
Michael
Telefon od Amelie był nagły,
krótki i niepokojący. Już w chwili, w której zauważył imię
wampirzycy na wyświetlaczu, miał pewność, że coś było nie tak. I nie
chodziło tylko o to, że ta kobieta trzymała się z daleka od
wszystkich nowinek technicznych, jeśli tylko sytuacja na to pozwalał.
– Mickey? –
usłyszał, ledwo tylko odebrał. Nie miał okazji nawet się odezwać, nie
wspominając o tym, że to jedno słowo wystarczyło, by zamknąć mu usta. To i pobrzmiewająca
w głosie wampirzyca słabość. – Michael, proszę… Przyjdź po mnie.
To były
ostatnie słowa, które spodziewał się usłyszeć. Błagająca Amelie była
zjawiskiem, którego nie doświadczył od wieków. Równie długo nie słyszał, by
zwracała się do niego w taki sposób. W jednej chwili szlag trafił
całą formalność i dystans, który budowali przez ten czas.
Wszystkie
jego uparte obietnice, by więcej nie mieszać się w to, co się działo,
również.
– Gdzie
jesteś?
Rozłączył
się, gdy tylko mu powiedziała. Zaraz po tym – nie dając sobie czasu na
wątpliwości – w pośpiechu obszedł bar, wcześniej w zdecydowanie
niedelikatny sposób odkładając na blat dopiero co doczyszczone filiżanki. Jedna
z nich stoczyła się, z brzdękiem upadając na podłogę i rozpadając
na dziesiątki porcelanowych kawałków.
Krążąca
przy najbliższych stolikach Irys wzdrygnęła się, po czym pytająco spojrzała w jego
stronę.
– Muszę
wyjść. Dopilnuj wszystkiego, póki nie wrócę – rzucił o wiele ostrzej niż powinien.
Dziewczyna skrzywiła się, ale posłusznie skinęła głową. – Albo wiesz co? Po
prostu to sprzątnij i zrób sobie wcześniejsze wolne. Słyszeliście, co? –
dodał, podnosząc głos. Nawet nie spojrzał na grupkę osób, które jak zwykle
przesiadywały w kawiarni – Wszyscy do domu!
Nie
sprawdzał, czy ktokolwiek zamierzał go posłuchać. Być może zostawienie
wszystkiego na głowie Irys nie było najlepszym pomysłem, ale w tamtej
chwili nie myślał ani o konsekwencjach, ani ewentualnych stratach. Musiał
jak najszybciej opuścić to miejsce, nie chcąc wzbudzać niepotrzebnych sensacji,
gdyby ot tak zdematerializował się, stojąc za barem.
Zdecydował
się na to, gdy tylko znalazł się na pogrążonej w ciszy ulicy. Wyszedł tyłem,
jedynie ułamki sekund poświęcając na rozejrzenie po wąskim zaułku, który
znajdował się tuż za kawiarnią. Tym razem nie zauważył żadnego niechcianego
obserwatora – ani małej Licavoli, ani jakiegokolwiek innego niechcianego gościa.
Przyjął to z ulgą, zwłaszcza że był w nastroju wystarczająco podłym,
by w razie niepotrzebnych komplikacji nie przebiegać w środkach.
Dobrze wiedział,
gdzie mieściło się miejsce, które wskazała mu Amelie. Ten punkt Seattle był
jednym z bardziej odległych, zaniedbanych i – przynajmniej w teorii
– idealny dla wampira, który potrzebował swobody i kryjówki. Michael
zmaterializował się w pogrążonej w mroku, pozbawionej choćby jednej
działającej latarni uliczce. Podejrzliwie zmrużył oczy, przez chwile nasłuchując,
ale poza odległym i jakby nic nieznaczącym gwarem miasta, nie wychwycił
niczego, co wydałoby mu się niewłaściwe.
Wiedział,
że gdzieś w pobliżu znajdowało się mieszkanie, które tymczasowo
zamieszkiwała Amelie. Już kiedy mu o tym wspominała, skwitował jej słowa
prychnięciem, z trudem powstrzymując się od uwag o tym, że takie
warunki zdecydowanie nie były wskazane dla kobiety, nawet nieśmiertelnej. Jak
ją znał, obruszyłaby się tylko i w kilku słowach uświadomiła mu, co
sądziła o traktowaniu jej jak płci słabszej. Teraz jedynie utwierdził się w przekonaniu,
że jego podejrzenia były słuszne, a miejsce wyglądało gorzej niż sobie
wyobrażał, ale wciąż wątpił w to, czy wampirzyca byłaby skora go
wysłuchać. Cóż, najpewniej nie.
Przez chwilę
jeszcze stał w bezruchu, nasłuchując i czujnie wodząc wzrokiem
dookoła. Wahał się, co powinien zrobić – poczekać, rozejrzeć się po okolicy czy
może udać bezpośrednio do mieszkania, o którym mówiła Amelie. Znalezienie
go nie powinno być takie trudne, choć nigdy wcześniej tam nie był, mogąc co
najwyżej zdać się na kilka wzmianek i wyostrzone zmysły. Przy odrobinie
szczęścia mógł wychwycić jej zapach albo…
– Michael.
Coś
poruszyło się w ciemnościach. Zareagował w porę, przemieszczając się
akurat w chwili, w której jakaś postać ruszyła w jego stronę. Potrzebował
chwili, by rozpoznać Amelie, zwłaszcza że jej ruchy okazały się dziwnie
chwiejne i pozbawione jakiejkolwiek właściwej nieśmiertelnej gracji.
– Co się…? –
zaczął natychmiast, ale nawet nie próbował dokończyć.
Dosłownie
zmaterializował się u jej boku, by móc pochwycić, gdy raz jeszcze
zachwiała się, nie upadając wyłącznie dzięki uściskowi, którym ją otoczył.
Drżące dłonie zacisnęła na przodzie jego koszuli, wczepiając palce w materiał.
Rubinowe tęczówki zalśniły w ciemnościach, kiedy nieprzytomnie spojrzała
mu prosto w twarz.
– Jesteś –
odetchnęła, a pobrzmiewająca w jej głosie ulga okazała się równie
oszałamiająca, co i panika, którą wychwycił podczas rozmowy telefonicznej.
– Przepraszam. Ja… Nie miałam do kogo zadzwonić. Po prostu mi pomóż i… –
zaczęła, próbując wyprostować się w jego ramionach i uchwycić pion,
ale przyszło jej to z wyraźnym trudem.
– Co się
stało? – ponowił pytanie. Chwycił kobietę za ramiona, zdecydowanym ruchem
stawiając ją do pionu i przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy.
– Amelie, co się…?
– Dojdę do
siebie.
Prychnął, przez
moment sam niepewny czy powinien się śmiać, czy może płakać. Zaraz po tym –
obojętny na wszystkie nieporadne próby, które podejmowała, by odzyskać
równowagę – bezceremonialnie porwał wampirzycę na rękę. Wydała mu się dziwnie
drobna i krucha, nawet bardziej niż wtedy, gdy szlochała nad zgliszczami
znanego im świata.
Amelie
otworzyła usta, jakby chcąc zaprotestować, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian
z jękiem przycisnęła dłoń do ust, po chwili decydując się otrzeć twarz.
Jej oczy rozszerzyły się, gdy dostrzegła aż nazbyt charakterystyczne, świeże
smugi, znaczące dotychczas nieskazitelnie bladą skórę. Michael również zamarł,
gdy rozpoznał krew, zwłaszcza że to po prostu nie miało sensu. Nie, skoro
trzymał w ramionach wampirzycę – inną niż te podatne na słońce, wciąż mogące
cieszyć się bijącym sercem i działającym krwiobiegiem.
Wychwycił panikę
w jej spojrzeniu. Na krótką chwilę ich oczy się spotkały, zaś ona
wpatrywała się w niego w zmieszany, przerażony wręcz sposób.
Miał
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim zdecydowała się odezwać.
– T-to… To
nic – wyszeptała tak cicho, że musiał wręcz czytać z ruchu jej warg, by
rozróżnić poszczególne słowa. Jeśli chciała go w ten sposób uspokoić, nie
wyszło jej. To, że teraz wyraźnie widział stróżkę krwi, która tak po prostu
wypłynęła z jej nosa, również nie pomagało. – Nic… – powtórzyła i jakimś
cudem jej głos zabrzmiał jeszcze słabiej.
Zaraz po tym
oczy uciekły jej w tył głowy, a Amelie osunęła się w jego
ramionach, tracąc przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz