4 stycznia 2019

Dwieście

Jocelyne
Nie mogła oderwać wzroku od nachylonego nad nią chłopaka. Właściwie nie odrywał od niej wzroku, spoglądając nań w tak przenikliwy sposób, że okazało się to niemalże bolesne. Oddychała szybko i płytko, kuląc się pod drzwiami i próbując zapanować nad nieustającym drżeniem mięśni. Ciaśniej objęła się ramionami, przez moment mając ochotę ukryć twarz w dłoniach, by nie patrzeć na żadną ze stojących tuż przed nią dusz. Ich gniew był niemalże namacalny, a na domiar złego skierowany przeciwko niej.
Czuła, że powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. „Nie zrobiłam niczego złego!” – cisnęło jej się na usta, ale te słowa nie padły, z jakiegoś powodu brzmiąc jak kłamstwo. Naprawdę w nie wierzyła, jednak instynkt podpowiadał jej, że zostałyby odebrane co najmniej źle. Zrzucenie całej winy na Lenę nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza w sytuacji, gdy te istoty były złe. Wątpiła zresztą, by jakakolwiek wymówka zabrzmiała w ich przekonaniu dobrze. Wszystko tak czy siak sprowadzało się do jej mocy, nad którą – przynajmniej w teorii – powinna mieć kontrolę.
Tyle że to nie działało w ten sposób. Nie miała żadnego wpływu na to, co zrobiła w chwili, w której ich przywołała. Teraz wszystko wróciło do normy, ale…
– Zadałem ci pytanie – odezwał się ponownie chłopak. Joce z trudem powstrzymała pisk, gdy jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od jej własnej. – Wiesz, co właśnie zrobiłaś?
Tym razem jego głos był niemalże łagodny, ale to niczego nie zmieniało. Jęknęła, po czym uniosła dłonie, by zakryć nimi uszy. Zacisnęła powieki, nie będąc w stanie znieść natężenia spojrzenia zagniewanej duszy. Słyszała, że znów zaczęli szeptać – w końcu nie była w stanie wyrzucić ich głosów z umysłu – ale nie była w stanie zrozumieć poszczególnych słów. W gruncie rzeczy nie musiała, zwłaszcza że ładunek emocjonalny mówił sam za siebie. Byli wściekli i co do tego nie miała żadnych możliwości.
Chłód narastał, coraz bardziej dając się jej we znaki. Czuła ich spojrzenia i obecność, słyszała głosy – te zagniewane, coraz bardziej nerwowe szepty. Nie mieli dobrych intencji, tego była pewna. Ponad wszystko wciąż przebijał się stłumiony szloch Leny, co najmniej jakby to ona była w tej sytuacji najbardziej pokrzywdzona. Wszystko zaczęło się od niej, ale nie sądziła, by rozżalona dziewczyna była w stanie w tamtej chwili myśleć logicznie.
– Jak mogłaś…? – jęknęła w pewnym momencie dusza. – Ja byłam…
Najwyraźniej nie potrafiła dokończyć. A może to Joce nie była w stanie słuchać, nie pierwszy raz gotowa przysiąc, że niespójne szepty doprowadzą ją do szału albo rozerwą jej głowę od środka. Mocniej przycisnęła dłonie do uszu, ale nieważne co by zrobiła, nie była w stanie odszukać jakże upragnionego spokoju. Wszystko wymykało się spod kontroli, z każdą kolejną sekundą coraz trudniejsze do opanowania. Trwała w tym wszystkim sama, świadoma wyłącznie wypełniającej pomieszczenie rozpaczy. Oraz gniewu. Ten drugi stopniowo narastał, jakby mało było, że dusze już za pierwszym razem wyrwano z ciał w zdecydowanie zbyt gwałtowny, nieakceptowalny przez nich sposób.
Teraz z kolei była jedyną osobą, przeciwko której mogły się zwrócić. Mimowolnie pomyślała, że pod względem pragnienia zemsty tak naprawdę niczym nie różnili się od wampirów. Oni również kierowali się emocjami, a gdy zamiast upragnionego ukojenia, otrzymali co najwyżej jeszcze więcej cierpienia…
– Niczego wam nie zrobiłam!
Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wykrzyczała te słowa. Zrobiła to bezwiednie, niemalże w rozpaczy, chcąc doprowadzić wszystko do końca. Błagam… Błagam, dajcie mi odejść!, jęknęła w duchu, wciąż kuląc się, kołysząc i czując jak ktoś, kto cały czas spada – coraz niżej i niżej, powoli zapadając w pustkę. Nad niczym już nie panowała, stopniowo poddając się gniewowi skupionych na niej istot. Ich emocje ją pochłaniały, powoli wciągając w coś, przed czym nade wszystko pragnęła uciec. Joce czuła, że to nie prowadziło do niczego dobrego, ale nie była w stanie zrobić niczego, by się uwolnić.
Nie pozwoliliby jej wyjść. Ich gniew był niczym pieczęć – skutecznie blokował drzwi i to nawet przed Dallasem. Czwórka zagniewanych dusz musiała być silniejsza od jednej, nawet takiej uzdolnionej. Prąd nie zrobiły na nich wrażenia, niezależnie od natężenia, jakim by oberwali.
A teraz została sama, choć z uporem odsuwała od siebie myśl, że Dallas mógłby nie wrócić. Z drugiej strony, czuła się jakby od jego odejścia minęły całe wieki. Nasłuchiwała, pragnąc usłyszeć po drugiej stronie znajomy głos – choćby tyle – ale kolejne sekundy mijały, a w jej głowie rozbrzmiewały wyłącznie te zagniewane szepty.
– Niczego…? – powtórzyła drżącym głosem Lena. – A wrzucił cię ktoś kiedyś w martwe, rozkładające się ciało?!
Jocelyne aż skuliła się pod natężeniem bijących od duszy emocji. Otworzyła oczy, ale prawie natychmiast tego pożałowała. Nie musiała się wysilać, by dostrzec cienie, które otaczały całą grupkę. Ten otaczający Lenę okazał się najintensywniejszy – równie wyraźny, co i w przypadku Dallasa, kiedy ostatnim razem doprowadziła go do ostateczności. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, temperatura w pokoju nagle spadła o kilka kolejnych stopni. Poczuła to wyraźnie, tak jak i wszechobecną śmierć. Te odczucia mieszały się z gniewem, tworząc niebezpieczną mieszankę, która – co nagle sobie uświadomiła – mogła okazać się wystarczająco intensywna, by ją skrzywdzić.
Gniew w przypadku dusz nigdy nie zwiastował niczego dobrego. Zdążyła się o tym przekonać w chwili, w której wypadła przez okno, a informacje, które w bibliotece znalazła Claire, jedynie to potwierdzały. Była w niebezpieczeństwie, może nawet większym, niż gdyby stanęła oko w oko z wygłodniałym wampirem. W przypadku nieśmiertelnego przynajmniej wiedziałaby, czego się po nim spodziewać, ale z duchami było inaczej. Lena i reszta pozostawali dla niej zagadką w każdym calu.
Najgorsze w tym wszystkim wydało się Joce to, że tak naprawdę powinna wiedzieć, co zrobić. Słodka bogini, była nekromantką – wybranką śmierci, a przynajmniej tak ją określano. Jaki to miało sens, skoro nie potrafiła się obronić i…?
Huk ją ogłuszył. Usłyszała go wyraźnie pomimo tego, że wciąż przyciskała dłonie do uszu, robiąc wszystko, byleby odciąć się od panującego dookoła zamieszania. Zgrzyt, z jakim wysunęły się wszystkie szuflady w kostnicy, jak na ironię brzmiał na zdolny obudzić umarłego. Jocelyne natychmiast uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc sprawdzać, co znajdowało się na poszczególnych metalowych pólkach. Już samo spoglądanie na ciało Leny, było dla niej czymś ponad siły. Gdyby miała zobaczyć więcej zwłok…
– Brzydzimy cię? – zapytał ktoś. Szept rozbrzmiał zdecydowanie zbyt blisko, by mogła powstrzymać dreszcze. – Nie chcesz popatrzeć?
– Proszę…
Nie dokończyła. Przerwał jej pozbawiony wesołości śmiech.
– Teraz? – zapytała z powątpiewaniem inna z dusz. Głos znów należał do chłopaka, ale innego niż ten, który naskoczył na nią jako pierwszy. – My też chcieliśmy tylko pomocy.
Potrząsnęła głową. Więc mogę pomóc… Mogłabym, gdybym wiedziała jak!, zaoponowała, ale również te słowa nie były w stanie przejść jej przez usta. Czuła, że w ten sposób mogłaby co najwyżej pogorszyć sytuację, a na to nie mogła sobie pozwolić. O ile wciąż mogło być gorzej…
Jak szybko się okazało, mogło.
– Obudziłaś się kiedyś w martwym ciele, na dodatek w takim miejscu? – usłyszała, ale tym razem nawet nie potrafiła rozróżnić płci osoby, która się do niej zwracała. Słyszała przede wszystkim słowa, na tyle niepokojące, by w niemalże bolesny sposób wypaliły się w jej umyśle. Miała wrażenie, że dosłownie widziała je w ciemnościach, jakby zostały zapisane tuż przed jej oczami, przez co mimowolnie raz po raz je czytała, zmuszona do przyswojenia ich sensu – W zamknięciu, w ciemnościach…
– Nie to chciałam zrobić – wyszeptała drżącym głosem. Sama nie była pewna, jakim cudem zdołała się odezwać. – Lena…
– Nie zrzucaj wszystkiego na mnie!
Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że cień otaczający dziewczynę przybrał na intensywności. Nie chciała tego widzieć, zbytnio wytrącona z równowagi tym, co działo się wokół niej – zwłaszcza w jej wnętrzu – ale nie była w stanie uciec. Oczami wyobraźni i tak widziała dość – szuflady, martwe ciała, sine usta i…
– Możemy jej pokazać – zaproponować ktoś.
Poczuła, że robi jej się słabo. Dopiero po chwili w pełni uprzytomniła sobie, co oznaczały te słowa, na dodatek w chwili, w której doszły ją zgodne pomruki aprobaty. Zrozumienie pojawiło się nagle, choć poczuła się przy tym co najmniej tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Myśl, która nagle pojawiła się w jej głowie, przyćmiła wszystkie inne, na domiar złego tak przerażająca i abstrakcyjna, że wydawało się to wręcz niemożliwe.
Nie chciała nawet brać pod uwagę, że mogliby chcieć zamknąć ją w jednej szuflad, zupełnie jakby…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc – spazmatycznie, w drżący sposób. Więcej łez napłynęło jej do oczu, by po chwili spłynąć po policzkach. Jednak zmusiła się do otwarcia oczu i znalazła w sobie dość siły, by się podnieść. Nogi wciąż miała jak z waty, jakby w każdej chwili mogły odmówić jej posłuszeństwa, ale robiła wszystko zignorować to uczucie. Miała wrażenie, że tylko chwila wystarczyła, by wylądowała na posadzce, na dodatek pozbawiona przytomności, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Chociaż obraz raz po raz rozmazywał jej się przed oczami, robiła wszystko, byleby uczepić się resztek świadomości. Gdyby straciła czujność, to byłby koniec.
To były duchy. Przenikali przez wszystko wokół, zazwyczaj nie mając szans na to, by ingerować w świat żywych. Chciała pocieszać się myślą, że tak naprawdę nie byli w stanie jej dotknąć, a co dopiero gdziekolwiek zamknąć, ale przecież wiedziała, że oszukiwała samą siebie. Już udowodnili, do czego byli zdolni w przypływie gniewu. Zamknięte drzwi za jej plecami mówiły same za siebie, a skoro wciąż mogli posunąć się dalej…
– Dallas! – wykrzyczała, w jednej chwili tracąc nad sobą panowanie. Dotychczasowy względy spokój, który zachowywała, ustąpił miejsca panice. – Dallas, pomocy! Dallas…!!!
Z tym, że odpowiedziała jej cisza. Minęło dość czasu, by zwątpiła w to, czy chłopak w ogóle miał pojawić się na czas. Nie było go tyle czasu, by zorientowała się, że najpewniej nie miał pojęcia, co robić. Może miotał się po całej placówce, szukając odpowiedzi, a może popędził po Rosę – to nie miało znaczenia. Jocelyne nie miała złudzeń co do tego, czy nawet dwie dusze byłyby w stanie uporać się z gniewem czterech. Gdyby ich złość nie była zwrócona przeciwko niej, mieliby szansę ją ochronić – w końcu robili to przez większość czasu, nakazując innym trzymać się na dystans – ale teraz…
Nie było ani Dallasa, ani Rosy. Została z tym sama.
Gwałtowne szarpniecie na moment wytrąciło ją z równowagi. Zachwiała się, z niedowierzaniem spoglądając na ducha, który nagle znalazł się tuż przed nią, bezceremonialnie chwytając ją za ramię. Dotykał jej, na dodatek bez większego wysiłku i z siłą, która wystarczyła, by jednak ruszyć ją z miejsca. Zatoczyła się, po chwili lądując na posadzce, ale nie miała nawet czasu, by w pełni uświadomić sobie, że poobijała sobie kolana. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, że powinna się podnieść i spróbować rzucić do ucieczki, kolejny zdecydowany ruch poderwał ją do pionu. Kolejne uderzenie okazało się o wiele silniejsze, ale to uprzytomniła sobie dopiero w chwili, w której boleśnie wylądowała na ścianie.
W tamtej chwili to ona poczuła się jak szmaciana, miotana na wszystkie strony laleczka. Gdyby tylko zechcieli, mogliby rozerwać ją na kawałeczki, a przynajmniej takie miała wrażenie. W panice spróbowała skupić się na mocy, by spróbować się osłonić, ale telepatyczna energia wciąż jej umykała. Nie była w stanie jej skumulować, choć raz już to zrobiła – i to w gwałtowny, opłakany w skutkach sposób. Teraz nie była w stanie nawet zebrać myśli, a co dopiero skoncentrować na tyle, by uderzyć raz jeszcze. Potrzebowała tylko tego – szansy, by ich rozproszyć w nadziei, że dzięki temu wpływ osłabnie, a drzwi się otworzą – ale nie miała na to szansy. Nie zmęczona, przerażona i wystawiona na działanie czterech wściekłych duchów.
Wciąż o tym myślała, kiedy znów się zatoczyła. Tym razem na coś wpadła, co uprzytomnił jej moment, w którym z siła uderzyła o coś plecami. Na moment zabrakło jej tchu, zaraz też spróbowała się wyprostować. Dłonie zacisnęła na krawędzi czegoś, co – jak nagle zrozumiała – było krawędzią jednej z wysuniętych szuflad.
A potem palcami natrafiła na lodowate, zalegające już tam ciało i to wystarczyło, by ostatecznie wytrącić ją z równowagi.
Podejrzewała, że wrzask, który w tamtej chwili wyrwał się z jej gardła, mógł konkurować z zabójczymi krzykami Shannon. Krzyczała tak długo, aż zabrakło jej tchu, ale to nie zrobiło najmniejszego wrażenia na otaczających ją duchach. Wyczuła zaledwie ruch, kiedy jeden z nich przemieścił się, w następnej sekundzie dosłownie na nią rzucając. Jęknęła i zamilkła, zaskoczona lekkością, z jaką dusza powaliła ją na plecy. Pod plecami wyczuła gładką zimną powierzchnię i to wystarczyło, by serce podjechało jej aż do gardła. Rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w bladą, wypraną z jakichkolwiek emocji twarz pochylonego nad nią chłopaka. Jego oczy wydawały się przenikać ja wskroś, z kolei jedynym, co była w stanie dostrzec w jego spojrzeniu, okazał się gniew. Wyglądał na zawziętego, zupełnie jakby jedynym przyświecającym mu celem stało się to, by zadać jej ból… Albo doprowadzić do sytuacji, w której sama również by umarła, skoro nie potrafiła mu pomóc.
– Nie przywitasz się? – szepnął, ale dopiero po chwili zrozumiała, co miał na myśli.
Niewiele brakowało, żeby znów krzyknęła, gdy uprzytomniła sobie, że właściwie leżała tuż obok ciała – materialnej powłoki naciskającego na nią chłopaka. Widziała jego martwą twarz zaledwie z profilu, ale nie miała wątpliwości, że to był on. Teraz z kolei wydawał się robić wszystko, byleby wciągnąć ją za sobą do miejsca, w którym spoczywał.
Znów pociemniało jej przed oczami. Nie miała szansy walczyć z kimś, kto tak naprawdę był martwy, a przy tym napędzany tymi najmroczniejszymi, skrajnymi emocjami, które dodawały mu energii. Wciąż na nią napierał, na tyle mocno, że wyczuła, że szuflada, na której oboje leżeli, nieznacznie się przesunęła. Nie…, jęknęła w duchu, wciąż nie dopuszczając do siebie myśli, że miałaby się zamknąć. Przez chwilę miała ochotę się poddać i jednak zapaść w pustkę, ale nie była w stanie tak po prostu zemdleć. Nie chciała widzieć tego, co się działo, ale wciąż miała w sobie zbyt wiele determinacji, by tak po prostu odpuścić.
Dallas…
Tym razem nawet nie wypowiedziała jego imienia na głos. I tak nie byłoby odpowiedzi.
Szuflada znów się poruszyła, choć nie miała pewności, czy to za sprawą ciężaru jej ciała, czy wpływu pozostałych dusz. Chłopak wciąż przyciskał ją do metalowej powierzchni, zaciskając lodowate palce na jej nadgarstkach. Jego twarz znajdowała się tak blisko, jakby chciał ją pocałował, choć w tamtej chwili zdecydowanie nie chodziło o romantyczne gesty. Leżał na niej cały ciałem, materialny i odległy zarazem, choć nie sądziła, że to możliwe. Wszystko to, co czyniło go choćby złudnie żywym, sprowadzało się do skrajnych emocji i energii, którą w którymś momencie zaczął z niej wysysać. Nie miała pojęcia, czy robił to specjalnie, czy może ten odruch okazał się mimowolny, skoro znalazł się tak blisko, ale to nie było ważne.
W którymś momencie zapanowała głucha, przenikliwa cisza. Słyszała wyłącznie swój przyśpieszony oddech i serce, które trzepotało się w jej klatce piersiowej tak gwałtownie, że tylko cudem nie wyrwało się na zewnątrz. Ledwo była w stanie złapać oddech, nie tylko przez to, że duch wciąż naciskał na jej klatkę piersiową. Wpatrywała się w niego błagalnie, czekając aż coś drgnie w jego oczach – na jakikolwiek ludzki odruch, zrozumienie albo wahanie, ale mimo upływu czasu nic podobnego nie miało miejsca. On już zdecydował, zresztą jak i pozostali. Wyrok zapadł i nie było od niego odwołania.
Nie była w stanie tego zaakceptować.
Była bliska omdlenia, kiedy jednak coś uległo zmianie.
Zalegający na niej chłopak drgnął niespokojnie. To był zaledwie ułamek sekundy, ale ten jeden gest wystarczył, by zwrócić jej uwagę. Uścisk na jej nadgarstkach na moment się poluźnił, choć tylko po to, by prawie natychmiast przybrać na sile. Jej przeciwnik w końcu oderwał od niej wzrok, w pośpiechu unosząc głowę.
Właśnie wtedy drzwi kostnicy otworzyły się z trzaskiem, na tyle gwałtownie, by jedno ze skrzydeł wypadło z zawiasów.
W pomieszczeniu jak na zawołanie zapanowało poruszenie. Jocelyne była gotowa przysiąc, że ciemność zgęstniała, ale nie dlatego, że gniew dusz jakkolwiek się zwiększył. Przeciwnie – poczuła ich dezorientację, a finalnie czyste przerażenie, które skutecznie przysłoniło dotychczas napędzający je gniew. Cokolwiek pojawiło się w kostnicy, musiało być gorsze od czterech pałających żądza zemsty duchów.
– Wystarczy – oznajmił ktoś zdecydowanym tonem. Nie rozpoznała tego głosu, choć bez wątpienia należał do mężczyzny. – Puśćcie dziewczynkę. Teraz.
Nikt nie zaprotestował. Uścisk na jej nadgarstkach zniknął całkowicie, a chwilę później przytrzymujący ją chłopak dosłownie rozpłynął się w powietrzu, kiedy w popłochu rzucił się do ucieczki. Wszyscy się wycofali – bez słowa, cienia odwagi na to, by próbować się kłócić. Kimkolwiek była ta istota, jedno jej słowo wystarczyło, by przekonać umarłych do odejścia. Coś zmieniło się w atmosferze panującej w prosektorium, kiedy dusze – jedna po drugiej – umknęły z pomieszczenia. Zostały tylko martwe ciała i głucha cisza, która momentalnie zapanowała w umyśle Jocelyne.
Leżała tam, drżąca i przerażona. Tuż obok niej nadal znajdowały się zwłoki tamtego chłopaka, ale nie miała odwagi, by choćby o tym pomyśleć, a co dopiero spojrzeć w ich kierunku. Z uporem wpatrywała się przed siebie, dokładnie w miejsce, w którym chwilę wcześniej znajdowała się twarz przytrzymującego ją ducha. Dłonie bezwiednie zaciskała w pięści, na tyle mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę. Czuła wilgoć na palcach, ale nie potrafiła stwierdzić czy to pot, czy może sącząca się z drobnych ranek krew.
Chociaż serce tłukło jej się w piersi z siłą, która przyprawiała o zawroty głosy, wyraźnie usłyszała zmierzające ku niej, odbijające się echem od ścian pomieszczenia kroki. Miała wrażenie, że doszedł ją również cichy szelest, ten zresztą wydał jej się dziwnie znajomy, ale w oszołomieniu nie potrafiła go zidentyfikować.
Nie była w stanie zaprotestować nawet w chwili, w której czyjeś ramiona owinęły się wokół niej, a przybysz z lekkością wziął ją na ręce. Zrozumienie pojawiło się dopiero w chwili, w której otoczyły ją czarne skrzydła, mogące należeć tylko i wyłącznie do demona. Przybysz po prostu ją trzymał, raz po raz muskając piórami jej policzek, czym skutecznie przyprawił już i tak roztrzęsioną Joce o kolejne dreszcze.
Najdziwniejsze okazało się to, że się uśmiechał. Łagodnie, bardzo ciepło i w sposób, którego nie uświadczyłaby u Rafaela. Co prawda widywała męża Eleny sporadycznie, ale zdążyła przekonać się, jaki był zdystansowany i… nieludzki. To drugie wciąż opisywało pochylonego nad nią nieśmiertelnego, ale coś w jego twarzy i błysku, który pojawił się w parze lśniących, intensywnie niebieskich oczu, dało Joce do zrozumienia, że mężczyzna nie miał złych zamiarów – przynajmniej względem niej. A może po prostu chciała w to wierzyć, nawet jeśli go nie znała.
Demon z uwagą zmierzył ją wzrokiem. Miała wrażenie, że sprawdzał, czy nic jej nie było, choć troska z jego strony wydała się jej ostatnim, czego mogłaby się spodziewać po kimś takim jak on.
– Chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień… Co, dziecinko? – rzucił jakby od niechcenia.
A potem bez pośpiechu ruszył ku wyjściu, wciąż trzymając oszołomioną Jocelyne w ramionach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa