
Renesmee
Nawet jeśli ktoś jeszcze
próbował mnie zatrzymać, nie zauważyłam tego. Nogi same poniosły mnie w odpowiednim
kierunku. W zasadzie stwierdzenie, że podążałam po nitce do kłębka,
miałoby w tej sytuacji o wiele więcej sensu, aniżeli mogłabym przypuszczać.
Jakaś cząstka
mnie wiedziała, że to było głupie. Wyrywanie się do biegania po miejscu,
którego nie znałam, zdecydowanie nie brzmiało jak dobry plan. Pędziłam przed
siebie, nie zastanawiając nad tym, że tak naprawdę nie wiedziałam, czego
powinnam spodziewać się o Przedsionku. W pamięci wciąż miałam to, co
powiedziała nam Esme – o Ciemności, Łowcy, demonach, całym tym szaleństwie…
Nic dziwnego, że Andreas chciał zgromadzić nas w jednym miejscu, ale nie
wyobrażałam sobie biernego czekania na rozwój wypadków, skoro tak wyraźnie…
czułam.
Nie dowierzałam.
Moje spojrzenie raz po raz uciekało ku pulsującej, ciągnącej się w głąb
korytarza nici. Zapatrzona w nią, chyba tylko cudem wyhamowałam, kiedy
znikąd tuż przede mną wyrosła… barierka schodów? Zatrzymałam się gwałtownie,
dłonie machinalnie zaciskając na balustradzie, by łatwiej wyhamować. Serce
waliło mi jak oszalałe, nie wspominając o tym, że ledwo chwytałam oddech.
Poruszając się trochę jak w transie, w oszołomieniu powiodłam
wzrokiem dookoła, nie pierwszy raz gotowa przysiąc, że coś mi umknęło. Jak
inaczej miałam wytłumaczyć to, że korytarze Przedsionka nagle ustąpiły miejsca
czemuś zupełnie innemu, równie gwałtownie, co i wcześniej lasy Forks.
Wzmocniłam
uścisk, którym otaczałam barierkę. Ręce mi zadrżały, a przynajmniej tak
pomyślałam w pierwszej chwili, nim uświadomiłam sobie, że w rzeczywistości
cała się trzęsłam, ledwo będąc w stanie ustać w miejscu. Z wolna
odsunęłam się od balustrady, wzrokiem niepewnie wodząc na prawo i lewo.
Znajdowałam się w dość zaniedbanym, wypełnionym korytarzu, bynajmniej nie
przypominającym jednego z tych, które odchodziły od Przedsionka.
Zakładałam raczej, że nagle wylądowałam w jakimś domu, choć nie od razu
przyjęłam do świadomości myśl, że kiedykolwiek wcześniej w nim byłam.
Drewniana
podłoga zaskrzypiała pod moim ciężarem, kiedy z wolna się wycofałam. Choć
podejrzewałam, że nie dostrzegę drogi powrotnej, dla pewności obejrzałam się
przez ramię. Serce znów zabiło mi szybciej, gdy za plecami zamiast przejścia,
dostrzegłam wyłącznie gładką ścianę.
Z wolna
wypuściłam powietrze. Okej, to było do przewidzenia. Mogłam spodziewać się, że
tak gwałtowna, nieprzemyślana reakcja, nie przyniesie ze sobą niczego dobrego.
Co prawda tym razem przynajmniej nie błądziłam po lesie, ale nie potrafiłam
stwierdzić, czy uwięzienie w starym domu stanowiło jakąkolwiek lepszą alternatywę.
Zaklęłam w duchu, próbując nie myśleć o tym, że znów zostałam sama.
Już samo błądzenie po fałszywym Forks okazało się wyzwaniem, zaś teraz…
Nerwowo zacisnęłam
usta. To nie był najlepszym moment na załamywanie rąk i wątpliwości.
Poruszanie
się spokojnym, w pełni ludzkim tempem, kosztowało mnie mnóstwo energii.
Szłam powoli, krok za krokiem, stąpając tak ostrożnie, jakbym podejrzewała, że
podłoga nagle zarwie się pod moimi stopami. Nie miałam pewności, skąd brało się
to przeświadczenie, ale i tak nie mogłam ot tak wyzbyć się tej myśli. Może
po prostu przywykłam do wyczekiwania najgorszego nawet wtedy, gdy się na to nie
zapowiadało.
Zawahałam
się przy schodach, z powątpiewaniem spoglądając na prowadzące w dół
stopnie. Chciałam tam schodzić? Nie miałam pewności, jakie rozwiązanie byłoby
lepsze – dalsze błądzenie po piętrze czy może poszukanie wyjścia na dole. Nie
żebym w ogóle wierzyła, że za drzwiami znajdowało się jakieś cudowne
przejście do rzeczywistego świata, ale…
Ten dom…
Byłam pewna, że już go widziałam.
Nie potrafiłam
wyjaśnić odczuć, które wzbudzało we mnie to miejsce. Początkowo zarówno
odrapane ściany, jak i kurz były czymś, czego nie rozpoznawałam. Co prawda
w pierwszym odruchu to miejsce skojarzyło mi się ze stanem, w którym
znajdował się dom mój i Gabriela po niemalże wieku niezamieszkania przez
kogokolwiek, ale zaraz odrzuciłam od siebie tę myśl. Co jak co, ale
zorientowałabym się, gdybym była akurat tam.
Nasłuchiwałam,
choć zaczynałam oswajać się z myślą, że byłam sama. Wciąż wypatrywałam
więzi, aż nazbyt świadoma jej obecności, choć świetlista nić zniknęła wraz z korytarzami
Przedsionka. Ale czułam ją. Wróciła na swoje miejsce, wypełniając pustkę, która
towarzyszyła mi przez tyle czasu. Co prawda nie sprawiła, że nagle wszystko znalazło
się na swoim miejscu, ale miałam wrażenie, że byłam bliska osiągnięcia takiego
stanu. Gdybym tylko dotarła do celu, choć przez chwilę wszystko byłoby w porządku.
Pokonałam
ostatnie stopnie, zatrzymując się naprzeciwko drzwi wejściowych. Mogłam
spróbować wyjść na zewnątrz, ale nie ruszyłam się z miejsca. Chwilę rozglądałam
się po hallu, myślami będąc przy pewnym odległym, zimowym dniu. Nie skłamałabym,
gdybym stwierdziła, że od chwili, w której znalazłam się tu po raz
pierwszy i zarazem ostatni, minął co najmniej wiek.
Wątpliwości
ostatecznie zniknęły w chwili, w której nogi same poniosły mnie ku
innym niż wejściowe, nieznacznie tylko uchylonym drzwiom. W chwili, w której
stanęłam w opustoszałym salonie, zrozumiałam wszystko. Machinalnie objęłam
się ramionami, uważnie rozglądając dookoła, nim moje spojrzenie spoczęło wprost
na marmurowym, zdobionym kwiatowymi motywami kominku. Och, znałam go doskonale,
bo jego replika zajmowała centralne miejsce w moim własnym domu. Przez
moment wręcz zatęskniłam za tym Miastem Nocy – za jego atmosferą, znajomymi
ulicami, domem i… cóż, tym kominkiem. Różnica polegała na tym, że palenisko w rodzinnej
rezydencji Licavolich pozostawało zimne i puste, podczas gdy nasz kominek
zawsze obstawialiśmy licznymi, oprawionymi w kolorowe ramki zdjęciami.
Bezwiednie
przycisnęłam drżącą dłoń do ust. Coś ścisnęło mnie w gardle w chwili,
w której w końcu przyjęłam do wiadomości, że naprawdę tutaj byłam – w tym
salonie, w samym Chianni. Ostatnia wizyta tutaj przypominała sen, bardzo
odległy i jakby nierzeczywisty. Słowa Gabriela wydawały się odbijać echem w moim
umyśle – każdy gest, przepraszające spojrzenie i pobrzmiewająca w jego
głosie desperacja, kiedy opowiadał mi, czym w przeszłości nasiąkły te
mury. Pamiętałam jak patrzył na mnie z obawą, jakby w obawie, że jego
wyznania sprawią, że odejdę, jakimś cudem doszukując się w nim oszalałego z rozpaczy
ojca.
Jak bym
mogła? Słodka bogini, gdyby to w ogóle miało szansę sprawić, bym
zapragnęła się wycofać… Nie chodziło już nawet o to, że nigdy tak naprawdę
nie zdołałam doszukać się w Marco potwora, którego widział Gabriel.
Potrząsnęłam
głową, próbując odsunąć od siebie niechciane myśli. Tak naprawdę nie poczułam
niczego prócz niepokoju, który wywoływała we mnie ta przenikliwa, przyprawiająca
o dreszcze cisza. Nie wahałam się, nie bałam, ani nie wyobrażałam
niestworzonych rzeczy. Ja po prostu stałam, nie mogąc pozbyć wrażenia, że domu
tak naprawdę nie ostał się choćby ślad koszmaru, który miałby ciągnąć się tutaj
w przeszłości. Te ściany wydawały mi się równie zimne i puste, co i wygaszone
palenisko.
Dlaczego
tutaj? Gdybym przynajmniej mogła zrozumieć, co przywiodło mnie aż do tego
miejsca…
– Aniele?
Głos, który
rozbrzmiał tuż za moimi plecami, wystarczył, by wyrwać mnie z zamyślenia.
Wyprostowałam się niczym struna, odwracając się tak gwałtownie, że aż
zawirowało mi w głowie. W pierwszym odruchu przybrałam pozycję
obronną, gotowa rzucić na ewentualnego intruza, ale podświadomie czułam, że
osoba, która nagle znalazła się na wyciągnięcie ręki, nie była kimś, kto
zdołałby mnie skrzywdzić. Wręcz przeciwnie.
Gabriel
zamarł w progu salonu, dłonią wciąż przytrzymując drzwi. Zauważyłam, że
pobladł, nie wspominając o tym, że wpatrywał się we mnie tak, jakbyśmy
widzieli się po raz pierwszy. Stał tam i nie dowierzał, a przynajmniej
to uświadomił mi szok, którego doszukałam się w jakże znajomych,
przypominających dwie czarne dziury tęczówkach. Jego spojrzenie dosłownie mnie
przenikało, równie intensywne, co i w dniu, w którym utknęliśmy
razem w mojej pracowni – on wreszcie świadom tego, kim była towarzysząca
mu przez cały ten czas Vanessa.
Cisza
okazała się nie do zniesienia. Przez chwilę po prostu tkwiliśmy naprzeciwko
siebie – on w progu, ja na środku pokoju – wzajemnie mierząc się wzrokiem.
To przypominało jakiś nieformalny pojedynek na spojrzenia, który oficjalnie
przegrałam w chwili, w której jako pierwsza ruszyłam się z miejsca.
Początkowo
nawet nie drgnął, kiedy pokonałam dzielącą nas odległość, bezceremonialnie zarzucając
mu ramiona na szyję i chyba tylko cudem nie zwalając z nóg.
Zareagował dopiero w chwili, w której coś we mnie pękło, a ja –
zaskakując przy okazji samą siebie – wybuchłam niepochamowanym płaczem.
– Ty nie… O bogini…
– usłyszałam, choć zrozumienie nieskładnych słów, które nagle w pośpiechu
zaczął wyrzucać z siebie Gabriel, okazało się nie lada wyzwaniem. – Ty
naprawdę…
Mniej więcej
wtedy do niego dotarło. Znajome ramiona owinęły się wokół mnie, gdy w końcu
przygarnął mnie do siebie, tuląc tak gwałtownie, że na moment aż zabrakło mi tchu.
W którymś momencie oboje straciliśmy oparcie, jednak lądując na podłodze,
ale to nie miało znaczenia. Dosłownie przywarłam do Gabriela, napierając nań
całym ciałem, byleby tylko poczuć jego ciepło. Nie pozostał mi dłużny, naprzemiennie
to błądząc dłońmi po moich plecach, to znów wplatając palce we włosy – wszystko
w desperackiej próbie upewnienia się, że byłam prawdziwa.
Nie
potrafiłam stwierdzić, które z nas pierwsze odnalazło drogę do ust drugiego.
Wiedziałam jedynie, że w chwili, w której zdołałam ułożyć obie dłonie
na bladych policzkach męża, a na wargach poczułam znajomy nacisk, w końcu
poczułam się pełna. Oczami wyobraźni wręcz widziałam więź, która jak na
zawołanie zalśniła pomiędzy nami, wydając się splatać nas ze sobą, łączyć i wypełniać
pustkę, w której oboje trwaliśmy przez tyle czasu. Nagle po prostu
wszystko wróciło na wszystko miejsce – tak po prostu, choć zdążyłam zwątpić w to,
czy w ogóle było to możliwe.
Kiedy
ostatnim razem mogłam poczuć go tak blisko? W jednej chwili poczułam się
tak, jakby cały ten czas, który spędziłam na błąkaniu gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią,
w rzeczywistości nie istniał. Jakby od chwili, w której przyszedł do
mnie ostatni raz – wówczas rozbitej i zagubionej w świecie snów –
minęła zaledwie chwila. Tym razem było inaczej, zwłaszcza że już nie brałam
się, że nagle rozbiję się na kawałeczki. Trwałam w jego ramionach pewnie,
świadoma każdego kolejnego pocałunku i czułego słowa, kiedy zaczął w pośpiechu
coś szeptać, ocierać policzki z łez i robić wszystko, bylebym zdołała
się uspokoić.
Z jękiem
osunęłam się w jego ramionach, wtulając twarz w tors Gabriela. Nie
obchodziło mnie, że łzami moczyłam mu koszulę, w gruncie rzeczy chcąc
tylko jednego – choć przez chwilę trwać w jego objęciach. To, że pod warstwą
skóry słyszałam bijące z zawrotną szybkością serce, dodawało mi pewności
siebie. Było w tym dźwięku coś kojącego, niczym obietnica czegoś, czego
wciąż nie potrafiłam nazwać, ale wiedziałam, że nadejdzie.
– Jestem
tutaj. Jestem tutaj…
Z
opóźnieniem dotarło do mnie, że powtarzałam te dwa słowa wciąż i wciąż,
niczym jakąś mantrę. Nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy chciałam w ten
sposób przekonać jego, czy może samą siebie. Jakby to w ogóle miało
znaczenie! Liczyło się, że miałam go tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki
i…
– Gabrielu?
Hej, Gabriel, jesteś tutaj?! – rozbrzmiał gdzieś z przedpokoju wyraźnie podenerwowany
głos Layli. – Gdzie…?
Omal na nas
nie wpadła, kiedy jednak zdecydowała się wejść do salonu. Zachwiała się, w pośpiechu
chwyciła framugi, by odzyskać równowagę, po czym spojrzała na nas z góry –
rozłożonych na podłodze i wciąż wtulonych w siebie. Jej jasne oczy
rozszerzyły się, jakimś cudem lśniąc bardziej niż do tej pory.
– Cześć – wyrwało
mi się. Tylko na tyle było mnie stać.
Reakcja
Layli była natychmiastowa. Nagle pisnęła, a potem dosłownie rzuciła się ku
nam, bezceremonialnie biorąc mnie w ramiona. Gabriel jęknął, kiedy w przypływie
entuzjazmu omal nie znokautowała go ciosem w żebra, ale nie próbowałam
protestować. Jedynie zaśmiałam się w nerwowy, wciąż niedowierzający
sposób, kiedy Layla przygarnęła mnie do siebie; jej rozgrzane objęcia były
znajome i kojące za razem.
– Nessie. O bogini,
Nessie – wyszeptała mi wprost do ucha.
Nie
pozostałam jej dłużna. Właściwie nie zarejestrowałam momentu, w którym tak
po prostu zaczęłyśmy się naprzemiennie tulić, śmiać i płakać. Wtedy też
dotarło do mnie, że mimo wszystkich kojących słów, które padły z ust Layli,
gdy komunikowałam się z nią na tyle, na ile było to możliwe bez
materialnej formy, wampirzyca mimo wszystko miała wątpliwości, czy uda mi się
wrócić. Z drugiej strony, może za punkt honoru wzięła sobie, by
odwzajemnić się za wszystkie te niespodziewane uściski, którymi obdarowałam ją w ostatnim
czasie.
Tyle
wystarczyło, żeby mnie rozgrzać. Nie chodziło nawet o bijące od ciała
Layli ciepło, ale fizyczną bliskość tych, których potrzebowałam najbardziej.
Moje serce wciąż wyrywało się ku Gabriela, podążając za więzią, która swoim
istnieniem przypominała mi, do kogo tak naprawdę należałam. Nawet jeśli dom był
zaledwie nic nieznaczącą iluzją, nie wierzyłam, bym mogła tak po prostu
wyobrazić sobie obecność Licavolich. Utknęliśmy w tym razem, najpewniej w chwili,
w której wymykaliśmy się Simonowi.
Sęk w tym,
że przyczyny również nie miały dla mnie znaczenia. W końcu tu byłam, w pełni
materialna i…
– Ty. –
Poderwałam się do siadu, przez moment czując się tak, jakby poraził mnie pąd.
Spojrzenie momentalnie skierowałam ku Gabrielowi, w tamtej chwili
bynajmniej nie wyrywając się do tego, by znów go całować. – Ty… kompletny…
idioto…
Dosłownie
cedziłam każde kolejne słowo. Ani na chwilę nie odrywałam przy tym wzroku od
Gabriela, w zamian przesuwając się coraz i bliżej. Nagle znów na nim
leżałam, palce nerwowo zaciskając na przodzie jego koszuli. Chciało mi się
krzyczeć z frustracji, a najlepiej zrobić to, do czego już posunęła
się Layla – po prostu porządnie mu przywalić, by raz na zawsze pojął, co
sądziłam o ryzykowaniu życia podczas spotkania z niebezpieczną
wampirzą królową.
Na moment
zawirowało mi w głowie. Wciąż byłam przerażona na samo wspomnienie tego,
co czułam, gdy w panice krążyłam dookoła, obserwując poczynania Amelie.
Gdyby nie ona…
Nie
chciałam wiedzieć.
Nie
chciałam bardzo wielu rzeczy.
Miałam dość
powodów, żeby go uderzyć. Chciałam się wściekać, krzyczeć albo od razu rzucić
na Gabriela z pięściami. Byłam zresztą gotowa przysiąc, że nawet nie
próbowałby mnie powstrzymać, ze stoickim spokojem przyjmując wszystkie oznaki
złości. Och, kto wie – może nawet by się z tego cieszył, aż nazbyt
wyraźnie mogąc poczuć, że byłam prawdziwa.
Tyle że ja
nie potrafiłam się na to zdobyć.
Wyrwał mi
się cichy, zdławiony jęk. Może powinnam czuć żal, ale i na to nie
potrafiłam się zdobyć. Przez chwilę po prostu spoglądałam mu w twarz, zaś w chwili,
w której nasze spojrzenia znów się spotkały, stało się coś, czego poniekąd
się obawiałam. Przepadałam. Cały gniew uleciał ze mnie równie nagle, co się pojawił,
pozostawiając po sobie wyłącznie zmęczenie i nieopisaną wręcz pustkę.
– Nigdy
więcej… – zaczęłam, ale i tej myśli nie potrafiłam dokończyć.
Tak
naprawdę nie musiałam. Byłam gotowa
przysiąc, że sposób, w jaki ujęłam jego twarz w obie dłonie, mówił
sam za siebie. Raz po raz przesuwałam kciukami po jego policzkach. Czekałam,
wciąż pragnąć coś powiedzieć, ale…
– Nie
odchodź tak ode mnie więcej.
Zamrugałam,
przez moment mając wrażenie, że mówił do mnie w jakimś innym języku.
Parsknęłam, nie mogąc się powstrzymać. Sama nie byłam pewna czy powinnam się
śmiać, czy może płakać i jednak go uderzyć.
Ostatecznie
nie zrobiłam niczego. Nagle po prostu znów znalazłam się w jego ramionach,
podczas gdy on tulił mnie do siebie, miarowo kołysząc w przód i w tył.
Skuliłam się w jego objęciach, bliska tego, by znów zacząć płakać. Łzy
cisnęły mi się do oczu, ale nie pozwoliłam im płynąć, całą sobą czując, że to
nie był najlepszy moment na wypłakiwanie sobie oczu. Wciąż mieliśmy coś do
zrobienia. Problem polegał na tym, że nie potrafiłam się ruszyć, raz po raz
unosząc głowę, by upewnić się, że Gabriel naprawdę był obok. Szukałam
jakichkolwiek oznak tego, że coś mu dolegało i że jednak powinnam się
martwić, ale nie byłam w stanie dostrzec niczego.
Tym razem wyraźnie
usłyszałam zmierzające w naszą stronę kroki. Poderwałam głowę, ale nie po
to, by zainteresować się, kto tym razem ku nam zmierzał. W zamian raz jeszcze
spojrzałam Gabrielowi w twarz, pod wpływem impulsu decydując się wypowiedzieć
słowa, którym po prostu musiałam pozwolić rozbrzmieć.
– Nie ma
rzeczy, której bym ci nie wybaczyła. Pamiętasz, prawda?
Zauważyłam,
że jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Nie wątpiłam, że dobrze pamiętał te
słowa – identyczne jak te, którymi zwróciłam się do niego kilka lat wcześniej,
gdy zaraz po narodzinach Joce przyszedł do mnie we śnie, chcąc rozmawiać o rzeczach,
o których ja pragnęłam zapomnieć. Tak było i tym razem, choć może to
znaczyło, że jednak upadłam na głowę. Z drugiej strony, co złego było w tym,
że go potrzebowałam – i to nawet wtedy, gdy z myślą o mnie robił
nawet najbardziej szalone rzeczy.
– Ale…
– Zawsze
mogę cię jednak uderzyć – przerwałam mu stanowczo. – Tak jak Layla.
Prychnął,
jakby niedowierzając temu, co mówiłam. Jego ruchy wciąż były niepewne, jakby
sądził, że w każdej chwili mogłaby się rozpaść albo rozpłynąć w powietrzu.
Tak czy siak, ostatecznie i tak wylądowałam w jego ramionach na
ułamek sekundy przed tym, jak doszedł mnie głos Isabeau.
– Och, na
litość bogini…
Wtedy też
dotarło do mnie, że mieliśmy towarzystwo. Sióstr Gabriela mogłam się
spodziewać, zwłaszcza że towarzyszyłam Layli, ale widok Dimitra i Rufusa
na moment wytrącił mnie z równowagi. Nie żeby leżenie na podłodze nadawało
się do witania z kimkolwiek, aczkolwiek…
– Hm,
dobrze cię widzieć – stwierdził Dimitr takim tonem, jakby nie działo się nic
wartego uwagi.
Rufus
jedynie wywrócił oczami. Nie odezwał się nawet słowem, ale coś w jego
obecności sprawiło, że momentalnie poderwałam się na równe nogi. Momentalnie
poddałam się impulsowi, który nakazał mi bezceremonialnie doskoczyć do wampira i go
uściskać. Chciałam tego tak naprawdę od chwili, w której dowiedziałam się,
co spotkało Alessię. Mógł mówić, co chciał, ale ja i tak wiedziałam, że
zawdzięczałam mu sporo.
– Och, na
litość bogini… – obruszył się, robiąc taki ruch, jakby chciał mnie odepchnąć.
Ostatecznie nie zrobił tego, w zamian w nieco nerwowy, niezgrabny
sposób klepiąc mnie po plecach. – Tak, tak… Już. Ani słowa. Skoczyłaś?
Otworzyłam i zaraz
zamknęłam usta. Chciałam coś powiedzieć, ale wszelakie myśli uleciały z mojej
głowy, gdy od skupienia na Rufusie i Alessi, przypomniałam sobie o czymś
jeszcze. Natychmiast odsunęłam się (jak nic ku satysfakcji szwagra), po czym
błyskawicznie zwróciłam w stronę Gabriela. Zdążył się podnieść, co
ułatwiło mi dopadniecie do niego i chwycenie go za obie ręce.
– Mi
amore? – zmartwił się, ale jedynie potrząsnęłam głową.
– Joce –
wyrzuciłam z siebie na wydechu, nie odrywając wzroku od bladej twarzy
męża. – Widzieliście ją?
To, że
Gabriel jeszcze bardziej pobladł, okazało się odpowiedzią samo w sobie.
– Nie. –
Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Jesteśmy tylko my. Ale… Hej, Nessie,
spokojnie – zaoponował, kiedy spróbowałam się od niego odsunąć, by zacząć
niespokojnie krążyć. Jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach. – Co się
stało? Mała przecież…
– Była z moimi
rodzicami – przerwałam mu. – Ale oni też tu są. No i Esme. Skoro tak…
Nie
dokończyłam, ale nie musiałam. Po wyrazie jego twarzy zorientowałam się, że
doskonale wiedział, do czego zmierzałam. Cisza mnie drażniła, ale przecież tak
naprawdę nie miałam do powiedzenia niczego więcej. Nie żeby słowa mogły
cokolwiek zmienić.
– Co
robimy? – zapytała natychmiast Layla.
Żadne z nas
nie potrafiło jej odpowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz