26 grudnia 2018

Sto dziewięćdziesiąt jeden

Jocelyne
Postanowiła udawać, że nic wyjątkowego nie miało miejsca. To brzmiało jak plan, przynajmniej do pewnego stopnia, skoro wiedziała, że najpewniej oszukiwała samą siebie. Z drugiej strony, już od jakiegoś czasu wiedziała, że wszelakie dziwne, nadnaturalne rzeczy jakoś wiązały się z nią, więc równie dobrze mogła spróbować się tego trzymać. Tak było łatwiej, a przynajmniej miała nadzieję, że dzięki temu zdoła zachowywać się we względnie normalny sposób. Ostatnim, czego potrzebowała, byli zmartwieni bliscy, gdyby znowu zaczęła kryć się po kątach i milczeć za każdym razem, gdyby pytali o jej samopoczucie.
Metoda okazała się bardziej skuteczna, niż Joce mogłaby podejrzewać. Starannie wyrwała stronę z tym niepokojącym, krwawym napisem, który znalazła w notesie. Wyrzuciła ją i spróbowała zapomnieć o jej istnieniu. Wierzyła, że to przypadek – zły sen albo wynik zmęczenia, zwłaszcza że wciąż zadręczała się z powodu rodziców. Przynajmniej miała mamę, a ta całkiem nieźle odnajdywała się pod postacią nie-do-końca-ducha, więc przynajmniej pod tym względem wszystko było w porządku. Co prawda po Renesmee dało się wyczuć, że się martwiła, ale to wydało się Jocelyne naturalne. I tak nie uwierzyłaby, gdyby Nessie zaczęła ją zapewniać, że dobrze radziła sobie z niepewnością co do tego, co działo się z Gabrielem.
Była jeszcze kwestia zniknięcia Cassandry, ale przynajmniej tymczasowo nikt nie miał do tego głowy. Ostatecznie sam Ryan stwierdził, że to nie byłby pierwszy raz, kiedy jego znajoma próbowała działać po swojemu. Twierdził, że prędzej czy później na pewno zamierzała wrócić, i choć jego zapewnienia nie brzmiały szczególnie przekonująco, wszyscy przynajmniej udawali, że mu wierzą. Tak naprawdę jedyną osobą, która miałaby szansę wypowiedzieć się na temat tego, czy pozwolenie dziewczynie działać na własną rękę, był Rufus, a ten wciąż pozostawał w Mieście Nocy. Co więcej, Joce była gotowa się założyć, że wujkowi również przejmowanie się hybrydami, o których tak niechętnie wspominał, nie było na rękę.
Jocelyne wiedziała, że działo się coś jeszcze, co miało związek z jej bliskimi, ale próbowała o tym nie myśleć. Słyszała o problemach, które dotyczyły Beatrycze i Eleny, jednak nie próbowała o nic pytać, zwłaszcza że zorientowała się, że rodzina nie do końca chciała ją wtajemniczyć. Podejrzewała, że gdyby się uparła i zażądała wyjaśnień, chcąc nie chcąc wyjaśniliby jej wszystko, ale nie widziała powodu, by się na to zdecydować. Przecież aż nazbyt dobrze wiedziała, dokąd to wszystko zmierzało. Ciemność, klątwa i Ophelia – coś, czego była świadoma od samego początku i co do tej pory ją przerażało.
Szukała spokoju, ale to wcale nie było takie łatwe. Nie mogła przez wieczność patrzeć przez palce na wszystko, co działo się wokół niej. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała skupić się na otaczających ją problemach, by mieć szansę je uporządkować, ale i tak z uporem odwlekała tę konieczność w czasie. Pewne sprawy mogły zaczekać, to po pierwsze. Po drugie, myśli Joce uciekały wciąż do innej, o wiele bardziej powiązanej z nią kwestii.
Duch dziewczyny nie pojawił się więcej, by ją popędzać i pytać o imię, ale musiałaby całkowicie upaść na głowę, by uwierzyć, że to rozwiązywało wszelakie problemy. Za którymś razem dusza musiała się poradzić, a sądząc po tym, jaka była zdenerwowana ostatnim razem, Joce spodziewała się najgorszego. Musiała zacząć działać, woląc nie sprawdzać, jak daleko mógłby posunąć się zagniewany duch. W gruncie rzeczy już zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając wieczór, w który wypadła przez okno. Wspomnienie przypominającego cień Dallasa wciąż ją prześladowało, choć sam chłopak zachowywał się w najzupełniej normalny, zdatny do zniesienia sposób. To też było zasługą impasu, na który znów pozwalała, reagując na każdą pieszczotę i pozwalając chłopakowi trwać w przekonaniu, że wszystko wróciło do normy, a oni nadal są parą, ale nie miała pojęcia, co innego mogłaby zrobić. Zdawała sobie sprawę z tego, że jedynie pogarszała sytuację, ciągnąc tę farsę i dając Dallasowi fałszywą nadzieję, ale z drugiej strony…
Cóż, prawda była taka, że bała się konsekwencji kolejnej próby uświadomienia mu, że śmierć jednak zmieniała wszystko. Nie w taki sposób, jak ostatnim razem.
Nie, skoro wiedziała, że za którymś razem mogłaby popchnąć go w objęcia szaleństwa, z którego by nie wrócił.
Nie była w stanie zliczyć, jak wiele razy rozpamiętywała rozmowę z Claire i to, co kuzynka wyszukała dla niej tamtego dnia w bibliotece. Później sama szukała czegoś więcej w internecie, co okazało się dość marnym pomysłem. Miała problem z rozróżnieniem, które wzmianki były prawdziwe, a które stanowiły wymysł ludzi. Potrzebowała innego, pewniejszego źródła informacji, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że śmiertelnicy lubili dorabiać sobie ideologię do każdego tematu, którego nie rozumieli. W efekcie Joce spodziewała się, że prędzej odszuka jakąś lokalną grupę czczących szatana dzieciaków niż kogoś, kto faktycznie mógłby jej uświadomić na czym stała.
Co nie zmieniało faktu, że wciąż próbowała. Na jednym z forów internetowych, poświęconych przywoływaniu duchów i nadnaturalnym zdolnościom (a przynajmniej tak twierdził opis i ci, który decydowali się na nim wypowiedzieć), znalazła wzmianki o sklepie ezoterycznym, znajdującym się gdzieś na obrzeżach Seattle. Informacje nie były konkretne, poza tym sprowadzały się do pojedynczego wpisu o rzekomo dziwnym usposobieniu prowadzącej lokal staruszki, ale coś w tej informacji zaintrygowało dziewczynę na tyle, by chciała to sprawdzić. Tak naprawdę nie miała niczego do stracenia, tym bardziej że sklepik mieścił się zaledwie kilka przecznic od miejsca, które wynajdowała Alice. Wciąż mogła przy jakiejś okazji zaproponować ciotce pomoc, a później spróbować wymknąć się i sprawdzić to, co wyczytała na forum. Skoro mimo wszystko właśnie w internecie znalazła wyjaśnienie tego, czym w ogóle była nekromancja, to być może i tym razem miało dopisać jej szczęście.
Problem polegał na tym, że wciąż brakowało jej odwagi. Słodka bogini, w całym tym szaleństwie próbowała gonić za przypadkowymi plotkami, podczas gdy sama nie była nawet w stanie uporządkować tego, co działo się w jej głowie. Wiedziała, że powinna się przełamać i – zamiast wciąż uciekać – wyjść naprzeciw temu, co potrafiła, ale nie była w stanie się na to zdobyć. Jakaś jej cząstka wciąż była sparaliżowana przez strach, przez co Jocelyne czuła się dokładnie w ten sposób, w jaki postrzegali ją najbliżsi: jak mała dziewczynka, którą za wszelką cenę należało chronić. To stało w sprzeczności ze słowami mamy, która powtarzała, że miała ją za najdzielniejszą osobę, jaką znała. Co prawda Joce nie sądziła, by Renesmee ją okłamała, ale sama zdecydowanie nie czuła się jak ktoś, kogo należało podziwiać. Cóż, przynajmniej nie za odwagę.
Jakby nie było, priorytetem wciąż pozostawało odnalezienie imienia dziewczyny, która podążała za nią aż od siedziby łowców. Jocelyne robiło się niedobrze na myśl, że miałaby wrócić do tamtego miejsca – odciętego od świata, a przy tym ograniczającego zmysły i telepatię – ale przecież tak naprawdę nie miała wyboru. Potrzebowała odpowiedzi, a jedynym pomysłem, który miała, było powtórzenie wyczynu z ośrodka i przejrzenie dokumentów. Włamanie do gabinetu Rona się opłaciło, więc i tym razem liczyła na podobny sukces. Z uporem odsuwała od siebie myśl, że tak naprawdę porywała się z motyką na słońce, tym razem zamiast jednego pomieszczenia, porywając się na przeszukanie całych podziemi. Opustoszałe czy nie, to miejsce wciąż pozostawało niebezpieczne. Inna sprawa, że w ostatnim czasie wszyscy zachowywali się w co najmniej przewrażliwiony sposób, ciągle powtarzając, by nigdzie nie ruszać się w pojedynkę.
Coś się działo. Wiedziała o tym, ale wciąż żyła z daleka od prawdy, nie chcąc zamartwiać się bardziej niż było to konieczne. Już i tak się zadrżała, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wątpiąc w powodzenie planu, który w wolnych chwilach układała. Nikt nie wypuściłby jej samej z domu, nieważne jaką wymówkę by podała.
W tym wypadku pozostawało jej tylko czekać – z tym, że nie miała pojęcia na co.

Dwa kolejne dni wyglądały bardzo podobnie. Trzymała się na uboczu, co okazało się dość proste, skoro chciała spędzać czas wyłącznie z mamą. Nikt nie miał do niej o to pretensji, a i sama Renesmee wydawała czuć się lepiej, kiedy mogła być obok. Alessia wciąż pozostawała w Mieście Nocy, a Damien poświęcał czas Liz. Zwłaszcza przy nieobecności Gabriela, trzymanie się najmłodszej córki, która na dodatek mogła ją zobaczyć, musiało być dla Nessie najistotniejsze. Zresztą wszystko wydawało się lepsze, niż gdyby również ona przepadła, próbując działać w pojedynkę. Joce wciąż obawiała się, że za którymś razem jednak mogłoby do tego dojść, mimowolnie rozluźniając za każdym razem, gdy upewniła się, że kobieta wciąż była w domu.
Prawda była taka, że miała ochotę z nią porozmawiać. Jeśli nie mamie, komu innemu miałaby się zwierzyć, zwłaszcza po tym, czego doświadczyły przez łowców? Skoro Renesmee wiedziała, co oznaczało widywać umarłych, być może zrozumiałaby targające Joce obawy związane z bezimienną dziewczyną. Najpewniej tak by się stało, skoro sama dosłownie rzuciła się pomagać Cassandrze i Ryanowi, ale z drugiej strony… Czy to cokolwiek by zmieniło? Wątpiła, by jakiekolwiek argumenty wydałyby się mamie wystarczająco sensowne, żeby zgodziła się, by jej dziecko tak po prostu poszło błąkać się po opustoszałej siedzibie wymordowanych przez pewnego niebezpiecznego wampira łowców.
Wątpliwości niczego nie ułatwiały, tak jak i poczucie stopniowo traconego czasu. To nie był pierwszy raz, kiedy musiała miotać się na prawo i lewo, nie mając pojęcia, jak radzić sobie z tym, co ją dręczyło. Milczenie nie było odpowiedzią, ale z drugiej strony…
Tym bardziej nie pomagał sen, przez który obudziła się w środku nocy. Gwałtownie poderwała się do pozycji siedzącej, świadoma wyłącznie tłukącego się w piersi serca i tego, że była dosłownie przemoczona potem. Zamarła w bezruchu, walcząc o złapanie oddechu, zanim z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, nie aż tak intensywne jak wtedy, gdy dosłownie płakała z bólu wywołanym przez leki, po których przestała widzieć duchy, ale nie mniej irytującym.
– Joce? Joce!
Wzdrygnęła się, w pośpiechu przenosząc wzrok na mamę. Renesmee natychmiast znalazła się tuż obok, siadając na skraju łózka. Wyciągnęła rękę, by móc pogładzić Joce po policzku, ale prawie natychmiast ją zabrała, gdy dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. W nerwach bycie materialną nie wychodziło jej aż tak dobrze, jak mogłaby tego oczekiwać, przez co najwyżej znów zaczynała przez wszystko przenikać. Do takiego wniosku przynajmniej doszła Jocelyne, po nieprzyjemnym chłodzie poznając, że mamie nie do końca udało jej się dotknąć.
– Już… dobrze – wyrzuciła z siebie na wydechu. Nerwowym gestem przeczesała włosy palcami, próbując zaczesać je za ucho. – Nic mi nie jest.
W gruncie rzeczy pragnęła przekonać przede wszystkim samą siebie, że tak było. Czuła, że mama wciąż ją obserwowała, najpewniej nie dowierzając. Nic nie mówiła, w zamian siedząc obok i cierpliwie czekając, aż dziewczyna w końcu się uspokoi.
Jocelyne zacisnęła powieki. Dzwoniło jej w uszach, choć sama nie była pewna dlaczego. W pamięci wciąż miała urywki czegoś, co jak nic musiało być snem – pędzenia przez las, zaśnieżonej ziemi i… Och, czy było coś jeszcze? Nie potrafiła określić. Tym bardziej nie rozumiała narastającego w jej wnętrzu strachu, skoro w powoli blaknących wspomnieniach mimo wszystko nie było niczego, co mogłaby uznać za aż tak niepokojące. Czuła, że coś mogło jej umknąć, ale nie potrafiła określić co i dlaczego.
– Joce? – odezwała się ponownie Renesmee. – Co się stało? Ty…
– Krzyczałam? – upewniła się.
Nie przypominała sobie, by zareagowała w ten sposób – nie jak w noc, w którą zginęła Allegra, kiedy to obudziła się równie gwałtownie, zanosząc rozdzierającym szlochem. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie, błogosławiąc fakt, że tym razem nie zareagowała aż tak gwałtownie. To był tylko sen, na dodatek taki, który zdążył umknąć z jej myśli, zanim w ogóle zdążyła go zapamiętać.
– Nie. – Nessie spojrzała na nią z powątpiewaniem. – Ale jesteś blada jak papier. Dobrze się czujesz?
Skinęła głowa. Na tyle było ją stać, zwłaszcza że po słowach mamy kamień spadł jej z serca. Co prawda wciąż czuła się dziwnie roztrzęsiona, ale nie miała przy tym poczucia, by cokolwiek było z nią nie tak. Nie czuła ani słabości, ani chłodu, więc również choroba nie wchodziła w grę. Przyjęła to z ulgą, tym bardziej że zdążyła przywyknąć, że jej organizm lubił buntować się w najmniej oczekiwanych momentach.
Zauważyła, że mama przyglądała jej się badawczo, koncentrując przede wszystkim na twarzy. W ostatniej chwili powstrzymała się przed otarciem jej dłonią, by sprawdzić, czy przypadkiem do tego wszystkiego nie płakała albo nie krwawiła z nosa. Podejrzewała co prawda, że Nessie natychmiast dałaby jej do zrozumienia, gdyby coś było nie tak, ale mimo wszystko…
– Pójdę po wodę – zadecydowała, ostrożnie wysuwając się spod pościeli. – Najwyraźniej coś mi się śniło. Tak czy siak na razie nie zasnę – dodała, stając na równe nogi.
– Mogłabym ci przynieść – zaproponowała mama. Zaraz po tym westchnęła bezradnie, gdy dotarło do niej, że sprawy wcale nie były aż takie proste. – To znaczy… Rany, to takie frustrujące – skrzywiła się, zaciskając dłonie w pieści.
Jocelyne przystanęła, zaskoczona goryczą, którą wyraźnie usłyszała w głowie mamy. Mogła zrozumieć taką reakcję, ale i tak poczuła ucisk w gardle, zwłaszcza gdy uprzytomniła sobie, że tak naprawdę słyszała ją po raz pierwszy. Do tej pory Renesmee robiła wszystko, by nie okazywać, że trwanie w zawieszeniu mogłoby ją męczyć. Joce miała wręcz wrażenie, że całkiem dobrze sobie z tym radziła, stopniowo wprawiając w poruszaniu przedmiotami.
Z tym, że w tamtej chwili zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto radził sobie z zaistniałą sytuacją. Wciąż siedziała na łóżku, z milczeniu przypatrując własnym, wciąż zaciśniętym w pięści dłoniom. Joce mogła tylko zgadywać, co oznaczało przenikać przez wszystko na swojej drodze. Dla duchów było to dość naturalne, choćby dla Rosy, która w dość swobodny sposób mówiła o znaczeniu emocji. Zwłaszcza te negatywne ułatwiały trzymanie się żywych, niektórym duszom wręcz pozwalając manipulować rzeczywistością. Z mamą było inaczej, choć i w jej przypadku uczucia bywały kluczowe. Różnica polegała na tym, że jej raczej utrudniały skupienie się na czymkolwiek, zamiast czynić sprawy łatwiejszymi.
– Mamo… – zaczęła z wahaniem.
Urwała równie nagle, co zaczęła mówić. W głowie miała pustkę, zresztą tak jak i w chwili, w której dotarło do niej, co zrobiła. Dalej miała do siebie pretensje o to, że nie była w stanie zdziałać niczego więcej. Słodka bogini, przecież tak naprawdę powinna ściągnąć mamę w całości. Zepsuła, co może i nie było takie złe, skoro Renesmee już nie błąkała się w świecie snów, ale to na dłuższa metę prowadziło donikąd. Wciąż trwała w zawieszeniu, równie dobrze mogąc utknąć w takiej postaci na dobre. Kolejne dni mijały, a nikt nie miał żadnego wyjątkowego pomysłu, więc taka perspektywa wydawał się aż nadto prawdopodobna.
Jakby tego było mało, wszystko tak czy siak było jej winą. Musiało być, bo jak inaczej miała wytłumaczyć fakt, że podczas gdy potrafiła ściągnąć zza grubo Beatrycze, pozostawała bezradna wobec kogoś, kto przecież wciąż żył…? A przynajmniej powinien.
– Hej, hej… Co to za mina? – Nessie wyprostowała się niczym struna, nagle zaalarmowana. – Tak tylko się zamartwiam i… Chodź tutaj do mnie, co? – poprosiła, w pośpiechu wyciągając przed siebie ręce.
Joce nawet się nie zawahała. Tym razem wyraźnie poczuła dotyk matki, nie pierwszy raz wpadając jej w ramiona. Kiedy zamknęła oczy, doświadczenie stało się tym bardziej prawdziwe – po prostu właściwe, jakby niczego dziwnego nie było w tym, że obejmowała kogoś, kto dla innych pozostawał niewidoczny. Nawet poczuła ciepło, choć było w nim coś nienaturalnego. I bez zastanawiania się nad tym wiedziała, że energia, którą wyczuwała, musiała płynąc z kryształu, który Renesmee wciąż nosiła przy sobie.
Westchnęła w duchu. To mogłoby być rozwiązaniem, ale…
– Wszystko jest dobrze – usłyszała tuż przy uchu. Z trudem powstrzymała jęk, gdy dotarło do niej, że mama próbowała ją pocieszać, choć przecież powinno być na odwrót. – Nie przejmuj się. Ważne, że nic ci nie jest.
To była dość naciągana teoria, ale Joce postanowiła przemilczeć tę kwestię. Fizycznie zresztą wszystko się zgadzało. Całkiem nieźle radziła sobie z unikaniem kłopotów, poza incydentem z kotem nie mogąc narzekać na jakiekolwiek inne dolegliwości. I tak miała wrażenie, że nie byłaby sobą, gdyby raz na jakiś czas nie zraniła się w jakiś mniej lub bardziej poważny sposób. Kilka zadrapań na dłoni o niczym nie świadczyło, zresztą szybko się goiły, nawet jeśli przy tym zdarzało im się piec.
– Idę po tę wodę – mruknęła wymijająco, oswobadzając się z uścisku Renesmee.
Nie doczekała się protestów, co przyjęła z ulgą. Kiedy wychodziła, zauważyła nawet, że Nessie posłała jej uśmiech – nieco wymuszony, ale jednak szczery. Było w tym coś pocieszającego, ale Joce i tak nie mogła zapomnieć o wcześniejszym wyrazie twarzy mamy. Jakby mało było, że ta wciąż nie oswoiła się z sytuacją (zresztą kto tak naprawdę by sobie z tym poradził?), problematyczna była również przeciągająca się nieobecność taty. Już nawet nie próbowały do niego wydzwaniać, dobrze wiedząc, że to nie miałoby sensu. Powtarzająca się formułka o czasowo niedostępnym abonencie była bardziej przygnębiająca, niż brak konkretnych wieści.
To nie jest uczciwe, tato. Zwłaszcza teraz.
Może gdyby zadziałała szybciej, zanim sprawy się skomplikowały, Gabriel nie robiłby głupstw. Nie mogła wiedzieć, oczywiście, ale…
– Nie śpisz, kochanie?
Edward powitał ją bladym uśmiechem, ledwo tylko znalazła się w zasięgu jego wzroku. Wciąż spędzał czas w domu córki, woląc mieć wszystko pod kontrolą. Coś w jego obecności zresztą sprawiało, że Jocelyne czuła się bezpieczniejsza. Bez Ali i taty dom wydawał się pusty, nawet mimo obecności Ryana.
– Na razie nie mam ochoty – stwierdziła wymijająco.
Poczuła na sobie wymowne spojrzenie obserwującego ją wampira. Podejrzewała, że dobrze wiedział, co takiego ją dręczyło, tym bardziej że nawet nie próbowała się odcinać od jego daru. Jak długo nie planowała czegoś, co uznałby za głupie, nie widziała powodu, by się wysilać.
– Nessie ma rację – stwierdził jak gdyby nigdy Edward. Nie musiał dodawać niczego więcej, a tym bardziej tłumaczyć się z tego, że mógłby wychwycić ich rozmowę. – Tak sobie myślę…
– Co takiego? – zapytała, nagle zaniepokojona dziwną nutą, która wkradła się do jego głosu.
Wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem. Nie miej mi tego za złe, ale rozważam to i owo – wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa. – Jesteś zmęczona. Tyle się dzieje i… Wiesz, może to głupie, ale już nawet brałem pod uwagę to, że może dobrze by ci zrobiło, gdybyś zmieniła otoczenie. Tak jak Claire.
– Hm… Bierzesz pomysły wujka? – rzuciła zaczepnym tonem. Nawet słowem nie skomentowała jego sugestii.
– Może. To już desperacja? – Edward zaśmiał się nieco nerwowo. Cóż, tak, przeszło jej przez myśl. – Zresztą nie o to chodzi. Nie wyjedziesz, prawda?
Nawet na niego nie spojrzała.
– Nie.
Jak właściwie to sobie wyobrażał? Była jedyną osobą, która widziała mamę. Może i Renesmee miała inne sposoby na komunikację, ale to i tak na dłuższą metę nie rozwiązywało problemu.
– Tak sądziłem – westchnął Edward. Nie brzmiał na szczególnie zaskoczonego. – Wszystkie jesteście równie uparte, ale… Joce, kochana, może w takim razie pomogłabyś mi z czymś innym? – zaproponował i to wystarczyło, by zatrzymała się w pół kroku, jednak przenosząc na niego wzrok.
W chwili, w której wyjaśnił jej w czym rzecz, w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że może jednak miała swoją wyczekaną szansę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa