25 grudnia 2018

Sto dziewięćdziesiąt

Cassandra
Nie miała pewności, czego spodziewać się po Jaquesie. Nie zaprotestowała co prawda, kiedy ten sprowadził ją po schodach, jak gdyby nigdy nic wkraczając do tych części domu, od których wolałaby trzymać się z daleka, ale i tak wolała nie protestować. Nawet jeśli jego plany były czymś, wobec czego miała wątpliwości, wolała nie dawać niczego po sobie poznać.
Nawet słowem nie skomentowała tego, że mężczyzna zachowywał się w zadziwiająco wręcz pewny sposób. Tak przynajmniej go odebrała, gotowa przysiąc, że doskonale wiedział, gdzie ją prowadził, kiedy zdecydowali się zejść na dół. Miała ochotę o coś zapytać, ale pustka w głowie zbyt mocno dawała się jej we znaki, przez co chcąc nie chcąc przede wszystkim milczała. Wolała trzymać nerwy na wodzy, by przypadkiem nie zdenerwować swojego towarzysza na tyle, by miał do niej pretensje.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Co prawda Jaques wyglądał na w pełni rozluźnionego, ale to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie pozorami, którym Cassandra za żadne skarby nie chciała ulec. Próbowała zrobić wszystko, byleby zachowywać się naturalnie, ale to okazało się równie bezsensowne, co i potrzeba, by cokolwiek poczuć. Pomijając strach, wszelakie inne emocje przypominały zaledwie cień tego, czego przyszło jej doświadczać wcześniej.
– Chodź, chodź. Nie masz powodów do obaw – stwierdził Jaques, jak gdyby nigdy nic przerywając przeciągające się milczenie. Cassandra nie miała innego wyboru, prócz obdarzenia go pełnym zaufaniem. – Mam dla ciebie prezent… Powiedzmy – dodał i choć nie miała pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, nie miała innego wyboru, jak tylko mu zaufać.
Wszystko stało się jasne w momencie, w którym oboje znaleźli się w pomieszczeniu, które na pierwszy rzut oka wyglądało jak najzwyklejszy w świecie salon. Wampir zatrzymał się tak gwałtownie, że z wrażenia omal na niego nie wpadła, choć to miało miejsce gdzieś poza jej świadomością. Co prawda wiedziała, że się zatrzymała, ale z równym powodzeniem mogłaby dalej iść – najpewniej nie zauważyłaby różnicy. Tak przynajmniej sądziła, dochodząc do wniosku, że skupienie się na czymś w pełni neutralnym byłoby najprostszym z rozwiązań, na które mogłaby się zdecydować.
Wątpliwości wróciły, choć tym razem nie potrafiła określić, czego miałyby dotyczyć. Tkwiła w bezruchu, milcząca i pełna wątpliwości,, które skutecznie przysłoniły wszystko inne. Przynajmniej do czasu, o czym przekonała się, gdy przeciągającą się ciszę przerwał zdławiony, przerażony jęk.
Cassandra drgnęła, nie tyle zaniepokojona, co przede wszystkim zaskoczona. W co najmniej zaintrygowany sposób spojrzała na bladą jak ściana, wyraźnie przerażoną kobietę, siedzącą w fotelu naprzeciwko niej. Z jakiegoś powodu śmiertelniczka wydała jej się znajoma, choć dopiero po dłuższej chwili do Cassie dotarło, że czasami widywała ją, kiedy spieszyła na uczelnię albo wychodziła w domu. To nie była bliska sąsiadka, a tym bardziej nie wyróżniała się niczym szczególnym, przez co dziewczyna nie była w stanie przypomnieć sobie jej imienia. Wiedziała jedynie, że śmiertelniczka mieszkała w okolicy, przez co bardziej naturalnym stawała się myśl, że mogłyby sporadycznie się spotykać. Co więcej, nawet ta świadomość nie wzbudzała w niej żadnych emocji, choć najpewniej powinna. To, że miała przed sobą wyraźnie przerażoną, Bogu ducha winną kobietę, również.
Poruszając się trochę jak w transie, zrobiła krok naprzód. Cokolwiek myślała sobie sąsiadka, nie robiło na niej wrażenia. Odniosła wrażenia, że śmiertelniczka patrzyła bezpośrednio za nią, wprost na czającego się gdzieś za jej plecami Jaquesa. Oddychała szybko i płytko, co stało się jasne, kiedy Cassandra przyjrzała się jej szyi. Natychmiast zauważyła świeżo zaleczone, ledwo widoczne ślady po ugryzieniu – zaledwie dwa punkciki, skoro jej opiekun dysponował parą wysuwanych kłów.
– Musiałem sobie jakoś radzić, skoro czekałem na ciebie tyle czasu – zauważył przytomnie.
To zabrzmiało sensownie, choć nadal nie wyjaśniało, dlaczego kobieta była żywa. Z drugiej strony, może to miało jakiś sens. Skoro Jaques zostawił coś dla niej, to mogło jednak oznaczać, że w jakimś stopniu mu na niej zależało – na tyle, na ile, skoro nadal pozostawał kimś o wiele silniejszym od niej. Mimo wszystko świadomość, że byłą jego podopieczną, dodawała dziewczynie pewności siebie.
– Cassie…
Zesztywniała, słysząc własne imię, na dodatek wypowiedziane przez tę kobietę. Momentalnie skupiła na niej wzrok, z uwagą śledząc zarówno wyraz jej twarzy, jak i mowę ciała. Nadal nie pamiętała imienia sąsiadki, podczas gdy ona wydawała się w pełni świadoma tego, z kim miała do czynienia. Znów zamilkła, już tylko wpatrując się w Cassandrę rozszerzonymi do granic możliwości, ciemnymi oczami. Dziewczyna wyraźnie poczuła nieprzyjemny gorzki posmak na języku i mimowolnie utożsamiła go ze strachem. Ba! Z czystym przerażeniem, które w normalnym wypadku mogłaby sama odczuwać, ale w tamtej chwili nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie, bo choć kolejne sekundy mijały, Cassandra czuła przede wszystkim stopniowo narastającą dezorientację. To oraz frustrację, która pojawiła się w chwili, w której uprzytomniła sobie, że nie miała pewności, co takiego powinna zrobić, by zadowolić swojego opiekuna.
Zależało jej przede wszystkim na tym, by udowodnić Jaquesowi, że nie tracił czasu. Wątpliwości zeszły gdzieś na dalszy plan, wyparte przez pragnienia, którym dziewczyna nade wszystko pragnęła się poddać. Co prawda wciąż tkwiła w miejscu, ale wiedziała, że to chwilowy stan – zaledwie etap, z którym zamierzała sobie poradzić.
Przełknęła z trudem, by pozbyć się uścisku w gardle. Nie powinnam…, pomyślała, ale bez większego przekonania, w gruncie rzeczy świadoma, że jakikolwiek opór nie miał sensu. Musiała w końcu przyjąć do wiadomości, że potrzebowała czegoś, czego nie mogło jej dostarczyć normalne jedzenie. Pragnienie narastało, skutecznie przysłaniając wszystko inne i tym samym skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Może kiedy wątpliwości miały sens, ale nie teraz. Nie, skoro cała jej uwaga skupiała się tylko na jednym – na słodyczy krążącej w żyłach osoki, znajdującej się gdzieś na wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko zdecydowała się ulec…
Przełknęła z trudem. Jakaś jej cząstkę przerażało to, do czego była zdolna, ale z drugiej strony… Dlaczego nie?
To nic złego, rozbrzmiało w jej umyśle. Głos Jaquesa był łagodny, ale przy tym niezwykle stanowczy, przez co nie mogła go zignorować. A ty nie możesz przez cały czas żerować na mnie.
Miał rację i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W chwili, w której przyjęła jego zapewnienia do świadomości, wszelkie wątpliwości zniknęły, a Cassandra najzwyczajniej w świecie zaczęła działać. Zanim zdążyła się zastanowić, błyskawicznie ruszyła się z miejsca. To była raptem chwila, bo dokładnie tyle zajęło jej dotarcie do potencjalnej ofiary. Z wprawą, o której zdecydowanie by siebie nie podejrzewała, wgryzła się w szyję zaskoczonej kobiety, obojętna na to, czy ta próbowała z nią walczyć. Przyjemna słodycz zalała jej gardło, co prawda nie przynosząc takiej przyjemności jak wtedy, gdy Cassandra spijała posokę Jaquesa, ale to nie miało dla niej znaczenia. Wystarczyło, że zamiast wyrzutów sumienia, poczuła swego rodzaju satysfakcję, gdy pozwoliła sobie na to, by pić – bez zahamowań, żalu i zadręczania się o ewentualne konsekwencje.
To przyszło jej równie naturalnie, co i oddychanie. Zanim się obejrzała, klęczała na podłodze, umazana krwią i ogarnięta co najmniej dziwną z jej punktu widzenia satysfakcją. Co ja robiłam?, przeszło jej przez myśl, ale to było zaledwie nic nieznaczące pytanie, które bez cienia żalu zdecydowała się zignorować. Otarła usta, bez zbędnych emocji przypatrując krwawym śladom, które poznaczyły jej bladą skórę. Miała ochotę je zlizać, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że wtedy zachowywałaby się jak pozbawione zdrowego rozsądku zwierzę. Mogłaby sobie na to pozwolić w samotności, ale nie w sytuacji, w której obserwował ją ktoś, kogo aprobaty nade wszystko pragnęła.
Jej wzrok powiódł na wzrok kobiety. Beznamiętnym wzrokiem popatrzyła na wciąż krwawiącą ranę na gardle sąsiadki – wystarczająco dużą i głęboką, by Cassandra doszła do wniosku, że kobieta była martwa. Już nic nie mówiła, a tym bardziej nie błagała, co w gruncie rzeczy mówiło samo na siebie. W salonie zapanowała wymowna cisza, ale to było dziewczynie na rękę. Co prawda poczuła się odrobinę rozczarowana, gdy uprzytomniła sobie, że już nie miała co liczyć na posiłek, ale to nie było ważne. Przynajmniej na razie to, co dostała, musiało jej wystarczyć.
Dotychczas milczący Jaques uśmiechnął się, po czym klasnął w dłonie. Choć w pierwszym odruchu Cassandra odebrała jego zachowanie jak sposób na to, by ją wyśmiać, kiedy przyjrzała się twarzy mężczyzny, doszła do wniosku, że to nie było tak. Przeciwnie – zadowoliła go, a przecież o to chodziło.
– I właśnie o to w tym chodzi – stwierdził, nagle materializując się u jej boku. Serce Cassie zabiło szybciej, kiedy dłonie wampira wylądowały na jej policzkach. – Dobrze się spisałaś, ptaszyno.
– Naprawdę?
Do jej głosu wkradła się nuta wahania. Wątpiła, by faktycznie tak było, skoro – co nagle sobie uprzytomniła – klęczała przed nim cała we krwi. W normalnym wypadku by ją to przeraziło, jedna w tamtej chwili nie czuła powodów do obaw. Przeciwnie. Była raczej rozczarowana tym, że straciła kontrolę. W którymś momencie ją poniosło, przez co nie tylko zmarnowała sporo posoki, którą z równym powodzeniem mogłaby wypić, ale przede wszystkim zaczęła wyglądać jak żałosna parodia kogoś, kto był w stanie zabić. Nie sądziła, by każdy łowca kończył umazany krwią i roztrzęsiony, co najmniej jakby zrobił coś niewłaściwego.
Jaques wciąż kontrolował jej myśli, aż nazbyt świadomy obaw, które ją dręczyły. Drgnęła, kiedy bezceremonialnie ujął jej dłonie w swoje własne i złożył na ich wierzchu delikatny pocałunek.
– Wszystko przychodzi z czasem – oznajmił z przekonaniem, którego tak bardzo jej brakowało. To wciąż nie była pochwała, jakiej mogłaby oczekiwać, ale na dobry początek musiało wystarczyć. – Tylko tyle dla ciebie mam, ale to chwilowa niedogodność. Następnym razem sama wybierzesz sobie ofiarę.
Spojrzała na niego rozszerzonymi oczyma, co najmniej przerażona. Nie wyobrażała sobie, że faktycznie miałaby to zrobić. Niby gdzie miałaby się udać? Nie miała pojęcia, a pewności nie dodawał jej fakt, że wampir brzmiał tak, jakby naprawdę zaczynał w nią wierzyć. Gdyby go zawiodła…
Zesztywniała, gdy ciepłe palce niemalże z czułością musnęły jej policzek. Jaques uśmiechnął się pocieszająco, choć w jego ruchach wciąż było coś wymuszonego. Cassie nie była w stanie tak po prostu zignorować wrażenia, że mężczyzna porzuciłby ją przy pierwszej możliwej okazji, gdyby tylko doszedł do wniosku, że to dla niego najwygodniejsze posunięcie. Wszystko zależało od niej i nie zamierzała o tym zapominać.
– Poprowadzę cię – stwierdził, odsuwając się na tyle, by móc zmierzyć ją wzrokiem. Nawet słowem nie skomentował dręczących ją obaw. To okazało się gorsze nawet od fałszywych zapewnień, które przecież mogłyby paść z jego ust. – Teraz to nie ma znaczenia, ptaszyno. Nauczysz się wszystkiego.
– Tak uważasz? – nie dawała za wygraną.
Mężczyzna jedynie się uśmiechnął.
– Taki mam plan – stwierdził ze spokojem. – Twoja głowa w tym, żebym go spełnił.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, z trudem zmuszając się do skinięcia głową. Wciąż pełna wątpliwości, ujęła dłoń stwórcy, kiedy ten pomógł jej stać. Czuła się silniejsza niż do tej pory, choć wciąż nie ufała sobie na tyle, by uznać, że wszystko było pod kontrolą. Słabość przychodziła w najmniej oczekiwanych momentach, przez co Cassandra wciąż obawiała się, że w którymś momencie mogła skończyć wymiotując na prawo i lewo. Nie miała pojęcia czy to wpływ krwi Jaquesa, czy może jej własny, płynący z pragnienia, żeby żyć, upór, ale wolała nie zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę postawiło ją na nogi. Wystarczyło, że wciąż miała dla wampira wystarczające znaczenie, by chciał trzymać ją przy sobie.
Nerwowym gestem przeczesała włosy palcami, próbując zająć czymś dłonie. Obojętnym wzrokiem spojrzała na zalegające w fotelu ciało, nie pierwszym raz zastanawiając się nad tym, czy to normalnie, że nie poczuła chociażby cienia żalu. Może faktycznie to wszystko ułatwiało, ale szczerze wątpiła, by rozwiązywało najważniejszy z dręczących ją problemów. Wciąż miotała się, nie będąc w stanie stwierdzić, kim tak naprawdę się stała. Jakaś jej cząstka wciąż wyrywała się do tego, by kłócić się i obstawiać przy człowieczeństwie, ale to przecież na dłuższą metę nie miało sensu. Ludzie nie zabijali w aż tak bezlitosny sposób, a tym bardziej później obojętnie nie spoglądali na własne dzieło.
Zdziwiłabyś się.
Tym razem nie była w stanie stwierdzić czy słowa, które rozbrzmiały w jej głowie, należały do Jaquesa. Z równym powodzeniem mogły okazać się jej własnymi przemyśleniami – nie wiedziała i w gruncie rzeczy nie chciała poznać prawdy. Z uporem milczała, czekając na rozwój wypadków, choć jakaś jej cząstka obawiała się tego, co dopiero miała przynieść przyszłość. Przynajmniej Cassie wątpiła w to, czy oby na pewno dobrym pomysłem było odkryć odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania.
Z drugiej strony, wciąż było coś, co ją dręczyło – i co nie tylko wiązało się z tym, czy Jaques nadal zamierzał dać jej szansę.
– Mówiłeś o bogini – przypomniała, spoglądając na mężczyznę wyczekująco. Wciąż trzymał ją za ręce, więc bez trudu wyczuła moment, w którym wzmógł uścisk wokół jej dłoni. – Kim ona jest? I czy naprawdę mogłabym ją poznać?
Nie miała pewności, czy podekscytowanie, które wkradło się do jej głosu, miało jakikolwiek sens. Cassandra nigdy nie miała się za osobę szczególnie wierzącą, zwłaszcza w tamtej chwili nie potrafiąc określić, czy choćby brała pod uwagę istnienie jakiegoś bezimiennego, czuwającego nad nią Boga. Biorąc pod uwagę kłopoty, w jakie się wpakowała, niekoniecznie. Jak ktokolwiek mógłby się nią opiekować, skoro koniec końców stała się spragnioną krwi morderczynią. Z drugiej strony, jakby nie patrzeć, wciąż pozostawała żywa, a to – przynajmniej zdaniem Jaquesa – o czymś świadczyło. Sęk w tym, że dziewczyna nadal nie potrafiła określić czy to przekleństwo, czy też prawdziwe wybawienie, za które powinna być wdzięczna.
Co więcej, Jaques zdecydowanie nie mówił o biblijnym zbawcy, o którym tak wiele razy słuchała od najmłodszych lat. Wspominał o kobiecie, a skoro tak…
– Wszystko w swoim czasie – stwierdził mężczyzna, tym samym skutecznie ostudzając zapał Cassandry. – Jak wspomniałem, możesz być moją szansą, ale wszystko okaże się, gdy przyjdzie odpowiedni moment. Na tę chwilę wciąż nie jestem ciebie na tyle pewny, by chcieć przedstawić cię pani.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Przez krótką chwilę poczuła się rozczarowana, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. W gruncie rzeczy zależało jej przecież przede wszystkim na Jaquesie, prawda? Obecność stwórcy rozwiązywała wszelakie problemy, a jednak…
– Co robię nie tak? – nie wytrzymała. Spojrzała na niego niemalże błagalnie, nie kryjąc targających nią wątpliwości i żalu. – Mogę polować. Nie czuję niczego, kiedy zabijam, a to dobrze… Tak? – zapytała dla pewności. – Ja…
– W tym wszystkim nie chodzi o to, co ty możesz, ptaszyno.
Uniosła brwi. Czekała na dalsze wyjaśnienia, ale te nie nadchodziły. Znów otworzyła usta, jednak tym razem nie zdołała się odezwać, w zamian przeciągle wzdychając, gdy na jej policzku wylądowała ciepła dłoń. Może to było żałosne, ale sam dotyk Jaquesa wystarczył, by zdołała się rozluźnić.
– W porządku – dała za wygraną. – Zaczekam.
Nie miała pojęcia na co, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. Skoro mu ufała, nie powinno takie być. Wystarczyło, że czuła się lepiej niż do tej pory, wręcz gotowa zaakceptować myśl, że bezpowrotnie odcięła się od dawnego, pełnego słabości życia. Teraz była kimś potężniejszym, zdolnym, by nieść śmierć, a to zdecydowanie o czymś świadczyło.
Bezwiednie przesunęła się bliżej Jaquesa, pozwalając na to, by ten wziął ją w ramiona. Nie miała pojęcia, czy zrobił to z przyjemnością, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Wystarczyło, że ją obejmował, a jego dłonie przesuwały się wzdłuż jej kręgosłupa, raz po raz muskając końcówki włosów.
– Przestawię cię jej, kiedy nadejdzie odpowiedni moment – oznajmił i to mimo wszystko zabrzmiało jak wiążąca obietnica.
Posłusznie skinęła głową. Skoro tak, pozostało jej tylko czekać.

Jaques nie wyglądał na szczególnie przejętego trupem, którego pozostali dokładnie w miejscu, w którym Cassandra zabiła – w fotelu, przez co kobieta wciąż wyglądała tak, jakby spała. Takie skojarzenie przynajmniej nasunęło się na myśl dziewczynie, będąc swego rodzaju pocieszenie. Może w ten sposób próbowała oszukiwać samą siebie, ale nie potrafiła się tym należycie przejąć. W gruncie rzeczy wciąż niczego nie czuła, ale tak było lepiej.
Miała wiele pytań, ale zrezygnowała z prób zadania któregokolwiek z nich. Czuła, że mężczyzna by nie odpowiedział, więc wolała go nie prowokować, w zamian raz po raz powtarzając sobie, że wszystko było w porządku. Dzięki krwi przejaśniło jej się w głowie, zresztą nie miała już poczucia, że w każdej chwili mogłaby bez przytomności osunąć się na ziemię. Uznała to za dobry znak, choć wciąż obawiała się, że słabości powrócą. Do tej pory zawsze tak było, a przynajmniej takie miała wrażenie. Z drugiej strony, przez cały ten czas ani razu aż tak wyraźnie nie czuła, że wszystko nagle wróciło na swoje miejsce. Wciąż miała wrażenie, że to właśnie Jaques gwarantował jej dobre samopoczucie, ale nie miała pojęcia czy to prawda, a tym bardziej czy powinna się z tego powodu cieszyć. Perspektywa uzależnienia od kogokolwiek, wydawała się równie niepokojąca, co i nade prawdopodobna.
Temat bogini nie wrócił, ale nad tym zdecydowała się nie rozwodzić. W zamian skupiła się na marszu, posłusznie podążając za wampirem przez pogrążone w półmroku osiedle. Mijali kolejne domki, a większość z nich wabiła Cassandrę obecnością śmiertelników, w których żyłach krążyła jakże kusząca krew. Po tym jak znów zabiła, łatwiej było jej sobie wyobrazić, że mogłaby zdecydować się na to po raz kolejny.
– Jedno twoje słowo i dam ci wolną rękę – oznajmił w pewnym momencie Jaques. Spojrzała na niego z wahaniem, próbując określić, czego tak naprawdę od niej oczekiwał. – Weź jedynie pod uwagę to, że nadmiar krewi może być szkodliwy.
– Coś jak… przejedzenie? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa.
Uśmiechnął się blado, niemalże pobłażliwie.
– Coś w tym rodzaju – przyznał po chwili zastanowienia. – Prawie. To bardziej złożone.
– Wytłumacz mi – poprosiła, nagle zniecierpliwiona tym, że kolejny raz mówił zagadkami. – Powinnam to wiedzieć, skoro mam polować sama, prawda? – dodała, mimo wszystko woląc się upewnić.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Znów miała problem z określeniem emocji, które nim targały.
– Możliwe – przyznał wymijającym tonem. – Pragnienie to ciekawa sprawa. Powiedziałbym, że nie da się go zaspokoić. W dużej mierze to kwestia nauczenia się, w jaki sposób je ignorować – stwierdził, tym samym kolejny raz wprawiając Cassie w konsternację.
– Głód, nad którym nie da się zapanować?
– Och, ależ da! – zapewnił z przekonaniem. – Inaczej mordowalibyśmy wszystkich wokół. Mam na myśli przede wszystkim to, by w odpowiednim momencie powiedzieć sobie dość – wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. – Widzisz… W którymś momencie krew też zaczyna być problematyczna. Im więcej jej pijesz, tym trudniej ci przestać.
Zawahała się, wciąż pełna wątpliwości. Skinęła głową, choć nie miała pewności, czy w choć niewielkim stopniu rozumiała, do czego zmierzał. Z drugiej strony, tak naprawdę nie miała wyboru. Ten, który jej dawał, w żadnym wypadku nie wydał się Cassandrze czymś satysfakcjonującym.
– Skoro tak, chodźmy dalej. Dam sobie radę – oznajmiła z przekonaniem, którego wcale nie czuła. Z trudem powstrzymała drżenie głosu, w zamian raz po raz powtarzając sobie, że musiała nad sobą zapanować. – Chcę być dla ciebie przydatna – dodała, choć zaraz po tym tego pożałowała. Miała wrażenie, że jej słowa zabrzmiały nader żałośnie.
Z tym, że Jaques w odpowiedzi się uśmiechnął.
– Oby tak było, ptaszyno.

1 komentarz:

  1. Tak po cichu podpowiem, że po roku w końcu wpadła kontynuacja „Przyjaciela”, o tutaj: KLIK. Wciąż rozpływam się nad Beau i Drake'em. <3

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa