
Jocelyne
W pierwszej chwili poczuła się
tak, jakby poraził ją prąd. Energia przemknęła przez całe jej ciało, na moment
skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Z opóźnieniem dotarło
do niej, że przyczyna musiała być tylko jedna – to, że w tym samym czasie
dotykała ciała Leny, podczas gdy jej dusza również wyciągnęła do niej ramiona.
Jakby tego było mało, Joce wyraźnie poczuła dotyk, choć do tej pory palce
umarłej po prostu przenikały przez wszystko, co materialne.
Natychmiast
spróbowała się wycofać. To nie było właściwe, zresztą jakoś nie miała
wątpliwości, że w niczym nie przypominało tego, co zrobiła dla Beatrycze.
Wszystko w niej aż krzyczało, że dalsze tkwienie pomiędzy ciałem a duchem
było najgorszym, na co mogłaby się zdecydować. Ta energia, nieoczekiwany dotyk i fakt,
że nagle pociemniało jej przed oczami…
Może krzyknęła,
ale nie miała pewności. Szarpnęła się, próbując wyrwać z paraliżu, który
nagle ogarnął całe jej ciało. Nie była w stanie się ruszyć, gotowa
przysiąc, że jakaś niewidzialna siłą ciągnęła ją do ziemi. Skojarzenie z prądem
wróciło i to ze zdwojoną siłą; w tamtej chwili była niczym
przewodnik, podczas gdy w równym stopniu znajoma, co i zbyt gwałtowna
energia przenikała przez jej ciało, sprawiając przy tym wrażenie bliskiej tego,
by rozerwać ją od środka.
Wydało jej
się, że gdzieś jakby z oddali słyszała głos Leny, ale to równie dobrze mogło
być wyłącznie wrażeniem. Zdążyła przywyknąć do jej histerycznego, błagalnego
szeptu, bo ta już wcześniej wyrzucała z siebie mniej lub bardziej spójne słowa,
oczekując czegoś, czego Joce zdecydowanie nie była w stanie jej dać. Teraz
dusza najwyraźniej postanowiła działać na własną rękę, ale to zdecydowanie nie
było dobre. Nie, skoro Jocelyne czuła się przy tym tak, jakby w każdej
chwili jej własne zdolności mogły zetrzeć ją z powierzchni ziemi.
Strach
powrócił, uderzając równie gwałtownie, co i przepływająca przez ciało
dziewczyny energia. To na moment ją otrzeźwiło, przy okazji wytrącając z równowagi.
Kiedy znów spróbowała się ruszyć, zdołała przesunąć się na tyle, by dosłownie
zatoczyć się na wysuniętą szufladę. Syknęła, kiedy uderzyła biodrem o krawędź,
w następnej sekundzie jak długa lądując na posadzce. Paraliż zniknął, ale
moc wciąż przepływała przez jej ciało, skutecznie mieszając Joce w głowie.
Spróbowała się podnieść, ale nie była w stanie, zbyt oszołomiona,
zwłaszcza gdy tuż przed sobą dostrzegła parę szczupłych nóg. I bez
unoszenia głowy wyczuła, że Lena drżała, wciąż szlochając i – co gorsza –
teraz dodatkowo miotając się za sprawą gniewu.
– Proszę…
Tyle że Joce
nie zamierzała słuchać. Chciała zaprotestować i wprost oznajmić, że to,
czego oczekiwała od niej dusza, nie było realne, ale słowa nie chciały przejść
jej przez usta. Uścisk w gardle przybrał na sile, a dziewczyna poczuła
się niemalże tak, jakby w każdej chwili mogła zwymiotować. Raz jeszcze
spróbowała wesprzeć się na rękach, te jednak nie były w stanie jej utrzymać,
na domiar złego raz po raz ślizgając się na chłodnej posadzce.
Ruch tuż
przed nią dał jej do zrozumienia, że Lena znów się poruszyła. Tym razem
zauważyła jej dłoń, kiedy dusza wyciągnęła przed siebie rękę, znów próbując jej
dotknąć.
– NIE!
Własny
krzyk ją ogłuszył. Odbił się echem od ścian pomieszczenia, dodatkowo zwielokrotniony
przez ech. Joce w końcu udało poderwać się do siadu, ale kiedy spróbowała
się wycofać, plecami kolejny raz natrafiła na szufladę. Pociemniało jej przed
oczami, tym razem za sprawą uderzenia, choć to równie dobrze mogło wiązać się z wciąż
narastającym w jej wnętrzu strachem.
Wiedziała,
że Lena nie odpuści. Już nie sprawiała wrażenia kogoś, kto myślał sensownie,
bardziej przejęta perspektywą czegoś, co przecież nie było realne. Wszystko w Joce
aż krzyczało, że pozwolenie tej dziewczynie na to, by dalej z niej
czerpała, było najgorszym, na co mogła się zdecydować. Gdyby to trwało choć
chwilę dłużej…
Wyrzuciła
przed siebie ręce, próbując się osłonić. Drżała, bliska tego, by się popłakać,
choć to w tamtej chwili nie miało dla niej znaczenia. Dla odmiany to ona
była gotowa błagać, choć zarazem czuła, że jej słowa na nikim nie zrobiłyby
wrażenia. Mogła co najwyżej zgadywać, jak sama poczułaby się na miejscu Leny,
ale to również nie było ważne. Nic nie wydawało się wystarczająco sensownym
argumentem, by przebić się do kogoś, do kogo nie docierała nieodwracalność
śmierci.
Kiedy Lena
kolejny raz spróbowała jej dotknąć, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Moc
już od dłuższej chwili kumulowała się w ciele Jocelyne, gotowa przyjść jej
z pomocą. To nie był pierwszy raz, kiedy to ułamki sekund i jeden
ostateczny bodziec wystarczyły, by wytrącić przerażoną dziewczynę z równowagi.
W pamięci wciąż miała to, że powinna trzymać nerwy na wodzy, zwłaszcza w siedzibie
łowców, którą skonstruowano jak jedną wielką pułapkę dla wampirów, ale w tamtej
chwili sama również nie była w stanie myśleć jasno. Była w stanie co
najwyżej się bronić i zrobiła to, bez zastanowienia uderzając wszystkim,
co w sobie miała. Tym razem energia nie tylko przez nią przepłynęła, ale
na dodatek uderzyła we wszystkie strony na raz, potężną falą rozchodząc po
całym pomieszczeniu.
Jocelyne jęknęła,
wyczerpana i oszołomiona jednocześnie. Kiedy spojrzała przed siebie,
przekonała się, że Lena zniknęła. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale nie
zamierzała czekać, by sprawdzić, czy dusza odpuściła na dobre. Natychmiast
rzuciła się przed siebie, choć nie od razu była w stanie zmusić zesztywniałe
ciało do współpracy. Przeczołgała się po podłodze w stronę wyjścia,
dopiero po chwili decydując się wyciągnąć rękę, by na oślep poszukać czegoś, co
mogłaby wykorzystać, by wesprzeć się przy wstawaniu. Od nadmiaru emocji kręciło
jej się w głowie, ale robiła wszystko, byleby nie pozwolić sobie na utratę
przytomności. Perspektywa zemdlenia akurat w tym miejscu, przerażała ją
nawet bardziej niż to, co wtedy mogłoby ją spotkać.
Jej palce
natrafiły na rączkę kolejnej, wciąż zamkniętej szuflady. Drżąc i w duchu
modląc o to, by przypadkiem nie wysunąć metalowej półki z… ewentualną zawartością,
podciągnęła się do pionu. Nogi miała jak z waty, ale zdołała uchwycić pion
i – wciąż asekurując się przy tym kolejnymi metalowymi rączkami szuflad, z wolna
zaczęła posuwać się ku drzwiom. Musiała się stąd wydostać, odszukać Dallasa, a potem
uciekać, ale najpierw…
Zastygła,
po czym nerwowo obejrzała przez ramię. Upuściła teczkę z dokumentami Leny,
kiedy wylądowała na ziemi. Zauważyła, że ta leżała na posadzce, tuż obok wciąż
wysuniętej szuflady. Mimo obaw zawahała się, gotowa po nią zawrócić, nim jednak
zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, kostnicę kolejny raz przeszył wrzask –
również dziewczęcy, choć zdecydowanie nie należący do Jocelyne.
Do czasu,
bo kiedy jej spojrzenie spoczęło na martwym ciele Leny, nie mogła spokojnie
stać i udawać, że wszystko było w porządku.
Nie, nie, nie…
Ale
przecież doskonale widziała, że dotychczas martwa dziewczyna gwałtownie usiadła,
krztusząc się i bezskutecznie próbując złapać oddech. Blade, miejscami
wręcz sine ciało poruszyło się, choć przypominało to raczej parodię ruchów, na
które mógłby zdecydować się normalny człowiek. Wciąż przypominała szmacianą
laleczkę, która była w stanie do jakiejkolwiek interakcji tylko dlatego,
że ktoś pociągał za sznurki. Kolejne gesty były nieporadne, nerwowo i niepokojące,
zupełnie jakby dziewczyna w każdej chwili mogła znów wylądować na szufladzie.
Oczy były puste, pozbawione białek, jakby tęczówki znów znajdowały się w głębi
czaszki. Sine usta rozwarły się, a spomiędzy warg wysunął język – tak po
prostu, jakby i nad nim Lena nie miała kontroli. Pierś nie unosiła się, a do
Jocelyne dotarło, że dziewczyna właściwie wciąż dusiła się na jej oczach – umierała
raz jeszcze, o ile choć przez moment można było ją określić mianem żywej.
Zdecydowanie
nie to spotkało Beatrycze na tamtym cmentarzu. Cokolwiek się działo, nie było
normalne, a tym bardziej nie miało jakiegokolwiek związku z naturą. Co ja zrobiłam?, pomyślała w oszołomieniu,
świadoma wyłącznie narastającego z każdą kolejną sekundą przerażenia. W tamtej
chwili tym bardziej zapragnęła rzucić się do ucieczki, ale kiedy przyszło co do
czego, była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu i z niedowierzaniem
przypatrywać tego, co działo się na jej oczach.
Do czasu,
aż ciało zwróciło się jej stronę, spoglądając na nią niewidzącymi, błyskającymi
białkami oczyma.
Cofnęła się
tak gwałtownie, że aż znów wylądowała na podłodze. Poczuła się jeszcze gorzej,
kiedy straciła z oczu Lenę (albo raczej to, co ją przypominało), ale nie
była w stanie choćby próbować zastanowić się nad tym, co teraz planowała
dziewczyna. Wiedziała jedynie, że za nic w świecie nie mogła pozwolić na
to, by ta się do niej zbliżyła – nie w takim stanie. Raz po raz gubiąc
rytm i równowagę, zaczęła wycofywać się, na oślep wciąż przesuwając ku drzwi.
Musiała stąd wyjść, ale…
Mniej
więcej wtedy usłyszała głosy. Albo raczej niespójne jęki, choć te nie
rozbrzmiewały w jej głowie, choć właśnie do tego próbowała przekonać się
przez cały ten czas. Co prawda szepty wydawały się dochodzić zewsząd, a niektóre
z nich rozpoznała z wcześniej, ale to już nie było istotne. W zamian
Jocelyne ostatecznie się popłakała, kiedy uprzytomniła sobie, co nieświadomie
zrobiła w chwili, w której w przypływie paniki uwolniła moc.
– N-nie… –
wyrwało jej się. Głos drżał jej tak bardzo, że ledwo mogła zrozumieć samą
siebie. – O bogini, nie…
Ale przecież
doskonale słyszała. Każdy jęk boleśnie odbijał się echem w jej umyśle,
potęgując coraz to intensywniejszy ból głowy. Najbardziej kluczowe jednak
okazało się narastające coraz to bardziej i bardziej przerażenie, nad
którym nie była w stanie zapanować.
Najgorszy
jednak okazał się moment, w którym do przytłumionego, dobiegającego z wnętrza
zamkniętych szuflad pojękiwania, doszło skrobanie. Słyszała jak się ruszali,
miotając i walcząc o to, by wydostać z miejsca, w których
ich uwięziono. Wciąż nie miała pojęcia, ilu ich było, ale to nie było ważne. Liczyło
się, że nie chciała zobaczyć ani jednego więcej, zwłaszcza jeśli wyglądali równie
przerażająco, co i Lena.
Przywróciła
ich. Tylko że to nie powinno być tak…
Zamknęła
oczy, choć to niczego nie zmieniło. W którymś momencie kula mocy, którą
przywołała, zamigotała i zgasła, pozostawiając kostnicę w całkowitych
ciemnościach. Czuła wilgoć na policzkach, ale to działo się jakby poza nią,
równie mało istotne, co i to, czego tak naprawdę mogłaby chcieć. Próbowała
coś zrobić, ale poszczególne myśli wciąż mieszały się ze sobą, tworząc coś, nad
czym mimo usilnych starań nie potrafiła zapanować. Chciała się wycofać – jakoś
przerwać to wszystko – ale… nie potrafiła.
– Nie…
Wraz z tym
jednym słowem doszła do wniosku, że nie jest w stanie się ruszyć. Z jękiem
oparła się o ścianę (a przynajmniej miała nadzieję, że to nie była kolejna
szuflada, tym bardziej zajęta), po czym podciągnęła kolana pod brodę. Ciasno
objęła się ramionami, naiwnie wierząc w to, że im jej mniej, tym lepiej.
Pragnęła zniknąć albo przynajmniej posiąść wyjątkowe zdolności Camerona i po
prostu stać się niewidzialna. Drżała tak bardzo, że aż dziwnym wydało jej się
to, że wciąż była w jednym kawałku. Oddychała tak płytko i nierówno,
jakby sama stałą się na wpół żywym ciałem, które w nienaturalny sposób
usiłowało sprzeciwić się śmierci.
Wciąż
dygocząc, zaczęła kołysać się w przód i w tył. Łzy płynęły po
policzkach, zamarzając za sprawą panującego w prosektorium chłodu. Słuchała
jęków, gwałtownych ruchów przebudzonych umarłych, robiąc wszystko, by
jakkolwiek je ignorować. Próbowała wyobrazić sobie, że to wszystko działo się
jednak w jej głowie – było niczym koszmar, z którego po prostu
musiała się obudzić, by wszystko wróciło do normy. Śniła na jawie – nic
ponadto. Dlaczego miałoby chodzić o coś innego…?
Ale oczami
wyobraźni i tak ich widziała – uwięzionych w ciemnościach, porażonych
chłodem i świadomością tego, że umierali raz jeszcze. Niemalże mogła
zobaczyć, jak wydostają się, w chwiejnej parodii kroku zbliżając do niej,
wyciągając lodowate dłonie i…
– Joce!
Poderwała
głowę. Głos Dallasa byłaby w stanie rozpoznać wszędzie, choć również on mógł
być co najwyżej jej wyobrażeniem – czymś, co nade wszystko pragnęła usłyszeć.
Serce momentalnie zabiło jej szybciej, zwłaszcza gdy zauważyła postać, która zmaterializowała
się na w drzwiach. To otrzeźwiło ją na tyle, by – w akompaniamencie
jęków i drapania – jedynak spróbowała poderwać się na nogi i ruszyć
ku swojemu wybawcy.
Dostrzegła
szok w jego oczach i to wystarczyło, by uświadomić jej, że jednak nie
śniła. On również to słyszał, być może rozumiejąc więcej niż mogłaby
przypuszczać. Przez moment spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz
pierwszy, po prostu wpatrując się w jej twarz. Milczał, choć wyraźnie
czuła, że chciał coś powiedzieć – z tym, że najwyraźniej nie potrafił
stwierdzić, które słowa okazałyby się najodpowiedniejsze w obecnej
sytuacji.
To nie
miało znaczenia. Liczyło się, że naglącym gestem wyciągnął ku niej rękę. Może coś
powiedział, ale nawet jeśli tak było, sens jego słów najzwyczajniej w świecie
jej umknął. Liczyło się, że była w stanie się poruszyć, w końcu dopadając
do drzwi, a potem…
W pierwszej
chwili ogłuszyła ją cisza. Zapadła nagle, poprzedzona głuchym pacnięciem, które
zabrzmiało jak osuwające się na ziemię ciało. Nie miała odwagi się odwrócić,
choć mimowolnie pomyślała, że to Lena. Kręciło jej się w głowie, a niespójne
myśli wciąż mieszały się ze sobą, skutecznie utrudniając kojarzenie faktów.
Cokolwiek się działo, zdecydowanie nie było normalne. Nie była w stanie
nawet cieszyć się z tego, że umarli w końcu zamilkli, przestając
szeptać i walczyć o ratunek.
A potem
wszystko się skomplikowało, kiedy coś dosłownie wymiotło Dallasa z pomieszczenia.
Chyba krzyknęła i ruszyła w jego stronę, ale nie miała okazji go dosięgnąć,
w zamian dosłownie zderzając z drzwiami, które dosłownie zatrzasnęły
się tuż przed jej twarzą. Natychmiast na nie naparła, naprzemiennie to pchając,
to znów za nie szarpiąc, gdy dotarło do niej, że nie pamiętała, w którą
stronę się otwierały. To nic nie dało, bo nawet nie drgnęły, całkowicie obojętne
na jej działania i wciąż większą niż u człowieka siłę.
– Dallas?
Dallas! – zaszlochała, wtulając się w drzwi. – Nie zostawiaj mnie tutaj!
– Jestem! –
usłyszała po drugiej stronie. Jego glos był spięty, ale wyraźny, nieco tylko
przytłumiony przez stojąca mu na drodze przeszkodę. – Ale nie mogę wejść! Co
tam się dzieje, Joce?!
Nie była w stanie
mu odpowiedzieć. Z jękiem osunęła się na kolana, coraz bardziej
oszołomiona. Chłód wstrząsnął całym jej ciałem, choć nie od razu uprzytomniła
sobie, skąd się brał. Poczucie bycia obserwowaną pojawił się nagle, ale nawet
wtedy nie była w stanie się ruszyć. Cokolwiek znajdowało się za jej
plecami…
– Dallas… –
rzuciła drżącym głosem. Chciała krzyczeć, ale kiedy przyszło jej co do czego, wyszedł
jej z tego co najwyżej słaby, lekko słyszalny szept. – Zabierz mnie stąd.
Nie
spodobało jej się to, że odpowiedziała jej cisza – wymowna, przenikliwa i bardzo
niepokojąca. Przez chwilę była gotowa przysiąc, że jednak została sama, a może
że Dallasa wcale nie było. Wciąż miała ochotę walczyć z drzwiami – uderzać
w nie z nie mniejszą zawziętością, co wcześniej uwiezieni w szufladach
umarli – ale nie była w stanie. Mogła co najwyżej siedzieć na podłodze,
krztusić się łzami i… czekać.
– Coś wymyślę
– usłyszała w końcu. Słowa Dallasa zabrzmiały pewnie, jak obietnica, którą
za wszelką cenę pragnął spełnić. Sęk w tym, że oboje wiedzieli, że nie
miał pojęcia, w jaki sposób miałby tego dokonać. – Wszystko będzie w porządku,
ale…
– Boję się.
To na
moment zamknęło mu usta. Była w stanie wyobrazić sobie, w jaki sposób
by na nią spojrzał, gdyby tylko mógł ją zobaczyć.
– Cii…
Cichutko, kochanie – powiedział w końcu, ostrożnie dobierając słowa. Jego
głos zabrzmiał inaczej, zaskakująco wręcz łagodnie i troskliwie. To był
ten sam Dallas, który trzymał ją w ramionach, kiedy szlochała z bólu,
niezdolna uporać się z przeszywającym bólem głowy. – Zaraz coś wymyślę.
Poczekaj tu chwilę.
– Co ty…?
Nie! – Energicznie potrząsnęła głową, choć nie był w stanie tego zobaczyć.
Jednak znalazła w sobie dość siły, by unieść się na tyle, by raz jeszcze szarpnąć
za klamkę, ale okazało się to równie bezskuteczne, co i każda wcześniejsza
próba. – Nie zostawiaj mnie tutaj! Dallas!
Ale odpowiedziała
jej wyłącznie cisza.
Osunęła się
z powrotem na ziemię, bliska tego, by zwymiotować. Oddychała
spazmatycznie, świadoma wyłącznie coraz silniejszego uścisku w buntującym
się żołądku.. Loki opadły jej na twarz, klejąc się do wilgotnych policzków i raz
po raz muskając końcówkami posadzkę. Serce tłukło się w piersi tak mocno i szybko,
że okazało się to wręcz bolesne. Strach przysłaniał wszystko inne, ale
próbowała o tym nie myśleć, z uporem spoglądając we wsparte na
posadzce dłonie. Miała wrażenie, że niewiele brakowało, by jednak znów wylądowała
na podłodze, tym razem pozbawiona przytomności, zwłaszcza że obraz wciąż rozmazywał
jej się przed oczami.
Z wolna
zaczęła się uspokajać. To Dallas… Dallas
zaraz wróci, powtarzała w myślach raz po raz, czepiając się tej myśli
niemalże jak jedynej deski ratunku. W jakimś stopniu przynosiła jej
ukojenie, choć nic nie było w stanie sprawić, by w obecnej sytuacji
poczuła się dobrze. Jak miałaby uznać cokolwiek za normalne w sytuacji, w której
została uwięziona w kostnicy, na dodatek po tym jak…?
Nie chciała
o tym myśleć.
Ale nie
była w stanie zapomnieć.
Poczucie
bycia obserwowaną przybrało na sile. Robiła wszystko, by je zignorować, ale to
również okazało się niemożliwe. Czuła na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie –
więcej niż jedno, jakby tego było mało – a to…
Chociaż
wiedziała, że przyjdzie jej tego pożałować, poderwała głowę.
Była ich
czwórka. Stali dosłownie na wyciągnięcie ręki, wszyscy milczący i wpatrzeni
w nią, najpewniej już od dłuższej chwili. Rozpoznała jedynie Lenę, choć na
tę próbowała nie spoglądać, zwłaszcza gdy przekonała się, że twarz duszy była
wykrzywiona strachem i gniewem. Wydało jej się, że gdzieś poza plecami
duchów zauważyła jej bezwładne ciało, na dodatek leżące na posadzce, ale w tamtej
chwili nie trup był jej największym problemem.
Najbliżej
niej znajdował się dziwnie znajomy, ciemnowłosy chłopak. Nie była w stanie
skupić się na jego twarzy, ale była gotowa przysiąc, że widziała go już
wcześniej – wtedy, co i bezimienną dziewczynę, kiedy wpadła w histerię
przez pierwsze spotkanie z duchami w tym miejscu. Nie miała pewności,
czy to był dokładnie ten sam umarły, ale…
Och, to nie
było ważne. Wystarczyło, że spojrzał na nią w sposób sugerujący, że
zdecydowanie nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Powiedzieć, że nie
darzył jej sympatią, byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Była gotowa przysiąc,
że spoglądał na nią tak, że gdyby wzrok zabijał, jak nic miałby ją na sumieniu.
Co więcej, jakoś wątpiła, by szczególnie się tym przejął.
Wtuliła się
mniej w drzwi, żałując, że nie była w stanie przez nie przeniknąć. Dallas, gdzie ty jesteś?, jęknęła w myślach,
coraz bardziej spanikowana. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, chociaż i tak
nie była w stanie zdobyć się na to, by zacząć krzyczeć. Mogła co najwyżej
patrzeć, czekać na rozwód wypadków i modlić o to, by wszystko się
ułożyło. Pragnęła, by zostawili ją w spokoju, odeszli i co najwyżej
dalej szeptali gdzieś daleko, gdzie nie musiała na nich patrzeć.
Z tym, że
zdecydowanie nie mieli takiego zamiaru.
– Czułaś
się kiedyś tak, jakby ktoś pogrzebał cię żywcem…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz