12 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt jeden

Leana
Czy jestem zbyt zagubiona…?
Klęczała na ziemi. Jej myśli wirowały, na usta cisnęły się słowa modlitwy, ale nie była w stanie wykrztusić choćby jednego z nich. Nie miała już do tego prawa. Zresztą i tak nie było nikogo, kto by posłuchał.
Ale wciąż tu była – żywa, świadoma i sparaliżowana strachem. Dlaczego? Powinna być martwa, zwłaszcza że stanęła oko w oko z Łowcą, nawet nie próbując się przed nim bronić. Dlaczego ją zostawić, choć znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki? Poniekąd nawet chciała tego, by doprowadził sprawy do końca.
Nie zrobił tego. Zostawił ją samą, zagubioną i łkającą w ciemnościach. Czy to była kara? Wierzyła, że istniały rzeczy gorsze od śmierci i to łącznie z koniecznością życia dalej. Albo egzystowania, bo w swoim przypadku wątpiła, by w grę wchodziło cokolwiek więcej. Ktoś, kto niemalże ukradł cudze życie, na pewno nie zasługiwał na nic ponad ból. Skoro nawet Łowca doszedł do wniosku, że zabicie jej byłoby co najwyżej przysługą…
Objęła się ramionami, próbując się rozgrzać, choć towarzyszący jej chłód miał swoje źródło bezpośrednio w jej wnętrzu. Kołysała się w przód i w tył, czekając na coś, czego nawet nie potrafiła opisać. Może na ukojenie, choć już dawno zwątpiła, czy to nadejdzie. Była pusta, zagubioną i samotna.
I brakowało jej Ulricha.
Jego imię było niczym jakże upragniona iskierka nadziei. Leanie zrobiło się cieplej – zaledwie przez moment, ale jednak. Możliwe, że całkiem oszalała, skoro nadal klęczała, kołysała się i jak głupia uśmiechała do siebie. Ulrich…
Dał jej bezpieczne schronienie. Tylko na chwilę, ale to znaczyło więcej niż mogłaby podejrzewać. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego, nawet gdy jeszcze żyła. Tak przynajmniej sądziła, bo choć pamiętała, że mama zawsze robiła dla niej i jej sióstr wszystko, co tylko mogło, to nie był ten rodzaj troski, którą czuła pod opieką Ulricha. To było szczere, bezinteresownie i okupione poświęceniem, o które nie śmiałaby prosić, zwłaszcza że mężczyzna wydawał się wiedzieć, kogo przyjął pod swój dach. O tym, że mogłaby go zabić, również.
Jakkolwiek by nie było, nie porzucił jej. I to znaczyło dla Leany więcej niż cokolwiek innego.
Więc myślała o Ulrichu i to sprawiało, że czuła się lepiej. Nie miała Boga, do którego mogłaby się zwrócić, ale to przestało się liczyć. Jak długo dysponowała wspomnieniami, którymi była w stanie wypełnić tę pustkę, wszystko było w porządku. Jeśli to miała być kara, mogła ją znosić.
Mocniej zacisnęła powieki. Wciąż klęczała w ciemności, ale ten stan już tak bardzo jej nie przerażał. Miała swoje światło, którego nade wszystko pragnęła się trzymać.
– Moje kochane, zranione dziecko…
Głos ją zaskoczył. Początkowo nawet pomyślała, że sobie go wyobraziła, ale w tym samym momencie Leanę dosłownie uderzyła oszałamiające wręcz jasność. Złociste światło wkradło się pod zaciśnięte powieki, nie pozostawiając kobiecie innego wyboru, jak tylko otworzyć oczy. Mrugając, by jak najszybciej oswoić tęczówki z łuną, z obawą spojrzała wprost w miejsce, w którym blask wydawał się mieć swoje źródło. Choć w pierwszym odruchu czuła wyłącznie strach, ten błyskawicznie zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez spokój.
Właśnie wtedy Leana zobaczyła kobietę. Nieznajoma znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak gdyby nigdy nic się nad nią nachylając. Uśmiechała się w ujmujący, przynoszący wyłącznie spokój sposób, a jej jasne oczy wyrażały tylko i wyłącznie dobroć. Leana zamarła, bynajmniej nie ze strachu. Choć nagłe pojawienie się kogoś, kto bez wątpienia nie był człowiekiem, powinno ją zaniepokoić, wcale nie czuła się przerażona. W tej kobiecie było coś, co nie pozwalało się bać – może łagodne rysy, może te oczy, a może samo spojrzenie, w którym z zaskoczeniem doszukała się… miłości? Och, tak – to była miłość. W ten sposób mogłaby patrzeć kochająca matka, a przynajmniej tak wydawało się Leanie. Mimo wszystko nie przypominała sobie, by Ariadna kiedykolwiek obdarzyła ją takim spojrzeniem.
– Kto…?
Głos uwiązł jej w gardle. Serce Leany zabiło szybciej, a ona sama wyprostowała się niczym struna, instynktownie próbując się odsunąć, kiedy nieznajoma zachęcającym gestem wyciągnęła ku niej dłoń. Natychmiast tego pożałowała, gotowa przysiąc, że w ten sposób kobietę urazi, ale nic podobnego nie miało miejsca – ona po prostu stała w tym samym miejscu, równie piękna i łagodna, jak i od samego początku.
– Nie przyszłam po to, żeby cię skrzywdzić – zapewniła. Jej głos okazał się dziwnie znajomy, nie tylko dlatego, że rozbrzmiał już chwilę wcześniej. – Och, Leano…
– Znasz moje imię – wyrwało jej się.
Leana zawahała się na moment. Może powinna czuć się onieśmielona, ale nic podobnego nie miało miejsca. Sama kobieta z równym powodzeniem mogłaby okazać się co najwyżej wytworem jej wyobraźni, ale i to nie miało dla niej większego znaczenia. Jeśli oszalała, trudno. Było jej wszystko jedno, choć przez moment pragną skupić się wyłącznie na poczuciu bezpieczeństwa, które dawała jej obecność nieznajomej.
– Oczywiście. – Kobieta nawet się nie zawahała. A potem uśmiech zniknął z jej twarzy, wyparty przez troskę. To zaskoczyło Leanę bardziej, niż gdyby jednak tę istotę zdenerwowała. – Jestem winna wam przeprosiny, choć nie wątpię, że teraz na nic się nie zdają. Gdybym tylko wiedziała, że… – Nieznajoma urwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. Srebrzyste włosy zafalowały wokół jej twarzy. – Czas przestać uciekać.
– Nie rozumiem…
Nie doczekała się odpowiedzi. W milczeniu obserwowała swoją piękną towarzyszkę, tym razem nawet słowem nie komentując tego, że ta znów wyciągnęła ku niej dłoń. Jakby tego było mało, coś podkusiło ją, by tym razem ją ująć. Uścisk nieznajomej był silny i pewny, zaś ona sama emanowała przyjemnym ciepłem, które momentalnie rozeszło się po całym ciele Leany.
– Najwyższa pora to zakończyć – odezwała się ponownie nieznajoma. Powiodła wzrokiem dookoła, tym samym uświadamiając kobiecie, że wciąż znajdowały się na korytarzu – dokładnie tym samym, na którym zostawił ją Łowca. – Jedna z twoich krewnych również mnie potrzebuje – dodała, nagle podrywając głowę w taki sposób, jakby jako jedyna była w stanie usłyszeć coś niemożliwego do wychwycenia przez ludzkie uszy.
– Ale… On przecież… – zaczęła nerwowo Leana. W głowie miała pustkę. Obecność i bijący od kobiety blask jedynie bardziej ją rozpraszały, uniemożliwiając zebranie myśli. – Jest zły. Jestem pewna, że… – Urwała, nie chcąc nawet próbować dokończyć tej myśli.
O dziwo, nieznajoma jedynie prychnęła. Leana była pewna, że srebrzyste tęczówki poruszyły się, kiedy piękna istota wywróciła oczami.
– Wierzę, że jest – stwierdziła, ale nie brzmiała na jakkolwiek przejętą. Leana w oszołomieniu pomyślała wręcz, że kobieta brzmiała tak, jakby perspektywa starcia z Ciemnością nie robiła na niego wrażenia. – Po takim czasie niczego się nie nauczył.
Co to, na litość Boską, znaczy?
Leana wątpiła, czy chciała poznać odpowiedź na to pytanie.
Niespokojnie obserwując wciąż trzymająca ją za rękę kobietę, dyskretnie otarła oczy. Przynajmniej próbowała, bo nieznajoma momentalnie zareagowała na ruch, niemalże z czułością ujmując twarz Leany w obie dłonie. W iście matczynym geście starła łzy z jej policzków, nagle znów przede wszystkim zmartwiona.
– Nie zrobiłaś niczego złego. Nikt nie miał prawa cię tak skrzywdzić.
Nie potrafiła pozostać na te słowa obojętna.
– Przywołał go z moją pomocą – zaoponowała natychmiast Leana. Jej oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania. Świeże łzy jak na zawołanie spłynęły po policzkach. – Łowcę. A ja…
– To nie była twoja wina.
Nieznajoma bez wahania weszła jej w słowo. Tym razem słowa zabrzmiały nie tylko łagodnie, ale tak pewnie, że dalsze protesty wydawały się bez sensu. Przynajmniej na razie, ale…
– Pani?
Obie poderwały głowy w tym samym momencie. Leana drgnęła, gdy dostrzegła szybko zmierzającą w ich stronę postać. W pierwszym odruchu naszła ją irracjonalna myśl, że to Łowca wrócił, by jednak się z nią rozprawić, ale prawie natychmiast uświadomiła sobie swoją pomyłkę. Mimo wszystko poczuła się, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, gdy dostrzegła białe skrzydła na plecach kroczącego w ich stronę mężczyzny.
– Dobrze cię widzieć, Dorianie. Musimy iść – oznajmiła cicho kobieta. – Powiedz, proszę, Andreasowi, że to już czas… I zabierz ze sobą Leanę, dobrze?
Mężczyzna – anioł, jak uświadomiła sobie w oszołomieniu – skinął głową. Tyle wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić kobietę z równowagi. Nie chciała odsuwać się od wciąż obejmującej ją pięknej istoty, choć nawet nie zauważyła, kiedy bezwiednie przesunęła się do niej jeszcze bliżej. Może nie powinna, ale nie mogła się powstrzymać. Dzięki niej czuła się bezpieczna.
Nieznajoma posłała Leanie kolejny z tych pięknych, troskliwych uśmiechów, jednocześnie z czułością gładząc ją po policzku.
– Nie bój się, dziecino. Przy Dorianie będziesz bezpieczna, obiecuję.
„Przy tobie też jestem!” – cisnęło jej się na usta, ale ostatecznie nie zdecydowała się na wypowiedzenie tych słów. Jedynie znów sztywno skinęła głową, ­ale nie od razu zdecydowała się podporządkować. Z obawą spojrzała na obserwującego ich mężczyznę, wahając się nawet wtedy, gdy ten posłał jej zachęcający uśmiech. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby ją skrzywdzić, ale mimo wszystko coś w jego oczach oraz świadomości tego, że miał skrzydła…
Ostatni raz spojrzała na obejmującą ją kobietę. Nawet nie drgnęła, kiedy ta w najzupełniej naturalnym geście nachyliła się, by złożyć na jej czole delikatny pocałunek. Skóra w miejscu, w którym musnęły ją wargi, wydawała się pulsować przyjemnym ciepłem.
Tym razem nie zaprotestowała, kiedy kobieta zachęcającym gestem popchnęła ją ku Dorianowi. Kiedy Dorian wyciągnął ku niej rękę, Leana po prostu ją ujęła.
Beatrycze
Bieg nie miał sensu. Dla Beatrycze stało się to jasne już w chwili, w której spróbowała dostosować się do tempa matki. Uciekały, nie oglądając się za siebie, ale wampirzyca była pewna, że to strata czasu. Może w pojedynkę miałaby szansę choć trochę odwlec w czasie konieczność dalszej konfrontacji z Łowcą, ale z opóźniającą ją Ariadną to nie miało sensu.
Mimo wszystko nie zastanawiała się nad tym, co robi. Przed oczami wciąż miała bladą twarz i puste tęczówki Jocelyne – tak bardzo znajome i obce zarazem. Biegła, machinalnie stawiając kolejne kroki i tylko cudem wciąż będąc w stanie utrzymać się w pionie. To, co się stało…
Zatrzymała się nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Ariadna wpadła na nią z impetem, zatoczyła się i nie upadła tylko dlatego, że w porę pochwyciła się ściany.
– Oszalałaś? – zaoponowała natychmiast. – Beatrycze, na Boga…
– Muszę coś zrobić – oznajmiła, choć dobrze wiedziała, że te słowa nie miały sensu. Nie, skoro nie dysponowała żadnych sensownym planem.
– O czym ty…?
– Widziałaś przecież! Ona… – Urwała, po czym przełknęła z trudem. Jakaś jej cząstka wciąż nie dowierzała. – Nie mogę jej tak zostawić.
Przez twarz Ariadny przemknął cień. Z obawą obejrzała się przez ramię, bynajmniej nie sprawiając wrażenia uspokojonej tym, że wciąż były w korytarzu same.
– Tego – poprawiła, spoglądając córce prosto w oczy. – Nie bądź głupsza niż musisz. Beatrycze, do cholery… Jakkolwiek by to nie wyglądało, ona już nie jest kimś, kogo znałaś.
Aż wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, w oszołomieniu spoglądając na matkę. Przez moment czuła się tak, jakby ta mówiła do niej w jakimś obcym języku.
– Wykorzystuje kogoś, za kogo dałabym się pokroić, a ty mówisz mi, że mam odpuścić? – zapytała z niedowierzaniem. – Co ty w ogóle mi sugerujesz? Mamo… – To jedno słowo z trudem przeszło jej przez gardło. W pamięci wciąż miała moment, w którym Ariadna wprost zapytała, czy naprawdę chciała w tym wszystkim stać się potworem. – To jest dziecko. Dziecko, któremu tak naprawdę zawdzięczam wszystko.
Gwałtowny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Czuła, że pod wieloma względami matka miała rację, a próba zbliżenia się do Łowcy mogła zakończyć się tylko jednym, ale czy to w ogóle było ważne? Chodziło o Joce. Nie miała pojęcia jak, ale musiała coś zrobić, żeby…
– Dać się zabić to żadne rozwiązanie. Zrozum to w końcu.
Beatrycze z trudem powstrzymała warknięcie. Ostatecznie tylko spojrzała na matkę, ta jednak nie patrzyła w jej stronę. Wyraźnie unikała spojrzenia córki, myślami wydając się być gdzieś daleko. Jej surowa, poznaczona zmarszczkami twarz, nie wyrażała żadnych emocji. Trycze miała wręcz wrażenie, że kobieta nagle postarzała się o przynajmniej dekadę, bardziej spięta niż zazwyczaj.
Czy od zawsze tak było? Nie zastanawiała się nad tym wcześniej, ale prawda była taka, że Adriana od samego początku wyróżniała się na tle innych kobiet. Jako jedyna zginęła w kwiecie wieku, co niejako zapewniło jej szacunek innych krewnych, zupełnie jakby to, że Ciemność dała jej tyle czasu, miało jakieś szczególne znaczenie. Tak po prostu było, a jednak…
Cóż, teraz Ariadna wyglądała bezradnie. Jakby tego było mało, Beatrycze nie potrafiła czuć względem niej wdzięczności, nawet jeśli kobieta faktycznie zdecydowała się pomóc.
Matka nagle poruszyła się, prostując niczym struna. Jej twarz wykrzywił grymas; błękitne oczy zabłysły gniewnie, gdy spojrzała w jakiś bliżej nieokreślony punkt w korytarzu.
– Przestań – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Beatrycze drgnęła, zaniepokojona. Niespokojnie rozejrzała się, niemalże spodziewając dostrzec w mroku znajomą, drobniutką postać. Wypatrywała Łowcy, ale cień, który ostatecznie dostrzegła w korytarzu, zdecydowanie nim nie był.
– Teraz zwracasz się do mnie w ten sposób? Rozczarowujesz mnie, moja miła – stwierdził niemalże z naganą w głowie przybysz.
Ciemność kroczyła powoli, poważna i skupiona. Mężczyzna wyglądał na bardziej opanowanego niż w lustrzanej sali, choć Beatrycze w pamięci wciąż miała jego krzyk – to, jak gniewnie zwracał się do kogoś, kogo najwyraźniej tam nie było. Skoro nie chodziło ani o nią, ani o Gaję…
Potrząsnęła głową. Instynktownie przesunęła się, by osłonić sobą matkę, choć jakoś nie wątpiła, że wampirze zdolności na nic zdadzą się w starciu z ojcem demonów.
Na ustach Ciemności pojawił się wymuszony, choć jak zwykle ujmujący uśmiech.
– Naprawdę, radości? – zapytał, wzdychając przeciągle. – Ale my nigdy nie byliśmy w stanie w pełni się porozumieć… – dodał w zamyśleniu, bynajmniej nie sprawiając wrażenia rozeźlonego.
Gdyby sytuacja była inna, jak nic wybuchłby gniewem. Beatrycze miała co do tego pewność, a jednak w tamtej chwili Ciemność wyglądała wręcz na znudzoną. Jakby tego było mało, ponad jej ramieniem wciąż spoglądał na Ariadnę.
– Po prostu nas zostaw. – Potrząsnęła głową. – I puść dziecko. Ona niczym nie zawiniła – dodała, ale doczekała się wyłącznie prychnięcia.
– Nie mam wpływu na naczynie, które wybrał sobie Łowca. W zasadzie na jego samego też już nie.
– Kłamiesz – zaoponowała natychmiast Beatrycze, prostując się niczym struna. – Przywołałeś go. Chcesz nas wszystkie zabić, więc…
– Nie siej herezji, dobrze? – Ciemność wywróciła oczami. – Powiedziałem wam już, że jesteście niewdzięczne. Ale to niekoniecznie powód, bym chciał niszczyć coś, co budowałem przez tyle wieków.
– Ale…
Uciszył ją samym tylko spojrzeniem. Tym razem jego oczy zabłysły gniewem.
– Zważaj na słowa, Beatrycze. To, że jeszcze tego nie zrobiłem, nie znaczy, że cię nie ukarzę, jeśli nie zapanujesz nad tym, co mówisz – wycedził przez zaciśnięte zęby. Tyle wystarczyło, by wampirzyca aż się wzdrygnęła. – To dość… niefortunne – dodał w zamyśleniu, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. – Jak wspomniałem, nie do końca mam kontrolę. Widać coś bardzo go zdenerwowało… Albo ktoś. – Uśmiechnął się pod nosem. – To i potęga nekromantki mogą dać ciekawy efekt. Smutny, ale interesujący, skoro wasza umiłowana bogini najwyraźniej zostawiła swoje dzieci w potrzebie. – Jego oczy zabłysły, kiedy z zaciekawieniem spojrzał na Beatrycze. – Bo teraz w to wierzysz, prawda? Nie w bezimiennego Boga, do którego naiwnie zwracają się ludzie.
Nie zareagowała. Dlaczego mieliby rozmawiać o religii, zwłaszcza w tej sytuacji? Jeśli to miał być sposób, żeby ją sprowokować…
Gdzieś za plecami usłyszała zdławiony jęk. Z trudem powstrzymała się od obejrzenia przez ramię, wystarczająco zaniepokojona tym, że Ariadna oddychała szybko i płytko, z wyraźnym trudem łapiąc oddech.
– Dalej chodzi ci o Ophelię? O to, że jej nie odnalazłam? – zapytała drżącym głosem Beatrycze. – Miej pretensje do mnie w takim razie, ale…
– O Ophelię? – Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości, niepokojącym śmiechem. – Na cóż mi teraz tchórzliwa Ophelia? Kobiety w waszej rodzinie bywają naprawdę okropne.
– Więc dlaczego…?
– Pytasz, jakbyś miała zrozumieć. Moja miła, jesteś zbyt dobra… I nudna – stwierdził niemalże pobłażliwym tonem, kolejny raz wchodząc jej w słowo. – Gdyby było inaczej, nie stałabyś teraz między mną a swoją matką.
– Co…?
– Przestań! – powtórzyła w tym samym momencie Ariadna, gwałtownie przesuwając się do przodu. – Przestań mnie dręczyć! Myślałam, że…
Ciemność uniosła brwi.
– Co myślałaś? To twoje wyrzuty sumienia, najdroższa. Przed nimi też cię chroniłem, ale chyba obie zauważyłyście, że ten świat się zmienił… Rozpada się. – Wzruszył ramionami. – To też ciekawe.
Chaos… Ciemność się nudzi, pomyślała w oszołomieniu Beatrycze, przypominając sobie słowa Rafaela. Nie wierzyła, by faktycznie nie miał kontroli nad tym, co się działo. Nawet jeśli, sytuacja najwyraźniej była mu na rękę.
Oczy nieśmiertelnego kolejny raz spoczęły na niej.
– Nisko mnie cenisz, jeśli wierzysz, że ranienie was sprawia mi przyjemność. Jesteście moją doskonałą kolekcją.
– Ty…
Również i tym razem wampirzyca nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Masz do mnie tyle żalu, ale prawda jest taka, że same wzajemnie krzywdzicie się bardziej niż ja bym mógł. Dlaczego nie zapytasz matki? Nigdy nie zastanawiało cię jak kobieta, która od początku wiedziała o moim istnieniu, mogłaby dopuścić do wydania na świat trójki dzieci?
– Beatrycze – usłyszała w tym samym momencie.
Głos matki ją zaskoczył, tak jak i pobrzmiewająca w nim panika. To i słowa Ciemności sprawiło, że wampirzyca spięła się jeszcze bardziej, z obawą spoglądając to na stojąca przed nią istotę, to znów okręcając się, by jednak przenieść wzrok na Ariadnę.
Stała pod ścianą, blada i dziwnie drżąca. Beatrycze nie przypominała sobie, by kiedykolwiek widziała ją w takim stanie, tak bardzo przerażoną. To nie było podobne do tej kobiety – kogoś, kto w zdecydowany sposób mógłby od zawsze dyktować jej, co powinna zrobić i…
Och, tak, Ariadna wiedziała. To wyjaśniało, dlaczego od zawsze trzymała je pod kloszem, tak bardzo ciskając się, kiedy jej najmłodsza córka poznała potencjalnego męża. Te wszystkie kłótnie, protesty i niechęć, jaką kobieta obdarzyła Lawrence’a… Ta kwestia od zawsze pozostawała dla Beatrycze jasna. Jednak to, na co zwróciła jej uwagę Ciemność, już niekoniecznie.
– Pomyśl, najdroższa – podjął spokojnie mężczyzna. – Jest z was najstarsza… Pojawiła się po was, choć normalnie zabrałbym ją, zanim najmłodsza z was osiągnęłaby pełnoletniość. – Posłał jej kolejny ze swoich czarujących uśmiechów. – Bałaś się, kiedy zaszłaś w ciążę. Ona nie.
– M-mogła… – zaczęła i zaraz urwała, niezdolna dokończyć. „Mogła nie wiedzieć” – chciała powiedzieć, ale z jakiegoś powodu czuła, że oszukiwała samą siebie.
– Och… Mogła. Oczywiście, że mogła. – Ciemność parsknęła śmiechem. Tyle wystarczyło, by Beatrycze pojęła, że rzeczywistość miała się zupełnie inaczej. Cokolwiek by się nie działo, Ariadna wiedziała o klątwie od samego początku. – Wiele z was nie wiedziało, póki nie stanęło przede mną. Niektóre walczyły jak ty… Swoją drogą, to było nudne. Pamiętam jak modliłaś się, by bezpiecznie wydać na świat dziecko. Nie chciałaś odchodzić wcześniej… A ja radośnie na to przystałem. Dlaczego miałbym postąpić inaczej, skoro wasza linia tyle dla mnie znaczy? Inaczej nigdy nie pojawiłaby się piękna Elena, czyż nie? – zauważył przytomnie. – Ale twoja matka… Ach, to było ciekawe. Powiedziałbym wręcz, że miło mnie zaskoczyła. Robienie interesów z Ariadną to czysta przyjemność… Inaczej miałbym tylko ją, a tak? Trzy kolejne duszyczki w zamian za trochę więcej czasu to propozycja, którą grzech byłoby odrzucić.
W chwili, w której pojęła, co właśnie jej sugerował, zamarła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa