6 sierpnia 2019

Trzysta czterdzieści siedem

Renesmee

Nawet jeśli ktoś jeszcze próbował mnie zatrzymać, nie zauważyłam tego. Nogi same poniosły mnie w odpowiednim kierunku. W zasadzie stwierdzenie, że podążałam po nitce do kłębka, miałoby w tej sytuacji o wiele więcej sensu, aniżeli mogłabym przypuszczać.
Jakaś cząstka mnie wiedziała, że to było głupie. Wyrywanie się do biegania po miejscu, którego nie znałam, zdecydowanie nie brzmiało jak dobry plan. Pędziłam przed siebie, nie zastanawiając nad tym, że tak naprawdę nie wiedziałam, czego powinnam spodziewać się o Przedsionku. W pamięci wciąż miałam to, co powiedziała nam Esme – o Ciemności, Łowcy, demonach, całym tym szaleństwie… Nic dziwnego, że Andreas chciał zgromadzić nas w jednym miejscu, ale nie wyobrażałam sobie biernego czekania na rozwój wypadków, skoro tak wyraźnie… czułam.
Nie dowierzałam. Moje spojrzenie raz po raz uciekało ku pulsującej, ciągnącej się w głąb korytarza nici. Zapatrzona w nią, chyba tylko cudem wyhamowałam, kiedy znikąd tuż przede mną wyrosła… barierka schodów? Zatrzymałam się gwałtownie, dłonie machinalnie zaciskając na balustradzie, by łatwiej wyhamować. Serce waliło mi jak oszalałe, nie wspominając o tym, że ledwo chwytałam oddech. Poruszając się trochę jak w transie, w oszołomieniu powiodłam wzrokiem dookoła, nie pierwszy raz gotowa przysiąc, że coś mi umknęło. Jak inaczej miałam wytłumaczyć to, że korytarze Przedsionka nagle ustąpiły miejsca czemuś zupełnie innemu, równie gwałtownie, co i wcześniej lasy Forks.
Wzmocniłam uścisk, którym otaczałam barierkę. Ręce mi zadrżały, a przynajmniej tak pomyślałam w pierwszej chwili, nim uświadomiłam sobie, że w rzeczywistości cała się trzęsłam, ledwo będąc w stanie ustać w miejscu. Z wolna odsunęłam się od balustrady, wzrokiem niepewnie wodząc na prawo i lewo. Znajdowałam się w dość zaniedbanym, wypełnionym korytarzu, bynajmniej nie przypominającym jednego z tych, które odchodziły od Przedsionka. Zakładałam raczej, że nagle wylądowałam w jakimś domu, choć nie od razu przyjęłam do świadomości myśl, że kiedykolwiek wcześniej w nim byłam.
Drewniana podłoga zaskrzypiała pod moim ciężarem, kiedy z wolna się wycofałam. Choć podejrzewałam, że nie dostrzegę drogi powrotnej, dla pewności obejrzałam się przez ramię. Serce znów zabiło mi szybciej, gdy za plecami zamiast przejścia, dostrzegłam wyłącznie gładką ścianę.
Z wolna wypuściłam powietrze. Okej, to było do przewidzenia. Mogłam spodziewać się, że tak gwałtowna, nieprzemyślana reakcja, nie przyniesie ze sobą niczego dobrego. Co prawda tym razem przynajmniej nie błądziłam po lesie, ale nie potrafiłam stwierdzić, czy uwięzienie w starym domu stanowiło jakąkolwiek lepszą alternatywę. Zaklęłam w duchu, próbując nie myśleć o tym, że znów zostałam sama. Już samo błądzenie po fałszywym Forks okazało się wyzwaniem, zaś teraz…
Nerwowo zacisnęłam usta. To nie był najlepszym moment na załamywanie rąk i wątpliwości.
Poruszanie się spokojnym, w pełni ludzkim tempem, kosztowało mnie mnóstwo energii. Szłam powoli, krok za krokiem, stąpając tak ostrożnie, jakbym podejrzewała, że podłoga nagle zarwie się pod moimi stopami. Nie miałam pewności, skąd brało się to przeświadczenie, ale i tak nie mogłam ot tak wyzbyć się tej myśli. Może po prostu przywykłam do wyczekiwania najgorszego nawet wtedy, gdy się na to nie zapowiadało.
Zawahałam się przy schodach, z powątpiewaniem spoglądając na prowadzące w dół stopnie. Chciałam tam schodzić? Nie miałam pewności, jakie rozwiązanie byłoby lepsze – dalsze błądzenie po piętrze czy może poszukanie wyjścia na dole. Nie żebym w ogóle wierzyła, że za drzwiami znajdowało się jakieś cudowne przejście do rzeczywistego świata, ale…
Ten dom… Byłam pewna, że już go widziałam.
Nie potrafiłam wyjaśnić odczuć, które wzbudzało we mnie to miejsce. Początkowo zarówno odrapane ściany, jak i kurz były czymś, czego nie rozpoznawałam. Co prawda w pierwszym odruchu to miejsce skojarzyło mi się ze stanem, w którym znajdował się dom mój i Gabriela po niemalże wieku niezamieszkania przez kogokolwiek, ale zaraz odrzuciłam od siebie tę myśl. Co jak co, ale zorientowałabym się, gdybym była akurat tam.
Nasłuchiwałam, choć zaczynałam oswajać się z myślą, że byłam sama. Wciąż wypatrywałam więzi, aż nazbyt świadoma jej obecności, choć świetlista nić zniknęła wraz z korytarzami Przedsionka. Ale czułam ją. Wróciła na swoje miejsce, wypełniając pustkę, która towarzyszyła mi przez tyle czasu. Co prawda nie sprawiła, że nagle wszystko znalazło się na swoim miejscu, ale miałam wrażenie, że byłam bliska osiągnięcia takiego stanu. Gdybym tylko dotarła do celu, choć przez chwilę wszystko byłoby w porządku.
Pokonałam ostatnie stopnie, zatrzymując się naprzeciwko drzwi wejściowych. Mogłam spróbować wyjść na zewnątrz, ale nie ruszyłam się z miejsca. Chwilę rozglądałam się po hallu, myślami będąc przy pewnym odległym, zimowym dniu. Nie skłamałabym, gdybym stwierdziła, że od chwili, w której znalazłam się tu po raz pierwszy i zarazem ostatni, minął co najmniej wiek.
Wątpliwości ostatecznie zniknęły w chwili, w której nogi same poniosły mnie ku innym niż wejściowe, nieznacznie tylko uchylonym drzwiom. W chwili, w której stanęłam w opustoszałym salonie, zrozumiałam wszystko. Machinalnie objęłam się ramionami, uważnie rozglądając dookoła, nim moje spojrzenie spoczęło wprost na marmurowym, zdobionym kwiatowymi motywami kominku. Och, znałam go doskonale, bo jego replika zajmowała centralne miejsce w moim własnym domu. Przez moment wręcz zatęskniłam za tym Miastem Nocy – za jego atmosferą, znajomymi ulicami, domem i… cóż, tym kominkiem. Różnica polegała na tym, że palenisko w rodzinnej rezydencji Licavolich pozostawało zimne i puste, podczas gdy nasz kominek zawsze obstawialiśmy licznymi, oprawionymi w kolorowe ramki zdjęciami.
Bezwiednie przycisnęłam drżącą dłoń do ust. Coś ścisnęło mnie w gardle w chwili, w której w końcu przyjęłam do wiadomości, że naprawdę tutaj byłam – w tym salonie, w samym Chianni. Ostatnia wizyta tutaj przypominała sen, bardzo odległy i jakby nierzeczywisty. Słowa Gabriela wydawały się odbijać echem w moim umyśle – każdy gest, przepraszające spojrzenie i pobrzmiewająca w jego głosie desperacja, kiedy opowiadał mi, czym w przeszłości nasiąkły te mury. Pamiętałam jak patrzył na mnie z obawą, jakby w obawie, że jego wyznania sprawią, że odejdę, jakimś cudem doszukując się w nim oszalałego z rozpaczy ojca.
Jak bym mogła? Słodka bogini, gdyby to w ogóle miało szansę sprawić, bym zapragnęła się wycofać… Nie chodziło już nawet o to, że nigdy tak naprawdę nie zdołałam doszukać się w Marco potwora, którego widział Gabriel.
Potrząsnęłam głową, próbując odsunąć od siebie niechciane myśli. Tak naprawdę nie poczułam niczego prócz niepokoju, który wywoływała we mnie ta przenikliwa, przyprawiająca o dreszcze cisza. Nie wahałam się, nie bałam, ani nie wyobrażałam niestworzonych rzeczy. Ja po prostu stałam, nie mogąc pozbyć wrażenia, że domu tak naprawdę nie ostał się choćby ślad koszmaru, który miałby ciągnąć się tutaj w przeszłości. Te ściany wydawały mi się równie zimne i puste, co i wygaszone palenisko.
Dlaczego tutaj? Gdybym przynajmniej mogła zrozumieć, co przywiodło mnie aż do tego miejsca…
– Aniele?
Głos, który rozbrzmiał tuż za moimi plecami, wystarczył, by wyrwać mnie z zamyślenia. Wyprostowałam się niczym struna, odwracając się tak gwałtownie, że aż zawirowało mi w głowie. W pierwszym odruchu przybrałam pozycję obronną, gotowa rzucić na ewentualnego intruza, ale podświadomie czułam, że osoba, która nagle znalazła się na wyciągnięcie ręki, nie była kimś, kto zdołałby mnie skrzywdzić. Wręcz przeciwnie.
Gabriel zamarł w progu salonu, dłonią wciąż przytrzymując drzwi. Zauważyłam, że pobladł, nie wspominając o tym, że wpatrywał się we mnie tak, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy. Stał tam i nie dowierzał, a przynajmniej to uświadomił mi szok, którego doszukałam się w jakże znajomych, przypominających dwie czarne dziury tęczówkach. Jego spojrzenie dosłownie mnie przenikało, równie intensywne, co i w dniu, w którym utknęliśmy razem w mojej pracowni – on wreszcie świadom tego, kim była towarzysząca mu przez cały ten czas Vanessa.
Cisza okazała się nie do zniesienia. Przez chwilę po prostu tkwiliśmy naprzeciwko siebie – on w progu, ja na środku pokoju – wzajemnie mierząc się wzrokiem. To przypominało jakiś nieformalny pojedynek na spojrzenia, który oficjalnie przegrałam w chwili, w której jako pierwsza ruszyłam się z miejsca.
Początkowo nawet nie drgnął, kiedy pokonałam dzielącą nas odległość, bezceremonialnie zarzucając mu ramiona na szyję i chyba tylko cudem nie zwalając z nóg. Zareagował dopiero w chwili, w której coś we mnie pękło, a ja – zaskakując przy okazji samą siebie – wybuchłam niepochamowanym płaczem.
– Ty nie… O bogini… – usłyszałam, choć zrozumienie nieskładnych słów, które nagle w pośpiechu zaczął wyrzucać z siebie Gabriel, okazało się nie lada wyzwaniem. – Ty naprawdę…
Mniej więcej wtedy do niego dotarło. Znajome ramiona owinęły się wokół mnie, gdy w końcu przygarnął mnie do siebie, tuląc tak gwałtownie, że na moment aż zabrakło mi tchu. W którymś momencie oboje straciliśmy oparcie, jednak lądując na podłodze, ale to nie miało znaczenia. Dosłownie przywarłam do Gabriela, napierając nań całym ciałem, byleby tylko poczuć jego ciepło. Nie pozostał mi dłużny, naprzemiennie to błądząc dłońmi po moich plecach, to znów wplatając palce we włosy – wszystko w desperackiej próbie upewnienia się, że byłam prawdziwa.
Nie potrafiłam stwierdzić, które z nas pierwsze odnalazło drogę do ust drugiego. Wiedziałam jedynie, że w chwili, w której zdołałam ułożyć obie dłonie na bladych policzkach męża, a na wargach poczułam znajomy nacisk, w końcu poczułam się pełna. Oczami wyobraźni wręcz widziałam więź, która jak na zawołanie zalśniła pomiędzy nami, wydając się splatać nas ze sobą, łączyć i wypełniać pustkę, w której oboje trwaliśmy przez tyle czasu. Nagle po prostu wszystko wróciło na wszystko miejsce – tak po prostu, choć zdążyłam zwątpić w to, czy w ogóle było to możliwe.
Kiedy ostatnim razem mogłam poczuć go tak blisko? W jednej chwili poczułam się tak, jakby cały ten czas, który spędziłam na błąkaniu gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią, w rzeczywistości nie istniał. Jakby od chwili, w której przyszedł do mnie ostatni raz – wówczas rozbitej i zagubionej w świecie snów – minęła zaledwie chwila. Tym razem było inaczej, zwłaszcza że już nie brałam się, że nagle rozbiję się na kawałeczki. Trwałam w jego ramionach pewnie, świadoma każdego kolejnego pocałunku i czułego słowa, kiedy zaczął w pośpiechu coś szeptać, ocierać policzki z łez i robić wszystko, bylebym zdołała się uspokoić.
Z jękiem osunęłam się w jego ramionach, wtulając twarz w tors Gabriela. Nie obchodziło mnie, że łzami moczyłam mu koszulę, w gruncie rzeczy chcąc tylko jednego – choć przez chwilę trwać w jego objęciach. To, że pod warstwą skóry słyszałam bijące z zawrotną szybkością serce, dodawało mi pewności siebie. Było w tym dźwięku coś kojącego, niczym obietnica czegoś, czego wciąż nie potrafiłam nazwać, ale wiedziałam, że nadejdzie.
– Jestem tutaj. Jestem tutaj…
Z opóźnieniem dotarło do mnie, że powtarzałam te dwa słowa wciąż i wciąż, niczym jakąś mantrę. Nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy chciałam w ten sposób przekonać jego, czy może samą siebie. Jakby to w ogóle miało znaczenie! Liczyło się, że miałam go tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki i…
– Gabrielu? Hej, Gabriel, jesteś tutaj?! – rozbrzmiał gdzieś z przedpokoju wyraźnie podenerwowany głos Layli. – Gdzie…?
Omal na nas nie wpadła, kiedy jednak zdecydowała się wejść do salonu. Zachwiała się, w pośpiechu chwyciła framugi, by odzyskać równowagę, po czym spojrzała na nas z góry – rozłożonych na podłodze i wciąż wtulonych w siebie. Jej jasne oczy rozszerzyły się, jakimś cudem lśniąc bardziej niż do tej pory.
– Cześć – wyrwało mi się. Tylko na tyle było mnie stać.
Reakcja Layli była natychmiastowa. Nagle pisnęła, a potem dosłownie rzuciła się ku nam, bezceremonialnie biorąc mnie w ramiona. Gabriel jęknął, kiedy w przypływie entuzjazmu omal nie znokautowała go ciosem w żebra, ale nie próbowałam protestować. Jedynie zaśmiałam się w nerwowy, wciąż niedowierzający sposób, kiedy Layla przygarnęła mnie do siebie; jej rozgrzane objęcia były znajome i kojące za razem.
– Nessie. O bogini, Nessie – wyszeptała mi wprost do ucha.
Nie pozostałam jej dłużna. Właściwie nie zarejestrowałam momentu, w którym tak po prostu zaczęłyśmy się naprzemiennie tulić, śmiać i płakać. Wtedy też dotarło do mnie, że mimo wszystkich kojących słów, które padły z ust Layli, gdy komunikowałam się z nią na tyle, na ile było to możliwe bez materialnej formy, wampirzyca mimo wszystko miała wątpliwości, czy uda mi się wrócić. Z drugiej strony, może za punkt honoru wzięła sobie, by odwzajemnić się za wszystkie te niespodziewane uściski, którymi obdarowałam ją w ostatnim czasie.
Tyle wystarczyło, żeby mnie rozgrzać. Nie chodziło nawet o bijące od ciała Layli ciepło, ale fizyczną bliskość tych, których potrzebowałam najbardziej. Moje serce wciąż wyrywało się ku Gabriela, podążając za więzią, która swoim istnieniem przypominała mi, do kogo tak naprawdę należałam. Nawet jeśli dom był zaledwie nic nieznaczącą iluzją, nie wierzyłam, bym mogła tak po prostu wyobrazić sobie obecność Licavolich. Utknęliśmy w tym razem, najpewniej w chwili, w której wymykaliśmy się Simonowi.
Sęk w tym, że przyczyny również nie miały dla mnie znaczenia. W końcu tu byłam, w pełni materialna i…
– Ty. – Poderwałam się do siadu, przez moment czując się tak, jakby poraził mnie pąd. Spojrzenie momentalnie skierowałam ku Gabrielowi, w tamtej chwili bynajmniej nie wyrywając się do tego, by znów go całować. – Ty… kompletny… idioto…
Dosłownie cedziłam każde kolejne słowo. Ani na chwilę nie odrywałam przy tym wzroku od Gabriela, w zamian przesuwając się coraz i bliżej. Nagle znów na nim leżałam, palce nerwowo zaciskając na przodzie jego koszuli. Chciało mi się krzyczeć z frustracji, a najlepiej zrobić to, do czego już posunęła się Layla – po prostu porządnie mu przywalić, by raz na zawsze pojął, co sądziłam o ryzykowaniu życia podczas spotkania z niebezpieczną wampirzą królową.
Na moment zawirowało mi w głowie. Wciąż byłam przerażona na samo wspomnienie tego, co czułam, gdy w panice krążyłam dookoła, obserwując poczynania Amelie. Gdyby nie ona…
Nie chciałam wiedzieć.
Nie chciałam bardzo wielu rzeczy.
Miałam dość powodów, żeby go uderzyć. Chciałam się wściekać, krzyczeć albo od razu rzucić na Gabriela z pięściami. Byłam zresztą gotowa przysiąc, że nawet nie próbowałby mnie powstrzymać, ze stoickim spokojem przyjmując wszystkie oznaki złości. Och, kto wie – może nawet by się z tego cieszył, aż nazbyt wyraźnie mogąc poczuć, że byłam prawdziwa.
Tyle że ja nie potrafiłam się na to zdobyć.
Wyrwał mi się cichy, zdławiony jęk. Może powinnam czuć żal, ale i na to nie potrafiłam się zdobyć. Przez chwilę po prostu spoglądałam mu w twarz, zaś w chwili, w której nasze spojrzenia znów się spotkały, stało się coś, czego poniekąd się obawiałam. Przepadałam. Cały gniew uleciał ze mnie równie nagle, co się pojawił, pozostawiając po sobie wyłącznie zmęczenie i nieopisaną wręcz pustkę.
– Nigdy więcej… – zaczęłam, ale i tej myśli nie potrafiłam dokończyć.
Tak naprawdę nie musiałam.  Byłam gotowa przysiąc, że sposób, w jaki ujęłam jego twarz w obie dłonie, mówił sam za siebie. Raz po raz przesuwałam kciukami po jego policzkach. Czekałam, wciąż pragnąć coś powiedzieć, ale…
– Nie odchodź tak ode mnie więcej.
Zamrugałam, przez moment mając wrażenie, że mówił do mnie w jakimś innym języku. Parsknęłam, nie mogąc się powstrzymać. Sama nie byłam pewna czy powinnam się śmiać, czy może płakać i jednak go uderzyć.
Ostatecznie nie zrobiłam niczego. Nagle po prostu znów znalazłam się w jego ramionach, podczas gdy on tulił mnie do siebie, miarowo kołysząc w przód i w tył. Skuliłam się w jego objęciach, bliska tego, by znów zacząć płakać. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale nie pozwoliłam im płynąć, całą sobą czując, że to nie był najlepszy moment na wypłakiwanie sobie oczu. Wciąż mieliśmy coś do zrobienia. Problem polegał na tym, że nie potrafiłam się ruszyć, raz po raz unosząc głowę, by upewnić się, że Gabriel naprawdę był obok. Szukałam jakichkolwiek oznak tego, że coś mu dolegało i że jednak powinnam się martwić, ale nie byłam w stanie dostrzec niczego.
Tym razem wyraźnie usłyszałam zmierzające w naszą stronę kroki. Poderwałam głowę, ale nie po to, by zainteresować się, kto tym razem ku nam zmierzał. W zamian raz jeszcze spojrzałam Gabrielowi w twarz, pod wpływem impulsu decydując się wypowiedzieć słowa, którym po prostu musiałam pozwolić rozbrzmieć.
– Nie ma rzeczy, której bym ci nie wybaczyła. Pamiętasz, prawda?
Zauważyłam, że jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Nie wątpiłam, że dobrze pamiętał te słowa – identyczne jak te, którymi zwróciłam się do niego kilka lat wcześniej, gdy zaraz po narodzinach Joce przyszedł do mnie we śnie, chcąc rozmawiać o rzeczach, o których ja pragnęłam zapomnieć. Tak było i tym razem, choć może to znaczyło, że jednak upadłam na głowę. Z drugiej strony, co złego było w tym, że go potrzebowałam – i to nawet wtedy, gdy z myślą o mnie robił nawet najbardziej szalone rzeczy.
– Ale…
– Zawsze mogę cię jednak uderzyć – przerwałam mu stanowczo. – Tak jak Layla.
Prychnął, jakby niedowierzając temu, co mówiłam. Jego ruchy wciąż były niepewne, jakby sądził, że w każdej chwili mogłaby się rozpaść albo rozpłynąć w powietrzu. Tak czy siak, ostatecznie i tak wylądowałam w jego ramionach na ułamek sekundy przed tym, jak doszedł mnie głos Isabeau.
– Och, na litość bogini…
Wtedy też dotarło do mnie, że mieliśmy towarzystwo. Sióstr Gabriela mogłam się spodziewać, zwłaszcza że towarzyszyłam Layli, ale widok Dimitra i Rufusa na moment wytrącił mnie z równowagi. Nie żeby leżenie na podłodze nadawało się do witania z kimkolwiek, aczkolwiek…
– Hm, dobrze cię widzieć – stwierdził Dimitr takim tonem, jakby nie działo się nic wartego uwagi.
Rufus jedynie wywrócił oczami. Nie odezwał się nawet słowem, ale coś w jego obecności sprawiło, że momentalnie poderwałam się na równe nogi. Momentalnie poddałam się impulsowi, który nakazał mi bezceremonialnie doskoczyć do wampira i go uściskać. Chciałam tego tak naprawdę od chwili, w której dowiedziałam się, co spotkało Alessię. Mógł mówić, co chciał, ale ja i tak wiedziałam, że zawdzięczałam mu sporo.
– Och, na litość bogini… – obruszył się, robiąc taki ruch, jakby chciał mnie odepchnąć. Ostatecznie nie zrobił tego, w zamian w nieco nerwowy, niezgrabny sposób klepiąc mnie po plecach. – Tak, tak… Już. Ani słowa. Skoczyłaś?
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta. Chciałam coś powiedzieć, ale wszelakie myśli uleciały z mojej głowy, gdy od skupienia na Rufusie i Alessi, przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Natychmiast odsunęłam się (jak nic ku satysfakcji szwagra), po czym błyskawicznie zwróciłam w stronę Gabriela. Zdążył się podnieść, co ułatwiło mi dopadniecie do niego i chwycenie go za obie ręce.
Mi amore? – zmartwił się, ale jedynie potrząsnęłam głową.
– Joce – wyrzuciłam z siebie na wydechu, nie odrywając wzroku od bladej twarzy męża. – Widzieliście ją?
To, że Gabriel jeszcze bardziej pobladł, okazało się odpowiedzią samo w sobie.
– Nie. – Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Jesteśmy tylko my. Ale… Hej, Nessie, spokojnie – zaoponował, kiedy spróbowałam się od niego odsunąć, by zacząć niespokojnie krążyć. Jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach. – Co się stało? Mała przecież…
– Była z moimi rodzicami – przerwałam mu. – Ale oni też tu są. No i Esme. Skoro tak…
Nie dokończyłam, ale nie musiałam. Po wyrazie jego twarzy zorientowałam się, że doskonale wiedział, do czego zmierzałam. Cisza mnie drażniła, ale przecież tak naprawdę nie miałam do powiedzenia niczego więcej. Nie żeby słowa mogły cokolwiek zmienić.
– Co robimy? – zapytała natychmiast Layla.
Żadne z nas nie potrafiło jej odpowiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa