
Jocelyne
Przebywanie w kawiarni
okazało się wręcz zadziwiająco proste. Kiedy pierwszy szok minął, atmosfera znacznie
się rozluźniła, co wszyscy przyjęli z ulgą. Joce podejrzewała, że wiele
ułatwiało również to, że zachowywała się w pełni naturalny, rozluźniony
sposób. Bez pośpiechu popijała czekoladę, w gruncie rzeczy woląc ją
bardziej od krwi. I to, i to było słodkie, jednak pierwsza opcja z pewnością
mniej rzucała się w oczy. Ona sama miała zdecydowanie dość niepokojących
doświadczeń, woląc skupiać się na tej bardziej ludzkiej stronie swojej natury.
Charlie był
sympatyczny. Co prawda wciąż patrzył na nią dziwnie, jakby nie dowierzając, ale
faktycznie zdecydował się o nic nie pytać. Jocelyne powstrzymała się od
wywrócenia oczami, kiedy w którymś momencie zdecydował się zmierzwić jej
włosy, znów mówiąc coś o czymś, że wyglądała jak mały aniołek. Słyszała to
tyle razy, że w większości przypadków dostawała szału, gdy ktoś próbował
traktować ją jak laleczkę do dotykania i głaskania, jednak tym razem nie
miała nic przeciwko.
Głównie milczała,
pozwalając mówić Belli, tym bardziej że ta sprawiała wrażenie przygotowanej. Co
więcej, wyraźnie próbowała robić wszystko, byleby unikać tematu Renesmee i tego,
co działo się w domu. Przynajmniej ten jeden raz Joce nie musiała się
obawiać, że przypadkiem usłyszy coś, co jedynie bardziej wytrąci ją z równowagi.
Już i tak miała złe przeczucia, a wciąż czekało ją coś, czego w gruncie
rzeczy wolałaby uniknąć.
– Joce,
masz jeszcze na coś ochotę? – zapytała ni stąd, ni zowąd Sue. Dziewczyna
popatrzyła na nią w roztargnieniu, co najmniej zaskoczona. Kobieta również
wydawała się czuć lepiej wtedy, gdy milczała, co prawda uśmiechając się i zachowując
dość naturalnie, ale nic ponadto. Co więcej, wciąż bił od niej smutek, ale mimo
wszystko… – Możemy sprawdzić, co jeszcze tu mają. Pomożesz mi?
W pierwszym
odruchu otworzyła usta, gotowa zapewnić, że nie było takiej potrzeby, ale coś w spojrzeniu
kobiety sprawiło, że jednak zmieniła zdanie. Może była przewrażliwiona, ale
była gotowa przysiąc, że za prośbą Sue kryło się coś więcej.
Skinęła
głowa, wcześniej pytająco spoglądając na Bellę. Wampirzyca nie wyglądała na
kogoś, kto mógłby mieć obiekcje, zresztą lokal był na tyle mały, że nie dałoby
się uciec z zasięgu wyostrzonych wampirzych zmysłów. To wystarczyło, by zorientowała
się, że tak naprawdę rozmowa miała dotyczyć czegoś, co nie było przeznaczone
dla Charliego. Przynajmniej zakładała, że matka pary (albo raczej już jednego)
zmiennokształtnych, musiała zdawać sobie sprawę z tego, że utrzymanie
sekretów przed nieśmiertelnymi, bywało problematyczne.
O ironio. Sama masz ich pełno, odezwał
się cichy głosik w jej głowie. Na moment zawahała się, nagle jeszcze
bardziej przerażona perspektywą wprowadzenia planu w życie.
Odrzuciła
od siebie niechciane myśli. Bella przynajmniej nie była w stanie przeniknąć
jej umysłu, ale przecież nie była głupia. Skupiona na rozmowie z ojcem czy
też nie, wciąż sprawiała wrażenie przesadnie wręcz skupionej na tym, co działo
się wokół niej. To wyglądało tak, jakby czegoś się obawiała. Z drugiej
strony, to nie wydało się Jocelyne aż takie dziwne – po incydencie z łowcami,
zniknięciu ciała Renesmee i z wciąż kręcącymi się w pobliżu
Volturi, jakiekolwiek wątpliwości wydawały się uzasadnione.
Sue nie
odezwała się od razu, przez moment faktycznie sprawiając wrażenie kogoś, kto
zastanawiał się nad złożeniem zamówienia. Obie odeszły na drugi kraniec sali, dokładnie
tam, gdzie znajdowały się kasa i kilka wypełnionych różnorodnymi ciastami
lodówek. Jocelyne kątem oka obserwowała swoją towarzyszkę, mimowolnie
zastanawiając nad tym, czy jednak się nie pomyliła. Może kobieta faktycznie
potrzebowała po prostu pomocy albo próbowała być miła, ale…
– Wiem od Belli,
że twoja kuzynka wyjechała – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia.
Sue mówiła na tyle cicho, by człowiek miał problem z rozróżnieniem poszczególnych
słów. Ona jednak nie miała z tym najmniejszego problemu. – Claire. Co u niej?
– Ja… –
Joce zawahała się. Zdecydowanie nie tego się spodziewała, nie wspominając o tym,
że wciąż nie była w stanie przewidzieć intencji wypytującej ją kobiety. To,
że Sue nawet na nią nie patrzyła, wciąż z uwagą przypatrując zawartości
lodówek, niczego nie pomagało. – Wydaje mi się, że sobie radzi. Na ile to
możliwe – przyznała w końcu, bo to wydało jej się najbliższą prawdy i zarazem
dość neutralną odpowiedzi.
Kobieta
westchnęła, po czym skinęła głową. Może
nie powinnam tego mówić, pomyślała w panice, nagle jeszcze bardziej
zaniepokojona. Być może zapewnianie matki, która dopiero co straciła syna, że
ktoś całkiem dobrze znosił żałobę, było złym pomysłem. Zakładała przynajmniej,
że ktoś o charakterze Lei wpadłby w tym momencie w szał albo…
– To dobrze
– stwierdziła cicho Sue. Co więcej, jej słowa zabrzmiały szczerze i łagodnie.
– To nie była jej wina. Cokolwiek mówiłaby moja córka… Po prostu przekaż to ode
mnie Claire. Cokolwiek by się nie działo, ja naprawdę jej nie obwiniam. Od lat
wiedziałam, że moje dzieci… – Urwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. –
Nieważne. Zdaję sobie sprawę z tego, jak działa wpojenie. Zresztą byłabym
naiwna, gdybym przez tyle czasu nie dostrzegała, że mogłaby otaczać nas śmierć.
Coś w tych
słowach sprawiło, że Jocelyne momentalnie zrobiło się zimno. Chwilami sama tak
się czuła – jakby śmierć napierała na nią ze wszystkich stron, obecna nawet
wtedy, gdy próbowała jej nie dostrzegać. Z jednej strony wiedziała, że
była częścią nieśmiertelnego życia. Zwłaszcza tego, choć tak naprawdę dotyczyła
wszystkich – śmiertelnicy po prostu nie byli jej aż do tego stopnia świadomi.
Sama
rozumiała to aż za dobrze. Przynajmniej czuła, że powinna, skoro niektórzy nazywali
ją „wybranką śmierci”. Przez większość czasu doświadczała dokładnie tego, co
opisywała Sue, choć zwłaszcza w ostatnim czasie robiła wszystko, by o tym
nie myśleć.
– Powiem
jej – obiecała, uprzytomniając sobie, że milczała zdecydowanie zbyt długo, by
zabrzmiało to naturalnie.
Sue skinęła
głową. Uśmiechnęła się, choć przyszło jej to z trudem.
– Dziękuję.
Poprosiłabym Bellę, ale wciąż nie miałyśmy okazję, by na spokojnie porozmawiać –
wyjaśniła przepraszającym tonem. Joce z trudem powstrzymała się na
obejrzenie na wciąż rozmawiającą z ojcem wampirzycę. – Chociaż źle się
czuję, wplątując cię w to wszystko. Wydajesz się taka delikatna…
Tym razem
ledwo stłumiła jęk. Nie słyszała tego po raz pierwszy, zresztą nie wątpiła, że
coś w tym było, ale i tak czuła się dziwnie z tym, że wszyscy
wokół spoglądali na nią jak na dziecko.
– Jestem
bardziej świadoma, niż mogłoby się wydawać – oznajmiła z przekonaniem.
Kobieta rzuciła
jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Przez jej twarz przemknął cień, choć stało
się to tak szybko, że równie dobrze mogło być tylko wrażeniem. Joce znów miała
problem z określeniem targających nią emocji. Sue miała w sobie coś
takiego, co sprawiało, że na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo surowa i obojętna.
Co prawda nie na tyle, by wzbudzać lęk albo w pełni zamaskować przygnębienie,
ale coś w postawie Indianki, skojarzyło się jej z Isabeau. Ta kobieta
z pewnością należała do tych silnych, ale to na dłuższą metę wydało się
Jocelyne właściwe. Ktoś, kto raz wkroczył do świata nieśmiertelnych, musiał
nabrać pewności siebie, by nie dać mu się pochłonąć.
A ty… Ty też to potrafisz?
Zacisnęła
usta. Jakby kiedykolwiek miała wybór…
– Skoro
tak, to… mogłabym cię zapytać o pewną rzecz? – odezwała się ponownie Sue.
Coś w jej słowach wystarczyło, by znów wzbudzić w dziewczynie
wątpliwości.
– Oczywiście.
W chwili, w której
spoczęły na niej ciemne oczy Sue, mimowolnie zaczęła się wahać.
– Wiem od
Charliego, że w Seattle nie dzieje się za dobrze – przyznała, ostrożnie
dobierając słowa. Przesunęła się, wracając do oglądania ciast. Jocelyne pośpiesznie
ruszyła za nią. – Charlie już wcześniej wspominał o zaginięciach ludzi,
ale później to ustało i myślałam… No i był jeszcze ten incydent z samochodem
i twoimi kuzynami.
– Najpewniej
chodziło o wampiry. Była taka mała grupka… – Joce przełknęła z trudem.
– Wydaje mi się, że… problem został rozwiązany.
Zawahała
się, próbując stwierdzić, czy cokolwiek z tego, co mówiła, miało sens. W grę
mogli wchodzić również łowcy, ale nad tym wolała się nie rozwodzić. Ten temat
nadal ją przerażał, nie wspominając o tym, że zdecydowanie zbyt mocno
łączył się z głupstwem, do którego psychicznie się przygotowywała. Tak czy
siak, szczerze wątpiła, by Sue chciała słuchać o eksperymentach przewrażliwionych
śmiertelników, na dodatek w małej kawiarni, gdzie wciąż ktoś mógłby je podsłuchać.
Mimowolnie
pomyślała też o grupce wampirów, odpowiedzialnych za incydent na balu i wypadek
Claire, Cammy’ego i Beatrycze. Nie wnikała w szczegóły, zresztą
wątpiła, by ktokolwiek chciał otwarcie z nią o tym rozmawiać, ale
orientowała się w sytuacji. Najbardziej niebezpieczna z kobiet była martwa,
co zresztą jak nic miało związek z Rufusem. Reszta po prostu zniknęła, ale
tak było lepiej. Nie sądziła, by ktokolwiek inny działał w aż tak zwracający
uwagę sposób, by Sue zaczęła się tym przejmować. A przynajmniej próbowała w to
wierzyć…
– Rozumiem.
– Kobieta zawahała się, bynajmniej nie sprawiając wrażenia przekonanej. –
Możliwe, że masz rację. Dziękuję ci.
Joce spojrzała
na nią z powątpiewaniem, mając nadzieję, że doda coś więcej, ale nic podobnego
nie miało miejsca. Sue milczała i to w wystarczająco wymowny sposób,
by dziewczyna pojęła, że rozmowa dobiegła końca. Nie miała pewności czy to
dobrze, zwłaszcza że coś w reakcji kobiety wystarczyło, by znów zaczęła
się wahać. Miała wrażenie, że działo się coś więcej, chociaż nic nie wskazywało
na to, by jej towarzyszka zamierzała ją uświadomić.
– Idziecie?
– doszło ją z drugiego końca sali. Obie jak na zawołanie spojrzały na
Charliego. Bella siedziała tuż obok niego z neutralnym wyrazem twarzy. –
Co tam tak szepczecie po kątach, hm?
Sue
wyprostowała się. Posłała mu uśmiech – całkiem szczery jak na kogoś, kto chwilę
wcześniej rozmawiał o zmarłym synu i wampirach.
– Kobiece
sprawy – odparła wymijająco. Szybkim krokiem ruszyła z powrotem w stronę
stolika, całkiem zapominając o wcześniejszej wymówce z wyborem ciast.
– Zresztą to teraz nieistotne. Zostajemy tutaj, czy jednak mamy inne plany?
– Szczerze
mówiąc – wtrąciła Bella – Alice zasugerowała mi, żebym pokazała wam jedno
miejsce. Tu niedaleko, więc…
– Świetnie.
Joce ze
świstem wypuściła powietrze. Tego akurat się spodziewała.
Alice wydawała się promienieć.
Co prawda nie tak jak zazwyczaj, kiedy zachowywała się jak ktoś, kto nie ma
żadnych zmartwień, ale coś w jej reakcji na gości sprawiło, że wszyscy
momentalnie poczuli się dużo lepiej. Jedynie Charlie w pewnym momencie
wyglądał na chętnego, by rzucić się do ucieczki, kiedy wampirzyca – uśmiechając
się przy tym olśniewająco – dopadła do niego, by móc go wyściskać, ale
ostatecznie pozwolił jej na to, odwzajemniając uścisk w równie nieporadny
sposób, co i wtedy, gdy witał się z Bellą.
Klub
zmienił się od dnia, w którym Jocelyne widziała go po raz ostatni. W gruncie
rzeczy wyglądał na gotowy do otwarcia, co uprzytomniło jej, że ciotka nie próżnowała
w wolnym czasie. Z jednej strony wydało jej się to dziwne, zwłaszcza
gdy pomyślała o ostatnich problemach, z drugiej doszła do wniosku, że
właśnie to mogło być wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy. Szukanie sobie
absorbującego zajęcia wydawało się najlepszym, na co można się zdecydować, by
nie zadręczać się rzeczami, na które nie miało się wpływu.
Przysłuchiwała
się radośnie trajkoczącej ciotce, z entuzjazmem prezentującej wyniki swojej
pracy. Mówiła kolorach, dodatkach i – co nagle dotarło do Joce – sposobie,
w jaki wyobrażała sobie otwarcie, ale to działo się jakby poza nią, odległe
i pozbawione znaczenia. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy zaszyła się w kącie
sali, zajmując jedno z krzeseł i z powątpiewaniem spoglądając na
przystrojony obrusem stolik.
Jeśli miała
być ze sobą szczera, lokal wcale nie przypominał jej klubu. Wyglądał raczej jak
droga restauracja, na dodatek taka, która faktycznie miała szansę zapaść odwiedzającym
w pamięć. Nie miała pewności, czego tak naprawdę oczekiwała Alice, ale
niezależnie od wszystkiego, efekt był imponujący. Drewniane, lśniące panele
współgrały z czerwienią i złotem, bo właśnie na te kolory ostatecznie
zdecydowała się wampirzyca. Panujący dookoła półmrok, rozświetlony przez
rzucające ciepłe, łagodne światło lampy, miał swój urok. Samo oświetlenie kojarzyło
jej się z tym, które pamiętała z laboratorium wujka i które
uważała za całkiem łaskawe dla kogoś, kto dysponował aż nadto wyostrzonymi
zmysłami. Co prawda czuła się dziwnie, gdy widziała niemalże całkowicie
zaciemnione kąty, ale próbowała o tym nie myśleć. Gdyby coś tam się kryło,
zauważyłaby.
A
przynajmniej chciała wierzyć, że w tym miejscu nie było niczego, co
mogłaby uznać za niepokojące.
Nerwowo
postukała paznokciami w blat. Czekała na odpowiedni moment, w którym
nikt nie zwracałby na nią uwagi, a jednak kiedy przyszło co do czego,
poczuła się co najmniej spanikowana tym, co zamierzała zrobić. Przecież liczyła,
że prędzej czy później wylądują właśnie tutaj. Wiedziała, gdzie znajdowało się
wyjście, nie bez powodu siadając jak najbliżej prowadzących z powrotem na
ruchliwą ulicę schodów. Słodki zapach krwi Charliego i Sue rozpraszał,
zresztą Alice i Bella skupiały całą uwagę właśnie na nich. Joce miała
wrażenie, że izolując się na każdym kroku, zdążyła już przyzwyczaić bliskich do
tego, że czasami potrzebowała świętego spokoju. Tak czy siak, nikt nie zwróciłby
większej uwagi, gdyby podniosła się i wyszła. Przynajmniej nie od razu,
ale w tym czasie zdołałaby zmieszać się z przechodniami i całkowicie
zatrzeć swój trop. Inna sprawa, że wiedziała, jak tego dokonań, pragnąć wierzyć,
że akurat ten jeden raz moc byłaby na tyle łaskawa, by z nią
współpracować.
Poczuła, że
robi jej się gorąco. Ucisk w gardle przybrał na sile, nagle jeszcze bardziej
nieprzyjemny i trudny do zniesienia. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do
płuc, po czym przytrzymała je w nadziei, że w ten sposób zdoła
zapanować nad panicznie trzepoczącym się w piersi sercem. Robiła wszystko,
byleby nie zwracać na siebie uwagi, ale obawiała się, że gdyby zaczęła wpadać w panikę,
ktoś w końcu by się na niej skupił. Wtedy miałaby poważny problem, a na
to zdecydowanie nie chciała pozwolić.
Weź się w garść. Jeśli nie teraz…
– Joce,
wszystko w porządku?
Poderwała
głowę, słysząc zatroskany głos Belli. Nie zauważyła, kiedy wampirzyca odłączyła
się od rozgadanego towarzystwa i znalazła tuż obok niej. W ostatniej
chwili zapanowała nad sobą na tyle, by spokojnie siedzieć, a tym bardziej
nie okazać, że była jakkolwiek zaniepokojona obecnością wpatrzonej w nią
nieśmiertelnej.
– Jasne.
Dlaczego miałoby nie być? – zapytała zdecydowanie zbyt szybko, by zabrzmiało to
naturalnie.
Bella
zmierzyła ją wzrokiem.
– To przez
to, co powiedziała ci Sue? Swoją drogą, dobrze sobie poradziłaś – dodała,
podchwyciwszy nieco oszołomione spojrzenie wnuczki. Jasne, że słyszała, ale
mimo wszystko… – I tak jestem ci wdzięczna, że ze mną pojechałaś.
– Nie robię
niczego specjalnego – zauważyła przytomnie.
– To twoje
zdanie. Charlie jest tobą zachwycony – stwierdziła z przekonaniem Bella,
uśmiechając się promiennie. – Ostatnim razem patrzył tak na Nessie. Może tego
nie okazuje, ale ja go znam… Gdyby spędził z tobą więcej czasu, pewnie
byłabyś jego oczkiem w głowie. Co dopiero jakby cię poznał, kiedy byłaś młodsza…
– No, tak. –
Tym razem sama zdołała się uśmiechnąć. – Byłby kolejną osobą do głaskania mnie
po głowie i powtarzania, że jestem słodka.
– Bo jesteś
słodka. – Bella ze śmiechem wyciągnęła rękę. Joce instynktownie odsunęła się, wplatając
palce we włosy. – Chociaż teraz zachowujesz się prawie jak Elena.
– Ej!
Przez
krótką chwile poczuła się o wiele lepiej. Wciąż się śmiejąc, wyprostowała
się na krześle, gdy tylko nabrała pewności, że Bella zrezygnowała z pomysłu,
by dalej ją drażnić. Udało jej się uśmiechnąć, zwłaszcza że choć na moment
zapomniała o dręczących ją dopiero co myślach. Przez krótką chwilę chciała
o wszystkim zapomnieć i po prostu zostać, a później normalnie
wrócić do domu. Ta perspektywa była kusząca, a przynajmniej taka wydawała
się do momentu, w którym Jocelyne przypomniała sobie czyste przerażenie,
które ogarnęło ją, gdy tamta bezimienna dziewczyna znów do niej przyszła.
Nie mogła
ignorować problemu ducha przez cały czas. Co prawda mogła porozmawiać z Rosą
i liczyć na to, że ta jak zwykle by ją ochroniła, ale to też nie było
rozwiązanie. Skoro przyjaciółka zazwyczaj nie mogła ingerować, ochrona mogłaby
okazać się nieskuteczna. Jakby tego było mało, dziewczyna zabita przez łowców
wydawała się należeć do gatunku tych chwiejnych, wyjątkowo niebezpiecznych duchów.
Wciąż w pełni nie pokazała, na co było ją stać, ale lepiej było nie
sprawdzać, jak daleko mogła się posunąć.
Wejdę i wyjdę… Sama albo z Dallasem.
Nie miała okazji
powiedzieć chłopakowi o swoich planach. Edward ją zaskoczył, a skomunikowanie
z duchem, który sam przychodził do niej wtedy, kiedy był w stanie,
nie należało do najprostszych zadań. Nie mogła przecież do niego zadzwonić albo
wysłać SMS-a, prawda?
– Na pewno niczego
nie potrzebujesz? Jakoś tak zamilkłaś… – Bella lekko przekrzywiła głowę. –
Wiem, że Alice jest bardzo… absorbująca – przyznała, ostrożnie dobierając słowa
– ale to nie znaczy, że Charlie i Sue już się tobą nie interesują. Oni po
prostu…
– Wcale nie
czuję się pominięta – zapewniła pośpiesznie. – Po prostu mi tutaj dobrze.
Wymownie
powiodła wzrokiem dookoła, by zwrócić uwagę na opustoszały kąt. Nie chciała zbyt
otwarcie pozbywać się Belli, ale miała nadzieję, że ta mimo wszystko się
wycofa. Jej bliskość sprawiała, ze Joce czuła się bezpieczniejsza, ale nie
ułatwiała dziewczynie podjęcia decyzji. Wręcz przeciwnie – raczej doprowadzała
do tego, że ta zaczynała się gubić, coraz bliższa tego, by jednak stchórzyć.
– Ale to
nie tak, że… ktoś tutaj jest?
Zesztywniała
w odpowiedzi na te słowa, zwłaszcza że Bella dla pewności zdecydowała się szeptać.
Co prawda były na tyle daleko, by nikt prócz Alice nie miał szansy ich usłyszeć,
ale coś w temacie nekromancji nadal wzbudzało wątpliwości.
– Nie. –
Joce nawet się nie zawahała. – Ani nikt obcy, ani z tych, którzy czasami
ze mną przesiadują.
Pożałowała
tych drugich słów, szybko orientując się, że przypadkiem wprawiła swoją towarzyszkę
w konsternację – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Chociaż już nie
musiała obawiać się mówienia o zdolnościach, chwilami wciąż czuła się tak,
jakby jednak postradała zmysły. Nekromancja miała to do siebie, że wzmianki o niej
zawsze brzmiały co najmniej źle. Co prawda Joce nie wyobrażała sobie, że akurat
bliscy mogliby ją wyśmiać, ale to nadal brzmiało niezręcznie.
– W porządku
– rzuciła z wahaniem Bella. Dało się wyczuć, że gorączkowo szukała okazji
do zmiany tematu. – Skoro tak…
– Bells,
chodź tutaj! – Głos Charliego zaskoczył obie, przy okazji skutecznie
rozluźniając atmosferę. – Chodź i zabierz ją od nas, zanim od ręki zorganizuje
nam tu wesele!
Nie musiał
dodawać niczego więcej, by zrozumiały, że mówił o Alice. Bella natychmiast
wyprostowała się i – uśmiechając w nieco pobłażliwy sposób –
pośpieszyła ku oczekującemu jej towarzystwu. Jocelyne w milczeniu
odprowadziła ją wzrokiem, wciąż oszołomiona. Chyba tylko ta z jej ciotek
mogła poruszyć temat ślubu, na dodatek w taki sposób, by pomimo niedawnego
pogrzebu, uroczystość nie wypadła niezręcznie.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Została sama, ale mimo wszystko nie potrafiła się tego
ucieszyć. Chwilę trwała w bezruchu, obserwując mówiącą o czymś z entuzjazmem
Alice, zwłaszcza że ta skutecznie skupiła na sobie uwagę zebranych. Joce nie
była w stanie rozróżnić poszczególnych słów.
Jeśli nie zrobisz tego teraz…
Nawet nie
próbowała dokończyć myśli. W pośpiechu – odpychając od siebie poczucie, że
właśnie zachowywała się jak ostatnia kretynka – zsunęła się z krzesła.
Nikt nie zwrócił na nią uwagi, gdy bez pośpiechu spróbowała przemknąć do
schodów.
W chwili, w której
znalazła się na ruchliwej ulicy, pojęła, że już tak naprawdę nie miała wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz