzając tak
po prostu odpuścić. – Nie pozwoliłaś mi do niej chodzić, chociaż chciałam. W zasadzie…
obwiniałaś mnie.
Wspomnienia
wróciły, nieznacznie tylko zamazane z racji tego, że wydarzyły się za jej
ludzkiego życia. Nie była pewna, kiedy ostatnim razem wspominała akurat ten
okres, a zwłaszcza śmierć którejkolwiek z sióstr. W tamtej
chwili jednak pamiętała aż za dobrze – ten letni dzień, wycieczkę nad jezioro i moment,
w którym Cassandra… Cóż, nawet nie potrafiła tego opisać. Pamiętała
jedynie, że w jednej chwili dziewczyna zaczęła zachowywać się dziwnie, a potem
już była w wodzie, nie będąc w stanie wypłynąć.
Tamtego
dnia poznała Lawrence’a. Obserwował ją już wcześniej i nawet nie znała
jego imienia. Przy rzece towarzyszył im jeszcze jeden mężczyzna – zainteresowany
jej siostrą Marcus, a przynajmniej tak jej się wydawało – ale sam nie był w stanie
dać sobie rady. Pamiętała, że w drodze do miasta wpadła na L. Odesłał ją, zapewniając,
że wszystkim się zajmie, ale Beatrycze i tak nie była w stanie ruszyć
się z miejsca. Tak czy siak wierzyła, że to Lawrence’owi i Marcusowi
Cassie zawdzięczała życie. Z kolei później…
Och,
obwiniała się, zwłaszcza gdy okazało się, że Cassandra złapała zapalenie płuc.
Gdyby nie ona, siostra nigdy nie poszłaby nad rzekę, ale mimo wszystko
Beatrycze naprawdę miała nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie wchodziła matce w drogę,
kiedy ta zajmowała się córką, na każdą ofertę pomocy reagując w dość
osobliwy, nerwowy sposób. Pamiętała, że udało im się porozmawiać zaledwie raz i że
wtedy siostra czuła się całkiem nieźle. Tak przynajmniej sądziła Trycze, choć
przywołanie konkretnych wspomnień nagle zaczęło graniczyć z cudem.
A potem
Cassie odeszła – jako pierwsza, tak w dnia na dzień, wzbudzając w Beatrycze
jeszcze silniejsze poczucie winy. W żałobie nie dostrzegała wielu
istotnych kwestii, ale teraz…
– Ty jej
nawet nie leczyłaś… Teraz pamiętam. Powiedziałaś, że lekarz rozłożył ręce i kazał
czekać, ale to nie tak. Nie dałaś jej leczyć, prawda? – jęknęła, całą uwagę
skupiając na Ariadnie. – Ty nawet… Jak mogłaś?!
W tamtej
chwili nie liczyło się, czy jej przypuszczenia były słuszne. Skoczyła przed
siebie, zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co w ogóle robi. Krwista
mgiełka znów przysłoniła wszystko inne, podsycając niepohamowany wręcz gniew. W efekcie
Beatrycze nawet nie zorientowała się, kiedy znalazła się przy Ariadnie, bezceremonialnie
zaciskając dłoń na jej gardle.
Gdyby
mogła, płakałaby. Z łatwością była w stanie wyobrazić sobie
spływające po policzkach łzy, łamiący się głos i trudność w oddychaniu.
Tyle że teraz te słabości już jej nie obejmowały; płacz nie przynosił ukojenia.
– Masz
czelność nazywać mnie potworem? Mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem.
– Po tym jak sama…
Nie dokończyła.
Również nie doczekała się odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Ariadnie
wyrwał się jedynie zdławiony jęk, kiedy – coraz to bledsza i bardziej sina
– spróbowała oswobodzić się z żelaznego uścisku. Nie była w stanie, ale
również Beatrycze nie mogła zdobyć się na to, by ot tak przetrącić kobiecie
kark albo rozerwać zębami gardło.
O czym
ja w ogóle myślę?
Tyle że takie
rozwiązanie wydało jej się w pełni naturalne i proste. Wiedziała, co zrobić,
żeby zabić. To było niczym jej cząstka – najmroczniejsza, odsunięta na bok, ale
jednak prawdziwa. Powstała wraz z przemianą, na pierwszy rzut oka stanowiąc
osoby byt, ale w rzeczywistości…
Może to
jednak była jej natura. Stała się potworem, ale sama przynajmniej miała na to
jakieś wytłumaczenie.
Ciemność
milczała, spokojnie stojąc obok. Beatrycze pozostawała świadoma jego obecności i to
nawet mimo szaleństwa, w którym trwała. Był niczym natrętny owad, który
zwracał na siebie uwagę nawet wtedy, gdy nie próbował się zbliżać. Ta istota
mogła co najwyżej patrzeć, ale tyle wystarczyło, by wytrącić wszystkich wokół z równowagi.
Stał tam i czekał.
I nie wątpiła, że czerpał z tego przyjemność, wypatrując momentu, w którym
ona…
Dłoń
nieznacznie jej zadrżała, ale Beatrycze nie zdecydowała się poluzować uścisku.
Wciąż wpatrywała się w walczącą o oddech Ariadnę, nie wyobrażając
sobie, że miałaby ot tak ją puścić. Usłyszała dość, by czuć tylko jedną: coraz
to intensywniejszą, podsycaną przez żal nienawiść.
– Beatrycze!
Ten
głos…
Nie
odwróciła się. Nie miała okazji nawet się zastanowić, w jednej chwili
trwając w bezruchu, w następnej zaś próbując wyszarpać się z uścisku
kogoś, kto bez ostrzeżenia otoczył ją ramionami w pasie. Szarpnęła się,
ale bezskutecznie – cudzy uścisk okazał się silniejszy od jej własnego. Dłoń
ześlizgnęła jej się z gardła Ariadny, tym samym doprowadzając do tego, że
kobieta osunęła się na kolana, kaszląc i krztusząc się dopiero co zaczerpniętym
powietrzem. Dopiero widok jej wykrzywionej grymasem twarzy i sinych ust –
tego, jak dosłownie kuliła się na posadzce – w pełni uprzytomnił
Beatrycze, co próbowała zrobić.
Z jej
gardła wyrwało się coś z pogranicza jęku i szlochu. Sama również
straciła równowagę, nie upadając wyłącznie dzięki wciąż obejmującym ją
ramionom. W nozdrza Beatrycze uderzył znajomy zapach – ten sam, który od
jakiegoś czasu nosiła na sobie, bynajmniej nieskrępowana tym, że ktokolwiek
mógłby się zorientować, jak daleko zaszła relacja jej i Lawrence’a. W końcu
należeli do siebie, prawda…?
Poruszając
się trochę jak w transie, spróbowała się odwrócić. Wampir musiał wyczuć
zmianę w jej zachowaniu, bo nie próbował jej powstrzymywać, luzując uścisk
na tyle, by mogła wpaść mu w ramiona. Mniej więcej wtedy coś w niej
pękło i po prostu się rozpłakała – na tyle, na ile było to możliwe, skoro
nie mogła uronić ani jednej łzy. Czuła się słaba, bezbronna i w pełni
ludzka – inaczej niż chwilę wcześniej, ogarnięta niepohamowaną żądzą zemsty.
– Czemu?
To było
pierwsze pytanie, które padło z jej ust. Choć do głowy przychodziły jej
dziesiątki innych, które chciała zadać, ostatecznie zdecydowała się właśnie na
to. Rozbrzmiało samoistnie i wystarczająco wyraźnie, by nabrała pewności,
że Lawrence doskonale je słyszał – i to nawet mimo tego, że twarz wtulała w przód
jego kurtki.
Nie
odpowiedział. Wciąż tuląc ją do siebie, złożył na jej czole krótki pocałunek –
tylko tyle, nim bez ostrzeżenia oswobodził Beatrycze ze swojego uścisku, nagle
podrywając się na równe nogi. Wciąż siedząc na posadzce, wyprostowała się,
niespokojnie go obserwując, kiedy stanął między nią a Ariadną. Nie widziała
jego twarzy, ale po sposobie, w jaki zaciskał dłonie w pięści, momentalnie
zorientowała się, że był spięty.
– L… –
wykrztusiła z trudem. – Dlaczego? Ona przecież…
–
Słyszałem. Każde słowo – przerwał, tym samym skutecznie zamykając Beatrycze
usta. – Ale to nie ty powinnaś zrobić coś takiego. Nie wybaczyłabyś sobie.
Może miał w planach
dodać coś jeszcze, ale nie zrobił tego. Przerwało mu prychnięcie, które w zupełności
wystarczyło, żeby ściągnąć uwagę wampira na Ciemność. Wciąż tam stał, z zaciekawieniem
obserwując sytuację i nie przestając się uśmiechać.
– Udawanie,
że wciąż jest niewinna, nie uczyni z niej człowieka – oznajmił ze spokojem
nieśmiertelny. – Aczkolwiek… – Ciemność zamilkła, lekko przekrzywiając głowę. –
Ach… Więc to z twojego powodu moja najdroższa Beatrycze przez tyle czasu
upierała się trwać przy wspomnieniach, które tak ją ranią? Chciałeś się
konfrontować.
Lawrence drgnął,
ale – przynajmniej na razie – nie wyglądał na chętnego, by zrobić coś głupiego.
– Wstań – powiedział
w zamian i zrozumiała, że zwracał się do niej. – Musimy się stąd
wydostać.
Nie
ośmieliła się protestować. Przez moment poczuła się tak, jakby wampir jednak
stosował na niej swoje zdolności, ale jakaś jej cząstka wiedziała, że to nie
tak. Nie przypominała sobie, by widziała Lawrence’a w takim stanie –
wściekłego i opanowanego zarazem. Zazwyczaj w nerwach rzucał się,
zachowując w co najmniej nieprzewidywalny sposób.
Nie dała
sobie czasu, by zastanawiać się, co takiego uległo zmianie. Bez słowa poderwała
się na równe nogi, przesuwając bliżej wampira. Uczepiła się jego ramiona, w tamtej
chwili niepewna, co próbowała w ten sposób osiągnąć – odciągnąć go czy
może powstrzymać samą siebie przed ponowną utratą kontroli. Czuła się bardziej
zdezorientowana niż wtedy, gdy pojęła, że L. powstrzymał ją przed zabiciem
człowieka, w międzyczasie radośnie wspominając, że podczas walki z nim,
kopnęła go w twarz.
– Idziemy.
Pociągnął
ją za ramię, trochę jak dziecko, które po skarceniu rodzic planował odprowadzić
do pokoju. Posłusznie za nim poszła, wciąż zbyt roztrzęsiona, by panować nad
ruchami. Czuła, że daleko jej było do gracji, z jaką zwykły poruszać się
wampiry, ale nie dbała o to. Nie interesował ją nawet powód braku reakcji
ze strony Ciemności. Ta istota wciąż tkwiła na swoim miejscu, obserwując.
– Bea… B… eatry…
cze.
Przystanęła
gwałtownie, zupełnie jakby nagle zderzyła się z jakąś niewidzialną ścianą.
Spodziewała się wielu rzeczy – w tym nagłego ataku demonów albo samej
Ciemności – ale zdecydowanie nie tego, że po tym wszystkim Ariadna jednak
zdecyduje się odezwać. Matka z trudem wykrztusiła jej imię, wciąż sina i roztrzęsiona,
choć jej twarz zdążyła nabrać bardziej naturalnych kolorów. Oczy wydawały się nienaturalnie
wręcz duże, kiedy w niemalże błagalnym geście zwróciła je ku córce.
Beatrycze
zacisnęła usta. Nie chciała słuchać. Nie chciała… wielu rzeczy. Stała, patrzyła
na tę kobietę i nie była w stanie stwierdzić, czego tak naprawdę dla
niej chciała.
– Radości? –
rzucił spiętym tonem Lawrence.
To nie zabrzmiało
jak ponaglenie czy zwykła próba zwrócenia jej uwagi. Wyraźnie wyczuła kryjące się
w tym jednym słowie pytanie – niesprecyzowane, ale dla niej aż nazbyt
jasne. Spojrzała mu w oczy i to jedynie utwierdziło ją w przekonaniu,
że wystarczyło, by jedna prośba padła z jej ust, a wtedy… stałoby się
dosłownie wszystko.
Ucisk w gardle
na moment pozbawił ją tchu. Nagle sama się dusiła, choć tlen był jej całkowicie
zbędny do normalnego funkcjonowania. Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, nim
udało jej się zebrać myśli i powiedzieć cokolwiek sensownego.
– Zostawmy
ją – wyszeptała, choć nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna. – Nie
chcę już niczego.
Wyczuła, że
Lawrence się rozluźnił. Mogła tylko zgadywać, co chodziło mu po głowie od
chwili, w której zobaczył ją ogarniętą szałem i bliską zamordowania
własnej matki. Wierzyła, że wyręczyłby ją, gdyby tylko okazała taką chęć, ale
nie była w stanie o to poprosić. Skoro nie pozwolił, by dokonała tego
osobiście…
Możliwe, że
miał rację. Ale skoro tak, nie chciała, by którekolwiek z nich miało
Ariadnę na sumieniu.
–
Oczekiwałem… czegoś innego. – Głos Ciemności doszedł do niej jakby z oddali.
– Ale w porządku. Wasze wewnętrze konflikty mnie nie interesują… Ale sama
widzisz, Beatrycze, że czasem dużo prościej żyć w nieświadomości.
Wraz z tymi
słowami, po prostu zniknął. Rozpłynął się w mroku nim zdążyła choćby mrugnąć,
zostawiając w korytarzu ją, Lawrence’a i wciąż kulącą się na posadzce
Ariadnę. Tym razem nie zamierzała czekać, aż kobieta znów spróbuje zwrócić jej
uwagę, nie tylko dlatego, że nie chciała rozmawiać. Tak naprawdę nie ufała ani
sobie, ani temu, jak daleko mógłby posunąć się L.
Nie
doczekała się protestów ze strony wampira, kiedy bez słowa pociągnęła go w głąb
korytarza. Oboje milczeli aż do momentu, w którym zostawili Ariadnę
wystarczająco daleko, by przestać słyszeć jej przyśpieszony oddech. Dopiero wtedy
Beatrycze pozwoliła sobie na słabość, na powrót osuwając się na kolana, kiedy
nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Gdyby mogła, zwymiotowałaby, ale w obecnym
stanie zdołała jedynie nachylić się do przodu, wspierając dłonie na posadzce.
– Wszystko
dobrze? Beatrycze… – Lawrence natychmiast znalazł się u jej boku. – To złe
miejsce, żeby się zatrzymywać. Widziałem dość i…
– Też cię
tu wciągnął. Ciemność – przerwała mu, chcąc nie chcąc podrywając głowę. – Chciałeś
z nim konfrontacji? – zapytała z niedowierzaniem. Łatwiej było jej
się skupić na tych mniej znaczących, niezwiązanych z Ariadną kwestiach.
Przez twarz
wampira przemknął cień.
– No… Nie
do końca. To była Ciemność? – dodał, nie kryjąc wątpliwości. – Zdenerwował
mnie. Możliwe, że chlapnąłem coś, czego nie powinienem, ale…
Prychnęła,
nie mogąc się powstrzymać. Czuła się dziwnie, sama niepewna, czego tak naprawdę
chciała – zanosić histerycznym śmiechem czy może jednak płakać.
– Och, L…
– To
miejsce… O nim mówiłaś, prawda? – zapytał spiętym tonem, zmieniając temat.
– Nie wiem, skąd się tu wzięliśmy, ale nie podoba mi się to. No i prawie
na pewno wyczułem demony, więc…
– Carlisle i Elena
też tu są. Zostali przy jeziorze – wyszeptała, prostując się gwałtownie. – Och,
nie… I widziałam Łowcę. On jest… Muszę pomóc Joce – wymamrotała,
natychmiast próbując poderwać się na równe nogi.
Niewiele brakowało,
by potknęła się, kiedy Lawrence chwycił ją za rękę. Powstrzymała się od biegu, w roztargnieniu
spoglądając na niego z góry.
– Czeka…
Co? – zapytał z niedowierzaniem. – Reszta też tu jest? Co masz na myśli,
mówiąc o Joce? Beatrycze, do cholery…
– Widziałam
Łowcę – powtórzyła z naciskiem. Żadne konkretniejsze wyjaśnienia nie były w stanie
przejść jej przez usta. – I wierz mi, że to nie wygląda dobrze. Ciemność… Och,
twierdził, że przestał mieć kontrolę nad tym, co się dzieje. Nie podoba mi się
to, że nas zostawił, ale… Wydaje mi się, że to oznacza, że coś się dzieje.
Łatwo rozproszyć jego uwagę.
Mimowolnie
pomyślała o dniu, w którym umarła Elena. Ciemność nie pojawiła się,
skupiona na ważniejszym problemie. Jeśli teraz postąpił podobnie, ot tak zostawiając
ją i Lawrence’a…
– Wybacz,
że to mówię, ale bredzisz od rzeczy – oznajmił wprost L.
Puściła
jego słowa mimo uszu. W zamian spojrzała mu w oczy, bez wahania wypowiadając
na głos myśl, która przez cały ten czas nie dawała jej spokoju:
– Musimy
wracać nad jezioro. Coś jest nie tak.
Mogła tylko
zgadywać, co sobie myślał. W tamtej chwili liczyło się wyłącznie to, że
usłuchał, pozwalając, by poprowadziła go w labirynt korytarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz