
Cassandra
Nie miała pewności, czego
spodziewać się po Jaquesie. Nie zaprotestowała co prawda, kiedy ten sprowadził
ją po schodach, jak gdyby nigdy nic wkraczając do tych części domu, od których
wolałaby trzymać się z daleka, ale i tak wolała nie protestować.
Nawet jeśli jego plany były czymś, wobec czego miała wątpliwości, wolała nie
dawać niczego po sobie poznać.
Nawet
słowem nie skomentowała tego, że mężczyzna zachowywał się w zadziwiająco wręcz
pewny sposób. Tak przynajmniej go odebrała, gotowa przysiąc, że doskonale
wiedział, gdzie ją prowadził, kiedy zdecydowali się zejść na dół. Miała ochotę o coś
zapytać, ale pustka w głowie zbyt mocno dawała się jej we znaki, przez co
chcąc nie chcąc przede wszystkim milczała. Wolała trzymać nerwy na wodzy, by
przypadkiem nie zdenerwować swojego towarzysza na tyle, by miał do niej
pretensje.
Cisza dzwoniła
jej w uszach. Co prawda Jaques wyglądał na w pełni rozluźnionego, ale
to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie pozorami, którym Cassandra za żadne
skarby nie chciała ulec. Próbowała zrobić wszystko, byleby zachowywać się
naturalnie, ale to okazało się równie bezsensowne, co i potrzeba, by
cokolwiek poczuć. Pomijając strach, wszelakie inne emocje przypominały zaledwie
cień tego, czego przyszło jej doświadczać wcześniej.
– Chodź, chodź.
Nie masz powodów do obaw – stwierdził Jaques, jak gdyby nigdy nic przerywając
przeciągające się milczenie. Cassandra nie miała innego wyboru, prócz
obdarzenia go pełnym zaufaniem. – Mam dla ciebie prezent… Powiedzmy – dodał i choć
nie miała pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, nie miała innego
wyboru, jak tylko mu zaufać.
Wszystko
stało się jasne w momencie, w którym oboje znaleźli się w pomieszczeniu,
które na pierwszy rzut oka wyglądało jak najzwyklejszy w świecie salon. Wampir
zatrzymał się tak gwałtownie, że z wrażenia omal na niego nie wpadła, choć
to miało miejsce gdzieś poza jej świadomością. Co prawda wiedziała, że się
zatrzymała, ale z równym powodzeniem mogłaby dalej iść – najpewniej nie
zauważyłaby różnicy. Tak przynajmniej sądziła, dochodząc do wniosku, że
skupienie się na czymś w pełni neutralnym byłoby najprostszym z rozwiązań,
na które mogłaby się zdecydować.
Wątpliwości
wróciły, choć tym razem nie potrafiła określić, czego miałyby dotyczyć. Tkwiła w bezruchu,
milcząca i pełna wątpliwości,, które skutecznie przysłoniły wszystko inne.
Przynajmniej do czasu, o czym przekonała się, gdy przeciągającą się ciszę
przerwał zdławiony, przerażony jęk.
Cassandra
drgnęła, nie tyle zaniepokojona, co przede wszystkim zaskoczona. W co
najmniej zaintrygowany sposób spojrzała na bladą jak ściana, wyraźnie
przerażoną kobietę, siedzącą w fotelu naprzeciwko niej. Z jakiegoś
powodu śmiertelniczka wydała jej się znajoma, choć dopiero po dłuższej chwili
do Cassie dotarło, że czasami widywała ją, kiedy spieszyła na uczelnię albo
wychodziła w domu. To nie była bliska sąsiadka, a tym bardziej nie
wyróżniała się niczym szczególnym, przez co dziewczyna nie była w stanie
przypomnieć sobie jej imienia. Wiedziała jedynie, że śmiertelniczka mieszkała w okolicy,
przez co bardziej naturalnym stawała się myśl, że mogłyby sporadycznie się
spotykać. Co więcej, nawet ta świadomość nie wzbudzała w niej żadnych
emocji, choć najpewniej powinna. To, że miała przed sobą wyraźnie przerażoną,
Bogu ducha winną kobietę, również.
Poruszając się
trochę jak w transie, zrobiła krok naprzód. Cokolwiek myślała sobie sąsiadka,
nie robiło na niej wrażenia. Odniosła wrażenia, że śmiertelniczka patrzyła
bezpośrednio za nią, wprost na czającego się gdzieś za jej plecami Jaquesa.
Oddychała szybko i płytko, co stało się jasne, kiedy Cassandra przyjrzała
się jej szyi. Natychmiast zauważyła świeżo zaleczone, ledwo widoczne ślady po ugryzieniu
– zaledwie dwa punkciki, skoro jej opiekun dysponował parą wysuwanych kłów.
– Musiałem
sobie jakoś radzić, skoro czekałem na ciebie tyle czasu – zauważył przytomnie.
To zabrzmiało
sensownie, choć nadal nie wyjaśniało, dlaczego kobieta była żywa. Z drugiej
strony, może to miało jakiś sens. Skoro Jaques zostawił coś dla niej, to mogło
jednak oznaczać, że w jakimś stopniu mu na niej zależało – na tyle, na ile,
skoro nadal pozostawał kimś o wiele silniejszym od niej. Mimo wszystko
świadomość, że byłą jego podopieczną, dodawała dziewczynie pewności siebie.
– Cassie…
Zesztywniała,
słysząc własne imię, na dodatek wypowiedziane przez tę kobietę. Momentalnie
skupiła na niej wzrok, z uwagą śledząc zarówno wyraz jej twarzy, jak i mowę
ciała. Nadal nie pamiętała imienia sąsiadki, podczas gdy ona wydawała się w pełni
świadoma tego, z kim miała do czynienia. Znów zamilkła, już tylko wpatrując
się w Cassandrę rozszerzonymi do granic możliwości, ciemnymi oczami.
Dziewczyna wyraźnie poczuła nieprzyjemny gorzki posmak na języku i mimowolnie
utożsamiła go ze strachem. Ba! Z czystym przerażeniem, które w normalnym
wypadku mogłaby sama odczuwać, ale w tamtej chwili nic podobnego nie miało
miejsca. Wręcz przeciwnie, bo choć kolejne sekundy mijały, Cassandra czuła
przede wszystkim stopniowo narastającą dezorientację. To oraz frustrację, która
pojawiła się w chwili, w której uprzytomniła sobie, że nie miała
pewności, co takiego powinna zrobić, by zadowolić swojego opiekuna.
Zależało
jej przede wszystkim na tym, by udowodnić Jaquesowi, że nie tracił czasu.
Wątpliwości zeszły gdzieś na dalszy plan, wyparte przez pragnienia, którym
dziewczyna nade wszystko pragnęła się poddać. Co prawda wciąż tkwiła w miejscu,
ale wiedziała, że to chwilowy stan – zaledwie etap, z którym zamierzała
sobie poradzić.
Przełknęła z trudem,
by pozbyć się uścisku w gardle. Nie
powinnam…, pomyślała, ale bez większego przekonania, w gruncie rzeczy
świadoma, że jakikolwiek opór nie miał sensu. Musiała w końcu przyjąć do
wiadomości, że potrzebowała czegoś, czego nie mogło jej dostarczyć normalne
jedzenie. Pragnienie narastało, skutecznie przysłaniając wszystko inne i tym
samym skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Może kiedy wątpliwości
miały sens, ale nie teraz. Nie, skoro cała jej uwaga skupiała się tylko na
jednym – na słodyczy krążącej w żyłach osoki, znajdującej się gdzieś na
wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko zdecydowała się ulec…
Przełknęła z trudem.
Jakaś jej cząstkę przerażało to, do czego była zdolna, ale z drugiej strony…
Dlaczego nie?
To nic złego, rozbrzmiało w jej
umyśle. Głos Jaquesa był łagodny, ale przy tym niezwykle stanowczy, przez co
nie mogła go zignorować. A ty nie możesz przez cały czas żerować na
mnie.
Miał rację i doskonale
zdawała sobie z tego sprawę. W chwili, w której przyjęła jego
zapewnienia do świadomości, wszelkie wątpliwości zniknęły, a Cassandra
najzwyczajniej w świecie zaczęła działać. Zanim zdążyła się zastanowić, błyskawicznie
ruszyła się z miejsca. To była raptem chwila, bo dokładnie tyle zajęło jej
dotarcie do potencjalnej ofiary. Z wprawą, o której zdecydowanie by
siebie nie podejrzewała, wgryzła się w szyję zaskoczonej kobiety, obojętna
na to, czy ta próbowała z nią walczyć. Przyjemna słodycz zalała jej gardło,
co prawda nie przynosząc takiej przyjemności jak wtedy, gdy Cassandra spijała
posokę Jaquesa, ale to nie miało dla niej znaczenia. Wystarczyło, że zamiast
wyrzutów sumienia, poczuła swego rodzaju satysfakcję, gdy pozwoliła sobie na
to, by pić – bez zahamowań, żalu i zadręczania się o ewentualne
konsekwencje.
To przyszło
jej równie naturalnie, co i oddychanie. Zanim się obejrzała, klęczała na
podłodze, umazana krwią i ogarnięta co najmniej dziwną z jej punktu
widzenia satysfakcją. Co ja robiłam?,
przeszło jej przez myśl, ale to było zaledwie nic nieznaczące pytanie, które
bez cienia żalu zdecydowała się zignorować. Otarła usta, bez zbędnych emocji
przypatrując krwawym śladom, które poznaczyły jej bladą skórę. Miała ochotę je
zlizać, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że wtedy zachowywałaby się
jak pozbawione zdrowego rozsądku zwierzę. Mogłaby sobie na to pozwolić w samotności,
ale nie w sytuacji, w której obserwował ją ktoś, kogo aprobaty nade
wszystko pragnęła.
Jej wzrok
powiódł na wzrok kobiety. Beznamiętnym wzrokiem popatrzyła na wciąż krwawiącą
ranę na gardle sąsiadki – wystarczająco dużą i głęboką, by Cassandra
doszła do wniosku, że kobieta była martwa. Już nic nie mówiła, a tym
bardziej nie błagała, co w gruncie rzeczy mówiło samo na siebie. W salonie
zapanowała wymowna cisza, ale to było dziewczynie na rękę. Co prawda poczuła
się odrobinę rozczarowana, gdy uprzytomniła sobie, że już nie miała co liczyć na
posiłek, ale to nie było ważne. Przynajmniej na razie to, co dostała, musiało
jej wystarczyć.
Dotychczas
milczący Jaques uśmiechnął się, po czym klasnął w dłonie. Choć w pierwszym
odruchu Cassandra odebrała jego zachowanie jak sposób na to, by ją wyśmiać,
kiedy przyjrzała się twarzy mężczyzny, doszła do wniosku, że to nie było tak.
Przeciwnie – zadowoliła go, a przecież o to chodziło.
– I właśnie
o to w tym chodzi – stwierdził, nagle materializując się u jej
boku. Serce Cassie zabiło szybciej, kiedy dłonie wampira wylądowały na jej
policzkach. – Dobrze się spisałaś, ptaszyno.
– Naprawdę?
Do jej
głosu wkradła się nuta wahania. Wątpiła, by faktycznie tak było, skoro – co
nagle sobie uprzytomniła – klęczała przed nim cała we krwi. W normalnym
wypadku by ją to przeraziło, jedna w tamtej chwili nie czuła powodów do
obaw. Przeciwnie. Była raczej rozczarowana tym, że straciła kontrolę. W którymś
momencie ją poniosło, przez co nie tylko zmarnowała sporo posoki, którą z równym
powodzeniem mogłaby wypić, ale przede wszystkim zaczęła wyglądać jak żałosna
parodia kogoś, kto był w stanie zabić. Nie sądziła, by każdy łowca kończył
umazany krwią i roztrzęsiony, co najmniej jakby zrobił coś niewłaściwego.
Jaques wciąż
kontrolował jej myśli, aż nazbyt świadomy obaw, które ją dręczyły. Drgnęła,
kiedy bezceremonialnie ujął jej dłonie w swoje własne i złożył na ich
wierzchu delikatny pocałunek.
– Wszystko
przychodzi z czasem – oznajmił z przekonaniem, którego tak bardzo jej
brakowało. To wciąż nie była pochwała, jakiej mogłaby oczekiwać, ale na dobry
początek musiało wystarczyć. – Tylko tyle dla ciebie mam, ale to chwilowa
niedogodność. Następnym razem sama wybierzesz sobie ofiarę.
Spojrzała
na niego rozszerzonymi oczyma, co najmniej przerażona. Nie wyobrażała sobie, że
faktycznie miałaby to zrobić. Niby gdzie miałaby się udać? Nie miała pojęcia, a pewności
nie dodawał jej fakt, że wampir brzmiał tak, jakby naprawdę zaczynał w nią
wierzyć. Gdyby go zawiodła…
Zesztywniała,
gdy ciepłe palce niemalże z czułością musnęły jej policzek. Jaques uśmiechnął
się pocieszająco, choć w jego ruchach wciąż było coś wymuszonego. Cassie
nie była w stanie tak po prostu zignorować wrażenia, że mężczyzna
porzuciłby ją przy pierwszej możliwej okazji, gdyby tylko doszedł do wniosku,
że to dla niego najwygodniejsze posunięcie. Wszystko zależało od niej i nie
zamierzała o tym zapominać.
–
Poprowadzę cię – stwierdził, odsuwając się na tyle, by móc zmierzyć ją wzrokiem.
Nawet słowem nie skomentował dręczących ją obaw. To okazało się gorsze nawet od
fałszywych zapewnień, które przecież mogłyby paść z jego ust. – Teraz to
nie ma znaczenia, ptaszyno. Nauczysz się wszystkiego.
– Tak
uważasz? – nie dawała za wygraną.
Mężczyzna
jedynie się uśmiechnął.
– Taki mam
plan – stwierdził ze spokojem. – Twoja głowa w tym, żebym go spełnił.
Spojrzała
na niego z powątpiewaniem, z trudem zmuszając się do skinięcia głową.
Wciąż pełna wątpliwości, ujęła dłoń stwórcy, kiedy ten pomógł jej stać. Czuła
się silniejsza niż do tej pory, choć wciąż nie ufała sobie na tyle, by uznać,
że wszystko było pod kontrolą. Słabość przychodziła w najmniej oczekiwanych
momentach, przez co Cassandra wciąż obawiała się, że w którymś momencie mogła
skończyć wymiotując na prawo i lewo. Nie miała pojęcia czy to wpływ krwi
Jaquesa, czy może jej własny, płynący z pragnienia, żeby żyć, upór, ale
wolała nie zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę postawiło ją na nogi. Wystarczyło,
że wciąż miała dla wampira wystarczające znaczenie, by chciał trzymać ją przy
sobie.
Nerwowym
gestem przeczesała włosy palcami, próbując zająć czymś dłonie. Obojętnym
wzrokiem spojrzała na zalegające w fotelu ciało, nie pierwszym raz
zastanawiając się nad tym, czy to normalnie, że nie poczuła chociażby cienia
żalu. Może faktycznie to wszystko ułatwiało, ale szczerze wątpiła, by
rozwiązywało najważniejszy z dręczących ją problemów. Wciąż miotała się,
nie będąc w stanie stwierdzić, kim tak naprawdę się stała. Jakaś jej cząstka
wciąż wyrywała się do tego, by kłócić się i obstawiać przy człowieczeństwie,
ale to przecież na dłuższą metę nie miało sensu. Ludzie nie zabijali w aż
tak bezlitosny sposób, a tym bardziej później obojętnie nie spoglądali na własne
dzieło.
Zdziwiłabyś się.
Tym razem
nie była w stanie stwierdzić czy słowa, które rozbrzmiały w jej głowie,
należały do Jaquesa. Z równym powodzeniem mogły okazać się jej własnymi
przemyśleniami – nie wiedziała i w gruncie rzeczy nie chciała poznać prawdy.
Z uporem milczała, czekając na rozwój wypadków, choć jakaś jej cząstka
obawiała się tego, co dopiero miała przynieść przyszłość. Przynajmniej Cassie
wątpiła w to, czy oby na pewno dobrym pomysłem było odkryć odpowiedzi na
wszystkie dręczące ją pytania.
Z drugiej
strony, wciąż było coś, co ją dręczyło – i co nie tylko wiązało się z tym,
czy Jaques nadal zamierzał dać jej szansę.
– Mówiłeś o bogini
– przypomniała, spoglądając na mężczyznę wyczekująco. Wciąż trzymał ją za ręce,
więc bez trudu wyczuła moment, w którym wzmógł uścisk wokół jej dłoni. –
Kim ona jest? I czy naprawdę mogłabym ją poznać?
Nie miała
pewności, czy podekscytowanie, które wkradło się do jej głosu, miało
jakikolwiek sens. Cassandra nigdy nie miała się za osobę szczególnie wierzącą,
zwłaszcza w tamtej chwili nie potrafiąc określić, czy choćby brała pod
uwagę istnienie jakiegoś bezimiennego, czuwającego nad nią Boga. Biorąc pod
uwagę kłopoty, w jakie się wpakowała, niekoniecznie. Jak ktokolwiek mógłby
się nią opiekować, skoro koniec końców stała się spragnioną krwi morderczynią. Z drugiej
strony, jakby nie patrzeć, wciąż pozostawała żywa, a to – przynajmniej
zdaniem Jaquesa – o czymś świadczyło. Sęk w tym, że dziewczyna nadal
nie potrafiła określić czy to przekleństwo, czy też prawdziwe wybawienie, za które
powinna być wdzięczna.
Co więcej, Jaques
zdecydowanie nie mówił o biblijnym zbawcy, o którym tak wiele razy słuchała
od najmłodszych lat. Wspominał o kobiecie, a skoro tak…
– Wszystko w swoim
czasie – stwierdził mężczyzna, tym samym skutecznie ostudzając zapał Cassandry.
– Jak wspomniałem, możesz być moją szansą, ale wszystko okaże się, gdy
przyjdzie odpowiedni moment. Na tę chwilę wciąż nie jestem ciebie na tyle
pewny, by chcieć przedstawić cię pani.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Przez krótką chwilę poczuła się rozczarowana, choć nie sądziła,
że to w ogóle możliwe. W gruncie rzeczy zależało jej przecież przede
wszystkim na Jaquesie, prawda? Obecność stwórcy rozwiązywała wszelakie
problemy, a jednak…
– Co robię
nie tak? – nie wytrzymała. Spojrzała na niego niemalże błagalnie, nie kryjąc
targających nią wątpliwości i żalu. – Mogę polować. Nie czuję niczego,
kiedy zabijam, a to dobrze… Tak? – zapytała dla pewności. – Ja…
– W tym
wszystkim nie chodzi o to, co ty możesz, ptaszyno.
Uniosła
brwi. Czekała na dalsze wyjaśnienia, ale te nie nadchodziły. Znów otworzyła
usta, jednak tym razem nie zdołała się odezwać, w zamian przeciągle
wzdychając, gdy na jej policzku wylądowała ciepła dłoń. Może to było żałosne, ale
sam dotyk Jaquesa wystarczył, by zdołała się rozluźnić.
– W porządku
– dała za wygraną. – Zaczekam.
Nie miała
pojęcia na co, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. Skoro mu ufała,
nie powinno takie być. Wystarczyło, że czuła się lepiej niż do tej pory, wręcz
gotowa zaakceptować myśl, że bezpowrotnie odcięła się od dawnego, pełnego
słabości życia. Teraz była kimś potężniejszym, zdolnym, by nieść śmierć, a to
zdecydowanie o czymś świadczyło.
Bezwiednie
przesunęła się bliżej Jaquesa, pozwalając na to, by ten wziął ją w ramiona.
Nie miała pojęcia, czy zrobił to z przyjemnością, ale nie chciała się nad tym
zastanawiać. Wystarczyło, że ją obejmował, a jego dłonie przesuwały się
wzdłuż jej kręgosłupa, raz po raz muskając końcówki włosów.
–
Przestawię cię jej, kiedy nadejdzie odpowiedni moment – oznajmił i to mimo
wszystko zabrzmiało jak wiążąca obietnica.
Posłusznie
skinęła głową. Skoro tak, pozostało jej tylko czekać.
Jaques nie wyglądał na szczególnie
przejętego trupem, którego pozostali dokładnie w miejscu, w którym Cassandra
zabiła – w fotelu, przez co kobieta wciąż wyglądała tak, jakby spała. Takie
skojarzenie przynajmniej nasunęło się na myśl dziewczynie, będąc swego rodzaju
pocieszenie. Może w ten sposób próbowała oszukiwać samą siebie, ale nie
potrafiła się tym należycie przejąć. W gruncie rzeczy wciąż niczego nie
czuła, ale tak było lepiej.
Miała wiele
pytań, ale zrezygnowała z prób zadania któregokolwiek z nich. Czuła,
że mężczyzna by nie odpowiedział, więc wolała go nie prowokować, w zamian
raz po raz powtarzając sobie, że wszystko było w porządku. Dzięki krwi
przejaśniło jej się w głowie, zresztą nie miała już poczucia, że w każdej
chwili mogłaby bez przytomności osunąć się na ziemię. Uznała to za dobry znak, choć
wciąż obawiała się, że słabości powrócą. Do tej pory zawsze tak było, a przynajmniej
takie miała wrażenie. Z drugiej strony, przez cały ten czas ani razu aż tak
wyraźnie nie czuła, że wszystko nagle wróciło na swoje miejsce. Wciąż miała
wrażenie, że to właśnie Jaques gwarantował jej dobre samopoczucie, ale nie
miała pojęcia czy to prawda, a tym bardziej czy powinna się z tego
powodu cieszyć. Perspektywa uzależnienia od kogokolwiek, wydawała się równie
niepokojąca, co i nade prawdopodobna.
Temat
bogini nie wrócił, ale nad tym zdecydowała się nie rozwodzić. W zamian skupiła
się na marszu, posłusznie podążając za wampirem przez pogrążone w półmroku
osiedle. Mijali kolejne domki, a większość z nich wabiła Cassandrę
obecnością śmiertelników, w których żyłach krążyła jakże kusząca krew. Po
tym jak znów zabiła, łatwiej było jej sobie wyobrazić, że mogłaby zdecydować
się na to po raz kolejny.
– Jedno
twoje słowo i dam ci wolną rękę – oznajmił w pewnym momencie Jaques.
Spojrzała na niego z wahaniem, próbując określić, czego tak naprawdę od
niej oczekiwał. – Weź jedynie pod uwagę to, że nadmiar krewi może być
szkodliwy.
– Coś jak…
przejedzenie? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa.
Uśmiechnął
się blado, niemalże pobłażliwie.
– Coś w tym
rodzaju – przyznał po chwili zastanowienia. – Prawie. To bardziej złożone.
– Wytłumacz
mi – poprosiła, nagle zniecierpliwiona tym, że kolejny raz mówił zagadkami. –
Powinnam to wiedzieć, skoro mam polować sama, prawda? – dodała, mimo wszystko
woląc się upewnić.
Spojrzał na
nią z zaciekawieniem. Znów miała problem z określeniem emocji, które
nim targały.
– Możliwe –
przyznał wymijającym tonem. – Pragnienie to ciekawa sprawa. Powiedziałbym, że
nie da się go zaspokoić. W dużej mierze to kwestia nauczenia się, w jaki
sposób je ignorować – stwierdził, tym samym kolejny raz wprawiając Cassie w konsternację.
– Głód, nad
którym nie da się zapanować?
– Och, ależ
da! – zapewnił z przekonaniem. – Inaczej mordowalibyśmy wszystkich wokół.
Mam na myśli przede wszystkim to, by w odpowiednim momencie powiedzieć
sobie dość – wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. – Widzisz… W którymś
momencie krew też zaczyna być problematyczna. Im więcej jej pijesz, tym
trudniej ci przestać.
Zawahała
się, wciąż pełna wątpliwości. Skinęła głową, choć nie miała pewności, czy w choć
niewielkim stopniu rozumiała, do czego zmierzał. Z drugiej strony, tak
naprawdę nie miała wyboru. Ten, który jej dawał, w żadnym wypadku nie
wydał się Cassandrze czymś satysfakcjonującym.
– Skoro
tak, chodźmy dalej. Dam sobie radę – oznajmiła z przekonaniem, którego
wcale nie czuła. Z trudem powstrzymała drżenie głosu, w zamian raz po
raz powtarzając sobie, że musiała nad sobą zapanować. – Chcę być dla ciebie
przydatna – dodała, choć zaraz po tym tego pożałowała. Miała wrażenie, że jej słowa
zabrzmiały nader żałośnie.
Z tym, że
Jaques w odpowiedzi się uśmiechnął.
– Oby tak
było, ptaszyno.
Tak po cichu podpowiem, że po roku w końcu wpadła kontynuacja „Przyjaciela”, o tutaj: KLIK. Wciąż rozpływam się nad Beau i Drake'em. <3
OdpowiedzUsuń