30 sierpnia 2019

Epilog

Michael
Telefon od Amelie był nagły, krótki i niepokojący. Już w chwili, w której zauważył imię wampirzycy na wyświetlaczu, miał pewność, że coś było nie tak. I nie chodziło tylko o to, że ta kobieta trzymała się z daleka od wszystkich nowinek technicznych, jeśli tylko sytuacja na to pozwalał.
– Mickey? – usłyszał, ledwo tylko odebrał. Nie miał okazji nawet się odezwać, nie wspominając o tym, że to jedno słowo wystarczyło, by zamknąć mu usta. To i pobrzmiewająca w głosie wampirzyca słabość. – Michael, proszę… Przyjdź po mnie.
To były ostatnie słowa, które spodziewał się usłyszeć. Błagająca Amelie była zjawiskiem, którego nie doświadczył od wieków. Równie długo nie słyszał, by zwracała się do niego w taki sposób. W jednej chwili szlag trafił całą formalność i dystans, który budowali przez ten czas.
Wszystkie jego uparte obietnice, by więcej nie mieszać się w to, co się działo, również.
– Gdzie jesteś?
Rozłączył się, gdy tylko mu powiedziała. Zaraz po tym – nie dając sobie czasu na wątpliwości – w pośpiechu obszedł bar, wcześniej w zdecydowanie niedelikatny sposób odkładając na blat dopiero co doczyszczone filiżanki. Jedna z nich stoczyła się, z brzdękiem upadając na podłogę i rozpadając na dziesiątki porcelanowych kawałków.
Krążąca przy najbliższych stolikach Irys wzdrygnęła się, po czym pytająco spojrzała w jego stronę.
– Muszę wyjść. Dopilnuj wszystkiego, póki nie wrócę – rzucił o wiele ostrzej niż powinien. Dziewczyna skrzywiła się, ale posłusznie skinęła głową. – Albo wiesz co? Po prostu to sprzątnij i zrób sobie wcześniejsze wolne. Słyszeliście, co? – dodał, podnosząc głos. Nawet nie spojrzał na grupkę osób, które jak zwykle przesiadywały w kawiarni – Wszyscy do domu!
Nie sprawdzał, czy ktokolwiek zamierzał go posłuchać. Być może zostawienie wszystkiego na głowie Irys nie było najlepszym pomysłem, ale w tamtej chwili nie myślał ani o konsekwencjach, ani ewentualnych stratach. Musiał jak najszybciej opuścić to miejsce, nie chcąc wzbudzać niepotrzebnych sensacji, gdyby ot tak zdematerializował się, stojąc za barem.
Zdecydował się na to, gdy tylko znalazł się na pogrążonej w ciszy ulicy. Wyszedł tyłem, jedynie ułamki sekund poświęcając na rozejrzenie po wąskim zaułku, który znajdował się tuż za kawiarnią. Tym razem nie zauważył żadnego niechcianego obserwatora – ani małej Licavoli, ani jakiegokolwiek innego niechcianego gościa. Przyjął to z ulgą, zwłaszcza że był w nastroju wystarczająco podłym, by w razie niepotrzebnych komplikacji nie przebiegać w środkach.
Dobrze wiedział, gdzie mieściło się miejsce, które wskazała mu Amelie. Ten punkt Seattle był jednym z bardziej odległych, zaniedbanych i – przynajmniej w teorii – idealny dla wampira, który potrzebował swobody i kryjówki. Michael zmaterializował się w pogrążonej w mroku, pozbawionej choćby jednej działającej latarni uliczce. Podejrzliwie zmrużył oczy, przez chwile nasłuchując, ale poza odległym i jakby nic nieznaczącym gwarem miasta, nie wychwycił niczego, co wydałoby mu się niewłaściwe.
Wiedział, że gdzieś w pobliżu znajdowało się mieszkanie, które tymczasowo zamieszkiwała Amelie. Już kiedy mu o tym wspominała, skwitował jej słowa prychnięciem, z trudem powstrzymując się od uwag o tym, że takie warunki zdecydowanie nie były wskazane dla kobiety, nawet nieśmiertelnej. Jak ją znał, obruszyłaby się tylko i w kilku słowach uświadomiła mu, co sądziła o traktowaniu jej jak płci słabszej. Teraz jedynie utwierdził się w przekonaniu, że jego podejrzenia były słuszne, a miejsce wyglądało gorzej niż sobie wyobrażał, ale wciąż wątpił w to, czy wampirzyca byłaby skora go wysłuchać. Cóż, najpewniej nie.
Przez chwilę jeszcze stał w bezruchu, nasłuchując i czujnie wodząc wzrokiem dookoła. Wahał się, co powinien zrobić – poczekać, rozejrzeć się po okolicy czy może udać bezpośrednio do mieszkania, o którym mówiła Amelie. Znalezienie go nie powinno być takie trudne, choć nigdy wcześniej tam nie był, mogąc co najwyżej zdać się na kilka wzmianek i wyostrzone zmysły. Przy odrobinie szczęścia mógł wychwycić jej zapach albo…
– Michael.
Coś poruszyło się w ciemnościach. Zareagował w porę, przemieszczając się akurat w chwili, w której jakaś postać ruszyła w jego stronę. Potrzebował chwili, by rozpoznać Amelie, zwłaszcza że jej ruchy okazały się dziwnie chwiejne i pozbawione jakiejkolwiek właściwej nieśmiertelnej gracji.
– Co się…? – zaczął natychmiast, ale nawet nie próbował dokończyć.
Dosłownie zmaterializował się u jej boku, by móc pochwycić, gdy raz jeszcze zachwiała się, nie upadając wyłącznie dzięki uściskowi, którym ją otoczył. Drżące dłonie zacisnęła na przodzie jego koszuli, wczepiając palce w materiał. Rubinowe tęczówki zalśniły w ciemnościach, kiedy nieprzytomnie spojrzała mu prosto w twarz.
– Jesteś – odetchnęła, a pobrzmiewająca w jej głosie ulga okazała się równie oszałamiająca, co i panika, którą wychwycił podczas rozmowy telefonicznej. – Przepraszam. Ja… Nie miałam do kogo zadzwonić. Po prostu mi pomóż i… – zaczęła, próbując wyprostować się w jego ramionach i uchwycić pion, ale przyszło jej to z wyraźnym trudem.
– Co się stało? – ponowił pytanie. Chwycił kobietę za ramiona, zdecydowanym ruchem stawiając ją do pionu i przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. – Amelie, co się…?
– Dojdę do siebie.
Prychnął, przez moment sam niepewny czy powinien się śmiać, czy może płakać. Zaraz po tym – obojętny na wszystkie nieporadne próby, które podejmowała, by odzyskać równowagę – bezceremonialnie porwał wampirzycę na rękę. Wydała mu się dziwnie drobna i krucha, nawet bardziej niż wtedy, gdy szlochała nad zgliszczami znanego im świata.
Amelie otworzyła usta, jakby chcąc zaprotestować, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian z jękiem przycisnęła dłoń do ust, po chwili decydując się otrzeć twarz. Jej oczy rozszerzyły się, gdy dostrzegła aż nazbyt charakterystyczne, świeże smugi, znaczące dotychczas nieskazitelnie bladą skórę. Michael również zamarł, gdy rozpoznał krew, zwłaszcza że to po prostu nie miało sensu. Nie, skoro trzymał w ramionach wampirzycę – inną niż te podatne na słońce, wciąż mogące cieszyć się bijącym sercem i działającym krwiobiegiem.
Wychwycił panikę w jej spojrzeniu. Na krótką chwilę ich oczy się spotkały, zaś ona wpatrywała się w niego w zmieszany, przerażony wręcz sposób.
Miał wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim zdecydowała się odezwać.
– T-to… To nic – wyszeptała tak cicho, że musiał wręcz czytać z ruchu jej warg, by rozróżnić poszczególne słowa. Jeśli chciała go w ten sposób uspokoić, nie wyszło jej. To, że teraz wyraźnie widział stróżkę krwi, która tak po prostu wypłynęła z jej nosa, również nie pomagało. – Nic… – powtórzyła i jakimś cudem jej głos zabrzmiał jeszcze słabiej.
Zaraz po tym oczy uciekły jej w tył głowy, a Amelie osunęła się w jego ramionach, tracąc przytomność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa