7 stycznia 2019

Dwieście dwa

Elena
Zesztywniała, nagle zaniepokojona. W tonie Rafaela było coś, co dało jej do myślenia, zwłaszcza że po jego słowach również Razjel drgnął, na moment wyglądając na zbitego z pantałyku. Przez chwilę trwał w milczeniu, sprawiając wrażenie kogoś przyłapanego na gorącym uczynku.
A potem parsknął śmiechem – nieco wymuszonym, ale mimo wszystko brzmiącym na szczery.
– Jak zwykle zbyt ostrożny – stwierdził, nie odrywając wzroku od brata. Jego niebieskie oczy wydawały się lśnić. – To już chyba przyzwyczajenie. Czujność leży w naszej naturze.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – przypomniał chłodno Rafael.
Razjel westchnął przeciągle.
– Ależ jest – oznajmił w przekonaniem. – Wysłałem tutaj Mimi, więc jak najbardziej wiedziałem, gdzie szukać ciebie i Eleny. Dowiedziałem się tego i owego…
– Tak – wszedł mu ponownie w słowo demon. – Dlaczego? – nie dawał za wygraną.
Dopiero kiedy zaczął tak wypytywać, Elena poczuła się nieswojo. Nie zwróciła początkowo na to uwagi, ale Razjel faktycznie wyglądał na pewnego tego, co robił. To, że mógłby wiedzieć, gdzie zabrać Jocelyne, niejako zostało wyjaśnione, ale mimo wszystko brzmiało niepokojąco. Swoboda, z jaką demon zwracał się do wszystkich wokół, jedynie potęgowała to uczucie.
– Nasze rodzeństwo nie potrafi milczeć. Szepcą miedzy sobą – powiedział w końcu Razjel, ostrożnie dobierając słowa. – Nie jestem już wtajemniczany we wszystko, ale zawsze dowiem się tego, czego chcę. Byłem… ciekaw – przyznał, uśmiechając się blado. – I tak podejrzewałem, że od ciebie nie doczekam się natychmiastowej odpowiedzi. Uznajmy, że się przygotowywałem.
– Szpiegując?
– Jakbyś sam tego nie robił… – mruknął Razjel, wznosząc oczy ku górze.
Jakbyś sam tego nie robił, powtórzyła w myślach Elena, kątem oka spoglądając na wciąż ściskającego jej dłoń demona. Trzymał ją w zdecydowany, o wiele zbyt zaborczy sposób, zresztą jakoś nie wątpiła, że Rafa wciąż lustrował jej umysł – nie jako jedynej zresztą. To, że w odpowiedzi na rozbrzmiewające w jej głowie słowa drgnął, po czym spojrzał na nią z ukosa, jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu. Z trudem powstrzymując uśmiech, uprzejmie podsunęła mu wspomnienie momentu, w którym spotkała go po raz pierwszy. A także później, gdy wpadli na siebie podczas urodzin Jessici.
– To nie jest to samo – wycedził przez zaciśnięte zęby, ale nie brzmiał na tak przekonanego i pewnego jak chwilę wcześniej.
– Hm… I to nie tak, że potrzebujecie pomocy, prawda? – dodał jakby od niechcenia Razjel.
Coś w jego słowach kolejny raz poruszyło Rafaela. Obserwowała go z wahaniem, kiedy poluzował uścisk wokół jej dłoni, w końcu decydując się ją puścić. W zamian zrobił zdecydowany krok naprzód, by znaleźć się bliżej brata.
– Co wiesz? – zapytał wprost. – Nie wnikałem w szczegóły twojego konfliktu z ojcem, ale nie przypominam sobie, by wtedy też posunął się tak daleko… Wiesz o Łowcy, prawda?
– Wyczułem, zresztą jak my wszyscy. Wnioski były dość oczywiste. – Przez twarz Razjela przemknął cień. – Tak… Tak, nasz konflikt nie zaszedł tak daleko. W zasadzie nie musiał.
– Nie musiał? – powtórzył z powątpiewaniem Rafael.
– Moja lilan – oznajmił niemalże łagodnym tonem – od wieków jest martwa.
Coś w jego słowach sprawiło, że Elenie momentalnie zrobiło się zimno. Nie takiego wyznania spodziewała się, na dodatek chwilę po poznaniu tego demona i w obecności istot, które zasadniczo były mu obce. Jakby tego było mało, powiedział to w tak spokojny, beztroski sposób, jakby nic nie znaczyło. Czuła, że to wyłącznie pozory, ale i tak poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Jego lilan. Mogła się tego spodziewać, skoro w grę wchodziły ludzkie uczucia. Coś w końcu musiało je obudzić… Albo raczej ktoś, choć teraz to już nie miało znaczenia. Wiedziała jedynie, że w jednej chwili zapragnęła Razjela uściskać, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że to byłoby zbyt odważnym gestem. W zamian po prostu wpatrywała się w Rafaela, próbując ocenić, co takiego chodziło mu po głowie. Wciąż wydawał się spięty, poza tym w zdecydowanie zbyt przenikliwy sposób wpatrywał się w brata. Milczał, wyglądając jak ktoś, kto nadal wahał się nad tym, co powinien zrobić. Przynajmniej Elena podejrzewała, że jak zwykle był zbyt ostrożny, o braku pełni zrozumienia wobec rodzeństwa nie wspominając.
Sęk w tym, że im dłużej myślała o Razjelu, tym wyraźniej czuła, że żaden inny demon nie był w stanie zrozumieć Rafaela lepiej niż ktoś, kto przeszedł przez coś podobnego. Co prawda pamiętała, że w przypadku Razjela chodziło o coś więcej, aniżeli po prostu kwestię poznania ludzkich odczuć, ale to nie zmieniało najważniejszego – że miał szansę zrozumieć.
– W porządku – powiedział w końcu Rafa. – Jeśli to z twojej strony oferta pomocy, to przyjmuję ją. Ale na moich zasadach – dodał, czym kolejny raz doprowadził Razjela do śmiechu.
– Jakbym spodziewał się czegoś innego. – Demon wzniósł oczy ku górze. – To będzie ciekawe. Od dawna nie przyjmowałem cudzych poleceń, a już zwłaszcza twoich.
– Nie sądzę, by w obecnej sytuacji można było traktować moje słowa jako rozkazy… Raczej sugestie, by zachować porozumienie.
Tym razem sama też prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Sugestie! Miała wrażenie, że eufemizmy przychodziły Rafaelowi w równie nieudolny sposób, co i prawienie komplementów!
– Ehm… Ktoś może mi coś wyjaśnić? – padło od strony schodów. Wszyscy jak na zawołanie zwrócili się ku wejściu, by spojrzeć na stojąca tam, wyraźnie spiętą Rosalie. Stojący tuż za nią Emmett zacisnął dłonie na jej ramionach, ale trudno było stwierdzić, czy próbował ją w ten sposób chronić, czy może zawczasu powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego. – Dlaczego gościmy pod dachem kolejnego demona? – zapytała wprost.
Jej głos zabrzmiał względnie spokojnie, ale Elena i tak wyczuła pobrzmiewające w głowie siostry podenerwowanie. Rose przynajmniej próbowała zamaskować niechęć, ale przychodziło jej to z wyraźnym trudem, zupełnie jakby cała cierpliwość, którą dysponowała, wystarczyła tylko na pozostanie obojętną wobec Rafy.
– To Razjel – wyjaśnił uspokajającym tonem Carlisle, choć i on nie brzmiał na przekonanego. – Brat Rafaela. Przyprowadził Joce i… najwyraźniej przyszedł zaoferować pomoc? – dodał, ale jego słowa mimo wszystko zabrzmiały jak pytanie.
Demon jedynie się uśmiechnął, tym razem bez wahania zwracając ku Rosalie. Elena zauważyła, że oczy jej siostry rozszerzyły się nieznacznie, choć trudno było jej stwierdzić dlaczego – czy jedynie przez zaskoczenie, czy może gest, który zdecydowanie nie pasował do wysłannika Ciemności.
– Właśnie tak – oznajmił ze spokojem. – Jeśli będę mógł się na coś przydać, nie wahajcie się. Rafa na pewno będzie wiedział, gdzie mnie szukać.
– Och, oczywiście. Znajdę ciebie i Mirę, jeśli to będzie konieczne.
Tym razem Razjel wywrócił oczami.
– Nie, to absolutnie nie zabrzmiało jak groźba, bracie – stwierdził, bynajmniej nie sprawiając wrażenia przejętego. – Wierz mi, że pamiętam, co oznacza wchodzenie ci w drogę – dodał, raptownie poważniejąc.
– Tym lepiej dla ciebie. – Rafael wzruszył ramionami. – Coś jeszcze?
Jego ton jednoznacznie sugerował, że uważał temat za wyczerpany – przynajmniej na razie. Brakowało tylko, by w zdecydowanie bardziej bezpośredni sposób wskazał Razjelowi kierunek, w który ten powinien się udać, by trafić do wyjścia. To nie jest zbyt miłe, pomyślała, ale w gruncie rzeczy właśnie tego mogła spodziewać się po mężu. Przewrażliwienie w jego przypadku również nie było niczym nowym, szczególnie w obecnej sytuacji. Chciała wierzyć, że wiedział, co robił, zwłaszcza że na pewno lepiej od niej znał swoje rodzeństwo, ale mimo wszystko…
– Nie sądzę – powiedział w zamyśleniu Razjel. – W takim razie odezwę się, jeśli coś zauważę. Albo kogoś.
– Skoro jesteśmy przy temacie, uważaj na Huntera. Chcę wiedzieć, jeśli pojawi się w okolicy – oznajmił, tym samym dając swojemu rozmówcy do myślenia.
– Ach, Hunter…
– Zajmę się nim osobiście – oznajmił tonem, który jednoznacznie sugerował, że nie miał na myśli sympatycznej wymiany zdań.
– Kiedyś musiało do tego dojść – stwierdził bez cienia zaskoczenia Razjel. Zaraz po tym bez pośpiechu ruszył ku wyjściu. – Nie będę wam przeszkadzał, chociaż liczę, że jednak spotkamy się w bardziej sprzyjających okolicznościach… O ile Światłość będzie tego chciała.
– Mam na imię Elena – poprawiła go machinalnie.
Spojrzał na nią z błyskiem w oczach.
– Więc miło cię poznać, Eleno – oznajmił, kiwając jej głową. Przynajmniej on jeden bez zbędnych upominań darował sobie jakże irytującą ją gadkę o Świetle. – A swoją drogą, Rafaelu, nie patrz na mnie w ten sposób. To nie jest coś, co by do ciebie pasowało – rzucił na odchodne.
Rafa drgnął, co najmniej zaskoczony. Tych kilka słów wystarczyło, by wzbudzić wątpliwości również w Elenie, tym bardziej że sama nie była pewna, w jaki sposób je zinterpretować.
– Co właściwie…? – zaczęła, ale Razjel nawet nie czekał aż dokończy pytanie.
– Zazdrość, moja droga – wyjaśnił uprzejmie, bez choćby cienia zawahania. Znów się uśmiechnął, najwyraźniej zamierzając udawać, że nie dostrzega, że Rafael spojrzał na niego tak, jakby jednak miał zamiar go rozszarpać. – Wyczuwam ją na kilometr. To nawet zabawne.
– Ja wcale nie…
– Och, Rafa, to akurat zrozumiałe – stwierdził pogodnym tonem Razjel. – Ale dalej uważam, że do ciebie nie pasuje. To raczej mnie bliżej do tematu, o ile wiesz, co mam na myśli.
Elena nie miała pojęcia, o co tym razem mu chodziło, ale uznała to za najmniej istotne. Najbardziej w tym wszystkim i tak interesowało ją to, co wynikało z głównej części słów Razjela. A to ci dopiero…, pomyślała, spod uniesionych brwi spoglądając na Rafaela. Nie żeby to był pierwszy raz, zwłaszcza że aż za dobrze pamiętała reakcję demona na strój cheerleaderki, w którym raz do niego poszła. Już wtedy jednoznacznie zasugerował, że nie podobało mu się to, że mogłaby wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie, choć naturalnie ujął to w zupełnie inny sposób. Nie żeby i tego się po nim nie spodziewała, ale…
Przez chwilę panowała wymowna cisza. Razjel wykorzystał okazję, by się ewakuować, w progu prześlizgując się tuż obok wciąż zdezorientowanej Rosalie. Wampirzyca przez moment spoglądała na niego nieufnie, ale więcej nawet słowem nie skomentowała obecności demona. To dało Elenie do myślenia, zwłaszcza że wciąż znała siostrę na tyle dobrze, by zorientować się, kiedy ktoś robił na niej wrażenie. Tym razem ujął ją ten mężczyzna, choć Rose zdecydowanie nie byłaby w stanie się do tego przyznać.
– Hm… – Nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu, ponowie przeniosła wzrok na Rafaela. – Więc to był Razjel – rzuciła jakby od niechcenia.
– Na to wygląda – odpowiedział wymijająco sam zainteresowany. Nie dodał niczego więcej, w zamian wodząc spojrzeniem dookoła. – Cóż, przynajmniej jeden problem się rozwiązał. Jeśli nie macie żadnych innych, to chyba możemy się rozejść. Idziesz ze mną, Eleno? – dodał, choć aż za dobrze wiedziała, że tak naprawdę wcale nie pytał. Zbyt wyraźnie dał jej do zrozumienia, co sądził o tym, że mogłaby zostać sama.
– Nie mam wyboru. Jeszcze zbytnio zapędzisz się z tą zazdrością i dopiero będzie…
Gdyby wzrok zabijał, jak nic miałby ją na sumieniu. Zacisnął usta, wciąż podenerwowany, zarazem sprawiając wrażenie kogoś, kto nagle został zapędzony w ślepy zaułek. Jej słowa wytrąciły go z równowagi, zwłaszcza gdy znów poruszyła temat, który wyraźnie nie był mu na rękę.
– Nie jestem… – zaczął, ale urwał, gdy podchwycił jej spojrzenie. – To zresztą nie jest istotne, prawda?
Uśmiechnęła się blado.
– Dla mnie jest. Albo raczej bardzo… interesujące – dodała, ostrożnie dobierając słowa. – Chociaż myślałam, że zdążyłeś zrozumieć pewne rzeczy. To znaczy…
Lilan, na wrota piekielne, gdybym cię rozumiał, życie byłoby o wiele prostsze.
Prychnęła, nie pierwszy raz mając wątpliwości co do tego, czy powinna się śmiać, czy może płakać. W tym właśnie leżał największy problem – Rafie umykało to, co z jej perspektywy było oczywiste. Dla odmiany przy większości jego wypowiedzi nie potrafiła pojąć, jakie tak naprawdę były jego intencje – a konkretnie kiedy ją komplementował, a kiedy próbował obrażać.
Powstrzymała się od wywróceniem oczami, kiedy demon tak po prostu zwrócił się do niej plecami. Z powątpiewaniem spojrzała na złożoną na jego plecach parę skrzydeł, w ostatniej chwili decydując się ugryźć w język. Miała ochotę skomentować jego zachowanie – a przynajmniej wprost zasugerować, że właśnie próbował się na nią obrazić – ale doszła do wniosku, że to mogło zaczekać, zwłaszcza że nie byli sami.
– Tak czy siak, odpowiadając na pytanie o mojego brata – oznajmił Rafael, jak gdyby nigdy nic zwracając się do Carlisle’a – to uznajmy, że na tę chwilę mu ufam. W granicach rozsądku. Zróbcie z tym, co uważacie za słuszne.
– Carlisle? – rzuciła spiętym tonem Rosalie. Po jej tonie trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślała.
Wampir nie odpowiedział od razu. Elena rzadko widywała ojca aż tak spiętego, ale to nie wydało jej się dziwne. Zwłaszcza po rozmowie, którą dopiero co odbyli, mogła się tylko domyślać, w jaki sposób wyglądała konieczność porozumienia się z kimś, kogo dotychczas uważało się za bezwzględnego mordercę. Podejrzewała, że sama reagowałaby ponownie, gdyby w pierwszej chwili poznała te istoty właśnie od tej strony – jako bezdusznych zabójców, przez których ziemia dosłownie spływała z krwią.
No i sam Razjel był inny, co mogło szokować. Sama czuła się skołowana, bezskutecznie próbując zrozumieć, czego tak naprawdę doświadczyła chwilę wcześniej. Demona w takiej formie zdecydowanie nie spotykało się na co dzień, a skoro tak…
– Przyprowadził Joce – zauważył Carlisle. Przesunął się na tyle, by móc przykucnąć przy wciąż siedzącej w milczeniu na kanapie, bladej jak papier wnuczce. Dopiero wtedy Elena zauważyła, że dziewczyna ukryła twarz w dłoniach, zupełnie jakby chciała odciąć się od tego, co działo się wokół niej. – Na tę chwilę to mi wystarczy, więc skoro twierdzisz, że możemy mu zaufać, niech i tak będzie.
– Zaufać w granicach rozsądku – powtórzył z rezerwą Rafael, ale tym razem nikt nie zwrócił na jego słowa większej uwagi.
– Joce… Jocelyne, kochanie. – Carlisle wyciągnął rękę, by móc dotknąć policzka dziewczyny. Drgnęła, po czym chcąc nie chcąc na niego spojrzała, pozwalając, by ujął ją pod brodę. – Wszystko dobrze? Nic ci się nie stało?
Otworzyła usta, ale nie odpowiedziała. Z uporem milczała od chwili, w której Razjel zostawił ją na kanapie, całą energie wydając się wkładać się w to, by nie zacząć drżeć. Dopiero kiedy uniosła głowę, Elena dostrzegła łzy w jej oczach. Dopiero wtedy dotarło do niej, że wyczuwała dziwny, nieco metaliczny posmak – coś jak przerażenie, chociaż nie miała pewności, czy to faktycznie w ten sposób objawiał się strach. Rozróżnianie emocji w ten sposób wciąż było dla niej czymś nowym.
– Gdzie ty byłaś? – odezwała się spiętym tonem Bella. Ona również wyglądała na co najmniej przerażoną, choć nie w takim stopniu jak jej wnuczka. – Odchodziłyśmy z Alice od zmysłów. Ja…
– Przepraszam – jęknęła Joce, ale nie dodała niczego więcej. W zamian jedynie potrząsnęła głową; jasne włosy przysłoniły jej twarz, kiedy w milczeniu spuściła wzrok.
Coś w wyrazie twarzy Belli złagodniało, chociaż wciąż wyglądała na poruszoną. Po prostu bezradnie obserwowała drżącą dziewczynę, jakby niepewna, co z nią zrobić.
– Ale to nie zasługa… tego Razjela, nie? – wtrącił Emmett, jako pierwszy przerywając ciszę.
– Nie sądzę – zapewnił pośpiesznie Carlisle. Usiadł obok Joce, ostrożnie biorąc roztrzęsioną dziewczynę w ramiona. – Już w porządku. Później porozmawiamy, jeśli teraz nie czujesz się na siłach – zaproponował, choć po jego tonie dało się wyczuć, że był zmartwiony.
– Powinnyśmy wracać do domu – stwierdziła Bella. – Edward już do mnie wydzwania. No i Nessie pewnie zacznie się martwić, więc…
– Mogę zostać tutaj? – zapytała cicho Joce. Gdyby nie to, że znajdowała się w pokoju pełnym nieśmiertelnych istot, nikt bez wyostrzonych zmysłów nie miałby szansy jej zrozumieć. – Na razie nie chcę się nigdzie ruszać. Ja…
– To nie będzie problem. – Esme spojrzała na dziewczynę w co najmniej czuły sposób. – Zrobię jej coś ciepłego do picia. Wygląda na przemarzniętą – stwierdziła, wycofując się.
Być może coś w tym było, zwłaszcza że wciąż drżała. W tamtej chwili Elena nie potrafiła stwierdzić, czy to po prostu strach, czy faktycznie temperatura, zwłaszcza że chłód mógł zostać spotęgowany przez dotyk wampira.
– Tak faktycznie będzie lepiej… Jutro ją odwiozę, jeśli wszystko będzie w porządku. – Carlisle przeniósł wzrok na Bellę. – Najważniejsze, że nic się nie stało. Nessie nie powinna mieć nic przeciwko, by Joce została tutaj na noc.
– Więc wrócę do domu… Tak sądzę – powiedziała po chwili zastanowienia Bella. – Wolę wiedzieć, co tam się dzieje. Chociaż Joce… – Urwała, po czym z westchnieniem odpuściła, podchwyciwszy przerażone spojrzenie wnuczki. Nawet jeśli miała jakieś pytania, zachowała je dla siebie. – Najważniejsze, że nic się nie stało – powtórzyła słowa Carlisle’a, jakby chcąc przekonać samą siebie, że to prawda.
– Skoro wychodzisz, Emmett chętnie ci potowarzyszy. Ja zresztą też – oznajmiła spiętym tonem Rosalie. – Słychać was było w całym domu. Skoro mamy nie ruszać się w pojedynkę… – mruknęła, wymownie spoglądając na Rafaela.
Och, bo to wcale nie tak, że ufacie mu bardziej niż przyznajecie?, pomyślała z przekąsem Elena. Nawet jeśli demon wychwycił te słowa, nie dał niczego po sobie poznać. Z trudem powstrzymała się przed wywróceniem oczami, wręcz porażona uporem wszystkich wokół. W grę jednak wchodziło swego rodzaju porozumienie, choć zdecydowanie nie takie, jak mogłaby tego oczekiwać.
Słodka bogini, więc jednak miała przy nich zwariować. Prędzej czy później.
– Chodź, kochanie, wezmę cię na górę – zaproponował Carlisle, ponownie zwracając się do Joce. Pośpiesznie objął dziewczynę, kiedy ta zachwiała się przy próbie podniesienia na równe nogi. – Powoli… Na pewno chcesz iść sama?
– Nic mi nie jest – mruknęła, choć nie zabrzmiała przy tym szczególnie przekonująco.
Carlisle również nie wyglądał na uspokojonego taką odpowiedzią, ale nie skomentował tego nawet słowem. W zamian bardziej stanowczo przygarnął do siebie Joce, by pomóc jej utrzymać pion. Pozwoliła mu na to, na dodatek z wyraźną ulgą, tuląc się do swojego opiekuna w sposób jednoznacznie sugerujący, że wciąż była przerażona. Przynajmniej na taką wyglądała, sprawiając wrażenie kogoś, kto na każdym kroku szukał poczucia bezpieczeństwa – choćby tylko w szczątkowej formie. Nie odezwała się nawet słowem, wyraźnie nie paląc się do tego, by udzielić komukolwiek odpowiedzi na to, co tak naprawdę się stało i w jakich okolicznościach napatoczyła się na Razjela.
Elena w milczeniu odprowadziła ojca wzrokiem. Dopiero kiedy wyszedł, zresztą tak jak i wszyscy inni, z wolna zwróciła się ku Rafaela.
– Jesteś zły? – zapytała wprost i to wystarczyło, żeby skutecznie zwróciła na siebie jego uwagę.
– Skąd taki pomysł? – rzucił z zaciekawieniem, w końcu zwracając się w jej stronę.
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem – przyznała z wahaniem. – Ale na mnie nie patrzysz, więc się zastanawiam. Jeśli chodzi o to, co powiedziałam o zazdrości…
Nie miała okazji, żeby dokończyć. Zanim zdążyła choćby się zastanowić czy mrugnąć, Rafael błyskawicznie się przemieścił, nagle materializując tuż przed nią. Jego dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach, na tyle gwałtownie, że aż pomyślała, że gdyby tylko zechciał, mógłby pogruchotać jej kości.
Nie zrobił tego, w zamian po prostu biorąc ją w ramiona. Wolną ręką ujął ją pod brodę, przymuszając do spojrzenia sobie w oczy. Błękitne tęczówki wydawały się lśnić w dziwny, wręcz niezdrowy sposób, który na moment wytrącił ją z równowagi.
– Och, Eleno… – westchnął, nachylając się tak blisko, że przy mówieniu niemalże muskał wargami jej usta. Coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię, skojarzyło jej się bardziej z warknięciem niż konkretnymi słowami. – Przecież i tak jesteś tylko moja, czyż nie? Zupełnie jakbym miał powody, by komukolwiek to tłumaczyć.
A potem jednak ją pocałował, na dodatek w wystarczająco zdecydowany, zaborczy sposób, by jakiekolwiek wątpliwości zniknęły, ostatecznie tracąc na znaczeniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa