
Elena
Zamarła. Poderwała głowę w chwili,
w której tuż nad nią zamajaczył pokaźnych rozmiarów kształt. Serce
podeszło jej aż do gardła, by w następnej sekundzie zacząć uderzać tak
mocno i szybko, że Elena ledwo była w stanie zaczerpnąć tchu.
Rafael
Rafa był tutaj.
Dłonie jej
zadrżały, ale nie pozwoliła sobie na upuszczenie miecza. Weź się w garść,
nakazała sobie stanowczo, ale nawet najbardziej sensowne argumenty nie były w stanie
sprawić, by się uspokoiła.
Demon
krążył tuż nad nią, ale nic nie wskazywało na to, by zamierzał zaingerować. On
po prostu tam był – niemalże na wyciągnięcie ręki. Gdyby zobaczyła go w innych
okolicznościach, poczułaby ulgę. Wiedziałaby, że niezależnie od wszystkiego,
byłaby bezpieczna. Kto jak kto, ale mąż nie pozwoliłby, żeby stała się jej
krzywda. Jego przybycie zwiastowałoby kłopoty, ale tylko dla tych, którzy
odważyliby się mu przeciwstawić.
Tym razem
jednak wszystko było inne. Zmieniło się już w tamtym korytarzu, gdy Rafa
przygarnął ją do siebie, wypowiadając słowa, które prześladowały Elenę aż do
tej pory. To było tak, jakby połączyła ich całkowicie niedorzeczna obietnica,
którą mogła wypełnić tylko poprzez pozostanie przy życiu.
Nigdzie
obok nie było Miry, które w porę odciągnęłaby brata albo zmusiła Elenę do
ruchu. Została sama, próbując wymóc na sobie coś nienaturalnego pod każdym
możliwym względem. Perspektywa walki z Rafaelem zdecydowanie nie jawiła
jej się jako coś normalnego i wolała nawet nie myśleć o tym, że
prędzej czy później miałaby być do tego zmuszona.
Serafin nie
atakował. Trzymał się na dystans, ograniczając do biernej obserwacji. Mogła
tylko zgadywać, co to oznaczało, ale jedno było pewne: nieważne jak bardzo tego
chciała, nie mogła pozwolić sobie na nawet chwilowe rozluźnienie.
– Eleno!
Głos ojca
ją orzeźwił. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, ale tym razem nie
zdążyła w porę zejść z drogi istocie, która wykorzystała chwilę jej
nieuwagi, by zaatakować. Coś boleśnie owinęło się wokół je nadgarstka. Niewiele
brakowało, żeby upadła, kiedy cień zdecydowanym ruchem pociągnął ją ku dołowi.
Miecz prawie wyślizgnął się z dłoni Eleny, ale w porę zdołała go
pochwycić. W oszołomieniu zarejestrowała, że wydawał się zmniejszy niż
wcześniej. Gorąco, które towarzyszyło jej w przypływie gniewu, zniknęło,
wyparte przez przenikliwy wręcz chłód.
W panice
zamachnęła się, tnąc na oślep. Spróbowała oswobodzić ramię, ale udało jej się
to dopiero za drugim razem. Palący ból przybrał na sile, gdy demon na krótką
chwilę zacieśnił uścisk, głębiej wżynając się w skórę, nim przymusiła go,
żeby odpuścił. Tym razem nie zdołała tej istoty zranić, osiągając jedynie tyle,
że cień wycofał się, nie chcąc ryzykować spotkania z ostrzem. Z perspektywy
jego i jemu podobnych musiała być nikim więcej, jak tylko niewprawioną
małolatą, która cudem dorwała niebezpieczną broń. Chciała tego czy nie, demony wiedziały,
co robić, by pozostać przy życiu. Pierwszego zaskoczyła, ale reszta otrząsnęła
się na tyle, by zacząć z wyprawą przewidywać jej kolejne ruchy.
Rafael nie
zareagował na zamieszanie w żaden sensowny sposób. Jedynie krążył nad ich
głowami, całkowicie bierny, jakby rozgrywająca się poniżej scena go nie
dotyczyła. Chciała wierzyć, że to na swój sposób dowodziło, że ze sobą walczył.
Jeśli obojętność pozostawała jedyną reakcją obronną, na jaką było go stać,
Elena mogła to zaakceptować.
Jej myśli
raz po raz uciekały ku Rafie. Trzepot skrzydeł rozpraszał bardziej niż
cokolwiek innego, niemalże boleśnie uświadamiając, że tak naprawdę mogła co
najwyżej czekać. W tamtej chwili pierwszy raz pomyślała, że chyba jednak
wolałaby walczyć. Gdyby wiedziała, czego powinna się spodziewać…
Zwolniła.
Nie chciała tego, ale jej ruchy stały się bardziej ociężałe i nieporadne.
Cięcie na ramieniu piekło, ale prawie nie zwracała na to uwagi. Nie potrafiła
nawet stwierdzić czy to, że kręciło jej się w głowie, było spowodowane już
wcześniejszą utratą krwi, czy może nadmiarem emocji.
Usłyszała
krzyk, ale nie potrafiła stwierdzić, co oznaczał. Na moment zabrakło jej tchu,
kiedy coś z impetem uderzyło ją w bok, tym razem pozwalając na
ziemię. Spięła się, gotowa zacząć bronić, ale zrezygnowała, gdy napotkała
spojrzenie złocistych tęczówek. Potrzebowała chwili, by pojąć, że tata w porę
osłonił ją przed zagrożeniem, którego mogła co najwyżej się domyślać.
– Elena…
– Jestem…
J-jestem cała – wykrztusiła, choć tym razem zapewnienie przyszło jej z dużo
większym trudem niż wcześniej. Potrzebowała chwili, by złapać oddech. – Poradzę
sobie. Zabierz je stąd.
Czuła, że
prosi o niemożliwe. Nie chodziło nawet o brzmiącą jak coś z góry
skazanego na niepowodzenie sugestię, by zostawił ją w samym środku walki.
Problem polegał na tym, że tak naprawdę nie mieli dokąd uciekać. Jezioro wcale
nie było bezpieczną przystanią.
Spojrzała
na ojca wyczekująco, niemalże błagalnie, zupełnie jakby w ten sposób mogła
sprawić, by znalazł jakieś cudowne rozwiązanie. Znów zaczęła żałować, że nie
było jej dane przyjąć propozycji Ciemności. Słodka bogini, chciała tylko, by
wszyscy byli bezpieczni. Jeśli wszystko miałoby sprowadzać się do niej i tego,
ile była w stanie poświęcić…
Proszę,
jęknęła w duchu, ale nie czuła choćby cienia obecności nieśmiertelnego.
Nawet jeśli Ciemność była gdzieś między tu a teraz, nie interesowała się Eleną.
Tak po prostu zmienił zdanie, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że dziewczyna
jednak była mu zbędna. Po wszystkich tych staraniach, które podjął, by ją
posiąść, to było wręcz nie do pomyślenia.
Z trudem
podniosła się, ledwo tylko Carlisle dał jej po temu sposobność. Nie zareagował
na prośbę, z którą się do niego zwróciła, ale to było do przewidzenia.
Wciąż trzymał się blisko, czujnie wodząc wzrokiem dookoła. Sama również
śledziła cienie, choć te z jakiegoś powodu trzymały się na dystans.
Wycofały się, chociaż nie zniknęły całkowicie; Elena wyraźnie czuła ich
obecność, nawet jeśli już tak wyraźnie nie potrafiła dostrzec pulsujących
kształtów w powoli zapadających ciemnościach. Noc nadeszła niepokojąco
szybko, zbyt gwałtownie, by ktokolwiek uznał to za naturalne zjawisko. Elena
nie wątpiła, że po zmroku miało być jeszcze gorzej.
I trzepot
skrzydeł… Dlaczego nie słyszała już trzepotu skrzydeł?
Potrząsnęła
głową. To nie miało znaczenia, zwłaszcza w tej chwili. Musiała się skupić,
ale to niezmiennie przychodziło jej z trudem. W napięciu czekała na
atak, gotowa uskoczyć albo spróbować kogoś osłonić, ale nie miała pojęcia, w którą
stronę się zwrócić. Ten nagły spokój jej się nie podobał, zwłaszcza że nie
wydarzyło się nic, co skłoniłoby demony do wycofania się. Gdyby przynajmniej
Rafael zdecydował się wtrącić, miałaby jakiś punkt zaczepienia, ale w tej
sytuacji…
– Za tobą,
kuzyneczko!
Nie od razu
rozpoznała ten głos. Był ostatnim, który spodziewała się usłyszeć i w pierwszym
odruchu uznała go co najwyżej za wytwór wyobraźni albo kolejną iluzję. Mimo
wszystko błyskawicznie zareagowała na okrzyk Aldero, odwracając się tak
gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Ledwo zarejestrowała
przypominającą bicz nić, która przecięła powietrze, jak nic mierząc wprost w jej
gardło.
Coś ze
świstem przemknęło tuż przed jej twarzą. Niewielkie ostrze, które bynajmniej
nie było tym trzymanym przez nią, wystarczyło, by demon wycofał się z sykiem.
Elena zamarła, przez chwilę bezmyślnie spoglądając w przestrzeń, podczas
gdy serce tłukło jej się w piersi w gwałtowny, niemalże bolesny
sposób.
Dopiero po
chwili dostrzegła Miriam i Aldero. Nadbiegli od strony jeziora, chociaż
nie miała pojęcia, skąd mieliby nadejść. Demonica trzymała w gotowości
kolejny sztylet, bliźniaczo podobny do tego, który podczas kolacji zabrała jej
Ciemność. Jakby tego było mało, dodatkowe ostrze samo z siebie pojawiło
się w jej dłoni, przywołane z taką lekkością, że to wydawało się
wręcz nieprawdopodobne. Po tym jak Elenie udało się zmaterializować Niebiański
Ogień, podobne widoki nie powinny jej dziwić, a jednak w szoku ledwo
była w stanie zaakceptować kolejne dziwne zjawiska.
– Nie
wierzę, że muszę ratować ci tyłek nawet wtedy, gdy masz się czym bronić –
wycedziła Mira, pośpiesznie podchodząc bliżej. W dłoniach jakby od
niechcenia obracała przygotowane ostrza. – Przysięgam, że jak już stąd
wyjdziemy, nauczę cię z tego korzystać. I dopiero wtedy będziesz
miała mnie dość.
W tamtej
chwili Elena sama nie była pewna, czy powinna się śmiać, czy płakać. Po prostu
spojrzała kolejno to na szwagierkę, to znów na podążającego za nią kuzyna.
Aldero w skupieniu rozglądał się dookoła, wyraźnie unikając jej
spojrzenia. Był blady, a na jego ubraniu doszukała się śladów krwi, poza
tym jednak wyglądał… Cóż, dużo lepiej, niż gdy widziała go po raz ostatni. Mimo
wszystko instynktownie spięła się, próbując doszukać się w wyrazie jego
twarzy czegokolwiek niepokojącego. Nie mogła zapomnieć o tym, co miało
miejsce – i to nawet mimo wrażenia, że wszystko w rzeczywistości było
co najwyżej pokrętnym snem.
– Co wy
tu…? – zaczęła, ale nie miała okazji, żeby dokończyć.
– A na
co ci to wygląda? Obiecałam coś bratu. – Mira gniewnie zmrużyła oczy. – No i nie
nienawidzę cię. Wspominałam o tym, prawda?
Elena
otworzyła i zaraz zamknęła usta. Miała dodać coś jeszcze, ale mętlik w głowie
skutecznie jej to utrudnił.
– Ale… – Ze
świstem wypuściła powietrze. Słodka bogini… – Andreas przecież powiedział, że
nikt… – powiedziała w końcu, ale i tym razem demonica weszła jej w słowo.
– Obawiam
się, że Andreas albo kłamie jak z nut, albo to miejsce zaczęło rządzić się
własnymi prawami. Dostałam się tutaj bez problemu – wyjaśniła niechętnie Mira.
– Coś jest nie tak i nie chodzi tylko o to, że wszyscy znowu próbują
cię zabić.
To brzmiało
źle, choć Elena powoli zaczynała przywykać do takich rewelacji. Jakby nie
patrzeć, niebezpieczeństwo było oczywiste już od jakiegoś czasu.
Nie
zaprotestowała, kiedy Miriam bezceremonialnie chwyciła ją za rękę. Odwróciła
się tylko na chwilę, by poszukać wzrokiem Carlisle’a i z niejaką ulgą
przekonać się, że on również miał się dobrze. Być może zawdzięczali to
pojawienie się Miry, ale cienie wycofały się na tyle, by dać im trochę swobody.
Przynajmniej nic nie wskazywało na to, by którykolwiek z nich znów miał w planach
poderżnąć komuś gardło.
Ojciec
przez moment wyglądał na chętnego, by do nich dołączyć, ale ostatecznie tego
nie zrobił. Zauważyła, że trzymał się blisko pozostałych kobiet, pilnując, by
trzymały się razem. Wtedy też pomyślała, że może jednak zamierzał zrobić to, o co
go poprosiła i jednak spróbować znaleźć im jakieś bezpieczne miejsce. Cóż,
o ile takowe w ogóle istniało w tym świecie.
– Nieźle
się tu bawicie – wymamrotał spiętym tonem Aldero. Jednak przeniósł na nią
wzrok, ale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie, bo coś w jego
spojrzeniu uświadomiło jej, że wszystko, czego doświadczyli, było prawdziwe. Ta
walka, śmierć Lilianne i… – Nie martw się. Chyba mi lepiej.
– Al…
– Pogadamy o tym
później – zaoferował, nieznacznie potrząsając głową. – O ile jest o czym.
Och, Eleno…
– Później
było najlepszą propozycją z twojej strony – wtrąciła niecierpliwym tonem
Mira. Jej spojrzenie momentalnie spoczęło na wampirze. – Jesteś tutaj.
Kontrolujesz się. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy?
– Pamiętam,
że dałaś mi w twarz i zagroziłaś, że sama mnie zadźgasz, jeśli zacznę
za dużo mówić – rzucił chmurnie Aldero.
Elena
uniosła brwi. Demonica jedynie się uśmiechnęła – w nieco tylko wymuszony,
przesadnie słodki sposób.
– I sam
widzisz, że przy takim podejściu współpracowało nam się świetnie – stwierdziła
niemalże pogodnym tonem. – Po pierwsze, podtrzymuję. Po drugie, ruszcie się
oboje.
Tyle
wystarczyło, by uciąć wszelakie dyskusje. Co prawda Elena czuła, że wszystko
było zaledwie kwestią czasu, ale nie chciałam o tym myśleć. Patrzyła na
Aldero i czuła spokój, w duchu modląc się o to, by sytuacja
nagle nie uległa zmianie. Słodka bogini, już i tak zrobiła dość,
wytrącając kuzyna z równowagi bardziej niż ktokolwiek inny. Nie chciała
znów doprowadzić go do ostateczności.
Chciała
pozwolić Mirze działać, ale w chwili, w której ruszyła za kobietą,
coś innego przykuło jej uwagę. Albo raczej ktoś. Kobieta, która przybyła na
polanę jako ostatnia, wciąż siedziała na ziemi. Była blada i zapłakana,
niewidzącym wzrokiem spoglądając w przestrzeń. Elena ruszyła ku niej
niemalże w tym samym momencie, co i Carlisle, jako pierwsza dopadając
do nieznajomej.
– Ty
jesteś… – Błękitne oczy rozszerzyły się nieznacznie, gdy dostrzegła białe
skrzydła. Mimo wszystko kobieta nie próbowała się odsuwać, w zamian
bezceremonialnie chwytając Elenę za ramiona. – Wszystko przepadło – jęknęła, a w jej
oczach jak na zawołanie zalśniły świecie łzy.
– Hej, hej…
Będzie w porządku – zaoponowała natychmiast, niemalże w panice
zaczynając szukać choć odrobinę pocieszających słów. Czuła, że w rzeczywistości
traciła czas, ale siedzenie i załamywanie rąk było ostatnim, na co
zamierzała sobie pozwolić. – Coś wymyślimy, ale… Och, jak masz na imię?
Kobieta
zareagowała dopiero przy ostatnich słowa. Przynajmniej zdecydowała się
odpowiedzieć na pytanie.
– Gaja.
Och.
Elena
momentalnie rozpoznała to imię. Trudno, by było inaczej, skoro dopiero co
słuchała, jak pozostałe kobiety naprzemiennie to kłóciły się, to znów pokładały
całą nadzieję właśnie w tej krewnej. Sądząc po stanie, w jakim ta się
znajdowała, bezskutecznie.
– Co się
stało? Czy on…? – zaczęła spiętym tonem, choć szczerze wątpiła, czy poznanie
odpowiedzi było tym, czego tak naprawdę chciała.
– Nie
chciał mnie słuchać. Był taki zły… – Oczy Gai rozszerzyły się jeszcze bardziej
na jakieś wspomnienie. – Nigdy nie widziałam go w takim stanie. No i Beatrycze…
Beatrycze tam została.
Tych kilka
słów wystarczyło, by Elena poczuła, że robi jej się zimno. Spięła się,
momentalnie podrywając głowę i spoglądając w kierunku, w który
pobiegła Trycze, gdy ich zostawiała. Teraz ten moment wydawał się dziwnie
odległy i równie nierzeczywisty, jak i to, co zaszło między Eleną a Aldero.
W tamtej chwili naprawdę chciała wierzyć, że trwali w iluzji, a wszystkie
złe rzeczy działy się po prostu w jej głowie.
– I zostawiłaś
ją tam?! – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Prawie
natychmiast pożałowała tych słów, zwłaszcza że Gaja aż skuliła się pod
brzmieniem jej głosu, ale nie miała okazji się wycofać. Spoglądała na kobietę
wyczekująco, ledwo powstrzymując drżenie. Ściskany w dłoni miecz zaczął
jej ciążyć, już nawet po części nie sprawiając, że Elena czuła się bezpiecznie.
– Nie
miałam wyboru – jęknęła Gaja, energicznie potrząsając głową. – Kazała mi
uciekać. Ja…
– Gaju!
Odsunęła
się na bok, kiedy tuż obok niej znalazła się Anabelle. Dziewczyna dosłownie
rzuciła się na krewną, bezceremonialnie wpadając jej w ramiona. Była
blada, ale wylądowała na zdrową, może nie licząc niewielkiej szramy na
policzku. No i już nie krwawiła, a przynajmniej Elena nie wyczuła
charakterystycznego zapachu posoki.
Serce wciąż
tłukło jej się w piersi, kiedy ciężko dźwignęła się na nogi. Palce
ślizgały się na rękojeści miecza, choć za wszelką cenę próbowała utrzymać
uścisk wokół ostrza. Kiedy walczyła, przychodziło jej to bardziej naturalnie.
Nagły spokój jedynie wszystko komplikował, zwłaszcza że wydawał się zaledwie
ciszą przed burzą. To, że demony ot tak się wycofały, nie wchodziło w grę.
I Rafael…
Już go nie słyszała, ale nie miała pewności, co to oznaczało. Przynajmniej nie
rozpraszał ją trzepot jego skrzydeł, ale jego brak okazał się równie
niepokojący, co i nagła cisza.
Coś było
nie tak.
– Wszystko w porządku?
Nikomu nic się nie stało?
Właściwie
nie przysłuchiwała się ani ojcu, ani nikomu innemu. Nagłe poruszenie nie było
dziwne, ale działo się jakby poza nią. Wciąż nie była w stanie zebrać
myśli, w zasadzie zdolna co najwyżej zamartwiać się o wszystkich na
raz. Nieobecność Beatrycze nabrała nowego znaczenia, zwłaszcza że po słowach
Gai, Elena już nie była w stanie wierzyć, że kobieta miała się dobrze.
Doświadczyła dość, by wiedzieć, jak daleko potrafiła posunąć się Ciemność.
W całym tym
szaleństwie były jeszcze słowa Miry, sugerujące, że Andreas ich oszukał. Nie
miała pewności, czy demon zrobił to świadomie, ale i nad tym nie chciała
się zastanawiać. W zamian skupiła się na istotniejszej kwestii. Skoro
Aldero i Mirze udało się ot tak tutaj dotrzeć, choć opiekun Przedsionka
twierdził, że ten świat zamknął się na wszystkich wokół, poza Eleną i jej
krewnymi…
Zawahała
się, nagle podekscytowana. Skoro tak, może jednak istniało jakieś wyjście.
Gdyby tylko zdołali je odnaleźć, mieliby szansę. Nad tym, co działoby się już
po ewentualnej ucieczce, zamierzała myśleć dopiero później, gdy nadeszłaby
odpowiednia chwila.
– A co…
Co z Łowcą? – zapytała spiętym tonem jedna z kobiet. – Widziałaś go?
Gaju…
– Widziałaś
Leanę? – zapytała w tym samym momencie Cassandra.
Gaja
poderwała głowę.
– Leanę? –
powtórzyła, nie kryjąc zaskoczenia. – Ale…
– Moja
siostra próbowała mnie zabić – wyrzuciła z siebie na wydechu Cassandra.
Jej oczy jak na zawołanie znów zalśniły od świeżych łez. – Sądzę, że…
–
Przestańcie w końcu – jęknęła Anabelle.
Słuchanie
tego było trudne. Elena skrzywiła się, czując napierające ze wszystkich stron,
całkowicie skrajne emocje. Nie dziwiło ją już, że demony lgnęły bezpośrednio do
nich. Zignorowanie czegoś, co właściwie samo nasuwało się na myśl, było po
prostu niemożliwe i to nawet dla kogoś, kto miał z takim stanem do
czynienia naprawdę sporadycznie.
Wycofała
się, przez moment gotowa przysiąc, że jeśli będzie musiała słuchać ich choćby
chwilę dłużej, oszaleje. Gorączkowo próbowała ułożyć jakiś sensowny plan
działania, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Teraz mieli spokój, ale to
musiało być zaledwie kwestią czasu. Czekanie mogło przynieść im wyłącznie
zgubę, ale z drugiej strony…
Trzepot
skrzydeł. To i ruch, który wychwyciła tuż za plecami. Wszystko potoczyło
się błyskawicznie, nie dając Elenie choćby chwili na zastanowienie nad tym, co
działo się wokół niej. Zareagowała błyskawicznie, okręcając się na pięcie.
Zdążyła zarejestrować tylko błysk znajomych, przywodzących na myśl bezchmurne
niebo, a potem…
Rafael
nawet się nie odsunął. Miała wrażenie, że wręcz przybliżył się, gdy
wyprowadziła cios, zagłębiając ostrze miecza w jego piersi – głęboko, aż
po rękojeść. Już w chwili, w której pojęła, co się działo, spróbowała
się wycofać, ale nie miała okazji. Demon zatoczył się w jej stronę,
jedynie bardziej zagłębiając broń w ramie; jakby z premedytacją
nadział się wyprost na Niebiański Ogień, który dzierżyła w dłoniach.
Nie…
Uderzył ją
zapach jego krwi – jakże znajomej, przyciągającej i hipnotyzującej. Tej
samej, bez której już od jakiegoś czasu nie potrafiła funkcjonować. Sęk w tym,
że w tamtej chwili Elenie nawet przez ułamek sekundy nie przyszło do
głowy, że mogłaby się z niego napić. Wręcz przeciwnie – obecność posoki ją
przeraziła, tak jak i świadomość tego, co właśnie się wydarzyły.
Ich
spojrzenia spotkały się. Instynktownie spróbowała go pochwycić, kiedy się zachwiał,
ale ostatecznie wraz z nim ciężko osunęła się na kolana.
– Teraz…
spełni… łaś obietnicę – wydyszał i zabrzmiało to niemalże pogodnie. Miała
wrażenie, że był bliski tego, żeby się uśmiechnąć. – Oboje… spełniliśmy.
Zupełnie
jakby w tym wszystkim właśnie to było najważniejsze – fakt, że nie
skłamał, kiedy twierdził, że będzie mogła umrzeć dopiero wtedy, gdy on wyrazi
zgodę. I to, że zgodnie z jego poleceniem zrobiła wszystko, żeby jej
nie zabił.
Ale nie w ten
sposób… Nie takim kosztem.
– Moja lilan…
Nie dodał
niczego więcej. Miała wrażenie, że świat zwolnił, kurcząc się do tego małego
momentu – do niej, wciąż płynącej krwi i demona, który bez życia opadł na
ziemię. Klęczała u jego boku, podczas gdy obraz raz po raz rozmazywał jej
się przed oczami.
Gdyby trwali
w iluzji, wtedy jak nic dobiegłaby końca. Elena zrobiłaby wszystko, żeby
do tego doprowadzić, ale…
Tyle że to
była rzeczywistość.
Ta
świadomość uderzyła w nią z całą mocą. Z piersi Eleny wyrwał się
rozdzierający, pełen bólu wrzask.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz