
Elena
Rafael gniewnie zacisnął usta.
Milczał, ale znała go na tyle dobrze, by zorientować się, że był zdenerwowany. W milczeniu
spoglądał na wyraźnie wytrąconą z równowagi, w pośpiechu wyrzucającą z siebie
kolejne słowa Bellę.
–
Próbowałam do niej dzwonić, ale nie odbiera. Nie wiem, co… – Wampirzyca urwała i energicznie
potrząsnęła głową. – Byłyśmy razem. Joce nie miała powodów, żeby wychodzić. No i szukałam
wszędzie, więc…
–
Najwyraźniej nie wszędzie, skoro twierdzisz, że zgubiłaś dziecko – zauważył
mimochodem demon.
Elena
rzuciła mu poirytowane spojrzenie. Bella już i tak wyglądała na
przerażoną, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Sama również z przyzwyczajenia
spoglądała na kuzynkę właśnie jak na dziecko, choć wiedziała, że to
niekoniecznie dobry pomysł. Joce była starsza niż się wydawało, choć ludzka
cząstka robiła swoje. Prawdziwy problem wiązał się z tym, co mogła
oznaczać jej nieobecność.
– To… nie
tak – powiedziała w końcu kobieta. Jej oczy rozszerzyły się, kiedy
spojrzała na demona. – Myślałam, że może przyszła tutaj albo… O mój Boże,
Nessie jeszcze nic nie wie. Nie dzwoniłam nawet do Edwarda, ale może powinnam.
Jeśli coś jej się stało…
– Na pewno
nie – zapewniła pośpiesznie Esme. Przesunęła się, by pośpiesznie wziąć synowa w ramiona.
– Cokolwiek się stało, znajdziemy ją. Joce nie jest głupia, prawda?
–
Najważniejsze pytanie, to dokąd mogła pójść – stwierdził w zamyśleniu
Carlisle. – Niczego ci nie powiedziała? Przecież… – Zawahał się na dłuższą
chwilę. – Chyba że poszła szukać Gabriela.
Bella jęknęła.
– Do niego
też dzwoniłam. Żadne z nich nie odbiera.
Po jej
słowach zapanowała wymowna cisza. Elena z trudem powstrzymała jęk,
skutecznie wytrącona z równowagi znajomym już napięciem. W tamtej
chwili miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, najlepiej gdzieś,
gdzie byłaby w stanie odetchnąć. Wymowna cisza i sposób, w jaki
wszyscy na siebie spoglądali, wszystko komplikowały, nie pierwszy raz zresztą.
Mama
Renesmee w pośpiechu oswobodziła się z uścisku Esme. Zaczęła nerwowo
krążyć, wyraźnie nie będąc w stanie ustać w miejscu.
– Alice
obiecała zająć się Charliem i Sue. Nie miałam głowy, by wymyślać wymówkę –
odezwała się ponownie. – Rozejrzałam się po okolicy, ale nie byłam w stanie
nawet jej wyczuć. Przyjazd tutaj był pierwszym, co przyszło mi do głowy, bo
myślałam, że może ją tutaj znajdę. Jeśli coś jej się stało…
–
Przyjechałaś – powtórzył Rafael, jakby od niechcenia spoglądając w bliżej
nieokreślony punkt przestrzeni. – Sama. Powiedzmy, że ma to sens, skoro jesteś
mentalną tarczą, ale wychodzi na to, że zostawiłaś swoją przyjaciółkę… Cóż,
samą. – Wzruszył ramionami. – Dobrze się zapowiada.
– Rafa… –
wycedziła przez zaciśnięte zęby Elena. Chciała dodać coś jeszcze, ale nie dał
jej po temu okazji.
– Tak tylko
przypominam. Naprawdę nie interesuje mnie, czy przypadkiem coś im się nie
stanie, skoro nie chcą słuchać – stwierdził z rezerwą – ale dla ciebie to
ważne. Aktualnie mam wrażenie, że nikt nie wziął tego, co wam wyjaśniłem, na
poważnie.
Coś w jego
słowach skutecznie zamknęło Elenie usta. Najgorsze w tym wszystkim było,
że miał rację. Wiedziała o tym, ale przecież doskonale rozumiała Bellę,
która w obecnej sytuacji jak nic nie przejmowała się swoim
bezpieczeństwem. To była jedna z tych rzeczy, których Rafael najwyraźniej
nie potrafił zrozumieć, w gruncie rzecz nadal skupiony na ochronie tylko
jednej osoby. Dla kogoś, kto był przyzwyczajony ryzykować, nie wspominając o pozycji
i zdolnościach, którymi dysponował, zachowanie zaniepokojonej wampirzycy
musiało jawić się jako lekkomyślność.
– Ty mi
lepiej powiedz, co robimy – warknęła, próbując skupić się na tym, co
najważniejsze. Przyznawanie mu racji akurat w tym momencie było ostatnim,
na co miała ochotę.
I tak wiem, że się ze mną zgadzasz,
rozbrzmiało w jej głowie. Tych kilka słów wystarczyło, by wytrącić ją z równowagi.
Gniewnie
zmrużyła oczy. Podejrzewała, że gdyby spróbowała rzucić mu się do gardła,
niczego by nie rozwiązała, ale może przynajmniej poczułaby chociażby cień
satysfakcji. Z drugiej strony…
– Teraz mam
interweniować, tak? – zapytał na głos, nie dając jej okazji na dojście do
słowa. Westchnął przeciągle, a Elena przez moment była pewna, że jednak
odmówi. – Mogę poszukać albo kogoś wysłać. Jesteśmy wrażliwi na wybrankę
śmierci.
– Mówiłam,
że nie mogłam jej wyczuć. – Bella rzuciła mu niespokojne spojrzenie. – Ona…
– Owszem.
To telepatka, więc wierzę, że się ukryła – przerwał jej bez chwili wahania
demon. – Ale nie będzie w stanie ukryć się przede mną i Mirą. Z naszej
perspektywy lśni i to aż nazbyt wyraźnie.
Elena
poczuła, że w między czasie wymownie spojrzał na nią. Mimowolnie pomyślała
o wizycie w Przedsionku, gdzie nie tylko była w stanie ukryć
skrzydeł, ale również jej krew jarzyła się blaskiem tak wyrazistym, że tylko
ślepy by go nie zauważył. Demony widziały więcej, co w praktyce okazywało
się równie przydatne, co i przerażające.
– Chcesz
wysłać Mirę? – zaniepokoiła się Esme.
– Jest po
naszej stronie, tak? Nie skrzywdzi dziecka – zniecierpliwił się Rafael. – Do
prawdy, jak mogę zrozumieć, że moja siostra nie jest tu mile widziana, tak
przypominam, że dalej może być nam potrzebna. Zwłaszcza że przy takim podejściu
do moich słów, pozostaje mi osobiście doglądać Eleny. Przy was zginie i to
pewnie nie z ręki Łowcy – stwierdził, wznosząc oczy ku górze.
Drgnęła,
kolejny raz mając ochotę mu przyłożyć. Wiedziała, co miał na myśli, a spojrzenie,
które posłał jej ojciec, jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu.
– To twój
ptak zrzucił mnie z krzesła! – obruszyła się.
– Najwyraźniej
czymś sobie zasłużyłaś – odpowiedział ze spokojem – poza tym…
Nagle urwał,
bezceremonialnie prostując się niczym struna. Nie przypominała sobie, kiedy
ostatnim razem coś doprowadziło go do tego, by się zawahał. Kiedy na dodatek
jego oczy zabłysły, a demon bezceremonialnie chwycił ją za rękę, bez
pytania ciągnąć ku drzwiom, utwierdziła się w przekonaniu, że coś było nie
tak.
– Rafa? Ej!
– zaoponowała, w pierwszym odruchu omal nie pytając się o własne
nogi.
Poczuła się
co najmniej tak, jakby potraktował ją jak dziecko – i to na dodatek takie,
które należało poprowadzić za rączkę, by przypadkiem nie zrobiło sobie krzywdy.
Uprzytomniła sobie, że najwyraźniej tak z jego perspektywy wyglądało
„doglądanie jej”; zamierzał ciągać ją wszędzie za sobą, zupełnie jakby
podejrzewał, że zginie marnie, gdy tylko na moment zostanie sama.
Och, na litość bogini, jeśli teraz
zamierzasz chodzić za mną do łazienki…
Nie
dokończyła tej myśli, nie tylko dlatego, że wydała jej się w równym
stopniu abstrakcyjna, co i prawdopodobna. O wiele istotniejsze
okazało się to, co nagle zrozumiała, gdy zmysły podsunęły jej, że w pobliżu
domu znajdował się ktoś jeszcze. Nie rozpoznawała ani zapachu, ani aury, którą
jakimś cudem wyczuła. Mimo wszystko wrażenie, że obok pojawiła się kolejna
nadnaturalna istota, okazało się silne i na swój sposób znajome –
dokładnie jak podczas ataku Jane, kiedy po prostu wiedziała, że w grę
wchodził ktoś jeszcze, a nie sama uzdolniona wampirzyca.
Tym razem
musiało chodzić o demona. W pierwszym odruchu pomyślała o Mirze,
która nie pierwszy raz wchodziłaby do domu jak do siebie, ale na siostrę Rafael
zdecydowanie nie zareagowałby w aż tak żywiołowy sposób. To musiał być
ktoś inny, ale…
Przestała o tym
myśleć, kiedy wraz z Rafą znaleźli się przed domem. Zorientowała się, że
reszta jej bliskich ruszyła za nimi, ale nie próbowała oglądać, by sprawdzić,
czy jej podejrzenia były słuszne. W zamian – wciąż pełna obaw i wątpliwości
– spojrzała na podjazd, wymownie unosząc brwi na widok postaci, która bez
pośpiechu zmierzała w stronę domu.
Pierwszym,
co zwróciło uwagę Eleny, były skrzydła – złożone na plecach, ale w znajomym
kolorze kruczej czerni. Mogła wyobrazić sobie, jakie pióra były w dotyku,
zwłaszcza że nie ta dawno temu podobne przesuwały się po jej nagim ciele,
potęgując wrażenie kojącego chłodu. Z uwagą zmierzyła wzrokiem przybysza,
momentalnie zwracając uwagę na parę lśniących, intensywnie niebieskich oczu –
takich jak niebo, choć ten kolor nadal nie pasował jej do kogoś, kto z założenia
odcięty był od emocji. Tym bardziej z równowagi wytrącił ją szelmowski,
zadziwiająco ciepły uśmiech, który zagościł na ustach zmierzającego w ich
stronę demona.
Podobieństwo
między gościem a Rafą było uderzające. Nie chodziło tylko o ludzkie
kształty, ale również coś w rysach twarzy, postawie i ruchach. Nawet
gdyby nie wiedziała, że demony określały wszystkich pobratymców braćmi i siostrami,
zorientowałaby się, że tych dwóch było spokrewnionych. Ten, którego nie znała,
mógłby spokojnie uchodzić za łagodniejszą, bardziej ludzką wersję jej męża.
Jakby tego
było mało, w ramionach jak gdyby nigdy nic trzymał skuloną, bladą jak
papier Jocelyne. Elena poczuła, że kamień spada jej z serca, choć miała
wrażenie, że powinna choć trochę zaniepokoić się widokiem kuzynki w ramionach
zdolnego rozerwać ją na kawałeczki demona. Z drugiej strony, może po
prostu nie wierzyła, że ktoś, kto w choć niewielkim stopniu przypominał
jej Rafę, byłby w stanie zrobić dziewczynie krzywdę.
– O Boże…
Joce! – usłyszała gdzieś za plecami głos Belli.
Drgnęła, co
najmniej zaskoczona. W końcu oderwała wzrok od demona, zaprzestając próby
zrozumienia tego, co działo się wokół niej. Wciąż była zdezorientowana, ale to
już nie było ważne. Równie nieistotne okazało się to, że wciąż nie miała
pewności, co działo się wokół niej.
– Zgaduję,
że to wasza zguba – oznajmił jak gdyby nigdy nic demon. Nawet jego głos
zabrzmiał sympatycznie. – Nie tak chciałem się tutaj pojawić. W normalnym
wypadku przyniósłbym kwiaty, ale śmiem twierdzić, że nie znalazłbym bukietu,
który byłby odpowiedni dla tak urodziwej kobiety jak twoja Światłość, Rafa.
Elena
uniosła brwi, przez moment sama niepewna, w jaki sposób zareagować.
Zapragnęła się roześmiać, na dodatek w nieco histeryczny sposób, choć
podejrzewała, że Rafael nie przyjąłby tego z entuzjazmem. Hej, on mi się podoba, pomyślała w oszołomieniu
i – była tego pewna! – zauważyła, że w odpowiedzi na tę myśl wciąż
ściskający jej dłoń serafin wzmógł uścisk, wzdrygając się przy tym co najmniej
tak, jakby poraził go prąd. A to dopiero ciekawe…
– Razjelu.
To jedno
imię, które padło z ust jej męża, w jakiś pokrętny sposób okazało się
tłumaczyć wszystko. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej
zaskoczona tym, że sama się nie zorientowała. Więc to był Razjel, wokół którego
już od jakiegoś czasu było tyle zamieszania! Z drugiej strony, kto inny? Ciepły
uśmiech, uderzające podobieństwo… Zdecydowanie wyglądał jak bardziej ludzka
wersja Rafaela. Albo raczej jak ktoś, kto dużo wcześniej poznał ludzkie emocje,
choć Elena nie przypuszczała, że efekt mógłby być aż tak porażający.
– Możesz
przestać patrzeć na mnie w tak przerażony sposób, dziecinko. Już jesteśmy
na ziemi – odezwał się ponownie Razjel, a do Eleny z opóźnieniem
dotarło, że zwracał się do Jocelyne. Wciąż wydawała się zdecydowanie zbyt
drobna i roztrzęsiona, kiedy zaś demon spróbował pomóc jej stanąć na nogi,
zatoczyła się i dosłownie wpadła mu w ramiona. – Och… No i już –
stwierdził, posyłając dziewczynie blady uśmiech.
Nie
odpowiedziała. Po prostu zastygła w objęciach demona, wyglądając na kogoś
rozdartego miedzy pragnieniem ucieczki z krzykiem, a potrzebą czyjejś
pomocy przy tym, by utrzymać się na nogach. Ostatecznie po prostu przestała się
ruszać, choć przy tym odsunęła się na tyle, by zwiększyć dystans między sobą a wciąż
obejmującym ją Razjelem.
– T-ty… –
Głos wyraźnie jej zadrżał, kiedy przyjrzała się demonowi. – Ty pomogłeś…
– Zabrałem
cię do domu – potwierdził ze spokojem.
Skinęła
głową. Wciąż wyglądała na oszołomioną, ale wyraźnie rozluźniła się, gdy w końcu
zaczęło do niej docierać, że jej towarzysz nie miał złych zamiarów. Co prawda
wciąż wyglądała na bliską omdlenia, ale przynajmniej trochę się rozluźniła.
– Dziękuję.
A potem
nogi ostatecznie odmówiły jej posłuszeństwa. Razjelowi nie pozostało nic
innego, jak tylko pośpiesznie ją pochwycić, znów biorąc wytrąconą z równowagi
dziewczynę na ręce. Elena była gotowa przysiąc, że był przy tym mniej
bezpośredni niż Rafael, a tym bardziej że po drodze nie przyszło mu, by
zrzucić swoją małą podopieczną z kilkunastu metrów.
Kątem oka
spojrzała na Rafę. Uważnie obserwował brata, po prostu milcząc i nie
okazując żadnych emocji. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego, zwłaszcza
tego, co demon tak naprawdę myślał o obecności innego nieśmiertelnego.
– Może…
wejdźcie do środka.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, słysząc głos ojca. Carlisle brzmiał na co najmniej
zaskoczonego i niepewnego, ale to nie wydało się Elenie dziwne.
Zaproszenie do domu demona, na dodatek kolejnego i całkiem obcego,
wydawało się co najmniej nienaturalne. Dziewczyna miała wrażenie, że wampir
zdecydował się na to przede wszystkim przez wgląd na Jocelyne.
Znów
spojrzała na Rafaela, przez moment obawiając się, że ten zaprotestuje i znów
zacznie mówić coś o bezmyślności, ale nic podobnego nie miało miejsca. To
utwierdziło Elenę w przekonaniu, że naprawdę musieli mieć do czynienia z Razjelem,
a nie na przykład kimś, kto mógłby się pod niego podszywać. Po wszystkim,
co usłyszała na temat Łowcy, była gotowa spodziewać się niemalże wszystkiego.
– Tak… –
Rafa zmrużył oczy. – Nie wyszło tak, jak sobie planowałem.
– Zależy,
co sobie planowałeś – stwierdził Razjel, rzucając bratu wymowne spojrzenie. –
Nie śpieszyło ci się z udzieleniem mi odpowiedzi. Gdyby nie pewne…
komplikacje – podjął, zerkając na Jocelyne – pewnie jeszcze długo byśmy się
mijali.
– To nie
jest takie proste – mruknął bez przekonania Rafael.
O dziwo Razjel
nawet się nie zawahał.
–
Naturalnie. Masz konflikt z ojcem – oznajmił bez ogródek. – Wszyscy wokół
szepcą, że jego najwierniejszy upadł, bo piękna Światłość owinęła go sobie
wokół palca. Początkowo nie uwierzyłem, zwłaszcza że chodziło o ciebie,
ale to nie brzmiało jak coś, co można wymyślić, więc…
– Możemy
zostawić to na inną okazję? – jęknął Rafa.
Do jego
głosu wkradła się pełna napięcia nuta. W zasadzie powiedzieć, że po prostu
się zmieszał, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Bardziej wytrąconego z równowagi
Elena widywała go jedynie w momentach, w których Esme sugerowała, że
mogłaby być mu za cokolwiek wdzięczna. Po słowach Razjela jednak prócz
konsternacji, zdołała wyczuć również irytację, chociaż nie była pewna, co to
oznaczało. Z drugiej strony, to wciąż był Rafael – zdecydowanie zbyt
dumny, zwłaszcza gdy chodziło o pozycję. To, że akurat jeden z jego
braci w tak bezpośredni sposób mógłby określić jego sytuację, zdecydowanie
nie było mu na rękę.
– Jak sobie
życzysz. I… Och, wciąż z nami jesteś, dziecinko? – zapytał nieoczekiwanie
Razjel, przenosząc wzrok na wciąż kulącą się w jego ramionach Joce. Elena zauważyła,
że dziewczyna jednak zdołała otworzyć oczy. – Tym razem cię zaniosę. A swoją
drogą…
Była gotowa
przysiąc, że wszyscy zesztywnieli, kiedy demon bezceremonialnie się nad nią
nachylił, przez moment wyglądając jak ktoś, kto zamierzał wygryźć się w gardło
swojej ofiary. Nie zrobił tego, w zamian jak gdyby nigdy nic szpecąc coś
dziewczynie do ucha – na tyle cicho, by nikt inny nie miał szansy dosłyszeć.
Joce aż uniosła się w jego ramionach, spoglądając na demona rozszerzonymi
oczyma. Nie wyglądała na przerażoną, ale przede wszystkim zaskoczoną i wdzięczną,
zupełnie jakby to, co usłyszała, miało dla niej ogromne znaczenie.
– Och… –
wyrwało jej się.
Razjel
uśmiechnął się, po czym mrugnął do niej porozumiewawczo. Elena obserwowała go w milczeniu,
coraz bardziej oszołomiona i zafascynowana zarazem. Słodka bogini, więc da się!, pomyślała w oszołomieniu, sama
niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Ten demon był
najuprzejmiejszym i zarazem najbardziej czarującym, jakiego poznała –
wliczając w to również Andreasa. Gdyby nie para czarnych skrzydeł,
zdecydowanie nie utożsamiłaby go z istota mroku, a to o czymś
świadczyło.
– Nie
wierzę, że jesteście spokrewnieni – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Natychmiast
poczuła na sobie spojrzenia obecnych, ale sama wciąż wpatrywała się w Razjela.
W chwili, w której demon wybuchł przyjemnym dla ucha, ciepłym
śmiechem, wyraźnie poczuła, że Rafael dosłownie miażdży jej palce w nieco
nerwowym geście.
– Nikt nie
wierzy. Założę się, że Miriam i Rafael już cię poinformowali, że… hm,
trzymam się na uboczu. – Oczy demona zabłysły figlarnie. – Ojciec się do mnie
nie przyznaje. I ze wzajemnością.
– Na pewno
jesteś przyjemniejszy od Mimi – oznajmiła, nie mogąc się powstrzymać. Musiała
mu to wytknąć.
Brwi
Razjela powędrowały ku górze.
– Najmocniej
przepraszam. Zapowiedzenie się za pośrednictwem Mimi wydało mi lepsze, niż
gdybym miał nastraszyć cię osobiście – wyjaśnił, przystając w progu. Wciąż
trzymał w ramionach Jocelyne. – Ale porozmawiajmy w środku, dobrze?
Twoja kuzynka już i tak prawie nam tu odleciała.
Skąd on wie, że to moja kuzynka?
Potrząsnęła
głową. Nie chciała się nad tym zastanawiać, zwłaszcza że zdążyła przywyknąć do
nietypowego zachowania demonów. Rafael też wiedział o wiele więcej, niż
mogłaby sobie tego życzyć, więc być może było to u nich rodzinne. Nie żeby
podejrzewała, że którykolwiek zdradziłby jej coś konkretnego, gdyby zaczęła
zadawać pytania.
Wciąż czuła
napięcie, kiedy w końcu znaleźli się w salonie. Miała wrażenie, że
jej bliscy mimowolnie rozluźnili się, kiedy przybysz z lekkością posadził
wciąż bladą jak papier Jocelyne na kanapie, w końcu się od niej odsuwając.
W następnej sekundzie wyprostował się, by jak gdyby nigdy nic zwrócić do
stojącej w progu, wciąż milczącej Esme. Wampirzyca drgnęła, kiedy
wyciągnął ku niej rękę, ale – o dziwo – bez protestów podała mu dłoń.
– Zacząłem
nie tak jak trzeba – stwierdził, nie odrywając wzroku od wampirzycy. – I mam
tu również na myśli najście bez zapowiedzi, ale w obecnej sytuacji… –
Wymownie zerknął na Joce. – Tak czy inaczej, powinienem zacząć od pani tego
domu. Mam na imię Razjel.
Kobieta
zesztywniała, wyraźnie wytrącona z równowagi. Nie odsunęła się, po prostu
wpatrując w stojącego przed nią demona i wyraźnie mając problem z tym,
żeby zebrać myśli. Musiał to zauważyć, bo jedynie uśmiechnął się blado i wycofał,
bynajmniej nie zmieszany. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony tym, że mógłby
być źle widziany w domu pełnych wampirów. Patrząc na to, jakie emocje
zwykle wzbudzały demony, Elena aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, w czym
musiał leżeć problem.
– Więc… Razjelu.
– To Carlisle jako pierwszy zdecydował się przerwać przedłużającą się ciszę.
Chwilę jeszcze czujnie spoglądał to na demona, to znów na Esme, jakby chcąc
upewnić się, że nagle nie wydarzy się nic złego. – Przyprowadziłeś Joce. My…
– Cóż,
wyglądała, jakby bardzo chciała znaleźć się w domu – stwierdził lakonicznie
sam zainteresowany, wzruszając ramionami.
– Tak… –
Wampir wciąż wyglądał na zdezorientowanego, zwłaszcza że demon tak po prostu
zdecydował się wejść mu w słowo. – Tak, dziękujemy ci za to. Ostatnio…
sporo się dzieje.
Tym razem
oczy Razjela pociemniały. Nagle spiął się, w końcu przestając uśmiechać.
– Tego
również jestem świadom. A skoro ja dowiedziałem się tego i owego, to
jedynie potwierdza, że sprawa jest poważna – oznajmił spiętym tonem. – Już
wcześniej chciałem zobaczyć się z Rafaelem i poznać Elenę. Jak wspomniałem,
niekoniecznie myślałem o takich okolicznościach, ale cóż… Moja obecność
chyba nie będzie problemem, prawda?
Doktor wyglądał
na chętnego, żeby mu odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
W zamian niespokojnie powiódł wzrokiem dookoła, spoglądając na wszystkich
obecnych z osobna. Elena usłyszała kroki od strony schodów i zorientowała
się, że zamieszanie musiało przyciągnąć więcej osób, ale nie zwróciła na to
uwagi, bardziej przejęta tym, że ojciec ostatecznie skupił się na Rafaelu.
– To twój
brat – zauważył, ostrożnie dobierając słowa. Jego głos mimo wszystko zabrzmiał
niepewnie. – Twierdziłeś, że mamy być ostrożni, więc…
– Mam decydować?
– Rafael uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób. – W takim razie
porozmawiajmy, skoro to najwyraźniej nie problem. Może to nawet nie taki zły
pomysł… Ale na dobry początek mam dobre pytanie – oznajmił, ale nawet nie
czekał na reakcję brata. – Od jak dawna obserwujesz mnie i moją żonę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz