Schodziła powoli, krok za
krokiem, stopień za stopniem. Dłonią delikatnie przesuwała po ścianie, próbując
znaleźć ewentualne oparcie na wypadek, gdyby nogi jednak odmówiły jej
posłuszeństwa. Czuła się z tym co najmniej dziwnie – z koniecznością
zagłębiania się bardziej w podziemia i ciemność, jakby już i tak
nie znajdowała się w tak dziwnym, niepokojącym miejscu – ale to jej nie
powstrzymało. Stopni zresztą okazało się być zaledwie kilkanaście. Dwanaście,
jak przekonała się, gdy wraz z kolejnym niepewnym krokiem odkryła, że
dotarła do celu. Liczyła je bezwiednie, gotowa przysiąc, że dzięki temu czuła
się pewniej. Jak długo mogła skoncentrować na czymś myśli, otaczający ją świat
wydawał się bardziej stabilny i znajomy. Również wciąż rozbrzmiewający w jej
głowie, wabiący wprost do źródła szept jawił się Joce jako mniej przerażający.
Choć ten
jeden raz nie bała się. Co prawda lęk mimo wszystko gdzieś tam był, czając się
na granicy jej świadomości, ale była w stanie go zignorować. W zamian
skupiała się na głosie i poczuciu, że powinna coś zrobić – choćby tylko ze
współczucia, zresztą faktyczne powody pozostawały sprawą drugorzędną. Słuchanie
nieustającego błagania okazało się trudniejsze niż mogłaby przypuszczać. Co
więcej, wszystko w niej aż krzyczało, że ten jeden raz powinna coś zrobić.
Musiała, ale…
Nie
zarejestrowała momentu, w którym przystanęła. Nagle po prostu stałą przed zamkniętymi
dwuskrzydłowymi drzwiami, tępo się w nie wpatrując. Poruszając się trochę
jak w transie, ostrożnie wyciągnęła rękę, by móc popchnąć jedno ze
skrzydeł. Do samego końca sądziła, że doczeka się oporu, ale w odpowiedzi
na jej starania, zawiasy lekko skrzypnęły. Same drzwi otworzyły się z lekkością,
wręcz zaskoczona tym, że ustąpiły. Zrobiła krok naprzód, ale nie od razu
zdecydowała się wślizgnąć do środka, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona.
Gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem w odpowiedzi na bijący z wnętrza
pomieszczenia chłód. „Tutaj jest tak zimno…” – przypomniała sobie szept, który
nie tak dawno temu rozbrzmiał w jej głowie i to wystarczyło, by
zrozumiała, że najpewniej dotarła do celu. Problem polegał na tym, że wcale nie
była taka pewna, czy to dobrze, a tym bardziej czy chciała tam wchodzić.
Ręka
zadrżała jej, po chwili ześlizgując z drzwi. Nie zamknęły się, dzięki czemu
wziąć widziała czającą się po drugiej stronie ciemność. Nie potrafiła stwierdzić,
czy i w tym pomieszczeniu działał prąd, w gruncie rzeczy nie
wyobrażając sobie, że miałaby na oślep szukać włącznika światła – o ile
taki w ogóle się tam znajdował. Nasłuchiwała, ale poza ogłuszającą ciszą,
przerywaną wyłącznie przez przyśpieszony oddech i tłukące się w piersi
serce – nie zarejestrowała niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek
obecności. Była sama, zagubiona i coraz mniej pewna tego, co robiła.
Powinna
zawrócić. Póki jeszcze miała szansę, powinna jak najszybciej odszukać Dallasa, a potem…
Z tym, że
nie potrafiła.
– Jesteś tutaj?
– wyszeptała z trudem. Ledwo poruszyła wargami, przez moment gotowa przysiąc,
że z jej ust wydobył się kłębek pary. Coraz wyraźniej czuła napierający z wnętrza
pomieszczenia przejmujący chłód. – Hej…
Tutaj.
Wyprostowała
się niczym struna. Oczekiwała odpowiedzi, w gruncie rzeczy od samego
początku wiedząc, że ta mogła nadejść. Tym razem nie próbowała wmawiać sobie,
że nawoływanie mogłoby być co najwyżej wytworem jej wyobraźni. Oszukiwanie
samej siebie nie miało sensu, zwłaszcza teraz, gdy zabrnęła aż tak daleko. Nie chcę się bać, pomyślała w niemalże
równie błagalny sposób, co i ten, w jaki nawołująca ją istota
wypowiadała kolejne słowa. Teraz zresztą dla odmiany wyczuła w rozbrzmiewającym
w jej umyśle głosie ulgę, co uprzytomniło jej, że jednak zdążyła rozbudzić
w duszy nadzieję. Była tak blisko, więc nie miała innego wyboru – nie,
skoro na swój sposób obiecała przyjść. Zrobiła to w chwili, w której
pierwszy raz odpowiedziała na nawoływanie.
A jednak
nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Tkwiła w progu, zesztywniała,
niespokojna i drżąca przez nadmiar emocji oraz chłód. W milczeniu
wpatrywała się w ciemność, próbując wypatrzeć tam jakiekolwiek oznaki
czyjejś bytności. Czekała, choć nie miała pojęcia na co, w gruncie rzeczy
mając poczucie, że traciła czas. Decyzja była tylko jedna, ale Jocelyne wciąż ulegała
wątpliwościom, nie będąc w stanie zdobyć się na tę najważniejszą decyzję.
Światło, pomyślała, próbując skupić się
na tym, co najważniejsze. Jasność wszystko
zmienia.
Zamknęła
oczy. W ten sposób mogła przynajmniej próbować się skupić, choć i tak
potrzebowała dłuższej chwili, by się skupić. Oczyszczenie umysłu przyszło jej z trudem,
tak nieporadne, jak tylko mogłaby sobie tego wyobrazić. Jej myśli wciąż wirowały,
mieszając się ze sobą i podsycając dwa jakże sprzeczne pragnienia –
przekroczenia progu i ucieczki. To sprawiło, że dopiero po dłuższej chwili
odzyskała dość równowagi, żeby skupić się na mocy, a co dopiero zwizualizować
sobie jasny blask. Było coś kojącego w tym wyobrażeniu – niewielkiej, ale
niezwykle jasnej kuli energii, zdolnej rozproszyć ciemność. Ciepły blask
dodawał pewności, choć przez moment pozwalając dziewczynie na to, by się
rozluźniła. To wciąż nie rozwiązywało najważniejszego z dręczących ją
problemów, ale i tak wysiliła się na blady uśmiech. Skoro panowała nad
sobą na tyle, by w ogóle przywołać moc, mogła być dumna. Inna sprawa, że wciąż
pamiętała o zachowaniu ostrożności. To miejsce skutecznie tłamsiło jej
zdolności, zamykając je wewnątrz budynku. Gdyby ją poniosło, efekt byłby
opłakany; w najgorszym wypadku zrobiłaby krzywdę sobie, obrywając rykoszetem
od czegoś, co jak nic odbiłoby się od wzmocnionych srebrem ścian.
Zamrugała,
mrużąc oczy, by mieć szansę przyzwyczaić je do jasności. Złożyła dłonie w koszyczek,
próbując objąć pulsującą światłem kulę. Jako dziecko łapała te wytworzone przez
rodziców, rozbawiona tym, że próbowały przed nią uciekać. Ta tutaj nawet nie
drgnęła, w pełni posłuszna jej woli, ale Joce uznała to za dość marny sukces.
Przynajmniej miała coś, co pozwalało jej zająć umysł i choć trochę
rozjaśniło panujący dookoła mrok. Nie
muszę się bać… Prawda?, pomyślała, wciąż próbując przekonać samą siebie,
ale i wtedy nie poczuła się pewniej – i to nawet wtedy, gdy w końcu
zrobiła krok naprzód.
Światło
zmieniało wszystko. Potwierdzenie otrzymała już w chwili, w której jasny
blask rozproszył panujący dookoła mrok, w końcu pozwalając jej dostrzec,
dokąd dotarła. Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, silniejszy niż do
tej pory i bardziej nieprzyjemny. Rozszerzonymi oczami powiodła wzrokiem
dookoła, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej wytrącona z równowagi.
W pierwszej
chwili pomyślała, że jednak trafiła do jakieś archiwum. Nie rozumiała, dlaczego
w takim razie poczuła niepokój, ale to nie było ważne. Liczyło się, że –
co uświadomiła sobie nagle – pod ścianami ciągnęło się coś, co w pierwszym
odruchu uznała za komodę z szufladami. Zdążyła naliczyć jakieś dziewięć i dopiero
wtedy uprzytomniła sobie, że te były zadziwiająco duże. Właśnie to w tym wszystkim
jej nie pasowało – ich rozmiar, zwłaszcza że wyglądały na takie, które zdołałyby
pomieścić…
Nie.
Zrozumienie
pojawiło się nagle. Panika chwyciła ją za gardło, a serce podjechało aż do
samego gardła. Nagle drżała jeszcze bardziej, już nie tylko za sprawą panującego
dookoła chłodu, ale czystego przerażenia. Zrozumiała, że zdecydowanie nie
patrzyła na regały, a tym bardziej nie znajdowała się w żadnym dziwnie
urządzonym archiwum. Również to, że pomieszczenie na pierwszy rzut oka wydało
się puste, niczego nie zmieniło.
Nie, skoro
wszystko wskazywało na to, że błagalne szepty zaprowadziły ją prosto do
kostnicy.
Chciała się
cofnąć, ale nie była w stanie się ruszyć. Z jękiem wbiła wzrok w ciąż
lśniąca kulę mocy. Czuła ciepło na dłoniach, ale nawet to nie wystarczyło, by
ją rozgrzać. Chłód w rzeczywistości pochodził z innego źródła, wydając
się pulsować gdzieś w jej wnętrzu i stopniowo rozchodzić po całym
ciele. To, że rozproszenie zrobiło swoje, a unosząca się kula zamigotała
tak, jakby w każdej chwili mogła zgasnąć, jedynie pogorszyło sytuację.
– Nie… –
zaczęła, tym razem na głos, ale nie była w stanie dokończyć.
I tak nie
miała po temu okazji. Coś poruszyło się w zasięgu jej wzroku, sprawiając,
że Jocelyne mimowolnie poderwała głowę. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do
płuc, gotowa zacząć krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. W zamian
po prostu stała i bezmyślnie wpatrywała się w drobną postać, która
znikąd pojawiła się na samym środku pomieszczenia, drżąc i spoglądając na
nią w równie przerażony sposób.
Joce ze
świstem wypuściła powietrze. Wpatrywała się w nieznajomą, próbując
określić, czy widziała ją już podczas pierwszej wizyty w tym miejscu, ale
nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Na pewno pamiętała duszę, która
podążała za nią, prosząc o to, by odnalazła jej imię, ale ona…
– Och. –
Tym razem głos nie rozbrzmiał w jej głowie, choć bez wątpienia był tym
samym, który widziała wcześniej. Już wiedziała, kto ją wołał. – Więc to prawda…
Powiedz, że to prawda – wyrzuciła z siebie drżącym głosem dziewczyna. Rozszerzonymi
do granic możliwości oczyma wpatrywała się w Joce. – Powiedz, że mnie widzisz.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Ostatecznie zacisnęła je w wąską linijkę, niezdolna do
jakiejkolwiek sensownej reakcji. W milczeniu zmierzyła duszę wzrokiem, z niejaką
ulgą odkrywając, że – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie wyglądała jak
ktoś, kto zginął w wyjątkowo okrutny sposób. Na pewno nie przypominała
samobójcy ze śladem po kuli albo kogoś, kogo coś rozszarpało żywcem. Jocelyne
nawet nie chciała wyobrażać sobie, na jak wiele sposobów ginęli ludzie – i to
nie tylko w strasznych filmach, które czasami puszczano w telewizji.
Dusza przed
nią była wychudzona i blada. Joce dostrzegła krew na jej ubraniu i skórze,
ale do tego widoku zdołała podejść bez emocji. To już widziała, chociaż zdecydowanie
nie była zachwycona na myśl o tym, że ślady posoki mogłyby nie robić na
niej wrażenia. Nie miała pewności, w jaki sposób zginęła ta dziewczyna,
ale mimowolnie pomyślała, że najpewniej tak jak ta, która prosiła ją o pomoc.
To wszystko z kolei wiązało się z tym miejscem…
– Widzę –
powiedziała z opóźnieniem. Samą siebie zaskoczyła tym, że jej głos
zabrzmiał dość pewnie jak na kogoś, kto wewnętrznie umierał ze strachu. – Wołałaś
mnie, prawda? Potrzebujesz pomocy – dodała, choć to drugie nawet nie było
pytaniem.
Ta jedna
kwestia była aż nazbyt oczywista. Przecież za każdym razem chodziło dokładnie o to
– o pomoc, która nie pozwalała tym duszom zaznać spokoju. Do tej pory robiła
wszystko, byleby odcinać się od obowiązku, który mógłby wiązać się ze
zdolnościami, które posiadła, ale to na dłuższą metę prowadziło donikąd. Nie
ich winą było to, że umarli i mogliby chcieć wykorzystać jedyną szansę na
komunikację.
– Wszyscy
potrzebujemy.
Przez
moment Joce poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś
ciężkim po głowie. Głos, który jej odpowiedział, zdecydowanie nie należał do stojącej
przed nią dziewczyny, ale do chłopaka. Jocelyne drgnęła, po czym w panice
powiodła wzrokiem dookoła, ale nie dostrzegła nikogo, kto mógłby wypowiedzieć
tych kilka słów, to jednak nie miało znaczenia, bo i tak zrozumiała
przekaz.
Duchów było
więcej.
Wtedy też
je usłyszała, mimowolnie zastanawiając nad tym, dlaczego nie zorientowała się
wcześniej. Szeptały łagodnie, bardziej wyraziście niż wtedy, gdy usiłowała się
od nich odciąć. Kryły się w ciemnościach, ale bez wątpienia były gdzieś
obok, szepcąc i obserwując ją. Może i wcześniej nie próbowały się
ujawniać, ale w chwili, gdy odważyła się na nich skupić, wszelakie opory
zniknęły. Co prawda wciąż widziała tylko jedną dziewczynę, ale obecność innych
dusz stała się dla Jocelyne równie oczywista, co i świadomość, że
wszystkie oczekiwały pomocy właśnie od niej.
Światło w jej
dłoniach znów zadrżało, na moment tracąc na intensywności. Zamarła, potrzebując
dłuższej chwili, by zdołać je utrzymać. Czuła, że serce tłucze jej się w piersi,
jednak to wciąż nie strach grał pierwsze skrzypce – a przynajmniej nie tym
razem. O wiele intensywniejsze okazało się wręcz oszałamiające
współczucie, które przysłoniło wszystko inne, gdy dotarło do niej, że to
miejsce było wręcz przesycone śmiercią. Nie potrafiła stwierdzić, jak wielu ich
tu było, ale jedno pozostawało oczywiste – zbyt wielu, by mogła patrzeć na
działania łowców przez palce.
– Co mam
zrobić? Co…? – Potrząsnęła głową. – Co mogę dla was zrobić?
Jeszcze
kiedy mówiła, zrobiła krok naprzód. Wypatrywała, ale pozostali – przynajmniej
tymczasowo – pozostawali poza zasięgiem jej wzroku. Wciąż czuła ich obecność,
jednak ta już nie robiła na niej aż takie wrażenia. Stała się równie naturalna,
co i chłód oraz rozbrzmiewające w jej głowie szepty. Kiedy się przed
nimi nie wzbraniała, dużo łatwiejszym okazało się znoszenie tego, że w ogóle
rozbrzmiewały jej umyśle. Uznała to za dobry znak, zresztą jak świadomość, że
nie chcieli jej skrzywdzić. Problem polegał na tym, że to nadal nie tłumaczyło
najważniejszego. Miała wrażenie, że tak naprawdę wcale nie powinna pytać, w zamian
po prostu działając. Gdyby trafili na kogoś bardziej doświadczonego, najpewniej
właśnie tak by było – ta osoba ot tak znalazłaby rozwiązanie. Może gdyby
zainteresowała się sobą wcześniej…
Tym razem
wyczuła ruch za plecami. Kiedy błyskawicznie obejrzała się przez ramię, nie
dostrzegła za sobą niczego, ale to jedynie wzmogło narastający w jej
wnętrzu niepokój. W efekcie omal nie wyszła z siebie, gdy – nie
wiadomo kiedy i jak szybko – tuż obok zmaterializowała się dziewczyna,
która przyciągnęła ją do tego miejsca. Oczy Joce rozszerzyły się jeszcze
bardziej, kiedy nieznajoma wyciągnęła rękę, próbując chwycić ją za ramię. Palce
duszy jedynie przenikły przez obojczyk pół-wampirzycy, a dziewczyna
westchnęła ze smutkiem, wyraźnie rozczarowana.
– Proszę… –
zaczęła znowu, nie odrywając wzroku od Jocelyne. Wtedy też zwróciła uwagę na
to, że nieznajoma miała lśniące, ciemne oczy, w których na dodatek
pojawiły się łzy… Albo krew. – Jesteś tutaj…
Nie
odpowiedziała, świadoma wyłącznie narastającej w głowie pustce. Miała
zresztą wrażenie, że dusza nie zwracała większej uwagi na jej słowa, w zamian
szepcąc w coraz bardziej niespokojny, na swój sposób zafascynowany sposób.
Tak mógłby brzmieć ktoś, kto śnił na jawie, wciąż próbując odróżnić sen od
rzeczywistości. Dla ducha, który nie pogodził się ze śmiercią i jednak
znalazł kogoś, z kim mógł porozmawiać, to miało być wyjątkowym
doświadczeniem.
Zmusiła się
do tego, by stać spokojnie, gdy dziewczyna kolejny raz wyciągnęła ku niej rękę –
tym razem próbując dotknąć twarzy. I tym razem Joce poczuła wyłącznie
przenikliwy chłód, świadczący o tym, że palce nieznajomej przenikły przez
jej skórę, ale nie dała niczego po sobie poznać. To nie bolało, a tym
bardziej nie sprawiało, że Joce czuła się jakkolwiek zagrożona. Miała wrażenie,
że dusza była bardziej przerażona od niej, a to samo w sobie wydawało
się już nie lada wyczynem.
– To takie
dziwne… Jesteś prawdziwa – oznajmiła nagle dziewczyna. – Ja też czuję się przy
tobie prawdziwa, ale… nie mogę cię dotknąć.
Między jej
brwiami pojawiła się pionowa kreska, kiedy zmarszczyła czoło. Wciąż przypatrywała
się Jocelyne z fascynacją, jednocześnie próbując coś pojąć. Joce mogła co najwyżej
zgadywać, co działo się w umyśle nieznajomej, zwłaszcza że ruchy tej bez
ostrzeżenia stały się jeszcze bardziej nerwowe i niespokojne. Oglądała
oszołomioną dziewczynę ze wszystkich stron, jakby podejrzewając, że ta w każdej
chwili mogłaby rozpłynąć się w powietrzu i jednak zostawić ją samą
sobie.
Dusza
westchnęła, po czym bezceremonialnie się odsunęła. Kiedy zwiesiła ramiona i pochyliła
głowę, pozwalając, by poplątane włosy opadły jej na twarz, całkiem ją przysłaniając,
wydała się jeszcze drobniejsza i bardziej wystraszona. Chociaż Joce nie
sądziła, że to w ogóle możliwe, w tamtej chwili to nie ona poczuła
się jak zagubione dziecko. Takowe wydawała się mieć przed sobą, choć dziewczyna
wyglądała na kogoś, kto już jakiś czas temu osiągnął pełnoletniość. Mogła być
kimś w wieku Cassandry albo Ryana, tyle że – w przeciwieństwie do tej
dwójki – nie zdołała przeżyć eksperymentu.
– Nie
rozumiem… – jęknęła sfrustrowana. Coś w jej głosie sprawiło, że Joce
momentalnie zapragnęła ją przytulić; zrobić cokolwiek, by miała szansę poczuć
się lepiej. – Ty… możesz coś zrobić?
Uścisk w gardle
Jocelyne stał się jeszcze trudniejszy do zniesienia. Przełknęła z trudem, próbując
się go pozbyć, ale nie ustąpił, wręcz bardziej dając się jej we znaki.
– Nie wiem co
– przyznała, choć w tamtej chwili szczerość wcale nie była czymś, co miało
szansę kogokolwiek pocieszyć.
Kolejny jęk
wyrwał się z gardła jej towarzyszki. Gdzieś w głowie Joce rozbrzmiało
poruszenie – inni znów szeptali, choć tym razem nie była w stanie
rozróżnić poszczególnych słów. To okazało się bez znaczenia, bo i tak była
w stanie wyobrazić sobie to, jak bardzo musiała ich rozczarować.
Oczekiwali pomocy, ale w zamian dostali kogoś, kto mógł co najwyżej
załamywać ręce, równie bezradny, co i wszyscy wokół.
– Proszę…
Proszę! – powtórzyła znów dusza. Spojrzała na Jocelyne, wciąż powtarzając to
jedno słowo w tak błagalny sposób, jakby liczyła, że w jakimś cudowny
sposób sprawi, że wszystko stanie się jasne i proste. – Ty musisz…
Nie dodała
niczego więcej. W zamian kolejny raz wyciągnęła rękę ku Joce tym razem
takich ruchem, jakby chciała ująć ją za nadgarstek. I tym razem jej palce
przeniknęły przez ciało, ale intencje duszy pozostawały aż nazbyt jasne. Nie chcę tego robić, uświadomiła sobie w oszołomieniu,
ale i tak zrobiła krok naprzód, posłusznie podążając za roztrzęsioną dusza
w głąb prosektorium. Nogi miała jak z waty, a wrażenie to pogłębiło
się, gdy uprzytomniła sobie, dokąd prowadziła ją dziewczyna, jednak nawet wtedy
się nie zatrzymała.
Zrobiła to
dopiero w chwili, w której jej towarzyszka zastygła przed jedną z zamkniętych
szuflad, by zamaszystym gestem móc wskazać ją palcem.
– Tutaj –
oznajmiła, a Joce poczuła, że niewiele brakuje, by jednak zrobiło jej się
niedobrze.
Wiedziała,
czego oczekiwała ta dziewczyna – jej gesty, spojrzenie i to, gdzie się
znajdowały, mówiło samo za siebie. Wyraźnie czuła na sobie przenikliwe, wręcz
błagalne spojrzenie ciemnych tęczówek, zresztą nie jako jedynych. Wciąż miała
poczucie, że obserwowało ją więcej istot – milczących, czekających i niepokojąco
wręcz spokojnych, jakby nagle wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Co prawda
Joce wciąż była świadoma ich lęków i pragnień, zwłaszcza że te mieszały
się z jej własnymi, ale to zeszło gdzieś na dalszy plan, gdy skupiła się na
tej jednej, proszącej ją o niemożliwe dziewczynie.
Bezwiednie zacisnęła
przemarznięte, zesztywniałe palce dłoni. W milczeniu wpatrywała się w szufladę
tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami. Rozchyliła wargi,
ale nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, choć w gruncie
rzeczy miała ochotę błagać równie rozpaczliwie, co i wpatrzona w nią
dziewczyna – z tym, że w przypadku Jocelyne byłaby to prośba o to,
by nieznajoma zaoszczędziła jej konieczności posunięcia się aż tak daleko.
Nie mogę, pomyślała, coraz bliska tego, żeby
się popłakać. Tam jest ciało… Do cholery,
w lodówkach są trupy!
Wiedziała o tym
od początku, ale dopiero kiedy ujęła to w tak bezpośredni sposób, w pełni
to do niej dotarło. Co prawda mogła spodziewać się istnienia takiego miejsca – w końcu
gdzieś musieli zabierać tych, którym się nie udało – ale ta świadomość i tak
ją przytłoczyła. Gorzej czuła się tylko na cmentarzu, choć tam przynajmniej
nikt nie zmuszał jej do oglądania czyichkolwiek zwłok.
– Proszę –
usłyszała tuż przy uchu drżący głos tkwiącej tuż obok duszy. – Ja… nie mogę się
wydostać. Nie mogę…
Joce na
moment pociemniało przed oczami. Nie chciała tego robić, a potem…
W chwili, w której
jej palce zacisnęły się na rączce szuflady, zamarła.

Nowy rok, stara ja… Jak zwykle spóźniona, ale cóż. No i nie byłabym sobą, gdyby coś nie pojawiło się z okazji nowego roku – a więc dnia moich urodzin, chociaż te słowa piszę już po fakcie.
OdpowiedzUsuńSzczęśliwego nowego roku, kochani! :)