
Renesmee
– Okej, po kolei. – To Isabeau
jako pierwsza zdecydowała się odezwać. – Skracając to, co się dzieje: dobrą
godzinę jak nie dłużej skaczemy z miejsca na miejsce. Dopiero co byliśmy w domu
Allegry i… Cóż, teraz wylądowaliśmy tutaj – wyjaśniła, wzruszając ramionami.
Zamrugałam, spoglądając na nią z powątpiewaniem, zwłaszcza że sposób, w jaki
wypowiedziała te słowa, okazał się zadziwiająco wręcz lekki. Och, tak, czemu
nie? – Skoro tak, stąd też musi być wyjście. Pytanie gdzie.
– Pytanie –
poprawił ją Rufus – czy w takim wypadku powinniśmy brnąć dalej. Skąd ty
się tu wzięłaś? – zapytał wprost, zwracając się bezpośrednio do mnie.
Ze świstem
wypuściłam powietrze. Wciąż byłam podenerwowana, ale nie na tyle, by nie
zauważyć, że wampir trzymał się w bezpiecznej odległości, jakby w obawie,
że znów rzucę się go przytulać. To byłoby całkiem zabawne, gdybym mogła skupić
się na czymkolwiek innym prócz myślenia o Joce. Myśl o tym, że
miałaby błądzić tak jak my, nie podobała mi się – i to najdelikatniej
rzecz ujmując.
Dłonie Gabriela
wylądowały na moich ramionach, kiedy spróbował powstrzymać mnie przed niespokojnym
krążeniem po pokoju. Zamknęłam oczy,
bynajmniej nie uspokojona. W jakimś stopniu nie dowierzałam, że naprawdę
był obok.
– Po kolei –
zasugerował, układając obie dłonie na moich policzkach. Chcąc nie chcąc
zwróciłam się w jego stronę. – Skup się i wszystko mi powiedz. Mógłbym
sam sprawdzić, ale…
– Moce nie
działają. Tak… Zorientowałam się dzięki tacie – wymamrotałam, nieznacznie
potrząsając głową. Palce męża z czułością przesunęły się po mojej twarzy. –
Byłam przy tobie i Layli, kiedy wy… Wiesz, prawda? – zapytałam, otwierając
oczy i pozwalając na to, by nasze spojrzenia znów się spotkały. – Ale
potem wylądowałam w lesie. Znaczy… To wyglądało na Forks, ale nim nie było.
Tak sądzę, bo inaczej już dawno znalazłabym wyjście. Za dobrze znam okolicę.
–
Oczywiście – zgodził się pośpiesznie Gabriel. Przez jego twarz przemknął cień,
ale przynajmniej słowem nie skomentował tego, co powiedziałam wcześniej. Nie
chciałam dyskutować o Isobel i… wszystkim innym. Na to jeszcze miał
przyjść odpowiedni czas. – Co dalej? Wspominałaś o rodzicach.
– Wpadłam
na nich. – Postanowiłam pominąć opis tego, jak to wyglądało. Zdenerwowany
Gabriel nigdy nie wróżył dobrze, zresztą nie mieliśmy na to czasu. Och, no i w zupełności
wystarczyło mi, że tata wciąż miał do siebie pretensje. Czasami naprawdę nie
rozumiałam, dlaczego wszyscy faceci w moim otoczeniu musieli być
cholernymi masochistami. – I na jeszcze jedną osobę. Człowieka – dodałam, pośpiesznie
zmieniając temat.
– Człowieka
– powtórzył cicho Dimitr.
Skinęłam
głową. Przeniosłam na niego wzrok, bynajmniej nie zaskoczona, że przez cały
czas trzymał się blisko Isabeau. W którymś momencie objął ją ramieniem,
jakby od niechcenia pocierając ramię wampirzycy. Przyjmowała to ze spokojem, po
prostu mnie obserwując. Stała z założonymi rękoma i skupionym,
niepokojąco wręcz poważnym wyrazem twarzy.
– Och, tak.
Sądzę… – Zawahałam się na moment. Potrzebowałam chwili, by zebrać myśli i zdecydować,
w jaki sposób wyjaśnić im coś, czego sama nie rozumiałam. – Ulrich mnie
rozpoznał. Albo raczej moje ciało, więc… Nazywał mnie Leaną.
Rufus
rzucił mi wymowne, bliżej nieodgadnione spojrzenie. Przez moment miałam ochotę zacząć
go wypytywać, ale powstrzymał mnie sposób, w jaki Gabriel nerwowo zacisnął
dłonie na moich ramionach. Natychmiast ponownie zwróciłam się ku niemu, pytająco
unosząc brwi.
– Nie
miałem pojęcia… – zaczął, ale nie zamierzałam słuchać tego, co miał mi do
powiedzenia.
– Jestem
tutaj. I tego się trzymajmy – oznajmiłam z naciskiem. Przynajmniej na
razie wolałam nie myśleć, co mogło się ze mną stać później. Teraz czułam się
materialna, ale ten świat… Cóż, zdecydowanie nie był prawdziwy. – Byłam z rodzicami
i Ulrichem. Potem pojawiła się Esme i ten demon, i to oni nas stamtąd
zabrali, ale ja…
– Chwila,
chwila. Jaki demon? – zniecierpliwił się Rufus. – Mów mniej chaotycznie,
dziecko.
Skrzywiłam
się w odpowiedzi na jego słowa. Otworzyłam usta, gotowa po raz wtóry
przypomnieć mu, ze miał nie zwracać się do mnie w ten sposób, ale w porę
udało mi się powstrzymać.
– Jasne –
zreflektowałam się, ze świstem wypuszczając powietrze. – Babcia przyszła w towarzystwie
jednego z braci Rafaela. Andreas jest całkiem miły i najwyraźniej ma
jakiś wpływ na to miejsce.
– Miły
demon – prychnął Rufus, wywracając oczami. – Naturalna sprawa.
Zacisnęłam
usta.
– Pomógł
nam. Zabrał nas z tego lasu, a to już coś. No i Esme się o niego
troszczyła, a to coś znaczy – nie dawałam za wygraną, ale doczekałam się
jedynie pozbawionego wesołości uśmiechu szwagra.
– Z całą
moją sympatią do Esme – oznajmił, spoglądając mi w oczy – stwierdzam, że
ta kobieta naiwnie doszukuje się dobra w każdym, kogo spotka. Wierzę, że w sprzyjających
okolicznościach zaadoptowałaby gromadkę demonów, gdyby jej na to pozwolić, więc…
– Wzruszył ramionami. – Najwyraźniej to u was rodzinne.
– A co
to niby miało?
– Wróćmy do
tematu, co? – zareagował natychmiast Dimitr. Rzucił Rufusowi ostrzegawcze
spojrzenie, ale nic nie wskazywało na to, by wampir szczególnie się tym
przejął. Nie żeby kiedykolwiek interesowały go te polecenia, które nie były mu
na rękę. – Ten… Andreas was zabrał. Tak po prostu.
– Na to
wychodzi – przyznałam, choć zapanowanie nad brzmieniem głosu kosztowało mnie
więcej energii, niż mogłabym podejrzewać. – Nawet nie wiem, jak to opisać. W jednej
chwili stałam w lesie, a potem…
– Iluzja –
wtrącił niecierpliwie Rufus, ale tym razem zdecydowałam się go zignorować.
– Obiecał,
że zbierze wszystkich w jednym miejscu. Problem w tym, że najwyraźniej
coś mu dolega, bo raczej nie wyglądał jak ktoś, kto ma siłę na jakiekolwiek
działanie – wyjaśniłam pośpiesznie. – Zastanawialiśmy się, co robić, a ja…
– Jak
zwykle postanowiłaś działać na własną rękę. Domyślam się – wtrącił ponownie naukowiec.
– To miłe z twojej strony, skoro nie zdecydowałaś się zdać na
przypadkowego demona, aczkolwiek niekoniecznie poprawia naszą sytuację.
– Jesteś
okropny – stwierdziłam, potrząsając głowa.
Jeśli to
miały być podziękowania, szły mu marnie. Nie żebym w ogóle jakichkolwiek
oczekiwała, skoro poza odszukaniem ich, nie byłam w stanie do czegokolwiek
się przydać, ale…
– Skoro już
ustaliliśmy, że nie zmieniło się nic – rzucił jak gdyby nigdy nic Rufus,
bynajmniej nieurażony moimi słowami – to wróćmy do wcześniejszej metody.
Przeszukamy dom, chociaż… Szczerze mówiąc, mam pewne podejrzenia, gdzie moglibyśmy
zacząć.
Wzięłam
kilka głębszych wdechów, by łatwiej się uspokoić. Czułam się dziwnie,
przesadnie wręcz spięta i oszołomiona. Zdążyłam prawie zapomnieć o kojącym
dotyku wciąż przytrzymującego mnie Gabriela. On również milczał, chociaż nie
wątpiłam, że w normalnym wypadku już dawno spróbowałby ustawić Rufusa do
pionu – ot tak dla zasady, niezależnie od tego, czy wampir miał rację. Sama nie
byłam pewna czy ten spokój mnie cieszył, czy może wręcz przeciwnie.
Nie miałam
pojęcia, co robić. Tak naprawdę korciło mnie, żeby stanąć na środku pokoju i zawołać
Andreasa, zupełnie jakbym w ten sposób mogła sprawić, że ten w cudowny
sposób do nas dołączy, jednak decydując się pomóc. W końcu był strażnikiem
czy kimś takim, prawda? Tak twierdził, więc… Tyle że obawiałam się, iż rozwiązanie
spraw nie będzie aż takie proste. Nie chodziło nawet o problemy z zaufaniem,
ale samego demona i jego stan. Nie miało znaczenia czy go znałam, czy nie.
Mimo wszystko i tak widziałam dość, by stwierdzić, że nie wyglądał dobrze.
Inna
sprawa, że martwiłam się o Joce. Miałabym tak po prostu wrócić do tamtej
okrągłej sali i… czekać?
– Layla?
Głos Rufusa
wystarczył, by wyrwać mnie z zamyślenia. W zasadzie nie chodziło
nawet o niego, ale wzmiankę o Layli, która uświadomiła mi, że
wampirzyca nie odezwała się nawet słowem przez całą naszą rozmowę. To nie było
do niej podobne, tak jak i to, że w żaden sposób nie zareagowała na
wcześniejsze złośliwości męża. Chwilami miałam wrażenie, że Rufus specjalnie ją
prowokował, choćby tylko po to, by wymóc na dziewczynie reakcję, ale teraz…
Zawahałam
się. Layla stała przy kominku, zwrócona do nas plecami. Spojrzenie utkwiła w wygaszonym
palenisku, zupełnie jakby mogła doszukać się tam czegoś więcej. Przez chwilę nawet
sądziłam, że za jej sprawą w kominku za moment zapłonie ogień, ale nic
podobnego nie miało miejsca. Ona po prostu tam stała – dziwnie blada, spięta i milcząca.
– Lay… Hej,
Layla! – Isabeau dosłownie zmaterializowała się przed siostrą. Wampirzyca
wzdrygnęła się, kiedy dłonie Beau bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach.
– Mówię do ciebie.
– Co? Och… –
Dziewczyna wzdrygnęła się. Jej spojrzenie przez krótką chwilę wydawało się
mętne, kiedy nieprzytomnie powiodła wzrokiem dookoła. To była zaledwie chwila,
bo prawie natychmiast doszła do siebie, ale coś w jej stanie i tak
mnie zaniepokoiło. – Ja tylko… Nieważne. Zamyśliłam się – wyjaśniła
pośpiesznie.
Przez twarz
Isabeau przemknął cień.
– Jasne –
mruknęła, bynajmniej nieprzekonana. – Chodźmy stąd. To najgorsze z możliwych
miejsc na wspominki.
– Nic mi
nie jest – zapewniła pośpiesznie Layla, ale nie zaprotestowała, kiedy Beau
zdecydowanym ruchem pociągnęła ją ku drzwiom. – Serio, daję radę. To miejsce…
jest mi obojętne – dodała, ale jej spojrzenie i tak na ułamek sekundy
uciekło ku kominka.
– Po prostu
mi zaufaj. Chodźmy stąd.
Wzdrygnęłam
się, choć sama nie byłam pewna dlaczego. Na pewno rozumiałam, skąd brały się
dziwne reakcję Layli – trudno żebym zapomniała o wszystkim, co w tym
miejscu opowiadał mi Gabriel. Tym bardziej nie wyobrażałam sobie, by dziewczyna
ot tak mogła pozostać obojętną na ten dom i wspomnienia, które w niej
budził. Z drugiej strony…
Z
powątpiewaniem spojrzałam na Isabeau, ale nic nie wskazywało na to, by
wampirzyca planowała pokusić się o jakiekolwiek wyjaśnienia. Dosłownie
siłą wyprowadziła Laylę z salonu, nie pozostawiając nam innego wyboru, jak
tylko ruszyć za nimi. Nikt słowem nie skomentował tego, że natychmiast
skierowała się ku schodom, najwyraźniej zamierzając wrócić na piętro.
– Mówiłeś,
że masz swoje podejrzenia. Jakie? – zapytała w pewnym momencie.
Potrzebowałam chwili, by pojąć, że zwracała się do Rufusa, choć nawet na niego
nie spojrzała.
– Cóż… –
Wampir zawahał się na moment. Nie byłam zaskoczona tym, że z bliżej nieokreślonym
wyrazem twarzy wpatrywał się w Laylę. – Myślałem o poddaszu. Te
symbole tam nie dają mi spokoju.
– Sigile –
poprawiłam machinalnie.
Jedynie
westchnął.
– Tak, sigile.
Czytałem to i owo… W zasadzie nawet dałem twojej córce książkę ze
wzmiankami, ale nie sądzę, żeby miała okazję do niej zajrzeć – stwierdził, a ja
mimowolnie się wzdrygnęłam. Alessia była bezpieczna, ale samo wspomnienie o tym,
co ją spotkało, w zupełności wystarczyło, by podnieść mi ciśnienie. – Dla
mnie to brzmi niedorzecznie, ale gdyby uprzeć się i odłożyć na bok logikę,
zwłaszcza w tym miejscu… – Wzruszył ramionami. – To jedyny trop, jaki
mamy.
– O ile
te symbole wciąż tutaj są – stwierdził z rezerwą Gabriel. Jego dłonie znów
zacisnęły się na moich ramionach. – Ach, ktoś w końcu mi powie, czy
Alessia jest…– zaczął, nagle sfrustrowany, ale nie miał okazji, żeby dokończyć.
– Nie
chcesz o tym teraz rozmawiać, braciszku – oznajmiła cicho Isabeau. –
Chodźmy na górę. Ktoś mnie poprowadzi? Nie byłam tutaj wcześniej.
Gabriel
wyglądał na chętnego do protestów, ale – na szczęście – również na to nie miał
okazji. To Layla jako pierwsza popędziła na piętro, gdy dla odmiany to ona poprowadziła
Isabeau. Pełna wątpliwości i złych przeczuć, ruszyłam za nimi, próbując
zachować resztki spokoju. Bliskość męża w jakimś stopniu mi to ułatwiała,
ale nie na tyle, na ile mogłabym sobie tego życzyć. Oboje byliśmy
zdezorientowani, zaś jego zdenerwowanie niezmiennie mi się udzielało,
podsycając moje własne emocje.
Minęły całe
lata odkąd ostatni raz przekroczyłam próg tego domu. W formie idealnej
iluzji czy też nie, wciąż pozostawał dla mnie zagadką – opustoszały, pełen
kurzu i wspomnień, o których starałam się nie myśleć. Stąpałam
ostrożnie, raz po raz nerwowo zerkając to na pewnie idącą przed siebie Laylę,
to znów na towarzyszącego mi Gabriela. Zatrzymałam się dopiero w chwili, w której
prowadząca nas dziewczyna przystanęła przed jednym z pokoi, po chwili
wprowadzając nas do środka.
Rozpoznałam
tę sypialnię. Aż za dobrze pamiętałam dzień, w którym Gabriel
przyprowadził mnie tutaj – wprost do pokoju matki. Machinalnie wygładziłam jak
zwykle towarzyszącą mi białą, wyszywaną złotą nitką sukienkę – dobitny dowód na
to, że jednak tkwiliśmy gdzieś na pograniczu snu. Mój ruch wystarczył, bym
poczuła na sobie wymowne spojrzenie męża, ale żadne z nas nie odezwało się
nawet słowem.
– Jakby to
ująć… Przejście jest w szafie. – Layla uśmiechnęła się w nieco
nerwowy, roztargniony sposób. Widząc, że Isabeau unosi brwi, doskoczyła do
mebla i otworzywszy go, zdecydowanym ruchem odgarnęła zalegające na
wieszakach ubrania. – No popatrz.
Natychmiast
przeniosłam wzrok na Gabriela. Nie musiałam się wysilać, by zorientować się,
skąd czerpał inspirację, kiedy przygotowywał ukrytą pracownię dla mnie.
Prowadzące ku górze schodki wyglądały aż nazbyt znajomo, zwłaszcza że na
pierwszy rzut oka w ogóle nie było ich widać.
Layla jako
pierwsza ruszyła się z miejsca. Rufus jedynie westchnął, widząc jak
dziewczyna w pośpiechu znika w niewielkim przejściu. Zadziwiająco
łatwo mogłam wyobrazić sobie młodziutką Lay, entuzjastycznie podchodzącą do zabawy
w chowanego czy samej perspektywy skorzystania z ukrytego przejścia.
Ta wizja wręcz mnie oszołomiła – myśl o tych mniej niepokojących,
przyjemnych wręcz chwilach, które przecież musiały mieć miejsce nawet w tym
domu.
Nie miałam
pewności czy taka perspektywa przynosiła mi ulgę, czy jednak wzbudzała silniejsze
niż do tej pory obawy.
– Mogę
pójść przodem – zasugerował mi cicho Gabriel, ale jedynie potrząsnęłam głową.
Poczułam
się dziwnie, kiedy ruszyłam za Laylą. Przez moment czułam się tak, jakbym
jednak znajdowała się w Mieście Nocy, kolejny raz wspinając na poddasze,
by chociaż godzinę popracować w ciszy. Pracownia była dla mnie ważna i to
nie tylko przez wzgląd na panujący tam spokój i obecność wszystkich mniej
lub bardziej potrzebnych przyborów.
Tyle że tym
razem nie znajdowaliśmy się w naszym domu. Ten był inny, zaś na
poddaszu czekał na nas wyłącznie kurz i jakieś bliżej nieokreślone przedmioty,
które zgromadzono tu w przeszłości. Machinalnie objęłam się ramionami, w milczeniu
wodząc wzrokiem dookoła. Poczułam się nieswojo, gdy po spojrzeniu w okno,
po drugiej stronie dostrzegłam wyłącznie… pustkę. Czerń wydawała się napierać
na dom, niepokojąco kojarząc mi się z pozbawionym gwiazd niebem.
Wierzyłam, że właśnie tam wylądowałabym, gdyby Layla i Rufus nie znaleźli
sposobu, by ściągnąć do mnie do rzeczywistego świata – i to nawet kosztem
błąkania się w stanie podobnym do tego, którym mogłyby poszczycić się duchy.
– Och.
Moje
spojrzenie natychmiast powędrowało ku Layli. Dostrzegłam ją w kącie
pomieszczenia, jednak to nie zwrócona do mnie plecami wampirzyca w pełni
przykuła moją uwagę. Och, przeciwnie – wystarczyła chwila, bym zapomniała o jej
obecności, w zamian wpatrzona w coś, co znajdowało się bezpośrednio
na ścianie, na którą patrzyła.
Rozpoznałam
znajdujące się tam symbole. Widziałam je już wcześniej, na zdjęciach, które
mnie, Rosie i Claire pokazała szwagierka, licząc na to, że zdołam którejś z nas
uda się coś wymyślić. Różnica polegała na tym, że znaki już nie były po prostu
żłobieniami w drewnie. Serce podeszło mi do gardła, gdy dostrzegłam bijącą
od kompozycji sigili złocistą poświatę. Miałam wrażenie, że symbole ożyły, nie
tyle wycięte w powierzchni, co w jakiś trudny do pojęcia sposób z niej
wychodzące. Jakby tego było mało, ruszały się – lśniły, krążyły i delikatnie
pulsowały, co samo w sobie okazało się równie piękne, jak i niepokojące.
Poruszając
się trochę jak w transie, podeszłam bliżej. Poczułam, że włoski na
ramionach i karku nieznacznie się unoszą, jakby w odpowiedzi na zmianę,
którą wyraźnie wyczułam w powietrzu. Atmosfera tutaj była dziwna, a ja
wyczułam jakże charakterystyczną dla mocy, przypominającą świeżość po burzy
aurę. Wrażenie było takie, jakby powietrze zostało naelektryzowane, zwiastując nadejście
czegoś, czego mogliśmy się co najwyżej domyślać.
– Nie
wyglądały tak wcześniej – wymamrotała Layla, rzucając mi niespokojne
spojrzenie.
Skinęłam
głowa, nawet na nią nie patrząc. Jak urzeczona wgapiałam się w symbole,
mimowolnie myśląc o tym, że pieczęci przypominały bardziej te, które widziałam
między tu a teraz. Coś w ich obecności mnie przyciągało, choć to
pojęłam dopiero w chwili, w której zrobiłam już pierwszy krok
naprzód. Dopiero gdy Layla w panice chwyciła mnie za rękę, zorientowałam
się, że w ogóle ruszyłam się z miejsca.
– I co
teraz? – doszedł mnie spięty głos Isabeau. – Nie tego się spodziewałam –
przyznała, z wolna podchodząc bliżej.
– Wiem
tyle, co i ty – stwierdził bez przekonania Rufus.
W
przeciwieństwie do mnie, oboje trzymali się na dystans. Gabriel i Dimitr
również, choć ten pierwszy przez wzgląd na mnie przesunął się bliżej. Nawet
Layla wycofała się, z obawą spoglądając na mieniące się znaki. Jej zwykle
pogodne, jasne oczy pociemniały, zdradzając przede wszystkim niepokój.
Ja również
go czułam. Obawy na pewno, chociaż – ku mojemu zaskoczeniu – na pierwszy plan
wysunęło się przede wszystkim podekscytowanie. Wpatrywałam się w ścianę,
ale zamiast paraliżującego strachu, czułam wyłącznie dziwne podekscytowanie.
– Wygląda
trochę jak przejście – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
To było
pierwsze moje skojarzenie. Miałam wrażenie, że sigile tworzyły niemalże idealny
okrąg, na dodatek wystarczająco duży, by swobodnie przez niego przejść. Przez
jasność nie potrafiłam stwierdzić, co znajdowało się po drugiej stronie, ale…
– Słyszałaś
kiedyś, że lepiej nie iść w stronę światła? – rzuciła nerwowo Isabeau. –
Dla mnie to źle wygląda. Podziękuję za takie przejście.
– Lepsza
ciemność za oknem? – zapytałam, ale wampirzyca jedynie potrząsnęła głową.
– Ani
jedno, ani drugie. Może po prostu sprawdźmy pokoje i poszukajmy czegoś
innego – zasugerowała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Nie
odpowiedziałam. Co prawda jej słowa brzmiały sensownie, ale z drugiej
strony… Och, niekoniecznie zadowalała mnie perspektywa błądzenia po tym
świecie. Twierdzili, że przechodzili z jednej lokacji do drugiej. Kto wie,
może faktycznie w domu znajdowało się przejście jeszcze dalej, ale co z tego?
Coś w tym systemie kojarzyło mi się z nieskończonymi lasami Forsk, z tą
tylko różnicą, że tu zamiast drzew pojawiały się coraz to nowe, wzbudzające
najgorsze wspomnienia pokoje.
Moje
spojrzenie ponownie uciekło ku świetlistemu kołu. Symbole wciąż mnie
przyciągały, więc w pośpiechu uciekłam wzrokiem gdzieś w bok. Możliwe,
że nie powinnam na nie patrzeć. Skoro jako jedyna nie czułam potrzeby, by przed
nimi uciekać, to być może…
– Beau ma
rację. Przeszukanie domu nie zaszkodzi – podchwycił natychmiast Dimitr. Jego
głos zabrzmiał bardziej ugodowo, ale wcale nie poczułam się dzięki temu
pewniej. – Poza tym… Czy tak wyglądało przejście, którym wyszłaś z tego…
Przedsionka? – zapytał, zwracając się do mnie.
– Nie. –
Spuściłam wzrok. – Wtedy nie było żadnego przejścia. Ja po prostu się tutaj
znalazłam.
Wampir
skinął głową. Miałam wrażenie, że moje wyjaśnienia jednak przekonały go, by jak
najszybciej opuścić poddasze. Dimitr nie był telepatą, ale skoro nawet on miał
wątpliwości, coś musiało być na rzeczy.
Tyle że ja
nie wyobrażałam sobie błąkania po tym domu. Coś niezmiennie ciągnęło mnie do
światła, lśniących symboli i tego, co mogło znajdować się po drugiej
stronie.
– Okej,
możemy znów się rozdzielić, ale nie całkiem. Pary też brzmią jak zły pomysł,
więc może spróbujmy poruszać się trójkami – doszedł mnie jakby z oddali
głos Isabeau. – Może ja, Dimitr i…
W którymś
momencie przestałam jej słuchać. Moje spojrzenie ponownie uciekło ku znakom,
zaś chwilę później przesunęłam się bliżej rozświetlonej ściany. Stanęłam tak
blisko, że niemalże się o nią ocierałam, mrużąc oczy w emanującym od
symboli znaków. Co było złego w tym, że chciałam im się po prostu
przyjrzeć…?
– Nessie?
Nawet nie
byłam pewna, kto wypowiedział moje imię. To, że gdzieś za plecami wyczułam
ruch, kiedy ktoś spróbował mnie pochwycić, również nie miało znaczenie.
Zdążyłam
jeszcze pochwycić Gabriela za rękę, a potem… po prostu spadliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz