30 grudnia 2018

Sto dziewięćdziesiąt pięć

Jocelyne
Dallas wydawał się dobrze wiedzieć, gdzie powinni iść. Do samego końca nie miała pewności, czego się spodziewać, w myślach raz po raz rozpamiętując… Cóż, echo. Nie musiała oglądać się za siebie, by oczami wyobraźni nadal widzieć upadającego mężczyznę. Zapach krwi wciąż ją oszałamiał, tak intensywny, że przez pewien czas miała problem z narastającym stopniowo głodem. Próbowała nad tym zapanować, ale to okazało się równie bezsensowne, co i próba wyzbycia się wątpliwości.
W porządku, więc to oznaczało poruszanie się na granicy dwóch światów. Wiedziała przecież, że nie wszystko było takie proste, jak mogłoby jej się wydawać, gdy skupiała się na tych duchach, które były jej przyjazne. Tak samo było z zagubionym samobójcą, który podążał za nią aż do szkoły. Niektórzy nie mieli pojęcia, że umarli, tym bardziej nie dbając o wpływanie na swój wygląd po śmierci. To, że nie widywała przerażających, wykrzywionych w agonii twarzy. Rosa ją chroniła, tak jak i wcześniej Beatrycze, ale to przecież nie było żadnym rozwiązaniem. Wiedziała, że powinna wziąć sprawy we własne ręce – prędzej czy później.
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której Dallas pokazał jej zejście do podziemi. Stała przed przypominającym zjazd do garażu podziemnego wejściem, bezmyślnie spoglądając w przestrzeń. Nie była w stanie się ruszyć, w tamtym momencie świadoma wyłącznie tłukącego się w piersi serca.
– Wiesz, że nie musisz tego zrobić… Wciąż możemy zawrócić – usłyszała spięty głos swojego towarzysza.
Nawet na niego nie spojrzała.
– I co wtedy? – zapytała ze spokojem, którego wcale nie odczuwała.
– Ja… Cóż, mógłbym się rozejrzeć. Może bym coś dla ciebie znalazł albo… – Dallas urwał, po czym westchnął przeciągle. – Przepraszam.
Uniosła brwi. Tym razem przeniosła na niego wzrok, co najpewniej zaskoczona. Spodziewała się wielu reakcji, ale nie czegoś takiego.
– Za co?
To nie miało sensu, przynajmniej w tamtej chwili. Może i wcześniej miał za co przepraszać, ale sądziła, że wszystko, co trzeba, zostało już powiedziane. Nie chciała zastanawiać się nad przeszłością i tym, czy popełniała błąd, pozwalając chłopakowi się do siebie zbliżyć. Nie chciała wahać się nad kwestią zaufania kogoś, kto mógł zdenerwować się na tyle, by przypadkiem wypchnąć ją przez okno. Przeciwnie, bo wciąż z uporem odsuwała od siebie wspomnienie momentu, w którym dostrzegła w Dallasie cień – coś niebezpiecznego, co z równym powodzeniem mogło ją skrzywdzić. A przy tym na tyle prawdziwe, bo – prawie na pewno – zauważył to również obecny wówczas w pobliżu Marco.
Przełknęła z trudem, próbując pozbyć się guli z gardła. Cokolwiek to było, chciała, żeby odeszło w zapomnienie. Na razie trwali w impasie, ale to było dobre, bo…
– Przepraszam, że teraz jestem taki bezużyteczny – oznajmił Dallas. Do jego głosu jak na zawołanie wkradła się gorycz, która skutecznie wytrąciła Joce z równowagi. Zmierzyła ducha wzrokiem, coraz bardziej zdezorientowana. – Tak jest od jakiegoś czasu, nie? Czegokolwiek bym nie zrobi…
– Dallas… – zaczęła, ale najzwyczajniej w świecie ją zignorował.
– Prawie cię zabiłem. I to więcej niż raz, chociaż wiesz, że za drugim razem… Och, do cholery! – jęknął, energicznie potrząsając głową. – Wcześniej mogłem dać ci przynajmniej krwi. Albo zrobić coś innego. Teraz nie mogę nawet przejrzeć pierdolonych dokumentów, bo co najwyżej przenikam przez ściany.
Drgnęła w odpowiedzi na te słowa. Przekleństwo nie wydało jej się dziwne, zwłaszcza w sytuacji, w której Dallas wydawał się aż do tego stopnia wzburzony. Co prawda przez większość czasu się przy niej pilnował, ale doskonale wiedziała, że nie był święty. W gruncie rzeczy byłaby naiwna, gdyby kiedykolwiek zaczęła postrzegać go w ten sposób, niezależnie od intencji, którymi się kierował. Tak czy siak, coś w połączeniu ducha i skrajnych emocji mimo wszystko wzbudziło w niej wątpliwości. To, co i dlaczego mówił, pozostawało sprawą drugorzędną.
– Dallas…
Tym razem sama zamilkła. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, w milczeniu przypatrując ziemi pod stopami. Zadrżała, bynajmniej nie z zimna, ale przez mieszankę uczuć, których nawet nie potrafiła określić. Wciąż się gubiła, czując przy tym w równie bezradny sposób, co i jej towarzysz. Chciała nad sobą zapanować, ale kiedy przyszło co do czego, przekonała się, że nie będzie do tego zdolna. Nie pierwszy raz mogła co najwyżej milczeć i załamywać ręce, choć zdecydowanie nie była z tego dumna.
Wiedziała, że powinna coś powiedzieć. To przynajmniej wydawało się właściwe, tym bardziej że Dallas wyglądał na kogoś, kto potrzebował pocieszenia. Gdyby tylko mogła, wpadłaby mu w ramiona, a potem tuliła tak długo, aż oboje poczuliby się lepiej. Kto wie, może nawet zignorowaliby wszystko wokół i – całkowicie obojętni na to, że tkwili tuż obok przedsionka miejsca, gdzie nie tak dawno temu mogło dojść do tragedii – po prostu zaczęli się całować, zachowując jak dwójka zakochanych dzieciaków. Joce aż za dobrze pamiętała tamten wieczór w ośrodku, kiedy płakała z bólu, a Dallas tulił ją do siebie, karmił krwią i robił wszystko, byleby tylko poczuła się lepiej.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że teraz łącząca ich relacja sprowadzała się do przeszłości. Do wspomnień, z którymi nie potrafiła się rozstać, a którymi nadal żył Dallas. Wzajemny dotyk, ta bliskość i pocałunki…
Potrząsnęła głową. Czuła, że Dallas wciąż ją obserwował, kiedy bez słowa ruszyła się z miejsca. Cisza doprowadzała ją do szału, ale i tak wydała jej się lepsza od fałszywym zapewnień, którymi jak nic nie poprawiłaby mu nastroju.
– Wejdźmy tam w końcu.
Nie zaprotestował, ale to niczego nie zmieniło. Aż nazbyt zdawała sobie sprawę z tego, że wciąż się obwiniał – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Ostatecznie zmusiła się, by o tym nie myśleć, co okazało się dość proste, gdy w końcu zdecydowała się przesunąć bliżej zejścia do siedziby łowców.
Drzwi otworzyły się, zanim zdążyła zadecydować, co nimi zrobić. Kątem oka popatrzyła na Dallasa, próbując się nie krzywić w odpowiedzi na nieprzyjemny zgrzyt, który wydał z siebie mechanizm. To musiała być zasługa chłopaka, zwłaszcza że sama nawet nie zdążyła skumulować mocy.
– Prąd działa? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
Dallas potrząsnął głową.
– Nie do końca – przyznał z wahaniem. – Drzwi wciąż da się otworzyć, ale tam na dole… Pomogę na tyle, ile będę w stanie, ale bez zasilania mój dar na nic się nie przyda.
Westchnęła, co najmniej rozczarowana. Próbowała tego nie okazywać, nie chcąc bardziej zdołować swojego towarzysza, ale prawda była taka, że jego słowa nie brzmiały pocieszająco. Skoro nie było energii, musiała zdać się przede wszystkim na telepatię – ograniczoną przez sposób, w jaki skonstruowano to miejsce. Zdecydowanie nie czuła się dzięki temu lepiej, aż za dobrze pamiętając uczucie pogrzebania żywcem, towarzyszące jej w miejscu, poza które nie była w stanie przebić się mentalnie. Gdyby wpadła w kłopoty, nie miałaby co liczyć na pomoc, ale…
To nie ma znaczenia.
To kłamstwo zdecydowanie nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Wręcz przeciwnie – nagle konieczność zejścia do podziemia wydała jej się jeszcze bardziej przerażająca niż do tej pory. Nie wycofała się, chociaż była pewna, że nogi jednak odmówią jej posłuszeństwa. Poruszała się trochę jak w transie, przesadnie skupiona na kolejnych ruchach. Wykonywała je metodycznie, nad wyraz starannie, próbując zająć czymś umysł. Co więcej, znów wielkie znaczenie zaczęło mieć dla niej to, że Dallas mógłby być obok. Jego bliskość pomagała, na dłuższą metę pozwalając Joce się rozluźnić. Znów zdawała się na niego, aż nazbyt świadoma, że nie miała pojęcia, dokąd powinni się udać.
– Od czego zaczynamy? – zapytała, ale zanim chłopak zdążył jej odpowiedzieć, wejście z hukiem zamknęło się za jej plecami.
Drgnęła, nie pierwszy raz w ostatnim czasie gotowa przysiąc, że niewiele brakowało, by serce wyrwało jej się z piersi. Dyskretnie obejrzała się przez ramię, wciąż zaniepokojona. Nie miała pewności czy to tylko nerwy, czy może wpływ tego dziwnego miejsca, ale była gotowa przysiąc, że momentalnie zostały przytłumione. Uczucie bycia pogrzebaną wróciło, równie intensywne, co i przenikliwy chłód, który nagle wypełnił całe jej ciało. Wrażenie było takie, jakby ktoś wstrzyknął jej do krwiobiegu lodowatą wodę. Znów zadrżała, z trudem przymuszając się do zachowania spokoju, zwłaszcza gdy podchwyciła przepraszające spojrzenie Dallasa. Możliwe, że tak było lepiej, bo wolała nie zastanawiać się, co by się stało, gdyby ktoś zauważył otwarte wejście i zdecydował się podążyć za nią.
– Sam nie wiem… Prąd nawala – przypominał niechętnie chłopak – więc raczej nie mamy co liczyć na jakąś bazę danych… Chyba że nic innego nie znajdziemy. Wtedy moglibyśmy spróbować włączyć jakiś generator, a później…
– Nie mam pojęcia, o czym ty do mnie mówisz – westchnęła, przeczesując włosy palcami.
Dallas zaśmiał się w nieco nerwowy sposób.
– Wybacz. Lubię komputery – wyjaśnił, szczerząc się w uśmiechu. – Postarałbym się mówić prostszym językiem, gdybyśmy jednak musieli złamać jakieś hasło…
– Słodka bogini, czuję się, jakbym jednak zabrała ze sobą Rufusa – oznajmiła, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście.
Cóż, na dłuższą metę była to prawda. Nie miała głowy do komputerów i nowinek technologicznych, ale Dallas wydawał się czuć w temacie wręcz zadziwiająco dobrze. Przynajmniej tyle zauważyła jeszcze w ośrodku, kiedy z taką swobodą oznajmił jej, że znał hasło do prywatnej sieci pracowników. Nie miała pojęcia jak to robił, zresztą podejrzewała, że częściowo wiązało się to z jego zdolnościami, ale to wydawało się najmniej istotne. Liczyło się, że jego wiedza mogła okazać się przydatna.
No i mimo wszystko nie utożsamiała go z Rufusem, nawet wtedy, gdy wydawał się mówić w innym języku. Jak znała wujka, nie miałby cierpliwości, by cokolwiek jej tłumaczyć, nawet jeśli okazałaby się jedyną osobą, zdolną do podjęcia działania. Co więcej, od Claire wiedziała, że wampir bywał aż nadto staroświecki… Albo to była jego wymówka, by nie przyznać się, że wszystkie nowinki techniczne, których sam nie stworzył, w jakimkolwiek stopniu go przerastały.
Mimowolnie rozluźniła się, słysząc śmiech Dallasa. Przez krótką chwilę wszystko wróciło na swoje miejsce, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe – i to akurat w takich warunkach. Już nie postrzegała go jako niebezpiecznego ducha, który pod wpływem impulsu mógłby zrobić coś naprawdę głupiego. Przez chwilę miała przed sobą po prostu Dallasa – takiego, jakim go poznała, nieco irytującego i w dobrym nastroju.
– Dobra. Rozglądałem się trochę i… powiedzmy, że do większości pokoi nie ma po co wchodzić – odezwał się ponownie. Chociaż wciąż brzmiał na kogoś, kto jednak wątpił, czy przebywanie w siedzibie łowców było dobrym pomysłem, w tamtej chwili wątpliwości wydawały się zejść gdzieś na dalszy plan. W zamian do jego głosu wkradło się podekscytowanie. W taki sposób mogłoby zachowywać się nastawione na przygodę dziecko, ale i to wydało się Joce właściwe. Równie pogodnie podchodził do robienia czegoś, czego nie powinien, kiedy jeszcze byli w ośrodku. – No i widziałem ten cały kryształ, ale… nie tam chcesz wchodzić, prawda?
Uśmiech zniknął z jej twarzy równie nagle, co wcześniej się pojawił. Zesztywniała, z wrażenia omal nie potykając się o własne nogi.
– Ale nie zbliżałeś się do niego, prawda? – jęknęła, mimowolnie się krzywiąc, kiedy jej głos zabrzmiał w zdecydowanie zbyt piskliwy, przerażony sposób.
Chłopak pośpiesznie potrząsnął głową.
– Jasne, że nie. Ma w sobie coś takiego… – Urwał, po czym rzucił jej zaniepokojone spojrzenie. – Hej, Joce, zacznij oddychać… Kryształy źle na ciebie działają, nie?
Machinalnie uniosła dłoń do szyi, co najmniej jakby się dusiła. Pamiętała ciepło tego, który na szyję nałożył jej Ron – zaledwie odłamka, ale to i tak wystarczyło, by poczuła się tak, jakby mogła postradać zmysły. I szepty. Nigdy wcześniej nie słyszała tak wielu niepokojących głosów, w efekcie balansując gdzieś na granicy światów. Wiedziała, że to robi – w końcu na tym polegał jej dar – ale nigdy wcześniej wrażenie nie było aż tak intensywne. W tamtej chwili niemalże była w stanie zobaczyć dzieląca ją od świata umarłych zasłonę, podczas gdy ta była tak cienka, jakby w każdej chwili mogła zostać przerwana. Jocelyne nie chciała wiedzieć, co stałoby się, gdyby jednak do tego doszło.
– Źle się tutaj czuła – wymamrotała, próbując zabrzmieć jak najspokojniej. Czuła, że jej to nie wyszło.
– Więc się pośpieszmy. Czego w końcu szukamy – komputerów czy kartoteki?
Potrzebowała dłuższej chwili, by uporządkować w głowie to, co do niej mówił. Nagle znów była niepewna i pełna wątpliwości, dokładnie jak wtedy, gdy podążała korytarzami u boku Claire, podczas gdy towarzyszyło im dwóch uzbrojonych strażników. Zabawne, ale wciąż bardziej przejmowała się zapętlonym we własnej śmierci łowcą niż tym, który w pewnym momencie wycelował w nią z broni tylko dlatego, że się przewróciła.
– Kartotekę – poprosiła spiętym tonem.
Nie uśmiechała jej się zabawa komputerami. Nie chodziło tylko o to, że wtedy miałaby szansę zbłaźnić się przed Dallasem, choć i to na swój sposób wydawało jej się wręcz niepokojąco prawdopodobne. Prawda była taka, że pamięcią wciąż była w ośrodku, próbując wierzyć w to, że istniała właśnie taka, bardziej fizyczna wersja – jak teczki, które znaleźli w gabinecie Rona. Nie miała pewności, czy forma, w jakiej przeszukiwałaby dokumenty, cokolwiek zmieniała, ale…
Przez dobrą godzinę milczeli, po prostu przechodząc z miejsca do miejsca. Wciąż towarzyszył jej nieprzyjemny chłód, równie intensywny, co i poczucie bycia obserwowaną, choć Dallas twierdził, że akurat system kamer został wyłączony. Coś jednak musiało w tym być, zwłaszcza że również rozsuwane, kontrolowane panelami drzwi nie działały. Jakby tego było mało, większość była otwarta, choć zdecydowanie nie wyglądało to na robotę kogoś, kto miał dostęp do systemu. Tak po prawdzie drzwi zostały otwarte siłą i w to zdecydowanie mało subtelny sposób. W pierwszej chwili ją to przeraziło, ale później zaczęła przekonywać samą siebie, że to robota Rufusa i Layli. Jak by nie patrzeć, ta dwójka zawędrowała do tego miejsca przed nią.
A przynajmniej w to cały czas chciała wierzyć.
Dallasowi pozostawiała sprawdzanie kolejnych pokoi. Czasami wracał po zaledwie krótkiej chwili i po prostu stwierdzał, że powinni iść dalej, ale wolała nie zastanawiać się, czy w pomieszczeniu, do którego zajrzał, faktycznie niczego nie było, czy może widział tam coś, czego wolał jej zaoszczędzić. Nie miała pojęcia, ale wolała o to nie pytać. Chciała jak najszybciej się stąd wydostać, ale do tego w pierwszej kolejności musieli znaleźć to, po co przyszli. Skoro tak, tym bardziej nie zamierzała przedłużać zbędnymi pytaniami. Podejrzewała, że wciąż istniało dość rzeczy, o których zdecydowanie wolała nie wiedzieć.
– To jest dziwne… – Głos Dallasa zabrzmiał dziwnie w panującej dookoła ciszy. Chłopak z westchnieniem wyłonił się z kolejnego pokoju, do którego zajrzał. – Nic z tego, swoją drogą, ale… – Obejrzał się na zamknięte drzwi. – Wiesz, w części z nich są różne dziwne rzeczy. Jak broń czy coś…
– Broń – powtórzyła tępo.
Może i nie powinno jej to dziwić. Słyszała dość, by wiedzieć, że ci ludzie byli bardziej zdesperowani i niebezpieczni, aniżeli raczyli przyznać. Mogła przewidzieć, że obręcze do rażenia prądem, wciąż były zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.
– Ehm… Na moje powinniście jak najszybciej zrównać to miejsce z ziemią – oznajmił spiętym tonem Dallas. – Dziwne, że wciąż stoi, nawet jeśli tyle osób zginęło. To jak otwarty arsenał. A zgaduję, że mieli coś nie tylko na wampiry – dodał, rzucając jej znaczące spojrzenie.
Nie musiał dodawać niczego więcej. Projekt Beta czy nawet leki, które zablokowały jej zdolności, mówiły same za siebie. Eksperymentowanie na ludziach i wykorzystywanie wyjątkowych zdolności tym bardziej. Łowcy zabrnęli o wiele dalej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, a to zdecydowanie nie wróżyło nic dobrego.
– Nie wiem czy to takie proste – przyznała cicho. – Póki mama…
– Wiem, że przejmujesz się mamą. No i sami mamy tu coś do sprawdzenia, ale i tak… Za dużo się wystarczyło, Joce – przypomniał spiętym tonem. – Może się nie znam, ale w tej chwili mamy niestrzeżoną bazę łowców, z całym arsenałem broni i badań nad nadnaturalnymi zdolnościami. I nikt się tym nie interesuje. Nikt – powtórzył z naciskiem. – Czy tylko dla mnie to trochę… dziwne?
Właściwie nie oczekiwał odpowiedzi, bo ta była tylko jedna. Może i była niedoświadczona, poza tym na własne życzenie izolowała się od tego, co się działo, ale to nie znaczyło, że nie rozumiała podstaw. Od samego początku coś było nie tak. Problem polegał na tym, że nadal nie mieli pewności, co to oznaczało.
– Pomówię z resztą – obiecała nie tyle Dallasowi, co przede wszystkim samej sobie. – Może Liz będzie mogła się czegoś dowiedzieć.
– Dziewczyna twojego brata… I jedna z nich – mruknął bez przekonania. – Rób, co uważasz za słuszne. Ja się po prostu martwię, zwłaszcza że ty…
– Rozumiem aż za dobrze.
Skinął głową.
– Skoro o tym mowa, to właśnie coś przyszło mi do głowy – oznajmił, a jego oczy niepokojąco zabłysły. – Nie wiem tylko, czy ci się spodoba.
Rzuciła mu pytające spojrzenie. Wciąż musiała wkładać mnóstwo energii w to, by zachowywać się w jak najbardziej naturalny sposób.
– Jestem tutaj – zauważyła przytomnie. – Gorzej nie będzie.
Coś w wyrazie twarzy Dallasa dało jej zrozumienia, że to wcale nie było takie oczywiste. Serce zabiło jej szybciej, ale nawet wtedy wciąż robiła wszystko, byleby nie dać po sobie poznać tego, jak bardzo czuła się przerażona.
– I tak nie mam lepszych pomysłów.
Właściwie sama nie była pewna, czego się spodziewać. To, że w odpowiedzi Dallas rzucił jej kolejne wymowne spojrzenie, nie od razu decydując się odezwać, jedynie pogorszyło sytuację.
– Pomyślałem o miejscu, do którego cię zabrali, kiedy… No, sama wiesz – oznajmił, a Jocelyne wyprostowała się niczym struna. Och, tak, wiedziała. – Wyglądało jak skrzydło szpitalne. Te korytarze wyglądają na uporządkowane, a gdybym miał szukać czegoś o… hm, obiektach – podjął, ostrożnie dobierając słowa – to chyba zacząłbym tam.
Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Jedynie sztywno skinęła głową, jednocześnie w pośpiechu ruszając przed siebie, by nie był w stanie dostrzec przerażenia w jej spojrzeniu. Absolutnie nie była gotowa na powrót do akurat tamtej części budynku, ale robiła wszystko, byleby o tym nie myśleć. Znów skupiała się na celu, raz po raz powtarzając sobie, że w opustoszałym budynku nic złego nie mogło ich spotkać.
Nic a nic… Prawda?
Dallas nie zaprotestował, co uprzytomniło jej, że nieświadomie musiała zmierzać w odpowiednim kierunku. Nie zaprotestowała, kiedy chłopak ją wyprzedził, przez resztę drogi w milczeniu prowadząc ją kolejnymi korytarzami. Miała wrażenie, że jej kroki były zdecydowanie zbyt głośne, zwłaszcza że duch poruszał się w całkowicie bezszelestny sposób. Czuła, że powinno ją to uspokoić, bo wszystko wskazywało na to, że faktycznie byli sami, ale to nawet w połowie nie umniejszało towarzyszącego jej napięcia.
Dziewczyna, której imię usiłowała ustalić, zginęła w tym miejscu. Joce aż za dobrze pamiętała głosy, które słyszała, gdy znalazła się w siedzibie po raz pierwszy. Chwilowo w jej głowie panowała cisza, ale dziewczyna obawiała się, że to wyłącznie kwestia czasu. Co prawda duchy mogłyby pomóc, lepiej od niej orientując się, co działo się wokół nich, ale mimo wszystko…
Naprawdę nie chciała się bać. Sęk w tym, że niemalże na każdym kroku czuła, że jednak było coś, czego powinna, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie potrafiła wskazać konkretnej przyczyny. Jej własny dar ją przerażał, a to wszystko dodatkowo komplikowało.
„Wybranka śmierci nie powinna bać się jej przymiotów” – przypomniała słowa Within – jedyne, które potrafiła przywołać z dnia, w którym przywróciła do życia Beatrycze.
Obawiała się, że to jedynie dowodziło, że ani trochę nie nadawała się na nekromantkę. Z tym, że przecież tak naprawdę nigdy nie miała wyboru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa