2 stycznia 2019

Sto dziewięćdziesiąt osiem

Jocelyne
Nie chciała tego robić. Tkwiła w miejscu, dłoń trzymając na metalowej rączce i bezskutecznie próbują zapanować nad tłukącym się w piersi sercem. Uderzało tak szybko i mocno, że doświadczenie okazało się niemalże bolesne, ale ta niedogodność zdawała się mieć miejsce gdzieś na granicy jej świadomości – odległa i nic nieznacząca. Liczyła się przede wszystkim obecność drżącej, poganiającej ją słownie duszy, która tkwiła tak blisko niej, że Joce nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie jej zignorować. Nie, skoro ta niemalże w nią wnikała.
Przełknęła z trudem. Wpatrywała się w szufladę, gorączkowo szukając jakiegoś powodu, dla którego miałaby jej nie otwierać. Nie miała pojęcia, dlaczego dziewczynie tak zależało na tym, by to zrobiła, ale to na dłuższą metę również nie było ważne. W zasadzie pierwszy raz spotykała się z duchem, co do którego miała pewności, gdzie znajdowało się jego ciało. Dallas tego nie oczekiwał, więc nawet nie miała pewności, co stało się po jego śmierci, ale ta dziewczyna…
– Nie mogę się wydostać…
Dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Jak miała to rozumieć? Na pewno istniała jakaś wieź między ciałem a duszą, ale czy śmierć z założenia nie zrywała jej w ostateczny, nieodwracalny sposób? To wydawało się być różnicą, którą wyczuwała w mamie – w jej przypadku wciąż istniała jakaś alternatywa – ale ta dziewczyna…
Zacisnęła powieki, próbując zapanować nad wciąż rozmazującym się obrazem. Nie chciała tego widzieć, choć trwanie w ciemnościach jawiło jej się jako jeszcze gorsza perspektywa. Jej myśli plątały się ze sobą, potęgując poczucie zagubienia i doprowadzając Jocelyne do szału. Nie miała pojęcia, co robić i zdecydowanie nie miała czasu na to, żeby się nad tym zastanawiać. Z drugiej strony, do głowy jak na zawołanie przyszło jej, że przecież Lawrence zabrał ją aż do Londynu, kiedy martwił się o Beatrycze. Ciało musiało mieć jakieś znaczenie, choć nadal nie potrafiła określić jakie.
Gdzieś w jej umyśle znów rozbrzmiały niespójne szepty. Krzywiąc się przez pierwsze oznaki bólu głowy, mocniej zacisnęła dłonie na rączce szuflady. Palce ślizgały się na metalu, ale zdołała pochwycić uchwyt na tyle pewnie, by ostatecznie spróbować go pociągnąć. Spodziewała się problemów – choćby niewielkich, gdyby okazało się, że szuflada jest zbyt ciężka albo trudna do rozsunięcia – ale zadanie okazało się zdecydowanie zbyt proste. Nie usłyszała nawet skrzypnięcia, kiedy bez większego wysiłku przyciągnęła do siebie metalową półkę. Na drżących nogach wycofała się, by przypadkiem nie uderzyć się w brzuch i nie znaleźć zbyt blisko tego, co… znajdowało się w środku.
– Och…
Nie miała pewności, w jaki sposób powinna interpretować westchnienie, które wyrwało się towarzyszącej jej duszy. Nie wydawała się przerażona; raczej bardzo smutna i rozczarowana, chociaż Joce nie miała pewności, skąd miałoby brać się to drugie. Ledwo interpretowała własne emocje, raz po raz gubiąc się w cudzych. Narastający stopniowo lęk również nie pomagał, choć przynajmniej była w stanie zdusić go gdzieś wewnątrz siebie, dzięki czemu nie miotała się na prawo i lewo, zanosząc szlochem. Nie żeby w rzeczywistości nie miała ochoty tego zrobić, ale nie sądziła, by histeryzując albo uciekając z wrzaskiem zdołała komukolwiek pomóc.
Możliwe, że gdyby była na miejscu kogoś, kto umarł, oczekiwałaby tego samego. Może wtedy również lgnęłaby do swojego ciała, choćby w nadziei, że wszystko okaże się złym snem, a ona nadal miała szansę wszystko odkręcić; że tak naprawdę straciła kontrolę nad telepatią, jakimś cudem robiąc to, co czasami zdarzało się mamie – podróżując jako kropla astralna, która wciąż mogła wrócić do materialnej postaci…
Ciąg niespójnych myśli niezmiennie ją rozpraszał. Bała się otworzyć oczy, woląc w milczeniu karmić się fałszywymi nadziejami na to, że tak naprawdę była sama. Może to wystarczyło – dziewczyna zobaczyła swoje ciało i odeszła. Wtedy mogłaby na oślep zasunąć szufladę, odwrócić się i wyjść, udając, że nic szczególnego nie miało miejsca. Albo tak naprawdę dusza się pomyliła, a ta z lodówek była pusta. Joce co prawda nie wyobrażała sobie, że miałaby rozsunąć jakąkolwiek inną, ale próbowała o tym nie myśleć. Liczyło się, że zdecydowanie nie miała odwagi sprawdzać, czy cokolwiek jednak znajdowało się przed nią.
Wszystko zmieniło się, gdy usłyszała kolejne westchnienie – drżące i zdradzające, że dziewczyna mogłaby być bliska płaczu. Jocelyne i tak nie była w stanie zapomnieć emocji, jakie wywołała w niej ta dusza. Wciąż czuła się, jakby miała przed sobą potrzebujące pomocy dziecko, a nie kogoś, kto najpewniej był starszy od niej. Oczami wyobraźni widziała wychudzoną, umazaną krwią sylwetkę, poplątane włosy i to błagalne spojrzenie ciemnych tęczówek…
Otworzyła oczy.
Nie była pewna, co poczuła, kiedy przekonała się, że przed sobą jednak miała ciało. Znów zrobiło jej się zimno, ale nie potrafiła stwierdzić czy to przez bijący z wysuniętej szuflady chłód, czy przez sam widok kogoś, kto był martwy. Machinalnie objęła się ramionami, ale poza tym nie próbowała się odsuwać. W milczeniu przypatrywała się nagiej, częściowo przykrytej prześcieradłem postaci, która znalazła się tuż na wyciągnięcie ręki.
Nie tego się spodziewała. Myślami była gdzieś przy scenach żywcem z horrorów – pełnych krwi i widoków, które w rzeczywistości jak nic przyprawiłyby ją o mdłości. Nie miała pewności, kiedy zginęła ta dziewczyna, ale po jej ciele spodziewała się wszystkiego, w tym również tego, że to mogłoby zdążyć się już rozłożyć.
A jednak kiedy przyszło co do czego, poczuła się… zadziwiająco spokojna. Dokładnie jak martwa dziewczyna, bo na pierwszy rzut oka ta właśnie taka była. Wyglądała jakby spała, po prostu leżąc tam i nie dając żadnych oznak życia. Jedynie nienaturalna bladość i to, że poza biciem serca Joce, w pomieszczeniu nie było słychać żadnego innego, sugerowały, że coś jest nie tak. Dopiero później zwróciła uwagę na szczegóły, jak chociażby całkowicie sine usta. Podejrzewała, że było tego więcej, ale nie była w stanie skupić się na tyle, by wychwycić wszystko. Tak naprawdę nie chciała, nie wspominając o braku jakiegokolwiek doświadczenia. Chociaż w świecie wampirów śmierć nie powinna być jej obca, tak naprawdę pierwszy raz znajdowała się tak blisko trupa – i to na dodatek na własne życzenie.
Ten spokój dręczył ją bardziej niż cokolwiek innego. Ręce lekko jej zadrżały, gdy uświadomiła sobie, że jedną wyciągnęła przed siebie, dla odmiany sama mając ochotę dotknąć bladego policzka dziewczyny. Nie widziała chociażby ślady krwi, co uprzytomniło jej, że może przynajmniej o to zadbano po stracie kolejnego „obiektu”, ale wcale nie poczuła się z tym lepiej. Zamrugała kilkukrotnie, czując cisnące się do oczu łzy – nie strachu, ale gniewu, co również ją zaskoczyło. To nie powinno być tak, jęknęła w duchu, w tamtej chwili aż za dobrze pojmując emocje, które wyczuwała w szepcących niespokojnie głosach. Złość, rozżalenie… To wszystko stało się dla niej równie oczywiste, co i myśl, że ktokolwiek mógłby zechcieć zrównać to miejsce z ziemią.
Chodziło o coś więcej niż świadomość, że ci ludzie mogliby skrzywdzić ją albo kogoś jej bliskiego. To była w stanie zrozumieć, nieważne jak bardzo ją przerażało – strach przed nieznanym, o którym rozmawiali Layla i Simon…
Ale nie to.
Nie coś takiego.
Coś przykuło jej uwagę. Otarła oczy, po czym niepewnie wyciągnęła rękę, mimo obaw decydując się sięgnąć po coś, co znajdowało się w głębi metalowej szuflady, w której ułożono ciało. Przez moment naszła ją irracjonalna myśl, że martwa dziewczyna poruszy się i chwyci ją za nadgarstek, przez co serce podeszło jej aż do gardła, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Jocelyne bez obaw dosięgła pliku dokumentów, które ktoś porzucił tuż obok ciała. To wydało jej się dziwne, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że może nie powinna być zaskoczona. W jedną noc wydarzyło się tyle, że jakiekolwiek zaniedbania wydały jej się uzasadnione, zwłaszcza że wszyscy wymordowani przez Jasona łowcy, nie bez powodu znaleźli się w hotelu. Podejrzewała, że gdyby nagle usłyszała alarm, też nie miałaby głowy do odkładania papierów na miejsce.
Pierwszym, co zauważyła, kiedy otworzyła teczkę, było zdjęcie uśmiechniętej, znajomej już dziewczyny – tej samej, która teraz leżała martwa i której duch wciąż podrygiwał nerwowo za plecami Joce. Postać z fotografii wyglądała inaczej, pełna życia, radosna i o bystrym, zdecydowanym spojrzeniu. Przez dłuższą chwilę była w stanie skupiać się tylko na tym, gotowa przysiąc, że przenikliwe spojrzenie oczu zmarłej dosłownie ją hipnotyzowało. Czemu…?, pomyślała, ale odpowiedź nie nadeszła, zresztą Jocelyne wątpiła, by jakiekolwiek wyjaśnienia okazały się wystarczająco sensowne, a tym bardziej pozwoliły jej zrozumieć.
Z trudem oderwała wzrok od zdjęcia. Spróbowała skupić się na drobnych linijkach tekstu, ale ten raz po raz rozmazywał jej się przed oczami, przez co i tak nie była w stanie odczytać treści. W gruncie rzeczy zrozumiała tylko jedno słowo – imię, które znajdowało się na samym początku.
– Lena – odczytała szeptem. – To ładne imię. Lena.
Gdzieś za plecami znów wyczuła ruch, kiedy jej towarzyszka zesztywniała w odpowiedzi na tych kilka słów. Nie odpowiedziała, ale pociągnęła nosem, co uprzytomniło Joce, że jednak płakała. Chociaż bez wątpienia była świadoma, co zobaczy w szufladzie, to i wytrąciło ją z równowagi.
Jocelyne w pośpiechu zamknęła teczkę, nerwowo przyciskając dokumenty do piersi. Mogła je stąd zabrać, choć i tak nie była w stanie odczytać treści. Co nie znaczyło, że nie miały się przydać komuś, kto lepiej znał się na naukowych kwestiach. Ją to nie obchodziło, zwłaszcza w tamtej chwili, ale jeśli w ten sposób mogłaby cokolwiek ułatwić…
– Myślałam, że… – Dusza odezwała się pierwszy raz od dłuższej chwili. Jej głos drżał niespokojnie, słaby i pełen wątpliwości. – Ale odkąd się pojawiłaś, czułam się pewniej. Dalej czuję się taka żywa…
Obejrzała się przez ramię, jednak decydując spojrzeć na towarzyszkę. Jakimś cudem zdążyła się przyzwyczaić nawet do pokrywających drobne ciało śladów krwi. To wszystko stało się po prostu naturalne, choć Jocelyne podejrzewała, że to zaledwie kwestia czasu. Musiała być w szoku, ale czy to było aż takie złe?
Potrząsnęła głową. Cisza wydawała się najsensowniejsza, a na pewno lepsza od bezsensownego pocieszania i zapewnień, które nie chciały jej przejść przez usta. Nie, skoro prowadziły donikąd, a na domiar złego mogły okazać się niebezpieczne. Zresztą go miała powiedzieć? Przeprosić i wyjaśnić, że wszyscy czuli się przy niej prawdziwsi? Że tak działała jej energia, którą czasami z niej czerpali, bo wtedy mieli poczucie, że wciąż istnieje dla nich szansa na powrót?
Strach powrócił, tym razem za sprawą dającego się Jocelyne we znaki instynktu. Lepiej było przemilczeć pewne kwestie, zwłaszcza w rozmowie z kimś, kto mógł okazać się zdesperowany. To nie tak, że doszukiwała się w duszy złych intencji, ale miała wrażenie, że ta w przypływie desperacji mogłaby nawet nieświadomie zrobić coś głupiego. Skoro Dallas potrafił posunąć się za daleko, tym bardziej nie mogła zaufać komuś, kogo znała zaledwie chwilę. Lena wyglądała nieszkodliwie, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że duchy niekoniecznie świadomie wpływały na otaczającą ją rzeczywistość. Zresztą gdyby umarli potrafili kontrolować to, że z niej czerpali, wszystko już dawno stałoby się dużo łatwiejsze.
– Nie można czegoś zrobić? Proszę… – Lena nagle przesunęła się bliżej szuflady, wciąż wpatrzona w samą siebie. – To ja. Ale przecież stoję tutaj… Skoro to, co mówią o duszy i ciele jest prawdziwe, dlaczego…?
Urwała, załzawionymi oczyma wpatrując we własną dłoń. Dopiero wtedy Joce zauważyła, że dziewczyna próbowała dotknąć swojego ciała, ale przyszło jej to z równie martwym skutkiem, co i wtedy, gdy wyciągała ręce ku nekromantce. To najwyraźniej jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, bo po zaledwie kilku sekundach odsunęła się, by po chwili z jękiem osunąć się na kolana. Jocelyne zesztywniała, zdolna co najwyżej wypatrywać się w klęczącą postać i wsłuchiwać w rozdzierający, coraz mniej opanowany szloch.
Poruszyła się niespokojnie, nagle jeszcze bardziej zagubiona. Rozejrzała się po kostnicy, tym razem nie czując oporów przed spoglądaniem na pozostałe z zamkniętych szuflad. Ile z nich był pustych? Nie chciała tego sprawdzać, ale ta myśl nie dawała jej spokoju. Co więcej, czy w tym miejscu była również dziewczyna, która prosiła o odszukanie imienia? Czy Lena ją znała? Nagle pożałowała, że nie zapytała duszy o to wcześniej, w tamtej chwili nie wyobrażając sobie, że miałaby zmusić rozpaczającą duszę do rozwodzenia się nad innymi zmarłymi. Ten temat przynajmniej na razie musiał poczekać.
Liczyło się, że ból umarłej był aż namacalny. Jocelyne znów wbiła w nią wzrok, bardziej niż wcześniej pragnąć coś zrobić – pomóc jej, choć nie miała pojęcia w jaki sposób. Jej myśli uciekły ku Beatrycze, którą tak po prostu wyrwała z objęć śmierci, ale dziewczyna momentalnie ją od siebie odwróciła. Do tej pory czuła, że to nie było właściwe. Igranie z naturą nigdy takie nie było, zresztą w przypadku Trycze sprawy miały się zupełnie inaczej. Nie pamiętała, co wydarzyło się na cmentarzu, ale to nie było ważne. Nie, skoro aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że każda decyzja ciągnęła za sobą konsekwencje – mniej lub bardziej poważne.
Tyle że obserwowanie tej dziewczyny sprawiało jej ból. Chciała zrobić cokolwiek, by móc jej ulżyć, ale mogła co najwyżej tkwić w miejscu, tulić do siebie te nieszczęsne dokumenty i… czekać. Trwała w ciszy, marnując czas i gorączkowo zastanawiając się na kolejnym ruchem. Była przy tym tak bezużyteczna, jak to tylko możliwe, co może mogłaby zignorować, gdyby nie wcześniejsze słowa Leny – jednoznaczny dowód na to, że przez moment widziała w niej szansę.
A teraz się zawiodła.
– Hej… – Przesunęła się na tyle, by znaleźć się tuż obok dziewczyny. Również osunęła się tuż obok nie na kolana, wpatrując w bladą, zalaną łzami twarz. – Już w porządku. Ci, którzy do tego doprowadzili, są martwi, więc…
– Tak jak i ja. – Lena spojrzała na nią przez rozstawione palce. – Co mi po mojej śmierci, skoro tutaj utknęłam.
Jocelyne zawahała się. Gorączkowo zastanawiała się nad tym, co zrobić, nim ostatecznie spojrzała na wciąż przyciskane do piersi dokumenty.
– Tutaj jest twój adres – uświadomiła sobie. – Mogłam spróbować coś zrobić. Skontaktować się z twoją rodziną albo…
Nie była w stanie dokończyć. „Zadbać o to, by właściwie cię pochowano” – tych kilka słów za żadne skarby nie chciało przejść jej przez usta, brzmiąc tak abstrakcyjnie, jak tylko było to możliwe. W gruncie rzeczy nie sądziła, by którekolwiek z tych słów okazało się właściwym pocieszeniem. To wszystko brzmiało jak marna parodia, w której jakimś cudem wylądowała. Gubiła się w tym, za wszelką cenę usiłując odnaleźć w sytuacji, która przerastała ją pod każdym względem.
Odgarnęła włosy na bok, próbując zyskać na czasie. Loki kleiły jej się od policzków, ale nie potrafiła stwierdzić czy za sprawą potu, czy łez. To na dłuższa metę i tak nie było ważne. Wystarczyło, że wciąż niespokojnie drżała, oszołomiona w równym stopniu, co i spoglądająca na nią w bliżej nieokreślony sposób Lena. Obie trwały w ciszy, ta z kolei powoli doprowadzała Joce do szału, tak nieprzenikniona, że dziewczyna ledwo mogła to znieść. Przez krótką chwilę miała wręcz ochotę zacząć krzyczeć, byleby przerwać do szaleństwo.
– Ja… jestem martwa. Martwa – powtórzyła z uporem dziewczyna. – Jestem…
Przez moment brzmiała prawie tak, jakby całkiem już postradała zmysły. Powtarzała tych kilka słów niczym mantrę, wciąż nie dowierzając. Chociaż Joce sądziła, że dziewczyna była tego świadoma od chwili, w której zaczęła ją nawoływać, coś w zachowaniu duszy uprzytomniło jej, że być może jednak się myliła. A może to sama Lena trwała w złudnym przekonaniu, że jeśli odnajdzie swoje ciało, wszystko w jakiś cudowny sposób się ułożyć.
– Posłuchaj…
– Jestem martwa! – jęknęła, tym razem podnosząc głos. Jocelyne wzdrygnęła się, gotowa przysiąc, że tych kilka słów przeszyło ją na wskroś. Serce zabiło jej szybciej, znów grążąc wyrwaniem się na zewnątrz. – Co mi po tym, że pójdziesz do mojej rodziny, skoro…?
– Więc co mam zrobić.
Lena potrząsnęła głową. Palce wsunęła w przetłuszczone, pokrwawione włosy, energicznie szarpiąc za kosmyki.
– Nie wiem. Ale chcę… – Świeże łzy napłynęły jej do oczu. – Ja chcę tylko tego, żeby było jak dawniej.
Jocelyne znów pomyślała o Beatrycze. Ta jedna myśl wracała do niej raz po raz, skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Dręczyła ją, chociaż sama nie potrafiła określić dlaczego. Gdyby chociaż pamiętała… Potrafiła rzeczy, których nie pojmowała i których nie potrafiła wykorzystać wtedy, gdy ktoś potrzebował jej mocy. To, że te istoty spoglądały na nią jak na jedyne wybawienie, jedynie wszystko komplikowało. Perspektywa dostrzeżenia w ich oczach rozczarowania, gdyby zrozumieli, że w rzeczywistości oczekiwali zbyt wiele od dziecka, które gubiło się w tym świecie bardziej od nich, po prostu ją przerażała.
Powinna coś zrobić. Nie to, co z Beatrycze, ale… coś innego. Coś, na co powinna zdecydować się już dawno, by odesłać Dallasa – gdziekolwiek było miejsce, do którego przynależał.
– W porządku.
Ze świstem wypuściła powietrze. Dźwignęła się na nogi, dla pewności przytrzymując szuflady, choć kiedy to do niej dotarło, poczuła się co najmniej nieswojo. Palcami przypadkiem musnęła ciało Leny i aż zesztywniała, czując bijący od zmarłej chłód. W tamtej chwili nie była w stanie dłużej udawać, że miała do czynienia z kimś, kto po prostu spał – nie, skoro wyglądał jak zamarznięta szmaciana lalka.
Gdzieś za jej plecami dusza gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
– Zrób to jeszcze jak – wydyszała, skutecznie wprawiając Joce w konsternację.
– Co…? – zaczęła, nerwowo oglądając się przez ramię.
Zauważyła, że Lena również poderwała się na równe nogi, dziwnie podekscytowana. Już nie płakała, a jej oczy odzyskały blask. Co więcej dusza w pośpiechu przesunęła się bliżej niej, rozszerzonymi oczyma spoglądając to na Joce, to znów na swoje ciało.
– Dotknij mnie – poprosiła, ostrożnie dobierając słowa. Chociaż wyraźnie robiła wszystko, byleby zabrzmieć jak najdelikatniej, do jej głosu wkradło się podekscytowanie. Jakby tego było mało, kolejny raz zaczynała brzmieć jak ktoś, kto w każdej chwili mógł zacząć błagać. – Prawdziwej mnie – dodała, kiedy Joce otworzyła usta.
Dziewczyna zamarła, znów czując się tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch. Potrzebowała chwili, by wyrównać oddech, a tym bardziej dopuścić do siebie myśl, że Lena mówiła poważnie. Chodziło jej o ciało, jakby w chwili, w której palce Jocelyne przypadkiem otarły się o ramię denatki sprawiła, że dusza doświadczyła czegoś dla niej istotnego. Poczuła, że robi jej się niedobrze, że miałaby to powtórzyć, ale z drugiej strony…
Z wolna skinęła głową. Tyle mogła zrobić, a przynajmniej nie czuła się tak skołowana jak wtedy, gdy gorączkowo szukała rozwiązania. Zresztą już wcześniej był taki moment, w którym chciała to zrobić – dotknąć policzka Leny, tak jak ta wcześniej wyciągała ręce ku niej. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, poczuła przede wszystkim spokój, gdy w końcu zdecydowała się musnąć palcami pozbawioną kolorów, lodowatą skórę na twarzy dziewczyny.
Przez chwilę nie działo się nic. Był wyłącznie chłód, intensywny w równym stopniu, co i świadomość królującej w prosektorium śmierci. Joce tkwiła w miejscu, czując tylko i wyłącznie narastającą w jej wnętrzu pustkę. Cisza dzwoniła jej w uszach, choć w pewnym momencie usłyszała, że Lena jęknęła cicho – czy to za sprawą czegoś, co poczuła, czy może… rozczarowania.
A potem wszystko poszło nie tak, a do Jocelyne w pełni dotarło, że popełniła błąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa