
Jocelyne
Wydawało jej się, że była w stanie
rozpoznać korytarz, którym poprowadził ją Dallas. Co prawda na pierwszy rzut
oka wszystkie wyglądały tak samo, zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto tylko
cudem nie zemdlał, gdy poruszał się po tym miejscu ostatnim razem, ale mimo
wszystko była gotowa przysiąc, że było coś znajomego w panującej dookoła ciszy
i atmosferze. Przez moment była nawet gotowa przysiąc, że znaleźli się w pobliżu
miejsca, w którym ją i mamę znalazł Sage, ale i tego nie była
taka pewna. Wszystko jej się mieszało, jednak dezorientacja okazała się niczym w porównaniu
ze wciąż narastającym niepokojem.
Wszystko w porządku. Wszystko jest w absolutnym
porządku…
Powtarzała
tych kilka słów prawie jak mantrę, choć i tak nie była w stanie w nie
uwierzyć. Gdyby to było takie proste, przekonałaby samą siebie, że nie ma
powodów do obaw, już dawno temu. Zdecydowanie nie szłaby teraz ciemnym korytarzem
w towarzystwie ducha, próbując powstrzymać dreszcze – i to bynajmniej
nie wywołane chłodem. Cóż, przynajmniej nie tylko.
Niespokojnie
wodziła wzrokiem na prawo i lewo. Nie miała pewności, co spodziewała się
dostrzec w ciemnościach, ale nie pierwszy raz była gotowa wręcz przysiąc,
że w mroku kryło się coś więcej. Niezależnie od tego, czy kamery
faktycznie zostały wyłączone, wciąż miała wrażenie, że ktoś ich obserwował. Albo
raczej coś.
Coś, czego wciąż
nie była w stanie zauważyć…
– Joce?
Poderwała
głowę. Nie pierwszy raz zatrzymała się tak gwałtownie, że niemalże wylądowała
na posadzce. Z powątpiewaniem spojrzała na zwróconego ku niej Dallasa,
mimowolnie myśląc o tym, że nie była przecież w stanie na niego
wpaść. Może i znajdował się gdzieś na wyciągnięcie ręki, ale wciąż
pozostawał niematerialny. Jeśli już czegoś miałaby się obawiać, to zderzenia ze
ścianą, co w jej przypadku wydawało się wręcz niepokojąco prawdopodobne.
– Tak… Tak –
mruknęła bez większego zainteresowania. – Cokolwiek mówiłeś, może być – dodała,
nie zamierzając udawać, że tak naprawdę rozumiała, czego tym razem od niego
oczekiwał.
Brwi
chłopaka powędrowały ku górze. Z uwagą zmierzył ją wzrokiem, milczący i dziwnie
zmartwiony.
– Nic nie
mówiłem – uświadomił ją niemalże łagodnie. – Ale ty wyglądasz tak dziwnie…
– Słyszałeś
to, co ja?
Z
opóźnieniem uprzytomniła sobie, że zadała to pytanie na głos. Na moment
zamarła, próbując zignorować fakt, że oczy Dallasa rozszerzyły się, gdy
spojrzał na nią w jeszcze bardziej zdezorientowany sposób. Przez jego twarz
przemknął cień – tak szybko, że to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem,
ale mimo wszystko zdołała ten szczegół zauważyć. Przytłumione przez konstrukcję
tego miejsca czy też nie, jej zmysły wciąż pozostawały bardziej czułe niż te
ludzi.
– Co
takiego, kochanie? – usłyszała, ale jedynie potrząsnęła głową.
Już samo
to, że zwracał się do niej w tak pieszczotliwy sposób, wydało się Joce co
najmniej nienaturalne. Przynajmniej w przypadku Dallasa jawiło jej się to
jako coś, co w normalnym wypadku nie miałoby miejsca. Zmartwiła go i nie
miała co do tego wątpliwości, w równym stopniu świadoma również tego, że
nie wiedział, jak się względem niej zachować. W pewnym momencie zrobił
taki ruch, jakby zamierzał ją objąć, ale w ostatniej chwili wycofał się, zmieszany.
Nawet gdyby znów udało mu się sprawić, by poczuła jego dotyk, to wiązałoby się z wysysaniem
energii, którą dysponowała.
– Ja… – zaczęła,
ale tak naprawdę nie miała pojęcia, co powinna mu powiedzieć. Energicznie potrząsnęła
głową. – Nieważne. Chodźmy dalej, okej? – poprosiła spiętym tonem.
Nie była w stanie
ukryć rozkojarzenia. Jej myśli raz po raz uciekały, rozpraszając się w sposób,
którego nie pojmowała. Mętlik w głowie był dziwny, wręcz nienaturalny, jak
i wciąż bycia obserwowaną. Miała wrażenie, że ciemność wokół niej
gęstnieje, choć zarazem wiedziała, że to przede wszystkim jej przewrażliwienie.
To miejsce miało w sobie coś, co wytrącało ją z równowagi – raz za
razem, nieważne ile wysiłku wkładała w to, by nad tym uczuciem zapanować.
Doświadczyła tego już za pierwszym razem, aż za dobrze pamiętając, że wtedy
szła przed siebie prawie jak zombie, próbując ignorować obecność istot, z którymi
zdecydowanie nie chciała się spotkać.
A teraz ich szukam… Właśnie to robię,
prawda?
Gwałtowny
dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Czy tak było? W jakimś stopniu
zwrócenie się do umarłych – nie tylko samej zainteresowanej, ale też… innych –
wydawało się sensownym pomysłem, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby to
zrobić. Co prawda czuła ich obecność, ale z uporem je ignorowała, zresztą
jak i stopniowo narastające, rozbrzmiewające w jej głowie szepty. Nie
chciała tego przyznać nawet przed samą sobą, ale przecież doskonale je słyszała.
Wydawały się przytłumione i odległe, równie dobrze mogąc być wytworem jej
wyobraźni, ale Joce od samego początku wiedziała, że to nie tak. Oszukiwała
samą siebie, raz po raz wmawiając sobie, że to coś innego – wcale nie głosy,
które tak bardzo pragnęły, by ktoś ich wysłuchał.
Wiedziała,
że prędzej czy później musieli wyczuć jej obecność. Już raz tutaj była, a zdaniem
Rosy lśniła dla tych, którzy mogli chcieć zwrócić się do niej o pomoc.
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie miała szansy przejść przez to miejsce
bez zwracania uwagi na śmierć, która już zdążyła je naznaczyć. To wciąż
wydawało się lepsze niż mierzenie z tragedią w hotelu, ale to w gruncie
rzeczy niczego nie zmieniało. Zapętlone echo śmierci tamtego łowcy, było zaledwie
początkiem.
Wyczuła, że
Dallas się spiął, ale nie miała pewności, co kryło się za jego zachowaniem –
niepokój czy może również wyczuł sobie podobnych. Wciąż trzymali się na dystans,
ale Jocelyne czuła, że byli w pobliżu. Na razie ją ignorowali, ale…
– Może
tutaj? – zaproponował chłopak, odsuwając się od kolejnych drzwi. – Nie
przestrasz się tylko, bo to wygląda jak laboratorium, ale jest tu komputer i…
– Mieliśmy
szukać dokumentacji – przypomniała, przeczesując palcami włosy. W rzeczywistości
chciała zająć czymś ręce, próbując powstrzymać się przed bezwiednym pocieraniem
pulsujących bólem skroni.
– Nie
widziałem niczego, co wyglądałoby na archiwum. Krążymy tu już tyle czasu… –
Dallas potrząsnął głową. – Chociaż spróbujmy. W tym skrzydle wyczuwam prąd,
więc pewnie uda nam się go odpalić. To wciąż lepsze niż błądzenie bez celu.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Wyglądał na przekonanego o tym, co mówił, zresztą w gruncie
rzeczy zaczynało być jej wszystko jedno. Pragnęła wydostać się z tego
miejsca tak szybko, jak tylko było to możliwe.
Drzwi do
pomieszczenia rozsunęły się bez jej udziału, co jedynie potwierdziło
prawdziwość słów Dallasa. Kiedy chwilę później pomieszczenie wypełniło
nieprzyjemne światło jarzeniówek, na moment zamarła, mrugając nieprzytomnie i próbując
pozbyć się mroczków przed oczami. Dopiero po dłuższej chwili jej oczy przywykły
do jasności, ale i tak nie ruszyła się z miejsca. W milczeniu
wodziła wzorkiem na prawo i lewo, sama niepewna, w jaki sposób opisać
uczucia, które w niej wywoływało. Faktycznie wyglądało jak laboratorium,
choć w chwili, w której Dallas o tym wspomniał, mimowolnie
wyobraziła sobie to należące do Rufusa. Chociaż nie sądziła, że to możliwe, w gruncie
rzeczy wolałaby się znaleźć właśnie tam – w samym środku znajomego chaosu,
w którym wampir jakimś cudem potrafił się odnaleźć. Nic podobnego jednak
nie miało miejsca, z kolei miejsce, w którym znalazła się Joce,
okazało się o wiele nowocześniejsze, bardziej sterylne i niepokojące niż
to, które miała okazję widywać.
Znów się wzdrygnęła.
Nie pierwszy raz miała problem z nazwaniem tego, co znajdowało się w zasięgu
jej wzroku – urządzeń, które zdecydowanie nie należały do tych, które widywała
na co dzień. Lśniące blaty w większości okazały się puste, choć Joce
zauważyła kilka starannie zakręconych, oznakowanych w różnorodny sposób buteleczek.
Natychmiast uciekła wzrokiem gdzieś w bok, woląc trzymać się z daleka
od jakichkolwiek środków czy chemikaliów. Jak znała swoje szczęście, mogła w nerwach
bardzo łatwo doprowadzić to miejsce do ruiny, choć to i tak nie wydawało
się w tym wszystkim najgorsze. Tak naprawdę towarzyszył jej irracjonalny
strach, że przypadkiem mogłaby jednak znów znaleźć się pod działaniem tych
dziwnych leków, przez które przestawała widzieć duchy. Gdyby została w tym
miejscu sama, nie będąc w stanie dłużej dostrzec Dallasa, wtedy jak nic
postradałaby zmysły.
– Zobaczmy…
– Nie minęła sekunda, a chłopak dosłownie zmaterializował się na drugim
końcu pokoju. Dopiero wtedy Jocelyne zauważyła zostawionego na blacie laptopa. –
Pomożesz? Mógłbym go uruchomić, ale… no…
Urwał, po
czym wzruszył ramionami. Wymownie skinął głową na zamkniętą klapę, wyraźnie
poirytowany stanem, w jakim zastał komputer. Jocelyne mogła sobie co
najwyżej wyobrażać jak czuł się, kolejny raz musząc przyznać do słabości. Dla
kogoś, kto wydawał się pewny tego, że zdoła włamać się do komputera, porażka w starciu
ze złożonym laptopem, musiała być bolesna.
Dopiero wtedy
przymusiła się do tego, by jednak ruszyć się z miejsca. Nieco chwiejnie
zrobiła kilka kroków przed siebie, całą uwagę poświęcając wyłącznie Dallasowi.
Tak było lepiej, tym bardziej że jego bliskość wydawała się wszystko ułatwiać.
Nie miała pewności, czy robił to specjalnie, ale była gotowa przysiąc, że
wyłącznie dzięki niemu inne duchy wciąż trzymały się na dystans. Były gdzieś
tam, może szeptały, ale to obecność Dallasa przysłaniała wszystko inne.
Syknęła,
gdy przypadkiem potrąciła coś biodrem. Cała zesztywniała, gdy krzesło, którego
nie zauważyła, z hukiem wywróciło się na posadzkę. Dźwięk poniósł się opustoszałymi
korytarzami, zwłaszcza że drzwi do laboratorium zostawili otwarte. Jocelyne
zesztywniała, nagle jeszcze bardziej niespokojna i zażenowana.
– Uważaj. –
Dallas potrząsnął głową. Mimowolnie skrzywiła się w odpowiedzi na nieco
ostrzejszą nutę w jego głosie. Prawie natychmiast wyraz jego twarzy
złagodniał, ale chłopak wciąż patrzył na nią z powątpiewaniem. – Na pewno
wszystko gra?
Nie
odpowiedziała. Była w stanie co najwyżej rzucić mu przepraszające
spojrzenie, zanim z wolna ruszyła się z miejsca. Tym razem większą
uwagę poświęcała temu, by niczego więcej nie potracić i utrzymać się na
nogach, ale i tak zawahała się, gdy w końcu znalazła się w pobliżu
laptopa.
– Dallas…?
Spojrzał na
nią pytająco. Otworzyła usta, ale i tym razem je zamknęła, ograniczając
się do potrząśnięcia głową. Czuła się nieswojo – i to najdelikatniej rzecz
ujmując – ale przecież i tak nie był w stanie niczego z tym
zrobić. Musiała wziąć się w garść, a zdecydowanie nie miała tego
osiągnąć, skoro wzdrygała się za każdym razem, gdy coś było nie tak.
Bez słowa
rozłożyła laptopa, po czym odsunęła się na bok, by zostawić Dallasowi wolną
rękę. Wiedziała, że wciąż ją obserwował, ale z uporem ignorowała to, próbując
zachowywać się jak ktoś, kto zdecydowanie nie miał problemów z panowaniem
nad nerwami.
– Szybko
pójdzie – usłyszała. Do głosu jej towarzysza wkradło się coś na kształt ulgi. –
Mają beznadziejne zabezpieczenia, tak swoją drogą. Mogę mieć mały problem z hasłem,
ale… – Urwał, po czym parsknął śmiechem. – Kiedy ludzie w końcu się
nauczą, że data urodzenia, to żadne hasło?
– Skąd
wiesz, że to data urodzenia? – zapytała z rezerwą. Chociaż na moment udało
jej się skupić na czymś bardziej przyziemnym od niechcianych emocji.
– Nie wiem.
Ale to wciąż data. – Dallas wywrócił oczami. – Jeśli ktoś był na tyle głupi, by
ustawić ją jako hasło, raczej nie ogarniał życia na tyle, by założyć rodzinę… A tym
bardziej nie miałby żadnej rocznicy do zapamiętania.
Elena pewnie teraz zadałaby mu jakieś
podchwytliwe pytanie, stwierdziła, z trudem powstrzymując uśmiech.
Nonszalancja w głosie Dallasa jedynie ją bawiła. Co więcej, wszystko
wydawało się lepsze od roztrząsania tego, co działo się wokół niej. Jak długo
pozwalała myślom swobodnie dryfować, czuła się bezpieczna. Może o to, kiedy się poznaliśmy… Albo kiedy mam urodziny.
Wspomniałam mu kiedyś, kiedy się urodziłam…?
Coś ścisnęło
ją w gardle. Rozluźnienie zniknęło równie nagle, co wcześniej się
pojawiło, pozostawiając po sobie jeszcze więcej wątpliwości. W niemalże rozczarowany
sposób spojrzała na wciąż pochylnego nad komputerem, zaskakująco wręcz
ożywionego Dallasa. Miała wrażenie, że wciąż coś mówił, ale to działo się jakby
poza nią. Z równym powodzeniem mogłaby w tamtej chwili spoglądać na
świat cudzymi oczami. Najpewniej nie zauważyłaby różnicy, a przynajmniej
tak się czuła – jak ktoś, kogo nie dotyczyły poszczególne wydarzenia.
Tak wiele
wciąż ich dzieliło. Dallas desperacko trzymał się życia i jej samej, zwłaszcza
że pozostawała jedyną osobą, która trzymała go w tym świecie. Mimowolnie
pomyślała o zapętlonym łowcy i przez chwilę zapragnęła roześmiać się w histeryczny,
pozbawiony wesołości sposób. W tym, co zobaczyła, zdecydowanie nie było
niczego zabawnego. W sytuacji Dallasa tym bardziej, choć dopiero w tamtej
chwili dopuściła do siebie myśl o tym, jakie to musiało być okropne – to,
że właśnie uwiązała go do siebie. Wciąż wracał, choć oboje wiedzieli, że to nie
wróżyło nic dobrego. Był tu dla niej, wierząc w coś, w co nie miało
racji bytu, podczas gdy ona nie potrafiła zmusić go do tego, żeby w końcu
odpuścił. Jakby tego było mało, wciąż dawała mu nadzieję, a to…
Jestem twoją, pętlą, Dallas… Twoim echem.
Ta myśl ją
przeraziła. Choć na dłuższą metę nie miała racji bytu, wytraciła Joce z równowagi
bardziej niż cokolwiek innego. Dziewczyna bez zastanowienia wyprostowała się
niczym struna, odsuwając od blatu, o którego skraj do tej pory się opierała.
Dallas w końcu odezwał wzrok od ekranu laptopa, by móc na nią spojrzeć.
– Ja… Nie
podoba mi się to miejsce – wyszeptała, nie czekając aż zada jej jakiekolwiek
pytanie. Wiedziała przecież, czego by dotyczyło. – Laboratorium… Mogę poczekać
na korytarzu?
– Ale…
Potrząsnęła
głową.
– Ile ci to
zajmie? – ponagliła spiętym tonem. – Źle czuję się w tym pokoju. Po prostu
wyjdę na korytarz.
Tym razem
mówiła stanowczo, w gruncie rzeczy wcale nie oczekując przyzwolenia.
Dallas uniósł brwi, wciąż wyglądając na chętnego, by zaprotestować. Nie dała mu
po temu okazji, bez słowa odwracając się na pięcie i – tym razem bez
jakichkolwiek wypadków, wywróconych krzeseł czy dodatkowych uszkodzeń –
niemalże biegiem wypadła z laboratorium.
Poczuła się
lepiej, gdy znalazła się poza zasięgiem drażniących oczy jarzeniówek. Z westchnieniem
oparła się o ścianę, po czym pochyliła do przodu, skupiona przede
wszystkim na chwytaniu oddechu. Serce waliło jej jak oszalałe, jakby chcąc
wyrwać się na zewnątrz, ale zdołała to uczucie zignorować. Nerwowym ruchem
zaczesała włosy, zatykając niesforny kosmyk za ucho. Uświadomiła sobie, że
drży, ale zdecydowała się to zignorować. Jej myśli wirowały, ale tym razem robiła
wszystko, byleby nie dopuścić ich do Dallasa. Podświadomie oczekiwała, że
chłopak jednak podąży za nią, nie zamierzając tak łatwo odpuścić, ale kolejne
sekundy mijały, a ona wciąż była sama.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Z wolna uspokoiła oddech, co zadziałało również na wciąż
przyśpieszony puls. Potrzebowała dłuższej chwili, by zapanować na sobą na tyle,
by w końcu przestać czuć się jak ktoś balansujący na granicy histerii, ale
nawet wtedy nie poczuła się lepiej. Nie rozumiała ani tego nagłego wybuchu, ani
tym bardziej targających nią emocji. Nawet myśl, która w gruncie rzeczy okazała
się co najwyżej kroplą, która przelała przysłowiową czarę, nie wydawała jej się
odpowiednim wytłumaczeniem tego dziwnego stanu. Joce w oszołomieniu
pomyślała, że tak naprawdę czuła się niemalże tak jak w nocy, gdy wyrwała
się z tego dziwnego snu. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić, ale…
Tutaj.
Zastygła w bezruchu
tak gwałtownie, że aż poczuła pulsowanie napiętych do granic możliwości mięśni.
Z uporem wpatrywała się w ziemię, bojąc się unieść głowę, a tym
bardziej rozejrzeć się dookoła. Żaden z szeptów, które dotychczas wydawały
się zepchnięte gdzieś na granicę jej świadomości, nie był aż tak wyraźny. Wrażenie
było takie, jakby w tłumie pełnym obcych głosów nagle usłyszała ten jeden,
jedyny znajomy. Co prawda Joce nie miała pojęcia, kto do niej mówił, ale już
sam fakt tego, że mogłaby rozróżnić poszczególne słowa, dał jej do myślenia.
Przecież
podejrzewała, że prędzej czy później do tego dojdzie. Zwłaszcza teraz, gdy
trzymała się na dystans Dallasa, nawet jeśli ten znajdował się w sąsiednim
pomieszczeniu. Mogła do niego pójść, nagle wątpiąc, czy powinna zostać sama,
ale…
A potem
dotarło do niej, że tak naprawdę wcale nie czuła strachu.
Wyprostowała
się powoli, jednak decydując spojrzeć w ciemność. Jasny blask sączył się z laboratorium,
pozwalając jej dostrzec w korytarzu dość, by mogła rozróżnić poszczególne
drzwi, ale po pewnym czasie wszystko znów ginęło w mroku. Dzięki
wyostrzonym zmysłom widziała dość, by poruszać się bez latarki, choć do tej
pory zdawała się przede wszystkim na obecność Dallasa, nie zwracając większej
uwagi na to, dokąd szli. Podejrzewała, że to mogło się okazać zgubne, ale to już
nie miało znaczenia. Dlaczego miałoby, skoro tak naprawdę nie miała poczucia,
że ktokolwiek chciał ją skrzywdzić.
Zrobiła
niepewny krok naprzód, nasłuchując. W tamtej chwili naprawdę chciała
słyszeć, jakiekolwiek niosłoby to ze sobą konsekwencje. Co prawda przerażało
jej wsłuchiwanie się w kolejne szepty, ale z drugiej strony… Czyż nie
na tym polegał jej dar? Powinna słuchać tych, których jako jedyna mogła zrozumieć.
Otworzyła
usta, ale nie powiedziała nawet słowa. Miała ochotę poprosić o wskazówkę
albo odpowiedź, ale kiedy przyszło co do czego, wątpliwości okazały się
silniejsze. Joce zaklęła w duchu, co najmniej sfrustrowana tym, jak
nieporadna się czuła – prawie jak Dallas, choć on przynajmniej miał
wytłumaczenie. Ją blokował wyłącznie własny umysł, a przede wszystkim
strach, którego tak bardzo chciała się pozbyć. To zresztą sugerowała jej Within
– powtarzała, że nie należało się bać.
Proszę… Bardzo proszę…
Uścisk w gardle
przybrał na sile, ale tym razem nie miał związku z niepokojem. To było coś
nowego, co rozbudził w niej wystraszony, dziewczęcy szept – niemalże
błagalne słowa, które wypełniały jej umysł, wręcz popychając Jocelyne w ciemność.
Był ktoś jeszcze, kto się bał. Kolejne prośby, drżący głos i poczucie, że
powinna coś zrobić… To wszystko mieszało się ze sobą, skutecznie rozbudzając w Jocelyne
poczucie winy, ale też przede wszystkim współczucie.
Z tym
poczuciem zrobiła pierwszy krok w głąb korytarza. A potem kolejny i jeszcze
jeden, po chwili przechodząc do równego, zdecydowanego marszu. Nie bała się ani
ciemności, ani świadomości, że gdzieś tam ktoś na nią czekał. Zamiast zadręczać
się spotkaniem ze śmiercią, po prostu wyszła jej naprzeciw, całą energię
wkładając w wiarę w to, że przecież dlatego mogła zobaczyć umarłych.
Dallas, Rosa czy Beatrycze przez cały ten czas próbowali ją chronić, ale
przecież nie mogli robić tego w nieskończoność.
Zresztą nie
mogła zignorować tego, że ktoś ją błagał. W pamięci wciąż miała raz po raz
umierającego łowcę, przy okazji uprzytomniając sobie, że gdyby tylko mogła,
natychmiast zakończyłaby tę scenę raz a dobrze. Nikt nie zasłużył na coś
takiego, zwłaszcza że śmierć sama w sobie była wystarczająco niepokojącym
doświadczeniem. W istnieniu tych, których naznaczyła – nekromantów takich
jak ona – musiał być jakiś sens. A skoro tak…
Jestem tutaj, rozbrzmiało po raz kolejny
w jej głowie. Miała wrażenie, że szept przybrał na sile, jakby
właścicielka drżącego głosu wiedziała, że ktoś ją słyszał. I boję się… Tutaj jest
tak zimno…
– Idę do ciebie
– wykrztusiła, pierwszy raz będąc w stanie się odezwać. Jej głos zabrzmiał
dziwnie w panującej ciszy, równie drżący i niepewny. – Gdzie jesteś?
Musisz mi powiedzieć.
Nie miała
pewności, czy tego chciała. Problem polegał na tym, że w chwili, w której
się odezwała, ostatecznie zaprzepaściła możliwość, by się wycofać.
Odpowiedź
nadeszła błyskawicznie – wciąż pełna strachu, ale o wiele pewniejsza.
Tutaj.
I to wystarczyło.
W chwili, w której
Jocelyne znalazła się u szczytu biegnących w mrok schodów, zawahała
się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz