
Jocelyne
Szła przed siebie, próbując
powstrzymać się od biegu. Chciała wmieszać się w tłum, a nadmierne
zwracanie uwagi zdecydowanie by jej w tym nie pomogło. Gdyby już na wstępie
potknęła się o własne nogi i wylądowała na ziemi, tym bardziej nie osiągnęłaby
niczego.
Mimowolnie
obejrzała się przez ramię. Podświadomie wyczekiwała chwili, w której ktoś
jednak spróbowałby ją zatrzymać. Niemalże spodziewała się, że w każdej
chwili tuż za nią mogłaby zmaterializować się Bella albo Alice. Serce tłukło
jej się w piersi, wciąż zdradzając podenerwowanie na tyle wielkie, by zamaskowanie
go okazało się niemożliwe. W efekcie Joce była gotowa przysiąc, że nie
tylko wyglądała jak jeden wielki kłębek nerwów, ale też że tak czy inaczej
przyciągała wzrok przechodniów. Co prawda na twarzach mijających ją osób i tak
widziała przede wszystkim obojętność, ale mimo wszystko…
– Joce!
Z trudem
stłumiła krzyk. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania,
kiedy tuż przed nią dosłownie zmaterializował się jakaś postać. Natychmiast się
zatrzymała, jedynie cudem nie tracąc równowagi, gdy zbyt mocno zaparła się
nogami o ziemię. Ktoś potrącił ją, gdy spróbował w pośpiechu przejść
obok; tym razem wyraźnie poczuła na sobie skonsternowane, wymowne spojrzenie i poczuła
się niemalże jak wtedy, gdy grupka przypadkowych dzieciaków zaczęła się z niej
wyśmiewać, gdy rozmawiała z duchem Carol – siostry jednego z uczestników
Projektu Beta.
– Dallas… –
wyrwało jej się. W gruncie rzeczy wszystko sprowadzało się do nic nieznaczącego
ruchu wargami.
Nie miała
pewności, czy poczuła ulgę, czy może frustrację, gdy dotarło do niej, że
właśnie on przed nią stoi. Chłopak zesztywniał, po czym wyrzucił obie ręce ku
górze w poddańczym geście. Rzucił jej przepraszające spojrzenie,
jednocześnie otwierając usta, by – czego była absolutnie pewna – zacząć się
tłumaczyć, zresztą jak i za każdym razem, gdy zdarzało mu się niemalże
przyprawić ją o zawał. Zignorowała go, w zamian pośpiesznie ruszając
się z miejsca, zwłaszcza gdy dotarło do niej, że niektóre osoby zaczęły
dziwnie się na nią patrzeć. Oczywiście, że tak. W końcu bez większego
powodu zatrzymała się na środku chodnika, bezmyślnie wpatrując w jeden
punkt.
– Joce?
Hej, Joce! – obruszył się Dallas. Zadrżała niekontrolowanie, kiedy – nie mając
innego wyboru – po prostu przez niego przeszła. – Wybacz. Jesteś teraz na mnie
obrażona czy…?
Nieznacznie
potrząsnęła głową – jak najdyskretniej, mając nadzieję, że to zauważy. Wciąż
było jej zimno, nie tylko przez panujący na zewnątrz mróz. Przenikanie przez
duchy nigdy nie było dobrym pomysłem, choć poza nieprzyjemnym zimnem, nie
doświadczyła niczego więcej. Przyśpieszyła, ciasno obejmując się ramionami i z uporem
idąc przed siebie.
Sprawdziła
adres hotelu, w którym brat Liz wymordował znamienitą większość łowców.
Jak przez mgłę pamiętała inne wejście, którym wyprowadziła ją mama, ale
liczyła, że będzie w stanie je odszukać. Nie uśmiechało jej się wchodzić
do budynku, który właściwie zamknięto pod jakimś przyziemnym, mało
przekonującym powodem. Wyciek gazu? Nie pamiętała, nie zmieniało to jednak
faktu, że miałaby dość małe szanse na dostanie się do środka. Co więcej, przecież
tak naprawdę nie interesował jej hotel, ale podziemia. Przynajmniej liczyła na
to, że właśnie ta miała szansę znaleźć jakiekolwiek dokumenty, a tym
również spis osób, które wykorzystano do eksperymentów. Nawet jeśli nie
wiedziała, czy rozpozna nawiedzającą ją dziewczynę, wierzyła, że dobrym tropem
byłoby znalezienie dokumentów Ryana albo Cassandry. Swoją drogą, je też mogła
zabrać ze sobą, po cichu licząc na to, że okażą się praktyczne. Nie miała
pewności w jakim sensie, ale może miały przydać się Rufusowi.
Skrzywiła
się mimowolnie. To wciąż brzmiało co najmniej źle – wracanie do miejsca, w którym
niemalże umarła. Wciąż niewiele pamiętała z pobytu w podziemiach –
jedynie ból głowy, niespójne szepty i czyste przerażenie, które towarzyszyło
jej od chwili, w której Layla straciła nad sobą kontrolę. W tamtym
miejscu wszystko było nie tak – począwszy od tego, że nie była w stanie wykorzystać
telepatycznych zdolności. Może wszystko sprowadzało się do strachu i oszołomienia,
które zniekształciły sposób, w jaki odbierała ostatnie wydarzenia, ale to
nie było ważne. Za równie nieistotne pragnęła uznać to, że w podziemiach
bardzo łatwo mogła natrafić na duchy. Przecież wyczuwała je już wcześniej, aż
za dobrze pamiętając swój krzyk i to, ile czasu Layla musiała poświęcić,
by ją uspokoić.
Tak
naprawdę wcale nie chciała tego robić. Nie miało znaczenia, czy w siedzibie
wciąż czaiło się coś niebezpiecznego, czy może została opustoszała. Czuła się,
jakby właśnie planowała popełnić samobójstwo, ale…
– Okej, w porządku.
– Głos Dallasa doszedł do niej jakby z oddali. – Nie chcesz zwracać na
siebie uwagi.
Tym razem skinęła
głową. Z uporem usiłowała skupić się na jego głosie, zwłaszcza że miał w sobie
coś kojącego. Równie istotne okazało się to, że chłopak nie próbował na nią
naskakiwać, a tym bardziej nie dał jej do zrozumienia, że upadła na głowę.
Co prawda Jocelyne podejrzewała, że dokładnie to sobie myślał, ale to nie
przeszkadzało mu w towarzyszeniu jej, kiedy w pośpiechu pokonywała
kolejne uliczki. Wiedziała, dokąd iść, w gruncie rzeczy zdając się na
instynkt i w duchu modląc o to, by nie zbłądzić. Korciło ją też,
by w pierwszej kolejności spróbować odszukać sklepik ezoteryczny, o którym
czytała w internecie, ale doszła do wniosku, że to mogło zaczekać.
Oczywiście pod warunkiem, że ktokolwiek miał ją jeszcze wypuścić z domu po
tym, co planowała zrobić.
A ty przejmowałaś się, że mama mogłaby pójść
szukać taty…
Westchnęła w duchu.
W porządku, pod wieloma względami Renesmee była w o wiele
lepszej sytuacji od niej. Przynajmniej w teorii nikt nie był w stanie
jej skrzywdzić, a to o czymś świadczyło. Również szukanie Gabriela
brzmiało jak bezpieczniejsza opcja od zabawy z duchami czy igranie z ludźmi,
którzy już zdążyli udowodnić, jak bardzo byli niebezpieczni. Tak naprawdę nie
miała pewności, co teraz planowała organizacja. Z jednej strony była Liz,
która tak po prostu odwróciła się od rodziny, podobno w dość dobitny
sposób dając wszystkim do zrozumienia, co sądziła o ich działaniach – a zwłaszcza
tym, że mogliby skrzywdzić bliskie jej osoby. Sęk w tym, że to wcale nie
musiało gwarantować im nietykalności. Trudno było stwierdzić, dokąd to wszystko
zmierzało, skoro od wyjścia z hotelu, nie mieli więcej styczności z łowcami.
Inna
sprawa, że od początku dawali jej do zrozumienia, że mogłaby być wartościowa.
Nie lubiła wracać pamięcią do tego, co wydarzyło się podczas Projektu Beta, ale przecież aż za dobrze
pamiętała. Chaos, demony i szepty… A także słowa Rona, który
twierdził, że miała w sobie dość mocy, by przewyższyć wszystkich wokół.
Joce aż za dobrze pamiętała, w jaki sposób poczuła się, kiedy w grę
na dodatek wszedł kryształ. Wtedy nie tylko słyszała o wiele więcej, ale
czuła się jak bomba z włączonym zapłonem, zdolna zrównać z ziemią wszystko
wokół. Wolała nie myśleć o tym, co wydarzyłoby się, gdyby nie uwolniła
Within. Nie chciała brać tego pod uwagę, ale obawiała się, że wtedy mogłaby
okazać się bardziej niebezpieczna od całej zgrai demonów.
Nie
docierało to do niej. W gruncie rzeczy wcale nie chciała brać tego pod
uwagę, nie wspominając o tym, że tak naprawdę nie wierzyła ani w te
zapewnienia o wyjątkowości, ani nawet słowa mamy o tym, że była
dzielna. Nie, zdecydowanie nic z tych rzeczy. Gdyby tak było, nie
zachowywałaby się jak nieporadne dziecko za każdym razem, gdy doświadczała
czegoś nadnaturalnego.
Ale idziesz tam, odezwał się cichy
głosik w jej głowie. Przerażona czy
nie, jednak to robisz…
Nie sądziła,
by to miało jakiekolwiek znaczenie.
Dallas w którymś
momencie zamilkł, chociaż wciąż za nią podążał. Wyraźnie czuła jego obecność i to
ją uspokajało, niejako sprawiając, że wciąż była w stanie iść przed
siebie. Kilka razy przystanęła, by sprawdzić, czy nie zboczyła z kursu i odtworzyć
w pamięci mapę, którą przed wyjściem z domu zdążyła jeszcze
sprawdzić.
Miała
wrażenie, że była bardzo blisko celu, kiedy rozdzwonił się jej telefon. Wyjęła
komórkę, bynajmniej niezaskoczona tym, że na wyświetlaczu zauważyła imię Belli.
W duchu modląc się o to, by wystarczająco dobrze maskowała swój
zapach, odrzuciła połączenie. Telefon prawie natychmiast rozdzwonił się
ponownie, więc po prostu go wyłączyła, próbując przy tym zignorować narastający
z każdą kolejną sekundą niepokój. Zabrnęła zbyt daleko, by pozwolić sobie
na wątpliwości, a tym bardziej się wycofać.
– Gdybym
już nie był martwy, chyba bym się bał… W sensie twojej rodziny – usłyszała
nieco spięty głos Dallasa. Drgnęła, wyczuwając, że znajdował się tuż za jej
plecami, zaglądając jej przez ramię. – Tak swoją drogą, ten twój wujek serio
kiedyś wspominał o egzorcyzmach?
Zdołała uśmiechnąć
się pod nosem. Doszła do wniosku, że oboje znajdowali się w wystarczająco
pustym, skrytym przed ludzkim wzrokiem miejscu, by jednak zdecydowała się mu
odpowiedzieć.
– On mało
kiedy żartuje – przyznała, siląc się na poważny ton. – Swoją drogą, bardzo
chętnie zobaczyłabym, jak Rufus próbuje odprawiać jakiekolwiek egzorcyzmy. To
trochę zbyt abstrakcyjne jak na niego.
– Toś mnie
pocieszyła…
Wywróciła
oczami. Zdecydowanie nie miała takiego zamiaru, zwłaszcza po tym jak znów ją
wystarczył. Miała dość powodów, by się złościć, ale ostatecznie odsunęła je na
bok, bardziej skupiona na tym, że mógłby jej towarzyszyć. Chciała skupić się na
jego bliskości, w gruncie rzeczy uważając go za jedyne źródło poczucia bezpieczeństwa,
jakie miała.
– Nie
jestem pewna, czy dobrze idę – przyznała z wahaniem. – Gdzieś tam powinien
być hotel, ale tędy nie wejdę. To inne wejście… – Uciekła wzrokiem gdzieś w bok,
nagle zaniepokojona. – Niewiele zapamiętałam.
Trudno, by
było inaczej, skoro praktycznie płakała wtedy z bólu, ledwo będąc w stanie
zachować przytomność. Gdyby było inaczej, zdecydowanie nie zaniepokoiłaby
dziadka na tyle, by zabrał ją do szpitala. Na dłuższą metę może i tak było
lepiej, zwłaszcza że wydarzyło się dość, by chciała o tym jak najszybciej
zapomnieć, ale w obecnej sytuacji…
– Serio
chcesz to zrobić – westchnął Dallas. Nie tyle pytał, co po prostu stwierdzał fakty.
Co więcej, wcale nie oczekiwał odpowiedzi. – Okej, chodź. Przecież tam byłem.
Coś w jego
słowach sprawiło, że kolejny raz poczuła ulgę. Oczywiście, że jej nie zostawił.
Nie mogła go zobaczyć, ale dobrze wiedziała, kto pomógł jej się pozbyć tej
dziwnej, rażącej prądem obroży, którą miała na szyi. Co więcej, przecież nigdy
nie uwierzyłaby, że zostawiłby ją w sytuacji, gdy ledwo żyła. Skoro
zaprowadził do niej mamę, wciąż musiał być obok. To, że nie była w stanie
go dostrzec, samo w sobie dowodziło, że łowcy kolejny raz podali jej coś, czego
nigdy więcej nie chciała testować.
Nic
dziwnego, że Carol najpewniej umarła przez te leki. Jocelyne pamiętała zaskoczenie
tamtego mężczyzny, Simona, kiedy wspomniała mu o tych środka. Nie powinni
mieć dostępu do niczego niebezpiecznego, dobre sobie! Jeśli zablokowanie
zdolności widzenia umarłych wiązało się z przyprawiającym o mdłości, przeszywającym
bólem, zdecydowanie nie była na to gotowa. Mogła zrozumieć desperację kogoś,
kto nade wszystko pragnął normalności, ale cena wciąż ją przerastała. Biorąc
pod uwagę to, że Carol umarła, tym bardziej zaczynała dochodzić do wniosku, że
zdołała przetrwać Projekt Beta tylko
dlatego, że wciąż pozostawała nieśmiertelną.
Co nie
zmieniało faktu, że perspektywa odcięcia się od tego innego, przerażającego świata,
wciąż była kusząca. Nie potrafiła ot tak zrezygnować z widywania z Dallasa
czy Rosy, ale gdyby znalazł się bezpieczny sposób na ucieczkę przed tymi
najbardziej niebezpiecznymi bytami…
– Joce?
Wzdrygnęła
się. Uprzytomniła sobie, że znów tkwiła w miejscu, bezmyślnie spoglądając
przed siebie. Natychmiast wzięła się w garść i spojrzała na wyraźnie
zmartwionego Dallasa, próbując uspokoić go nieco wymuszonym uśmiechem.
– Wszystko
ze mną okej – zapewniła, choć w gruncie rzeczy sama w to nie
wierzyła. – Pokażesz mi to wejście? Wolałabym nie tracić czasu na błądzenie.
– Ty serio
chcesz to zrobi…
Nie miała
pewności czy brzmiał na bardziej zaskoczonego, czy zrezygnowanego. Chwilę
obserwował ją z powątpiewaniem, a po jego spojrzeniu poznała, że się
martwił – i to najdelikatniej rzecz ujmując. W efekcie była wręcz
gotowa przysiąc, że jednak zmieni zdanie i zostawi ją samą sobie, bo
zdecydowanie nie zamierzała ustąpić na tyle, by posłusznie wrócić do domu. Nie
chciała zastanawiać się nad tym, co wtedy musiałaby zrobić, ale gdyby do tego
doszło…
Odetchnęła,
kiedy Dallas ruszył się z miejsca.
– Chodź
tędy. Tylko trzymaj się za mną, okej? – rzucił spiętym tonem. – Wejdę pierwszy i trochę
się rozejrzę. Pójdziesz za mną dopiero wtedy, gdy ci pozwolę.
W normalnym
wypadku prychnęłaby, co najmniej zaskoczona zdecydowaną, wręcz charyzmatyczną
nutą, która wkradła się do jego głosu. Ostatecznie nie zrobiła tego, w zamian
posłusznie kiwając głową. Wiedziała przecież, że jego słowa brzmiały sensownie.
Jemu już i tak nic nie miało zaszkodzić, a sprawdzenie okolicy przed
wpakowaniem się w kłopoty faktycznie brzmiało jak sensowny plan.
Rozpoznała
uliczkę, w której ostatecznie oboje wylądowali. Serce zabiło jej szybciej,
nagle znów bliskie tego, by wyrwać się na zewnątrz. Instynktownie przystanęła,
niespokojnie wodząc wzrokiem dookoła i niemalże spodziewając się tego, że
piekło w każdej chwili rozpęta się na nowo. Oczami wyobraźni wciąż to
widziała – oszołomioną uderzeniem, wyraźnie wytrąconą z równowagi
Renesmee, gotową zrobić wszystko, byleby ochronić ją i siebie przed tamtym
uzbrojonym łowcą. Pamiętała strzały i powiew mocy, kiedy mama zdołała
odbić naboje tak, by trafiły wprost w przeciwnika. Już wtedy przez ból
głowy ledwo nadążała nad tym, co się działo, ale nadal pamiętała o wiele
więcej, niż mogłaby tego oczekiwać.
Dźwięk pękającej
obręczy na szyi, chłód zwiastujący bliskość Dallasa i osuwające się na
ziemię ciało…
Przełknęła z trudem.
Była gotowa przysiąc, że przez ułamek sekundy wyraźnie poczuła słodycz krwi
tamtego mężczyzny. Bliskość śmierci była wtedy tak oczywista, że Joce wcale nie
zdziwiłaby się, gdyby ta nagle po prostu się zmaterializowała – jakkolwiek
miałaby wyglądać jako konkretna osoba. Dziewczyna zamarła, wciąż niespokojnie
wodząc wzrokiem na prawo i lewo, coraz bardziej przerażona.
A potem naprawdę
zobaczyła jakąś postać, stojącą na końcu uliczki i dzierżąca w dłoniach
pistolet.
Z wrażenia
aż cofnęła się o krok. Potknęła się o własne nogi, ale nie upadła, w porę
robiąc kolejny krok w tył. Obraz na moment rozmazał jej się przed oczami,
kiedy zauważyła twarz przybysza. Rozpoznała ją, choć wspomnienia tamtego dnia
były odległe i zamazane. To był ten łowca! Ten sam, którego przecież
zabiła mama w samoobronie. Jocelyne była tego pewna, chociaż zarazem
wszystko w niej aż krzyczało, że to przecież niemożliwe. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, bliska tego, by zacząć krzyczeć, ale głos uwiązł
jej w gardle. Była co najwyżej z niedowierzaniem obserwować, jak
mężczyzna unosi broń i celuje wprost w nią.
Usłyszała
strzały…
A potem
jego jęk, kiedy naboje trafiły w niego, dokładnie tak jak tamtego dnia –
wtedy, gdy zabiła go mama.
Tkwiła w bezruchu,
biernie obserwując osuwające się na ziemię ciało. Zapach krwi przybrał na
intensywności, ale zamiast ją kusić, wzbudził w niej przede wszystkim
mdłości. Ja to zrobiłam?, pomyślała w oszołomieniu,
dochodząc do wniosku, że to dość prawdopodobne, choć nie przypominała sobie, by
kumulowała moc – choćby przypadkiem. Cokolwiek się działo…
Spodziewała
się wielu rzeczy, ale nie tego, co wydarzyło się później. Chociaż nie sądziła,
że to w ogóle możliwe, ciało nagle zniknęło, dosłownie rozpływając się w powietrzu.
Mężczyzna zniknął równie nagle, co się pojawił, zresztą tak jak i wciąż unoszący
się w powietrzu zapach krwi.
– C-co…? –
wyrwało jej się.
Cofnęła się
o kolejny krok, przy okazji odkrywając, że dosłownie chwiała się na
nogach. Niewiele brakowało, by jednak upadła, w gruncie rzeczy mając
ochotę osunąć się na ziemię. Oddychała szybko i płytko, z każda
kolejną sekundą mając coraz większy problem z tym, by załapać dech. Serce
naprzemiennie tłukło jej się w piersi, to znów niemalże przystając. Obraz
na moment rozmazał jej się przed oczami, by po chwili przybrać na ostrości.
Zanim
zdążyła zastanowić się nad tym, co właśnie zobaczyła, łowca pojawił się
ponownie. Wybiegł z końca uliczki, zatrzymując w tym samym miejscu i trzymając
broń. Tym razem nawet nie drgnęła, kiedy w nią wycelował, aż nazbyt dobrze
wiedząc, co wydarzy się za chwilę.
Strzał.
Krew. I śmierć.
Potrząsnęła
głową, coraz bardziej oszołomiona. Raz po raz widywała dokładnie tę samą scenę –
nie tyle oczami wyobraźni, co… Och, jak miała to opisać? To było echo? Sen na
jawie, zapętlony tak, że nie potrafiła go przerwać? Nie miała pewności, ale
była w stanie patrzeć tylko na to, co rozgrywało się na jej oczach. W którym
momencie strach ustąpił na rzecz całkowitego oszołomienia. Od tamtej chwili
była w stanie już tylko stać i patrzeć, raz po raz przeżywając
dokładnie tę samą scenę.
Gdyby miała
wskazać, co oznaczało piekło, nie zawahałaby się.
– Joce?
W końcu
oderwała wzrok od konającego po raz kolejny łowcy. W oszołomieniu spojrzała
na Dallasa, ale nie skomentowała jego obecności nawet słowem. Wręcz z ulgą
przyjęła to, że znów pojawił się przy niej, choć na moment rozpraszając jej
uwagę.
– Widziałeś
to? – zapytała cichym, wypranym z jakichkolwiek emocji głosem.
– Co
takiego?
Potrząsnęła
głową. Poruszając się trochę jak w transie, uniosła rękę i wskazała w miejsce,
z którego kolejny raz wyłonił się łowca – tylko po to, by po chwili
kolejny raz paść na ziemię przy akompaniamencie odbitych rykoszetem strzałów.
Zabawne, ale oglądając tę scenę kolejny raz z rzędu, była w stanie
podchodzić do niej w dość spokojny sposób.
Oczy Dallasa
rozszerzyły się nieznacznie, gdy pojął na co patrzyła. Z jednej strony
poczuła ulgę, gdy nabrała pewności, że scena nie była wyłącznie wytworem jej
wyobraźni, ale z drugiej…
Och, sama
już nie była pewna, czego oczekiwała.
– O Boże…
To jednak było złe miejsce na czekanie – westchnął cicho Dallas, rzucając jej
przepraszające spojrzenie.
Uniosła
brwi, zaskoczona jego reakcją. Nie wydawał się zdezorientowany, jakby to, co
widziała, było najzupełniej normalne. Co prawda skoro rozmawiała z duchem,
nie mogło być dziwniej, ale mimo wszystko…
– Dlaczego?
– zapytała wprost.
Obrzucił ją
dziwnym, przenikliwym spojrzeniem.
– Nie
widziałaś jeszcze czegoś takiego? – zapytał, nagle jeszcze bardziej
zaniepokojony. – Rosa mi o tym mówiła. Czasami… śmierć zostawia ślady –
wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa. – To jak echo, zapętlone w jednym
miejscu. Zdarza się, jeśli komuś gwałtownie odebrać życie.
– Echo…
– Duszy tutaj
nie ma. Ale wspomnienie było na tyle bolesne, że tak jakby… została blizna?
Wiesz, co mam na myśli?
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Znów spojrzała na umierającego łowce – zapętlonego i wciąż
przeżywającego swoje ostatnie sekundy. Wtedy uświadomiła sobie, że w rzeczywistości
wszystko powinno trwać dłużej – w końcu celował w Renesmee, rozmawiał
z nią i… groził – ale to najwyraźniej nie miało znaczenia. W fałszywej
scence zachowało się to, co najważniejsze.
– C-chyba
tak – przyznała, przełykając z trudem.
Jak wiele
było takich miejsc? Kiedy pomyślała o tym, że ulicami chodziło tyle
niczego nieświadomych ludzi, jak gdyby nigdy nic przechodzących przez poznaczone
tragedią miejsca…
– Nie patrz
na to. – Dallas przesunął się na tyle, by przysłonić jej osuwającego się na
ziemię mężczyznę. – Chodźmy stąd, okej? W okolicy nikogo nie ma, więc jest
względnie bezpiecznie.
Z trudem
przymusiła się do tego, by ruszyć się z miejsca. Bez protestów ruszyła za Dallasem,
nie oglądając się za siebie. W gruncie rzeczy nie musiała, bo oczami
wyobraźni wciąż widziała tylko jedno.
Zapętlonego
we własnej śmierci mężczyznę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz