1 stycznia 2019

Sto dziewięćdziesiąt siedem

Schodziła powoli, krok za krokiem, stopień za stopniem. Dłonią delikatnie przesuwała po ścianie, próbując znaleźć ewentualne oparcie na wypadek, gdyby nogi jednak odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła się z tym co najmniej dziwnie – z koniecznością zagłębiania się bardziej w podziemia i ciemność, jakby już i tak nie znajdowała się w tak dziwnym, niepokojącym miejscu – ale to jej nie powstrzymało. Stopni zresztą okazało się być zaledwie kilkanaście. Dwanaście, jak przekonała się, gdy wraz z kolejnym niepewnym krokiem odkryła, że dotarła do celu. Liczyła je bezwiednie, gotowa przysiąc, że dzięki temu czuła się pewniej. Jak długo mogła skoncentrować na czymś myśli, otaczający ją świat wydawał się bardziej stabilny i znajomy. Również wciąż rozbrzmiewający w jej głowie, wabiący wprost do źródła szept jawił się Joce jako mniej przerażający.
Choć ten jeden raz nie bała się. Co prawda lęk mimo wszystko gdzieś tam był, czając się na granicy jej świadomości, ale była w stanie go zignorować. W zamian skupiała się na głosie i poczuciu, że powinna coś zrobić – choćby tylko ze współczucia, zresztą faktyczne powody pozostawały sprawą drugorzędną. Słuchanie nieustającego błagania okazało się trudniejsze niż mogłaby przypuszczać. Co więcej, wszystko w niej aż krzyczało, że ten jeden raz powinna coś zrobić. Musiała, ale…
Nie zarejestrowała momentu, w którym przystanęła. Nagle po prostu stałą przed zamkniętymi dwuskrzydłowymi drzwiami, tępo się w nie wpatrując. Poruszając się trochę jak w transie, ostrożnie wyciągnęła rękę, by móc popchnąć jedno ze skrzydeł. Do samego końca sądziła, że doczeka się oporu, ale w odpowiedzi na jej starania, zawiasy lekko skrzypnęły. Same drzwi otworzyły się z lekkością, wręcz zaskoczona tym, że ustąpiły. Zrobiła krok naprzód, ale nie od razu zdecydowała się wślizgnąć do środka, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. Gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem w odpowiedzi na bijący z wnętrza pomieszczenia chłód. „Tutaj jest tak zimno…” – przypomniała sobie szept, który nie tak dawno temu rozbrzmiał w jej głowie i to wystarczyło, by zrozumiała, że najpewniej dotarła do celu. Problem polegał na tym, że wcale nie była taka pewna, czy to dobrze, a tym bardziej czy chciała tam wchodzić.
Ręka zadrżała jej, po chwili ześlizgując z drzwi. Nie zamknęły się, dzięki czemu wziąć widziała czającą się po drugiej stronie ciemność. Nie potrafiła stwierdzić, czy i w tym pomieszczeniu działał prąd, w gruncie rzeczy nie wyobrażając sobie, że miałaby na oślep szukać włącznika światła – o ile taki w ogóle się tam znajdował. Nasłuchiwała, ale poza ogłuszającą ciszą, przerywaną wyłącznie przez przyśpieszony oddech i tłukące się w piersi serce – nie zarejestrowała niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. Była sama, zagubiona i coraz mniej pewna tego, co robiła.
Powinna zawrócić. Póki jeszcze miała szansę, powinna jak najszybciej odszukać Dallasa, a potem…
Z tym, że nie potrafiła.
– Jesteś tutaj? – wyszeptała z trudem. Ledwo poruszyła wargami, przez moment gotowa przysiąc, że z jej ust wydobył się kłębek pary. Coraz wyraźniej czuła napierający z wnętrza pomieszczenia przejmujący chłód. – Hej…
Tutaj.
Wyprostowała się niczym struna. Oczekiwała odpowiedzi, w gruncie rzeczy od samego początku wiedząc, że ta mogła nadejść. Tym razem nie próbowała wmawiać sobie, że nawoływanie mogłoby być co najwyżej wytworem jej wyobraźni. Oszukiwanie samej siebie nie miało sensu, zwłaszcza teraz, gdy zabrnęła aż tak daleko. Nie chcę się bać, pomyślała w niemalże równie błagalny sposób, co i ten, w jaki nawołująca ją istota wypowiadała kolejne słowa. Teraz zresztą dla odmiany wyczuła w rozbrzmiewającym w jej umyśle głosie ulgę, co uprzytomniło jej, że jednak zdążyła rozbudzić w duszy nadzieję. Była tak blisko, więc nie miała innego wyboru – nie, skoro na swój sposób obiecała przyjść. Zrobiła to w chwili, w której pierwszy raz odpowiedziała na nawoływanie.
A jednak nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Tkwiła w progu, zesztywniała, niespokojna i drżąca przez nadmiar emocji oraz chłód. W milczeniu wpatrywała się w ciemność, próbując wypatrzeć tam jakiekolwiek oznaki czyjejś bytności. Czekała, choć nie miała pojęcia na co, w gruncie rzeczy mając poczucie, że traciła czas. Decyzja była tylko jedna, ale Jocelyne wciąż ulegała wątpliwościom, nie będąc w stanie zdobyć się na tę najważniejszą decyzję.
Światło, pomyślała, próbując skupić się na tym, co najważniejsze. Jasność wszystko zmienia.
Zamknęła oczy. W ten sposób mogła przynajmniej próbować się skupić, choć i tak potrzebowała dłuższej chwili, by się skupić. Oczyszczenie umysłu przyszło jej z trudem, tak nieporadne, jak tylko mogłaby sobie tego wyobrazić. Jej myśli wciąż wirowały, mieszając się ze sobą i podsycając dwa jakże sprzeczne pragnienia – przekroczenia progu i ucieczki. To sprawiło, że dopiero po dłuższej chwili odzyskała dość równowagi, żeby skupić się na mocy, a co dopiero zwizualizować sobie jasny blask. Było coś kojącego w tym wyobrażeniu – niewielkiej, ale niezwykle jasnej kuli energii, zdolnej rozproszyć ciemność. Ciepły blask dodawał pewności, choć przez moment pozwalając dziewczynie na to, by się rozluźniła. To wciąż nie rozwiązywało najważniejszego z dręczących ją problemów, ale i tak wysiliła się na blady uśmiech. Skoro panowała nad sobą na tyle, by w ogóle przywołać moc, mogła być dumna. Inna sprawa, że wciąż pamiętała o zachowaniu ostrożności. To miejsce skutecznie tłamsiło jej zdolności, zamykając je wewnątrz budynku. Gdyby ją poniosło, efekt byłby opłakany; w najgorszym wypadku zrobiłaby krzywdę sobie, obrywając rykoszetem od czegoś, co jak nic odbiłoby się od wzmocnionych srebrem ścian.
Zamrugała, mrużąc oczy, by mieć szansę przyzwyczaić je do jasności. Złożyła dłonie w koszyczek, próbując objąć pulsującą światłem kulę. Jako dziecko łapała te wytworzone przez rodziców, rozbawiona tym, że próbowały przed nią uciekać. Ta tutaj nawet nie drgnęła, w pełni posłuszna jej woli, ale Joce uznała to za dość marny sukces. Przynajmniej miała coś, co pozwalało jej zająć umysł i choć trochę rozjaśniło panujący dookoła mrok. Nie muszę się bać… Prawda?, pomyślała, wciąż próbując przekonać samą siebie, ale i wtedy nie poczuła się pewniej – i to nawet wtedy, gdy w końcu zrobiła krok naprzód.
Światło zmieniało wszystko. Potwierdzenie otrzymała już w chwili, w której jasny blask rozproszył panujący dookoła mrok, w końcu pozwalając jej dostrzec, dokąd dotarła. Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, silniejszy niż do tej pory i bardziej nieprzyjemny. Rozszerzonymi oczami powiodła wzrokiem dookoła, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej wytrącona z równowagi.
W pierwszej chwili pomyślała, że jednak trafiła do jakieś archiwum. Nie rozumiała, dlaczego w takim razie poczuła niepokój, ale to nie było ważne. Liczyło się, że – co uświadomiła sobie nagle – pod ścianami ciągnęło się coś, co w pierwszym odruchu uznała za komodę z szufladami. Zdążyła naliczyć jakieś dziewięć i dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że te były zadziwiająco duże. Właśnie to w tym wszystkim jej nie pasowało – ich rozmiar, zwłaszcza że wyglądały na takie, które zdołałyby pomieścić…
Nie.
Zrozumienie pojawiło się nagle. Panika chwyciła ją za gardło, a serce podjechało aż do samego gardła. Nagle drżała jeszcze bardziej, już nie tylko za sprawą panującego dookoła chłodu, ale czystego przerażenia. Zrozumiała, że zdecydowanie nie patrzyła na regały, a tym bardziej nie znajdowała się w żadnym dziwnie urządzonym archiwum. Również to, że pomieszczenie na pierwszy rzut oka wydało się puste, niczego nie zmieniło.
Nie, skoro wszystko wskazywało na to, że błagalne szepty zaprowadziły ją prosto do kostnicy.
Chciała się cofnąć, ale nie była w stanie się ruszyć. Z jękiem wbiła wzrok w ciąż lśniąca kulę mocy. Czuła ciepło na dłoniach, ale nawet to nie wystarczyło, by ją rozgrzać. Chłód w rzeczywistości pochodził z innego źródła, wydając się pulsować gdzieś w jej wnętrzu i stopniowo rozchodzić po całym ciele. To, że rozproszenie zrobiło swoje, a unosząca się kula zamigotała tak, jakby w każdej chwili mogła zgasnąć, jedynie pogorszyło sytuację.
– Nie… – zaczęła, tym razem na głos, ale nie była w stanie dokończyć.
I tak nie miała po temu okazji. Coś poruszyło się w zasięgu jej wzroku, sprawiając, że Jocelyne mimowolnie poderwała głowę. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, gotowa zacząć krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. W zamian po prostu stała i bezmyślnie wpatrywała się w drobną postać, która znikąd pojawiła się na samym środku pomieszczenia, drżąc i spoglądając na nią w równie przerażony sposób.
Joce ze świstem wypuściła powietrze. Wpatrywała się w nieznajomą, próbując określić, czy widziała ją już podczas pierwszej wizyty w tym miejscu, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Na pewno pamiętała duszę, która podążała za nią, prosząc o to, by odnalazła jej imię, ale ona…
– Och. – Tym razem głos nie rozbrzmiał w jej głowie, choć bez wątpienia był tym samym, który widziała wcześniej. Już wiedziała, kto ją wołał. – Więc to prawda… Powiedz, że to prawda – wyrzuciła z siebie drżącym głosem dziewczyna. Rozszerzonymi do granic możliwości oczyma wpatrywała się w Joce. – Powiedz, że mnie widzisz.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Ostatecznie zacisnęła je w wąską linijkę, niezdolna do jakiejkolwiek sensownej reakcji. W milczeniu zmierzyła duszę wzrokiem, z niejaką ulgą odkrywając, że – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie wyglądała jak ktoś, kto zginął w wyjątkowo okrutny sposób. Na pewno nie przypominała samobójcy ze śladem po kuli albo kogoś, kogo coś rozszarpało żywcem. Jocelyne nawet nie chciała wyobrażać sobie, na jak wiele sposobów ginęli ludzie – i to nie tylko w strasznych filmach, które czasami puszczano w telewizji.
Dusza przed nią była wychudzona i blada. Joce dostrzegła krew na jej ubraniu i skórze, ale do tego widoku zdołała podejść bez emocji. To już widziała, chociaż zdecydowanie nie była zachwycona na myśl o tym, że ślady posoki mogłyby nie robić na niej wrażenia. Nie miała pewności, w jaki sposób zginęła ta dziewczyna, ale mimowolnie pomyślała, że najpewniej tak jak ta, która prosiła ją o pomoc. To wszystko z kolei wiązało się z tym miejscem…
– Widzę – powiedziała z opóźnieniem. Samą siebie zaskoczyła tym, że jej głos zabrzmiał dość pewnie jak na kogoś, kto wewnętrznie umierał ze strachu. – Wołałaś mnie, prawda? Potrzebujesz pomocy – dodała, choć to drugie nawet nie było pytaniem.
Ta jedna kwestia była aż nazbyt oczywista. Przecież za każdym razem chodziło dokładnie o to – o pomoc, która nie pozwalała tym duszom zaznać spokoju. Do tej pory robiła wszystko, byleby odcinać się od obowiązku, który mógłby wiązać się ze zdolnościami, które posiadła, ale to na dłuższą metę prowadziło donikąd. Nie ich winą było to, że umarli i mogliby chcieć wykorzystać jedyną szansę na komunikację.
– Wszyscy potrzebujemy.
Przez moment Joce poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Głos, który jej odpowiedział, zdecydowanie nie należał do stojącej przed nią dziewczyny, ale do chłopaka. Jocelyne drgnęła, po czym w panice powiodła wzrokiem dookoła, ale nie dostrzegła nikogo, kto mógłby wypowiedzieć tych kilka słów, to jednak nie miało znaczenia, bo i tak zrozumiała przekaz.
Duchów było więcej.
Wtedy też je usłyszała, mimowolnie zastanawiając nad tym, dlaczego nie zorientowała się wcześniej. Szeptały łagodnie, bardziej wyraziście niż wtedy, gdy usiłowała się od nich odciąć. Kryły się w ciemnościach, ale bez wątpienia były gdzieś obok, szepcąc i obserwując ją. Może i wcześniej nie próbowały się ujawniać, ale w chwili, gdy odważyła się na nich skupić, wszelakie opory zniknęły. Co prawda wciąż widziała tylko jedną dziewczynę, ale obecność innych dusz stała się dla Jocelyne równie oczywista, co i świadomość, że wszystkie oczekiwały pomocy właśnie od niej.
Światło w jej dłoniach znów zadrżało, na moment tracąc na intensywności. Zamarła, potrzebując dłuższej chwili, by zdołać je utrzymać. Czuła, że serce tłucze jej się w piersi, jednak to wciąż nie strach grał pierwsze skrzypce – a przynajmniej nie tym razem. O wiele intensywniejsze okazało się wręcz oszałamiające współczucie, które przysłoniło wszystko inne, gdy dotarło do niej, że to miejsce było wręcz przesycone śmiercią. Nie potrafiła stwierdzić, jak wielu ich tu było, ale jedno pozostawało oczywiste – zbyt wielu, by mogła patrzeć na działania łowców przez palce.
– Co mam zrobić? Co…? – Potrząsnęła głową. – Co mogę dla was zrobić?
Jeszcze kiedy mówiła, zrobiła krok naprzód. Wypatrywała, ale pozostali – przynajmniej tymczasowo – pozostawali poza zasięgiem jej wzroku. Wciąż czuła ich obecność, jednak ta już nie robiła na niej aż takie wrażenia. Stała się równie naturalna, co i chłód oraz rozbrzmiewające w jej głowie szepty. Kiedy się przed nimi nie wzbraniała, dużo łatwiejszym okazało się znoszenie tego, że w ogóle rozbrzmiewały jej umyśle. Uznała to za dobry znak, zresztą jak świadomość, że nie chcieli jej skrzywdzić. Problem polegał na tym, że to nadal nie tłumaczyło najważniejszego. Miała wrażenie, że tak naprawdę wcale nie powinna pytać, w zamian po prostu działając. Gdyby trafili na kogoś bardziej doświadczonego, najpewniej właśnie tak by było – ta osoba ot tak znalazłaby rozwiązanie. Może gdyby zainteresowała się sobą wcześniej…
Tym razem wyczuła ruch za plecami. Kiedy błyskawicznie obejrzała się przez ramię, nie dostrzegła za sobą niczego, ale to jedynie wzmogło narastający w jej wnętrzu niepokój. W efekcie omal nie wyszła z siebie, gdy – nie wiadomo kiedy i jak szybko – tuż obok zmaterializowała się dziewczyna, która przyciągnęła ją do tego miejsca. Oczy Joce rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy nieznajoma wyciągnęła rękę, próbując chwycić ją za ramię. Palce duszy jedynie przenikły przez obojczyk pół-wampirzycy, a dziewczyna westchnęła ze smutkiem, wyraźnie rozczarowana.
– Proszę… – zaczęła znowu, nie odrywając wzroku od Jocelyne. Wtedy też zwróciła uwagę na to, że nieznajoma miała lśniące, ciemne oczy, w których na dodatek pojawiły się łzy… Albo krew. – Jesteś tutaj…
Nie odpowiedziała, świadoma wyłącznie narastającej w głowie pustce. Miała zresztą wrażenie, że dusza nie zwracała większej uwagi na jej słowa, w zamian szepcąc w coraz bardziej niespokojny, na swój sposób zafascynowany sposób. Tak mógłby brzmieć ktoś, kto śnił na jawie, wciąż próbując odróżnić sen od rzeczywistości. Dla ducha, który nie pogodził się ze śmiercią i jednak znalazł kogoś, z kim mógł porozmawiać, to miało być wyjątkowym doświadczeniem.
Zmusiła się do tego, by stać spokojnie, gdy dziewczyna kolejny raz wyciągnęła ku niej rękę – tym razem próbując dotknąć twarzy. I tym razem Joce poczuła wyłącznie przenikliwy chłód, świadczący o tym, że palce nieznajomej przenikły przez jej skórę, ale nie dała niczego po sobie poznać. To nie bolało, a tym bardziej nie sprawiało, że Joce czuła się jakkolwiek zagrożona. Miała wrażenie, że dusza była bardziej przerażona od niej, a to samo w sobie wydawało się już nie lada wyczynem.
– To takie dziwne… Jesteś prawdziwa – oznajmiła nagle dziewczyna. – Ja też czuję się przy tobie prawdziwa, ale… nie mogę cię dotknąć.
Między jej brwiami pojawiła się pionowa kreska, kiedy zmarszczyła czoło. Wciąż przypatrywała się Jocelyne z fascynacją, jednocześnie próbując coś pojąć. Joce mogła co najwyżej zgadywać, co działo się w umyśle nieznajomej, zwłaszcza że ruchy tej bez ostrzeżenia stały się jeszcze bardziej nerwowe i niespokojne. Oglądała oszołomioną dziewczynę ze wszystkich stron, jakby podejrzewając, że ta w każdej chwili mogłaby rozpłynąć się w powietrzu i jednak zostawić ją samą sobie.
Dusza westchnęła, po czym bezceremonialnie się odsunęła. Kiedy zwiesiła ramiona i pochyliła głowę, pozwalając, by poplątane włosy opadły jej na twarz, całkiem ją przysłaniając, wydała się jeszcze drobniejsza i bardziej wystraszona. Chociaż Joce nie sądziła, że to w ogóle możliwe, w tamtej chwili to nie ona poczuła się jak zagubione dziecko. Takowe wydawała się mieć przed sobą, choć dziewczyna wyglądała na kogoś, kto już jakiś czas temu osiągnął pełnoletniość. Mogła być kimś w wieku Cassandry albo Ryana, tyle że – w przeciwieństwie do tej dwójki – nie zdołała przeżyć eksperymentu.
– Nie rozumiem… – jęknęła sfrustrowana. Coś w jej głosie sprawiło, że Joce momentalnie zapragnęła ją przytulić; zrobić cokolwiek, by miała szansę poczuć się lepiej. – Ty… możesz coś zrobić?
Uścisk w gardle Jocelyne stał się jeszcze trudniejszy do zniesienia. Przełknęła z trudem, próbując się go pozbyć, ale nie ustąpił, wręcz bardziej dając się jej we znaki.
– Nie wiem co – przyznała, choć w tamtej chwili szczerość wcale nie była czymś, co miało szansę kogokolwiek pocieszyć.
Kolejny jęk wyrwał się z gardła jej towarzyszki. Gdzieś w głowie Joce rozbrzmiało poruszenie – inni znów szeptali, choć tym razem nie była w stanie rozróżnić poszczególnych słów. To okazało się bez znaczenia, bo i tak była w stanie wyobrazić sobie to, jak bardzo musiała ich rozczarować. Oczekiwali pomocy, ale w zamian dostali kogoś, kto mógł co najwyżej załamywać ręce, równie bezradny, co i wszyscy wokół.
– Proszę… Proszę! – powtórzyła znów dusza. Spojrzała na Jocelyne, wciąż powtarzając to jedno słowo w tak błagalny sposób, jakby liczyła, że w jakimś cudowny sposób sprawi, że wszystko stanie się jasne i proste. – Ty musisz…
Nie dodała niczego więcej. W zamian kolejny raz wyciągnęła rękę ku Joce tym razem takich ruchem, jakby chciała ująć ją za nadgarstek. I tym razem jej palce przeniknęły przez ciało, ale intencje duszy pozostawały aż nazbyt jasne. Nie chcę tego robić, uświadomiła sobie w oszołomieniu, ale i tak zrobiła krok naprzód, posłusznie podążając za roztrzęsioną dusza w głąb prosektorium. Nogi miała jak z waty, a wrażenie to pogłębiło się, gdy uprzytomniła sobie, dokąd prowadziła ją dziewczyna, jednak nawet wtedy się nie zatrzymała.
Zrobiła to dopiero w chwili, w której jej towarzyszka zastygła przed jedną z zamkniętych szuflad, by zamaszystym gestem móc wskazać ją palcem.
– Tutaj – oznajmiła, a Joce poczuła, że niewiele brakuje, by jednak zrobiło jej się niedobrze.
Wiedziała, czego oczekiwała ta dziewczyna – jej gesty, spojrzenie i to, gdzie się znajdowały, mówiło samo za siebie. Wyraźnie czuła na sobie przenikliwe, wręcz błagalne spojrzenie ciemnych tęczówek, zresztą nie jako jedynych. Wciąż miała poczucie, że obserwowało ją więcej istot – milczących, czekających i niepokojąco wręcz spokojnych, jakby nagle wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Co prawda Joce wciąż była świadoma ich lęków i pragnień, zwłaszcza że te mieszały się z jej własnymi, ale to zeszło gdzieś na dalszy plan, gdy skupiła się na tej jednej, proszącej ją o niemożliwe dziewczynie.
Bezwiednie zacisnęła przemarznięte, zesztywniałe palce dłoni. W milczeniu wpatrywała się w szufladę tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami. Rozchyliła wargi, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, choć w gruncie rzeczy miała ochotę błagać równie rozpaczliwie, co i wpatrzona w nią dziewczyna – z tym, że w przypadku Jocelyne byłaby to prośba o to, by nieznajoma zaoszczędziła jej konieczności posunięcia się aż tak daleko.
Nie mogę, pomyślała, coraz bliska tego, żeby się popłakać. Tam jest ciało… Do cholery, w lodówkach są trupy!
Wiedziała o tym od początku, ale dopiero kiedy ujęła to w tak bezpośredni sposób, w pełni to do niej dotarło. Co prawda mogła spodziewać się istnienia takiego miejsca – w końcu gdzieś musieli zabierać tych, którym się nie udało – ale ta świadomość i tak ją przytłoczyła. Gorzej czuła się tylko na cmentarzu, choć tam przynajmniej nikt nie zmuszał jej do oglądania czyichkolwiek zwłok.
– Proszę – usłyszała tuż przy uchu drżący głos tkwiącej tuż obok duszy. – Ja… nie mogę się wydostać. Nie mogę…
Joce na moment pociemniało przed oczami. Nie chciała tego robić, a potem…
W chwili, w której jej palce zacisnęły się na rączce szuflady, zamarła.

1 komentarz:

  1. Nowy rok, stara ja… Jak zwykle spóźniona, ale cóż. No i nie byłabym sobą, gdyby coś nie pojawiło się z okazji nowego roku – a więc dnia moich urodzin, chociaż te słowa piszę już po fakcie.
    Szczęśliwego nowego roku, kochani! :)

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa