3 stycznia 2019

Sto dziewięćdziesiąt dziewięć

Jocelyne
W pierwszej chwili poczuła się tak, jakby poraził ją prąd. Energia przemknęła przez całe jej ciało, na moment skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Z opóźnieniem dotarło do niej, że przyczyna musiała być tylko jedna – to, że w tym samym czasie dotykała ciała Leny, podczas gdy jej dusza również wyciągnęła do niej ramiona. Jakby tego było mało, Joce wyraźnie poczuła dotyk, choć do tej pory palce umarłej po prostu przenikały przez wszystko, co materialne.
Natychmiast spróbowała się wycofać. To nie było właściwe, zresztą jakoś nie miała wątpliwości, że w niczym nie przypominało tego, co zrobiła dla Beatrycze. Wszystko w niej aż krzyczało, że dalsze tkwienie pomiędzy ciałem a duchem było najgorszym, na co mogłaby się zdecydować. Ta energia, nieoczekiwany dotyk i fakt, że nagle pociemniało jej przed oczami…
Może krzyknęła, ale nie miała pewności. Szarpnęła się, próbując wyrwać z paraliżu, który nagle ogarnął całe jej ciało. Nie była w stanie się ruszyć, gotowa przysiąc, że jakaś niewidzialna siłą ciągnęła ją do ziemi. Skojarzenie z prądem wróciło i to ze zdwojoną siłą; w tamtej chwili była niczym przewodnik, podczas gdy w równym stopniu znajoma, co i zbyt gwałtowna energia przenikała przez jej ciało, sprawiając przy tym wrażenie bliskiej tego, by rozerwać ją od środka.
Wydało jej się, że gdzieś jakby z oddali słyszała głos Leny, ale to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. Zdążyła przywyknąć do jej histerycznego, błagalnego szeptu, bo ta już wcześniej wyrzucała z siebie mniej lub bardziej spójne słowa, oczekując czegoś, czego Joce zdecydowanie nie była w stanie jej dać. Teraz dusza najwyraźniej postanowiła działać na własną rękę, ale to zdecydowanie nie było dobre. Nie, skoro Jocelyne czuła się przy tym tak, jakby w każdej chwili jej własne zdolności mogły zetrzeć ją z powierzchni ziemi.
Strach powrócił, uderzając równie gwałtownie, co i przepływająca przez ciało dziewczyny energia. To na moment ją otrzeźwiło, przy okazji wytrącając z równowagi. Kiedy znów spróbowała się ruszyć, zdołała przesunąć się na tyle, by dosłownie zatoczyć się na wysuniętą szufladę. Syknęła, kiedy uderzyła biodrem o krawędź, w następnej sekundzie jak długa lądując na posadzce. Paraliż zniknął, ale moc wciąż przepływała przez jej ciało, skutecznie mieszając Joce w głowie. Spróbowała się podnieść, ale nie była w stanie, zbyt oszołomiona, zwłaszcza gdy tuż przed sobą dostrzegła parę szczupłych nóg. I bez unoszenia głowy wyczuła, że Lena drżała, wciąż szlochając i – co gorsza – teraz dodatkowo miotając się za sprawą gniewu.
– Proszę…
Tyle że Joce nie zamierzała słuchać. Chciała zaprotestować i wprost oznajmić, że to, czego oczekiwała od niej dusza, nie było realne, ale słowa nie chciały przejść jej przez usta. Uścisk w gardle przybrał na sile, a dziewczyna poczuła się niemalże tak, jakby w każdej chwili mogła zwymiotować. Raz jeszcze spróbowała wesprzeć się na rękach, te jednak nie były w stanie jej utrzymać, na domiar złego raz po raz ślizgając się na chłodnej posadzce.
Ruch tuż przed nią dał jej do zrozumienia, że Lena znów się poruszyła. Tym razem zauważyła jej dłoń, kiedy dusza wyciągnęła przed siebie rękę, znów próbując jej dotknąć.
– NIE!
Własny krzyk ją ogłuszył. Odbił się echem od ścian pomieszczenia, dodatkowo zwielokrotniony przez ech. Joce w końcu udało poderwać się do siadu, ale kiedy spróbowała się wycofać, plecami kolejny raz natrafiła na szufladę. Pociemniało jej przed oczami, tym razem za sprawą uderzenia, choć to równie dobrze mogło wiązać się z wciąż narastającym w jej wnętrzu strachem.
Wiedziała, że Lena nie odpuści. Już nie sprawiała wrażenia kogoś, kto myślał sensownie, bardziej przejęta perspektywą czegoś, co przecież nie było realne. Wszystko w Joce aż krzyczało, że pozwolenie tej dziewczynie na to, by dalej z niej czerpała, było najgorszym, na co mogła się zdecydować. Gdyby to trwało choć chwilę dłużej…
Wyrzuciła przed siebie ręce, próbując się osłonić. Drżała, bliska tego, by się popłakać, choć to w tamtej chwili nie miało dla niej znaczenia. Dla odmiany to ona była gotowa błagać, choć zarazem czuła, że jej słowa na nikim nie zrobiłyby wrażenia. Mogła co najwyżej zgadywać, jak sama poczułaby się na miejscu Leny, ale to również nie było ważne. Nic nie wydawało się wystarczająco sensownym argumentem, by przebić się do kogoś, do kogo nie docierała nieodwracalność śmierci.
Kiedy Lena kolejny raz spróbowała jej dotknąć, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Moc już od dłuższej chwili kumulowała się w ciele Jocelyne, gotowa przyjść jej z pomocą. To nie był pierwszy raz, kiedy to ułamki sekund i jeden ostateczny bodziec wystarczyły, by wytrącić przerażoną dziewczynę z równowagi. W pamięci wciąż miała to, że powinna trzymać nerwy na wodzy, zwłaszcza w siedzibie łowców, którą skonstruowano jak jedną wielką pułapkę dla wampirów, ale w tamtej chwili sama również nie była w stanie myśleć jasno. Była w stanie co najwyżej się bronić i zrobiła to, bez zastanowienia uderzając wszystkim, co w sobie miała. Tym razem energia nie tylko przez nią przepłynęła, ale na dodatek uderzyła we wszystkie strony na raz, potężną falą rozchodząc po całym pomieszczeniu.
Jocelyne jęknęła, wyczerpana i oszołomiona jednocześnie. Kiedy spojrzała przed siebie, przekonała się, że Lena zniknęła. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale nie zamierzała czekać, by sprawdzić, czy dusza odpuściła na dobre. Natychmiast rzuciła się przed siebie, choć nie od razu była w  stanie zmusić zesztywniałe ciało do współpracy. Przeczołgała się po podłodze w stronę wyjścia, dopiero po chwili decydując się wyciągnąć rękę, by na oślep poszukać czegoś, co mogłaby wykorzystać, by wesprzeć się przy wstawaniu. Od nadmiaru emocji kręciło jej się w głowie, ale robiła wszystko, byleby nie pozwolić sobie na utratę przytomności. Perspektywa zemdlenia akurat w tym miejscu, przerażała ją nawet bardziej niż to, co wtedy mogłoby ją spotkać.
Jej palce natrafiły na rączkę kolejnej, wciąż zamkniętej szuflady. Drżąc i w duchu modląc o to, by przypadkiem nie wysunąć metalowej półki z… ewentualną zawartością, podciągnęła się do pionu. Nogi miała jak z waty, ale zdołała uchwycić pion i – wciąż asekurując się przy tym kolejnymi metalowymi rączkami szuflad, z wolna zaczęła posuwać się ku drzwiom. Musiała się stąd wydostać, odszukać Dallasa, a potem uciekać, ale najpierw…
Zastygła, po czym nerwowo obejrzała przez ramię. Upuściła teczkę z dokumentami Leny, kiedy wylądowała na ziemi. Zauważyła, że ta leżała na posadzce, tuż obok wciąż wysuniętej szuflady. Mimo obaw zawahała się, gotowa po nią zawrócić, nim jednak zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, kostnicę kolejny raz przeszył wrzask – również dziewczęcy, choć zdecydowanie nie należący do Jocelyne.
Do czasu, bo kiedy jej spojrzenie spoczęło na martwym ciele Leny, nie mogła spokojnie stać i udawać, że wszystko było w porządku.
Nie, nie, nie…
Ale przecież doskonale widziała, że dotychczas martwa dziewczyna gwałtownie usiadła, krztusząc się i bezskutecznie próbując złapać oddech. Blade, miejscami wręcz sine ciało poruszyło się, choć przypominało to raczej parodię ruchów, na które mógłby zdecydować się normalny człowiek. Wciąż przypominała szmacianą laleczkę, która była w stanie do jakiejkolwiek interakcji tylko dlatego, że ktoś pociągał za sznurki. Kolejne gesty były nieporadne, nerwowo i niepokojące, zupełnie jakby dziewczyna w każdej chwili mogła znów wylądować na szufladzie. Oczy były puste, pozbawione białek, jakby tęczówki znów znajdowały się w głębi czaszki. Sine usta rozwarły się, a spomiędzy warg wysunął język – tak po prostu, jakby i nad nim Lena nie miała kontroli. Pierś nie unosiła się, a do Jocelyne dotarło, że dziewczyna właściwie wciąż dusiła się na jej oczach – umierała raz jeszcze, o ile choć przez moment można było ją określić mianem żywej.
Zdecydowanie nie to spotkało Beatrycze na tamtym cmentarzu. Cokolwiek się działo, nie było normalne, a tym bardziej nie miało jakiegokolwiek związku z naturą. Co ja zrobiłam?, pomyślała w oszołomieniu, świadoma wyłącznie narastającego z każdą kolejną sekundą przerażenia. W tamtej chwili tym bardziej zapragnęła rzucić się do ucieczki, ale kiedy przyszło co do czego, była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu i z niedowierzaniem przypatrywać tego, co działo się na jej oczach.
Do czasu, aż ciało zwróciło się jej stronę, spoglądając na nią niewidzącymi, błyskającymi białkami oczyma.
Cofnęła się tak gwałtownie, że aż znów wylądowała na podłodze. Poczuła się jeszcze gorzej, kiedy straciła z oczu Lenę (albo raczej to, co ją przypominało), ale nie była w stanie choćby próbować zastanowić się nad tym, co teraz planowała dziewczyna. Wiedziała jedynie, że za nic w świecie nie mogła pozwolić na to, by ta się do niej zbliżyła – nie w takim stanie. Raz po raz gubiąc rytm i równowagę, zaczęła wycofywać się, na oślep wciąż przesuwając ku drzwi. Musiała stąd wyjść, ale…
Mniej więcej wtedy usłyszała głosy. Albo raczej niespójne jęki, choć te nie rozbrzmiewały w jej głowie, choć właśnie do tego próbowała przekonać się przez cały ten czas. Co prawda szepty wydawały się dochodzić zewsząd, a niektóre z nich rozpoznała z wcześniej, ale to już nie było istotne. W zamian Jocelyne ostatecznie się popłakała, kiedy uprzytomniła sobie, co nieświadomie zrobiła w chwili, w której w przypływie paniki uwolniła moc.
– N-nie… – wyrwało jej się. Głos drżał jej tak bardzo, że ledwo mogła zrozumieć samą siebie. – O bogini, nie…
Ale przecież doskonale słyszała. Każdy jęk boleśnie odbijał się echem w jej umyśle, potęgując coraz to intensywniejszy ból głowy. Najbardziej kluczowe jednak okazało się narastające coraz to bardziej i bardziej przerażenie, nad którym nie była w stanie zapanować.
Najgorszy jednak okazał się moment, w którym do przytłumionego, dobiegającego z wnętrza zamkniętych szuflad pojękiwania, doszło skrobanie. Słyszała jak się ruszali, miotając i walcząc o to, by wydostać z miejsca, w których ich uwięziono. Wciąż nie miała pojęcia, ilu ich było, ale to nie było ważne. Liczyło się, że nie chciała zobaczyć ani jednego więcej, zwłaszcza jeśli wyglądali równie przerażająco, co i Lena.
Przywróciła ich. Tylko że to nie powinno być tak…
Zamknęła oczy, choć to niczego nie zmieniło. W którymś momencie kula mocy, którą przywołała, zamigotała i zgasła, pozostawiając kostnicę w całkowitych ciemnościach. Czuła wilgoć na policzkach, ale to działo się jakby poza nią, równie mało istotne, co i to, czego tak naprawdę mogłaby chcieć. Próbowała coś zrobić, ale poszczególne myśli wciąż mieszały się ze sobą, tworząc coś, nad czym mimo usilnych starań nie potrafiła zapanować. Chciała się wycofać – jakoś przerwać to wszystko – ale… nie potrafiła.
– Nie…
Wraz z tym jednym słowem doszła do wniosku, że nie jest w stanie się ruszyć. Z jękiem oparła się o ścianę (a przynajmniej miała nadzieję, że to nie była kolejna szuflada, tym bardziej zajęta), po czym podciągnęła kolana pod brodę. Ciasno objęła się ramionami, naiwnie wierząc w to, że im jej mniej, tym lepiej. Pragnęła zniknąć albo przynajmniej posiąść wyjątkowe zdolności Camerona i po prostu stać się niewidzialna. Drżała tak bardzo, że aż dziwnym wydało jej się to, że wciąż była w jednym kawałku. Oddychała tak płytko i nierówno, jakby sama stałą się na wpół żywym ciałem, które w nienaturalny sposób usiłowało sprzeciwić się śmierci.
Wciąż dygocząc, zaczęła kołysać się w przód i w tył. Łzy płynęły po policzkach, zamarzając za sprawą panującego w prosektorium chłodu. Słuchała jęków, gwałtownych ruchów przebudzonych umarłych, robiąc wszystko, by jakkolwiek je ignorować. Próbowała wyobrazić sobie, że to wszystko działo się jednak w jej głowie – było niczym koszmar, z którego po prostu musiała się obudzić, by wszystko wróciło do normy. Śniła na jawie – nic ponadto. Dlaczego miałoby chodzić o coś innego…?
Ale oczami wyobraźni i tak ich widziała – uwięzionych w ciemnościach, porażonych chłodem i świadomością tego, że umierali raz jeszcze. Niemalże mogła zobaczyć, jak wydostają się, w chwiejnej parodii kroku zbliżając do niej, wyciągając lodowate dłonie i…
– Joce!
Poderwała głowę. Głos Dallasa byłaby w stanie rozpoznać wszędzie, choć również on mógł być co najwyżej jej wyobrażeniem – czymś, co nade wszystko pragnęła usłyszeć. Serce momentalnie zabiło jej szybciej, zwłaszcza gdy zauważyła postać, która zmaterializowała się na w drzwiach. To otrzeźwiło ją na tyle, by – w akompaniamencie jęków i drapania – jedynak spróbowała poderwać się na nogi i ruszyć ku swojemu wybawcy.
Dostrzegła szok w jego oczach i to wystarczyło, by uświadomić jej, że jednak nie śniła. On również to słyszał, być może rozumiejąc więcej niż mogłaby przypuszczać. Przez moment spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy, po prostu wpatrując się w jej twarz. Milczał, choć wyraźnie czuła, że chciał coś powiedzieć – z tym, że najwyraźniej nie potrafił stwierdzić, które słowa okazałyby się najodpowiedniejsze w obecnej sytuacji.
To nie miało znaczenia. Liczyło się, że naglącym gestem wyciągnął ku niej rękę. Może coś powiedział, ale nawet jeśli tak było, sens jego słów najzwyczajniej w świecie jej umknął. Liczyło się, że była w stanie się poruszyć, w końcu dopadając do drzwi, a potem…
W pierwszej chwili ogłuszyła ją cisza. Zapadła nagle, poprzedzona głuchym pacnięciem, które zabrzmiało jak osuwające się na ziemię ciało. Nie miała odwagi się odwrócić, choć mimowolnie pomyślała, że to Lena. Kręciło jej się w głowie, a niespójne myśli wciąż mieszały się ze sobą, skutecznie utrudniając kojarzenie faktów. Cokolwiek się działo, zdecydowanie nie było normalne. Nie była w stanie nawet cieszyć się z tego, że umarli w końcu zamilkli, przestając szeptać i walczyć o ratunek.
A potem wszystko się skomplikowało, kiedy coś dosłownie wymiotło Dallasa z pomieszczenia. Chyba krzyknęła i ruszyła w jego stronę, ale nie miała okazji go dosięgnąć, w zamian dosłownie zderzając z drzwiami, które dosłownie zatrzasnęły się tuż przed jej twarzą. Natychmiast na nie naparła, naprzemiennie to pchając, to znów za nie szarpiąc, gdy dotarło do niej, że nie pamiętała, w którą stronę się otwierały. To nic nie dało, bo nawet nie drgnęły, całkowicie obojętne na jej działania i wciąż większą niż u człowieka siłę.
– Dallas? Dallas! – zaszlochała, wtulając się w drzwi. – Nie zostawiaj mnie tutaj!
– Jestem! – usłyszała po drugiej stronie. Jego glos był spięty, ale wyraźny, nieco tylko przytłumiony przez stojąca mu na drodze przeszkodę. – Ale nie mogę wejść! Co tam się dzieje, Joce?!
Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Z jękiem osunęła się na kolana, coraz bardziej oszołomiona. Chłód wstrząsnął całym jej ciałem, choć nie od razu uprzytomniła sobie, skąd się brał. Poczucie bycia obserwowaną pojawił się nagle, ale nawet wtedy nie była w stanie się ruszyć. Cokolwiek znajdowało się za jej plecami…
– Dallas… – rzuciła drżącym głosem. Chciała krzyczeć, ale kiedy przyszło jej co do czego, wyszedł jej z tego co najwyżej słaby, lekko słyszalny szept. – Zabierz mnie stąd.
Nie spodobało jej się to, że odpowiedziała jej cisza – wymowna, przenikliwa i bardzo niepokojąca. Przez chwilę była gotowa przysiąc, że jednak została sama, a może że Dallasa wcale nie było. Wciąż miała ochotę walczyć z drzwiami – uderzać w nie z nie mniejszą zawziętością, co wcześniej uwiezieni w szufladach umarli – ale nie była w stanie. Mogła co najwyżej siedzieć na podłodze, krztusić się łzami i… czekać.
– Coś wymyślę – usłyszała w końcu. Słowa Dallasa zabrzmiały pewnie, jak obietnica, którą za wszelką cenę pragnął spełnić. Sęk w tym, że oboje wiedzieli, że nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby tego dokonać. – Wszystko będzie w porządku, ale…
– Boję się.
To na moment zamknęło mu usta. Była w stanie wyobrazić sobie, w jaki sposób by na nią spojrzał, gdyby tylko mógł ją zobaczyć.
– Cii… Cichutko, kochanie – powiedział w końcu, ostrożnie dobierając słowa. Jego głos zabrzmiał inaczej, zaskakująco wręcz łagodnie i troskliwie. To był ten sam Dallas, który trzymał ją w ramionach, kiedy szlochała z bólu, niezdolna uporać się z przeszywającym bólem głowy. – Zaraz coś wymyślę. Poczekaj tu chwilę.
– Co ty…? Nie! – Energicznie potrząsnęła głową, choć nie był w stanie tego zobaczyć. Jednak znalazła w sobie dość siły, by unieść się na tyle, by raz jeszcze szarpnąć za klamkę, ale okazało się to równie bezskuteczne, co i każda wcześniejsza próba. – Nie zostawiaj mnie tutaj! Dallas!
Ale odpowiedziała jej wyłącznie cisza.
Osunęła się z powrotem na ziemię, bliska tego, by zwymiotować. Oddychała spazmatycznie, świadoma wyłącznie coraz silniejszego uścisku w buntującym się żołądku.. Loki opadły jej na twarz, klejąc się do wilgotnych policzków i raz po raz muskając końcówkami posadzkę. Serce tłukło się w piersi tak mocno i szybko, że okazało się to wręcz bolesne. Strach przysłaniał wszystko inne, ale próbowała o tym nie myśleć, z uporem spoglądając we wsparte na posadzce dłonie. Miała wrażenie, że niewiele brakowało, by jednak znów wylądowała na podłodze, tym razem pozbawiona przytomności, zwłaszcza że obraz wciąż rozmazywał jej się przed oczami.
Z wolna zaczęła się uspokajać. To Dallas… Dallas zaraz wróci, powtarzała w myślach raz po raz, czepiając się tej myśli niemalże jak jedynej deski ratunku. W jakimś stopniu przynosiła jej ukojenie, choć nic nie było w stanie sprawić, by w obecnej sytuacji poczuła się dobrze. Jak miałaby uznać cokolwiek za normalne w sytuacji, w której została uwięziona w kostnicy, na dodatek po tym jak…?
Nie chciała o tym myśleć.
Ale nie była w stanie zapomnieć.
Poczucie bycia obserwowaną przybrało na sile. Robiła wszystko, by je zignorować, ale to również okazało się niemożliwe. Czuła na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie – więcej niż jedno, jakby tego było mało – a to…
Chociaż wiedziała, że przyjdzie jej tego pożałować, poderwała głowę.
Była ich czwórka. Stali dosłownie na wyciągnięcie ręki, wszyscy milczący i wpatrzeni w nią, najpewniej już od dłuższej chwili. Rozpoznała jedynie Lenę, choć na tę próbowała nie spoglądać, zwłaszcza gdy przekonała się, że twarz duszy była wykrzywiona strachem i gniewem. Wydało jej się, że gdzieś poza plecami duchów zauważyła jej bezwładne ciało, na dodatek leżące na posadzce, ale w tamtej chwili nie trup był jej największym problemem.
Najbliżej niej znajdował się dziwnie znajomy, ciemnowłosy chłopak. Nie była w stanie skupić się na jego twarzy, ale była gotowa przysiąc, że widziała go już wcześniej – wtedy, co i bezimienną dziewczynę, kiedy wpadła w histerię przez pierwsze spotkanie z duchami w tym miejscu. Nie miała pewności, czy to był dokładnie ten sam umarły, ale…
Och, to nie było ważne. Wystarczyło, że spojrzał na nią w sposób sugerujący, że zdecydowanie nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Powiedzieć, że nie darzył jej sympatią, byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Była gotowa przysiąc, że spoglądał na nią tak, że gdyby wzrok zabijał, jak nic miałby ją na sumieniu. Co więcej, jakoś wątpiła, by szczególnie się tym przejął.
Wtuliła się mniej w drzwi, żałując, że nie była w stanie przez nie przeniknąć. Dallas, gdzie ty jesteś?, jęknęła w myślach, coraz bardziej spanikowana. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, chociaż i tak nie była w stanie zdobyć się na to, by zacząć krzyczeć. Mogła co najwyżej patrzeć, czekać na rozwód wypadków i modlić o to, by wszystko się ułożyło. Pragnęła, by zostawili ją w spokoju, odeszli i co najwyżej dalej szeptali gdzieś daleko, gdzie nie musiała na nich patrzeć.
Z tym, że zdecydowanie nie mieli takiego zamiaru.
– Czułaś się kiedyś tak, jakby ktoś pogrzebał cię żywcem…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa