
Jocelyne
Propozycja Edwardą ją
zaskoczyła. Początkowo sama nie była pewna, co o niej myśleć, chociaż już w pierwszej
chwili na nią przystała. Dopiero później naszły ją wątpliwości, ale z uporem
odsuwała je od siebie, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę nie miała wyboru.
– Dziękuję
ci. – Bella uśmiechnęła się promiennie, w pośpiechu zajmując miejsce za
kierownicą. Jocelyne obserwowała ją w milczeniu, mimowolnie wznosząc oczy
ku górze, kiedy wampirzyca nachyliła się ku niej, by pomóc uporać się z pasami.
Może miało to sens, skoro jako jedyna w rodzinie była aż tak krucha, ale
jakoś nie wyobrażała sobie, żeby ktoś obdarzony wyostrzonymi zmysłami mógł spowodować
wypadek. Cóż, nie tak po prostu. – Charlie pewnie się ucieszy na twój widok.
Ostatni tyle się działo i… Wiem, że chciał poznać cię już wcześniej – dodała, a Joce
wymownie uniosła brwi.
– Rodzice
jednak o mnie wspomnieli? – zapytała z powątpiewaniem. Wiedziała kim
był Charlie, ale kiedy ostatnim razem mama zdecydowała się z nim spotkać,
towarzyszenie jej nie wchodziło w grę. Nie, skoro Joce wciąż z uporem
zamykała się w pokoju, przekonana, że traci zmysły. – Myślałam…
– To…
skomplikowane – przyznała wymijającym tonem Bella, przeczesując włosy palcami. –
Tak jakby wie, ale… nic nie wie – dodała, ale to jedynie bardziej wytrąciło
dziewczynę z równowagi.
– To nie ma
sensu – zauważyła przytomnie.
Bella
jęknęła. Dłonie nerwowo zacisnęła na kierownicy, nie od razu decydując się
odpalić silnik. Milczała, kiedy – wkładając w to przesadnie wręcz wiele uwagi
– ostrożnie wymanewrowała samochód z garażu.
– Już od
lat mamy z tatą pewien układ. Mam na myśli… – zaczęła i znów urwała.
Wzruszyła ramionami, bezskutecznie próbując rozluźnić atmosferę. – Charlie
dobrze wie, że nie jesteśmy normalni. Jakby nie patrzeć, związał się z Sue,
prawda? Jacob się przy nim przemienił i… Och, tak czy inaczej, kiedy zostałam
wampirem, a na świecie pojawiła się Nessie, byłam gotowa zrobić wszystko,
byleby nie zrywać z nim kontaktu. Tak naprawdę miał tylko mnie – wyrzuciła
z siebie na wydechu. Joce na moment zamarła, nie tyle zaskoczona, co
zaniepokojona. Znała te dylematy, może nie w odniesieniu do najbliższych,
ale Dallasa, którego w równym stopniu chciała chronić, co i zatrzymać
przy sobie. – No i wtedy Jake wziął sprawy w swoje ręce. Nikt nie zabroniłby
mu zdradzić tajemnicy plemienia. Zmiennokształtni mają o tyle łatwiej, bo
ich nikt nie kontroluje.
– Mówisz teraz
o Volturi – zauważyła cicho.
Włosi nie
byli aż takim problem, przynajmniej w ostatnim czasie. Takie miała
wrażenie od czasu balu w Volterze, kiedy wszyscy przekonali się, że istniało
większe zagrożenie – Isobel czy demony. Później pojawiły się łowcy, choć ci
wciąż pozostawali tylko ludźmi. Tak czy siak, nawet nie angażując się w sprawy
polityczne, słyszała dość, by wywnioskować, że po incydencie podczas
uroczystości reputacja Volturi dość mocno ucierpiała. Ich liczebność również i to
nie tylko przez zdradę Jane.
–
Musieliśmy uważać. Ja miałam szczęście, bo dali mi wybór, a decyzję podjęłam
już dawno temu. Ale mój tata… Sama rozumiesz. – Bella potrząsnęła głową. Spojrzenie
wbiła w pasmo drogi przed sobą, próbując skupić się na prowadzeniu auta. –
Powiedzmy, że mamy taki mały kompromis. On wie tyle, ile możemy mu zdradzić, a w zamian
nie dopytuje.
– Czyli co?
Wie, że właśnie wieziesz mu prawnuczkę? – zapytała z powątpiewaniem.
– Hm… Tak
jakby. Ale hej, jak go znam, będzie zachwycony, gdy tylko cię zobaczy!
Jocelyne ze
świstem wypuściła powietrze. Rozluźniła się, po czym odchyliła głowę, wymownie
spoglądając w dach auta. Nie odezwała się nawet słowem, dochodząc do
wniosku, że tak będzie bezpieczniej, skoro pierwszą reakcją, jaka przyszła jej
do głowy, było to, by roześmiać się w nieco histeryczny sposób. A sądziła,
że to widywanie duchów było skomplikowane! Co prawda od początku wiedziała, że
niektóre relacje bliskich od strony mamy były dość złożone, ale dopiero Bella
uprzytomniła jej jak daleko to sięgało. Mogła tylko zgadywać, jaki charakter
miał wspomniany Charlie, skoro przez tyle lat był w stanie przez palce
patrzeć na kolejne kłamstwa, byleby tylko zatrzymać przy sobie tych, których
kochał. Trwał w tym nawet teraz, gdy praktycznie stracił przybranego syna,
bo jakoś nie wątpiła, że Seth musiał być dla niego ważny, zwłaszcza że związał
się z jego matką. Sue też do tej pory nie miała okazji poznać, ale gdy
zaczęła się nad tym zastanawiać, doszła do wniosku, że może mogłaby tę kobietę
polubić. Z tego, co się zorientowała, jej dzieci były sympatyczne – nawet jeśli
Leah okazyjnie drażniła wszystkich wokół, a ostatecznie pogrążyła się w żalu.
Jakby nie
patrzeć, to był świat, w którym kiedyś żyła mama. Do tej pory traktowała
go jako coś odległego i niezwiązanego z nią, ale przecież to nie była
prawda. Co prawda wciąż miała wątpliwości, które towarzyszyły jej od chwili, w której
Edward poprosił, by towarzyszyła Belli podczas spotkania z ojcem i Sue,
ale to już nie miało znaczenia. Możliwe, że jej obecność jednak miała sens.
Skoro tak, zamierzała zrobić wszystko, żeby się uśmiechać i zachowywać naturalnie,
tym bardziej że stała przed perspektywą poznania ludzi, którzy w ostatnim
czasie przeszli zdecydowanie zbyt wiele. Nie miała pewności, czy zachowywanie
się w aż tak swobodny sposób było dobrym pomysłem, ale z drugiej
strony… Och, po śmierci Dallasa nie chciała, by ktokolwiek obchodził się z nią
jak z jajkiem. Nic do rzeczy nie miało to, że jakiś czas później chłopak
zaczął raz po raz jej towarzyszyć i zachować w równie irytujący
sposób, co i wtedy, gdy był żywy.
Mogła chociaż
tyle, zwłaszcza dla mamy. Renesmee była rozczarowana, kiedy okazało się, że nie
była w stanie im towarzyszyć, ale tak było lepiej. Przyglądanie się
wszystkiemu z boku, musiałoby być dla niej frustrujące, nie wspominając o tym,
że Joce zdecydowanie nie byłaby w stanie skupić się w jej obecności. Jasne,
nekromancja niekoniecznie była tematem tabu, ale jakoś nie widziała siebie, już
na wstępie informującą dwójkę wciąż obcych jej ludzi, że widziała duchy. W tym
własną mamę, chociaż ona – bez obaw! – tak naprawdę nie umarła. Chyba, bo wciąż
nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić.
Sceny rodem
z „Szóstego zmysłu” lepiej było zostawić na inną okazję.
– Wszystko gra?
W
roztargnieniu spojrzała na Bellę. Skinęła głową i wyjrzała przez okno,
próbując ocenić, gdzie się znajdowały. Rozpoznała jedną z bardziej
charakterystycznych dzielnic Seattle, zwłaszcza że nie tak dawno temu była w tym
miejscu, gdy zmierzały do klubu, który przygotowywała Alice. Kawiarnia, w której
zamierzali spotkać się z Sue i Charliem, znajdowała się w pobliżu,
Joce zaś podejrzewała, że to nie był zbieg okoliczności. Jak znała ciotkę, ta
jak nic miała wykorzystać okazję, by poprawić kolejnym osobom nastrój i wtajemniczyć
je w swoje małe przedsięwzięcie.
Bella z wprawą
zaparkowała, ale nie ruszyła się z miejsca. Wyglądała na zdenerwowaną,
choć dość szybko zapanowała nad sobą. Wysiliła się na blady uśmiech, po czym
raz jeszcze spojrzała na wnuczkę.
– Trzymaj
się blisko mnie. Edwardowi i tak nie podoba się, że pojechałyśmy razem –
wyjaśniła, sięgając do drzwi. – Gdyby… działo się coś złego, to mi powiedz, w porządku?
Coś wymyślę.
Innymi
słowy, gdyby nagle zorientowała się, że nie były same, miała powstrzymać się od
ucieczki z wrzaskiem. Pewnie dało się to załatwić, a przynajmniej miała
nadzieję, że tym razem obejdzie się bez nadnaturalnych spotkań – a już
zwłaszcza takich, które obejmowałyby przypadki na tyle przerażające, co
mężczyzna, przed którym z płaczem uciekała na dach szkoły. Od tamtego
czasu zmieniło się wiele, ale Jocelyne wcale nie czuła się jak ktoś bardziej
odporny na niepokojące widzenia i sceny żywcem wyjęte z horroru.
Wolała nie sprawdzać, czy i na taką reakcję Charlie i Sue byliby w stanie
zareagować tak, jakby nic wyjątkowego nie miało miejsca.
– Jasne,
jasne. – Uśmiechnęła się do Belli, z niejaką satysfakcją przekonując, że
przyszło jej to dość naturalnie. – Dajcie mi gorącej czekolady, a wtedy
wszystko po prostu będzie musiało być w porządku.
Wampirzyca
zaśmiała się melodyjnie. Rozluźniła się, a przynajmniej takie wrażenie
odniosła Joce, zwłaszcza gdy kobieta w końcu ruszyła się z miejsca. W pośpiechu
wygramoliła się z auta, wcześniej chwilę walcząc z zapiętymi pasami. O bogini,
nigdy nie radziła sobie z tym mechanizmem, choć – przynajmniej w teorii
– był przecież bardzo prosty.
Zadrżała,
ledwo tylko znalazła się na mrozie. Przynajmniej chodnik był odśnieżony i nie
wyglądał na śmiertelną pułapkę zastawioną na kogoś, kogo koordynacja ruchowa
pozostawiała wiele do życzenia. W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła,
przez moment naiwnie licząc, że skoro już była w mieście, miała szansę na
to, by dopisało jej szczęście. Nie żeby podejrzewała, że nagle dostrzeże Gabriela,
którego mogłaby później zabić za to, że podczas gdy ona odchodziła od zmysłów,
on jak gdyby nigdy nic spacerował sobie ulicami miasta, ale…
– No nie
wierzę – usłyszała nieco stłumiony jęk Belli.
Spojrzała
na nią pytająco, ale nie doczekała się odpowiedzi. Dopiero kiedy przeniosła
wzrok w miejsce, na które patrzyła wampirzyca, zrozumiała w czym
rzecz.
– Przyjechali
radiowozem? – zapytała z rozbawieniem, wymownie spoglądając na zaparkowany
samochód.
–
Oczywiście, że musiał mi to zrobić. – Bella z westchnieniem wzniosła oczy
ku górze. – Kiedy sprowadziłam się do Forks, bałam się, że będzie mnie tak
woził do szkoły. Wyobrażasz to sobie.
Zachichotała,
nie mogąc się powstrzymać. To wciąż nie było aż tak niepokojące jak widzenie
duchów, ale z pewnością okazałoby się ciekawym doświadczeniem dla
postronnych obserwatorów. Zwłaszcza w małej mieścinie przykułoby uwagę.
Joce może i nie miała pewności, jakich rozmiarów tak naprawdę było Forks,
ale była gotowa przysiąc, że niektóre plotki rozchodziły się tam równie
błyskawicznie, co i w odizolowanym od świata Mieście Nocy.
Ruszyła za
Bellą, gdy tylko ta skierowała się ku kawiarni. Z niejaką ulgą przyjęła
nie tylko to, że wewnątrz było o wiele cieplej, ale przede wszystkim brak
jakiegokolwiek niepokoju, świadczącego o tym, że w pobliżu mógłby znajdować
się ktoś, kogo wolałaby nie spotkać. Powitał ją za to charakterystyczny,
całkiem przyjemny zapach kawy. Wydawał się przysłaniać wszystko inne, może pomijając
krew, bo posoka zawsze miała to do siebie, że drażniła nadmiernie wyostrzone
zmysły.
Jocelyne uniosła
brwi, widząc porozwieszane w lokalu serduszka. Może i straciła
poczucie czasu, ale pamiętała, że do walentynek wciąż pozostały przynajmniej dwa
tygodnie, jeśli nie dłużej. Chwilami nie rozumiała sklepów, zresztą coś w myśli
o zbliżającym się święcie zakochanych sprawiło, że przewróciło jej się w żołądku.
Jedyna osoba, która spoglądała na nią pod tym kątem, tak jakby była martwa. Co więcej,
wciąż odrzucała od siebie myśl, że to skutecznie wykluczało jakikolwiek
normalny związek.
Połączenie
walentynek i święta zmarłych zdecydowanie nie brzmiało dobrze…
– Bells,
tutaj!
Męski głos
skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Zamrugała nieco nieprzytomnie,
zwłaszcza gdy w odpowiedzi na te słowa Bella jak gdyby nigdy nic chwyciła
ją za rękę i pociągnęła w odpowiednim kierunku. W pierwszym
odruchu Joce zapragnęła wywrócić oczami, tym bardziej że nie pierwszy raz
poczuła się jak dziecko. Ostatecznie nie skomentowała tego nawet słowem, całą uwagę
koncentrując na parze śmiertelników, którą dostrzegła przy jednym z większych,
mieszczących się w centralnym punkcie lokalu stolików. Kawiarnia nie była
zatłoczona, ale to jak najbardziej było Jocelyne na rękę. Nie miewała problemów
z pragnieniem, ale i tak wolała nie ryzykować.
Pierwszym,
co rzuciło jej się w oczy, to uderzające wręcz podobieństwo między Bellą a jej
ojcem. Charlie okazał się dość postawnym, choć już poznaczonym przez wiek
mężczyzną. Nie był stary, a przynajmniej Joce nie określiłaby go tym
mianem. Zakładała raczej, że musiał już jakiś czas temu przekroczyć
pięćdziesiątkę, co nie zmieniało faktu, że trzymał się całkiem dobrze. Taki
wiek zresztą nie znaczył niczego, kiedy na co dzień obracało się pośród istot,
które liczyły sobie całe wieki. Nie zmieniało to jednak faktu, że przyzwyczaiła
się do nieśmiertelnych – wiecznie młodych, w pełni odpornych na upływający
czas. Ze śmiertelnikami było inaczej, ale coś w tym odkryciu wydało się Joce
co najmniej fascynujące. To przynajmniej pomyślała, mimowolnie z uwagą
mierząc wzrokiem swojego… cóż, pradziadka. Pomijając rysy twarz, które – nawet
mimo zmarszczek – momentalnie skojarzyły jej się z Bellą, było coś w charakterystycznego
w sposobie, w jaki się uśmiechnął. Och, no i we włosach. Co
prawda dostrzegła już oznaki siwizny, ale to wciąż były ciemne loki. Kręciły
się tak samo jak te mamy i – co nagle sobie uświadomiła, w ostatniej
chwili powstrzymując się przed przeczesaniem loków palcami – jej własne.
Cóż,
przynajmniej wiedziała, kogo powinna obwiniać o ciągle problemy z doprowadzeniem
fryzury do ładu. Swoją drogą, to było całkiem pocieszające.
Zaraz po
tym zwróciła uwagę na czekoladowy odcień tęczówek wpatrzonego w nią
mężczyzny. Takie jak Damiena,
uprzytomniła sobie, a po całym jej ciele jak na zawołanie rozeszło się przyjemne
ciepło. Wszyscy ciągle powtarzali, że na kilometr dało się rozpoznać Licavolich,
ale teraz mogła się przekonać, że gdy chodziło o geny, w grę nadal
wchodziło coś więcej niż przynależność do jednego rodu.
Uprzytomniła
sobie, że się uśmiecha, nawet nie musząc udawać, że czuła się dobrze. Nawet
bijąca od Charliego aura przygnębienia nie sprawiła, że poczuła się jakkolwiek
nieswojo. Bardziej pewnie ruszyła za Bellą, przed dotarciem do stolika, poświęcając
jeszcze uwagę towarzyszącej mężczyźnie kobiecie. Sue była drobna, ale coś w jej
typie urody i pewnym spojrzeniu sprawiło, że Joce momentalnie doszła do
wniosku, że zdecydowanie nie należała do słabych. Ciemnowłosa, o śniadej cerze
i charakterystycznych rysach twarzy, momentalnie skojarzyła się Joce z Leą.
Co prawda widywała wilczycę zaledwie kilka razy, ale to wystarczyło, by nie
miała wątpliwości, że te dwie mogłyby być spokrewnione.
Charlie
poderwał się z miejsca, gdy tylko znalazły się obok. Było coś nieporadnego
w sposobie, w jaki uściskał Bellę, ale to wydawało się po prostu do
niego pasować. Jocelyne była gotowa przysiąc, że często sama zachowywała się podobnie.
Nie miała tylko pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
– Tak
dobrze cię widzieć – westchnął mężczyzna, w popłochu odsuwając się od
córki. – Brzmiałaś tak dziwnie przez telefon… Jak Nessie? Na pewno wszystko
gra?
–
Oczywiście. – Bella nawet się nie zawahała. Jedynie Joce była w stanie wyczuć,
że jej zapewnienia w rzeczywistości stanowiło wierutne, dość bolesne
kłamstwo. – Już jej lepiej, przynajmniej trochę, ale to wciąż za wcześnie, żeby
wychodziła… Sam rozumiesz – dodała, a Charlie chcąc nie chcąc skinął
głową.
– No, tak… –
zreflektował się. – Chociaż może mógłbym…
– Nie chcę,
żeby któreś z was zaraziła. Ona zresztą też.
Tym, co dolega mamie, dość trudno się
zarazić, pomyślała mimochodem, nagle przygnębiona. Wiedziała, jaka była
oficjalna wersja, ale i tak trudno było jej się tego trzymać. Co prawda
choroba brzmiała jak wygodna wymówka, ale gdyby chodziło tylko o to, pewnie
już dawno mieliby jakiś punkt zaczepienia. Miała zresztą wrażenie, że grypa czy
coś bardziej niebezpiecznego, wciąż brzmiało lepiej od informacji, że
pozbawiona ciała dusza zawisła gdzieś między światem żywym a umarłych.
Charlie
mruknął coś w odpowiedzi, ale bez większego przekonania. Coś w jego
reakcji dało Jocelyne do zrozumienia, że tak naprawdę wcale nie wierzył w to,
co mówiła mu córka. Mógł kiwać głową, przyjmować kolejne wyjaśnienia i udawać,
że wszystko w porządku, ale to nie zmieniało faktu, że wiedział swoje. Coś
w tej świadomości sprawiło, że dziewczyna zawahała się, co najmniej
zafascynowana. To zdecydowanie świadczyło o miłości, choć zarazem miało w sobie
coś niezwykle przygnębiającego.
Przesunęła
się bliżej, znacząco odchrząkując, by zwrócić na siebie uwagę. Może i Charlie
nie pytał o nic więcej, ale wolała przynajmniej spróbować pomóc w ratowaniu
atmosfery, skoro miała po temu okazję.
Zaciekawione
spojrzenia jak na zawołanie spoczęły na niej. Zauważyła, że oczy Charliego
rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zrozumiał, kogo miał przed sobą. Co prawda
Bella uprzedziła go, że nie przyjedzie sama, ale najwyraźniej mężczyzna do
samego końca nie miał pewności, czego się spodziewać. Z drugiej strony,
może jego również poraziło podobieństwo. Skoro ona była w stanie je
dostrzec, najpewniej działało to w dwie strony.
– To jest
właśnie Jocelyne – wyjaśniła Bella, przyciągając ją bliżej. Dłonie zacisnęła na
ramionach wnuczki, nagle zasłaniając się nią jak tarczą. Wyraźnie jej ulżyło,
gdy wychwyciła możliwość zmiany tematu na bezpieczniejszy. – Joce, to Charlie i Sue.
– Dzień
dobry.
Wątpiła, by
jej słuchali. Przynajmniej Charlie, który wciąż spoglądał na nią w tak
przenikliwy, zdecydowany sposób, że aż poczuła się nieswojo. Mimo wszystko zmusiła
się do tego, by uśmiechać się promiennie. Próbowała ukryć zakłopotanie, ale i tak
poczuła, że się czerwieni. To było silniejsze od niej, zwłaszcza że – w przeciwieństwie
do Eleny – nie przywykła do znajdowania się w centrum uwagi. Inna sprawa, że
gdy w ostatnim czasie ktoś się nią interesował, nie wiązało się to z niczym
dobrym. Wręcz przeciwnie – raczej oznaczało, że kolejny raz zrobiła coś innego,
będąc na dobrej drodze, by się upokorzyć albo wpakować w kłopoty.
– Ale ty to
wdałaś się w ojca, prawda? – rzuciła dotychczas milcząca Sue. Uśmiechnęła
się w nieco wymuszony, ale szczery sposób. Po wyrazie jej twarzy mimo
wszystko trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślała. – Chociaż włosy…
– To przecież
mały aniołek i… To znaczy. – Charlie potrząsnął głową. – Dajcie mi chwilę.
Jeszcze
kiedy mówił, ciężko opadł na krzesło. Wciąż nie odrywał wzroku od Joce,
wyraźnie nad czymś myśląc. Dziewczyna mogła się założyć, że w tamtej
chwili w głowie miał mętlik. Z jednej strony wiedział, z drugiej
mimowolnie musiał próbować uporządkować wszystko w logiczną całość – jej
wiek, wygląd i świadomość, że po prostu musiała być z nim spokrewniona.
Sęk w tym, że niezależnie od tego, jakby liczył, nie miał być w stanie
wpasować w swoje obliczenia kogoś, kto z powodzeniem mógłby uchodzić
za młodszą siostrę jego córki, a co dopiero wnuczki.
Ciekawe, jak zareagowałby na Ali… Zresztą
ona wiedziałaby, co powiedzieć, pomyślała w rozgorączkowaniu Joce. Jeśli on dostanie przeze mnie zawału…
–
Siadajcie, bo robi się niezręcznie – rzuciła pośpiesznie Sue. Ona jedna jakimś
cudem była w stanie zachowywać się naturalnie. – Chcecie coś do picia? To
znaczy… – zreflektowała się pośpiesznie, wymownie spoglądając na Bellę.
Przynajmniej
ten jeden raz Jocelyne nie musiała zastanawiać się nad doborem słów.
– Ja poproszę
gorącą czekoladę. O ile to nie problem.
Sue przez
moment spojrzała na nią tak, jakby miała ochotę ją ucałować. A czego się spodziewała? RH+ i słomki?, pomyślała, mimochodem dochodząc
do wniosku, że właśnie takiej odpowiedzi doczekałaby się od Ryana, gdyby znów
ją obserwował. A potem pewnie obchodziłby ją ze wszystkich stron, by
upewnić się, że to, co piła, w rzeczywistości nie było barszczem albo
sokiem porzeczkowym. Z jego perspektywy nadal nie wyglądała na kogoś nieśmiertelnego.
Z tym, że w obecnej
sytuacji tak było lepiej. Przynajmniej ten jeden raz mogła się przydać, ze
swoją śmiertelną cząstką idealnie nadając się do odwracania uwagi. Podejrzewała,
że nawet jeśli Charlie zdążył przez lata zauważyć, że jego córka unikała
normalnego jedzenia, wciąż lepiej było, by choć jedna z nich zachowywała
się jak człowiek. Cóż, jeśli to miało sprowadzać się do picia czekolady,
Jocelyne zdecydowanie nie zamierzała narzekać.
W tamtej
chwili – siedząc na krześle i uśmiechając się niewinnie – próbowała nie myśleć
o tym, że w rzeczywistości zdecydowała się pojechać do miasta w dość
konkretnym celu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz