24 grudnia 2018

Sto osiemdziesiąt dziewięć

Cassandra
Obudziła się z poczuciem, że spała zdecydowanie zbyt długo. Początkowo leżała w bezruchu, oszołomiona i niezdolna stwierdzić, gdzie i dlaczego się znajdowała. W głowie miała mętlik, świadoma wyłącznie tego, że zdecydowanie nie była w swoim pokoju. Co więcej, miała złe przeczucia, ale dopiero po dłuższej chwili zdecydowała zastanowić się nad tym, co oznaczały.
Wspomnienia wróciły nagle, przy okazji skutecznie wytrącając Cassandrę z równowagi. Poderwała się gwałtownie, nabierając przy tym powietrza do płuc. Serce waliło jej jak szalone, zupełnie jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Nie pojmowała tego, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w rzeczywistości powinno stanąć. Tak naprawdę była martwa, prawda? I to już od dłuższego czasu, a przynajmniej tak się czuła.
Zacisnęła powieki, próbując jakkolwiek się uspokoić. Drżała, nie będąc w stanie skupić na tym, co działo się wokół niej, a co dopiero uporządkować niespójne, dręczące ją myśli. Wciąż czuła się zmęczona, ale nie aż tak jak wcześniej. Tak przynajmniej sądziła, w gruncie rzeczy niezdolna określić, które wspomnienia były prawdziwe, a które stanowiły wytwór jej wyobraźni. Nie docierało do niej to, co się wydarzyło, a może raczej robiła wszystko, byleby poddać wątpliwościom kwestie, które najbardziej ją dręczyły.
Wciąż milcząc, wplotła dłonie we włosy. Gwałtownie pociągnęła za kosmyki, zupełnie jakby chciała je wyrwać. Co ja zrobiłam?, pomyślała, wciąż oszołomiona. Czy to w ogóle było prawdziwe? Gniew, który popchnął ją do tego, by opuścić względnie bezpieczny dom Licavolich? Naprawdę uciekła, omotała tamtą kobietę i… wróciła do siebie? Pamiętała spotkanie z mamą, to jak ta tuliła ją do siebie i troszczyła się. To wydawało się aż nadto prawdziwe, przynajmniej do pewnego momentu, kiedy to wspomnienia zaczynały się zamazywać i zmierzać w kierunku, którego Cassie nie potrafiła zaakceptować. Miała wrażenie, że te myśli powinny ją przerażać, zwłaszcza gdy przyjęła do wiadomości to, co wydarzyło się później, a jednak…
– Jak tam, ptaszyno?
Wyprostowała się niczym struna, słysząc znajomy męski głos. Spokój spłynął na nią gwałtowną falą, sprawiając, że zdołała się rozluźnić. Z wolna uniosła głowę, by spojrzeć wprost na opierającego się beztrosko o ścianę Jaquesa. Jej opiekun – stwórca, który w końcu ją odnalazł – wyglądał na w pełni rozluźnionego, czego bynajmniej nie dało powiedzieć się o samej Cassandrze. Co więcej, uśmiechał się w łagodny, nieco tylko cyniczny sposób. Zwłaszcza w półmroku wydawał jej się niezwykle eteryczny, prawie jakby znów śniła, próbując przywołać do siebie postać, która jedynie sporadycznie przewijała się przez ospały umysł.
Mężczyzna wyprostował się, po czym bez pośpiechu ruszył w jej stronę. Poczuła się zaskakująco bezpiecznie, kiedy znalazł się tuż obok, kucając przy niej.
– Wciąż jestem prawdziwy – stwierdził, jak gdyby nigdy nic reagując na jej myśli. Zamrugała nieco nieprzytomnie, gotowa przysiąc, że faktycznie wyczuła jego obecność. – Bo to prawda – stwierdził, bynajmniej nie brzmiąc przy tym na zawstydzonego tym, że mogłaby przyłapać go na buszowaniu w jej myślach. – Może kiedyś pokażę ci, jak się przed tym bronić.
– Dlaczego? – wyrwało jej się.
Jaques uniósł brwi.
– Bo to ciekawe? – zasugerował, znów się uśmiechając. – I na pewno przydatne. Nie chciałbym, żeby ktoś naruszał moją prywatność, więc…
– Nie, nie – przerwała mu pośpiesznie Cassandra. – Dlaczego niczego nie czuję?
W chwili, w której wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że były prawdziwe. Przynajmniej do pewnego stopnia, ale jednak. Co więcej, coś w tej świadomości wystarczyło, by wzbudzić w niej wątpliwości, nawet jeśli odczuwana przez dziewczynę obojętność była jej na rękę.
Gdzieś w pamięci wciąż miała wspomnienia minionego dnia, ale – jak nagle pojęła – poza oszołomieniem, w rzeczywistości nie czuła niczego więcej. Na pewno nie żalu, który w normalnym wypadku wydałby jej się w pełni zrozumiały. Dobry Boże, zamordowała własną matkę. Zabiła, na dodatek kogoś, kto tyle dla niej znaczył, ale…
– Co w tym złego? Zabijanie jest częścią naszej egzystencji – wyjaśnił zniecierpliwionym tonem Jaques. Coś w jego tonie sprawiło, że poczuła się jak naiwne, nierozumiejące podstawowych spraw dziecko. – Jesteśmy stworzeni do tego, by odcinać się od emocji. Powiedziałbym wręcz, że to dobrze o tobie świadczy.
– Obojętność? – nie dawała za wygraną.
Wampir wzruszył ramionami. Obserwowała go z powątpiewaniem, kiedy podniósł się, prostując i zwracając plecami do niej.
– Jeśli tak upierasz się to nazywać… Widzisz, dziecino, emocje to słabość, a słabości trzeba eliminować. – Zamilkł, by staranniej dobrać kolejne słowa. – Może teraz to dla ciebie nie do pojęcia, ale po jakimś czasie to naprawdę staje się oczywiste. Natura zawsze dążyła do ideału. Śmiem twierdzić, że tobie czy mnie naprawdę do niego blisko.
Nie odpowiedziała, po prostu wciąż mu się przypatrując. Jeśli do tej pory czuła się skołowana, coś w słowach tego mężczyzny jedynie to pogorszyło. Nie rozumiała go, chociaż za wszelką cenę próbowała, nie chcąc doprowadzić do sytuacji, w której zdecydowałby się ją porzucić. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czuła się jak dziecko. To, że nie była aż taka zmęczona, niczego nie ułatwiało. Cassandra wciąż czuła się tak, jakby balansowała gdzieś na granicy dwóch światów, niepewna do którego tak naprawdę przynależała.
„Jestem człowiekiem” – przypomniała sobie własne słowa. Nie tak dawno temu powtarzała je niczym mantrę, tak gorączkowo, jakby od tego zależało jej życie. Miała wrażenie, że tylko one trzymały ją przy zdrowych zmysłach, nawet jeśli jakaś jej cząstka już wtedy wiedziała, że w rzeczywistości są po prostu pięknym kłamstwem, w które chciała uwierzyć. Przez jakiś czas miało to sens, ale teraz…
Pojawienie się Jaquesa zmieniało wszystko. Nie miała pewności w jaki sposób, ale tak właśnie było. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy, że na kogoś czeka, ale kiedy ten mężczyzna w końcu się pojawił, wszystko w końcu wskoczyło na swoje miejsce. Teraz już przynajmniej wiedziała, co powinna robić – podążać za nim w nadziei, że pokaże jej świat, do którego najwyraźniej od jakiegoś czasu przynależała. Jakby tego było mało, kiedy go słuchała, wcale nie czuła się aż tak źle. Może w rzeczywistości szukała dla siebie usprawiedliwienia, ale czy to było aż takie złe? Ten mężczyzna wskazywał jej kierunek, a przecież tego od samego początku potrzebowała. Skoro ją odnalazł, teraz już wszystko musiało być dobrze.
– Jak się czujesz? – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia.
Jaques znów na nią spoglądał, tym razem w o wiele bardziej przenikliwy sposób. Cassandra uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle zawstydzona. Kiedy rozejrzała się dookoła, przypomniała sobie, gdzie i w jakich warunkach zasypiała. Wciąż byli na poddaszu domu, który wybrał jej opiekun, by mogła schronić się przed słońcem i odpocząć. Co więcej, wszystko wskazywało na to, że na zewnątrz królowała noc, co też wyjaśniało, dlaczego Cassie poczuła się bardziej świadoma. Już wcześniej miała wrażenie, że po zmroku jej organizm lepiej dawał sobie radę z tym, co się z nią działo.
Mimo wszystko milczała, próbując znaleźć najsensowniejszą odpowiedź na zadane jej pytanie. Jak się czuła? To mogłoby być oznaką troski, ale tak nie brzmiało. Jaques mimo wszystko nie wyglądał jej na kogoś, kto przywiązywał się do innych i przejmował się, jeśli nie miał w tym celu. Nawet pieszczotliwe „ptaszyno” nie brzmiało aż niewinnie, jak mogłaby tego oczekiwać. Obawiała się, że bardzo łatwo mogłaby stracić zainteresowanie tego mężczyzny, a na to nie mogła pozwolić. Gdyby do tego doszło, to byłby jej koniec.
Wiedziała, że wampir najpewniej wciąż lustrował jej umysł. Musiał wiedzieć, co tak naprawdę chodziło jej po głowie i czego się obawiała, ale nawet jeśli tak było, nie dał niczego po sobie poznać. W zamian milczał, pozornie cierpliwy i spokojny, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. Zwłaszcza po tym, co powiedział o słabości, Cassandra czuła, że powinna być ostrożna. Skoro brak ludzkich odruchów był jego zdaniem normalny, tym bardziej nie powinna oczekiwać zbyt wiele po tym, w jaki sposób zwracał się do niej.
– Lepiej – powiedziała w końcu, gdy milczenie zaczęło być zbyt uciążliwe. – Tak sądzę. Jest ciemno i… to też mi odpowiada – dodała po chwili zastanowienia.
– Och, nie wątpię. – Kąciki ust Jaquesa drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnął. – Dobrze się składa. Poruszanie po zmroku jest najprostsze.
Skinęła głową. Wiedziała, że to była łagodna sugestia tego, że zamierzał w końcu ruszyć w dalszą drogę. Wciąż nie ufała sobie na tyle, by jednoznacznie stwierdzić, że była na to gotowa, ale nie zamierzała zasugerować mu tego wprost. Już i tak stracili dość czasu, a przynajmniej takie miała wrażenie. Nie sądziła, by komukolwiek była potrzebna słaba, ludzka dziewczyna – na dodatek taka, która wymiotowała krwią na prawo i lewo.
Wciąż o tym myślała, kiedy Jaques ponownie zmaterializował się przed nią. Zesztywniała, gdy mężczyzna jak gdyby nigdy nic musnął palcami jej policzek.
– Oj, ptaszyno… Nie bądź dla siebie aż taka surowa – oznajmił niemalże pogodnym tonem. – To wciąż dla mnie bardzo interesujące doświadczenie. Nienaturalne, ale… Cóż, tak, interesujące – powtórzył, wzruszając ramionami.
Nienaturalne? Jak to nienaturalne?, pomyślała w oszołomieniu, ale nie próbowała pytać o to wprost. Również Jaques zignorował te pytania, wyraźnie nie śpiesząc się, by odpowiedzieć. Uznała to za dość wymowne, a przy tym wystarczająco jednoznaczne, by o nic nie pytać, ale i tak coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle.
A potem wszelakie wątpliwości zniknęły, gdy wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyciągnął ku jej ramię. Oczy Cassandry rozszerzyły się nieznacznie, zwłaszcza gdy jej spojrzenie padło na odsłonięty nadgarstek. Już raz to zrobił i wtedy nie zaprotestowała, zbytnio wytrącona z równowagi, by sobie na to pozwolić. Tym razem czuła się przytomniejsza i to wydało jej się wystarczającym powodem, żeby jednak odmówić, ale nie była w stanie się na to zdobyć. Nie, skoro wszystko aż rwało się w niej do tego, by znów poczuć w ustach słodycz krwi – jakże przyjemnej, oszałamiająco słodkiej i…
Nie zarejestrowała momentu, w którym po prostu wgryzła się w podstawiony jej przegub. To przyszło samo, wręcz przerażająco naturalnie, co w normalnym wypadu wytrąciłoby Cassandrę z równowagi, jednak w t tamtej chwili nic podobnego nie miało miejsca. Nie, skoro liczyła się wyłącznie słodycz krwi, na dodatek osoby, z którą czuła się związana. Wciąż nie pojmowała więzi, która istniała między nią a Jaquesem, nie wspominając o tym, że sam zainteresowany wydawał się mieć wątpliwości co do jej znaczenia, ale to nie było ważne. Liczyło się, że coś w obecności tego wampira sprawiało, że Cassie mogła choćby udawać, że wszystko wróciło do nomy. Jak długo był obok, nie musiała się bać ani zadręczać.
Jęknęła, nie kryjąc rozczarowania, gdy Jaques zdecydowanym ruchem odsunął ją od siebie. Rozsądek podpowiadał jej, że to normalne i że musiała przerwać, by nie zrobić mu krzywdy, ale i tak miała problem z tym, by się dostosować. Próbując nie myśleć o tym, że wampir wciąż znajdował się na wyciągnięcie ręki, spojrzała gdzieś w bok, by ukryć fakt, że niemalże z lubością przesunęła językiem po wargach. W ustach wciąż czuła oszałamiającą słodycz, ale próbowała za wszelką cenę zignorować zarówno to, jakby i wciąż dające jej się pieczenie w gardle.
– Na razie wystarczy. Mam swoje ograniczenia – stwierdził Jaques. Skinęła głową, choć nie sądziła, by jej przyzwolenie miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. – Nie zwróciłaś tego. Tyle dobrego.
Miał rację, choć dopiero wtedy zaczęła w ogóle o tym myśleć. Już nie czuła mdłości, co uznała za dobry znak. Co prawda brała pod uwagę, że to mogło być chwilowe, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie sądziła też, żeby Jaques chciał na dłuższą metę godzić się na to, by marnowała jego krew. Za którymś razem dałby się jej wykrwawić, a na to również nie chciała pozwolić.
– Nie będę opóźniać, naprawdę – powiedziała cicho, niemalże błagalnie. Miała wrażenie, że tłumaczenie się mu w ten sposób było co najmniej żałosne, ale to okazało się silniejsze od niej. – Już czuję się lepiej. Ja…
– Tak, widzę. Wszystko gra – przerwał jej Jaques. – Nie jestem aż tak niecierpliwy. Inaczej już dawno bym odszedł – zauważył, a jego słowa sprawiły, że Cassandra momentalnie się spięła.
Nawet jeśli dotychczasowe emocje były przytłumione i jakby nieprawdziwe, strach poczuła aż nazbyt wyraźnie. Wypełniał ją całą, na moment przysłaniając wszystko inne. Cassie gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, z trudem tłumiąc jęk. Miała rozumieć, że w tym momencie potwierdzał jej obawy, przyznając, że jednak mógłby odejść? Teraz był jej ciekaw, ale później…
Musiała się pilnować. Jeśli kilka godzin snu to było za dużo…
– Dni – poprawił ze spokojem Jaques. Cassandra wyprostowała się, po czym poderwała głowę. Z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę, w równym stopniu zaskoczona, co i oszołomiona. – Tak naprawdę przespałaś całe dwa dni. Brałem pod uwagę, że być może jednak cię straciłem, ptaszyno.
Być może wszystko sprowadzało się do wywołanego jego słowami szoku, ale przez krótką chwilę naprawdę była gotowa przysiąc, że wampir był niemalże rozczarowany taką perspektywą. To wciąż nie była troska, ale i tak wydało jej się pocieszające. W tamtej chwili też zrozumiała, dlaczego traktował ją z takim dystansem – starannie maskowanym, ale jednak obecnym. W jego oczach nadal była kimś na tyle chwiejnym, by nie brać jej obecności na poważnie. W każdej chwili mogła uprzeć, tym samym udowadniając, że jednak stracił czas.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że Jaques skinie głową – tak po prostu, kolejny raz w otwarty sposób przyznając, że nadal przenikał jej umysł.
– Nie zrozum mnie źle. Jak wspomniałem, jesteś jedyna – wyjaśnił obojętnym tonem. Przez moment czułą się tak, jakby gawędzili o pogodzie, nie zaś o jej ewentualnym przeżyciu. – Przez całe miesiące mogłem co najwyżej pozwalać na to, by ktoś przelewał moją krew bez większego celu. Już nawet nie jestem pewien, ilu zabiła… Chyba w którymś momencie zwątpiłem, że to ma sens.
– Ale ja… żyję – zauważyła, choć wcale nie była tego taka pewna.
– I w tym rzecz. Zadziwiając do długo, więc może coś z ciebie będzie. – Wzruszył ramionami. – Kto wie, może okażesz się moją nadzieją, ptaszyno… Bo naturalnie chciałabyś mi pomóc?
Wpatrywała się w niego rozszerzonymi do granic możliwości oczyma, blada i oszołomiona. Oczywiście, że chciała mu pomóc. Była gotowa zrobić wszystko, byleby uznał ją za wartą tego, by o nią walczyć. Może wszystko było tylko wrażeniem – iluzją, mieszaniem w głowie, cholera wie czym jeszcze… – ale nie dbała o to. Pierwszy raz od czasu, gdy zaczęła popadać w szaleństwo, miała poczucie, że ktoś naprawdę miał jakiś plan. Co więcej, uwzględniał ją w nim, a to o czymś świadczyło. Nie zbywał jej, mówił wprost, a na domiar złego sprawiał, że czuła się lepiej. Nie ignorował jej, a to również znaczyło dla Cassandry zadziwiająco dużo. Nie była jednym z wielu problemów, który odsuwano na później, bo istniały jakiś istotniejsze priorytety.
Czuła, że Jaques był jej jedyną szansą na przeżycie, więc równie dobrze mogła zrobić dla niego wszystko. Dla własnych celów i z wdzięczności, którą względem niego żywiła.
– Co mam zrobić? – zapytała natychmiast. – Ja…
Jeszcze kiedy mówiła, spróbowała poderwać się na nogi. Prawie natychmiast tego pożałowała, chwiejąc się niebezpiecznie i nie upadając wyłącznie dzięki temu, że Jaques w porę pochwycił ją za ramiona. Nagle znalazła się w jego objęciach i zesztywniała, równie zawstydzona, co i jeszcze bardziej rozluźniona. Nie było w tym niczego dwuznacznego czy romantycznego, ale kolejny raz zwróciła uwagę na to, że bliskość tego wampira przynosiła jej ulgę. Należała do niego, tylko w jego pobliżu mając poczucie, że była pełna.
– Na spokojnie. Bez pośpiechu, ptaszyno – mruknął, jak gdyby nigdy nic przeczesując palcami jej włosy. – Na tę chwilę wymagam tylko tego, byś mnie słuchała. Nauczę cię wszystkiego, ale do tego wymagam posłuszeństwa. Żadna pociecha, jeśli i tym razem moja krew się zmarnuje.
– T-tak.
Na więcej nie było ją stać. Przez moment miała wrażenie, że znów zrobiło jej się niedobrze, ale nieprzyjemne uczucie zniknęło, zanim zdążyłaby wpaść z tego powodu w panikę. Ze świstem wypuściła powietrze, by łatwiej się uspokoić. Musiała skupić się na Jaquesie i wydawanych przez niego poleceniach, wręcz gotowa przysiąc, że tylko w ten sposób miała szansę zacząć normalnie funkcjonować.
– Przeżyłaś. Czas pokaże, co będzie dalej. – Wampir pogłaskał ją po głowie. To jedynie podsyciło towarzyszące jej poczucie, że w jego oczach była co najwyżej dzieckiem. – Może kluczem jest moja krew, jak zwykle zresztą. Tyle że nie mogę przez wieczność cię karmić.
– Tak… – powtórzyła raz jeszcze, choć tym razem o wiele bardziej niepewnie.
Wiedziała do czego zmierzał, ale nie podobało jej się to. Z drugiej strony, nie wyobrażała sobie, że miałaby nagle przestawić się na krew z woreczka, jaką to widziała w domu Licavolich. Na myśl o zimnej posoce robiło jej się niedobrze, a to nie wróżyło dobrze.
– Przespałaś dwa dni. Dość długo, bym nie był w stanie zapewnić ci tyle energii, ile potrzebujesz… Sam też muszę się zregenerować. Podejrzewam, że nie zdajesz sobie sprawy, ile ode mnie wzięłaś. – Jaques zaśmiał się melodyjnie. – Wiesz, że zdążyłem się tu już zadomowić? – zapytał nieoczekiwanie, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat.
Nie odpowiedziała, ale nie sądziła, by tego oczekiwał. W zamian spojrzała na niego tępo, czekając na rozwój wypadków. Wciąż czuła niepokój, ale ten skutecznie przysłoniła obojętność. Cassandra niemalże z ulgą przywitała tę drugą, nade wszystko pragnąć się w tym uczuciu zatracić. Wtedy wszystko stawało się prostsze, a przecież o to chodziło.
Nie zaprotestowała, kiedy Jaques ujął ją za rękę.
– Każde z nas chce żyć… Znasz to pragnienie, czyż nie, Cassandro? – zapytał, starannie wypowiadając jej imię. Miała wrażenie, że zrobił to po raz pierwszy, dotychczas woląc określać ją mianem „ptaszyny”. Nie miała pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. – Twoje obawy są w pełni uzasadnione… Więc skup się na nich, bo to teraz najważniejsze z tego, co od ciebie wymagam: skoro chcesz marnować mój czas, to żyj.
– Żyj… – powtórzyła posłusznie.
Jaques zmierzył ją wzrokiem. W tamtej chwili nie była w stanie stwierdzić, co takiego sobie myślał. Jego twarz nie wyrażała niczego, zresztą jak i lśniące niebezpiecznie, całkowicie puste oczy.
– Jeśli wszystko dobrze pójdzie, przedstawię cię komuś wyjątkowemu. Wierz mi, że to największy zaszczyt, jaki mógłby cię spotkać… Zdobyć jej względy to wszystko, o czym można marzyć – oznajmił, a Cassandra spojrzała na niego w co najmniej oszołomiony sposób.
– Czyje względy?
Przez twarz wampira przemknął cień.
– Bogini – oznajmił z przekonaniem i tak wielkim szacunkiem, że aż poczuła się nieswojo. – Sama bogini zaszczyciła nas swoją obecnością. Każde dziecko nocy powinno znać jej imię, ale ty… Czego ty tak naprawdę chcesz, ptaszyno?
I tym razem nie oczekiwał odpowiedzi. Przyjęła to z ulgą, bo i tak nie byłaby w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Z trudem przymusiła się, by ruszyć się z miejsca i – na miękkich nogach – pozwoliła Jaquesowi poprowadzić się w głąb poddasza. Wciąż analizowała jego słowa, zwłaszcza te o bogini, gorączkowo zastanawiając nad tym, co powinna o nich sądzić.
Jedno wiedziała z całą pewnością: chciała żyć. I stać się przydatną dla jedynej osoby, która mogła jej to zapewnić.
– Na początek wystarczy – usłyszała tuż przy uchu. Dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem, ale nie dała niczego po sobie poznać. – A teraz chodź. Nakarmimy cię.

1 komentarz:

  1. Jak zwykle jestem cudownie nieogarnięta i wrzucam z opóźnieniem, ale trudno. Pewnie nie byłabym sobą, gdybym kiedyś się z czymś wyrobiła.
    Z okazji tegorocznych świąt życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, spełnienia marzeń, rodzinnego ciepła, czasu na pasję, sukcesów i wszystkiego, czego tylko zapragniecie. Bardzo Wam dziękuję za to, że tu ze mną jesteście – krócej bądź dłużej, to nie ma znaczenia.
    Tak więc rozdział z dedykacją dla tych, którzy czytają. Bo mogę. :3

    Wasza Nessa

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa