
Cassandra
Obudziła się z poczuciem,
że spała zdecydowanie zbyt długo. Początkowo leżała w bezruchu,
oszołomiona i niezdolna stwierdzić, gdzie i dlaczego się znajdowała. W głowie
miała mętlik, świadoma wyłącznie tego, że zdecydowanie nie była w swoim pokoju.
Co więcej, miała złe przeczucia, ale dopiero po dłuższej chwili zdecydowała zastanowić
się nad tym, co oznaczały.
Wspomnienia
wróciły nagle, przy okazji skutecznie wytrącając Cassandrę z równowagi. Poderwała
się gwałtownie, nabierając przy tym powietrza do płuc. Serce waliło jej jak
szalone, zupełnie jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Nie pojmowała tego, nie
mogąc pozbyć się wrażenia, że w rzeczywistości powinno stanąć. Tak
naprawdę była martwa, prawda? I to już od dłuższego czasu, a przynajmniej
tak się czuła.
Zacisnęła powieki,
próbując jakkolwiek się uspokoić. Drżała, nie będąc w stanie skupić na
tym, co działo się wokół niej, a co dopiero uporządkować niespójne, dręczące
ją myśli. Wciąż czuła się zmęczona, ale nie aż tak jak wcześniej. Tak
przynajmniej sądziła, w gruncie rzeczy niezdolna określić, które
wspomnienia były prawdziwe, a które stanowiły wytwór jej wyobraźni. Nie
docierało do niej to, co się wydarzyło, a może raczej robiła wszystko, byleby
poddać wątpliwościom kwestie, które najbardziej ją dręczyły.
Wciąż milcząc,
wplotła dłonie we włosy. Gwałtownie pociągnęła za kosmyki, zupełnie jakby chciała
je wyrwać. Co ja zrobiłam?, pomyślała,
wciąż oszołomiona. Czy to w ogóle było prawdziwe? Gniew, który popchnął ją
do tego, by opuścić względnie bezpieczny dom Licavolich? Naprawdę uciekła,
omotała tamtą kobietę i… wróciła do siebie? Pamiętała spotkanie z mamą, to
jak ta tuliła ją do siebie i troszczyła się. To wydawało się aż nadto
prawdziwe, przynajmniej do pewnego momentu, kiedy to wspomnienia zaczynały się
zamazywać i zmierzać w kierunku, którego Cassie nie potrafiła
zaakceptować. Miała wrażenie, że te myśli powinny ją przerażać, zwłaszcza gdy przyjęła
do wiadomości to, co wydarzyło się później, a jednak…
– Jak tam,
ptaszyno?
Wyprostowała
się niczym struna, słysząc znajomy męski głos. Spokój spłynął na nią gwałtowną
falą, sprawiając, że zdołała się rozluźnić. Z wolna uniosła głowę, by
spojrzeć wprost na opierającego się beztrosko o ścianę Jaquesa. Jej
opiekun – stwórca, który w końcu ją odnalazł – wyglądał na w pełni rozluźnionego,
czego bynajmniej nie dało powiedzieć się o samej Cassandrze. Co więcej,
uśmiechał się w łagodny, nieco tylko cyniczny sposób. Zwłaszcza w półmroku
wydawał jej się niezwykle eteryczny, prawie jakby znów śniła, próbując
przywołać do siebie postać, która jedynie sporadycznie przewijała się przez
ospały umysł.
Mężczyzna
wyprostował się, po czym bez pośpiechu ruszył w jej stronę. Poczuła się zaskakująco
bezpiecznie, kiedy znalazł się tuż obok, kucając przy niej.
– Wciąż
jestem prawdziwy – stwierdził, jak gdyby nigdy nic reagując na jej myśli. Zamrugała
nieco nieprzytomnie, gotowa przysiąc, że faktycznie wyczuła jego obecność. – Bo
to prawda – stwierdził, bynajmniej nie brzmiąc przy tym na zawstydzonego tym,
że mogłaby przyłapać go na buszowaniu w jej myślach. – Może kiedyś pokażę
ci, jak się przed tym bronić.
– Dlaczego?
– wyrwało jej się.
Jaques uniósł
brwi.
– Bo to
ciekawe? – zasugerował, znów się uśmiechając. – I na pewno przydatne. Nie
chciałbym, żeby ktoś naruszał moją prywatność, więc…
– Nie, nie –
przerwała mu pośpiesznie Cassandra. – Dlaczego niczego nie czuję?
W chwili, w której
wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że były prawdziwe. Przynajmniej do
pewnego stopnia, ale jednak. Co więcej, coś w tej świadomości wystarczyło,
by wzbudzić w niej wątpliwości, nawet jeśli odczuwana przez dziewczynę
obojętność była jej na rękę.
Gdzieś w pamięci
wciąż miała wspomnienia minionego dnia, ale – jak nagle pojęła – poza oszołomieniem,
w rzeczywistości nie czuła niczego więcej. Na pewno nie żalu, który w normalnym
wypadku wydałby jej się w pełni zrozumiały. Dobry Boże, zamordowała własną
matkę. Zabiła, na dodatek kogoś, kto tyle dla niej znaczył, ale…
– Co w tym
złego? Zabijanie jest częścią naszej egzystencji – wyjaśnił zniecierpliwionym
tonem Jaques. Coś w jego tonie sprawiło, że poczuła się jak naiwne,
nierozumiejące podstawowych spraw dziecko. – Jesteśmy stworzeni do tego, by
odcinać się od emocji. Powiedziałbym wręcz, że to dobrze o tobie świadczy.
–
Obojętność? – nie dawała za wygraną.
Wampir
wzruszył ramionami. Obserwowała go z powątpiewaniem, kiedy podniósł się,
prostując i zwracając plecami do niej.
– Jeśli tak
upierasz się to nazywać… Widzisz, dziecino, emocje to słabość, a słabości
trzeba eliminować. – Zamilkł, by staranniej dobrać kolejne słowa. – Może teraz
to dla ciebie nie do pojęcia, ale po jakimś czasie to naprawdę staje się
oczywiste. Natura zawsze dążyła do ideału. Śmiem twierdzić, że tobie czy mnie
naprawdę do niego blisko.
Nie
odpowiedziała, po prostu wciąż mu się przypatrując. Jeśli do tej pory czuła się
skołowana, coś w słowach tego mężczyzny jedynie to pogorszyło. Nie
rozumiała go, chociaż za wszelką cenę próbowała, nie chcąc doprowadzić do
sytuacji, w której zdecydowałby się ją porzucić. Nie zmieniało to jednak
faktu, że nadal czuła się jak dziecko. To, że nie była aż taka zmęczona, niczego
nie ułatwiało. Cassandra wciąż czuła się tak, jakby balansowała gdzieś na granicy
dwóch światów, niepewna do którego tak naprawdę przynależała.
„Jestem
człowiekiem” – przypomniała sobie własne słowa. Nie tak dawno temu powtarzała
je niczym mantrę, tak gorączkowo, jakby od tego zależało jej życie. Miała
wrażenie, że tylko one trzymały ją przy zdrowych zmysłach, nawet jeśli jakaś
jej cząstka już wtedy wiedziała, że w rzeczywistości są po prostu pięknym
kłamstwem, w które chciała uwierzyć. Przez jakiś czas miało to sens, ale
teraz…
Pojawienie
się Jaquesa zmieniało wszystko. Nie miała pewności w jaki sposób, ale tak
właśnie było. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy, że na kogoś czeka,
ale kiedy ten mężczyzna w końcu się pojawił, wszystko w końcu
wskoczyło na swoje miejsce. Teraz już przynajmniej wiedziała, co powinna robić –
podążać za nim w nadziei, że pokaże jej świat, do którego najwyraźniej od
jakiegoś czasu przynależała. Jakby tego było mało, kiedy go słuchała, wcale nie
czuła się aż tak źle. Może w rzeczywistości szukała dla siebie usprawiedliwienia,
ale czy to było aż takie złe? Ten mężczyzna wskazywał jej kierunek, a przecież
tego od samego początku potrzebowała. Skoro ją odnalazł, teraz już wszystko
musiało być dobrze.
– Jak się
czujesz? – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia.
Jaques znów
na nią spoglądał, tym razem w o wiele bardziej przenikliwy sposób.
Cassandra uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle zawstydzona. Kiedy
rozejrzała się dookoła, przypomniała sobie, gdzie i w jakich
warunkach zasypiała. Wciąż byli na poddaszu domu, który wybrał jej opiekun, by
mogła schronić się przed słońcem i odpocząć. Co więcej, wszystko
wskazywało na to, że na zewnątrz królowała noc, co też wyjaśniało, dlaczego Cassie
poczuła się bardziej świadoma. Już wcześniej miała wrażenie, że po zmroku jej organizm
lepiej dawał sobie radę z tym, co się z nią działo.
Mimo
wszystko milczała, próbując znaleźć najsensowniejszą odpowiedź na zadane jej
pytanie. Jak się czuła? To mogłoby być oznaką troski, ale tak nie brzmiało. Jaques
mimo wszystko nie wyglądał jej na kogoś, kto przywiązywał się do innych i przejmował
się, jeśli nie miał w tym celu. Nawet pieszczotliwe „ptaszyno” nie
brzmiało aż niewinnie, jak mogłaby tego oczekiwać. Obawiała się, że bardzo
łatwo mogłaby stracić zainteresowanie tego mężczyzny, a na to nie mogła pozwolić.
Gdyby do tego doszło, to byłby jej koniec.
Wiedziała,
że wampir najpewniej wciąż lustrował jej umysł. Musiał wiedzieć, co tak naprawdę
chodziło jej po głowie i czego się obawiała, ale nawet jeśli tak było, nie
dał niczego po sobie poznać. W zamian milczał, pozornie cierpliwy i spokojny,
choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. Zwłaszcza po tym, co
powiedział o słabości, Cassandra czuła, że powinna być ostrożna. Skoro
brak ludzkich odruchów był jego zdaniem normalny, tym bardziej nie powinna
oczekiwać zbyt wiele po tym, w jaki sposób zwracał się do niej.
– Lepiej –
powiedziała w końcu, gdy milczenie zaczęło być zbyt uciążliwe. – Tak
sądzę. Jest ciemno i… to też mi odpowiada – dodała po chwili zastanowienia.
– Och, nie
wątpię. – Kąciki ust Jaquesa drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnął. – Dobrze
się składa. Poruszanie po zmroku jest najprostsze.
Skinęła
głową. Wiedziała, że to była łagodna sugestia tego, że zamierzał w końcu
ruszyć w dalszą drogę. Wciąż nie ufała sobie na tyle, by jednoznacznie
stwierdzić, że była na to gotowa, ale nie zamierzała zasugerować mu tego
wprost. Już i tak stracili dość czasu, a przynajmniej takie miała wrażenie.
Nie sądziła, by komukolwiek była potrzebna słaba, ludzka dziewczyna – na
dodatek taka, która wymiotowała krwią na prawo i lewo.
Wciąż o tym
myślała, kiedy Jaques ponownie zmaterializował się przed nią. Zesztywniała, gdy
mężczyzna jak gdyby nigdy nic musnął palcami jej policzek.
– Oj, ptaszyno…
Nie bądź dla siebie aż taka surowa – oznajmił niemalże pogodnym tonem. – To wciąż
dla mnie bardzo interesujące doświadczenie. Nienaturalne, ale… Cóż, tak, interesujące
– powtórzył, wzruszając ramionami.
Nienaturalne? Jak to nienaturalne?, pomyślała
w oszołomieniu, ale nie próbowała pytać o to wprost. Również Jaques
zignorował te pytania, wyraźnie nie śpiesząc się, by odpowiedzieć. Uznała to za
dość wymowne, a przy tym wystarczająco jednoznaczne, by o nic nie
pytać, ale i tak coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle.
A potem
wszelakie wątpliwości zniknęły, gdy wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
wyciągnął ku jej ramię. Oczy Cassandry rozszerzyły się nieznacznie, zwłaszcza
gdy jej spojrzenie padło na odsłonięty nadgarstek. Już raz to zrobił i wtedy
nie zaprotestowała, zbytnio wytrącona z równowagi, by sobie na to
pozwolić. Tym razem czuła się przytomniejsza i to wydało jej się
wystarczającym powodem, żeby jednak odmówić, ale nie była w stanie się na
to zdobyć. Nie, skoro wszystko aż rwało się w niej do tego, by znów poczuć
w ustach słodycz krwi – jakże przyjemnej, oszałamiająco słodkiej i…
Nie
zarejestrowała momentu, w którym po prostu wgryzła się w podstawiony
jej przegub. To przyszło samo, wręcz przerażająco naturalnie, co w normalnym
wypadu wytrąciłoby Cassandrę z równowagi, jednak w t tamtej chwili
nic podobnego nie miało miejsca. Nie, skoro liczyła się wyłącznie słodycz krwi,
na dodatek osoby, z którą czuła się związana. Wciąż nie pojmowała więzi,
która istniała między nią a Jaquesem, nie wspominając o tym, że sam
zainteresowany wydawał się mieć wątpliwości co do jej znaczenia, ale to nie
było ważne. Liczyło się, że coś w obecności tego wampira sprawiało, że Cassie
mogła choćby udawać, że wszystko wróciło do nomy. Jak długo był obok, nie
musiała się bać ani zadręczać.
Jęknęła,
nie kryjąc rozczarowania, gdy Jaques zdecydowanym ruchem odsunął ją od siebie.
Rozsądek podpowiadał jej, że to normalne i że musiała przerwać, by nie
zrobić mu krzywdy, ale i tak miała problem z tym, by się dostosować. Próbując
nie myśleć o tym, że wampir wciąż znajdował się na wyciągnięcie ręki, spojrzała
gdzieś w bok, by ukryć fakt, że niemalże z lubością przesunęła
językiem po wargach. W ustach wciąż czuła oszałamiającą słodycz, ale próbowała
za wszelką cenę zignorować zarówno to, jakby i wciąż dające jej się pieczenie
w gardle.
– Na razie
wystarczy. Mam swoje ograniczenia – stwierdził Jaques. Skinęła głową, choć nie
sądziła, by jej przyzwolenie miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. – Nie
zwróciłaś tego. Tyle dobrego.
Miał rację,
choć dopiero wtedy zaczęła w ogóle o tym myśleć. Już nie czuła mdłości,
co uznała za dobry znak. Co prawda brała pod uwagę, że to mogło być chwilowe, ale
nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie sądziła też, żeby Jaques chciał na
dłuższą metę godzić się na to, by marnowała jego krew. Za którymś razem dałby
się jej wykrwawić, a na to również nie chciała pozwolić.
– Nie będę
opóźniać, naprawdę – powiedziała cicho, niemalże błagalnie. Miała wrażenie, że
tłumaczenie się mu w ten sposób było co najmniej żałosne, ale to okazało
się silniejsze od niej. – Już czuję się lepiej. Ja…
– Tak,
widzę. Wszystko gra – przerwał jej Jaques. – Nie jestem aż tak niecierpliwy.
Inaczej już dawno bym odszedł – zauważył, a jego słowa sprawiły, że
Cassandra momentalnie się spięła.
Nawet jeśli
dotychczasowe emocje były przytłumione i jakby nieprawdziwe, strach
poczuła aż nazbyt wyraźnie. Wypełniał ją całą, na moment przysłaniając wszystko
inne. Cassie gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, z trudem tłumiąc jęk.
Miała rozumieć, że w tym momencie potwierdzał jej obawy, przyznając, że
jednak mógłby odejść? Teraz był jej ciekaw, ale później…
Musiała się
pilnować. Jeśli kilka godzin snu to było za dużo…
– Dni –
poprawił ze spokojem Jaques. Cassandra wyprostowała się, po czym poderwała
głowę. Z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę, w równym stopniu
zaskoczona, co i oszołomiona. – Tak naprawdę przespałaś całe dwa dni. Brałem
pod uwagę, że być może jednak cię straciłem, ptaszyno.
Być może wszystko
sprowadzało się do wywołanego jego słowami szoku, ale przez krótką chwilę
naprawdę była gotowa przysiąc, że wampir był niemalże rozczarowany taką
perspektywą. To wciąż nie była troska, ale i tak wydało jej się
pocieszające. W tamtej chwili też zrozumiała, dlaczego traktował ją z takim
dystansem – starannie maskowanym, ale jednak obecnym. W jego oczach nadal
była kimś na tyle chwiejnym, by nie brać jej obecności na poważnie. W każdej
chwili mogła uprzeć, tym samym udowadniając, że jednak stracił czas.
Spodziewała
się wielu rzeczy, ale nie tego, że Jaques skinie głową – tak po prostu, kolejny
raz w otwarty sposób przyznając, że nadal przenikał jej umysł.
– Nie zrozum
mnie źle. Jak wspomniałem, jesteś jedyna – wyjaśnił obojętnym tonem. Przez moment
czułą się tak, jakby gawędzili o pogodzie, nie zaś o jej ewentualnym
przeżyciu. – Przez całe miesiące mogłem co najwyżej pozwalać na to, by ktoś przelewał
moją krew bez większego celu. Już nawet nie jestem pewien, ilu zabiła… Chyba w którymś
momencie zwątpiłem, że to ma sens.
– Ale ja…
żyję – zauważyła, choć wcale nie była tego taka pewna.
– I w tym
rzecz. Zadziwiając do długo, więc może coś z ciebie będzie. – Wzruszył
ramionami. – Kto wie, może okażesz się moją nadzieją, ptaszyno… Bo naturalnie
chciałabyś mi pomóc?
Wpatrywała
się w niego rozszerzonymi do granic możliwości oczyma, blada i oszołomiona.
Oczywiście, że chciała mu pomóc. Była gotowa zrobić wszystko, byleby uznał ją
za wartą tego, by o nią walczyć. Może wszystko było tylko wrażeniem –
iluzją, mieszaniem w głowie, cholera wie czym jeszcze… – ale nie dbała o to.
Pierwszy raz od czasu, gdy zaczęła popadać w szaleństwo, miała poczucie,
że ktoś naprawdę miał jakiś plan. Co więcej, uwzględniał ją w nim, a to
o czymś świadczyło. Nie zbywał jej, mówił wprost, a na domiar złego
sprawiał, że czuła się lepiej. Nie ignorował jej, a to również znaczyło
dla Cassandry zadziwiająco dużo. Nie była jednym z wielu problemów, który
odsuwano na później, bo istniały jakiś istotniejsze priorytety.
Czuła, że
Jaques był jej jedyną szansą na przeżycie, więc równie dobrze mogła zrobić dla
niego wszystko. Dla własnych celów i z wdzięczności, którą względem
niego żywiła.
– Co mam
zrobić? – zapytała natychmiast. – Ja…
Jeszcze
kiedy mówiła, spróbowała poderwać się na nogi. Prawie natychmiast tego
pożałowała, chwiejąc się niebezpiecznie i nie upadając wyłącznie dzięki
temu, że Jaques w porę pochwycił ją za ramiona. Nagle znalazła się w jego
objęciach i zesztywniała, równie zawstydzona, co i jeszcze bardziej
rozluźniona. Nie było w tym niczego dwuznacznego czy romantycznego, ale kolejny
raz zwróciła uwagę na to, że bliskość tego wampira przynosiła jej ulgę. Należała
do niego, tylko w jego pobliżu mając poczucie, że była pełna.
– Na
spokojnie. Bez pośpiechu, ptaszyno – mruknął, jak gdyby nigdy nic przeczesując
palcami jej włosy. – Na tę chwilę wymagam tylko tego, byś mnie słuchała. Nauczę
cię wszystkiego, ale do tego wymagam posłuszeństwa. Żadna pociecha, jeśli i tym
razem moja krew się zmarnuje.
– T-tak.
Na więcej
nie było ją stać. Przez moment miała wrażenie, że znów zrobiło jej się niedobrze,
ale nieprzyjemne uczucie zniknęło, zanim zdążyłaby wpaść z tego powodu w panikę.
Ze świstem wypuściła powietrze, by łatwiej się uspokoić. Musiała skupić się na
Jaquesie i wydawanych przez niego poleceniach, wręcz gotowa przysiąc, że tylko
w ten sposób miała szansę zacząć normalnie funkcjonować.
– Przeżyłaś.
Czas pokaże, co będzie dalej. – Wampir pogłaskał ją po głowie. To jedynie
podsyciło towarzyszące jej poczucie, że w jego oczach była co najwyżej
dzieckiem. – Może kluczem jest moja krew, jak zwykle zresztą. Tyle że nie mogę
przez wieczność cię karmić.
– Tak… –
powtórzyła raz jeszcze, choć tym razem o wiele bardziej niepewnie.
Wiedziała
do czego zmierzał, ale nie podobało jej się to. Z drugiej strony, nie
wyobrażała sobie, że miałaby nagle przestawić się na krew z woreczka, jaką
to widziała w domu Licavolich. Na myśl o zimnej posoce robiło jej się
niedobrze, a to nie wróżyło dobrze.
–
Przespałaś dwa dni. Dość długo, bym nie był w stanie zapewnić ci tyle
energii, ile potrzebujesz… Sam też muszę się zregenerować. Podejrzewam, że nie
zdajesz sobie sprawy, ile ode mnie wzięłaś. – Jaques zaśmiał się melodyjnie. – Wiesz,
że zdążyłem się tu już zadomowić? – zapytał nieoczekiwanie, jak gdyby nigdy nic
zmieniając temat.
Nie odpowiedziała,
ale nie sądziła, by tego oczekiwał. W zamian spojrzała na niego tępo, czekając
na rozwój wypadków. Wciąż czuła niepokój, ale ten skutecznie przysłoniła obojętność.
Cassandra niemalże z ulgą przywitała tę drugą, nade wszystko pragnąć się w tym
uczuciu zatracić. Wtedy wszystko stawało się prostsze, a przecież o to
chodziło.
Nie zaprotestowała,
kiedy Jaques ujął ją za rękę.
– Każde z nas
chce żyć… Znasz to pragnienie, czyż nie, Cassandro? – zapytał, starannie wypowiadając
jej imię. Miała wrażenie, że zrobił to po raz pierwszy, dotychczas woląc
określać ją mianem „ptaszyny”. Nie miała pewności czy to dobrze, czy może wręcz
przeciwnie. – Twoje obawy są w pełni uzasadnione… Więc skup się na nich,
bo to teraz najważniejsze z tego, co od ciebie wymagam: skoro chcesz
marnować mój czas, to żyj.
– Żyj… –
powtórzyła posłusznie.
Jaques
zmierzył ją wzrokiem. W tamtej chwili nie była w stanie stwierdzić,
co takiego sobie myślał. Jego twarz nie wyrażała niczego, zresztą jak i lśniące
niebezpiecznie, całkowicie puste oczy.
– Jeśli
wszystko dobrze pójdzie, przedstawię cię komuś wyjątkowemu. Wierz mi, że to
największy zaszczyt, jaki mógłby cię spotkać… Zdobyć jej względy to wszystko, o czym
można marzyć – oznajmił, a Cassandra spojrzała na niego w co najmniej
oszołomiony sposób.
– Czyje
względy?
Przez twarz
wampira przemknął cień.
– Bogini –
oznajmił z przekonaniem i tak wielkim szacunkiem, że aż poczuła się
nieswojo. – Sama bogini zaszczyciła nas swoją obecnością. Każde dziecko nocy
powinno znać jej imię, ale ty… Czego ty tak naprawdę chcesz, ptaszyno?
I tym razem
nie oczekiwał odpowiedzi. Przyjęła to z ulgą, bo i tak nie byłaby w stanie
wykrztusić z siebie chociażby słowa. Z trudem przymusiła się, by
ruszyć się z miejsca i – na miękkich nogach – pozwoliła Jaquesowi
poprowadzić się w głąb poddasza. Wciąż analizowała jego słowa, zwłaszcza
te o bogini, gorączkowo zastanawiając nad tym, co powinna o nich
sądzić.
Jedno
wiedziała z całą pewnością: chciała żyć. I stać się przydatną dla
jedynej osoby, która mogła jej to zapewnić.
– Na
początek wystarczy – usłyszała tuż przy uchu. Dreszcz wstrząsnął całym jej
ciałem, ale nie dała niczego po sobie poznać. – A teraz chodź. Nakarmimy cię.
Jak zwykle jestem cudownie nieogarnięta i wrzucam z opóźnieniem, ale trudno. Pewnie nie byłabym sobą, gdybym kiedyś się z czymś wyrobiła.
OdpowiedzUsuńZ okazji tegorocznych świąt życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, spełnienia marzeń, rodzinnego ciepła, czasu na pasję, sukcesów i wszystkiego, czego tylko zapragniecie. Bardzo Wam dziękuję za to, że tu ze mną jesteście – krócej bądź dłużej, to nie ma znaczenia.
Tak więc rozdział z dedykacją dla tych, którzy czytają. Bo mogę. :3
Wasza Nessa