28 grudnia 2018

Sto dziewięćdziesiąt trzy

Jocelyne
Przebywanie w kawiarni okazało się wręcz zadziwiająco proste. Kiedy pierwszy szok minął, atmosfera znacznie się rozluźniła, co wszyscy przyjęli z ulgą. Joce podejrzewała, że wiele ułatwiało również to, że zachowywała się w pełni naturalny, rozluźniony sposób. Bez pośpiechu popijała czekoladę, w gruncie rzeczy woląc ją bardziej od krwi. I to, i to było słodkie, jednak pierwsza opcja z pewnością mniej rzucała się w oczy. Ona sama miała zdecydowanie dość niepokojących doświadczeń, woląc skupiać się na tej bardziej ludzkiej stronie swojej natury.
Charlie był sympatyczny. Co prawda wciąż patrzył na nią dziwnie, jakby nie dowierzając, ale faktycznie zdecydował się o nic nie pytać. Jocelyne powstrzymała się od wywrócenia oczami, kiedy w którymś momencie zdecydował się zmierzwić jej włosy, znów mówiąc coś o czymś, że wyglądała jak mały aniołek. Słyszała to tyle razy, że w większości przypadków dostawała szału, gdy ktoś próbował traktować ją jak laleczkę do dotykania i głaskania, jednak tym razem nie miała nic przeciwko.
Głównie milczała, pozwalając mówić Belli, tym bardziej że ta sprawiała wrażenie przygotowanej. Co więcej, wyraźnie próbowała robić wszystko, byleby unikać tematu Renesmee i tego, co działo się w domu. Przynajmniej ten jeden raz Joce nie musiała się obawiać, że przypadkiem usłyszy coś, co jedynie bardziej wytrąci ją z równowagi. Już i tak miała złe przeczucia, a wciąż czekało ją coś, czego w gruncie rzeczy wolałaby uniknąć.
– Joce, masz jeszcze na coś ochotę? – zapytała ni stąd, ni zowąd Sue. Dziewczyna popatrzyła na nią w roztargnieniu, co najmniej zaskoczona. Kobieta również wydawała się czuć lepiej wtedy, gdy milczała, co prawda uśmiechając się i zachowując dość naturalnie, ale nic ponadto. Co więcej, wciąż bił od niej smutek, ale mimo wszystko… – Możemy sprawdzić, co jeszcze tu mają. Pomożesz mi?
W pierwszym odruchu otworzyła usta, gotowa zapewnić, że nie było takiej potrzeby, ale coś w spojrzeniu kobiety sprawiło, że jednak zmieniła zdanie. Może była przewrażliwiona, ale była gotowa przysiąc, że za prośbą Sue kryło się coś więcej.
Skinęła głowa, wcześniej pytająco spoglądając na Bellę. Wampirzyca nie wyglądała na kogoś, kto mógłby mieć obiekcje, zresztą lokal był na tyle mały, że nie dałoby się uciec z zasięgu wyostrzonych wampirzych zmysłów. To wystarczyło, by zorientowała się, że tak naprawdę rozmowa miała dotyczyć czegoś, co nie było przeznaczone dla Charliego. Przynajmniej zakładała, że matka pary (albo raczej już jednego) zmiennokształtnych, musiała zdawać sobie sprawę z tego, że utrzymanie sekretów przed nieśmiertelnymi, bywało problematyczne.
O ironio. Sama masz ich pełno, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Na moment zawahała się, nagle jeszcze bardziej przerażona perspektywą wprowadzenia planu w życie.
Odrzuciła od siebie niechciane myśli. Bella przynajmniej nie była w stanie przeniknąć jej umysłu, ale przecież nie była głupia. Skupiona na rozmowie z ojcem czy też nie, wciąż sprawiała wrażenie przesadnie wręcz skupionej na tym, co działo się wokół niej. To wyglądało tak, jakby czegoś się obawiała. Z drugiej strony, to nie wydało się Jocelyne aż takie dziwne – po incydencie z łowcami, zniknięciu ciała Renesmee i z wciąż kręcącymi się w pobliżu Volturi, jakiekolwiek wątpliwości wydawały się uzasadnione.
Sue nie odezwała się od razu, przez moment faktycznie sprawiając wrażenie kogoś, kto zastanawiał się nad złożeniem zamówienia. Obie odeszły na drugi kraniec sali, dokładnie tam, gdzie znajdowały się kasa i kilka wypełnionych różnorodnymi ciastami lodówek. Jocelyne kątem oka obserwowała swoją towarzyszkę, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy jednak się nie pomyliła. Może kobieta faktycznie potrzebowała po prostu pomocy albo próbowała być miła, ale…
– Wiem od Belli, że twoja kuzynka wyjechała – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia. Sue mówiła na tyle cicho, by człowiek miał problem z rozróżnieniem poszczególnych słów. Ona jednak nie miała z tym najmniejszego problemu. – Claire. Co u niej?
– Ja… – Joce zawahała się. Zdecydowanie nie tego się spodziewała, nie wspominając o tym, że wciąż nie była w stanie przewidzieć intencji wypytującej ją kobiety. To, że Sue nawet na nią nie patrzyła, wciąż z uwagą przypatrując zawartości lodówek, niczego nie pomagało. – Wydaje mi się, że sobie radzi. Na ile to możliwe – przyznała w końcu, bo to wydało jej się najbliższą prawdy i zarazem dość neutralną odpowiedzi.
Kobieta westchnęła, po czym skinęła głową. Może nie powinnam tego mówić, pomyślała w panice, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. Być może zapewnianie matki, która dopiero co straciła syna, że ktoś całkiem dobrze znosił żałobę, było złym pomysłem. Zakładała przynajmniej, że ktoś o charakterze Lei wpadłby w tym momencie w szał albo…
– To dobrze – stwierdziła cicho Sue. Co więcej, jej słowa zabrzmiały szczerze i łagodnie. – To nie była jej wina. Cokolwiek mówiłaby moja córka… Po prostu przekaż to ode mnie Claire. Cokolwiek by się nie działo, ja naprawdę jej nie obwiniam. Od lat wiedziałam, że moje dzieci… – Urwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. – Nieważne. Zdaję sobie sprawę z tego, jak działa wpojenie. Zresztą byłabym naiwna, gdybym przez tyle czasu nie dostrzegała, że mogłaby otaczać nas śmierć.
Coś w tych słowach sprawiło, że Jocelyne momentalnie zrobiło się zimno. Chwilami sama tak się czuła – jakby śmierć napierała na nią ze wszystkich stron, obecna nawet wtedy, gdy próbowała jej nie dostrzegać. Z jednej strony wiedziała, że była częścią nieśmiertelnego życia. Zwłaszcza tego, choć tak naprawdę dotyczyła wszystkich – śmiertelnicy po prostu nie byli jej aż do tego stopnia świadomi.
Sama rozumiała to aż za dobrze. Przynajmniej czuła, że powinna, skoro niektórzy nazywali ją „wybranką śmierci”. Przez większość czasu doświadczała dokładnie tego, co opisywała Sue, choć zwłaszcza w ostatnim czasie robiła wszystko, by o tym nie myśleć.
– Powiem jej – obiecała, uprzytomniając sobie, że milczała zdecydowanie zbyt długo, by zabrzmiało to naturalnie.
Sue skinęła głową. Uśmiechnęła się, choć przyszło jej to z trudem.
– Dziękuję. Poprosiłabym Bellę, ale wciąż nie miałyśmy okazję, by na spokojnie porozmawiać – wyjaśniła przepraszającym tonem. Joce z trudem powstrzymała się na obejrzenie na wciąż rozmawiającą z ojcem wampirzycę. – Chociaż źle się czuję, wplątując cię w to wszystko. Wydajesz się taka delikatna…
Tym razem ledwo stłumiła jęk. Nie słyszała tego po raz pierwszy, zresztą nie wątpiła, że coś w tym było, ale i tak czuła się dziwnie z tym, że wszyscy wokół spoglądali na nią jak na dziecko.
– Jestem bardziej świadoma, niż mogłoby się wydawać – oznajmiła z przekonaniem.
Kobieta rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Przez jej twarz przemknął cień, choć stało się to tak szybko, że równie dobrze mogło być tylko wrażeniem. Joce znów miała problem z określeniem targających nią emocji. Sue miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo surowa i obojętna. Co prawda nie na tyle, by wzbudzać lęk albo w pełni zamaskować przygnębienie, ale coś w postawie Indianki, skojarzyło się jej z Isabeau. Ta kobieta z pewnością należała do tych silnych, ale to na dłuższą metę wydało się Jocelyne właściwe. Ktoś, kto raz wkroczył do świata nieśmiertelnych, musiał nabrać pewności siebie, by nie dać mu się pochłonąć.
A ty… Ty też to potrafisz?
Zacisnęła usta. Jakby kiedykolwiek miała wybór…
– Skoro tak, to… mogłabym cię zapytać o pewną rzecz? – odezwała się ponownie Sue. Coś w jej słowach wystarczyło, by znów wzbudzić w dziewczynie wątpliwości.
– Oczywiście.
W chwili, w której spoczęły na niej ciemne oczy Sue, mimowolnie zaczęła się wahać.
– Wiem od Charliego, że w Seattle nie dzieje się za dobrze – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. Przesunęła się, wracając do oglądania ciast. Jocelyne pośpiesznie ruszyła za nią. – Charlie już wcześniej wspominał o zaginięciach ludzi, ale później to ustało i myślałam… No i był jeszcze ten incydent z samochodem i twoimi kuzynami.
– Najpewniej chodziło o wampiry. Była taka mała grupka… – Joce przełknęła z trudem. – Wydaje mi się, że… problem został rozwiązany.
Zawahała się, próbując stwierdzić, czy cokolwiek z tego, co mówiła, miało sens. W grę mogli wchodzić również łowcy, ale nad tym wolała się nie rozwodzić. Ten temat nadal ją przerażał, nie wspominając o tym, że zdecydowanie zbyt mocno łączył się z głupstwem, do którego psychicznie się przygotowywała. Tak czy siak, szczerze wątpiła, by Sue chciała słuchać o eksperymentach przewrażliwionych śmiertelników, na dodatek w małej kawiarni, gdzie wciąż ktoś mógłby je podsłuchać.
Mimowolnie pomyślała też o grupce wampirów, odpowiedzialnych za incydent na balu i wypadek Claire, Cammy’ego i Beatrycze. Nie wnikała w szczegóły, zresztą wątpiła, by ktokolwiek chciał otwarcie z nią o tym rozmawiać, ale orientowała się w sytuacji. Najbardziej niebezpieczna z kobiet była martwa, co zresztą jak nic miało związek z Rufusem. Reszta po prostu zniknęła, ale tak było lepiej. Nie sądziła, by ktokolwiek inny działał w aż tak zwracający uwagę sposób, by Sue zaczęła się tym przejmować. A przynajmniej próbowała w to wierzyć…
– Rozumiem. – Kobieta zawahała się, bynajmniej nie sprawiając wrażenia przekonanej. – Możliwe, że masz rację. Dziękuję ci.
Joce spojrzała na nią z powątpiewaniem, mając nadzieję, że doda coś więcej, ale nic podobnego nie miało miejsca. Sue milczała i to w wystarczająco wymowny sposób, by dziewczyna pojęła, że rozmowa dobiegła końca. Nie miała pewności czy to dobrze, zwłaszcza że coś w reakcji kobiety wystarczyło, by znów zaczęła się wahać. Miała wrażenie, że działo się coś więcej, chociaż nic nie wskazywało na to, by jej towarzyszka zamierzała ją uświadomić.
– Idziecie? – doszło ją z drugiego końca sali. Obie jak na zawołanie spojrzały na Charliego. Bella siedziała tuż obok niego z neutralnym wyrazem twarzy. – Co tam tak szepczecie po kątach, hm?
Sue wyprostowała się. Posłała mu uśmiech – całkiem szczery jak na kogoś, kto chwilę wcześniej rozmawiał o zmarłym synu i wampirach.
– Kobiece sprawy – odparła wymijająco. Szybkim krokiem ruszyła z powrotem w stronę stolika, całkiem zapominając o wcześniejszej wymówce z wyborem ciast. – Zresztą to teraz nieistotne. Zostajemy tutaj, czy jednak mamy inne plany?
– Szczerze mówiąc – wtrąciła Bella – Alice zasugerowała mi, żebym pokazała wam jedno miejsce. Tu niedaleko, więc…
– Świetnie.
Joce ze świstem wypuściła powietrze. Tego akurat się spodziewała.

Alice wydawała się promienieć. Co prawda nie tak jak zazwyczaj, kiedy zachowywała się jak ktoś, kto nie ma żadnych zmartwień, ale coś w jej reakcji na gości sprawiło, że wszyscy momentalnie poczuli się dużo lepiej. Jedynie Charlie w pewnym momencie wyglądał na chętnego, by rzucić się do ucieczki, kiedy wampirzyca – uśmiechając się przy tym olśniewająco – dopadła do niego, by móc go wyściskać, ale ostatecznie pozwolił jej na to, odwzajemniając uścisk w równie nieporadny sposób, co i wtedy, gdy witał się z Bellą.
Klub zmienił się od dnia, w którym Jocelyne widziała go po raz ostatni. W gruncie rzeczy wyglądał na gotowy do otwarcia, co uprzytomniło jej, że ciotka nie próżnowała w wolnym czasie. Z jednej strony wydało jej się to dziwne, zwłaszcza gdy pomyślała o ostatnich problemach, z drugiej doszła do wniosku, że właśnie to mogło być wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy. Szukanie sobie absorbującego zajęcia wydawało się najlepszym, na co można się zdecydować, by nie zadręczać się rzeczami, na które nie miało się wpływu.
Przysłuchiwała się radośnie trajkoczącej ciotce, z entuzjazmem prezentującej wyniki swojej pracy. Mówiła kolorach, dodatkach i – co nagle dotarło do Joce – sposobie, w jaki wyobrażała sobie otwarcie, ale to działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione znaczenia. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy zaszyła się w kącie sali, zajmując jedno z krzeseł i z powątpiewaniem spoglądając na przystrojony obrusem stolik.
Jeśli miała być ze sobą szczera, lokal wcale nie przypominał jej klubu. Wyglądał raczej jak droga restauracja, na dodatek taka, która faktycznie miała szansę zapaść odwiedzającym w pamięć. Nie miała pewności, czego tak naprawdę oczekiwała Alice, ale niezależnie od wszystkiego, efekt był imponujący. Drewniane, lśniące panele współgrały z czerwienią i złotem, bo właśnie na te kolory ostatecznie zdecydowała się wampirzyca. Panujący dookoła półmrok, rozświetlony przez rzucające ciepłe, łagodne światło lampy, miał swój urok. Samo oświetlenie kojarzyło jej się z tym, które pamiętała z laboratorium wujka i które uważała za całkiem łaskawe dla kogoś, kto dysponował aż nadto wyostrzonymi zmysłami. Co prawda czuła się dziwnie, gdy widziała niemalże całkowicie zaciemnione kąty, ale próbowała o tym nie myśleć. Gdyby coś tam się kryło, zauważyłaby.
A przynajmniej chciała wierzyć, że w tym miejscu nie było niczego, co mogłaby uznać za niepokojące.
Nerwowo postukała paznokciami w blat. Czekała na odpowiedni moment, w którym nikt nie zwracałby na nią uwagi, a jednak kiedy przyszło co do czego, poczuła się co najmniej spanikowana tym, co zamierzała zrobić. Przecież liczyła, że prędzej czy później wylądują właśnie tutaj. Wiedziała, gdzie znajdowało się wyjście, nie bez powodu siadając jak najbliżej prowadzących z powrotem na ruchliwą ulicę schodów. Słodki zapach krwi Charliego i Sue rozpraszał, zresztą Alice i Bella skupiały całą uwagę właśnie na nich. Joce miała wrażenie, że izolując się na każdym kroku, zdążyła już przyzwyczaić bliskich do tego, że czasami potrzebowała świętego spokoju. Tak czy siak, nikt nie zwróciłby większej uwagi, gdyby podniosła się i wyszła. Przynajmniej nie od razu, ale w tym czasie zdołałaby zmieszać się z przechodniami i całkowicie zatrzeć swój trop. Inna sprawa, że wiedziała, jak tego dokonań, pragnąć wierzyć, że akurat ten jeden raz moc byłaby na tyle łaskawa, by z nią współpracować.
Poczuła, że robi jej się gorąco. Ucisk w gardle przybrał na sile, nagle jeszcze bardziej nieprzyjemny i trudny do zniesienia. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, po czym przytrzymała je w nadziei, że w ten sposób zdoła zapanować nad panicznie trzepoczącym się w piersi sercem. Robiła wszystko, byleby nie zwracać na siebie uwagi, ale obawiała się, że gdyby zaczęła wpadać w panikę, ktoś w końcu by się na niej skupił. Wtedy miałaby poważny problem, a na to zdecydowanie nie chciała pozwolić.
Weź się w garść. Jeśli nie teraz…
– Joce, wszystko w porządku?
Poderwała głowę, słysząc zatroskany głos Belli. Nie zauważyła, kiedy wampirzyca odłączyła się od rozgadanego towarzystwa i znalazła tuż obok niej. W ostatniej chwili zapanowała nad sobą na tyle, by spokojnie siedzieć, a tym bardziej nie okazać, że była jakkolwiek zaniepokojona obecnością wpatrzonej w nią nieśmiertelnej.
– Jasne. Dlaczego miałoby nie być? – zapytała zdecydowanie zbyt szybko, by zabrzmiało to naturalnie.
Bella zmierzyła ją wzrokiem.
– To przez to, co powiedziała ci Sue? Swoją drogą, dobrze sobie poradziłaś – dodała, podchwyciwszy nieco oszołomione spojrzenie wnuczki. Jasne, że słyszała, ale mimo wszystko… – I tak jestem ci wdzięczna, że ze mną pojechałaś.
– Nie robię niczego specjalnego – zauważyła przytomnie.
– To twoje zdanie. Charlie jest tobą zachwycony – stwierdziła z przekonaniem Bella, uśmiechając się promiennie. – Ostatnim razem patrzył tak na Nessie. Może tego nie okazuje, ale ja go znam… Gdyby spędził z tobą więcej czasu, pewnie byłabyś jego oczkiem w głowie. Co dopiero jakby cię poznał, kiedy byłaś młodsza…
– No, tak. – Tym razem sama zdołała się uśmiechnąć. – Byłby kolejną osobą do głaskania mnie po głowie i powtarzania, że jestem słodka.
– Bo jesteś słodka. – Bella ze śmiechem wyciągnęła rękę. Joce instynktownie odsunęła się, wplatając palce we włosy. – Chociaż teraz zachowujesz się prawie jak Elena.
– Ej!
Przez krótką chwile poczuła się o wiele lepiej. Wciąż się śmiejąc, wyprostowała się na krześle, gdy tylko nabrała pewności, że Bella zrezygnowała z pomysłu, by dalej ją drażnić. Udało jej się uśmiechnąć, zwłaszcza że choć na moment zapomniała o dręczących ją dopiero co myślach. Przez krótką chwilę chciała o wszystkim zapomnieć i po prostu zostać, a później normalnie wrócić do domu. Ta perspektywa była kusząca, a przynajmniej taka wydawała się do momentu, w którym Jocelyne przypomniała sobie czyste przerażenie, które ogarnęło ją, gdy tamta bezimienna dziewczyna znów do niej przyszła.
Nie mogła ignorować problemu ducha przez cały czas. Co prawda mogła porozmawiać z Rosą i liczyć na to, że ta jak zwykle by ją ochroniła, ale to też nie było rozwiązanie. Skoro przyjaciółka zazwyczaj nie mogła ingerować, ochrona mogłaby okazać się nieskuteczna. Jakby tego było mało, dziewczyna zabita przez łowców wydawała się należeć do gatunku tych chwiejnych, wyjątkowo niebezpiecznych duchów. Wciąż w pełni nie pokazała, na co było ją stać, ale lepiej było nie sprawdzać, jak daleko mogła się posunąć.
Wejdę i wyjdę… Sama albo z Dallasem.
Nie miała okazji powiedzieć chłopakowi o swoich planach. Edward ją zaskoczył, a skomunikowanie z duchem, który sam przychodził do niej wtedy, kiedy był w stanie, nie należało do najprostszych zadań. Nie mogła przecież do niego zadzwonić albo wysłać SMS-a, prawda?
– Na pewno niczego nie potrzebujesz? Jakoś tak zamilkłaś… – Bella lekko przekrzywiła głowę. – Wiem, że Alice jest bardzo… absorbująca – przyznała, ostrożnie dobierając słowa – ale to nie znaczy, że Charlie i Sue już się tobą nie interesują. Oni po prostu…
– Wcale nie czuję się pominięta – zapewniła pośpiesznie. – Po prostu mi tutaj dobrze.
Wymownie powiodła wzrokiem dookoła, by zwrócić uwagę na opustoszały kąt. Nie chciała zbyt otwarcie pozbywać się Belli, ale miała nadzieję, że ta mimo wszystko się wycofa. Jej bliskość sprawiała, ze Joce czuła się bezpieczniejsza, ale nie ułatwiała dziewczynie podjęcia decyzji. Wręcz przeciwnie – raczej doprowadzała do tego, że ta zaczynała się gubić, coraz bliższa tego, by jednak stchórzyć.
– Ale to nie tak, że… ktoś tutaj jest?
Zesztywniała w odpowiedzi na te słowa, zwłaszcza że Bella dla pewności zdecydowała się szeptać. Co prawda były na tyle daleko, by nikt prócz Alice nie miał szansy ich usłyszeć, ale coś w temacie nekromancji nadal wzbudzało wątpliwości.
– Nie. – Joce nawet się nie zawahała. – Ani nikt obcy, ani z tych, którzy czasami ze mną przesiadują.
Pożałowała tych drugich słów, szybko orientując się, że przypadkiem wprawiła swoją towarzyszkę w konsternację – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Chociaż już nie musiała obawiać się mówienia o zdolnościach, chwilami wciąż czuła się tak, jakby jednak postradała zmysły. Nekromancja miała to do siebie, że wzmianki o niej zawsze brzmiały co najmniej źle. Co prawda Joce nie wyobrażała sobie, że akurat bliscy mogliby ją wyśmiać, ale to nadal brzmiało niezręcznie.
– W porządku – rzuciła z wahaniem Bella. Dało się wyczuć, że gorączkowo szukała okazji do zmiany tematu. – Skoro tak…
– Bells, chodź tutaj! – Głos Charliego zaskoczył obie, przy okazji skutecznie rozluźniając atmosferę. – Chodź i zabierz ją od nas, zanim od ręki zorganizuje nam tu wesele!
Nie musiał dodawać niczego więcej, by zrozumiały, że mówił o Alice. Bella natychmiast wyprostowała się i – uśmiechając w nieco pobłażliwy sposób – pośpieszyła ku oczekującemu jej towarzystwu. Jocelyne w milczeniu odprowadziła ją wzrokiem, wciąż oszołomiona. Chyba tylko ta z jej ciotek mogła poruszyć temat ślubu, na dodatek w taki sposób, by pomimo niedawnego pogrzebu, uroczystość nie wypadła niezręcznie.
Ze świstem wypuściła powietrze. Została sama, ale mimo wszystko nie potrafiła się tego ucieszyć. Chwilę trwała w bezruchu, obserwując mówiącą o czymś z entuzjazmem Alice, zwłaszcza że ta skutecznie skupiła na sobie uwagę zebranych. Joce nie była w stanie rozróżnić poszczególnych słów.
Jeśli nie zrobisz tego teraz…
Nawet nie próbowała dokończyć myśli. W pośpiechu – odpychając od siebie poczucie, że właśnie zachowywała się jak ostatnia kretynka – zsunęła się z krzesła. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, gdy bez pośpiechu spróbowała przemknąć do schodów.
W chwili, w której znalazła się na ruchliwej ulicy, pojęła, że już tak naprawdę nie miała wyboru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa