10 sierpnia 2019

Trzysta pięćdziesiąt

Elena
Zamarła. Poderwała głowę w chwili, w której tuż nad nią zamajaczył pokaźnych rozmiarów kształt. Serce podeszło jej aż do gardła, by w następnej sekundzie zacząć uderzać tak mocno i szybko, że Elena ledwo była w stanie zaczerpnąć tchu.
Rafael
Rafa był tutaj.
Dłonie jej zadrżały, ale nie pozwoliła sobie na upuszczenie miecza. Weź się w garść, nakazała sobie stanowczo, ale nawet najbardziej sensowne argumenty nie były w stanie sprawić, by się uspokoiła.
Demon krążył tuż nad nią, ale nic nie wskazywało na to, by zamierzał zaingerować. On po prostu tam był – niemalże na wyciągnięcie ręki. Gdyby zobaczyła go w innych okolicznościach, poczułaby ulgę. Wiedziałaby, że niezależnie od wszystkiego, byłaby bezpieczna. Kto jak kto, ale mąż nie pozwoliłby, żeby stała się jej krzywda. Jego przybycie zwiastowałoby kłopoty, ale tylko dla tych, którzy odważyliby się mu przeciwstawić.
Tym razem jednak wszystko było inne. Zmieniło się już w tamtym korytarzu, gdy Rafa przygarnął ją do siebie, wypowiadając słowa, które prześladowały Elenę aż do tej pory. To było tak, jakby połączyła ich całkowicie niedorzeczna obietnica, którą mogła wypełnić tylko poprzez pozostanie przy życiu.
Nigdzie obok nie było Miry, które w porę odciągnęłaby brata albo zmusiła Elenę do ruchu. Została sama, próbując wymóc na sobie coś nienaturalnego pod każdym możliwym względem. Perspektywa walki z Rafaelem zdecydowanie nie jawiła jej się jako coś normalnego i wolała nawet nie myśleć o tym, że prędzej czy później miałaby być do tego zmuszona.
Serafin nie atakował. Trzymał się na dystans, ograniczając do biernej obserwacji. Mogła tylko zgadywać, co to oznaczało, ale jedno było pewne: nieważne jak bardzo tego chciała, nie mogła pozwolić sobie na nawet chwilowe rozluźnienie.
– Eleno!
Głos ojca ją orzeźwił. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, ale tym razem nie zdążyła w porę zejść z drogi istocie, która wykorzystała chwilę jej nieuwagi, by zaatakować. Coś boleśnie owinęło się wokół je nadgarstka. Niewiele brakowało, żeby upadła, kiedy cień zdecydowanym ruchem pociągnął ją ku dołowi. Miecz prawie wyślizgnął się z dłoni Eleny, ale w porę zdołała go pochwycić. W oszołomieniu zarejestrowała, że wydawał się zmniejszy niż wcześniej. Gorąco, które towarzyszyło jej w przypływie gniewu, zniknęło, wyparte przez przenikliwy wręcz chłód.
W panice zamachnęła się, tnąc na oślep. Spróbowała oswobodzić ramię, ale udało jej się to dopiero za drugim razem. Palący ból przybrał na sile, gdy demon na krótką chwilę zacieśnił uścisk, głębiej wżynając się w skórę, nim przymusiła go, żeby odpuścił. Tym razem nie zdołała tej istoty zranić, osiągając jedynie tyle, że cień wycofał się, nie chcąc ryzykować spotkania z ostrzem. Z perspektywy jego i jemu podobnych musiała być nikim więcej, jak tylko niewprawioną małolatą, która cudem dorwała niebezpieczną broń. Chciała tego czy nie, demony wiedziały, co robić, by pozostać przy życiu. Pierwszego zaskoczyła, ale reszta otrząsnęła się na tyle, by zacząć z wyprawą przewidywać jej kolejne ruchy.
Rafael nie zareagował na zamieszanie w żaden sensowny sposób. Jedynie krążył nad ich głowami, całkowicie bierny, jakby rozgrywająca się poniżej scena go nie dotyczyła. Chciała wierzyć, że to na swój sposób dowodziło, że ze sobą walczył. Jeśli obojętność pozostawała jedyną reakcją obronną, na jaką było go stać, Elena mogła to zaakceptować.
Jej myśli raz po raz uciekały ku Rafie. Trzepot skrzydeł rozpraszał bardziej niż cokolwiek innego, niemalże boleśnie uświadamiając, że tak naprawdę mogła co najwyżej czekać. W tamtej chwili pierwszy raz pomyślała, że chyba jednak wolałaby walczyć. Gdyby wiedziała, czego powinna się spodziewać…
Zwolniła. Nie chciała tego, ale jej ruchy stały się bardziej ociężałe i nieporadne. Cięcie na ramieniu piekło, ale prawie nie zwracała na to uwagi. Nie potrafiła nawet stwierdzić czy to, że kręciło jej się w głowie, było spowodowane już wcześniejszą utratą krwi, czy może nadmiarem emocji.
Usłyszała krzyk, ale nie potrafiła stwierdzić, co oznaczał. Na moment zabrakło jej tchu, kiedy coś z impetem uderzyło ją w bok, tym razem pozwalając na ziemię. Spięła się, gotowa zacząć bronić, ale zrezygnowała, gdy napotkała spojrzenie złocistych tęczówek. Potrzebowała chwili, by pojąć, że tata w porę osłonił ją przed zagrożeniem, którego mogła co najwyżej się domyślać.
– Elena…
– Jestem… J-jestem cała – wykrztusiła, choć tym razem zapewnienie przyszło jej z dużo większym trudem niż wcześniej. Potrzebowała chwili, by złapać oddech. – Poradzę sobie. Zabierz je stąd.
Czuła, że prosi o niemożliwe. Nie chodziło nawet o brzmiącą jak coś z góry skazanego na niepowodzenie sugestię, by zostawił ją w samym środku walki. Problem polegał na tym, że tak naprawdę nie mieli dokąd uciekać. Jezioro wcale nie było bezpieczną przystanią.
Spojrzała na ojca wyczekująco, niemalże błagalnie, zupełnie jakby w ten sposób mogła sprawić, by znalazł jakieś cudowne rozwiązanie. Znów zaczęła żałować, że nie było jej dane przyjąć propozycji Ciemności. Słodka bogini, chciała tylko, by wszyscy byli bezpieczni. Jeśli wszystko miałoby sprowadzać się do niej i tego, ile była w stanie poświęcić…
Proszę, jęknęła w duchu, ale nie czuła choćby cienia obecności nieśmiertelnego. Nawet jeśli Ciemność była gdzieś między tu a teraz, nie interesowała się Eleną. Tak po prostu zmienił zdanie, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że dziewczyna jednak była mu zbędna. Po wszystkich tych staraniach, które podjął, by ją posiąść, to było wręcz nie do pomyślenia.
Z trudem podniosła się, ledwo tylko Carlisle dał jej po temu sposobność. Nie zareagował na prośbę, z którą się do niego zwróciła, ale to było do przewidzenia. Wciąż trzymał się blisko, czujnie wodząc wzrokiem dookoła. Sama również śledziła cienie, choć te z jakiegoś powodu trzymały się na dystans. Wycofały się, chociaż nie zniknęły całkowicie; Elena wyraźnie czuła ich obecność, nawet jeśli już tak wyraźnie nie potrafiła dostrzec pulsujących kształtów w powoli zapadających ciemnościach. Noc nadeszła niepokojąco szybko, zbyt gwałtownie, by ktokolwiek uznał to za naturalne zjawisko. Elena nie wątpiła, że po zmroku miało być jeszcze gorzej.
I trzepot skrzydeł… Dlaczego nie słyszała już trzepotu skrzydeł?
Potrząsnęła głową. To nie miało znaczenia, zwłaszcza w tej chwili. Musiała się skupić, ale to niezmiennie przychodziło jej z trudem. W napięciu czekała na atak, gotowa uskoczyć albo spróbować kogoś osłonić, ale nie miała pojęcia, w którą stronę się zwrócić. Ten nagły spokój jej się nie podobał, zwłaszcza że nie wydarzyło się nic, co skłoniłoby demony do wycofania się. Gdyby przynajmniej Rafael zdecydował się wtrącić, miałaby jakiś punkt zaczepienia, ale w tej sytuacji…
– Za tobą, kuzyneczko!
Nie od razu rozpoznała ten głos. Był ostatnim, który spodziewała się usłyszeć i w pierwszym odruchu uznała go co najwyżej za wytwór wyobraźni albo kolejną iluzję. Mimo wszystko błyskawicznie zareagowała na okrzyk Aldero, odwracając się tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Ledwo zarejestrowała przypominającą bicz nić, która przecięła powietrze, jak nic mierząc wprost w jej gardło.
Coś ze świstem przemknęło tuż przed jej twarzą. Niewielkie ostrze, które bynajmniej nie było tym trzymanym przez nią, wystarczyło, by demon wycofał się z sykiem. Elena zamarła, przez chwilę bezmyślnie spoglądając w przestrzeń, podczas gdy serce tłukło jej się w piersi w gwałtowny, niemalże bolesny sposób.
Dopiero po chwili dostrzegła Miriam i Aldero. Nadbiegli od strony jeziora, chociaż nie miała pojęcia, skąd mieliby nadejść. Demonica trzymała w gotowości kolejny sztylet, bliźniaczo podobny do tego, który podczas kolacji zabrała jej Ciemność. Jakby tego było mało, dodatkowe ostrze samo z siebie pojawiło się w jej dłoni, przywołane z taką lekkością, że to wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Po tym jak Elenie udało się zmaterializować Niebiański Ogień, podobne widoki nie powinny jej dziwić, a jednak w szoku ledwo była w stanie zaakceptować kolejne dziwne zjawiska.
– Nie wierzę, że muszę ratować ci tyłek nawet wtedy, gdy masz się czym bronić – wycedziła Mira, pośpiesznie podchodząc bliżej. W dłoniach jakby od niechcenia obracała przygotowane ostrza. – Przysięgam, że jak już stąd wyjdziemy, nauczę cię z tego korzystać. I dopiero wtedy będziesz miała mnie dość.
W tamtej chwili Elena sama nie była pewna, czy powinna się śmiać, czy płakać. Po prostu spojrzała kolejno to na szwagierkę, to znów na podążającego za nią kuzyna. Aldero w skupieniu rozglądał się dookoła, wyraźnie unikając jej spojrzenia. Był blady, a na jego ubraniu doszukała się śladów krwi, poza tym jednak wyglądał… Cóż, dużo lepiej, niż gdy widziała go po raz ostatni. Mimo wszystko instynktownie spięła się, próbując doszukać się w wyrazie jego twarzy czegokolwiek niepokojącego. Nie mogła zapomnieć o tym, co miało miejsce – i to nawet mimo wrażenia, że wszystko w rzeczywistości było co najwyżej pokrętnym snem.
– Co wy tu…? – zaczęła, ale nie miała okazji, żeby dokończyć.
– A na co ci to wygląda? Obiecałam coś bratu. – Mira gniewnie zmrużyła oczy. – No i nie nienawidzę cię. Wspominałam o tym, prawda?
Elena otworzyła i zaraz zamknęła usta. Miała dodać coś jeszcze, ale mętlik w głowie skutecznie jej to utrudnił.
– Ale… – Ze świstem wypuściła powietrze. Słodka bogini… – Andreas przecież powiedział, że nikt… – powiedziała w końcu, ale i tym razem demonica weszła jej w słowo.
– Obawiam się, że Andreas albo kłamie jak z nut, albo to miejsce zaczęło rządzić się własnymi prawami. Dostałam się tutaj bez problemu – wyjaśniła niechętnie Mira. – Coś jest nie tak i nie chodzi tylko o to, że wszyscy znowu próbują cię zabić.
To brzmiało źle, choć Elena powoli zaczynała przywykać do takich rewelacji. Jakby nie patrzeć, niebezpieczeństwo było oczywiste już od jakiegoś czasu.
Nie zaprotestowała, kiedy Miriam bezceremonialnie chwyciła ją za rękę. Odwróciła się tylko na chwilę, by poszukać wzrokiem Carlisle’a i z niejaką ulgą przekonać się, że on również miał się dobrze. Być może zawdzięczali to pojawienie się Miry, ale cienie wycofały się na tyle, by dać im trochę swobody. Przynajmniej nic nie wskazywało na to, by którykolwiek z nich znów miał w planach poderżnąć komuś gardło.
Ojciec przez moment wyglądał na chętnego, by do nich dołączyć, ale ostatecznie tego nie zrobił. Zauważyła, że trzymał się blisko pozostałych kobiet, pilnując, by trzymały się razem. Wtedy też pomyślała, że może jednak zamierzał zrobić to, o co go poprosiła i jednak spróbować znaleźć im jakieś bezpieczne miejsce. Cóż, o ile takowe w ogóle istniało w tym świecie.
– Nieźle się tu bawicie – wymamrotał spiętym tonem Aldero. Jednak przeniósł na nią wzrok, ale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie, bo coś w jego spojrzeniu uświadomiło jej, że wszystko, czego doświadczyli, było prawdziwe. Ta walka, śmierć Lilianne i… – Nie martw się. Chyba mi lepiej.
– Al…
– Pogadamy o tym później – zaoferował, nieznacznie potrząsając głową. – O ile jest o czym. Och, Eleno…
– Później było najlepszą propozycją z twojej strony – wtrąciła niecierpliwym tonem Mira. Jej spojrzenie momentalnie spoczęło na wampirze. – Jesteś tutaj. Kontrolujesz się. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy?
– Pamiętam, że dałaś mi w twarz i zagroziłaś, że sama mnie zadźgasz, jeśli zacznę za dużo mówić – rzucił chmurnie Aldero.
Elena uniosła brwi. Demonica jedynie się uśmiechnęła – w nieco tylko wymuszony, przesadnie słodki sposób.
– I sam widzisz, że przy takim podejściu współpracowało nam się świetnie – stwierdziła niemalże pogodnym tonem. – Po pierwsze, podtrzymuję. Po drugie, ruszcie się oboje.
Tyle wystarczyło, by uciąć wszelakie dyskusje. Co prawda Elena czuła, że wszystko było zaledwie kwestią czasu, ale nie chciałam o tym myśleć. Patrzyła na Aldero i czuła spokój, w duchu modląc się o to, by sytuacja nagle nie uległa zmianie. Słodka bogini, już i tak zrobiła dość, wytrącając kuzyna z równowagi bardziej niż ktokolwiek inny. Nie chciała znów doprowadzić go do ostateczności.
Chciała pozwolić Mirze działać, ale w chwili, w której ruszyła za kobietą, coś innego przykuło jej uwagę. Albo raczej ktoś. Kobieta, która przybyła na polanę jako ostatnia, wciąż siedziała na ziemi. Była blada i zapłakana, niewidzącym wzrokiem spoglądając w przestrzeń. Elena ruszyła ku niej niemalże w tym samym momencie, co i Carlisle, jako pierwsza dopadając do nieznajomej.
– Ty jesteś… – Błękitne oczy rozszerzyły się nieznacznie, gdy dostrzegła białe skrzydła. Mimo wszystko kobieta nie próbowała się odsuwać, w zamian bezceremonialnie chwytając Elenę za ramiona. – Wszystko przepadło – jęknęła, a w jej oczach jak na zawołanie zalśniły świecie łzy.
– Hej, hej… Będzie w porządku – zaoponowała natychmiast, niemalże w panice zaczynając szukać choć odrobinę pocieszających słów. Czuła, że w rzeczywistości traciła czas, ale siedzenie i załamywanie rąk było ostatnim, na co zamierzała sobie pozwolić. – Coś wymyślimy, ale… Och, jak masz na imię?
Kobieta zareagowała dopiero przy ostatnich słowa. Przynajmniej zdecydowała się odpowiedzieć na pytanie.
– Gaja.
Och.
Elena momentalnie rozpoznała to imię. Trudno, by było inaczej, skoro dopiero co słuchała, jak pozostałe kobiety naprzemiennie to kłóciły się, to znów pokładały całą nadzieję właśnie w tej krewnej. Sądząc po stanie, w jakim ta się znajdowała, bezskutecznie.
– Co się stało? Czy on…? – zaczęła spiętym tonem, choć szczerze wątpiła, czy poznanie odpowiedzi było tym, czego tak naprawdę chciała.
– Nie chciał mnie słuchać. Był taki zły… – Oczy Gai rozszerzyły się jeszcze bardziej na jakieś wspomnienie. – Nigdy nie widziałam go w takim stanie. No i Beatrycze… Beatrycze tam została.
Tych kilka słów wystarczyło, by Elena poczuła, że robi jej się zimno. Spięła się, momentalnie podrywając głowę i spoglądając w kierunku, w który pobiegła Trycze, gdy ich zostawiała. Teraz ten moment wydawał się dziwnie odległy i równie nierzeczywisty, jak i to, co zaszło między Eleną a Aldero. W tamtej chwili naprawdę chciała wierzyć, że trwali w iluzji, a wszystkie złe rzeczy działy się po prostu w jej głowie.
– I zostawiłaś ją tam?! – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Prawie natychmiast pożałowała tych słów, zwłaszcza że Gaja aż skuliła się pod brzmieniem jej głosu, ale nie miała okazji się wycofać. Spoglądała na kobietę wyczekująco, ledwo powstrzymując drżenie. Ściskany w dłoni miecz zaczął jej ciążyć, już nawet po części nie sprawiając, że Elena czuła się bezpiecznie.
– Nie miałam wyboru – jęknęła Gaja, energicznie potrząsając głową. – Kazała mi uciekać. Ja…
– Gaju!
Odsunęła się na bok, kiedy tuż obok niej znalazła się Anabelle. Dziewczyna dosłownie rzuciła się na krewną, bezceremonialnie wpadając jej w ramiona. Była blada, ale wylądowała na zdrową, może nie licząc niewielkiej szramy na policzku. No i już nie krwawiła, a przynajmniej Elena nie wyczuła charakterystycznego zapachu posoki.
Serce wciąż tłukło jej się w piersi, kiedy ciężko dźwignęła się na nogi. Palce ślizgały się na rękojeści miecza, choć za wszelką cenę próbowała utrzymać uścisk wokół ostrza. Kiedy walczyła, przychodziło jej to bardziej naturalnie. Nagły spokój jedynie wszystko komplikował, zwłaszcza że wydawał się zaledwie ciszą przed burzą. To, że demony ot tak się wycofały, nie wchodziło w grę.
I Rafael… Już go nie słyszała, ale nie miała pewności, co to oznaczało. Przynajmniej nie rozpraszał ją trzepot jego skrzydeł, ale jego brak okazał się równie niepokojący, co i nagła cisza.
Coś było nie tak.
– Wszystko w porządku? Nikomu nic się nie stało?
Właściwie nie przysłuchiwała się ani ojcu, ani nikomu innemu. Nagłe poruszenie nie było dziwne, ale działo się jakby poza nią. Wciąż nie była w stanie zebrać myśli, w zasadzie zdolna co najwyżej zamartwiać się o wszystkich na raz. Nieobecność Beatrycze nabrała nowego znaczenia, zwłaszcza że po słowach Gai, Elena już nie była w stanie wierzyć, że kobieta miała się dobrze. Doświadczyła dość, by wiedzieć, jak daleko potrafiła posunąć się Ciemność.
W całym tym szaleństwie były jeszcze słowa Miry, sugerujące, że Andreas ich oszukał. Nie miała pewności, czy demon zrobił to świadomie, ale i nad tym nie chciała się zastanawiać. W zamian skupiła się na istotniejszej kwestii. Skoro Aldero i Mirze udało się ot tak tutaj dotrzeć, choć opiekun Przedsionka twierdził, że ten świat zamknął się na wszystkich wokół, poza Eleną i jej krewnymi…
Zawahała się, nagle podekscytowana. Skoro tak, może jednak istniało jakieś wyjście. Gdyby tylko zdołali je odnaleźć, mieliby szansę. Nad tym, co działoby się już po ewentualnej ucieczce, zamierzała myśleć dopiero później, gdy nadeszłaby odpowiednia chwila.
– A co… Co z Łowcą? – zapytała spiętym tonem jedna z kobiet. – Widziałaś go? Gaju…
– Widziałaś Leanę? – zapytała w tym samym momencie Cassandra.
Gaja poderwała głowę.
– Leanę? – powtórzyła, nie kryjąc zaskoczenia. – Ale…
– Moja siostra próbowała mnie zabić – wyrzuciła z siebie na wydechu Cassandra. Jej oczy jak na zawołanie znów zalśniły od świeżych łez. – Sądzę, że…
– Przestańcie w końcu – jęknęła Anabelle.
Słuchanie tego było trudne. Elena skrzywiła się, czując napierające ze wszystkich stron, całkowicie skrajne emocje. Nie dziwiło ją już, że demony lgnęły bezpośrednio do nich. Zignorowanie czegoś, co właściwie samo nasuwało się na myśl, było po prostu niemożliwe i to nawet dla kogoś, kto miał z takim stanem do czynienia naprawdę sporadycznie.
Wycofała się, przez moment gotowa przysiąc, że jeśli będzie musiała słuchać ich choćby chwilę dłużej, oszaleje. Gorączkowo próbowała ułożyć jakiś sensowny plan działania, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Teraz mieli spokój, ale to musiało być zaledwie kwestią czasu. Czekanie mogło przynieść im wyłącznie zgubę, ale z drugiej strony…
Trzepot skrzydeł. To i ruch, który wychwyciła tuż za plecami. Wszystko potoczyło się błyskawicznie, nie dając Elenie choćby chwili na zastanowienie nad tym, co działo się wokół niej. Zareagowała błyskawicznie, okręcając się na pięcie. Zdążyła zarejestrować tylko błysk znajomych, przywodzących na myśl bezchmurne niebo, a potem…
Rafael nawet się nie odsunął. Miała wrażenie, że wręcz przybliżył się, gdy wyprowadziła cios, zagłębiając ostrze miecza w jego piersi – głęboko, aż po rękojeść. Już w chwili, w której pojęła, co się działo, spróbowała się wycofać, ale nie miała okazji. Demon zatoczył się w jej stronę, jedynie bardziej zagłębiając broń w ramie; jakby z premedytacją nadział się wyprost na Niebiański Ogień, który dzierżyła w dłoniach.
Nie…
Uderzył ją zapach jego krwi – jakże znajomej, przyciągającej i hipnotyzującej. Tej samej, bez której już od jakiegoś czasu nie potrafiła funkcjonować. Sęk w tym, że w tamtej chwili Elenie nawet przez ułamek sekundy nie przyszło do głowy, że mogłaby się z niego napić. Wręcz przeciwnie – obecność posoki ją przeraziła, tak jak i świadomość tego, co właśnie się wydarzyły.
Ich spojrzenia spotkały się. Instynktownie spróbowała go pochwycić, kiedy się zachwiał, ale ostatecznie wraz z nim ciężko osunęła się na kolana.
– Teraz… spełni… łaś obietnicę – wydyszał i zabrzmiało to niemalże pogodnie. Miała wrażenie, że był bliski tego, żeby się uśmiechnąć. – Oboje… spełniliśmy.
Zupełnie jakby w tym wszystkim właśnie to było najważniejsze – fakt, że nie skłamał, kiedy twierdził, że będzie mogła umrzeć dopiero wtedy, gdy on wyrazi zgodę. I to, że zgodnie z jego poleceniem zrobiła wszystko, żeby jej nie zabił.
Ale nie w ten sposób… Nie takim kosztem.
– Moja lilan
Nie dodał niczego więcej. Miała wrażenie, że świat zwolnił, kurcząc się do tego małego momentu – do niej, wciąż płynącej krwi i demona, który bez życia opadł na ziemię. Klęczała u jego boku, podczas gdy obraz raz po raz rozmazywał jej się przed oczami.
Gdyby trwali w iluzji, wtedy jak nic dobiegłaby końca. Elena zrobiłaby wszystko, żeby do tego doprowadzić, ale…
Tyle że to była rzeczywistość.
Ta świadomość uderzyła w nią z całą mocą. Z piersi Eleny wyrwał się rozdzierający, pełen bólu wrzask.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa