
Jocelyne
Postanowiła udawać, że nic
wyjątkowego nie miało miejsca. To brzmiało jak plan, przynajmniej do pewnego
stopnia, skoro wiedziała, że najpewniej oszukiwała samą siebie. Z drugiej
strony, już od jakiegoś czasu wiedziała, że wszelakie dziwne, nadnaturalne rzeczy
jakoś wiązały się z nią, więc równie dobrze mogła spróbować się tego
trzymać. Tak było łatwiej, a przynajmniej miała nadzieję, że dzięki temu zdoła
zachowywać się we względnie normalny sposób. Ostatnim, czego potrzebowała, byli
zmartwieni bliscy, gdyby znowu zaczęła kryć się po kątach i milczeć za każdym
razem, gdyby pytali o jej samopoczucie.
Metoda
okazała się bardziej skuteczna, niż Joce mogłaby podejrzewać. Starannie wyrwała
stronę z tym niepokojącym, krwawym napisem, który znalazła w notesie.
Wyrzuciła ją i spróbowała zapomnieć o jej istnieniu. Wierzyła, że to
przypadek – zły sen albo wynik zmęczenia, zwłaszcza że wciąż zadręczała się z powodu
rodziców. Przynajmniej miała mamę, a ta całkiem nieźle odnajdywała się pod
postacią nie-do-końca-ducha, więc przynajmniej
pod tym względem wszystko było w porządku. Co prawda po Renesmee dało się
wyczuć, że się martwiła, ale to wydało się Jocelyne naturalne. I tak nie
uwierzyłaby, gdyby Nessie zaczęła ją zapewniać, że dobrze radziła sobie z niepewnością
co do tego, co działo się z Gabrielem.
Była
jeszcze kwestia zniknięcia Cassandry, ale przynajmniej tymczasowo nikt nie miał
do tego głowy. Ostatecznie sam Ryan stwierdził, że to nie byłby pierwszy raz,
kiedy jego znajoma próbowała działać po swojemu. Twierdził, że prędzej czy
później na pewno zamierzała wrócić, i choć jego zapewnienia nie brzmiały
szczególnie przekonująco, wszyscy przynajmniej udawali, że mu wierzą. Tak
naprawdę jedyną osobą, która miałaby szansę wypowiedzieć się na temat tego, czy
pozwolenie dziewczynie działać na własną rękę, był Rufus, a ten wciąż pozostawał
w Mieście Nocy. Co więcej, Joce była gotowa się założyć, że wujkowi
również przejmowanie się hybrydami, o których tak niechętnie wspominał, nie
było na rękę.
Jocelyne
wiedziała, że działo się coś jeszcze, co miało związek z jej bliskimi, ale
próbowała o tym nie myśleć. Słyszała o problemach, które dotyczyły
Beatrycze i Eleny, jednak nie próbowała o nic pytać, zwłaszcza że zorientowała
się, że rodzina nie do końca chciała ją wtajemniczyć. Podejrzewała, że gdyby się
uparła i zażądała wyjaśnień, chcąc nie chcąc wyjaśniliby jej wszystko, ale
nie widziała powodu, by się na to zdecydować. Przecież aż nazbyt dobrze
wiedziała, dokąd to wszystko zmierzało. Ciemność, klątwa i Ophelia – coś,
czego była świadoma od samego początku i co do tej pory ją przerażało.
Szukała
spokoju, ale to wcale nie było takie łatwe. Nie mogła przez wieczność patrzeć
przez palce na wszystko, co działo się wokół niej. Wiedziała, że prędzej czy
później będzie musiała skupić się na otaczających ją problemach, by mieć szansę
je uporządkować, ale i tak z uporem odwlekała tę konieczność w czasie.
Pewne sprawy mogły zaczekać, to po pierwsze. Po drugie, myśli Joce uciekały
wciąż do innej, o wiele bardziej powiązanej z nią kwestii.
Duch
dziewczyny nie pojawił się więcej, by ją popędzać i pytać o imię, ale
musiałaby całkowicie upaść na głowę, by uwierzyć, że to rozwiązywało wszelakie
problemy. Za którymś razem dusza musiała się poradzić, a sądząc po tym,
jaka była zdenerwowana ostatnim razem, Joce spodziewała się najgorszego. Musiała
zacząć działać, woląc nie sprawdzać, jak daleko mógłby posunąć się zagniewany
duch. W gruncie rzeczy już zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze
pamiętając wieczór, w który wypadła przez okno. Wspomnienie przypominającego
cień Dallasa wciąż ją prześladowało, choć sam chłopak zachowywał się w najzupełniej
normalny, zdatny do zniesienia sposób. To też było zasługą impasu, na który znów
pozwalała, reagując na każdą pieszczotę i pozwalając chłopakowi trwać w przekonaniu,
że wszystko wróciło do normy, a oni nadal są parą, ale nie miała pojęcia,
co innego mogłaby zrobić. Zdawała sobie sprawę z tego, że jedynie
pogarszała sytuację, ciągnąc tę farsę i dając Dallasowi fałszywą nadzieję,
ale z drugiej strony…
Cóż, prawda
była taka, że bała się konsekwencji kolejnej próby uświadomienia mu, że śmierć
jednak zmieniała wszystko. Nie w taki sposób, jak ostatnim razem.
Nie, skoro
wiedziała, że za którymś razem mogłaby popchnąć go w objęcia szaleństwa, z którego
by nie wrócił.
Nie była w stanie
zliczyć, jak wiele razy rozpamiętywała rozmowę z Claire i to, co
kuzynka wyszukała dla niej tamtego dnia w bibliotece. Później sama szukała
czegoś więcej w internecie, co okazało się dość marnym pomysłem. Miała
problem z rozróżnieniem, które wzmianki były prawdziwe, a które
stanowiły wymysł ludzi. Potrzebowała innego, pewniejszego źródła informacji,
ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że śmiertelnicy lubili dorabiać sobie
ideologię do każdego tematu, którego nie rozumieli. W efekcie Joce
spodziewała się, że prędzej odszuka jakąś lokalną grupę czczących szatana
dzieciaków niż kogoś, kto faktycznie mógłby jej uświadomić na czym stała.
Co nie
zmieniało faktu, że wciąż próbowała. Na jednym z forów internetowych,
poświęconych przywoływaniu duchów i nadnaturalnym zdolnościom (a przynajmniej
tak twierdził opis i ci, który decydowali się na nim wypowiedzieć), znalazła
wzmianki o sklepie ezoterycznym, znajdującym się gdzieś na obrzeżach
Seattle. Informacje nie były konkretne, poza tym sprowadzały się do pojedynczego
wpisu o rzekomo dziwnym usposobieniu prowadzącej lokal staruszki, ale coś w tej
informacji zaintrygowało dziewczynę na tyle, by chciała to sprawdzić. Tak
naprawdę nie miała niczego do stracenia, tym bardziej że sklepik mieścił się
zaledwie kilka przecznic od miejsca, które wynajdowała Alice. Wciąż mogła przy jakiejś
okazji zaproponować ciotce pomoc, a później spróbować wymknąć się i sprawdzić
to, co wyczytała na forum. Skoro mimo wszystko właśnie w internecie
znalazła wyjaśnienie tego, czym w ogóle była nekromancja, to być może i tym
razem miało dopisać jej szczęście.
Problem
polegał na tym, że wciąż brakowało jej odwagi. Słodka bogini, w całym tym
szaleństwie próbowała gonić za przypadkowymi plotkami, podczas gdy sama nie
była nawet w stanie uporządkować tego, co działo się w jej głowie.
Wiedziała, że powinna się przełamać i – zamiast wciąż uciekać – wyjść
naprzeciw temu, co potrafiła, ale nie była w stanie się na to zdobyć.
Jakaś jej cząstka wciąż była sparaliżowana przez strach, przez co Jocelyne
czuła się dokładnie w ten sposób, w jaki postrzegali ją najbliżsi:
jak mała dziewczynka, którą za wszelką cenę należało chronić. To stało w sprzeczności
ze słowami mamy, która powtarzała, że miała ją za najdzielniejszą osobę, jaką
znała. Co prawda Joce nie sądziła, by Renesmee ją okłamała, ale sama zdecydowanie
nie czuła się jak ktoś, kogo należało podziwiać. Cóż, przynajmniej nie za odwagę.
Jakby nie
było, priorytetem wciąż pozostawało odnalezienie imienia dziewczyny, która
podążała za nią aż od siedziby łowców. Jocelyne robiło się niedobrze na myśl,
że miałaby wrócić do tamtego miejsca – odciętego od świata, a przy tym
ograniczającego zmysły i telepatię – ale przecież tak naprawdę nie miała
wyboru. Potrzebowała odpowiedzi, a jedynym pomysłem, który miała, było
powtórzenie wyczynu z ośrodka i przejrzenie dokumentów. Włamanie do gabinetu
Rona się opłaciło, więc i tym razem liczyła na podobny sukces. Z uporem
odsuwała od siebie myśl, że tak naprawdę porywała się z motyką na słońce,
tym razem zamiast jednego pomieszczenia, porywając się na przeszukanie całych
podziemi. Opustoszałe czy nie, to miejsce wciąż pozostawało niebezpieczne. Inna
sprawa, że w ostatnim czasie wszyscy zachowywali się w co najmniej
przewrażliwiony sposób, ciągle powtarzając, by nigdzie nie ruszać się w pojedynkę.
Coś się
działo. Wiedziała o tym, ale wciąż żyła z daleka od prawdy, nie chcąc
zamartwiać się bardziej niż było to konieczne. Już i tak się zadrżała, z każdym
kolejnym dniem coraz bardziej wątpiąc w powodzenie planu, który w wolnych
chwilach układała. Nikt nie wypuściłby jej samej z domu, nieważne jaką
wymówkę by podała.
W tym
wypadku pozostawało jej tylko czekać – z tym, że nie miała pojęcia na co.
Dwa kolejne dni wyglądały
bardzo podobnie. Trzymała się na uboczu, co okazało się dość proste, skoro chciała
spędzać czas wyłącznie z mamą. Nikt nie miał do niej o to pretensji, a i
sama Renesmee wydawała czuć się lepiej, kiedy mogła być obok. Alessia wciąż
pozostawała w Mieście Nocy, a Damien poświęcał czas Liz. Zwłaszcza
przy nieobecności Gabriela, trzymanie się najmłodszej córki, która na dodatek
mogła ją zobaczyć, musiało być dla Nessie najistotniejsze. Zresztą wszystko
wydawało się lepsze, niż gdyby również ona przepadła, próbując działać w pojedynkę.
Joce wciąż obawiała się, że za którymś razem jednak mogłoby do tego dojść,
mimowolnie rozluźniając za każdym razem, gdy upewniła się, że kobieta wciąż
była w domu.
Prawda była
taka, że miała ochotę z nią porozmawiać. Jeśli nie mamie, komu innemu
miałaby się zwierzyć, zwłaszcza po tym, czego doświadczyły przez łowców? Skoro
Renesmee wiedziała, co oznaczało widywać umarłych, być może zrozumiałaby
targające Joce obawy związane z bezimienną dziewczyną. Najpewniej tak by
się stało, skoro sama dosłownie rzuciła się pomagać Cassandrze i Ryanowi,
ale z drugiej strony… Czy to cokolwiek by zmieniło? Wątpiła, by
jakiekolwiek argumenty wydałyby się mamie wystarczająco sensowne, żeby zgodziła
się, by jej dziecko tak po prostu poszło błąkać się po opustoszałej siedzibie
wymordowanych przez pewnego niebezpiecznego wampira łowców.
Wątpliwości
niczego nie ułatwiały, tak jak i poczucie stopniowo traconego czasu. To
nie był pierwszy raz, kiedy musiała miotać się na prawo i lewo, nie mając
pojęcia, jak radzić sobie z tym, co ją dręczyło. Milczenie nie było
odpowiedzią, ale z drugiej strony…
Tym
bardziej nie pomagał sen, przez który obudziła się w środku nocy.
Gwałtownie poderwała się do pozycji siedzącej, świadoma wyłącznie tłukącego się
w piersi serca i tego, że była dosłownie przemoczona potem. Zamarła w bezruchu,
walcząc o złapanie oddechu, zanim z jękiem ukryła twarz w dłoniach.
Czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, nie aż tak intensywne jak wtedy,
gdy dosłownie płakała z bólu wywołanym przez leki, po których przestała
widzieć duchy, ale nie mniej irytującym.
– Joce?
Joce!
Wzdrygnęła
się, w pośpiechu przenosząc wzrok na mamę. Renesmee natychmiast znalazła
się tuż obok, siadając na skraju łózka. Wyciągnęła rękę, by móc pogładzić Joce
po policzku, ale prawie natychmiast ją zabrała, gdy dziewczyna wzdrygnęła się
mimowolnie. W nerwach bycie materialną nie wychodziło jej aż tak dobrze,
jak mogłaby tego oczekiwać, przez co najwyżej znów zaczynała przez wszystko
przenikać. Do takiego wniosku przynajmniej doszła Jocelyne, po nieprzyjemnym chłodzie
poznając, że mamie nie do końca udało jej się dotknąć.
– Już…
dobrze – wyrzuciła z siebie na wydechu. Nerwowym gestem przeczesała włosy
palcami, próbując zaczesać je za ucho. – Nic mi nie jest.
W gruncie
rzeczy pragnęła przekonać przede wszystkim samą siebie, że tak było. Czuła, że
mama wciąż ją obserwowała, najpewniej nie dowierzając. Nic nie mówiła, w zamian
siedząc obok i cierpliwie czekając, aż dziewczyna w końcu się uspokoi.
Jocelyne
zacisnęła powieki. Dzwoniło jej w uszach, choć sama nie była pewna
dlaczego. W pamięci wciąż miała urywki czegoś, co jak nic musiało być snem
– pędzenia przez las, zaśnieżonej ziemi i… Och, czy było coś jeszcze? Nie
potrafiła określić. Tym bardziej nie rozumiała narastającego w jej wnętrzu
strachu, skoro w powoli blaknących wspomnieniach mimo wszystko nie było
niczego, co mogłaby uznać za aż tak niepokojące. Czuła, że coś mogło jej
umknąć, ale nie potrafiła określić co i dlaczego.
– Joce? –
odezwała się ponownie Renesmee. – Co się stało? Ty…
–
Krzyczałam? – upewniła się.
Nie
przypominała sobie, by zareagowała w ten sposób – nie jak w noc, w którą
zginęła Allegra, kiedy to obudziła się równie gwałtownie, zanosząc
rozdzierającym szlochem. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie, błogosławiąc fakt,
że tym razem nie zareagowała aż tak gwałtownie. To był tylko sen, na dodatek taki,
który zdążył umknąć z jej myśli, zanim w ogóle zdążyła go zapamiętać.
– Nie. – Nessie
spojrzała na nią z powątpiewaniem. – Ale jesteś blada jak papier. Dobrze
się czujesz?
Skinęła
głowa. Na tyle było ją stać, zwłaszcza że po słowach mamy kamień spadł jej z serca.
Co prawda wciąż czuła się dziwnie roztrzęsiona, ale nie miała przy tym poczucia,
by cokolwiek było z nią nie tak. Nie czuła ani słabości, ani chłodu, więc
również choroba nie wchodziła w grę. Przyjęła to z ulgą, tym bardziej
że zdążyła przywyknąć, że jej organizm lubił buntować się w najmniej
oczekiwanych momentach.
Zauważyła,
że mama przyglądała jej się badawczo, koncentrując przede wszystkim na twarzy. W ostatniej
chwili powstrzymała się przed otarciem jej dłonią, by sprawdzić, czy przypadkiem
do tego wszystkiego nie płakała albo nie krwawiła z nosa. Podejrzewała co
prawda, że Nessie natychmiast dałaby jej do zrozumienia, gdyby coś było nie
tak, ale mimo wszystko…
– Pójdę po
wodę – zadecydowała, ostrożnie wysuwając się spod pościeli. – Najwyraźniej coś
mi się śniło. Tak czy siak na razie nie zasnę – dodała, stając na równe nogi.
– Mogłabym
ci przynieść – zaproponowała mama. Zaraz po tym westchnęła bezradnie, gdy dotarło
do niej, że sprawy wcale nie były aż takie proste. – To znaczy… Rany, to takie frustrujące
– skrzywiła się, zaciskając dłonie w pieści.
Jocelyne
przystanęła, zaskoczona goryczą, którą wyraźnie usłyszała w głowie mamy.
Mogła zrozumieć taką reakcję, ale i tak poczuła ucisk w gardle,
zwłaszcza gdy uprzytomniła sobie, że tak naprawdę słyszała ją po raz pierwszy.
Do tej pory Renesmee robiła wszystko, by nie okazywać, że trwanie w zawieszeniu
mogłoby ją męczyć. Joce miała wręcz wrażenie, że całkiem dobrze sobie z tym
radziła, stopniowo wprawiając w poruszaniu przedmiotami.
Z tym, że w tamtej
chwili zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto radził sobie z zaistniałą
sytuacją. Wciąż siedziała na łóżku, z milczeniu przypatrując własnym, wciąż
zaciśniętym w pięści dłoniom. Joce mogła tylko zgadywać, co oznaczało
przenikać przez wszystko na swojej drodze. Dla duchów było to dość naturalne,
choćby dla Rosy, która w dość swobodny sposób mówiła o znaczeniu
emocji. Zwłaszcza te negatywne ułatwiały trzymanie się żywych, niektórym duszom
wręcz pozwalając manipulować rzeczywistością. Z mamą było inaczej, choć i w
jej przypadku uczucia bywały kluczowe. Różnica polegała na tym, że jej raczej
utrudniały skupienie się na czymkolwiek, zamiast czynić sprawy łatwiejszymi.
– Mamo… –
zaczęła z wahaniem.
Urwała
równie nagle, co zaczęła mówić. W głowie miała pustkę, zresztą tak jak i w
chwili, w której dotarło do niej, co zrobiła. Dalej miała do siebie
pretensje o to, że nie była w stanie zdziałać niczego więcej. Słodka
bogini, przecież tak naprawdę powinna ściągnąć mamę w całości. Zepsuła, co
może i nie było takie złe, skoro Renesmee już nie błąkała się w świecie
snów, ale to na dłuższa metę prowadziło donikąd. Wciąż trwała w zawieszeniu,
równie dobrze mogąc utknąć w takiej postaci na dobre. Kolejne dni mijały, a nikt
nie miał żadnego wyjątkowego pomysłu, więc taka perspektywa wydawał się aż
nadto prawdopodobna.
Jakby tego
było mało, wszystko tak czy siak było jej winą. Musiało być, bo jak inaczej
miała wytłumaczyć fakt, że podczas gdy potrafiła ściągnąć zza grubo Beatrycze,
pozostawała bezradna wobec kogoś, kto przecież wciąż żył…? A przynajmniej
powinien.
– Hej, hej…
Co to za mina? – Nessie wyprostowała się niczym struna, nagle zaalarmowana. –
Tak tylko się zamartwiam i… Chodź tutaj do mnie, co? – poprosiła, w pośpiechu
wyciągając przed siebie ręce.
Joce nawet
się nie zawahała. Tym razem wyraźnie poczuła dotyk matki, nie pierwszy raz
wpadając jej w ramiona. Kiedy zamknęła oczy, doświadczenie stało się tym
bardziej prawdziwe – po prostu właściwe, jakby niczego dziwnego nie było w tym,
że obejmowała kogoś, kto dla innych pozostawał niewidoczny. Nawet poczuła
ciepło, choć było w nim coś nienaturalnego. I bez zastanawiania się
nad tym wiedziała, że energia, którą wyczuwała, musiała płynąc z kryształu,
który Renesmee wciąż nosiła przy sobie.
Westchnęła w duchu.
To mogłoby być rozwiązaniem, ale…
– Wszystko
jest dobrze – usłyszała tuż przy uchu. Z trudem powstrzymała jęk, gdy
dotarło do niej, że mama próbowała ją pocieszać, choć przecież powinno być na
odwrót. – Nie przejmuj się. Ważne, że nic ci nie jest.
To była
dość naciągana teoria, ale Joce postanowiła przemilczeć tę kwestię. Fizycznie
zresztą wszystko się zgadzało. Całkiem nieźle radziła sobie z unikaniem kłopotów,
poza incydentem z kotem nie mogąc narzekać na jakiekolwiek inne
dolegliwości. I tak miała wrażenie, że nie byłaby sobą, gdyby raz na jakiś
czas nie zraniła się w jakiś mniej lub bardziej poważny sposób. Kilka
zadrapań na dłoni o niczym nie świadczyło, zresztą szybko się goiły, nawet
jeśli przy tym zdarzało im się piec.
– Idę po tę
wodę – mruknęła wymijająco, oswobadzając się z uścisku Renesmee.
Nie
doczekała się protestów, co przyjęła z ulgą. Kiedy wychodziła, zauważyła
nawet, że Nessie posłała jej uśmiech – nieco wymuszony, ale jednak szczery.
Było w tym coś pocieszającego, ale Joce i tak nie mogła zapomnieć o wcześniejszym
wyrazie twarzy mamy. Jakby mało było, że ta wciąż nie oswoiła się z sytuacją
(zresztą kto tak naprawdę by sobie z tym poradził?), problematyczna była
również przeciągająca się nieobecność taty. Już nawet nie próbowały do niego wydzwaniać,
dobrze wiedząc, że to nie miałoby sensu. Powtarzająca się formułka o czasowo
niedostępnym abonencie była bardziej przygnębiająca, niż brak konkretnych
wieści.
To nie jest uczciwe, tato. Zwłaszcza teraz.
Może gdyby
zadziałała szybciej, zanim sprawy się skomplikowały, Gabriel nie robiłby głupstw.
Nie mogła wiedzieć, oczywiście, ale…
– Nie
śpisz, kochanie?
Edward
powitał ją bladym uśmiechem, ledwo tylko znalazła się w zasięgu jego
wzroku. Wciąż spędzał czas w domu córki, woląc mieć wszystko pod kontrolą.
Coś w jego obecności zresztą sprawiało, że Jocelyne czuła się
bezpieczniejsza. Bez Ali i taty dom wydawał się pusty, nawet mimo
obecności Ryana.
– Na razie
nie mam ochoty – stwierdziła wymijająco.
Poczuła na
sobie wymowne spojrzenie obserwującego ją wampira. Podejrzewała, że dobrze
wiedział, co takiego ją dręczyło, tym bardziej że nawet nie próbowała się odcinać
od jego daru. Jak długo nie planowała czegoś, co uznałby za głupie, nie
widziała powodu, by się wysilać.
– Nessie ma
rację – stwierdził jak gdyby nigdy Edward. Nie musiał dodawać niczego więcej, a tym
bardziej tłumaczyć się z tego, że mógłby wychwycić ich rozmowę. – Tak
sobie myślę…
– Co
takiego? – zapytała, nagle zaniepokojona dziwną nutą, która wkradła się do jego
głosu.
Wzruszył
ramionami.
– Sam nie
wiem. Nie miej mi tego za złe, ale rozważam to i owo – wyjaśnił, ostrożnie
dobierając słowa. – Jesteś zmęczona. Tyle się dzieje i… Wiesz, może to głupie,
ale już nawet brałem pod uwagę to, że może dobrze by ci zrobiło, gdybyś zmieniła
otoczenie. Tak jak Claire.
– Hm… Bierzesz
pomysły wujka? – rzuciła zaczepnym tonem. Nawet słowem nie skomentowała jego sugestii.
– Może. To
już desperacja? – Edward zaśmiał się nieco nerwowo. Cóż, tak, przeszło jej przez myśl. – Zresztą nie o to chodzi.
Nie wyjedziesz, prawda?
Nawet na
niego nie spojrzała.
– Nie.
Jak właściwie
to sobie wyobrażał? Była jedyną osobą, która widziała mamę. Może i Renesmee
miała inne sposoby na komunikację, ale to i tak na dłuższą metę nie
rozwiązywało problemu.
– Tak
sądziłem – westchnął Edward. Nie brzmiał na szczególnie zaskoczonego. – Wszystkie
jesteście równie uparte, ale… Joce, kochana, może w takim razie pomogłabyś
mi z czymś innym? – zaproponował i to wystarczyło, by zatrzymała się w pół
kroku, jednak przenosząc na niego wzrok.
W chwili, w której
wyjaśnił jej w czym rzecz, w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że może
jednak miała swoją wyczekaną szansę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz