
Jocelyne
Nie chciała tego robić. Tkwiła
w miejscu, dłoń trzymając na metalowej rączce i bezskutecznie próbują
zapanować nad tłukącym się w piersi sercem. Uderzało tak szybko i mocno,
że doświadczenie okazało się niemalże bolesne, ale ta niedogodność zdawała się
mieć miejsce gdzieś na granicy jej świadomości – odległa i nic
nieznacząca. Liczyła się przede wszystkim obecność drżącej, poganiającej ją słownie
duszy, która tkwiła tak blisko niej, że Joce nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie
jej zignorować. Nie, skoro ta niemalże w nią wnikała.
Przełknęła z trudem.
Wpatrywała się w szufladę, gorączkowo szukając jakiegoś powodu, dla
którego miałaby jej nie otwierać. Nie miała pojęcia, dlaczego dziewczynie tak
zależało na tym, by to zrobiła, ale to na dłuższą metę również nie było ważne. W zasadzie
pierwszy raz spotykała się z duchem, co do którego miała pewności, gdzie
znajdowało się jego ciało. Dallas tego nie oczekiwał, więc nawet nie miała
pewności, co stało się po jego śmierci, ale ta dziewczyna…
– Nie mogę się
wydostać…
Dreszcz
wstrząsnął całym jej ciałem. Jak miała to rozumieć? Na pewno istniała jakaś
wieź między ciałem a duszą, ale czy śmierć z założenia nie zrywała
jej w ostateczny, nieodwracalny sposób? To wydawało się być różnicą, którą
wyczuwała w mamie – w jej przypadku wciąż istniała jakaś alternatywa –
ale ta dziewczyna…
Zacisnęła
powieki, próbując zapanować nad wciąż rozmazującym się obrazem. Nie chciała
tego widzieć, choć trwanie w ciemnościach jawiło jej się jako jeszcze
gorsza perspektywa. Jej myśli plątały się ze sobą, potęgując poczucie
zagubienia i doprowadzając Jocelyne do szału. Nie miała pojęcia, co robić i zdecydowanie
nie miała czasu na to, żeby się nad tym zastanawiać. Z drugiej strony, do
głowy jak na zawołanie przyszło jej, że przecież Lawrence zabrał ją aż do Londynu,
kiedy martwił się o Beatrycze. Ciało musiało mieć jakieś znaczenie, choć
nadal nie potrafiła określić jakie.
Gdzieś w jej
umyśle znów rozbrzmiały niespójne szepty. Krzywiąc się przez pierwsze oznaki bólu
głowy, mocniej zacisnęła dłonie na rączce szuflady. Palce ślizgały się na metalu,
ale zdołała pochwycić uchwyt na tyle pewnie, by ostatecznie spróbować go
pociągnąć. Spodziewała się problemów – choćby niewielkich, gdyby okazało się,
że szuflada jest zbyt ciężka albo trudna do rozsunięcia – ale zadanie okazało
się zdecydowanie zbyt proste. Nie usłyszała nawet skrzypnięcia, kiedy bez
większego wysiłku przyciągnęła do siebie metalową półkę. Na drżących nogach
wycofała się, by przypadkiem nie uderzyć się w brzuch i nie znaleźć
zbyt blisko tego, co… znajdowało się w środku.
– Och…
Nie miała
pewności, w jaki sposób powinna interpretować westchnienie, które wyrwało
się towarzyszącej jej duszy. Nie wydawała się przerażona; raczej bardzo smutna i rozczarowana,
chociaż Joce nie miała pewności, skąd miałoby brać się to drugie. Ledwo interpretowała
własne emocje, raz po raz gubiąc się w cudzych. Narastający stopniowo lęk
również nie pomagał, choć przynajmniej była w stanie zdusić go gdzieś
wewnątrz siebie, dzięki czemu nie miotała się na prawo i lewo, zanosząc szlochem.
Nie żeby w rzeczywistości nie miała ochoty tego zrobić, ale nie sądziła,
by histeryzując albo uciekając z wrzaskiem zdołała komukolwiek pomóc.
Możliwe, że
gdyby była na miejscu kogoś, kto umarł, oczekiwałaby tego samego. Może wtedy
również lgnęłaby do swojego ciała, choćby w nadziei, że wszystko okaże się
złym snem, a ona nadal miała szansę wszystko odkręcić; że tak naprawdę
straciła kontrolę nad telepatią, jakimś cudem robiąc to, co czasami zdarzało się
mamie – podróżując jako kropla astralna, która wciąż mogła wrócić do
materialnej postaci…
Ciąg
niespójnych myśli niezmiennie ją rozpraszał. Bała się otworzyć oczy, woląc w milczeniu
karmić się fałszywymi nadziejami na to, że tak naprawdę była sama. Może to
wystarczyło – dziewczyna zobaczyła swoje ciało i odeszła. Wtedy mogłaby na
oślep zasunąć szufladę, odwrócić się i wyjść, udając, że nic szczególnego
nie miało miejsca. Albo tak naprawdę dusza się pomyliła, a ta z lodówek
była pusta. Joce co prawda nie wyobrażała sobie, że miałaby rozsunąć
jakąkolwiek inną, ale próbowała o tym nie myśleć. Liczyło się, że
zdecydowanie nie miała odwagi sprawdzać, czy cokolwiek jednak znajdowało się przed
nią.
Wszystko
zmieniło się, gdy usłyszała kolejne westchnienie – drżące i zdradzające,
że dziewczyna mogłaby być bliska płaczu. Jocelyne i tak nie była w stanie
zapomnieć emocji, jakie wywołała w niej ta dusza. Wciąż czuła się, jakby
miała przed sobą potrzebujące pomocy dziecko, a nie kogoś, kto najpewniej
był starszy od niej. Oczami wyobraźni widziała wychudzoną, umazaną krwią
sylwetkę, poplątane włosy i to błagalne spojrzenie ciemnych tęczówek…
Otworzyła
oczy.
Nie była
pewna, co poczuła, kiedy przekonała się, że przed sobą jednak miała ciało. Znów
zrobiło jej się zimno, ale nie potrafiła stwierdzić czy to przez bijący z wysuniętej
szuflady chłód, czy przez sam widok kogoś, kto był martwy. Machinalnie objęła
się ramionami, ale poza tym nie próbowała się odsuwać. W milczeniu
przypatrywała się nagiej, częściowo przykrytej prześcieradłem postaci, która znalazła
się tuż na wyciągnięcie ręki.
Nie tego
się spodziewała. Myślami była gdzieś przy scenach żywcem z horrorów –
pełnych krwi i widoków, które w rzeczywistości jak nic przyprawiłyby
ją o mdłości. Nie miała pewności, kiedy zginęła ta dziewczyna, ale po jej
ciele spodziewała się wszystkiego, w tym również tego, że to mogłoby zdążyć
się już rozłożyć.
A jednak
kiedy przyszło co do czego, poczuła się… zadziwiająco spokojna. Dokładnie jak
martwa dziewczyna, bo na pierwszy rzut oka ta właśnie taka była. Wyglądała
jakby spała, po prostu leżąc tam i nie dając żadnych oznak życia. Jedynie
nienaturalna bladość i to, że poza biciem serca Joce, w pomieszczeniu
nie było słychać żadnego innego, sugerowały, że coś jest nie tak. Dopiero
później zwróciła uwagę na szczegóły, jak chociażby całkowicie sine usta.
Podejrzewała, że było tego więcej, ale nie była w stanie skupić się na
tyle, by wychwycić wszystko. Tak naprawdę nie chciała, nie wspominając o braku
jakiegokolwiek doświadczenia. Chociaż w świecie wampirów śmierć nie
powinna być jej obca, tak naprawdę pierwszy raz znajdowała się tak blisko trupa
– i to na dodatek na własne życzenie.
Ten spokój dręczył
ją bardziej niż cokolwiek innego. Ręce lekko jej zadrżały, gdy uświadomiła
sobie, że jedną wyciągnęła przed siebie, dla odmiany sama mając ochotę dotknąć
bladego policzka dziewczyny. Nie widziała chociażby ślady krwi, co uprzytomniło
jej, że może przynajmniej o to zadbano po stracie kolejnego „obiektu”, ale
wcale nie poczuła się z tym lepiej. Zamrugała kilkukrotnie, czując cisnące
się do oczu łzy – nie strachu, ale gniewu, co również ją zaskoczyło. To nie powinno być tak, jęknęła w duchu,
w tamtej chwili aż za dobrze pojmując emocje, które wyczuwała w szepcących
niespokojnie głosach. Złość, rozżalenie… To wszystko stało się dla niej równie
oczywiste, co i myśl, że ktokolwiek mógłby zechcieć zrównać to miejsce z ziemią.
Chodziło o coś
więcej niż świadomość, że ci ludzie mogliby skrzywdzić ją albo kogoś jej
bliskiego. To była w stanie zrozumieć, nieważne jak bardzo ją przerażało –
strach przed nieznanym, o którym rozmawiali Layla i Simon…
Ale nie to.
Nie coś
takiego.
Coś
przykuło jej uwagę. Otarła oczy, po czym niepewnie wyciągnęła rękę, mimo obaw
decydując się sięgnąć po coś, co znajdowało się w głębi metalowej
szuflady, w której ułożono ciało. Przez moment naszła ją irracjonalna
myśl, że martwa dziewczyna poruszy się i chwyci ją za nadgarstek, przez co
serce podeszło jej aż do gardła, jednak nic podobnego nie miało miejsca.
Jocelyne bez obaw dosięgła pliku dokumentów, które ktoś porzucił tuż obok ciała.
To wydało jej się dziwne, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że może
nie powinna być zaskoczona. W jedną noc wydarzyło się tyle, że
jakiekolwiek zaniedbania wydały jej się uzasadnione, zwłaszcza że wszyscy
wymordowani przez Jasona łowcy, nie bez powodu znaleźli się w hotelu.
Podejrzewała, że gdyby nagle usłyszała alarm, też nie miałaby głowy do
odkładania papierów na miejsce.
Pierwszym,
co zauważyła, kiedy otworzyła teczkę, było zdjęcie uśmiechniętej, znajomej już
dziewczyny – tej samej, która teraz leżała martwa i której duch wciąż podrygiwał
nerwowo za plecami Joce. Postać z fotografii wyglądała inaczej, pełna
życia, radosna i o bystrym, zdecydowanym spojrzeniu. Przez dłuższą
chwilę była w stanie skupiać się tylko na tym, gotowa przysiąc, że
przenikliwe spojrzenie oczu zmarłej dosłownie ją hipnotyzowało. Czemu…?, pomyślała, ale odpowiedź nie
nadeszła, zresztą Jocelyne wątpiła, by jakiekolwiek wyjaśnienia okazały się
wystarczająco sensowne, a tym bardziej pozwoliły jej zrozumieć.
Z trudem
oderwała wzrok od zdjęcia. Spróbowała skupić się na drobnych linijkach tekstu,
ale ten raz po raz rozmazywał jej się przed oczami, przez co i tak nie
była w stanie odczytać treści. W gruncie rzeczy zrozumiała tylko
jedno słowo – imię, które znajdowało się na samym początku.
– Lena –
odczytała szeptem. – To ładne imię. Lena.
Gdzieś za
plecami znów wyczuła ruch, kiedy jej towarzyszka zesztywniała w odpowiedzi
na tych kilka słów. Nie odpowiedziała, ale pociągnęła nosem, co uprzytomniło
Joce, że jednak płakała. Chociaż bez wątpienia była świadoma, co zobaczy w szufladzie,
to i wytrąciło ją z równowagi.
Jocelyne w pośpiechu
zamknęła teczkę, nerwowo przyciskając dokumenty do piersi. Mogła je stąd zabrać,
choć i tak nie była w stanie odczytać treści. Co nie znaczyło, że nie
miały się przydać komuś, kto lepiej znał się na naukowych kwestiach. Ją to nie
obchodziło, zwłaszcza w tamtej chwili, ale jeśli w ten sposób mogłaby
cokolwiek ułatwić…
– Myślałam,
że… – Dusza odezwała się pierwszy raz od dłuższej chwili. Jej głos drżał
niespokojnie, słaby i pełen wątpliwości. – Ale odkąd się pojawiłaś, czułam
się pewniej. Dalej czuję się taka żywa…
Obejrzała
się przez ramię, jednak decydując spojrzeć na towarzyszkę. Jakimś cudem zdążyła
się przyzwyczaić nawet do pokrywających drobne ciało śladów krwi. To wszystko
stało się po prostu naturalne, choć Jocelyne podejrzewała, że to zaledwie
kwestia czasu. Musiała być w szoku, ale czy to było aż takie złe?
Potrząsnęła
głową. Cisza wydawała się najsensowniejsza, a na pewno lepsza od bezsensownego
pocieszania i zapewnień, które nie chciały jej przejść przez usta. Nie,
skoro prowadziły donikąd, a na domiar złego mogły okazać się niebezpieczne.
Zresztą go miała powiedzieć? Przeprosić i wyjaśnić, że wszyscy czuli się
przy niej prawdziwsi? Że tak działała jej energia, którą czasami z niej
czerpali, bo wtedy mieli poczucie, że wciąż istnieje dla nich szansa na powrót?
Strach powrócił,
tym razem za sprawą dającego się Jocelyne we znaki instynktu. Lepiej było
przemilczeć pewne kwestie, zwłaszcza w rozmowie z kimś, kto mógł
okazać się zdesperowany. To nie tak, że doszukiwała się w duszy złych
intencji, ale miała wrażenie, że ta w przypływie desperacji mogłaby nawet
nieświadomie zrobić coś głupiego. Skoro Dallas potrafił posunąć się za daleko,
tym bardziej nie mogła zaufać komuś, kogo znała zaledwie chwilę. Lena wyglądała
nieszkodliwie, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że duchy
niekoniecznie świadomie wpływały na otaczającą ją rzeczywistość. Zresztą gdyby
umarli potrafili kontrolować to, że z niej czerpali, wszystko już dawno
stałoby się dużo łatwiejsze.
– Nie można
czegoś zrobić? Proszę… – Lena nagle przesunęła się bliżej szuflady, wciąż wpatrzona
w samą siebie. – To ja. Ale przecież stoję tutaj… Skoro to, co mówią o duszy
i ciele jest prawdziwe, dlaczego…?
Urwała,
załzawionymi oczyma wpatrując we własną dłoń. Dopiero wtedy Joce zauważyła, że
dziewczyna próbowała dotknąć swojego ciała, ale przyszło jej to z równie
martwym skutkiem, co i wtedy, gdy wyciągała ręce ku nekromantce. To
najwyraźniej jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, bo po zaledwie
kilku sekundach odsunęła się, by po chwili z jękiem osunąć się na kolana. Jocelyne
zesztywniała, zdolna co najwyżej wypatrywać się w klęczącą postać i wsłuchiwać
w rozdzierający, coraz mniej opanowany szloch.
Poruszyła
się niespokojnie, nagle jeszcze bardziej zagubiona. Rozejrzała się po kostnicy,
tym razem nie czując oporów przed spoglądaniem na pozostałe z zamkniętych
szuflad. Ile z nich był pustych? Nie chciała tego sprawdzać, ale ta myśl
nie dawała jej spokoju. Co więcej, czy w tym miejscu była również
dziewczyna, która prosiła o odszukanie imienia? Czy Lena ją znała? Nagle
pożałowała, że nie zapytała duszy o to wcześniej, w tamtej chwili nie
wyobrażając sobie, że miałaby zmusić rozpaczającą duszę do rozwodzenia się nad
innymi zmarłymi. Ten temat przynajmniej na razie musiał poczekać.
Liczyło
się, że ból umarłej był aż namacalny. Jocelyne znów wbiła w nią wzrok,
bardziej niż wcześniej pragnąć coś zrobić – pomóc jej, choć nie miała pojęcia w jaki
sposób. Jej myśli uciekły ku Beatrycze, którą tak po prostu wyrwała z objęć
śmierci, ale dziewczyna momentalnie ją od siebie odwróciła. Do tej pory czuła,
że to nie było właściwe. Igranie z naturą nigdy takie nie było, zresztą w przypadku
Trycze sprawy miały się zupełnie inaczej. Nie pamiętała, co wydarzyło się na
cmentarzu, ale to nie było ważne. Nie, skoro aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego,
że każda decyzja ciągnęła za sobą konsekwencje – mniej lub bardziej poważne.
Tyle że obserwowanie
tej dziewczyny sprawiało jej ból. Chciała zrobić cokolwiek, by móc jej ulżyć,
ale mogła co najwyżej tkwić w miejscu, tulić do siebie te nieszczęsne
dokumenty i… czekać. Trwała w ciszy, marnując czas i gorączkowo
zastanawiając się na kolejnym ruchem. Była przy tym tak bezużyteczna, jak to
tylko możliwe, co może mogłaby zignorować, gdyby nie wcześniejsze słowa Leny –
jednoznaczny dowód na to, że przez moment widziała w niej szansę.
A teraz się
zawiodła.
– Hej… – Przesunęła
się na tyle, by znaleźć się tuż obok dziewczyny. Również osunęła się tuż obok nie
na kolana, wpatrując w bladą, zalaną łzami twarz. – Już w porządku.
Ci, którzy do tego doprowadzili, są martwi, więc…
– Tak jak i ja.
– Lena spojrzała na nią przez rozstawione palce. – Co mi po mojej śmierci,
skoro tutaj utknęłam.
Jocelyne
zawahała się. Gorączkowo zastanawiała się nad tym, co zrobić, nim ostatecznie
spojrzała na wciąż przyciskane do piersi dokumenty.
– Tutaj
jest twój adres – uświadomiła sobie. – Mogłam spróbować coś zrobić. Skontaktować
się z twoją rodziną albo…
Nie była w stanie
dokończyć. „Zadbać o to, by właściwie cię pochowano” – tych kilka słów za
żadne skarby nie chciało przejść jej przez usta, brzmiąc tak abstrakcyjnie, jak
tylko było to możliwe. W gruncie rzeczy nie sądziła, by którekolwiek z tych
słów okazało się właściwym pocieszeniem. To wszystko brzmiało jak marna
parodia, w której jakimś cudem wylądowała. Gubiła się w tym, za wszelką
cenę usiłując odnaleźć w sytuacji, która przerastała ją pod każdym
względem.
Odgarnęła
włosy na bok, próbując zyskać na czasie. Loki kleiły jej się od policzków, ale
nie potrafiła stwierdzić czy za sprawą potu, czy łez. To na dłuższa metę i tak
nie było ważne. Wystarczyło, że wciąż niespokojnie drżała, oszołomiona w równym
stopniu, co i spoglądająca na nią w bliżej nieokreślony sposób Lena.
Obie trwały w ciszy, ta z kolei powoli doprowadzała Joce do szału,
tak nieprzenikniona, że dziewczyna ledwo mogła to znieść. Przez krótką chwilę
miała wręcz ochotę zacząć krzyczeć, byleby przerwać do szaleństwo.
– Ja… jestem
martwa. Martwa – powtórzyła z uporem dziewczyna. – Jestem…
Przez
moment brzmiała prawie tak, jakby całkiem już postradała zmysły. Powtarzała
tych kilka słów niczym mantrę, wciąż nie dowierzając. Chociaż Joce sądziła, że
dziewczyna była tego świadoma od chwili, w której zaczęła ją nawoływać,
coś w zachowaniu duszy uprzytomniło jej, że być może jednak się myliła. A może
to sama Lena trwała w złudnym przekonaniu, że jeśli odnajdzie swoje ciało,
wszystko w jakiś cudowny sposób się ułożyć.
– Posłuchaj…
– Jestem
martwa! – jęknęła, tym razem podnosząc głos. Jocelyne wzdrygnęła się, gotowa
przysiąc, że tych kilka słów przeszyło ją na wskroś. Serce zabiło jej szybciej,
znów grążąc wyrwaniem się na zewnątrz. – Co mi po tym, że pójdziesz do mojej
rodziny, skoro…?
– Więc co
mam zrobić.
Lena potrząsnęła
głową. Palce wsunęła w przetłuszczone, pokrwawione włosy, energicznie
szarpiąc za kosmyki.
– Nie wiem.
Ale chcę… – Świeże łzy napłynęły jej do oczu. – Ja chcę tylko tego, żeby było
jak dawniej.
Jocelyne
znów pomyślała o Beatrycze. Ta jedna myśl wracała do niej raz po raz,
skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Dręczyła ją, chociaż sama
nie potrafiła określić dlaczego. Gdyby chociaż pamiętała… Potrafiła rzeczy,
których nie pojmowała i których nie potrafiła wykorzystać wtedy, gdy ktoś
potrzebował jej mocy. To, że te istoty spoglądały na nią jak na jedyne
wybawienie, jedynie wszystko komplikowało. Perspektywa dostrzeżenia w ich
oczach rozczarowania, gdyby zrozumieli, że w rzeczywistości oczekiwali
zbyt wiele od dziecka, które gubiło się w tym świecie bardziej od nich, po
prostu ją przerażała.
Powinna coś
zrobić. Nie to, co z Beatrycze, ale… coś innego. Coś, na co powinna
zdecydować się już dawno, by odesłać Dallasa – gdziekolwiek było miejsce, do
którego przynależał.
– W porządku.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Dźwignęła się na nogi, dla pewności przytrzymując szuflady,
choć kiedy to do niej dotarło, poczuła się co najmniej nieswojo. Palcami
przypadkiem musnęła ciało Leny i aż zesztywniała, czując bijący od zmarłej
chłód. W tamtej chwili nie była w stanie dłużej udawać, że miała do
czynienia z kimś, kto po prostu spał – nie, skoro wyglądał jak zamarznięta
szmaciana lalka.
Gdzieś za
jej plecami dusza gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
– Zrób to
jeszcze jak – wydyszała, skutecznie wprawiając Joce w konsternację.
– Co…? –
zaczęła, nerwowo oglądając się przez ramię.
Zauważyła,
że Lena również poderwała się na równe nogi, dziwnie podekscytowana. Już nie
płakała, a jej oczy odzyskały blask. Co więcej dusza w pośpiechu
przesunęła się bliżej niej, rozszerzonymi oczyma spoglądając to na Joce, to
znów na swoje ciało.
– Dotknij
mnie – poprosiła, ostrożnie dobierając słowa. Chociaż wyraźnie robiła wszystko,
byleby zabrzmieć jak najdelikatniej, do jej głosu wkradło się podekscytowanie. Jakby
tego było mało, kolejny raz zaczynała brzmieć jak ktoś, kto w każdej chwili
mógł zacząć błagać. – Prawdziwej mnie – dodała, kiedy Joce otworzyła usta.
Dziewczyna
zamarła, znów czując się tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch. Potrzebowała
chwili, by wyrównać oddech, a tym bardziej dopuścić do siebie myśl, że
Lena mówiła poważnie. Chodziło jej o ciało, jakby w chwili, w której
palce Jocelyne przypadkiem otarły się o ramię denatki sprawiła, że dusza doświadczyła
czegoś dla niej istotnego. Poczuła, że robi jej się niedobrze, że miałaby to powtórzyć,
ale z drugiej strony…
Z wolna skinęła
głową. Tyle mogła zrobić, a przynajmniej nie czuła się tak skołowana jak wtedy,
gdy gorączkowo szukała rozwiązania. Zresztą już wcześniej był taki moment, w którym
chciała to zrobić – dotknąć policzka Leny, tak jak ta wcześniej wyciągała ręce
ku niej. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, poczuła przede
wszystkim spokój, gdy w końcu zdecydowała się musnąć palcami pozbawioną
kolorów, lodowatą skórę na twarzy dziewczyny.
Przez
chwilę nie działo się nic. Był wyłącznie chłód, intensywny w równym
stopniu, co i świadomość królującej w prosektorium śmierci. Joce
tkwiła w miejscu, czując tylko i wyłącznie narastającą w jej
wnętrzu pustkę. Cisza dzwoniła jej w uszach, choć w pewnym momencie
usłyszała, że Lena jęknęła cicho – czy to za sprawą czegoś, co poczuła, czy
może… rozczarowania.
A potem
wszystko poszło nie tak, a do Jocelyne w pełni dotarło, że popełniła
błąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz