5 stycznia 2019

Dwieście jeden

Elena
Rafael gniewnie zacisnął usta. Milczał, ale znała go na tyle dobrze, by zorientować się, że był zdenerwowany. W milczeniu spoglądał na wyraźnie wytrąconą z równowagi, w pośpiechu wyrzucającą z siebie kolejne słowa Bellę.
– Próbowałam do niej dzwonić, ale nie odbiera. Nie wiem, co… – Wampirzyca urwała i energicznie potrząsnęła głową. – Byłyśmy razem. Joce nie miała powodów, żeby wychodzić. No i szukałam wszędzie, więc…
– Najwyraźniej nie wszędzie, skoro twierdzisz, że zgubiłaś dziecko – zauważył mimochodem demon.
Elena rzuciła mu poirytowane spojrzenie. Bella już i tak wyglądała na przerażoną, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Sama również z przyzwyczajenia spoglądała na kuzynkę właśnie jak na dziecko, choć wiedziała, że to niekoniecznie dobry pomysł. Joce była starsza niż się wydawało, choć ludzka cząstka robiła swoje. Prawdziwy problem wiązał się z tym, co mogła oznaczać jej nieobecność.
– To… nie tak – powiedziała w końcu kobieta. Jej oczy rozszerzyły się, kiedy spojrzała na demona. – Myślałam, że może przyszła tutaj albo… O mój Boże, Nessie jeszcze nic nie wie. Nie dzwoniłam nawet do Edwarda, ale może powinnam. Jeśli coś jej się stało…
– Na pewno nie – zapewniła pośpiesznie Esme. Przesunęła się, by pośpiesznie wziąć synowa w ramiona. – Cokolwiek się stało, znajdziemy ją. Joce nie jest głupia, prawda?
– Najważniejsze pytanie, to dokąd mogła pójść – stwierdził w zamyśleniu Carlisle. – Niczego ci nie powiedziała? Przecież… – Zawahał się na dłuższą chwilę. – Chyba że poszła szukać Gabriela.
Bella jęknęła.
– Do niego też dzwoniłam. Żadne z nich nie odbiera.
Po jej słowach zapanowała wymowna cisza. Elena z trudem powstrzymała jęk, skutecznie wytrącona z równowagi znajomym już napięciem. W tamtej chwili miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, najlepiej gdzieś, gdzie byłaby w stanie odetchnąć. Wymowna cisza i sposób, w jaki wszyscy na siebie spoglądali, wszystko komplikowały, nie pierwszy raz zresztą.
Mama Renesmee w pośpiechu oswobodziła się z uścisku Esme. Zaczęła nerwowo krążyć, wyraźnie nie będąc w stanie ustać w miejscu.
– Alice obiecała zająć się Charliem i Sue. Nie miałam głowy, by wymyślać wymówkę – odezwała się ponownie. – Rozejrzałam się po okolicy, ale nie byłam w stanie nawet jej wyczuć. Przyjazd tutaj był pierwszym, co przyszło mi do głowy, bo myślałam, że może ją tutaj znajdę. Jeśli coś jej się stało…
– Przyjechałaś – powtórzył Rafael, jakby od niechcenia spoglądając w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. – Sama. Powiedzmy, że ma to sens, skoro jesteś mentalną tarczą, ale wychodzi na to, że zostawiłaś swoją przyjaciółkę… Cóż, samą. – Wzruszył ramionami. – Dobrze się zapowiada.
– Rafa… – wycedziła przez zaciśnięte zęby Elena. Chciała dodać coś jeszcze, ale nie dał jej po temu okazji.
– Tak tylko przypominam. Naprawdę nie interesuje mnie, czy przypadkiem coś im się nie stanie, skoro nie chcą słuchać – stwierdził z rezerwą – ale dla ciebie to ważne. Aktualnie mam wrażenie, że nikt nie wziął tego, co wam wyjaśniłem, na poważnie.
Coś w jego słowach skutecznie zamknęło Elenie usta. Najgorsze w tym wszystkim było, że miał rację. Wiedziała o tym, ale przecież doskonale rozumiała Bellę, która w obecnej sytuacji jak nic nie przejmowała się swoim bezpieczeństwem. To była jedna z tych rzeczy, których Rafael najwyraźniej nie potrafił zrozumieć, w gruncie rzecz nadal skupiony na ochronie tylko jednej osoby. Dla kogoś, kto był przyzwyczajony ryzykować, nie wspominając o pozycji i zdolnościach, którymi dysponował, zachowanie zaniepokojonej wampirzycy musiało jawić się jako lekkomyślność.
– Ty mi lepiej powiedz, co robimy – warknęła, próbując skupić się na tym, co najważniejsze. Przyznawanie mu racji akurat w tym momencie było ostatnim, na co miała ochotę.
I tak wiem, że się ze mną zgadzasz, rozbrzmiało w jej głowie. Tych kilka słów wystarczyło, by wytrącić ją z równowagi.
Gniewnie zmrużyła oczy. Podejrzewała, że gdyby spróbowała rzucić mu się do gardła, niczego by nie rozwiązała, ale może przynajmniej poczułaby chociażby cień satysfakcji. Z drugiej strony…
– Teraz mam interweniować, tak? – zapytał na głos, nie dając jej okazji na dojście do słowa. Westchnął przeciągle, a Elena przez moment była pewna, że jednak odmówi. – Mogę poszukać albo kogoś wysłać. Jesteśmy wrażliwi na wybrankę śmierci.
– Mówiłam, że nie mogłam jej wyczuć. – Bella rzuciła mu niespokojne spojrzenie. – Ona…
– Owszem. To telepatka, więc wierzę, że się ukryła – przerwał jej bez chwili wahania demon. – Ale nie będzie w stanie ukryć się przede mną i Mirą. Z naszej perspektywy lśni i to aż nazbyt wyraźnie.
Elena poczuła, że w między czasie wymownie spojrzał na nią. Mimowolnie pomyślała o wizycie w Przedsionku, gdzie nie tylko była w stanie ukryć skrzydeł, ale również jej krew jarzyła się blaskiem tak wyrazistym, że tylko ślepy by go nie zauważył. Demony widziały więcej, co w praktyce okazywało się równie przydatne, co i przerażające.
– Chcesz wysłać Mirę? – zaniepokoiła się Esme.
– Jest po naszej stronie, tak? Nie skrzywdzi dziecka – zniecierpliwił się Rafael. – Do prawdy, jak mogę zrozumieć, że moja siostra nie jest tu mile widziana, tak przypominam, że dalej może być nam potrzebna. Zwłaszcza że przy takim podejściu do moich słów, pozostaje mi osobiście doglądać Eleny. Przy was zginie i to pewnie nie z ręki Łowcy – stwierdził, wznosząc oczy ku górze.
Drgnęła, kolejny raz mając ochotę mu przyłożyć. Wiedziała, co miał na myśli, a spojrzenie, które posłał jej ojciec, jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu.
– To twój ptak zrzucił mnie z krzesła! – obruszyła się.
– Najwyraźniej czymś sobie zasłużyłaś – odpowiedział ze spokojem – poza tym…
Nagle urwał, bezceremonialnie prostując się niczym struna. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem coś doprowadziło go do tego, by się zawahał. Kiedy na dodatek jego oczy zabłysły, a demon bezceremonialnie chwycił ją za rękę, bez pytania ciągnąć ku drzwiom, utwierdziła się w przekonaniu, że coś było nie tak.
– Rafa? Ej! – zaoponowała, w pierwszym odruchu omal nie pytając się o własne nogi.
Poczuła się co najmniej tak, jakby potraktował ją jak dziecko – i to na dodatek takie, które należało poprowadzić za rączkę, by przypadkiem nie zrobiło sobie krzywdy. Uprzytomniła sobie, że najwyraźniej tak z jego perspektywy wyglądało „doglądanie jej”; zamierzał ciągać ją wszędzie za sobą, zupełnie jakby podejrzewał, że zginie marnie, gdy tylko na moment zostanie sama.
Och, na litość bogini, jeśli teraz zamierzasz chodzić za mną do łazienki…
Nie dokończyła tej myśli, nie tylko dlatego, że wydała jej się w równym stopniu abstrakcyjna, co i prawdopodobna. O wiele istotniejsze okazało się to, co nagle zrozumiała, gdy zmysły podsunęły jej, że w pobliżu domu znajdował się ktoś jeszcze. Nie rozpoznawała ani zapachu, ani aury, którą jakimś cudem wyczuła. Mimo wszystko wrażenie, że obok pojawiła się kolejna nadnaturalna istota, okazało się silne i na swój sposób znajome – dokładnie jak podczas ataku Jane, kiedy po prostu wiedziała, że w grę wchodził ktoś jeszcze, a nie sama uzdolniona wampirzyca.
Tym razem musiało chodzić o demona. W pierwszym odruchu pomyślała o Mirze, która nie pierwszy raz wchodziłaby do domu jak do siebie, ale na siostrę Rafael zdecydowanie nie zareagowałby w aż tak żywiołowy sposób. To musiał być ktoś inny, ale…
Przestała o tym myśleć, kiedy wraz z Rafą znaleźli się przed domem. Zorientowała się, że reszta jej bliskich ruszyła za nimi, ale nie próbowała oglądać, by sprawdzić, czy jej podejrzenia były słuszne. W zamian – wciąż pełna obaw i wątpliwości – spojrzała na podjazd, wymownie unosząc brwi na widok postaci, która bez pośpiechu zmierzała w stronę domu.
Pierwszym, co zwróciło uwagę Eleny, były skrzydła – złożone na plecach, ale w znajomym kolorze kruczej czerni. Mogła wyobrazić sobie, jakie pióra były w dotyku, zwłaszcza że nie ta dawno temu podobne przesuwały się po jej nagim ciele, potęgując wrażenie kojącego chłodu. Z uwagą zmierzyła wzrokiem przybysza, momentalnie zwracając uwagę na parę lśniących, intensywnie niebieskich oczu – takich jak niebo, choć ten kolor nadal nie pasował jej do kogoś, kto z założenia odcięty był od emocji. Tym bardziej z równowagi wytrącił ją szelmowski, zadziwiająco ciepły uśmiech, który zagościł na ustach zmierzającego w ich stronę demona.
Podobieństwo między gościem a Rafą było uderzające. Nie chodziło tylko o ludzkie kształty, ale również coś w rysach twarzy, postawie i ruchach. Nawet gdyby nie wiedziała, że demony określały wszystkich pobratymców braćmi i siostrami, zorientowałaby się, że tych dwóch było spokrewnionych. Ten, którego nie znała, mógłby spokojnie uchodzić za łagodniejszą, bardziej ludzką wersję jej męża.
Jakby tego było mało, w ramionach jak gdyby nigdy nic trzymał skuloną, bladą jak papier Jocelyne. Elena poczuła, że kamień spada jej z serca, choć miała wrażenie, że powinna choć trochę zaniepokoić się widokiem kuzynki w ramionach zdolnego rozerwać ją na kawałeczki demona. Z drugiej strony, może po prostu nie wierzyła, że ktoś, kto w choć niewielkim stopniu przypominał jej Rafę, byłby w stanie zrobić dziewczynie krzywdę.
– O Boże… Joce! – usłyszała gdzieś za plecami głos Belli.
Drgnęła, co najmniej zaskoczona. W końcu oderwała wzrok od demona, zaprzestając próby zrozumienia tego, co działo się wokół niej. Wciąż była zdezorientowana, ale to już nie było ważne. Równie nieistotne okazało się to, że wciąż nie miała pewności, co działo się wokół niej.
– Zgaduję, że to wasza zguba – oznajmił jak gdyby nigdy nic demon. Nawet jego głos zabrzmiał sympatycznie. – Nie tak chciałem się tutaj pojawić. W normalnym wypadku przyniósłbym kwiaty, ale śmiem twierdzić, że nie znalazłbym bukietu, który byłby odpowiedni dla tak urodziwej kobiety jak twoja Światłość, Rafa.
Elena uniosła brwi, przez moment sama niepewna, w jaki sposób zareagować. Zapragnęła się roześmiać, na dodatek w nieco histeryczny sposób, choć podejrzewała, że Rafael nie przyjąłby tego z entuzjazmem. Hej, on mi się podoba, pomyślała w oszołomieniu i – była tego pewna! – zauważyła, że w odpowiedzi na tę myśl wciąż ściskający jej dłoń serafin wzmógł uścisk, wzdrygając się przy tym co najmniej tak, jakby poraził go prąd. A to dopiero ciekawe…
– Razjelu.
To jedno imię, które padło z ust jej męża, w jakiś pokrętny sposób okazało się tłumaczyć wszystko. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej zaskoczona tym, że sama się nie zorientowała. Więc to był Razjel, wokół którego już od jakiegoś czasu było tyle zamieszania! Z drugiej strony, kto inny? Ciepły uśmiech, uderzające podobieństwo… Zdecydowanie wyglądał jak bardziej ludzka wersja Rafaela. Albo raczej jak ktoś, kto dużo wcześniej poznał ludzkie emocje, choć Elena nie przypuszczała, że efekt mógłby być aż tak porażający.
– Możesz przestać patrzeć na mnie w tak przerażony sposób, dziecinko. Już jesteśmy na ziemi – odezwał się ponownie Razjel, a do Eleny z opóźnieniem dotarło, że zwracał się do Jocelyne. Wciąż wydawała się zdecydowanie zbyt drobna i roztrzęsiona, kiedy zaś demon spróbował pomóc jej stanąć na nogi, zatoczyła się i dosłownie wpadła mu w ramiona. – Och… No i już – stwierdził, posyłając dziewczynie blady uśmiech.
Nie odpowiedziała. Po prostu zastygła w objęciach demona, wyglądając na kogoś rozdartego miedzy pragnieniem ucieczki z krzykiem, a potrzebą czyjejś pomocy przy tym, by utrzymać się na nogach. Ostatecznie po prostu przestała się ruszać, choć przy tym odsunęła się na tyle, by zwiększyć dystans między sobą a wciąż obejmującym ją Razjelem.
– T-ty… – Głos wyraźnie jej zadrżał, kiedy przyjrzała się demonowi. – Ty pomogłeś…
– Zabrałem cię do domu – potwierdził ze spokojem.
Skinęła głową. Wciąż wyglądała na oszołomioną, ale wyraźnie rozluźniła się, gdy w końcu zaczęło do niej docierać, że jej towarzysz nie miał złych zamiarów. Co prawda wciąż wyglądała na bliską omdlenia, ale przynajmniej trochę się rozluźniła.
– Dziękuję.
A potem nogi ostatecznie odmówiły jej posłuszeństwa. Razjelowi nie pozostało nic innego, jak tylko pośpiesznie ją pochwycić, znów biorąc wytrąconą z równowagi dziewczynę na ręce. Elena była gotowa przysiąc, że był przy tym mniej bezpośredni niż Rafael, a tym bardziej że po drodze nie przyszło mu, by zrzucić swoją małą podopieczną z kilkunastu metrów.
Kątem oka spojrzała na Rafę. Uważnie obserwował brata, po prostu milcząc i nie okazując żadnych emocji. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego, zwłaszcza tego, co demon tak naprawdę myślał o obecności innego nieśmiertelnego.
– Może… wejdźcie do środka.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, słysząc głos ojca. Carlisle brzmiał na co najmniej zaskoczonego i niepewnego, ale to nie wydało się Elenie dziwne. Zaproszenie do domu demona, na dodatek kolejnego i całkiem obcego, wydawało się co najmniej nienaturalne. Dziewczyna miała wrażenie, że wampir zdecydował się na to przede wszystkim przez wgląd na Jocelyne.
Znów spojrzała na Rafaela, przez moment obawiając się, że ten zaprotestuje i znów zacznie mówić coś o bezmyślności, ale nic podobnego nie miało miejsca. To utwierdziło Elenę w przekonaniu, że naprawdę musieli mieć do czynienia z Razjelem, a nie na przykład kimś, kto mógłby się pod niego podszywać. Po wszystkim, co usłyszała na temat Łowcy, była gotowa spodziewać się niemalże wszystkiego.
– Tak… – Rafa zmrużył oczy. – Nie wyszło tak, jak sobie planowałem.
– Zależy, co sobie planowałeś – stwierdził Razjel, rzucając bratu wymowne spojrzenie. – Nie śpieszyło ci się z udzieleniem mi odpowiedzi. Gdyby nie pewne… komplikacje – podjął, zerkając na Jocelyne – pewnie jeszcze długo byśmy się mijali.
– To nie jest takie proste – mruknął bez przekonania Rafael.
O dziwo Razjel nawet się nie zawahał.
– Naturalnie. Masz konflikt z ojcem – oznajmił bez ogródek. – Wszyscy wokół szepcą, że jego najwierniejszy upadł, bo piękna Światłość owinęła go sobie wokół palca. Początkowo nie uwierzyłem, zwłaszcza że chodziło o ciebie, ale to nie brzmiało jak coś, co można wymyślić, więc…
– Możemy zostawić to na inną okazję? – jęknął Rafa.
Do jego głosu wkradła się pełna napięcia nuta. W zasadzie powiedzieć, że po prostu się zmieszał, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Bardziej wytrąconego z równowagi Elena widywała go jedynie w momentach, w których Esme sugerowała, że mogłaby być mu za cokolwiek wdzięczna. Po słowach Razjela jednak prócz konsternacji, zdołała wyczuć również irytację, chociaż nie była pewna, co to oznaczało. Z drugiej strony, to wciąż był Rafael – zdecydowanie zbyt dumny, zwłaszcza gdy chodziło o pozycję. To, że akurat jeden z jego braci w tak bezpośredni sposób mógłby określić jego sytuację, zdecydowanie nie było mu na rękę.
– Jak sobie życzysz. I… Och, wciąż z nami jesteś, dziecinko? – zapytał nieoczekiwanie Razjel, przenosząc wzrok na wciąż kulącą się w jego ramionach Joce. Elena zauważyła, że dziewczyna jednak zdołała otworzyć oczy. – Tym razem cię zaniosę. A swoją drogą…
Była gotowa przysiąc, że wszyscy zesztywnieli, kiedy demon bezceremonialnie się nad nią nachylił, przez moment wyglądając jak ktoś, kto zamierzał wygryźć się w gardło swojej ofiary. Nie zrobił tego, w zamian jak gdyby nigdy nic szpecąc coś dziewczynie do ucha – na tyle cicho, by nikt inny nie miał szansy dosłyszeć. Joce aż uniosła się w jego ramionach, spoglądając na demona rozszerzonymi oczyma. Nie wyglądała na przerażoną, ale przede wszystkim zaskoczoną i wdzięczną, zupełnie jakby to, co usłyszała, miało dla niej ogromne znaczenie.
– Och… – wyrwało jej się.
Razjel uśmiechnął się, po czym mrugnął do niej porozumiewawczo. Elena obserwowała go w milczeniu, coraz bardziej oszołomiona i zafascynowana zarazem. Słodka bogini, więc da się!, pomyślała w oszołomieniu, sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Ten demon był najuprzejmiejszym i zarazem najbardziej czarującym, jakiego poznała – wliczając w to również Andreasa. Gdyby nie para czarnych skrzydeł, zdecydowanie nie utożsamiłaby go z istota mroku, a to o czymś świadczyło.
– Nie wierzę, że jesteście spokrewnieni – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Natychmiast poczuła na sobie spojrzenia obecnych, ale sama wciąż wpatrywała się w Razjela. W chwili, w której demon wybuchł przyjemnym dla ucha, ciepłym śmiechem, wyraźnie poczuła, że Rafael dosłownie miażdży jej palce w nieco nerwowym geście.
– Nikt nie wierzy. Założę się, że Miriam i Rafael już cię poinformowali, że… hm, trzymam się na uboczu. – Oczy demona zabłysły figlarnie. – Ojciec się do mnie nie przyznaje. I ze wzajemnością.
– Na pewno jesteś przyjemniejszy od Mimi – oznajmiła, nie mogąc się powstrzymać. Musiała mu to wytknąć.
Brwi Razjela powędrowały ku górze.
– Najmocniej przepraszam. Zapowiedzenie się za pośrednictwem Mimi wydało mi lepsze, niż gdybym miał nastraszyć cię osobiście – wyjaśnił, przystając w progu. Wciąż trzymał w ramionach Jocelyne. – Ale porozmawiajmy w środku, dobrze? Twoja kuzynka już i tak prawie nam tu odleciała.
Skąd on wie, że to moja kuzynka?
Potrząsnęła głową. Nie chciała się nad tym zastanawiać, zwłaszcza że zdążyła przywyknąć do nietypowego zachowania demonów. Rafael też wiedział o wiele więcej, niż mogłaby sobie tego życzyć, więc być może było to u nich rodzinne. Nie żeby podejrzewała, że którykolwiek zdradziłby jej coś konkretnego, gdyby zaczęła zadawać pytania.
Wciąż czuła napięcie, kiedy w końcu znaleźli się w salonie. Miała wrażenie, że jej bliscy mimowolnie rozluźnili się, kiedy przybysz z lekkością posadził wciąż bladą jak papier Jocelyne na kanapie, w końcu się od niej odsuwając. W następnej sekundzie wyprostował się, by jak gdyby nigdy nic zwrócić do stojącej w progu, wciąż milczącej Esme. Wampirzyca drgnęła, kiedy wyciągnął ku niej rękę, ale – o dziwo – bez protestów podała mu dłoń.
– Zacząłem nie tak jak trzeba – stwierdził, nie odrywając wzroku od wampirzycy. – I mam tu również na myśli najście bez zapowiedzi, ale w obecnej sytuacji… – Wymownie zerknął na Joce. – Tak czy inaczej, powinienem zacząć od pani tego domu. Mam na imię Razjel.
Kobieta zesztywniała, wyraźnie wytrącona z równowagi. Nie odsunęła się, po prostu wpatrując w stojącego przed nią demona i wyraźnie mając problem z tym, żeby zebrać myśli. Musiał to zauważyć, bo jedynie uśmiechnął się blado i wycofał, bynajmniej nie zmieszany. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony tym, że mógłby być źle widziany w domu pełnych wampirów. Patrząc na to, jakie emocje zwykle wzbudzały demony, Elena aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, w czym musiał leżeć problem.
– Więc… Razjelu. – To Carlisle jako pierwszy zdecydował się przerwać przedłużającą się ciszę. Chwilę jeszcze czujnie spoglądał to na demona, to znów na Esme, jakby chcąc upewnić się, że nagle nie wydarzy się nic złego. – Przyprowadziłeś Joce. My…
– Cóż, wyglądała, jakby bardzo chciała znaleźć się w domu – stwierdził lakonicznie sam zainteresowany, wzruszając ramionami.
– Tak… – Wampir wciąż wyglądał na zdezorientowanego, zwłaszcza że demon tak po prostu zdecydował się wejść mu w słowo. – Tak, dziękujemy ci za to. Ostatnio… sporo się dzieje.
Tym razem oczy Razjela pociemniały. Nagle spiął się, w końcu przestając uśmiechać.
– Tego również jestem świadom. A skoro ja dowiedziałem się tego i owego, to jedynie potwierdza, że sprawa jest poważna – oznajmił spiętym tonem. – Już wcześniej chciałem zobaczyć się z Rafaelem i poznać Elenę. Jak wspomniałem, niekoniecznie myślałem o takich okolicznościach, ale cóż… Moja obecność chyba nie będzie problemem, prawda?
Doktor wyglądał na chętnego, żeby mu odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. W zamian niespokojnie powiódł wzrokiem dookoła, spoglądając na wszystkich obecnych z osobna. Elena usłyszała kroki od strony schodów i zorientowała się, że zamieszanie musiało przyciągnąć więcej osób, ale nie zwróciła na to uwagi, bardziej przejęta tym, że ojciec ostatecznie skupił się na Rafaelu.
– To twój brat – zauważył, ostrożnie dobierając słowa. Jego głos mimo wszystko zabrzmiał niepewnie. – Twierdziłeś, że mamy być ostrożni, więc…
– Mam decydować? – Rafael uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób. – W takim razie porozmawiajmy, skoro to najwyraźniej nie problem. Może to nawet nie taki zły pomysł… Ale na dobry początek mam dobre pytanie – oznajmił, ale nawet nie czekał na reakcję brata. – Od jak dawna obserwujesz mnie i moją żonę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa