
Leana
Czy jestem zbyt zagubiona…?
Klęczała na
ziemi. Jej myśli wirowały, na usta cisnęły się słowa modlitwy, ale nie była w stanie
wykrztusić choćby jednego z nich. Nie miała już do tego prawa. Zresztą i tak
nie było nikogo, kto by posłuchał.
Ale wciąż
tu była – żywa, świadoma i sparaliżowana strachem. Dlaczego? Powinna być
martwa, zwłaszcza że stanęła oko w oko z Łowcą, nawet nie próbując
się przed nim bronić. Dlaczego ją zostawić, choć znajdowała się dosłownie na
wyciągnięcie ręki? Poniekąd nawet chciała tego, by doprowadził sprawy do końca.
Nie zrobił
tego. Zostawił ją samą, zagubioną i łkającą w ciemnościach. Czy to
była kara? Wierzyła, że istniały rzeczy gorsze od śmierci i to łącznie z koniecznością
życia dalej. Albo egzystowania, bo w swoim przypadku wątpiła, by w grę
wchodziło cokolwiek więcej. Ktoś, kto niemalże ukradł cudze życie, na pewno nie
zasługiwał na nic ponad ból. Skoro nawet Łowca doszedł do wniosku, że zabicie
jej byłoby co najwyżej przysługą…
Objęła się
ramionami, próbując się rozgrzać, choć towarzyszący jej chłód miał swoje źródło
bezpośrednio w jej wnętrzu. Kołysała się w przód i w tył,
czekając na coś, czego nawet nie potrafiła opisać. Może na ukojenie, choć już
dawno zwątpiła, czy to nadejdzie. Była pusta, zagubioną i samotna.
I brakowało
jej Ulricha.
Jego imię
było niczym jakże upragniona iskierka nadziei. Leanie zrobiło się cieplej –
zaledwie przez moment, ale jednak. Możliwe, że całkiem oszalała, skoro nadal
klęczała, kołysała się i jak głupia uśmiechała do siebie. Ulrich…
Dał jej
bezpieczne schronienie. Tylko na chwilę, ale to znaczyło więcej niż mogłaby
podejrzewać. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego, nawet gdy jeszcze
żyła. Tak przynajmniej sądziła, bo choć pamiętała, że mama zawsze robiła dla
niej i jej sióstr wszystko, co tylko mogło, to nie był ten rodzaj troski,
którą czuła pod opieką Ulricha. To było szczere, bezinteresownie i okupione
poświęceniem, o które nie śmiałaby prosić, zwłaszcza że mężczyzna wydawał
się wiedzieć, kogo przyjął pod swój dach. O tym, że mogłaby go zabić,
również.
Jakkolwiek
by nie było, nie porzucił jej. I to znaczyło dla Leany więcej niż
cokolwiek innego.
Więc
myślała o Ulrichu i to sprawiało, że czuła się lepiej. Nie miała
Boga, do którego mogłaby się zwrócić, ale to przestało się liczyć. Jak długo
dysponowała wspomnieniami, którymi była w stanie wypełnić tę pustkę,
wszystko było w porządku. Jeśli to miała być kara, mogła ją znosić.
Mocniej
zacisnęła powieki. Wciąż klęczała w ciemności, ale ten stan już tak bardzo
jej nie przerażał. Miała swoje światło, którego nade wszystko pragnęła się
trzymać.
– Moje
kochane, zranione dziecko…
Głos ją
zaskoczył. Początkowo nawet pomyślała, że sobie go wyobraziła, ale w tym
samym momencie Leanę dosłownie uderzyła oszałamiające wręcz jasność. Złociste
światło wkradło się pod zaciśnięte powieki, nie pozostawiając kobiecie innego
wyboru, jak tylko otworzyć oczy. Mrugając, by jak najszybciej oswoić tęczówki z łuną,
z obawą spojrzała wprost w miejsce, w którym blask wydawał się
mieć swoje źródło. Choć w pierwszym odruchu czuła wyłącznie strach, ten
błyskawicznie zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez spokój.
Właśnie
wtedy Leana zobaczyła kobietę. Nieznajoma znajdowała się dosłownie na
wyciągnięcie ręki, jak gdyby nigdy nic się nad nią nachylając. Uśmiechała się w ujmujący,
przynoszący wyłącznie spokój sposób, a jej jasne oczy wyrażały tylko i wyłącznie
dobroć. Leana zamarła, bynajmniej nie ze strachu. Choć nagłe pojawienie się
kogoś, kto bez wątpienia nie był człowiekiem, powinno ją zaniepokoić, wcale nie
czuła się przerażona. W tej kobiecie było coś, co nie pozwalało się bać –
może łagodne rysy, może te oczy, a może samo spojrzenie, w którym z zaskoczeniem
doszukała się… miłości? Och, tak – to była miłość. W ten sposób mogłaby
patrzeć kochająca matka, a przynajmniej tak wydawało się Leanie. Mimo
wszystko nie przypominała sobie, by Ariadna kiedykolwiek obdarzyła ją takim
spojrzeniem.
– Kto…?
Głos uwiązł
jej w gardle. Serce Leany zabiło szybciej, a ona sama wyprostowała
się niczym struna, instynktownie próbując się odsunąć, kiedy nieznajoma
zachęcającym gestem wyciągnęła ku niej dłoń. Natychmiast tego pożałowała,
gotowa przysiąc, że w ten sposób kobietę urazi, ale nic podobnego nie
miało miejsca – ona po prostu stała w tym samym miejscu, równie piękna i łagodna,
jak i od samego początku.
– Nie
przyszłam po to, żeby cię skrzywdzić – zapewniła. Jej głos okazał się dziwnie
znajomy, nie tylko dlatego, że rozbrzmiał już chwilę wcześniej. – Och, Leano…
– Znasz
moje imię – wyrwało jej się.
Leana
zawahała się na moment. Może powinna czuć się onieśmielona, ale nic podobnego
nie miało miejsca. Sama kobieta z równym powodzeniem mogłaby okazać się co
najwyżej wytworem jej wyobraźni, ale i to nie miało dla niej większego znaczenia.
Jeśli oszalała, trudno. Było jej wszystko jedno, choć przez moment pragną
skupić się wyłącznie na poczuciu bezpieczeństwa, które dawała jej obecność
nieznajomej.
–
Oczywiście. – Kobieta nawet się nie zawahała. A potem uśmiech zniknął z jej
twarzy, wyparty przez troskę. To zaskoczyło Leanę bardziej, niż gdyby jednak tę
istotę zdenerwowała. – Jestem winna wam przeprosiny, choć nie wątpię, że teraz
na nic się nie zdają. Gdybym tylko wiedziała, że… – Nieznajoma urwała, po czym
nieznacznie potrząsnęła głową. Srebrzyste włosy zafalowały wokół jej twarzy. –
Czas przestać uciekać.
– Nie
rozumiem…
Nie
doczekała się odpowiedzi. W milczeniu obserwowała swoją piękną
towarzyszkę, tym razem nawet słowem nie komentując tego, że ta znów wyciągnęła
ku niej dłoń. Jakby tego było mało, coś podkusiło ją, by tym razem ją ująć.
Uścisk nieznajomej był silny i pewny, zaś ona sama emanowała przyjemnym
ciepłem, które momentalnie rozeszło się po całym ciele Leany.
– Najwyższa
pora to zakończyć – odezwała się ponownie nieznajoma. Powiodła wzrokiem
dookoła, tym samym uświadamiając kobiecie, że wciąż znajdowały się na korytarzu
– dokładnie tym samym, na którym zostawił ją Łowca. – Jedna z twoich
krewnych również mnie potrzebuje – dodała, nagle podrywając głowę w taki
sposób, jakby jako jedyna była w stanie usłyszeć coś niemożliwego do wychwycenia
przez ludzkie uszy.
– Ale… On
przecież… – zaczęła nerwowo Leana. W głowie miała pustkę. Obecność i bijący
od kobiety blask jedynie bardziej ją rozpraszały, uniemożliwiając zebranie
myśli. – Jest zły. Jestem pewna, że… – Urwała, nie chcąc nawet próbować
dokończyć tej myśli.
O dziwo,
nieznajoma jedynie prychnęła. Leana była pewna, że srebrzyste tęczówki
poruszyły się, kiedy piękna istota wywróciła oczami.
– Wierzę,
że jest – stwierdziła, ale nie brzmiała na jakkolwiek przejętą. Leana w oszołomieniu
pomyślała wręcz, że kobieta brzmiała tak, jakby perspektywa starcia z Ciemnością
nie robiła na niego wrażenia. – Po takim czasie niczego się nie nauczył.
Co to,
na litość Boską, znaczy?
Leana wątpiła,
czy chciała poznać odpowiedź na to pytanie.
Niespokojnie
obserwując wciąż trzymająca ją za rękę kobietę, dyskretnie otarła oczy.
Przynajmniej próbowała, bo nieznajoma momentalnie zareagowała na ruch, niemalże
z czułością ujmując twarz Leany w obie dłonie. W iście matczynym
geście starła łzy z jej policzków, nagle znów przede wszystkim zmartwiona.
– Nie
zrobiłaś niczego złego. Nikt nie miał prawa cię tak skrzywdzić.
Nie
potrafiła pozostać na te słowa obojętna.
– Przywołał
go z moją pomocą – zaoponowała natychmiast Leana. Jej oczy rozszerzyły się
w geście niedowierzania. Świeże łzy jak na zawołanie spłynęły po
policzkach. – Łowcę. A ja…
– To nie
była twoja wina.
Nieznajoma
bez wahania weszła jej w słowo. Tym razem słowa zabrzmiały nie tylko
łagodnie, ale tak pewnie, że dalsze protesty wydawały się bez sensu. Przynajmniej
na razie, ale…
– Pani?
Obie
poderwały głowy w tym samym momencie. Leana drgnęła, gdy dostrzegła szybko
zmierzającą w ich stronę postać. W pierwszym odruchu naszła ją
irracjonalna myśl, że to Łowca wrócił, by jednak się z nią rozprawić, ale
prawie natychmiast uświadomiła sobie swoją pomyłkę. Mimo wszystko poczuła się,
jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, gdy dostrzegła białe skrzydła
na plecach kroczącego w ich stronę mężczyzny.
– Dobrze
cię widzieć, Dorianie. Musimy iść – oznajmiła cicho kobieta. – Powiedz, proszę,
Andreasowi, że to już czas… I zabierz ze sobą Leanę, dobrze?
Mężczyzna –
anioł, jak uświadomiła sobie w oszołomieniu – skinął głową. Tyle
wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić kobietę z równowagi. Nie chciała
odsuwać się od wciąż obejmującej ją pięknej istoty, choć nawet nie zauważyła, kiedy
bezwiednie przesunęła się do niej jeszcze bliżej. Może nie powinna, ale nie
mogła się powstrzymać. Dzięki niej czuła się bezpieczna.
Nieznajoma
posłała Leanie kolejny z tych pięknych, troskliwych uśmiechów,
jednocześnie z czułością gładząc ją po policzku.
– Nie bój
się, dziecino. Przy Dorianie będziesz bezpieczna, obiecuję.
„Przy tobie
też jestem!” – cisnęło jej się na usta, ale ostatecznie nie zdecydowała się na
wypowiedzenie tych słów. Jedynie znów sztywno skinęła głową, ale nie od razu
zdecydowała się podporządkować. Z obawą spojrzała na obserwującego ich
mężczyznę, wahając się nawet wtedy, gdy ten posłał jej zachęcający uśmiech. Nie
wyglądał na kogoś, kto mógłby ją skrzywdzić, ale mimo wszystko coś w jego
oczach oraz świadomości tego, że miał skrzydła…
Ostatni raz
spojrzała na obejmującą ją kobietę. Nawet nie drgnęła, kiedy ta w najzupełniej
naturalnym geście nachyliła się, by złożyć na jej czole delikatny pocałunek.
Skóra w miejscu, w którym musnęły ją wargi, wydawała się pulsować
przyjemnym ciepłem.
Tym razem nie zaprotestowała, kiedy kobieta zachęcającym
gestem popchnęła ją ku Dorianowi. Kiedy Dorian wyciągnął ku niej rękę, Leana po
prostu ją ujęła.

Beatrycze
Bieg nie miał sensu. Dla
Beatrycze stało się to jasne już w chwili, w której spróbowała
dostosować się do tempa matki. Uciekały, nie oglądając się za siebie, ale
wampirzyca była pewna, że to strata czasu. Może w pojedynkę miałaby szansę
choć trochę odwlec w czasie konieczność dalszej konfrontacji z Łowcą,
ale z opóźniającą ją Ariadną to nie miało sensu.
Mimo
wszystko nie zastanawiała się nad tym, co robi. Przed oczami wciąż miała bladą
twarz i puste tęczówki Jocelyne – tak bardzo znajome i obce zarazem.
Biegła, machinalnie stawiając kolejne kroki i tylko cudem wciąż będąc w stanie
utrzymać się w pionie. To, co się stało…
Zatrzymała
się nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Ariadna wpadła na nią z impetem,
zatoczyła się i nie upadła tylko dlatego, że w porę pochwyciła się
ściany.
–
Oszalałaś? – zaoponowała natychmiast. – Beatrycze, na Boga…
– Muszę coś
zrobić – oznajmiła, choć dobrze wiedziała, że te słowa nie miały sensu. Nie,
skoro nie dysponowała żadnych sensownym planem.
– O czym
ty…?
– Widziałaś
przecież! Ona… – Urwała, po czym przełknęła z trudem. Jakaś jej cząstka
wciąż nie dowierzała. – Nie mogę jej tak zostawić.
Przez twarz
Ariadny przemknął cień. Z obawą obejrzała się przez ramię, bynajmniej nie
sprawiając wrażenia uspokojonej tym, że wciąż były w korytarzu same.
– Tego –
poprawiła, spoglądając córce prosto w oczy. – Nie bądź głupsza niż musisz.
Beatrycze, do cholery… Jakkolwiek by to nie wyglądało, ona już nie jest kimś,
kogo znałaś.
Aż
wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści,
w oszołomieniu spoglądając na matkę. Przez moment czuła się tak, jakby ta
mówiła do niej w jakimś obcym języku.
–
Wykorzystuje kogoś, za kogo dałabym się pokroić, a ty mówisz mi, że mam
odpuścić? – zapytała z niedowierzaniem. – Co ty w ogóle mi
sugerujesz? Mamo… – To jedno słowo z trudem przeszło jej przez gardło. W pamięci
wciąż miała moment, w którym Ariadna wprost zapytała, czy naprawdę chciała
w tym wszystkim stać się potworem. – To jest dziecko. Dziecko, któremu tak
naprawdę zawdzięczam wszystko.
Gwałtowny
dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Czuła, że pod wieloma względami matka miała
rację, a próba zbliżenia się do Łowcy mogła zakończyć się tylko jednym,
ale czy to w ogóle było ważne? Chodziło o Joce. Nie miała pojęcia jak,
ale musiała coś zrobić, żeby…
– Dać się
zabić to żadne rozwiązanie. Zrozum to w końcu.
Beatrycze z trudem
powstrzymała warknięcie. Ostatecznie tylko spojrzała na matkę, ta jednak nie
patrzyła w jej stronę. Wyraźnie unikała spojrzenia córki, myślami wydając
się być gdzieś daleko. Jej surowa, poznaczona zmarszczkami twarz, nie wyrażała
żadnych emocji. Trycze miała wręcz wrażenie, że kobieta nagle postarzała się o przynajmniej
dekadę, bardziej spięta niż zazwyczaj.
Czy od
zawsze tak było? Nie zastanawiała się nad tym wcześniej, ale prawda była taka,
że Adriana od samego początku wyróżniała się na tle innych kobiet. Jako jedyna
zginęła w kwiecie wieku, co niejako zapewniło jej szacunek innych
krewnych, zupełnie jakby to, że Ciemność dała jej tyle czasu, miało jakieś
szczególne znaczenie. Tak po prostu było, a jednak…
Cóż, teraz
Ariadna wyglądała bezradnie. Jakby tego było mało, Beatrycze nie potrafiła czuć
względem niej wdzięczności, nawet jeśli kobieta faktycznie zdecydowała się
pomóc.
Matka nagle
poruszyła się, prostując niczym struna. Jej twarz wykrzywił grymas; błękitne
oczy zabłysły gniewnie, gdy spojrzała w jakiś bliżej nieokreślony punkt w korytarzu.
– Przestań –
wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Beatrycze
drgnęła, zaniepokojona. Niespokojnie rozejrzała się, niemalże spodziewając
dostrzec w mroku znajomą, drobniutką postać. Wypatrywała Łowcy, ale cień,
który ostatecznie dostrzegła w korytarzu, zdecydowanie nim nie był.
– Teraz
zwracasz się do mnie w ten sposób? Rozczarowujesz mnie, moja miła – stwierdził
niemalże z naganą w głowie przybysz.
Ciemność
kroczyła powoli, poważna i skupiona. Mężczyzna wyglądał na bardziej opanowanego
niż w lustrzanej sali, choć Beatrycze w pamięci wciąż miała jego
krzyk – to, jak gniewnie zwracał się do kogoś, kogo najwyraźniej tam nie było.
Skoro nie chodziło ani o nią, ani o Gaję…
Potrząsnęła
głową. Instynktownie przesunęła się, by osłonić sobą matkę, choć jakoś nie
wątpiła, że wampirze zdolności na nic zdadzą się w starciu z ojcem
demonów.
Na ustach Ciemności
pojawił się wymuszony, choć jak zwykle ujmujący uśmiech.
– Naprawdę,
radości? – zapytał, wzdychając przeciągle. – Ale my nigdy nie byliśmy w stanie
w pełni się porozumieć… – dodał w zamyśleniu, bynajmniej nie sprawiając
wrażenia rozeźlonego.
Gdyby
sytuacja była inna, jak nic wybuchłby gniewem. Beatrycze miała co do tego
pewność, a jednak w tamtej chwili Ciemność wyglądała wręcz na
znudzoną. Jakby tego było mało, ponad jej ramieniem wciąż spoglądał na Ariadnę.
– Po prostu
nas zostaw. – Potrząsnęła głową. – I puść dziecko. Ona niczym nie zawiniła
– dodała, ale doczekała się wyłącznie prychnięcia.
– Nie mam
wpływu na naczynie, które wybrał sobie Łowca. W zasadzie na jego samego
też już nie.
– Kłamiesz –
zaoponowała natychmiast Beatrycze, prostując się niczym struna. – Przywołałeś
go. Chcesz nas wszystkie zabić, więc…
– Nie siej
herezji, dobrze? – Ciemność wywróciła oczami. – Powiedziałem wam już, że jesteście
niewdzięczne. Ale to niekoniecznie powód, bym chciał niszczyć coś, co budowałem
przez tyle wieków.
– Ale…
Uciszył ją samym
tylko spojrzeniem. Tym razem jego oczy zabłysły gniewem.
– Zważaj na
słowa, Beatrycze. To, że jeszcze tego nie zrobiłem, nie znaczy, że cię nie
ukarzę, jeśli nie zapanujesz nad tym, co mówisz – wycedził przez zaciśnięte
zęby. Tyle wystarczyło, by wampirzyca aż się wzdrygnęła. – To dość… niefortunne
– dodał w zamyśleniu, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. – Jak
wspomniałem, nie do końca mam kontrolę. Widać coś bardzo go zdenerwowało… Albo
ktoś. – Uśmiechnął się pod nosem. – To i potęga nekromantki mogą dać
ciekawy efekt. Smutny, ale interesujący, skoro wasza umiłowana bogini
najwyraźniej zostawiła swoje dzieci w potrzebie. – Jego oczy zabłysły,
kiedy z zaciekawieniem spojrzał na Beatrycze. – Bo teraz w to
wierzysz, prawda? Nie w bezimiennego Boga, do którego naiwnie zwracają się
ludzie.
Nie
zareagowała. Dlaczego mieliby rozmawiać o religii, zwłaszcza w tej
sytuacji? Jeśli to miał być sposób, żeby ją sprowokować…
Gdzieś za
plecami usłyszała zdławiony jęk. Z trudem powstrzymała się od obejrzenia
przez ramię, wystarczająco zaniepokojona tym, że Ariadna oddychała szybko i płytko,
z wyraźnym trudem łapiąc oddech.
– Dalej
chodzi ci o Ophelię? O to, że jej nie odnalazłam? – zapytała drżącym
głosem Beatrycze. – Miej pretensje do mnie w takim razie, ale…
– O Ophelię?
– Ciemność parsknęła pozbawionym wesołości, niepokojącym śmiechem. – Na cóż mi
teraz tchórzliwa Ophelia? Kobiety w waszej rodzinie bywają naprawdę
okropne.
– Więc
dlaczego…?
– Pytasz,
jakbyś miała zrozumieć. Moja miła, jesteś zbyt dobra… I nudna – stwierdził
niemalże pobłażliwym tonem, kolejny raz wchodząc jej w słowo. – Gdyby było
inaczej, nie stałabyś teraz między mną a swoją matką.
– Co…?
– Przestań!
– powtórzyła w tym samym momencie Ariadna, gwałtownie przesuwając się do
przodu. – Przestań mnie dręczyć! Myślałam, że…
Ciemność
uniosła brwi.
– Co
myślałaś? To twoje wyrzuty sumienia, najdroższa. Przed nimi też cię chroniłem,
ale chyba obie zauważyłyście, że ten świat się zmienił… Rozpada się. – Wzruszył
ramionami. – To też ciekawe.
Chaos…
Ciemność się nudzi, pomyślała w oszołomieniu Beatrycze, przypominając
sobie słowa Rafaela. Nie wierzyła, by faktycznie nie miał kontroli nad tym, co
się działo. Nawet jeśli, sytuacja najwyraźniej była mu na rękę.
Oczy
nieśmiertelnego kolejny raz spoczęły na niej.
– Nisko
mnie cenisz, jeśli wierzysz, że ranienie was sprawia mi przyjemność. Jesteście
moją doskonałą kolekcją.
– Ty…
Również i tym
razem wampirzyca nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Masz do
mnie tyle żalu, ale prawda jest taka, że same wzajemnie krzywdzicie się
bardziej niż ja bym mógł. Dlaczego nie zapytasz matki? Nigdy nie zastanawiało cię
jak kobieta, która od początku wiedziała o moim istnieniu, mogłaby
dopuścić do wydania na świat trójki dzieci?
– Beatrycze
– usłyszała w tym samym momencie.
Głos matki
ją zaskoczył, tak jak i pobrzmiewająca w nim panika. To i słowa
Ciemności sprawiło, że wampirzyca spięła się jeszcze bardziej, z obawą
spoglądając to na stojąca przed nią istotę, to znów okręcając się, by jednak
przenieść wzrok na Ariadnę.
Stała pod
ścianą, blada i dziwnie drżąca. Beatrycze nie przypominała sobie, by
kiedykolwiek widziała ją w takim stanie, tak bardzo przerażoną. To nie było
podobne do tej kobiety – kogoś, kto w zdecydowany sposób mógłby od zawsze dyktować
jej, co powinna zrobić i…
Och, tak,
Ariadna wiedziała. To wyjaśniało, dlaczego od zawsze trzymała je pod kloszem,
tak bardzo ciskając się, kiedy jej najmłodsza córka poznała potencjalnego męża.
Te wszystkie kłótnie, protesty i niechęć, jaką kobieta obdarzyła Lawrence’a…
Ta kwestia od zawsze pozostawała dla Beatrycze jasna. Jednak to, na co zwróciła
jej uwagę Ciemność, już niekoniecznie.
– Pomyśl, najdroższa
– podjął spokojnie mężczyzna. – Jest z was najstarsza… Pojawiła się po
was, choć normalnie zabrałbym ją, zanim najmłodsza z was osiągnęłaby
pełnoletniość. – Posłał jej kolejny ze swoich czarujących uśmiechów. – Bałaś
się, kiedy zaszłaś w ciążę. Ona nie.
– M-mogła… –
zaczęła i zaraz urwała, niezdolna dokończyć. „Mogła nie wiedzieć” –
chciała powiedzieć, ale z jakiegoś powodu czuła, że oszukiwała samą
siebie.
– Och…
Mogła. Oczywiście, że mogła. – Ciemność parsknęła śmiechem. Tyle wystarczyło, by
Beatrycze pojęła, że rzeczywistość miała się zupełnie inaczej. Cokolwiek by się
nie działo, Ariadna wiedziała o klątwie od samego początku. – Wiele z was
nie wiedziało, póki nie stanęło przede mną. Niektóre walczyły jak ty… Swoją
drogą, to było nudne. Pamiętam jak modliłaś się, by bezpiecznie wydać na świat dziecko.
Nie chciałaś odchodzić wcześniej… A ja radośnie na to przystałem. Dlaczego
miałbym postąpić inaczej, skoro wasza linia tyle dla mnie znaczy? Inaczej nigdy
nie pojawiłaby się piękna Elena, czyż nie? – zauważył przytomnie. – Ale twoja
matka… Ach, to było ciekawe. Powiedziałbym wręcz, że miło mnie zaskoczyła.
Robienie interesów z Ariadną to czysta przyjemność… Inaczej miałbym tylko
ją, a tak? Trzy kolejne duszyczki w zamian za trochę więcej czasu to
propozycja, którą grzech byłoby odrzucić.
W chwili, w której
pojęła, co właśnie jej sugerował, zamarła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz