8 sierpnia 2019

Trzysta czterdzieści dziewięć

Elena
Tata wyglądał na zdenerwowanego. Nie dziwiło jej to, ale i tak widok Carlisle'a w takim stanie, okazał się nienaturalny. Obserwowała go zarówno wtedy, gdy rozmawiał z Beatrycze, jak i później, próbującego uspokajać Cassandrę. Swoją… Cóż, ciotkę jakby nie patrzeć.
Ta świadomość niejako zmieniała postać rzeczy. Wystarczyła chwila, by Elena również poczuła się nieswojo, bezskutecznie próbując uporządkować to, co działo się wokół niej.
Wróciła. Znów wylądowała między tu a teraz, choć ostatnia wizyta w tym miejscu była z jej perspektywy zaledwie odległym, dawno wypartym z pamięci wspomnieniem. Tak naprawdę wszystko, co działo się między chwilą jej śmierci a przebudzeniem takie było.
Miała wrażenie, że umykało jej coś istotnego. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, ale poza przerażeniem Beatrycze i tym, jak kobieta tuliła ją do siebie, obiecując, że zostanie, Elena nie była w stanie przywołać niczego więcej. Pozostało jej co najwyżej niespokojnie krążyć i czekać, choć taka perspektywa była ostatnim, czego dziewczyna tak naprawdę chciała. Z drugiej strony, ten jeden raz pragnęła postąpić zgodnie z tym, czego oczekiwał tata, nie zamierzając dodatkowo niepokoić go próbami działania na własną rękę. Rzucanie się do pomocy, gdy nawet nie znała okolicy, brzmiało jak czyste szaleństwo.
Spojrzenie Eleny raz po raz uciekło ku jezioru. Woda wyglądała spokojnie i kojąco, będąc niczym całkowite przeciwieństwo tego, z czym przyszło im się mierzyć. Patrząc na gładką taflę, dziewczyna łatwo potrafiła sobie wyobrazić, czym kierowała się Beatrycze. Jeśli z tego świata nie było żadnej drogi ucieczki, wzbudzające pozytywne emocje jezioro w istocie mogło się kojarzyć z bezpieczną przystanią – i to nawet jeśli nią nie było. Mimo wszystko Elena nie wyobrażała sobie, by skupienie się przy odrobinie wody mogło sprawić, że czające się w tym świecie zagrożenie ot tak odpuści.
Jakaś jej cząstka nieustannie sugerowała, że byli martwi. W zasadzie Andreas powiedział to niemalże wprost, gdy stwierdził, że nie uda im się stąd wyjść. Już wtedy Elena miała pewność, że rzucała się na misję samobójczą, ale wcale nie czuła się z tą myślą źle. Zresztą co tak naprawdę jej pozostało? Spotkała Ciemność. Tyle wystarczyło, by zrozumiała, że żadne z nich nigdy tak naprawdę nie miało wyboru. Jej los został przypieczętowany już w chwili narodzin. Wszystko sprowadzało się tylko do tego, kiedy i w jakich okolicznościach miał zostać wykonany wyrok.
Uśmiechnęła się, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Może to znaczyło, że jednak oszalała, ale i z tym nie było jej źle. Wzniosła twarz ku niebu, pozwalając, by promienie słoneczne – gasnące, co uprzytomniło jej, że zbliżał się wieczór… A może to ten świat jednak był martwy? – grzały jej policzki. W tamtej chwili nie czuła strachu, tylko spokój. Cokolwiek się działo, tak po prostu musiało być.
Gdyby chodziło tylko o nią, mogłaby to zaakceptować. Bolała ją obecność ojca, ale aż za dobrze pamiętała wyraz jego twarzy, kiedy oznajmił, że będzie jej towarzyszył. Nie miała szans protestować. To był jeden z nielicznych razów, kiedy miała absolutną pewność, że nie udałoby jej się z Carlisle'em wygrać.
Była jego córką i to niejako tłumaczyło wszystko. Wystarczyło, by zadecydował.
Nigdy nie myślała o przyszłości, a tym bardziej rodzicielstwie. Teraz tym bardziej zastanawianie się, jak czułaby się, gdyby została matką, nie wchodziło w grę. Nie chodziło nawet o to, że Rafael stanowczo zanegował taką możliwość, choć i ta myśl nie dawała jej spokoju. Nagle po prostu zaczęła Elenę dręczyć, zaprzątając umysł bardziej niż perspektywa śmieci. Tyle też wystarczyło, by podjęła zarówno sens obecności Carlisle'a – tego, że nie potrafił zostawić jej z tym samej – jak i krzywdę, którą najpewniej oboje mieli wyrządzić mamie. To też bolało, ale mimo wszystko…
– Tam coś jest.
Szept Anabelle wyrwał ją z zamyślenia. Natychmiast obejrzała się na dziecko, by po chwili podążyć za spojrzeniem Any do konkretnego punktu. Spięła się, gotowa rzucić do ataku, ale to okazało się zbędne. W zasięgu jej wzroku pojawiły się kolejne kobiety. W zasadzie Elena sama nie była pewna, na której powinna skupić wzrok, bo wszystkie wyglądały podobnie – jasnowłosa, niebieskookie i urodziwe. I bardzo młode. Elena nie miała okazji zobaczyć żadnej, która wyglądałaby więcej niż na trzydzieści lat.
Idealna kolekcja. Wszystkie cudowne okazy, które Ciemność traktowała jak swoją własność – a wszystko po to, by finalnie ten świat zniszczyć.
Całym jej ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Elena zacisnęła dłonie w pięści, ogarnięta niepohamowanym wręcz gniewem. To już nawet nie brzmiało po prostu okrutnie czy niesprawiedliwie. Dla niej było obrzydliwe – i to pod każdym możliwym względem.
Niecierpliwym ruchem otarła twarz, czując cisnące się do oczu łzy. Nie chciała płakać, bynajmniej nie z obawy przed okazaniem słabości. W rzeczywistości miała ochotę krzyczeć – zrobić cokolwiek, by wyrzucić z siebie narastające w jej wnętrzu emocje – ale to nie był dobry moment. Teraz musiała być czujna. Jakoś nie wątpiła, że dokładnie to powiedziałby jej Rafael, gdyby był obok.
Kobiety zbliżył się, w pośpiechu zamierzając w kierunku jeziora. Anabelle wyszła im naprzeciw, ale przybyszki i tak zwolniły, nagle zaczynając się wahać. Elena mogła tylko zgadywać, co bardziej wytrąciło je z równowagi – widok białych skrzydeł czy może odkrycie, że między tu i teraz pojawił się mężczyzna, który na dodatek nie był Ciemnością.
– Tutaj jest bezpiecznie – oznajmiła bez wahania Anabelle i zabrzmiało to tak, jakby faktycznie w to wierzyła. W tamtej chwili Elena naprawdę zaczęła zazdrościć tej ze swoich krewnych optymizmu. – Och, Lydio… – dodała, zwracając się do jednej z kobiet, jednak nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Widziałyśmy Beatrycze. Mówiła… – Lydia urwała, z obawą rozglądając się dookoła. Jej spojrzenie nie wyrażało żadnych konkretnych emocji, gdy spojrzała na jezioro. Wydawała się unikać spoglądania na kogokolwiek, zwłaszcza Carlisle’a i Elenę. – Musimy liczyć na Gaję. Zawsze wiedziała jak z nim rozmawiać.
– Ta… Gaja poszła dyskutować z Ciemnością? – wyrwało się Elenie.
Lydia jednak spojrzała w jej stronę. Przez jej twarz przemknął cień, chociaż trudno było stwierdzić dlaczego – czy przez obecność skrzydeł, czy sam fakt tego, że miała przed sobą niemalże idealne odwzorowanie Beatrycze.
– Gaja zawsze wiedziała, co robić. Nigdy go nie zezłościła… Jeśli ktoś będzie wiedział, co robić, to tylko ona albo Ariadna.
Z jakiegoś powodu Elena wątpiła, by to okazało się takie proste. Tym razem nie chodziło tylko o to, że Ciemność mogłaby mieć zły humor. Z trudem powstrzymała się od uświadomienia zebranym, że najpewniej mierzyli się z czymś, na co żadne z nich nie było gotowe. Te kobiety wydawały się wręcz naiwnie niewinne, nawet mimo lat spędzonych w tym świecie niegotowe na to, by poznać prawdziwe oblicze istoty, która stworzyła dla nich między tu a teraz. Przez myśl przeszło jej nawet, że niektóre i tak nie miały uwierzyć, zbyt przywiązane do stanu rzeczy, który był ich codziennością przez cały ten czas.
Syndrom sztokholmski? Albo jakoś tak, pomyślała, bynajmniej nie czując się z tą świadomością lepiej. Ostatnim, czego potrzebowali, były dodatkowe komplikacje z  tego tytułu.
– Zrobimy wszystko, byście były bezpieczne – zapewnił Carlisle, starannie dobierając słowa. Gdy jednak zdecydował się odezwać, kobiety już nie mogły udawać, że nie istniał. – Beatrycze prosiła, żeby…
– Beatrycze ściągnęła na nas śmierć – zaoponowała natychmiast jedna z przybyłych. Jej imienia akurat Elena nie miała okazji poznać. – Prędzej czy później musiało do tego dojść.
– Przestań – zaoponowała cicho Cassandra.
Wciąż była blada, zresztą milczała od chwili, w której Carlisle’owi udało jej się uspokoić. Chwiejnie stała na nogach, rozszerzonymi oczyma wpatrując się w krewne.
– To twoja siostra – przyznała cicho Lydia, ale jej słowa i ton nie zabrzmiały ani trochę pojednawczo. – Będziesz jej bronić, ale…
– Wszystkie jesteśmy siostrami – przerwała jej Anabelle.
Kobieta z powątpiewaniem spojrzała na dziewczynkę.
– Siostry – oznajmiła z naciskiem – nie skazują się wzajemnie na śmierć. Od zawsze mówiłyśmy jej, że ma odpuścić. Teraz…
– Bo niby lepiej udawać, że nic się nie dzieje? Zapomnieć i…? – Ana gwałtownie zaczerpnęła powietrza. W tamtej chwili ani nie brzmiała, ani nie zachowywała się jak dziesięciolatka. – Skoro tyle znaczymy, dlaczego o tak zdecydował się to zakończyć? Beatrycze nie ma z tym nic wspólnego. To miejsce od zawsze było niczym więcej niż iluzją.
– Wszystkie wiemy, że od zawsze byłaś zapatrzona w nią jak w obrazek – obruszyła się Lydia, nagle podnosząc głos. – Dorośnij. Może gdybyś zrozumiała, że…
– Przestańcie w końcu traktować mnie jak dziecko! Na litość Boską, umarłam, zanim którakolwiek z was tu trafiła! – jęknęła Anabelle. To, że nagle zaczęła krzyczeć, choć na moment zamknęło reszcie zebranych usta. Jakby tego było mało, Lydia nagle pobladła, w popłochu cofając się o krok. Wyglądała, jakby ktoś ją uderzył. – Umarłam. Wszystkie umarłyśmy… Pamiętasz, prawda? Nic więcej, tylko iluzja – powtórzyła, choć po pozostałych kobietach widać było, że nie chciały tego słuchać.
– Prze…
Wszelakie myśli uleciały z głowy Eleny w chwili,  w której wyczuła aż nazbyt charakterystyczną aurę. Odwróciła się gwałtownie, momentalnie odsuwając na bok to, co działo się na jej oczach. Kłótnia wytrąciła ją z równowagi, tak jak i kierunek, który przybrała, ale to przestało mieć znaczenie w chwili, w której do dziewczyny dotarło, że mieli towarzystwo.
Negatywne emocje. Nie musiała nawet się zastanawiać, by wiedzieć, że okolica była nimi wręcz przesiąknięta. Wiedziała, co to oznaczało, ale i tak cała się spięła, gdy pojęła, co czaiło się pomiędzy drzewami. Tym razem widok pulsujących, z wolna zbliżających się ku jezioru cieni, nie zwiastował niczego dobrego. Jakoś nie wątpiła, że wśród czających się demonów nie było Mgiełka ani żadnej innej istoty, w której miałaby szansę wzbudzić trochę cieplejszych uczuć.
– Elena – doszedł ją nerwowy głos ojca, ale i na niego nie zwróciła uwagi.
Nie ruszyła się z miejsca, uważnie obserwując z wolna przesuwające się cienie. Najwyraźniej ostatnie promienie słońca nie robiły na tych istotach większego wrażenia. Poruszały się pewnie, zachęcone emocjami, które dodatkowo je wzmacniały. Kto wie, może same je podsycały, prowokując coraz to gwałtowniejszą wymianę zdań. Elena nie wątpiła, że taka atmosfera była im na rękę.
Gniew powrócił, choć nie tak intensywny jak ten, który wzbudzała w niej myśl o Ciemności. Elena bez zastanowienia przestąpiła naprzód, obojętna na to, że gdzieś za plecami wyczuła ruch, kiedy Carlisle podążył za nią.
– Ani. Kroku – zażądała, wbijając wzrok w cienie.
Tak naprawdę nie sądziła, że jej posłuchają. Zawahała się, gdy jednak to zrobiły, zastygając zaledwie kilka metrów od zebranych. Elena nie odważyła się poruszyć, a co dopiero oderwać wzroku o demonów. Nie tylko je czuła, ale na dodatek słyszała jak szepcą – początkowo niespójnie, przekrzykując się wzajemnie. Dopiero po chwili przywykła do ich głosów na tyle, by rozróżnić poszczególne słowa.
Światłooość.
Nie była pewna czy bardziej ich to dziwiło, czy może fascynowało. Była za to gotowa przysiąc, że to jedno słowo wywołało natychmiastowe poruszenie. Choć nie miała pewności czy to dobrze, rozłożyła skrzydła, licząc na to, że ich obecność zadziała na ich korzyść.
 Poznajecie, prawda? Światłość – zgodziła się, starannie dobierając słowa. Mimowolnie zwracała się do tych istot trochę jak do dzieci, stawiając na proste zdania i jasne polecenia. W ten sposób rozmawiała z Mgiełkiem, również przy nim mając wrażenie, że i tak nie byłby w stanie skupić się na niczym konkretniejszym. – Wiecie, co to znaczy?
Właściwie sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Tym bardziej nie była pewna, czy grożenie istotom, które z łatwością mogłyby rozszarpać ją na kawałki, było rozsądnym posunięciem, ale nie mogła powstrzymać się przed ostrzegawczą, gniewną nutą, która samoistnie wkradła się do jej głosu. Demony lubiły słuchać poleceń, prawda? Rafael za to twierdził, że powinna być w stanie je wydawać, ale…
Światłość należy do brata. Światłość…
Nie wolno krzywdzić Światłości, zasugerował inny głos. Rafael wpadłby we wściekłość.
– T-tak – wykrztusiła, do samej siebie mając pretensje o to, że głos nieznacznie jej zadrżał. Spróbowała się uspokoić, ale przyszło jej to z trudem. Wzmianka o Rafie i gniewie w zupełności wystarczyła, by wytrącić ją z równowagi. – Zezłości się, jeśli stanie mi się krzywda… Mnie albo komukolwiek innemu.
Ojciec kazał coś innego.
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa w odpowiedzi na te słowa. To komplikowało sytuację, choć mogła się tego spodziewać. Oczywiście, że byli tutaj na życzenie Ciemności.
– Rafael nie stracił pozycji.
Drgnęła, gdy tata tak po prostu wtrącił się do rozmowy. Jakby tego było mało, argument, który wysunął, był aż nadto sensowny. Odetchnęła, mimowolnie myśląc o tym, że od razu powinien paść z jej ust. Problem polegał na tym, że w nerwach coraz turniej było jej zebrać myśli.
– Nie stracił – zgodziła się, dla pewności woląc to potwierdzić. Miała wrażenie, że demony mimo wszystko były bardziej zainteresowane słowami, które padały z jej ust. A ja jestem jego żoną. Oboje mamy do powiedzenia równie wiele, co i sama Ciemność.
To było ryzykowne posunięcie, ale naprawdę była zdesperowana. Cel uświęcał środki, prawda? Cóż, przynajmniej Elena pragnęła w to wierzyć. Wolała nie zastanawiać się, co by się stało, gdyby jednak posunęła się za daleko, ale…
Mimo całego napięcia, wyraźnie wyczuła konsternację demonów. Znów zaczęły szeptać jednocześnie, skutecznie przyprawiając Elenę o ból głowy. Skrzywiła się, żałując, że nie mogła zatkać uszu, by zagłuszyć rozbrzmiewające w jej umyśle szepty. Miała ochotę krzyknąć i kazać wszystkim się pozamykać, jednak ostatecznie nie zdobyła się na aż takie ryzyko.
Rafael jest…
Wychwyciła te słowa tylko dlatego, że rozpoznała w nich znajome imię. Poderwała głowę, w napięciu czekając na rozwój wydarzeń, ale nie miała nawet usłyszeć dalszego ciągu wypowiedzi demona.
W chwili, gdy spomiędzy drzew wypadła kolejna kobieta, wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Przybycie kolejnego człowieka okazało się kroplą, która przelała czarę goryczy. Zwłaszcza widok zapłakanej, wyraźnie przerażonej śmiertelniczki, okazał się czymś, wobec czego demony nie potrafiły pozostać obojętne. Jeden z nich ostatecznie stracił cierpliwość, bezceremonialnie rzucając się ku kobiecie. Elena wyraźnie widziała pulsującą, przypominającą bicz nić, która wystrzeliła ku kolejnej z jej krewnych, ze świstem przecinając powietrze.
Reakcja była natychmiastowa. Bez zastanowienia skoczyła do przodu, rozkładając skrzydła i dosłownie materializując się na drodze ataku. Aż zachłysnęła się powietrzem, nie tyle porażona bólem, co samą świadomością przyjętego na siebie uderzenia. Zachwiała się, zaskoczona siłą i tym, że tak naprawdę nie poczuła niczego. Z opóźnieniem dotarło do niej, że skrzydła skutecznie zamortyzowały cios, nie pozwalając skrzywdzić ani Eleny, ani wyraźnie oszołomionej, zastygłej kawałek dalej kobiety.
Dziewczyna oddychała szybko i płytko, wciąż oszołomiona. Wiedziała, że wrażliwym punktem były plecy, ale – paradoksalnie – najwyraźniej skrzydła pozostawały bardziej wytrzymałe, niż  mogłaby podejrzewać. Momentalnie przypomniała to z jaką lekkością Rafael osłonił ją i Liz, kiedy przypadkiem znalazły się w zasięgu rażenia głosu Sharon. Niebezpieczny krzyk po prostu się rozproszył, zupełnie jakby kruczoczarne pióra stanowiły barierę nie do przebicia.
– Elena!
Potrząsnęła głową. Natychmiast wyprostowała się, by móc spojrzeć na ojca.
– Jestem cała! – odkrzyknęła, chociaż wciąż temu niedowierzała. Choć wciąż oszołomiona, w pośpiechu przybrała pozycję obronną. – I zaczynam tracić cierpliwość!
Wciąż pozostawała bardziej zagniewana niż przerażona. W oszołomieniu pomyślała, że już kiedyś tego doświadczyła. Trzęsła się od nadmiaru emocji, w głowie mając tylko jedno: to, że powinna chronić tych, którzy byli dla niej ważni. To pragnienie skutecznie przysłaniało wszystko inne, nie pozwalając Elenie się skupić. Jeszcze jakiś czas temu byłaby przerażona, gdyby przyszło jej walczyć z tymi istotami, ale teraz…
Och, teraz była inna. A dzięki Rafaelowi miała dużo więcej do powiedzenia.
Wyczuła ruch na ułamek sekundy przed kolejnym uderzeniem. Tym razem cios był wymierzony w nią, a przynajmniej do takiego zdążyła dojść wniosku, gdy instynktownie uskoczyła na bok. Jak wtedy, gdy ćwiczyliśmy szermierkę, pomyślała, przez moment sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Och, więc jednak się przydało. Unikanie ostrych przedmiotów w istocie okazało się dość przydatną umiejętnością. Różnica polegała na tym, że podczas gdy Rafael był skłonny zapewnić jej co najwyżej kilka siniaków, rozdrażnione demony nie miałyby nic przeciwko, by jednak dobrać się do zawartości jej żył.
Poruszając się trochę jak w transie, przesadnie wręcz skupiona na każdym kolejnym ruchu, wykonała kolejny unik. Krążyła wokół skulonej za jej plecami kobiety, nie zamierzając ryzykować, że za którymś razem któremuś cieniowi uda się dobrać również do niej. Jęknęła, gdy jedna z macek otarła się o jej ramię, pozostawiając na nim krwawiące cięcie. Kilka lśniących kropel poznaczyło ziemię, jednak krew została prawie natychmiast pochłonięta przez demony.
Podobało im się to. I najwyraźniej były głodne czegoś więcej, niż tylko negatywnych emocji.
Rafael nie byłby zadowolony…
Tyle że Rafy tutaj nie było, nie wspominając o tym, że był w stanie wystarczająco… niepokojącym, by w ogóle liczyła na jego pomoc. Musiała poradzić sobie sama, ale nie miała pojęcia jak. Powinna móc kontrolować te istoty, ale teraz już nie łudziła się, że rozmowa i sensowne argumenty sprawią, że cienie choćby się zawahają. Kiedy w grę wchodził instynkt, logika i świadomość konsekwencji okazywały się niewystarczające.
Gdzieś za jej plecami rozbrzmiał krzyk. Miała zaledwie ułamki sekund, by pojąc, że jednak popełniła błąd. W ogólnym zamieszaniu jednemu z demonów udało się przemknąć, a potem…
W chwili,  w której Elenę uderzył zapach słodkiej, ludzkiej krwi, ostatecznie straciła cierpliwość. Nie myślała, kiedy zwróciła się ku krewnej, bez wahania rzucając się jej na pomoc. Czuła tylko gniew i rozchodzące się po całym jej ciele ciepło, wydające się mieć swoje źródło bezpośrednio w dłoniach. Jakaś jej cząstka wiedziała, co to oznaczało, ale w pełni zrozumiała dopiero w chwili, w której w jej dłoniach zmaterializował się znajomy już miecz. Niebiański Ogień jednak znalazł do niej drogę, materializując się w sposób, który dobrze znała – tak po prostu, dokładnie jak w wieczór, gdy Elena omal nie zabiła Jane.
Tym razem nie dała sobie czasu na wątpliwości. Gdy tylko pierwszy szok minął, uniosła broń, na oślep tnąc przed siebie. Nie miała pojęcia w jaki sposób pochwycić ostrze, choć to zadziwiająco dobrze leżało w jej dłoniach. Tym bardziej nie miała pojęcia, co powinna zrobić, ale to nie powstrzymało jej przed atakiem. Rozgrzany metal przeciął powietrze dokładnie w miejscu, w którym dostrzegła jeden z pulsujących, spragnionych krwi cieni.
Wrzask, który nagle rozbrzmiał w jej głowie, na moment pozbawił Elenę tchu.
Zastygła, ciałem wciąż osłaniając krewną. Słyszała cichy, stłumiony szloch i to uświadomiło jej, że jednak zdążyła pozbyć się demona, zanim ten zdążyłby wyrządzić większe szkody. Stała wyprostowana, z ostrzem w drżących dłoniach, w oszołomieniu spoglądając na pozostałe cienie. Gdy tylko rozbrzmiewający w jej głowie krzyk ucichł, dookoła zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Nikt się nie odezwał, ale i tak zauważyła, że cienie się wycofały – tylko nieznacznie, ale jednak.
Z wolna uniosła miecz, jakby chcąc go zaprezentować. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy z uwagą powiodła wzrokiem dookoła, śledząc wzrokiem skupione wokół niej demony. Wierzyła, że zrozumiały. Cóż, lepiej dla nich, by tak było, bo nie miała nawet siły, żeby słownie tłumaczyć im oczywistości. To, że się nie poruszały, okazało się wystarczająco wymowną wskazówką. Może i brakowało im ludzkim odruchów, ale wciąż dysponowały instynktem przerwania.
– Wynoście się – wyszeptała. W zasadzie wszystko sprowadzało się wyłącznie do nic nieznaczącego ruchu warg. – Teraz.
Jej ostatnie słowo zaginęło w aż nazbyt charakterystycznym trzepocie skrzydeł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa