
Elena
Tata wyglądał na
zdenerwowanego. Nie dziwiło jej to, ale i tak widok Carlisle'a w takim
stanie, okazał się nienaturalny. Obserwowała go zarówno wtedy, gdy rozmawiał z Beatrycze,
jak i później, próbującego uspokajać Cassandrę. Swoją… Cóż, ciotkę jakby
nie patrzeć.
Ta świadomość
niejako zmieniała postać rzeczy. Wystarczyła chwila, by Elena również poczuła
się nieswojo, bezskutecznie próbując uporządkować to, co działo się wokół niej.
Wróciła.
Znów wylądowała między tu a teraz, choć ostatnia wizyta w tym miejscu
była z jej perspektywy zaledwie odległym, dawno wypartym z pamięci
wspomnieniem. Tak naprawdę wszystko, co działo się między chwilą jej śmierci a przebudzeniem
takie było.
Miała
wrażenie, że umykało jej coś istotnego. Przez chwilę próbowała sobie
przypomnieć, ale poza przerażeniem Beatrycze i tym, jak kobieta tuliła ją
do siebie, obiecując, że zostanie, Elena nie była w stanie przywołać
niczego więcej. Pozostało jej co najwyżej niespokojnie krążyć i czekać,
choć taka perspektywa była ostatnim, czego dziewczyna tak naprawdę chciała. Z drugiej
strony, ten jeden raz pragnęła postąpić zgodnie z tym, czego oczekiwał
tata, nie zamierzając dodatkowo niepokoić go próbami działania na własną rękę.
Rzucanie się do pomocy, gdy nawet nie znała okolicy, brzmiało jak czyste
szaleństwo.
Spojrzenie
Eleny raz po raz uciekło ku jezioru. Woda wyglądała spokojnie i kojąco,
będąc niczym całkowite przeciwieństwo tego, z czym przyszło im się
mierzyć. Patrząc na gładką taflę, dziewczyna łatwo potrafiła sobie wyobrazić,
czym kierowała się Beatrycze. Jeśli z tego świata nie było żadnej drogi
ucieczki, wzbudzające pozytywne emocje jezioro w istocie mogło się
kojarzyć z bezpieczną przystanią – i to nawet jeśli nią nie było. Mimo
wszystko Elena nie wyobrażała sobie, by skupienie się przy odrobinie wody mogło
sprawić, że czające się w tym świecie zagrożenie ot tak odpuści.
Jakaś jej
cząstka nieustannie sugerowała, że byli martwi. W zasadzie Andreas
powiedział to niemalże wprost, gdy stwierdził, że nie uda im się stąd wyjść.
Już wtedy Elena miała pewność, że rzucała się na misję samobójczą, ale wcale
nie czuła się z tą myślą źle. Zresztą co tak naprawdę jej pozostało?
Spotkała Ciemność. Tyle wystarczyło, by zrozumiała, że żadne z nich nigdy
tak naprawdę nie miało wyboru. Jej los został przypieczętowany już w chwili
narodzin. Wszystko sprowadzało się tylko do tego, kiedy i w jakich
okolicznościach miał zostać wykonany wyrok.
Uśmiechnęła
się, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Może to znaczyło, że jednak
oszalała, ale i z tym nie było jej źle. Wzniosła twarz ku niebu,
pozwalając, by promienie słoneczne – gasnące, co uprzytomniło jej, że zbliżał
się wieczór… A może to ten świat jednak był martwy? – grzały jej policzki.
W tamtej chwili nie czuła strachu, tylko spokój. Cokolwiek się działo, tak
po prostu musiało być.
Gdyby
chodziło tylko o nią, mogłaby to zaakceptować. Bolała ją obecność ojca,
ale aż za dobrze pamiętała wyraz jego twarzy, kiedy oznajmił, że będzie jej
towarzyszył. Nie miała szans protestować. To był jeden z nielicznych
razów, kiedy miała absolutną pewność, że nie udałoby jej się z Carlisle'em
wygrać.
Była jego
córką i to niejako tłumaczyło wszystko. Wystarczyło, by zadecydował.
Nigdy nie
myślała o przyszłości, a tym bardziej rodzicielstwie. Teraz tym
bardziej zastanawianie się, jak czułaby się, gdyby została matką, nie wchodziło
w grę. Nie chodziło nawet o to, że Rafael stanowczo zanegował taką
możliwość, choć i ta myśl nie dawała jej spokoju. Nagle po prostu zaczęła
Elenę dręczyć, zaprzątając umysł bardziej niż perspektywa śmieci. Tyle też
wystarczyło, by podjęła zarówno sens obecności Carlisle'a – tego, że nie
potrafił zostawić jej z tym samej – jak i krzywdę, którą najpewniej
oboje mieli wyrządzić mamie. To też bolało, ale mimo wszystko…
– Tam coś
jest.
Szept
Anabelle wyrwał ją z zamyślenia. Natychmiast obejrzała się na dziecko, by
po chwili podążyć za spojrzeniem Any do konkretnego punktu. Spięła się, gotowa
rzucić do ataku, ale to okazało się zbędne. W zasięgu jej wzroku pojawiły
się kolejne kobiety. W zasadzie Elena sama nie była pewna, na której
powinna skupić wzrok, bo wszystkie wyglądały podobnie – jasnowłosa,
niebieskookie i urodziwe. I bardzo młode. Elena nie miała okazji
zobaczyć żadnej, która wyglądałaby więcej niż na trzydzieści lat.
Idealna
kolekcja. Wszystkie cudowne okazy, które Ciemność traktowała jak swoją własność
– a wszystko po to, by finalnie ten świat zniszczyć.
Całym jej
ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Elena zacisnęła dłonie w pięści,
ogarnięta niepohamowanym wręcz gniewem. To już nawet nie brzmiało po prostu
okrutnie czy niesprawiedliwie. Dla niej było obrzydliwe – i to pod każdym
możliwym względem.
Niecierpliwym
ruchem otarła twarz, czując cisnące się do oczu łzy. Nie chciała płakać,
bynajmniej nie z obawy przed okazaniem słabości. W rzeczywistości
miała ochotę krzyczeć – zrobić cokolwiek, by wyrzucić z siebie narastające
w jej wnętrzu emocje – ale to nie był dobry moment. Teraz musiała być
czujna. Jakoś nie wątpiła, że dokładnie to powiedziałby jej Rafael, gdyby był
obok.
Kobiety
zbliżył się, w pośpiechu zamierzając w kierunku jeziora. Anabelle
wyszła im naprzeciw, ale przybyszki i tak zwolniły, nagle zaczynając się
wahać. Elena mogła tylko zgadywać, co bardziej wytrąciło je z równowagi –
widok białych skrzydeł czy może odkrycie, że między tu i teraz pojawił się
mężczyzna, który na dodatek nie był Ciemnością.
– Tutaj
jest bezpiecznie – oznajmiła bez wahania Anabelle i zabrzmiało to tak,
jakby faktycznie w to wierzyła. W tamtej chwili Elena naprawdę
zaczęła zazdrościć tej ze swoich krewnych optymizmu. – Och, Lydio… – dodała,
zwracając się do jednej z kobiet, jednak nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Widziałyśmy
Beatrycze. Mówiła… – Lydia urwała, z obawą rozglądając się dookoła. Jej
spojrzenie nie wyrażało żadnych konkretnych emocji, gdy spojrzała na jezioro.
Wydawała się unikać spoglądania na kogokolwiek, zwłaszcza Carlisle’a i Elenę.
– Musimy liczyć na Gaję. Zawsze wiedziała jak z nim rozmawiać.
– Ta… Gaja poszła
dyskutować z Ciemnością? – wyrwało się Elenie.
Lydia
jednak spojrzała w jej stronę. Przez jej twarz przemknął cień, chociaż
trudno było stwierdzić dlaczego – czy przez obecność skrzydeł, czy sam fakt
tego, że miała przed sobą niemalże idealne odwzorowanie Beatrycze.
– Gaja zawsze
wiedziała, co robić. Nigdy go nie zezłościła… Jeśli ktoś będzie wiedział, co
robić, to tylko ona albo Ariadna.
Z jakiegoś powodu
Elena wątpiła, by to okazało się takie proste. Tym razem nie chodziło tylko o to,
że Ciemność mogłaby mieć zły humor. Z trudem powstrzymała się od uświadomienia
zebranym, że najpewniej mierzyli się z czymś, na co żadne z nich nie
było gotowe. Te kobiety wydawały się wręcz naiwnie niewinne, nawet mimo lat
spędzonych w tym świecie niegotowe na to, by poznać prawdziwe oblicze
istoty, która stworzyła dla nich między tu a teraz. Przez myśl przeszło
jej nawet, że niektóre i tak nie miały uwierzyć, zbyt przywiązane do stanu
rzeczy, który był ich codziennością przez cały ten czas.
Syndrom sztokholmski?
Albo jakoś tak, pomyślała, bynajmniej nie czując się z tą świadomością
lepiej. Ostatnim, czego potrzebowali, były dodatkowe komplikacje z tego
tytułu.
– Zrobimy
wszystko, byście były bezpieczne – zapewnił Carlisle, starannie dobierając
słowa. Gdy jednak zdecydował się odezwać, kobiety już nie mogły udawać, że nie
istniał. – Beatrycze prosiła, żeby…
– Beatrycze
ściągnęła na nas śmierć – zaoponowała natychmiast jedna z przybyłych. Jej
imienia akurat Elena nie miała okazji poznać. – Prędzej czy później musiało do
tego dojść.
– Przestań –
zaoponowała cicho Cassandra.
Wciąż była
blada, zresztą milczała od chwili, w której Carlisle’owi udało jej się
uspokoić. Chwiejnie stała na nogach, rozszerzonymi oczyma wpatrując się w krewne.
– To twoja
siostra – przyznała cicho Lydia, ale jej słowa i ton nie zabrzmiały ani trochę
pojednawczo. – Będziesz jej bronić, ale…
– Wszystkie
jesteśmy siostrami – przerwała jej Anabelle.
Kobieta z powątpiewaniem
spojrzała na dziewczynkę.
– Siostry –
oznajmiła z naciskiem – nie skazują się wzajemnie na śmierć. Od zawsze
mówiłyśmy jej, że ma odpuścić. Teraz…
– Bo niby
lepiej udawać, że nic się nie dzieje? Zapomnieć i…? – Ana gwałtownie
zaczerpnęła powietrza. W tamtej chwili ani nie brzmiała, ani nie zachowywała
się jak dziesięciolatka. – Skoro tyle znaczymy, dlaczego o tak zdecydował
się to zakończyć? Beatrycze nie ma z tym nic wspólnego. To miejsce od
zawsze było niczym więcej niż iluzją.
– Wszystkie
wiemy, że od zawsze byłaś zapatrzona w nią jak w obrazek – obruszyła
się Lydia, nagle podnosząc głos. – Dorośnij. Może gdybyś zrozumiała, że…
–
Przestańcie w końcu traktować mnie jak dziecko! Na litość Boską, umarłam,
zanim którakolwiek z was tu trafiła! – jęknęła Anabelle. To, że nagle
zaczęła krzyczeć, choć na moment zamknęło reszcie zebranych usta. Jakby tego
było mało, Lydia nagle pobladła, w popłochu cofając się o krok.
Wyglądała, jakby ktoś ją uderzył. – Umarłam. Wszystkie umarłyśmy… Pamiętasz,
prawda? Nic więcej, tylko iluzja – powtórzyła, choć po pozostałych kobietach
widać było, że nie chciały tego słuchać.
– Prze…
Wszelakie
myśli uleciały z głowy Eleny w chwili, w której wyczuła aż nazbyt
charakterystyczną aurę. Odwróciła się gwałtownie, momentalnie odsuwając na bok to,
co działo się na jej oczach. Kłótnia wytrąciła ją z równowagi, tak jak i kierunek,
który przybrała, ale to przestało mieć znaczenie w chwili, w której
do dziewczyny dotarło, że mieli towarzystwo.
Negatywne
emocje. Nie musiała nawet się zastanawiać, by wiedzieć, że okolica była
nimi wręcz przesiąknięta. Wiedziała, co to oznaczało, ale i tak cała się
spięła, gdy pojęła, co czaiło się pomiędzy drzewami. Tym razem widok pulsujących,
z wolna zbliżających się ku jezioru cieni, nie zwiastował niczego dobrego.
Jakoś nie wątpiła, że wśród czających się demonów nie było Mgiełka ani żadnej innej
istoty, w której miałaby szansę wzbudzić trochę cieplejszych uczuć.
– Elena –
doszedł ją nerwowy głos ojca, ale i na niego nie zwróciła uwagi.
Nie ruszyła
się z miejsca, uważnie obserwując z wolna przesuwające się cienie.
Najwyraźniej ostatnie promienie słońca nie robiły na tych istotach większego
wrażenia. Poruszały się pewnie, zachęcone emocjami, które dodatkowo je wzmacniały.
Kto wie, może same je podsycały, prowokując coraz to gwałtowniejszą wymianę
zdań. Elena nie wątpiła, że taka atmosfera była im na rękę.
Gniew
powrócił, choć nie tak intensywny jak ten, który wzbudzała w niej myśl o Ciemności.
Elena bez zastanowienia przestąpiła naprzód, obojętna na to, że gdzieś za
plecami wyczuła ruch, kiedy Carlisle podążył za nią.
– Ani.
Kroku – zażądała, wbijając wzrok w cienie.
Tak
naprawdę nie sądziła, że jej posłuchają. Zawahała się, gdy jednak to zrobiły,
zastygając zaledwie kilka metrów od zebranych. Elena nie odważyła się poruszyć,
a co dopiero oderwać wzroku o demonów. Nie tylko je czuła, ale na
dodatek słyszała jak szepcą – początkowo niespójnie, przekrzykując się
wzajemnie. Dopiero po chwili przywykła do ich głosów na tyle, by rozróżnić
poszczególne słowa.
Światłooość.
Nie była
pewna czy bardziej ich to dziwiło, czy może fascynowało. Była za to gotowa
przysiąc, że to jedno słowo wywołało natychmiastowe poruszenie. Choć nie miała
pewności czy to dobrze, rozłożyła skrzydła, licząc na to, że ich obecność
zadziała na ich korzyść.
– Poznajecie, prawda? Światłość – zgodziła się,
starannie dobierając słowa. Mimowolnie zwracała się do tych istot trochę jak do
dzieci, stawiając na proste zdania i jasne polecenia. W ten sposób
rozmawiała z Mgiełkiem, również przy nim mając wrażenie, że i tak nie
byłby w stanie skupić się na niczym konkretniejszym. – Wiecie, co to
znaczy?
Właściwie
sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Tym bardziej nie była pewna, czy
grożenie istotom, które z łatwością mogłyby rozszarpać ją na kawałki, było
rozsądnym posunięciem, ale nie mogła powstrzymać się przed ostrzegawczą,
gniewną nutą, która samoistnie wkradła się do jej głosu. Demony lubiły słuchać
poleceń, prawda? Rafael za to twierdził, że powinna być w stanie je
wydawać, ale…
Światłość
należy do brata. Światłość…
Nie
wolno krzywdzić Światłości, zasugerował inny głos. Rafael wpadłby we
wściekłość.
– T-tak –
wykrztusiła, do samej siebie mając pretensje o to, że głos nieznacznie jej
zadrżał. Spróbowała się uspokoić, ale przyszło jej to z trudem. Wzmianka o Rafie
i gniewie w zupełności wystarczyła, by wytrącić ją z równowagi. –
Zezłości się, jeśli stanie mi się krzywda… Mnie albo komukolwiek innemu.
Ojciec
kazał coś innego.
Nieprzyjemny
dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa w odpowiedzi na te słowa. To
komplikowało sytuację, choć mogła się tego spodziewać. Oczywiście, że byli
tutaj na życzenie Ciemności.
– Rafael
nie stracił pozycji.
Drgnęła, gdy
tata tak po prostu wtrącił się do rozmowy. Jakby tego było mało, argument,
który wysunął, był aż nadto sensowny. Odetchnęła, mimowolnie myśląc o tym,
że od razu powinien paść z jej ust. Problem polegał na tym, że w nerwach
coraz turniej było jej zebrać myśli.
– Nie
stracił – zgodziła się, dla pewności woląc to potwierdzić. Miała wrażenie, że
demony mimo wszystko były bardziej zainteresowane słowami, które padały z jej
ust. A ja jestem jego żoną. Oboje mamy do powiedzenia równie wiele, co i sama
Ciemność.
To było
ryzykowne posunięcie, ale naprawdę była zdesperowana. Cel uświęcał środki,
prawda? Cóż, przynajmniej Elena pragnęła w to wierzyć. Wolała nie
zastanawiać się, co by się stało, gdyby jednak posunęła się za daleko, ale…
Mimo całego
napięcia, wyraźnie wyczuła konsternację demonów. Znów zaczęły szeptać
jednocześnie, skutecznie przyprawiając Elenę o ból głowy. Skrzywiła się,
żałując, że nie mogła zatkać uszu, by zagłuszyć rozbrzmiewające w jej
umyśle szepty. Miała ochotę krzyknąć i kazać wszystkim się pozamykać, jednak
ostatecznie nie zdobyła się na aż takie ryzyko.
Rafael
jest…
Wychwyciła
te słowa tylko dlatego, że rozpoznała w nich znajome imię. Poderwała
głowę, w napięciu czekając na rozwój wydarzeń, ale nie miała nawet
usłyszeć dalszego ciągu wypowiedzi demona.
W chwili,
gdy spomiędzy drzew wypadła kolejna kobieta, wszystko potoczyło się bardzo
szybko.
Przybycie
kolejnego człowieka okazało się kroplą, która przelała czarę goryczy. Zwłaszcza
widok zapłakanej, wyraźnie przerażonej śmiertelniczki, okazał się czymś, wobec
czego demony nie potrafiły pozostać obojętne. Jeden z nich ostatecznie
stracił cierpliwość, bezceremonialnie rzucając się ku kobiecie. Elena wyraźnie
widziała pulsującą, przypominającą bicz nić, która wystrzeliła ku kolejnej z jej
krewnych, ze świstem przecinając powietrze.
Reakcja
była natychmiastowa. Bez zastanowienia skoczyła do przodu, rozkładając skrzydła
i dosłownie materializując się na drodze ataku. Aż zachłysnęła się
powietrzem, nie tyle porażona bólem, co samą świadomością przyjętego na siebie
uderzenia. Zachwiała się, zaskoczona siłą i tym, że tak naprawdę nie
poczuła niczego. Z opóźnieniem dotarło do niej, że skrzydła skutecznie
zamortyzowały cios, nie pozwalając skrzywdzić ani Eleny, ani wyraźnie
oszołomionej, zastygłej kawałek dalej kobiety.
Dziewczyna
oddychała szybko i płytko, wciąż oszołomiona. Wiedziała, że wrażliwym
punktem były plecy, ale – paradoksalnie – najwyraźniej skrzydła pozostawały
bardziej wytrzymałe, niż mogłaby
podejrzewać. Momentalnie przypomniała to z jaką lekkością Rafael osłonił ją
i Liz, kiedy przypadkiem znalazły się w zasięgu rażenia głosu Sharon.
Niebezpieczny krzyk po prostu się rozproszył, zupełnie jakby kruczoczarne pióra
stanowiły barierę nie do przebicia.
– Elena!
Potrząsnęła
głową. Natychmiast wyprostowała się, by móc spojrzeć na ojca.
– Jestem
cała! – odkrzyknęła, chociaż wciąż temu niedowierzała. Choć wciąż oszołomiona, w pośpiechu
przybrała pozycję obronną. – I zaczynam tracić cierpliwość!
Wciąż pozostawała
bardziej zagniewana niż przerażona. W oszołomieniu pomyślała, że już
kiedyś tego doświadczyła. Trzęsła się od nadmiaru emocji, w głowie mając
tylko jedno: to, że powinna chronić tych, którzy byli dla niej ważni. To
pragnienie skutecznie przysłaniało wszystko inne, nie pozwalając Elenie się
skupić. Jeszcze jakiś czas temu byłaby przerażona, gdyby przyszło jej walczyć z tymi
istotami, ale teraz…
Och, teraz
była inna. A dzięki Rafaelowi miała dużo więcej do powiedzenia.
Wyczuła
ruch na ułamek sekundy przed kolejnym uderzeniem. Tym razem cios był wymierzony
w nią, a przynajmniej do takiego zdążyła dojść wniosku, gdy instynktownie
uskoczyła na bok. Jak wtedy, gdy ćwiczyliśmy szermierkę, pomyślała,
przez moment sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Och, więc
jednak się przydało. Unikanie ostrych przedmiotów w istocie okazało się
dość przydatną umiejętnością. Różnica polegała na tym, że podczas gdy Rafael
był skłonny zapewnić jej co najwyżej kilka siniaków, rozdrażnione demony nie
miałyby nic przeciwko, by jednak dobrać się do zawartości jej żył.
Poruszając
się trochę jak w transie, przesadnie wręcz skupiona na każdym kolejnym
ruchu, wykonała kolejny unik. Krążyła wokół skulonej za jej plecami kobiety,
nie zamierzając ryzykować, że za którymś razem któremuś cieniowi uda się dobrać
również do niej. Jęknęła, gdy jedna z macek otarła się o jej ramię,
pozostawiając na nim krwawiące cięcie. Kilka lśniących kropel poznaczyło ziemię,
jednak krew została prawie natychmiast pochłonięta przez demony.
Podobało im
się to. I najwyraźniej były głodne czegoś więcej, niż tylko negatywnych emocji.
Rafael
nie byłby zadowolony…
Tyle że
Rafy tutaj nie było, nie wspominając o tym, że był w stanie wystarczająco…
niepokojącym, by w ogóle liczyła na jego pomoc. Musiała poradzić sobie
sama, ale nie miała pojęcia jak. Powinna móc kontrolować te istoty, ale teraz
już nie łudziła się, że rozmowa i sensowne argumenty sprawią, że cienie
choćby się zawahają. Kiedy w grę wchodził instynkt, logika i świadomość
konsekwencji okazywały się niewystarczające.
Gdzieś za
jej plecami rozbrzmiał krzyk. Miała zaledwie ułamki sekund, by pojąc, że jednak
popełniła błąd. W ogólnym zamieszaniu jednemu z demonów udało się przemknąć,
a potem…
W chwili, w której Elenę uderzył zapach słodkiej,
ludzkiej krwi, ostatecznie straciła cierpliwość. Nie myślała, kiedy zwróciła
się ku krewnej, bez wahania rzucając się jej na pomoc. Czuła tylko gniew i rozchodzące
się po całym jej ciele ciepło, wydające się mieć swoje źródło bezpośrednio w dłoniach.
Jakaś jej cząstka wiedziała, co to oznaczało, ale w pełni zrozumiała dopiero
w chwili, w której w jej dłoniach zmaterializował się znajomy
już miecz. Niebiański Ogień jednak znalazł do niej drogę, materializując się w sposób,
który dobrze znała – tak po prostu, dokładnie jak w wieczór, gdy Elena
omal nie zabiła Jane.
Tym razem
nie dała sobie czasu na wątpliwości. Gdy tylko pierwszy szok minął, uniosła
broń, na oślep tnąc przed siebie. Nie miała pojęcia w jaki sposób
pochwycić ostrze, choć to zadziwiająco dobrze leżało w jej dłoniach. Tym bardziej
nie miała pojęcia, co powinna zrobić, ale to nie powstrzymało jej przed
atakiem. Rozgrzany metal przeciął powietrze dokładnie w miejscu, w którym
dostrzegła jeden z pulsujących, spragnionych krwi cieni.
Wrzask,
który nagle rozbrzmiał w jej głowie, na moment pozbawił Elenę tchu.
Zastygła, ciałem
wciąż osłaniając krewną. Słyszała cichy, stłumiony szloch i to uświadomiło
jej, że jednak zdążyła pozbyć się demona, zanim ten zdążyłby wyrządzić większe
szkody. Stała wyprostowana, z ostrzem w drżących dłoniach, w oszołomieniu
spoglądając na pozostałe cienie. Gdy tylko rozbrzmiewający w jej głowie
krzyk ucichł, dookoła zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Nikt się nie
odezwał, ale i tak zauważyła, że cienie się wycofały – tylko nieznacznie,
ale jednak.
Z wolna
uniosła miecz, jakby chcąc go zaprezentować. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy
z uwagą powiodła wzrokiem dookoła, śledząc wzrokiem skupione wokół niej
demony. Wierzyła, że zrozumiały. Cóż, lepiej dla nich, by tak było, bo nie
miała nawet siły, żeby słownie tłumaczyć im oczywistości. To, że się nie poruszały,
okazało się wystarczająco wymowną wskazówką. Może i brakowało im ludzkim
odruchów, ale wciąż dysponowały instynktem przerwania.
– Wynoście
się – wyszeptała. W zasadzie wszystko sprowadzało się wyłącznie do nic
nieznaczącego ruchu warg. – Teraz.
Jej
ostatnie słowo zaginęło w aż nazbyt charakterystycznym trzepocie skrzydeł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz