
Jocelyne
Nie mogła oderwać wzroku od
nachylonego nad nią chłopaka. Właściwie nie odrywał od niej wzroku, spoglądając
nań w tak przenikliwy sposób, że okazało się to niemalże bolesne.
Oddychała szybko i płytko, kuląc się pod drzwiami i próbując
zapanować nad nieustającym drżeniem mięśni. Ciaśniej objęła się ramionami,
przez moment mając ochotę ukryć twarz w dłoniach, by nie patrzeć na żadną
ze stojących tuż przed nią dusz. Ich gniew był niemalże namacalny, a na domiar
złego skierowany przeciwko niej.
Czuła, że
powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa. „Nie zrobiłam niczego złego!” – cisnęło jej się na usta, ale
te słowa nie padły, z jakiegoś powodu brzmiąc jak kłamstwo. Naprawdę w nie
wierzyła, jednak instynkt podpowiadał jej, że zostałyby odebrane co najmniej
źle. Zrzucenie całej winy na Lenę nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza w sytuacji,
gdy te istoty były złe. Wątpiła zresztą, by jakakolwiek wymówka zabrzmiała w ich
przekonaniu dobrze. Wszystko tak czy siak sprowadzało się do jej mocy, nad
którą – przynajmniej w teorii – powinna mieć kontrolę.
Tyle że to nie
działało w ten sposób. Nie miała żadnego wpływu na to, co zrobiła w chwili,
w której ich przywołała. Teraz wszystko wróciło do normy, ale…
– Zadałem
ci pytanie – odezwał się ponownie chłopak. Joce z trudem powstrzymała
pisk, gdy jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od jej własnej. – Wiesz,
co właśnie zrobiłaś?
Tym razem
jego głos był niemalże łagodny, ale to niczego nie zmieniało. Jęknęła, po czym
uniosła dłonie, by zakryć nimi uszy. Zacisnęła powieki, nie będąc w stanie
znieść natężenia spojrzenia zagniewanej duszy. Słyszała, że znów zaczęli
szeptać – w końcu nie była w stanie wyrzucić ich głosów z umysłu
– ale nie była w stanie zrozumieć poszczególnych słów. W gruncie
rzeczy nie musiała, zwłaszcza że ładunek emocjonalny mówił sam za siebie. Byli
wściekli i co do tego nie miała żadnych możliwości.
Chłód
narastał, coraz bardziej dając się jej we znaki. Czuła ich spojrzenia i obecność,
słyszała głosy – te zagniewane, coraz bardziej nerwowe szepty. Nie mieli dobrych
intencji, tego była pewna. Ponad wszystko wciąż przebijał się stłumiony szloch
Leny, co najmniej jakby to ona była w tej sytuacji najbardziej pokrzywdzona.
Wszystko zaczęło się od niej, ale nie sądziła, by rozżalona dziewczyna była w stanie
w tamtej chwili myśleć logicznie.
– Jak
mogłaś…? – jęknęła w pewnym momencie dusza. – Ja byłam…
Najwyraźniej
nie potrafiła dokończyć. A może to Joce nie była w stanie słuchać, nie
pierwszy raz gotowa przysiąc, że niespójne szepty doprowadzą ją do szału albo
rozerwą jej głowę od środka. Mocniej przycisnęła dłonie do uszu, ale nieważne
co by zrobiła, nie była w stanie odszukać jakże upragnionego spokoju. Wszystko
wymykało się spod kontroli, z każdą kolejną sekundą coraz trudniejsze do
opanowania. Trwała w tym wszystkim sama, świadoma wyłącznie wypełniającej
pomieszczenie rozpaczy. Oraz gniewu. Ten drugi stopniowo narastał, jakby mało
było, że dusze już za pierwszym razem wyrwano z ciał w zdecydowanie
zbyt gwałtowny, nieakceptowalny przez nich sposób.
Teraz z kolei
była jedyną osobą, przeciwko której mogły się zwrócić. Mimowolnie pomyślała, że
pod względem pragnienia zemsty tak naprawdę niczym nie różnili się od wampirów.
Oni również kierowali się emocjami, a gdy zamiast upragnionego ukojenia,
otrzymali co najwyżej jeszcze więcej cierpienia…
– Niczego
wam nie zrobiłam!
Z
opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wykrzyczała te słowa. Zrobiła to bezwiednie,
niemalże w rozpaczy, chcąc doprowadzić wszystko do końca. Błagam… Błagam, dajcie mi odejść!,
jęknęła w duchu, wciąż kuląc się, kołysząc i czując jak ktoś, kto
cały czas spada – coraz niżej i niżej, powoli zapadając w pustkę. Nad
niczym już nie panowała, stopniowo poddając się gniewowi skupionych na niej
istot. Ich emocje ją pochłaniały, powoli wciągając w coś, przed czym nade
wszystko pragnęła uciec. Joce czuła, że to nie prowadziło do niczego dobrego,
ale nie była w stanie zrobić niczego, by się uwolnić.
Nie pozwoliliby
jej wyjść. Ich gniew był niczym pieczęć – skutecznie blokował drzwi i to
nawet przed Dallasem. Czwórka zagniewanych dusz musiała być silniejsza od jednej,
nawet takiej uzdolnionej. Prąd nie zrobiły na nich wrażenia, niezależnie od
natężenia, jakim by oberwali.
A teraz została
sama, choć z uporem odsuwała od siebie myśl, że Dallas mógłby nie wrócić. Z drugiej
strony, czuła się jakby od jego odejścia minęły całe wieki. Nasłuchiwała,
pragnąc usłyszeć po drugiej stronie znajomy głos – choćby tyle – ale kolejne
sekundy mijały, a w jej głowie rozbrzmiewały wyłącznie te zagniewane
szepty.
– Niczego…?
– powtórzyła drżącym głosem Lena. – A wrzucił cię ktoś kiedyś w martwe,
rozkładające się ciało?!
Jocelyne aż
skuliła się pod natężeniem bijących od duszy emocji. Otworzyła oczy, ale prawie
natychmiast tego pożałowała. Nie musiała się wysilać, by dostrzec cienie, które
otaczały całą grupkę. Ten otaczający Lenę okazał się najintensywniejszy –
równie wyraźny, co i w przypadku Dallasa, kiedy ostatnim razem
doprowadziła go do ostateczności. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle
możliwe, temperatura w pokoju nagle spadła o kilka kolejnych stopni.
Poczuła to wyraźnie, tak jak i wszechobecną śmierć. Te odczucia mieszały
się z gniewem, tworząc niebezpieczną mieszankę, która – co nagle sobie
uświadomiła – mogła okazać się wystarczająco intensywna, by ją skrzywdzić.
Gniew w przypadku
dusz nigdy nie zwiastował niczego dobrego. Zdążyła się o tym przekonać w chwili,
w której wypadła przez okno, a informacje, które w bibliotece
znalazła Claire, jedynie to potwierdzały. Była w niebezpieczeństwie, może
nawet większym, niż gdyby stanęła oko w oko z wygłodniałym wampirem. W przypadku
nieśmiertelnego przynajmniej wiedziałaby, czego się po nim spodziewać, ale z duchami
było inaczej. Lena i reszta pozostawali dla niej zagadką w każdym
calu.
Najgorsze w tym
wszystkim wydało się Joce to, że tak naprawdę powinna wiedzieć, co zrobić.
Słodka bogini, była nekromantką – wybranką śmierci, a przynajmniej tak ją
określano. Jaki to miało sens, skoro nie potrafiła się obronić i…?
Huk ją
ogłuszył. Usłyszała go wyraźnie pomimo tego, że wciąż przyciskała dłonie do
uszu, robiąc wszystko, byleby odciąć się od panującego dookoła zamieszania.
Zgrzyt, z jakim wysunęły się wszystkie szuflady w kostnicy, jak na
ironię brzmiał na zdolny obudzić umarłego. Jocelyne natychmiast uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc sprawdzać, co znajdowało się na
poszczególnych metalowych pólkach. Już samo spoglądanie na ciało Leny, było dla
niej czymś ponad siły. Gdyby miała zobaczyć więcej zwłok…
– Brzydzimy
cię? – zapytał ktoś. Szept rozbrzmiał zdecydowanie zbyt blisko, by mogła
powstrzymać dreszcze. – Nie chcesz popatrzeć?
– Proszę…
Nie dokończyła.
Przerwał jej pozbawiony wesołości śmiech.
– Teraz? –
zapytała z powątpiewaniem inna z dusz. Głos znów należał do chłopaka,
ale innego niż ten, który naskoczył na nią jako pierwszy. – My też chcieliśmy tylko
pomocy.
Potrząsnęła
głową. Więc mogę pomóc… Mogłabym, gdybym
wiedziała jak!, zaoponowała, ale również te słowa nie były w stanie
przejść jej przez usta. Czuła, że w ten sposób mogłaby co najwyżej pogorszyć
sytuację, a na to nie mogła sobie pozwolić. O ile wciąż mogło być gorzej…
Jak szybko
się okazało, mogło.
– Obudziłaś
się kiedyś w martwym ciele, na dodatek w takim miejscu? – usłyszała,
ale tym razem nawet nie potrafiła rozróżnić płci osoby, która się do niej
zwracała. Słyszała przede wszystkim słowa, na tyle niepokojące, by w niemalże
bolesny sposób wypaliły się w jej umyśle. Miała wrażenie, że dosłownie
widziała je w ciemnościach, jakby zostały zapisane tuż przed jej oczami,
przez co mimowolnie raz po raz je czytała, zmuszona do przyswojenia ich sensu –
W zamknięciu, w ciemnościach…
– Nie to
chciałam zrobić – wyszeptała drżącym głosem. Sama nie była pewna, jakim cudem
zdołała się odezwać. – Lena…
– Nie
zrzucaj wszystkiego na mnie!
Nie musiała
patrzeć, by wiedzieć, że cień otaczający dziewczynę przybrał na intensywności.
Nie chciała tego widzieć, zbytnio wytrącona z równowagi tym, co działo się
wokół niej – zwłaszcza w jej wnętrzu – ale nie była w stanie uciec.
Oczami wyobraźni i tak widziała dość – szuflady, martwe ciała, sine usta
i…
– Możemy
jej pokazać – zaproponować ktoś.
Poczuła, że
robi jej się słabo. Dopiero po chwili w pełni uprzytomniła sobie, co
oznaczały te słowa, na dodatek w chwili, w której doszły ją zgodne
pomruki aprobaty. Zrozumienie pojawiło się nagle, choć poczuła się przy tym co
najmniej tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Myśl, która nagle pojawiła się w jej głowie, przyćmiła wszystkie inne, na
domiar złego tak przerażająca i abstrakcyjna, że wydawało się to wręcz
niemożliwe.
Nie chciała
nawet brać pod uwagę, że mogliby chcieć zamknąć ją w jednej szuflad,
zupełnie jakby…
Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc – spazmatycznie, w drżący sposób. Więcej łez
napłynęło jej do oczu, by po chwili spłynąć po policzkach. Jednak zmusiła się
do otwarcia oczu i znalazła w sobie dość siły, by się podnieść. Nogi
wciąż miała jak z waty, jakby w każdej chwili mogły odmówić jej
posłuszeństwa, ale robiła wszystko zignorować to uczucie. Miała wrażenie, że
tylko chwila wystarczyła, by wylądowała na posadzce, na dodatek pozbawiona
przytomności, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Chociaż obraz raz po raz
rozmazywał jej się przed oczami, robiła wszystko, byleby uczepić się resztek
świadomości. Gdyby straciła czujność, to byłby koniec.
To były
duchy. Przenikali przez wszystko wokół, zazwyczaj nie mając szans na to, by ingerować
w świat żywych. Chciała pocieszać się myślą, że tak naprawdę nie byli w stanie
jej dotknąć, a co dopiero gdziekolwiek zamknąć, ale przecież wiedziała, że
oszukiwała samą siebie. Już udowodnili, do czego byli zdolni w przypływie
gniewu. Zamknięte drzwi za jej plecami mówiły same za siebie, a skoro wciąż
mogli posunąć się dalej…
– Dallas! –
wykrzyczała, w jednej chwili tracąc nad sobą panowanie. Dotychczasowy względy
spokój, który zachowywała, ustąpił miejsca panice. – Dallas, pomocy! Dallas…!!!
Z tym, że
odpowiedziała jej cisza. Minęło dość czasu, by zwątpiła w to, czy chłopak w ogóle
miał pojawić się na czas. Nie było go tyle czasu, by zorientowała się, że
najpewniej nie miał pojęcia, co robić. Może miotał się po całej placówce,
szukając odpowiedzi, a może popędził po Rosę – to nie miało znaczenia.
Jocelyne nie miała złudzeń co do tego, czy nawet dwie dusze byłyby w stanie
uporać się z gniewem czterech. Gdyby ich złość nie była zwrócona przeciwko
niej, mieliby szansę ją ochronić – w końcu robili to przez większość
czasu, nakazując innym trzymać się na dystans – ale teraz…
Nie było
ani Dallasa, ani Rosy. Została z tym sama.
Gwałtowne
szarpniecie na moment wytrąciło ją z równowagi. Zachwiała się, z niedowierzaniem
spoglądając na ducha, który nagle znalazł się tuż przed nią, bezceremonialnie
chwytając ją za ramię. Dotykał jej, na dodatek bez większego wysiłku i z siłą,
która wystarczyła, by jednak ruszyć ją z miejsca. Zatoczyła się, po chwili
lądując na posadzce, ale nie miała nawet czasu, by w pełni uświadomić
sobie, że poobijała sobie kolana. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, że powinna
się podnieść i spróbować rzucić do ucieczki, kolejny zdecydowany ruch
poderwał ją do pionu. Kolejne uderzenie okazało się o wiele silniejsze,
ale to uprzytomniła sobie dopiero w chwili, w której boleśnie
wylądowała na ścianie.
W tamtej
chwili to ona poczuła się jak szmaciana, miotana na wszystkie strony laleczka. Gdyby
tylko zechcieli, mogliby rozerwać ją na kawałeczki, a przynajmniej takie
miała wrażenie. W panice spróbowała skupić się na mocy, by spróbować się
osłonić, ale telepatyczna energia wciąż jej umykała. Nie była w stanie jej
skumulować, choć raz już to zrobiła – i to w gwałtowny, opłakany w skutkach
sposób. Teraz nie była w stanie nawet zebrać myśli, a co dopiero skoncentrować
na tyle, by uderzyć raz jeszcze. Potrzebowała tylko tego – szansy, by ich
rozproszyć w nadziei, że dzięki temu wpływ osłabnie, a drzwi się
otworzą – ale nie miała na to szansy. Nie zmęczona, przerażona i wystawiona
na działanie czterech wściekłych duchów.
Wciąż o tym
myślała, kiedy znów się zatoczyła. Tym razem na coś wpadła, co uprzytomnił jej
moment, w którym z siła uderzyła o coś plecami. Na moment
zabrakło jej tchu, zaraz też spróbowała się wyprostować. Dłonie zacisnęła na
krawędzi czegoś, co – jak nagle zrozumiała – było krawędzią jednej z wysuniętych
szuflad.
A potem
palcami natrafiła na lodowate, zalegające już tam ciało i to wystarczyło,
by ostatecznie wytrącić ją z równowagi.
Podejrzewała,
że wrzask, który w tamtej chwili wyrwał się z jej gardła, mógł konkurować
z zabójczymi krzykami Shannon. Krzyczała tak długo, aż zabrakło jej tchu,
ale to nie zrobiło najmniejszego wrażenia na otaczających ją duchach. Wyczuła
zaledwie ruch, kiedy jeden z nich przemieścił się, w następnej
sekundzie dosłownie na nią rzucając. Jęknęła i zamilkła, zaskoczona
lekkością, z jaką dusza powaliła ją na plecy. Pod plecami wyczuła gładką
zimną powierzchnię i to wystarczyło, by serce podjechało jej aż do gardła.
Rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w bladą, wypraną z jakichkolwiek
emocji twarz pochylonego nad nią chłopaka. Jego oczy wydawały się przenikać ja wskroś,
z kolei jedynym, co była w stanie dostrzec w jego spojrzeniu,
okazał się gniew. Wyglądał na zawziętego, zupełnie jakby jedynym
przyświecającym mu celem stało się to, by zadać jej ból… Albo doprowadzić do
sytuacji, w której sama również by umarła, skoro nie potrafiła mu pomóc.
– Nie
przywitasz się? – szepnął, ale dopiero po chwili zrozumiała, co miał na myśli.
Niewiele
brakowało, żeby znów krzyknęła, gdy uprzytomniła sobie, że właściwie leżała tuż
obok ciała – materialnej powłoki naciskającego na nią chłopaka. Widziała jego
martwą twarz zaledwie z profilu, ale nie miała wątpliwości, że to był on.
Teraz z kolei wydawał się robić wszystko, byleby wciągnąć ją za sobą do
miejsca, w którym spoczywał.
Znów
pociemniało jej przed oczami. Nie miała szansy walczyć z kimś, kto tak
naprawdę był martwy, a przy tym napędzany tymi najmroczniejszymi,
skrajnymi emocjami, które dodawały mu energii. Wciąż na nią napierał, na tyle mocno,
że wyczuła, że szuflada, na której oboje leżeli, nieznacznie się przesunęła. Nie…, jęknęła w duchu, wciąż nie
dopuszczając do siebie myśli, że miałaby się zamknąć. Przez chwilę miała ochotę
się poddać i jednak zapaść w pustkę, ale nie była w stanie tak
po prostu zemdleć. Nie chciała widzieć tego, co się działo, ale wciąż miała w sobie
zbyt wiele determinacji, by tak po prostu odpuścić.
Dallas…
Tym razem
nawet nie wypowiedziała jego imienia na głos. I tak nie byłoby odpowiedzi.
Szuflada
znów się poruszyła, choć nie miała pewności, czy to za sprawą ciężaru jej
ciała, czy wpływu pozostałych dusz. Chłopak wciąż przyciskał ją do metalowej
powierzchni, zaciskając lodowate palce na jej nadgarstkach. Jego twarz
znajdowała się tak blisko, jakby chciał ją pocałował, choć w tamtej chwili
zdecydowanie nie chodziło o romantyczne gesty. Leżał na niej cały ciałem, materialny
i odległy zarazem, choć nie sądziła, że to możliwe. Wszystko to, co
czyniło go choćby złudnie żywym, sprowadzało się do skrajnych emocji i energii,
którą w którymś momencie zaczął z niej wysysać. Nie miała pojęcia,
czy robił to specjalnie, czy może ten odruch okazał się mimowolny, skoro
znalazł się tak blisko, ale to nie było ważne.
W którymś
momencie zapanowała głucha, przenikliwa cisza. Słyszała wyłącznie swój
przyśpieszony oddech i serce, które trzepotało się w jej klatce piersiowej
tak gwałtownie, że tylko cudem nie wyrwało się na zewnątrz. Ledwo była w stanie
złapać oddech, nie tylko przez to, że duch wciąż naciskał na jej klatkę
piersiową. Wpatrywała się w niego błagalnie, czekając aż coś drgnie w jego
oczach – na jakikolwiek ludzki odruch, zrozumienie albo wahanie, ale mimo
upływu czasu nic podobnego nie miało miejsca. On już zdecydował, zresztą jak i pozostali.
Wyrok zapadł i nie było od niego odwołania.
Nie była w stanie
tego zaakceptować.
Była bliska
omdlenia, kiedy jednak coś uległo zmianie.
Zalegający
na niej chłopak drgnął niespokojnie. To był zaledwie ułamek sekundy, ale ten
jeden gest wystarczył, by zwrócić jej uwagę. Uścisk na jej nadgarstkach na
moment się poluźnił, choć tylko po to, by prawie natychmiast przybrać na sile.
Jej przeciwnik w końcu oderwał od niej wzrok, w pośpiechu unosząc
głowę.
Właśnie
wtedy drzwi kostnicy otworzyły się z trzaskiem, na tyle gwałtownie, by jedno
ze skrzydeł wypadło z zawiasów.
W
pomieszczeniu jak na zawołanie zapanowało poruszenie. Jocelyne była gotowa
przysiąc, że ciemność zgęstniała, ale nie dlatego, że gniew dusz jakkolwiek się
zwiększył. Przeciwnie – poczuła ich dezorientację, a finalnie czyste
przerażenie, które skutecznie przysłoniło dotychczas napędzający je gniew.
Cokolwiek pojawiło się w kostnicy, musiało być gorsze od czterech
pałających żądza zemsty duchów.
– Wystarczy
– oznajmił ktoś zdecydowanym tonem. Nie rozpoznała tego głosu, choć bez
wątpienia należał do mężczyzny. – Puśćcie dziewczynkę. Teraz.
Nikt nie zaprotestował.
Uścisk na jej nadgarstkach zniknął całkowicie, a chwilę później
przytrzymujący ją chłopak dosłownie rozpłynął się w powietrzu, kiedy w popłochu
rzucił się do ucieczki. Wszyscy się wycofali – bez słowa, cienia odwagi na to,
by próbować się kłócić. Kimkolwiek była ta istota, jedno jej słowo wystarczyło,
by przekonać umarłych do odejścia. Coś zmieniło się w atmosferze panującej
w prosektorium, kiedy dusze – jedna po drugiej – umknęły z pomieszczenia.
Zostały tylko martwe ciała i głucha cisza, która momentalnie zapanowała w umyśle
Jocelyne.
Leżała tam,
drżąca i przerażona. Tuż obok niej nadal znajdowały się zwłoki tamtego
chłopaka, ale nie miała odwagi, by choćby o tym pomyśleć, a co
dopiero spojrzeć w ich kierunku. Z uporem wpatrywała się przed
siebie, dokładnie w miejsce, w którym chwilę wcześniej znajdowała się
twarz przytrzymującego ją ducha. Dłonie bezwiednie zaciskała w pięści, na
tyle mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę. Czuła wilgoć na palcach,
ale nie potrafiła stwierdzić czy to pot, czy może sącząca się z drobnych
ranek krew.
Chociaż
serce tłukło jej się w piersi z siłą, która przyprawiała o zawroty
głosy, wyraźnie usłyszała zmierzające ku niej, odbijające się echem od ścian
pomieszczenia kroki. Miała wrażenie, że doszedł ją również cichy szelest, ten
zresztą wydał jej się dziwnie znajomy, ale w oszołomieniu nie potrafiła go
zidentyfikować.
Nie była w stanie
zaprotestować nawet w chwili, w której czyjeś ramiona owinęły się
wokół niej, a przybysz z lekkością wziął ją na ręce. Zrozumienie pojawiło
się dopiero w chwili, w której otoczyły ją czarne skrzydła, mogące należeć
tylko i wyłącznie do demona. Przybysz po prostu ją trzymał, raz po raz
muskając piórami jej policzek, czym skutecznie przyprawił już i tak
roztrzęsioną Joce o kolejne dreszcze.
Najdziwniejsze
okazało się to, że się uśmiechał. Łagodnie, bardzo ciepło i w sposób,
którego nie uświadczyłaby u Rafaela. Co prawda widywała męża Eleny sporadycznie,
ale zdążyła przekonać się, jaki był zdystansowany i… nieludzki. To drugie wciąż
opisywało pochylonego nad nią nieśmiertelnego, ale coś w jego twarzy i błysku,
który pojawił się w parze lśniących, intensywnie niebieskich oczu, dało Joce
do zrozumienia, że mężczyzna nie miał złych zamiarów – przynajmniej względem
niej. A może po prostu chciała w to wierzyć, nawet jeśli go nie
znała.
Demon z uwagą
zmierzył ją wzrokiem. Miała wrażenie, że sprawdzał, czy nic jej nie było, choć
troska z jego strony wydała się jej ostatnim, czego mogłaby się spodziewać
po kimś takim jak on.
– Chyba za
dużo wrażeń jak na jeden dzień… Co, dziecinko? – rzucił jakby od niechcenia.
A potem bez
pośpiechu ruszył ku wyjściu, wciąż trzymając oszołomioną Jocelyne w ramionach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz