13 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt dwa

Beatrycze
– Beatrycze… Beatrycze, na Boga!
Głos matki doszedł do niej jakby z oddali. Słyszała, że Ariadna do niej mówiła, rozumiała poszczególne słowa, a jednak nie była w stanie odpowiedzieć. W zasadzie miała ochotę w dziecinnym odruchu zakryć uszy dłońmi i zrobić wszystko, byleby nie musieć słuchać. Całą uwagę poświęcała Ciemności, obojętna na fakt, że mężczyzna wciąż uśmiechał się w ten ujmujący, zdradzający satysfakcję sposób.
– C-co…? Co powiedziałeś? – wyrwało jej się.
Nie miało znaczenia, że powinna zważać na słowa. W normalnym wypadku nie odważyłaby się zwrócić do tej istoty takim tonem – naglącym, zdecydowanie zbyt rozemocjonowanym. Tym razem jednak sytuacja była inna, a Beatrycze było już wszystko jedno.
– Oboje wiemy, że dobrze mnie usłyszałaś. – Ciemność jakby od niechcenia wzruszyła ramionami. Obserwowała go, kiedy niedbałym ruchem strzepnął jakiś niewidzialny pyłek z garnituru. – Kobiety w tej rodzinie są doprawdy zadziwiające. Mam tu oczywiście na myśli moją drogą Isobel… Widać poświęcanie krewnych to u was jakaś rodzinna tradycja.
Może mówił coś jeszcze, ale już właściwie nie słuchała. Ona po prostu tkwiła w miejscu, z każdą kolejną sekundą trzęsąc się coraz bardziej i bardziej. W oszołomieniu spoglądała w przestrzeń, próbując zebrać myśli. Z drugiej strony, o wiele łatwiejsze wydawało się odcięcie od wszystkiego, co działo się wokół niej. Może gdyby zaczęła udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca…
Ale jej umysł nie zamierzał na to pozwolić. Beatrycze kolejny raz uderzyło to, ile miejsca miała w głowie od chwili przemiany. Nawet wtedy, gdy próbowała rozproszyć myśli, wciąż znajdowała odrobinę przestrzeni na analizowanie nawet tych rzeczy, których nie chciała. W efekcie bezmyślnie rozpamiętywała słowa Ciemności, zaś te – przeplatane z nawoływaniem Ariadny – z każdą kolejną sekundą bardziej wytrącały ją z równowagi.
Nigdy wcześniej nie czuła takiej złości. Gniew pojawił się nagle, uderzając w wampirzycę z całą mocą i skutecznie przysłaniając wszystko inne. Wyprostowała się, przez moment tkwiąc w miejscu i bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Było coś znajomego w czerwonej mgiełce, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przysłoniła wszystko wokół. Beatrycze miała wrażenie, że kontury tego, co widziała, jeszcze bardziej ją wyostrzyły, pulsując w irytujący, dodatkowo drażniący już i tak wystawiony na próbę nerwy. Jednak udało jej się przestać myśleć, ale nie dlatego, że skupiła uwagę na czymś innym.
Nie, tak  naprawdę jej wolna wola skurczyła się, skutecznie przysłonięta przez jedno: rządzę zabijania.
Było coś oszałamiającego w tej świadomości. Beatrycze drgnęła, przez moment czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. Zamrugała i poderwała głowę akurat w chwili, w której Ariadna zwróciła się ku niej.
– Beatrycze…
Energicznie potrząsnęła głową. Nie chciała tego słuchać. Och, dla dobra matki lepiej było, żeby nie próbowała się tłumaczyć.
– Ja… Zamilcz. – W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że jej głos zabrzmiał bardziej jak dzikie warknięcie, nie zaś coś, co miałoby prawo wyrwać się z ust człowieka. Odchrząknęła, próbując nad sobą zapanować, ale to okazało się trudne. – Po prostu… zamilknij. – Raz jeszcze potrząsnęła głową. – Jak ty…?
Głos uwiązł jej w gardle. Tak naprawdę nie chciała kończyć, a tym poznawać odpowiedzi na to pytanie. Jakie to miało znaczenie, co kierowało Ariadną? Przez moment Beatrycze miała nawet nadzieję na znalezienie jakiegoś cudownego wyjaśnienia albo dowodu, że Ciemność jednak łgała jak z nut, ale wszystko brzmiało zbyt sensownie, by zaprzeczanie miało sens.
Ariadna wiedziała o klątwie. Tego jednego Beatrycze akurat była pewna, w żaden inny sposób nie potrafiąc wyjaśnić zachowania matki względem niej. Nie było żadnego innego powodu, dla którego kobieta miałaby próbować izolować je od świata. Z drugiej strony, skoro jednak to robiła, najwyraźniej starając się coś powstrzymać…
– Och, sumienie drgnęło, kiedy sięgnąłem po pierwszą z was… A może uświadomiła sobie, że kończy jej się czas? – Głos Ciemności wystarczył, by wyrwać Beatrycze z zamyślenia. – Świat w końcu bywał taki niebezpieczny… Tyle że nawet wtedy wiedziała, że ze mną nie należy igrać. Wywiązanie się z układu było kluczowe.
– Układu…
– Och, tak. – Mężczyzna parsknął śmiechem. – Ariadna zawsze mnie zadziwiała. Spodziewałem się jednego dziecka, może dwójki… Ale ona postarała się aż o trzy córki – oznajmił, brzmiąc przy tym tak, jakby faktycznie był pod wrażeniem. – Obiecałem, że zabiorę ją dopiero po ostatniej z was. Kiedy zainteresowałem się uroczą Cassandrą, dotarło do niej, że ma mniej czasu niż sądziła.
– Beatrycze… – zaczęła ponownie Ariadna, ale wampirzyca nawet na nią nie spojrzała.
Wciąż się trzęsąc, cofnęła się o krok. A potem kolejny i jeszcze jeden, aż za plecami wyczuła ścianę. Oparła się o nią ciężko, sama niepewna jakim cudem wciąż była w stanie utrzymać się w pionie. Krwista mgiełka wróciła, tak jak i pierwsze oznaki stanu, w którym Beatrycze momentalnie zapragnęła się znaleźć. Może gdyby mogła nie myśleć i po prostu działała, w pełni zdając się na instynkt… Och, może wtedy faktycznie stałoby się prostsze.
– Cassie… Siedziałaś przy Cassie, kiedy miała te koszmary. – Głos zaczął jej się łamać, więc urwała, by nad sobą zapanować. Bezskutecznie. – I później, kiedy już… Wiedziałaś, co to znaczy. Wiedziałaś, prawda?
– Nic nie mogłam zrobić.
Nawet te słowa zabrzmiały pusto, przynajmniej z perspektywy Beatrycze. Wybuchła pozbawionym wesołości, wręcz histerycznym śmiechem, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na brzmienie własnego głosu. Czuła się tak, jakby traciła zmysły, po cichu wciąż licząc na to, że wszystko okaże się kolejną iluzją. Pragnęła, by to była po prostu sztuczka Ciemności, ale nawet jeśli to okazałoby się prawdą – kolejną próbą wytrącenia ją z równowagi – najważniejsza kwestia nie uległaby zmianie. Cokolwiek ta istota mówiła o jej matce, musiało być prawdą.
– Nie mogłaś… – powtórzyła tak cicho, że równie dobrze mogła ograniczyć się do poruszenia warg. – Nam też nie dałaś na to szansy.
– Beatrycze…
– Cassie omal się nie utopiła. A potem zachorowała – ciągnęła, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. – Nie pozwoliłaś mi do niej chodzić, chociaż chciałam. W zasadzie… obwiniałaś mnie.
Wspomnienia wróciły, nieznacznie tylko zamazane z racji tego, że wydarzyły się za jej ludzkiego życia. Nie była pewna, kiedy ostatnim razem wspominała akurat ten okres, a zwłaszcza śmierć którejkolwiek z sióstr. W tamtej chwili jednak pamiętała aż za dobrze – ten letni dzień, wycieczkę nad jezioro i moment, w którym Cassandra… Cóż, nawet nie potrafiła tego opisać. Pamiętała jedynie, że w jednej chwili dziewczyna zaczęła zachowywać się dziwnie, a potem już była w wodzie, nie będąc w stanie wypłynąć.
Tamtego dnia poznała Lawrence’a. Obserwował ją już wcześniej i nawet nie znała jego imienia. Przy rzece towarzyszył im jeszcze jeden mężczyzna – zainteresowany jej siostrą Marcus, a przynajmniej tak jej się wydawało – ale sam nie był w stanie dać sobie rady. Pamiętała, że w drodze do miasta wpadła na L. Odesłał ją, zapewniając, że wszystkim się zajmie, ale Beatrycze i tak nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Tak czy siak wierzyła, że to Lawrence’owi i Marcusowi Cassie zawdzięczała życie. Z kolei później…
Och, obwiniała się, zwłaszcza gdy okazało się, że Cassandra złapała zapalenie płuc. Gdyby nie ona, siostra nigdy nie poszłaby nad rzekę, ale mimo wszystko Beatrycze naprawdę miała nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie wchodziła matce w drogę, kiedy ta zajmowała się córką, na każdą ofertę pomocy reagując w dość osobliwy, nerwowy sposób. Pamiętała, że udało im się porozmawiać zaledwie raz i że wtedy siostra czuła się całkiem nieźle. Tak przynajmniej sądziła Trycze, choć przywołanie konkretnych wspomnień nagle zaczęło graniczyć z cudem.
A potem Cassie odeszła – jako pierwsza, tak w dnia na dzień, wzbudzając w Beatrycze jeszcze silniejsze poczucie winy. W żałobie nie dostrzegała wielu istotnych kwestii, ale teraz…
– Ty jej nawet nie leczyłaś… Teraz pamiętam. Powiedziałaś, że lekarz rozłożył ręce i kazał czekać, ale to nie tak. Nie dałaś jej leczyć, prawda? – jęknęła, całą uwagę skupiając na Ariadnie. – Ty nawet… Jak mogłaś?!
W tamtej chwili nie liczyło się, czy jej przypuszczenia były słuszne. Skoczyła przed siebie, zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co w ogóle robi. Krwista mgiełka znów przysłoniła wszystko inne, podsycając niepohamowany wręcz gniew. W efekcie Beatrycze nawet nie zorientowała się, kiedy znalazła się przy Ariadnie, bezceremonialnie zaciskając dłoń na jej gardle.
Gdyby mogła, płakałaby. Z łatwością była w stanie wyobrazić sobie spływające po policzkach łzy, łamiący się głos i trudność w oddychaniu. Tyle że teraz te słabości już jej nie obejmowały; płacz nie przynosił ukojenia.
– Masz czelność nazywać mnie potworem? Mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Po tym jak sama…
Nie dokończyła. Również nie doczekała się odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Ariadnie wyrwał się jedynie zdławiony jęk, kiedy – coraz to bledsza i bardziej sina – spróbowała oswobodzić się z żelaznego uścisku. Nie była w stanie, ale również Beatrycze nie mogła zdobyć się na to, by ot tak przetrącić kobiecie kark albo rozerwać zębami gardło.
O czym ja w ogóle myślę?
Tyle że takie rozwiązanie wydało jej się w pełni naturalne i proste. Wiedziała, co zrobić, żeby zabić. To było niczym jej cząstka – najmroczniejsza, odsunięta na bok, ale jednak prawdziwa. Powstała wraz z przemianą, na pierwszy rzut oka stanowiąc osoby byt, ale w rzeczywistości…
Może to jednak była jej natura. Stała się potworem, ale sama przynajmniej miała na to jakieś wytłumaczenie.
Ciemność milczała, spokojnie stojąc obok. Beatrycze pozostawała świadoma jego obecności i to nawet mimo szaleństwa, w którym trwała. Był niczym natrętny owad, który zwracał na siebie uwagę nawet wtedy, gdy nie próbował się zbliżać. Ta istota mogła co najwyżej patrzeć, ale tyle wystarczyło, by wytrącić wszystkich wokół z równowagi.
Stał tam i czekał. I nie wątpiła, że czerpał z tego przyjemność, wypatrując momentu, w którym ona…
Dłoń nieznacznie jej zadrżała, ale Beatrycze nie zdecydowała się poluzować uścisku. Wciąż wpatrywała się w walczącą o oddech Ariadnę, nie wyobrażając sobie, że miałaby ot tak ją puścić. Usłyszała dość, by czuć tylko jedną: coraz to intensywniejszą, podsycaną przez żal nienawiść.
– Beatrycze!
Ten głos…
Nie odwróciła się. Nie miała okazji nawet się zastanowić, w jednej chwili trwając w bezruchu, w następnej zaś próbując wyszarpać się z uścisku kogoś, kto bez ostrzeżenia otoczył ją ramionami w pasie. Szarpnęła się, ale bezskutecznie – cudzy uścisk okazał się silniejszy od jej własnego. Dłoń ześlizgnęła jej się z gardła Ariadny, tym samym doprowadzając do tego, że kobieta osunęła się na kolana, kaszląc i krztusząc się dopiero co zaczerpniętym powietrzem. Dopiero widok jej wykrzywionej grymasem twarzy i sinych ust – tego, jak dosłownie kuliła się na posadzce – w pełni uprzytomnił Beatrycze, co próbowała zrobić.
Z jej gardła wyrwało się coś z pogranicza jęku i szlochu. Sama również straciła równowagę, nie upadając wyłącznie dzięki wciąż obejmującym ją ramionom. W nozdrza Beatrycze uderzył znajomy zapach – ten sam, który od jakiegoś czasu nosiła na sobie, bynajmniej nieskrępowana tym, że ktokolwiek mógłby się zorientować, jak daleko zaszła relacja jej i Lawrence’a. W końcu należeli do siebie, prawda…?
Poruszając się trochę jak w transie, spróbowała się odwrócić. Wampir musiał wyczuć zmianę w jej zachowaniu, bo nie próbował jej powstrzymywać, luzując uścisk na tyle, by mogła wpaść mu w ramiona. Mniej więcej wtedy coś w niej pękło i po prostu się rozpłakała – na tyle, na ile było to możliwe, skoro nie mogła uronić ani jednej łzy. Czuła się słaba, bezbronna i w pełni ludzka – inaczej niż chwilę wcześniej, ogarnięta niepohamowaną żądzą zemsty.
– Czemu?
To było pierwsze pytanie, które padło z jej ust. Choć do głowy przychodziły jej dziesiątki innych, które chciała zadać, ostatecznie zdecydowała się właśnie na to. Rozbrzmiało samoistnie i wystarczająco wyraźnie, by nabrała pewności, że Lawrence doskonale je słyszał – i to nawet mimo tego, że twarz wtulała w przód jego kurtki.
Nie odpowiedział. Wciąż tuląc ją do siebie, złożył na jej czole krótki pocałunek – tylko tyle, nim bez ostrzeżenia oswobodził Beatrycze ze swojego uścisku, nagle podrywając się na równe nogi. Wciąż siedząc na posadzce, wyprostowała się, niespokojnie go obserwując, kiedy stanął między nią a Ariadną. Nie widziała jego twarzy, ale po sposobie, w jaki zaciskał dłonie w pięści, momentalnie zorientowała się, że był spięty.
– L… – wykrztusiła z trudem. – Dlaczego? Ona przecież…
– Słyszałem. Każde słowo – przerwał, tym samym skutecznie zamykając Beatrycze usta. – Ale to nie ty powinnaś zrobić coś takiego. Nie wybaczyłabyś sobie.
Może miał w planach dodać coś jeszcze, ale nie zrobił tego. Przerwało mu prychnięcie, które w zupełności wystarczyło, żeby ściągnąć uwagę wampira na Ciemność. Wciąż tam stał, z zaciekawieniem obserwując sytuację i nie przestając się uśmiechać.
– Udawanie, że wciąż jest niewinna, nie uczyni z niej człowieka – oznajmił ze spokojem nieśmiertelny. – Aczkolwiek… – Ciemność zamilkła, lekko przekrzywiając głowę. – Ach… Więc to z twojego powodu moja najdroższa Beatrycze przez tyle czasu upierała się trwać przy wspomnieniach, które tak ją ranią? Chciałeś się konfrontować.
Lawrence drgnął, ale – przynajmniej na razie – nie wyglądał na chętnego, by zrobić coś głupiego.
– Wstań – powiedział w zamian i zrozumiała, że zwracał się do niej. – Musimy się stąd wydostać.
Nie ośmieliła się protestować. Przez moment poczuła się tak, jakby wampir jednak stosował na niej swoje zdolności, ale jakaś jej cząstka wiedziała, że to nie tak. Nie przypominała sobie, by widziała Lawrence’a w takim stanie – wściekłego i opanowanego zarazem. Zazwyczaj w nerwach rzucał się, zachowując w co najmniej nieprzewidywalny sposób.
Nie dała sobie czasu, by zastanawiać się, co takiego uległo zmianie. Bez słowa poderwała się na równe nogi, przesuwając bliżej wampira. Uczepiła się jego ramiona, w tamtej chwili niepewna, co próbowała w ten sposób osiągnąć – odciągnąć go czy może powstrzymać samą siebie przed ponowną utratą kontroli. Czuła się bardziej zdezorientowana niż wtedy, gdy pojęła, że L. powstrzymał ją przed zabiciem człowieka, w międzyczasie radośnie wspominając, że podczas walki z nim, kopnęła go w twarz.
– Idziemy.
Pociągnął ją za ramię, trochę jak dziecko, które po skarceniu rodzic planował odprowadzić do pokoju. Posłusznie za nim poszła, wciąż zbyt roztrzęsiona, by panować nad ruchami. Czuła, że daleko jej było do gracji, z jaką zwykły poruszać się wampiry, ale nie dbała o to. Nie interesował ją nawet powód braku reakcji ze strony Ciemności. Ta istota wciąż tkwiła na swoim miejscu, obserwując.
– Bea… B… eatry… cze.
Przystanęła gwałtownie, zupełnie jakby nagle zderzyła się z jakąś niewidzialną ścianą. Spodziewała się wielu rzeczy – w tym nagłego ataku demonów albo samej Ciemności – ale zdecydowanie nie tego, że po tym wszystkim Ariadna jednak zdecyduje się odezwać. Matka z trudem wykrztusiła jej imię, wciąż sina i roztrzęsiona, choć jej twarz zdążyła nabrać bardziej naturalnych kolorów. Oczy wydawały się nienaturalnie wręcz duże, kiedy w niemalże błagalnym geście zwróciła je ku córce.
Beatrycze zacisnęła usta. Nie chciała słuchać. Nie chciała… wielu rzeczy. Stała, patrzyła na tę kobietę i nie była w stanie stwierdzić, czego tak naprawdę dla niej chciała.
– Radości? – rzucił spiętym tonem Lawrence.
To nie zabrzmiało jak ponaglenie czy zwykła próba zwrócenia jej uwagi. Wyraźnie wyczuła kryjące się w tym jednym słowie pytanie – niesprecyzowane, ale dla niej aż nazbyt jasne. Spojrzała mu w oczy i to jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że wystarczyło, by jedna prośba padła z jej ust, a wtedy… stałoby się dosłownie wszystko.
Ucisk w gardle na moment pozbawił ją tchu. Nagle sama się dusiła, choć tlen był jej całkowicie zbędny do normalnego funkcjonowania. Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, nim udało jej się zebrać myśli i powiedzieć cokolwiek sensownego.
– Zostawmy ją – wyszeptała, choć nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna. – Nie chcę już niczego.
Wyczuła, że Lawrence się rozluźnił. Mogła tylko zgadywać, co chodziło mu po głowie od chwili, w której zobaczył ją ogarniętą szałem i bliską zamordowania własnej matki. Wierzyła, że wyręczyłby ją, gdyby tylko okazała taką chęć, ale nie była w stanie o to poprosić. Skoro nie pozwolił, by dokonała tego osobiście…
Możliwe, że miał rację. Ale skoro tak, nie chciała, by którekolwiek z nich miało Ariadnę na sumieniu.
– Oczekiwałem… czegoś innego. – Głos Ciemności doszedł do niej jakby z oddali. – Ale w porządku. Wasze wewnętrze konflikty mnie nie interesują… Ale sama widzisz, Beatrycze, że czasem dużo prościej żyć w nieświadomości.
Wraz z tymi słowami, po prostu zniknął. Rozpłynął się w mroku nim zdążyła choćby mrugnąć, zostawiając w korytarzu ją, Lawrence’a i wciąż kulącą się na posadzce Ariadnę. Tym razem nie zamierzała czekać, aż kobieta znów spróbuje zwrócić jej uwagę, nie tylko dlatego, że nie chciała rozmawiać. Tak naprawdę nie ufała ani sobie, ani temu, jak daleko mógłby posunąć się L.
Nie doczekała się protestów ze strony wampira, kiedy bez słowa pociągnęła go w głąb korytarza. Oboje milczeli aż do momentu, w którym zostawili Ariadnę wystarczająco daleko, by przestać słyszeć jej przyśpieszony oddech. Dopiero wtedy Beatrycze pozwoliła sobie na słabość, na powrót osuwając się na kolana, kiedy nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Gdyby mogła, zwymiotowałaby, ale w obecnym stanie zdołała jedynie nachylić się do przodu, wspierając dłonie na posadzce.
– Wszystko dobrze? Beatrycze… – Lawrence natychmiast znalazł się u jej boku. – To złe miejsce, żeby się zatrzymywać. Widziałem dość i…
– Też cię tu wciągnął. Ciemność – przerwała mu, chcąc nie chcąc podrywając głowę. – Chciałeś z nim konfrontacji? – zapytała z niedowierzaniem. Łatwiej było jej się skupić na tych mniej znaczących, niezwiązanych z Ariadną kwestiach.
Przez twarz wampira przemknął cień.
– No… Nie do końca. To była Ciemność? – dodał, nie kryjąc wątpliwości. – Zdenerwował mnie. Możliwe, że chlapnąłem coś, czego nie powinienem, ale…
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Czuła się dziwnie, sama niepewna, czego tak naprawdę chciała – zanosić histerycznym śmiechem czy może jednak płakać.
– Och, L…
– To miejsce… O nim mówiłaś, prawda? – zapytał spiętym tonem, zmieniając temat. – Nie wiem, skąd się tu wzięliśmy, ale nie podoba mi się to. No i prawie na pewno wyczułem demony, więc…
– Carlisle i Elena też tu są. Zostali przy jeziorze – wyszeptała, prostując się gwałtownie. – Och, nie… I widziałam Łowcę. On jest… Muszę pomóc Joce – wymamrotała, natychmiast próbując poderwać się na równe nogi.
Niewiele brakowało, by potknęła się, kiedy Lawrence chwycił ją za rękę. Powstrzymała się od biegu, w roztargnieniu spoglądając na niego z góry.
– Czeka… Co? – zapytał z niedowierzaniem. – Reszta też tu jest? Co masz na myśli, mówiąc o Joce? Beatrycze, do cholery…
– Widziałam Łowcę – powtórzyła z naciskiem. Żadne konkretniejsze wyjaśnienia nie były w stanie przejść jej przez usta. – I wierz mi, że to nie wygląda dobrze. Ciemność… Och, twierdził, że przestał mieć kontrolę nad tym, co się dzieje. Nie podoba mi się to, że nas zostawił, ale… Wydaje mi się, że to oznacza, że coś się dzieje. Łatwo rozproszyć jego uwagę.
Mimowolnie pomyślała o dniu, w którym umarła Elena. Ciemność nie pojawiła się, skupiona na ważniejszym problemie. Jeśli teraz postąpił podobnie, ot tak zostawiając ją i Lawrence’a…
– Wybacz, że to mówię, ale bredzisz od rzeczy – oznajmił wprost L.
Puściła jego słowa mimo uszu. W zamian spojrzała mu w oczy, bez wahania wypowiadając na głos myśl, która przez cały ten czas nie dawała jej spokoju:
– Musimy wracać nad jezioro. Coś jest nie tak.
Mogła tylko zgadywać, co sobie myślał. W tamtej chwili liczyło się wyłącznie to, że usłuchał, pozwalając, by poprowadziła go w labirynt korytarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa