31 grudnia 2018

Sto dziewięćdziesiąt sześć

Jocelyne
Wydawało jej się, że była w stanie rozpoznać korytarz, którym poprowadził ją Dallas. Co prawda na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądały tak samo, zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto tylko cudem nie zemdlał, gdy poruszał się po tym miejscu ostatnim razem, ale mimo wszystko była gotowa przysiąc, że było coś znajomego w panującej dookoła ciszy i atmosferze. Przez moment była nawet gotowa przysiąc, że znaleźli się w pobliżu miejsca, w którym ją i mamę znalazł Sage, ale i tego nie była taka pewna. Wszystko jej się mieszało, jednak dezorientacja okazała się niczym w porównaniu ze wciąż narastającym niepokojem.
Wszystko w porządku. Wszystko jest w absolutnym porządku…
Powtarzała tych kilka słów prawie jak mantrę, choć i tak nie była w stanie w nie uwierzyć. Gdyby to było takie proste, przekonałaby samą siebie, że nie ma powodów do obaw, już dawno temu. Zdecydowanie nie szłaby teraz ciemnym korytarzem w towarzystwie ducha, próbując powstrzymać dreszcze – i to bynajmniej nie wywołane chłodem. Cóż, przynajmniej nie tylko.
Niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo. Nie miała pewności, co spodziewała się dostrzec w ciemnościach, ale nie pierwszy raz była gotowa wręcz przysiąc, że w mroku kryło się coś więcej. Niezależnie od tego, czy kamery faktycznie zostały wyłączone, wciąż miała wrażenie, że ktoś ich obserwował. Albo raczej coś.
Coś, czego wciąż nie była w stanie zauważyć…
– Joce?
Poderwała głowę. Nie pierwszy raz zatrzymała się tak gwałtownie, że niemalże wylądowała na posadzce. Z powątpiewaniem spojrzała na zwróconego ku niej Dallasa, mimowolnie myśląc o tym, że nie była przecież w stanie na niego wpaść. Może i znajdował się gdzieś na wyciągnięcie ręki, ale wciąż pozostawał niematerialny. Jeśli już czegoś miałaby się obawiać, to zderzenia ze ścianą, co w jej przypadku wydawało się wręcz niepokojąco prawdopodobne.
– Tak… Tak – mruknęła bez większego zainteresowania. – Cokolwiek mówiłeś, może być – dodała, nie zamierzając udawać, że tak naprawdę rozumiała, czego tym razem od niego oczekiwał.
Brwi chłopaka powędrowały ku górze. Z uwagą zmierzył ją wzrokiem, milczący i dziwnie zmartwiony.
– Nic nie mówiłem – uświadomił ją niemalże łagodnie. – Ale ty wyglądasz tak dziwnie…
– Słyszałeś to, co ja?
Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że zadała to pytanie na głos. Na moment zamarła, próbując zignorować fakt, że oczy Dallasa rozszerzyły się, gdy spojrzał na nią w jeszcze bardziej zdezorientowany sposób. Przez jego twarz przemknął cień – tak szybko, że to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem, ale mimo wszystko zdołała ten szczegół zauważyć. Przytłumione przez konstrukcję tego miejsca czy też nie, jej zmysły wciąż pozostawały bardziej czułe niż te ludzi.
– Co takiego, kochanie? – usłyszała, ale jedynie potrząsnęła głową.
Już samo to, że zwracał się do niej w tak pieszczotliwy sposób, wydało się Joce co najmniej nienaturalne. Przynajmniej w przypadku Dallasa jawiło jej się to jako coś, co w normalnym wypadku nie miałoby miejsca. Zmartwiła go i nie miała co do tego wątpliwości, w równym stopniu świadoma również tego, że nie wiedział, jak się względem niej zachować. W pewnym momencie zrobił taki ruch, jakby zamierzał ją objąć, ale w ostatniej chwili wycofał się, zmieszany. Nawet gdyby znów udało mu się sprawić, by poczuła jego dotyk, to wiązałoby się z wysysaniem energii, którą dysponowała.
– Ja… – zaczęła, ale tak naprawdę nie miała pojęcia, co powinna mu powiedzieć. Energicznie potrząsnęła głową. – Nieważne. Chodźmy dalej, okej? – poprosiła spiętym tonem.
Nie była w stanie ukryć rozkojarzenia. Jej myśli raz po raz uciekały, rozpraszając się w sposób, którego nie pojmowała. Mętlik w głowie był dziwny, wręcz nienaturalny, jak i wciąż bycia obserwowaną. Miała wrażenie, że ciemność wokół niej gęstnieje, choć zarazem wiedziała, że to przede wszystkim jej przewrażliwienie. To miejsce miało w sobie coś, co wytrącało ją z równowagi – raz za razem, nieważne ile wysiłku wkładała w to, by nad tym uczuciem zapanować. Doświadczyła tego już za pierwszym razem, aż za dobrze pamiętając, że wtedy szła przed siebie prawie jak zombie, próbując ignorować obecność istot, z którymi zdecydowanie nie chciała się spotkać.
A teraz ich szukam… Właśnie to robię, prawda?
Gwałtowny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Czy tak było? W jakimś stopniu zwrócenie się do umarłych – nie tylko samej zainteresowanej, ale też… innych – wydawało się sensownym pomysłem, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby to zrobić. Co prawda czuła ich obecność, ale z uporem je ignorowała, zresztą jak i stopniowo narastające, rozbrzmiewające w jej głowie szepty. Nie chciała tego przyznać nawet przed samą sobą, ale przecież doskonale je słyszała. Wydawały się przytłumione i odległe, równie dobrze mogąc być wytworem jej wyobraźni, ale Joce od samego początku wiedziała, że to nie tak. Oszukiwała samą siebie, raz po raz wmawiając sobie, że to coś innego – wcale nie głosy, które tak bardzo pragnęły, by ktoś ich wysłuchał.
Wiedziała, że prędzej czy później musieli wyczuć jej obecność. Już raz tutaj była, a zdaniem Rosy lśniła dla tych, którzy mogli chcieć zwrócić się do niej o pomoc. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie miała szansy przejść przez to miejsce bez zwracania uwagi na śmierć, która już zdążyła je naznaczyć. To wciąż wydawało się lepsze niż mierzenie z tragedią w hotelu, ale to w gruncie rzeczy niczego nie zmieniało. Zapętlone echo śmierci tamtego łowcy, było zaledwie początkiem.
Wyczuła, że Dallas się spiął, ale nie miała pewności, co kryło się za jego zachowaniem – niepokój czy może również wyczuł sobie podobnych. Wciąż trzymali się na dystans, ale Jocelyne czuła, że byli w pobliżu. Na razie ją ignorowali, ale…
– Może tutaj? – zaproponował chłopak, odsuwając się od kolejnych drzwi. – Nie przestrasz się tylko, bo to wygląda jak laboratorium, ale jest tu komputer i…
– Mieliśmy szukać dokumentacji – przypomniała, przeczesując palcami włosy. W rzeczywistości chciała zająć czymś ręce, próbując powstrzymać się przed bezwiednym pocieraniem pulsujących bólem skroni.
– Nie widziałem niczego, co wyglądałoby na archiwum. Krążymy tu już tyle czasu… – Dallas potrząsnął głową. – Chociaż spróbujmy. W tym skrzydle wyczuwam prąd, więc pewnie uda nam się go odpalić. To wciąż lepsze niż błądzenie bez celu.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Wyglądał na przekonanego o tym, co mówił, zresztą w gruncie rzeczy zaczynało być jej wszystko jedno. Pragnęła wydostać się z tego miejsca tak szybko, jak tylko było to możliwe.
Drzwi do pomieszczenia rozsunęły się bez jej udziału, co jedynie potwierdziło prawdziwość słów Dallasa. Kiedy chwilę później pomieszczenie wypełniło nieprzyjemne światło jarzeniówek, na moment zamarła, mrugając nieprzytomnie i próbując pozbyć się mroczków przed oczami. Dopiero po dłuższej chwili jej oczy przywykły do jasności, ale i tak nie ruszyła się z miejsca. W milczeniu wodziła wzorkiem na prawo i lewo, sama niepewna, w jaki sposób opisać uczucia, które w niej wywoływało. Faktycznie wyglądało jak laboratorium, choć w chwili, w której Dallas o tym wspomniał, mimowolnie wyobraziła sobie to należące do Rufusa. Chociaż nie sądziła, że to możliwe, w gruncie rzeczy wolałaby się znaleźć właśnie tam – w samym środku znajomego chaosu, w którym wampir jakimś cudem potrafił się odnaleźć. Nic podobnego jednak nie miało miejsca, z kolei miejsce, w którym znalazła się Joce, okazało się o wiele nowocześniejsze, bardziej sterylne i niepokojące niż to, które miała okazję widywać.
Znów się wzdrygnęła. Nie pierwszy raz miała problem z nazwaniem tego, co znajdowało się w zasięgu jej wzroku – urządzeń, które zdecydowanie nie należały do tych, które widywała na co dzień. Lśniące blaty w większości okazały się puste, choć Joce zauważyła kilka starannie zakręconych, oznakowanych w różnorodny sposób buteleczek. Natychmiast uciekła wzrokiem gdzieś w bok, woląc trzymać się z daleka od jakichkolwiek środków czy chemikaliów. Jak znała swoje szczęście, mogła w nerwach bardzo łatwo doprowadzić to miejsce do ruiny, choć to i tak nie wydawało się w tym wszystkim najgorsze. Tak naprawdę towarzyszył jej irracjonalny strach, że przypadkiem mogłaby jednak znów znaleźć się pod działaniem tych dziwnych leków, przez które przestawała widzieć duchy. Gdyby została w tym miejscu sama, nie będąc w stanie dłużej dostrzec Dallasa, wtedy jak nic postradałaby zmysły.
– Zobaczmy… – Nie minęła sekunda, a chłopak dosłownie zmaterializował się na drugim końcu pokoju. Dopiero wtedy Jocelyne zauważyła zostawionego na blacie laptopa. – Pomożesz? Mógłbym go uruchomić, ale… no…
Urwał, po czym wzruszył ramionami. Wymownie skinął głową na zamkniętą klapę, wyraźnie poirytowany stanem, w jakim zastał komputer. Jocelyne mogła sobie co najwyżej wyobrażać jak czuł się, kolejny raz musząc przyznać do słabości. Dla kogoś, kto wydawał się pewny tego, że zdoła włamać się do komputera, porażka w starciu ze złożonym laptopem, musiała być bolesna.
Dopiero wtedy przymusiła się do tego, by jednak ruszyć się z miejsca. Nieco chwiejnie zrobiła kilka kroków przed siebie, całą uwagę poświęcając wyłącznie Dallasowi. Tak było lepiej, tym bardziej że jego bliskość wydawała się wszystko ułatwiać. Nie miała pewności, czy robił to specjalnie, ale była gotowa przysiąc, że wyłącznie dzięki niemu inne duchy wciąż trzymały się na dystans. Były gdzieś tam, może szeptały, ale to obecność Dallasa przysłaniała wszystko inne.
Syknęła, gdy przypadkiem potrąciła coś biodrem. Cała zesztywniała, gdy krzesło, którego nie zauważyła, z hukiem wywróciło się na posadzkę. Dźwięk poniósł się opustoszałymi korytarzami, zwłaszcza że drzwi do laboratorium zostawili otwarte. Jocelyne zesztywniała, nagle jeszcze bardziej niespokojna i zażenowana.
– Uważaj. – Dallas potrząsnął głową. Mimowolnie skrzywiła się w odpowiedzi na nieco ostrzejszą nutę w jego głosie. Prawie natychmiast wyraz jego twarzy złagodniał, ale chłopak wciąż patrzył na nią z powątpiewaniem. – Na pewno wszystko gra?
Nie odpowiedziała. Była w stanie co najwyżej rzucić mu przepraszające spojrzenie, zanim z wolna ruszyła się z miejsca. Tym razem większą uwagę poświęcała temu, by niczego więcej nie potracić i utrzymać się na nogach, ale i tak zawahała się, gdy w końcu znalazła się w pobliżu laptopa.
– Dallas…?
Spojrzał na nią pytająco. Otworzyła usta, ale i tym razem je zamknęła, ograniczając się do potrząśnięcia głową. Czuła się nieswojo – i to najdelikatniej rzecz ujmując – ale przecież i tak nie był w stanie niczego z tym zrobić. Musiała wziąć się w garść, a zdecydowanie nie miała tego osiągnąć, skoro wzdrygała się za każdym razem, gdy coś było nie tak.
Bez słowa rozłożyła laptopa, po czym odsunęła się na bok, by zostawić Dallasowi wolną rękę. Wiedziała, że wciąż ją obserwował, ale z uporem ignorowała to, próbując zachowywać się jak ktoś, kto zdecydowanie nie miał problemów z panowaniem nad nerwami.
– Szybko pójdzie – usłyszała. Do głosu jej towarzysza wkradło się coś na kształt ulgi. – Mają beznadziejne zabezpieczenia, tak swoją drogą. Mogę mieć mały problem z hasłem, ale… – Urwał, po czym parsknął śmiechem. – Kiedy ludzie w końcu się nauczą, że data urodzenia, to żadne hasło?
– Skąd wiesz, że to data urodzenia? – zapytała z rezerwą. Chociaż na moment udało jej się skupić na czymś bardziej przyziemnym od niechcianych emocji.
– Nie wiem. Ale to wciąż data. – Dallas wywrócił oczami. – Jeśli ktoś był na tyle głupi, by ustawić ją jako hasło, raczej nie ogarniał życia na tyle, by założyć rodzinę… A tym bardziej nie miałby żadnej rocznicy do zapamiętania.
Elena pewnie teraz zadałaby mu jakieś podchwytliwe pytanie, stwierdziła, z trudem powstrzymując uśmiech. Nonszalancja w głosie Dallasa jedynie ją bawiła. Co więcej, wszystko wydawało się lepsze od roztrząsania tego, co działo się wokół niej. Jak długo pozwalała myślom swobodnie dryfować, czuła się bezpieczna. Może o to, kiedy się poznaliśmy… Albo kiedy mam urodziny. Wspomniałam mu kiedyś, kiedy się urodziłam…?
Coś ścisnęło ją w gardle. Rozluźnienie zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, pozostawiając po sobie jeszcze więcej wątpliwości. W niemalże rozczarowany sposób spojrzała na wciąż pochylnego nad komputerem, zaskakująco wręcz ożywionego Dallasa. Miała wrażenie, że wciąż coś mówił, ale to działo się jakby poza nią. Z równym powodzeniem mogłaby w tamtej chwili spoglądać na świat cudzymi oczami. Najpewniej nie zauważyłaby różnicy, a przynajmniej tak się czuła – jak ktoś, kogo nie dotyczyły poszczególne wydarzenia.
Tak wiele wciąż ich dzieliło. Dallas desperacko trzymał się życia i jej samej, zwłaszcza że pozostawała jedyną osobą, która trzymała go w tym świecie. Mimowolnie pomyślała o zapętlonym łowcy i przez chwilę zapragnęła roześmiać się w histeryczny, pozbawiony wesołości sposób. W tym, co zobaczyła, zdecydowanie nie było niczego zabawnego. W sytuacji Dallasa tym bardziej, choć dopiero w tamtej chwili dopuściła do siebie myśl o tym, jakie to musiało być okropne – to, że właśnie uwiązała go do siebie. Wciąż wracał, choć oboje wiedzieli, że to nie wróżyło nic dobrego. Był tu dla niej, wierząc w coś, w co nie miało racji bytu, podczas gdy ona nie potrafiła zmusić go do tego, żeby w końcu odpuścił. Jakby tego było mało, wciąż dawała mu nadzieję, a to…
Jestem twoją, pętlą, Dallas… Twoim echem.
Ta myśl ją przeraziła. Choć na dłuższą metę nie miała racji bytu, wytraciła Joce z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Dziewczyna bez zastanowienia wyprostowała się niczym struna, odsuwając od blatu, o którego skraj do tej pory się opierała. Dallas w końcu odezwał wzrok od ekranu laptopa, by móc na nią spojrzeć.
– Ja… Nie podoba mi się to miejsce – wyszeptała, nie czekając aż zada jej jakiekolwiek pytanie. Wiedziała przecież, czego by dotyczyło. – Laboratorium… Mogę poczekać na korytarzu?
– Ale…
Potrząsnęła głową.
– Ile ci to zajmie? – ponagliła spiętym tonem. – Źle czuję się w tym pokoju. Po prostu wyjdę na korytarz.
Tym razem mówiła stanowczo, w gruncie rzeczy wcale nie oczekując przyzwolenia. Dallas uniósł brwi, wciąż wyglądając na chętnego, by zaprotestować. Nie dała mu po temu okazji, bez słowa odwracając się na pięcie i – tym razem bez jakichkolwiek wypadków, wywróconych krzeseł czy dodatkowych uszkodzeń – niemalże biegiem wypadła z laboratorium.
Poczuła się lepiej, gdy znalazła się poza zasięgiem drażniących oczy jarzeniówek. Z westchnieniem oparła się o ścianę, po czym pochyliła do przodu, skupiona przede wszystkim na chwytaniu oddechu. Serce waliło jej jak oszalałe, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz, ale zdołała to uczucie zignorować. Nerwowym ruchem zaczesała włosy, zatykając niesforny kosmyk za ucho. Uświadomiła sobie, że drży, ale zdecydowała się to zignorować. Jej myśli wirowały, ale tym razem robiła wszystko, byleby nie dopuścić ich do Dallasa. Podświadomie oczekiwała, że chłopak jednak podąży za nią, nie zamierzając tak łatwo odpuścić, ale kolejne sekundy mijały, a ona wciąż była sama.
Ze świstem wypuściła powietrze. Z wolna uspokoiła oddech, co zadziałało również na wciąż przyśpieszony puls. Potrzebowała dłuższej chwili, by zapanować na sobą na tyle, by w końcu przestać czuć się jak ktoś balansujący na granicy histerii, ale nawet wtedy nie poczuła się lepiej. Nie rozumiała ani tego nagłego wybuchu, ani tym bardziej targających nią emocji. Nawet myśl, która w gruncie rzeczy okazała się co najwyżej kroplą, która przelała przysłowiową czarę, nie wydawała jej się odpowiednim wytłumaczeniem tego dziwnego stanu. Joce w oszołomieniu pomyślała, że tak naprawdę czuła się niemalże tak jak w nocy, gdy wyrwała się z tego dziwnego snu. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić, ale…
Tutaj.
Zastygła w bezruchu tak gwałtownie, że aż poczuła pulsowanie napiętych do granic możliwości mięśni. Z uporem wpatrywała się w ziemię, bojąc się unieść głowę, a tym bardziej rozejrzeć się dookoła. Żaden z szeptów, które dotychczas wydawały się zepchnięte gdzieś na granicę jej świadomości, nie był aż tak wyraźny. Wrażenie było takie, jakby w tłumie pełnym obcych głosów nagle usłyszała ten jeden, jedyny znajomy. Co prawda Joce nie miała pojęcia, kto do niej mówił, ale już sam fakt tego, że mogłaby rozróżnić poszczególne słowa, dał jej do myślenia.
Przecież podejrzewała, że prędzej czy później do tego dojdzie. Zwłaszcza teraz, gdy trzymała się na dystans Dallasa, nawet jeśli ten znajdował się w sąsiednim pomieszczeniu. Mogła do niego pójść, nagle wątpiąc, czy powinna zostać sama, ale…
A potem dotarło do niej, że tak naprawdę wcale nie czuła strachu.
Wyprostowała się powoli, jednak decydując spojrzeć w ciemność. Jasny blask sączył się z laboratorium, pozwalając jej dostrzec w korytarzu dość, by mogła rozróżnić poszczególne drzwi, ale po pewnym czasie wszystko znów ginęło w mroku. Dzięki wyostrzonym zmysłom widziała dość, by poruszać się bez latarki, choć do tej pory zdawała się przede wszystkim na obecność Dallasa, nie zwracając większej uwagi na to, dokąd szli. Podejrzewała, że to mogło się okazać zgubne, ale to już nie miało znaczenia. Dlaczego miałoby, skoro tak naprawdę nie miała poczucia, że ktokolwiek chciał ją skrzywdzić.
Zrobiła niepewny krok naprzód, nasłuchując. W tamtej chwili naprawdę chciała słyszeć, jakiekolwiek niosłoby to ze sobą konsekwencje. Co prawda przerażało jej wsłuchiwanie się w kolejne szepty, ale z drugiej strony… Czyż nie na tym polegał jej dar? Powinna słuchać tych, których jako jedyna mogła zrozumieć.
Otworzyła usta, ale nie powiedziała nawet słowa. Miała ochotę poprosić o wskazówkę albo odpowiedź, ale kiedy przyszło co do czego, wątpliwości okazały się silniejsze. Joce zaklęła w duchu, co najmniej sfrustrowana tym, jak nieporadna się czuła – prawie jak Dallas, choć on przynajmniej miał wytłumaczenie. Ją blokował wyłącznie własny umysł, a przede wszystkim strach, którego tak bardzo chciała się pozbyć. To zresztą sugerowała jej Within – powtarzała, że nie należało się bać.
Proszę… Bardzo proszę…
Uścisk w gardle przybrał na sile, ale tym razem nie miał związku z niepokojem. To było coś nowego, co rozbudził w niej wystraszony, dziewczęcy szept – niemalże błagalne słowa, które wypełniały jej umysł, wręcz popychając Jocelyne w ciemność. Był ktoś jeszcze, kto się bał. Kolejne prośby, drżący głos i poczucie, że powinna coś zrobić… To wszystko mieszało się ze sobą, skutecznie rozbudzając w Jocelyne poczucie winy, ale też przede wszystkim współczucie.
Z tym poczuciem zrobiła pierwszy krok w głąb korytarza. A potem kolejny i jeszcze jeden, po chwili przechodząc do równego, zdecydowanego marszu. Nie bała się ani ciemności, ani świadomości, że gdzieś tam ktoś na nią czekał. Zamiast zadręczać się spotkaniem ze śmiercią, po prostu wyszła jej naprzeciw, całą energię wkładając w wiarę w to, że przecież dlatego mogła zobaczyć umarłych. Dallas, Rosa czy Beatrycze przez cały ten czas próbowali ją chronić, ale przecież nie mogli robić tego w nieskończoność.
Zresztą nie mogła zignorować tego, że ktoś ją błagał. W pamięci wciąż miała raz po raz umierającego łowcę, przy okazji uprzytomniając sobie, że gdyby tylko mogła, natychmiast zakończyłaby tę scenę raz a dobrze. Nikt nie zasłużył na coś takiego, zwłaszcza że śmierć sama w sobie była wystarczająco niepokojącym doświadczeniem. W istnieniu tych, których naznaczyła – nekromantów takich jak ona – musiał być jakiś sens. A skoro tak…
Jestem tutaj, rozbrzmiało po raz kolejny w jej głowie. Miała wrażenie, że szept przybrał na sile, jakby właścicielka drżącego głosu wiedziała, że ktoś ją słyszał. I boję się… Tutaj jest tak zimno…
– Idę do ciebie – wykrztusiła, pierwszy raz będąc w stanie się odezwać. Jej głos zabrzmiał dziwnie w panującej ciszy, równie drżący i niepewny. – Gdzie jesteś? Musisz mi powiedzieć.
Nie miała pewności, czy tego chciała. Problem polegał na tym, że w chwili, w której się odezwała, ostatecznie zaprzepaściła możliwość, by się wycofać.
Odpowiedź nadeszła błyskawicznie – wciąż pełna strachu, ale o wiele pewniejsza.
Tutaj.
I to wystarczyło.
W chwili, w której Jocelyne znalazła się u szczytu biegnących w mrok schodów, zawahała się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa