
Elena
Zesztywniała, nagle zaniepokojona.
W tonie Rafaela było coś, co dało jej do myślenia, zwłaszcza że po jego
słowach również Razjel drgnął, na moment wyglądając na zbitego z pantałyku.
Przez chwilę trwał w milczeniu, sprawiając wrażenie kogoś przyłapanego na
gorącym uczynku.
A potem
parsknął śmiechem – nieco wymuszonym, ale mimo wszystko brzmiącym na szczery.
– Jak zwykle
zbyt ostrożny – stwierdził, nie odrywając wzroku od brata. Jego niebieskie oczy
wydawały się lśnić. – To już chyba przyzwyczajenie. Czujność leży w naszej
naturze.
– To nie jest
odpowiedź na moje pytanie – przypomniał chłodno Rafael.
Razjel westchnął
przeciągle.
– Ależ jest
– oznajmił w przekonaniem. – Wysłałem tutaj Mimi, więc jak najbardziej
wiedziałem, gdzie szukać ciebie i Eleny. Dowiedziałem się tego i owego…
– Tak –
wszedł mu ponownie w słowo demon. – Dlaczego? – nie dawał za wygraną.
Dopiero
kiedy zaczął tak wypytywać, Elena poczuła się nieswojo. Nie zwróciła początkowo
na to uwagi, ale Razjel faktycznie wyglądał na pewnego tego, co robił. To, że mógłby
wiedzieć, gdzie zabrać Jocelyne, niejako zostało wyjaśnione, ale mimo wszystko
brzmiało niepokojąco. Swoboda, z jaką demon zwracał się do wszystkich
wokół, jedynie potęgowała to uczucie.
– Nasze
rodzeństwo nie potrafi milczeć. Szepcą miedzy sobą – powiedział w końcu
Razjel, ostrożnie dobierając słowa. – Nie jestem już wtajemniczany we wszystko,
ale zawsze dowiem się tego, czego chcę. Byłem… ciekaw – przyznał, uśmiechając
się blado. – I tak podejrzewałem, że od ciebie nie doczekam się natychmiastowej
odpowiedzi. Uznajmy, że się przygotowywałem.
–
Szpiegując?
– Jakbyś
sam tego nie robił… – mruknął Razjel, wznosząc oczy ku górze.
Jakbyś sam tego nie robił, powtórzyła w myślach
Elena, kątem oka spoglądając na wciąż ściskającego jej dłoń demona. Trzymał ją w zdecydowany,
o wiele zbyt zaborczy sposób, zresztą jakoś nie wątpiła, że Rafa wciąż
lustrował jej umysł – nie jako jedynej zresztą. To, że w odpowiedzi na
rozbrzmiewające w jej głowie słowa drgnął, po czym spojrzał na nią z ukosa,
jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu. Z trudem powstrzymując
uśmiech, uprzejmie podsunęła mu wspomnienie momentu, w którym spotkała go
po raz pierwszy. A także później, gdy wpadli na siebie podczas urodzin
Jessici.
– To nie
jest to samo – wycedził przez zaciśnięte zęby, ale nie brzmiał na tak
przekonanego i pewnego jak chwilę wcześniej.
– Hm… I to
nie tak, że potrzebujecie pomocy, prawda? – dodał jakby od niechcenia Razjel.
Coś w jego
słowach kolejny raz poruszyło Rafaela. Obserwowała go z wahaniem, kiedy
poluzował uścisk wokół jej dłoni, w końcu decydując się ją puścić. W zamian
zrobił zdecydowany krok naprzód, by znaleźć się bliżej brata.
– Co wiesz?
– zapytał wprost. – Nie wnikałem w szczegóły twojego konfliktu z ojcem,
ale nie przypominam sobie, by wtedy też posunął się tak daleko… Wiesz o Łowcy,
prawda?
– Wyczułem,
zresztą jak my wszyscy. Wnioski były dość oczywiste. – Przez twarz Razjela
przemknął cień. – Tak… Tak, nasz konflikt nie zaszedł tak daleko. W zasadzie
nie musiał.
– Nie musiał?
– powtórzył z powątpiewaniem Rafael.
– Moja lilan – oznajmił niemalże łagodnym tonem
– od wieków jest martwa.
Coś w jego
słowach sprawiło, że Elenie momentalnie zrobiło się zimno. Nie takiego wyznania
spodziewała się, na dodatek chwilę po poznaniu tego demona i w obecności
istot, które zasadniczo były mu obce. Jakby tego było mało, powiedział to w tak
spokojny, beztroski sposób, jakby nic nie znaczyło. Czuła, że to wyłącznie
pozory, ale i tak poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił
ją czymś ciężkim po głowie.
Jego lilan. Mogła się tego spodziewać, skoro w grę
wchodziły ludzkie uczucia. Coś w końcu musiało je obudzić… Albo raczej
ktoś, choć teraz to już nie miało znaczenia. Wiedziała jedynie, że w jednej
chwili zapragnęła Razjela uściskać, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku,
że to byłoby zbyt odważnym gestem. W zamian po prostu wpatrywała się w Rafaela,
próbując ocenić, co takiego chodziło mu po głowie. Wciąż wydawał się spięty,
poza tym w zdecydowanie zbyt przenikliwy sposób wpatrywał się w brata.
Milczał, wyglądając jak ktoś, kto nadal wahał się nad tym, co powinien zrobić.
Przynajmniej Elena podejrzewała, że jak zwykle był zbyt ostrożny, o braku
pełni zrozumienia wobec rodzeństwa nie wspominając.
Sęk w tym,
że im dłużej myślała o Razjelu, tym wyraźniej czuła, że żaden inny demon
nie był w stanie zrozumieć Rafaela lepiej niż ktoś, kto przeszedł przez
coś podobnego. Co prawda pamiętała, że w przypadku Razjela chodziło o coś
więcej, aniżeli po prostu kwestię poznania ludzkich odczuć, ale to nie
zmieniało najważniejszego – że miał szansę zrozumieć.
– W porządku
– powiedział w końcu Rafa. – Jeśli to z twojej strony oferta pomocy,
to przyjmuję ją. Ale na moich zasadach – dodał, czym kolejny raz doprowadził
Razjela do śmiechu.
– Jakbym
spodziewał się czegoś innego. – Demon wzniósł oczy ku górze. – To będzie
ciekawe. Od dawna nie przyjmowałem cudzych poleceń, a już zwłaszcza
twoich.
– Nie
sądzę, by w obecnej sytuacji można było traktować moje słowa jako rozkazy…
Raczej sugestie, by zachować porozumienie.
Tym razem sama
też prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Sugestie! Miała wrażenie, że
eufemizmy przychodziły Rafaelowi w równie nieudolny sposób, co i prawienie
komplementów!
– Ehm… Ktoś
może mi coś wyjaśnić? – padło od strony schodów. Wszyscy jak na zawołanie zwrócili
się ku wejściu, by spojrzeć na stojąca tam, wyraźnie spiętą Rosalie. Stojący
tuż za nią Emmett zacisnął dłonie na jej ramionach, ale trudno było stwierdzić,
czy próbował ją w ten sposób chronić, czy może zawczasu powstrzymać przed
zrobieniem czegoś głupiego. – Dlaczego gościmy pod dachem kolejnego demona? –
zapytała wprost.
Jej głos
zabrzmiał względnie spokojnie, ale Elena i tak wyczuła pobrzmiewające w głowie
siostry podenerwowanie. Rose przynajmniej próbowała zamaskować niechęć, ale przychodziło
jej to z wyraźnym trudem, zupełnie jakby cała cierpliwość, którą dysponowała,
wystarczyła tylko na pozostanie obojętną wobec Rafy.
– To Razjel
– wyjaśnił uspokajającym tonem Carlisle, choć i on nie brzmiał na
przekonanego. – Brat Rafaela. Przyprowadził Joce i… najwyraźniej przyszedł
zaoferować pomoc? – dodał, ale jego słowa mimo wszystko zabrzmiały jak pytanie.
Demon
jedynie się uśmiechnął, tym razem bez wahania zwracając ku Rosalie. Elena zauważyła,
że oczy jej siostry rozszerzyły się nieznacznie, choć trudno było jej stwierdzić
dlaczego – czy jedynie przez zaskoczenie, czy może gest, który zdecydowanie nie
pasował do wysłannika Ciemności.
– Właśnie
tak – oznajmił ze spokojem. – Jeśli będę mógł się na coś przydać, nie wahajcie
się. Rafa na pewno będzie wiedział, gdzie mnie szukać.
– Och,
oczywiście. Znajdę ciebie i Mirę, jeśli to będzie konieczne.
Tym razem
Razjel wywrócił oczami.
– Nie, to
absolutnie nie zabrzmiało jak groźba, bracie – stwierdził, bynajmniej nie
sprawiając wrażenia przejętego. – Wierz mi, że pamiętam, co oznacza wchodzenie
ci w drogę – dodał, raptownie poważniejąc.
– Tym
lepiej dla ciebie. – Rafael wzruszył ramionami. – Coś jeszcze?
Jego ton
jednoznacznie sugerował, że uważał temat za wyczerpany – przynajmniej na razie.
Brakowało tylko, by w zdecydowanie bardziej bezpośredni sposób wskazał
Razjelowi kierunek, w który ten powinien się udać, by trafić do wyjścia. To nie jest zbyt miłe, pomyślała, ale w gruncie
rzeczy właśnie tego mogła spodziewać się po mężu. Przewrażliwienie w jego
przypadku również nie było niczym nowym, szczególnie w obecnej sytuacji.
Chciała wierzyć, że wiedział, co robił, zwłaszcza że na pewno lepiej od niej
znał swoje rodzeństwo, ale mimo wszystko…
– Nie sądzę
– powiedział w zamyśleniu Razjel. – W takim razie odezwę się, jeśli
coś zauważę. Albo kogoś.
– Skoro jesteśmy
przy temacie, uważaj na Huntera. Chcę wiedzieć, jeśli pojawi się w okolicy
– oznajmił, tym samym dając swojemu rozmówcy do myślenia.
– Ach,
Hunter…
– Zajmę się
nim osobiście – oznajmił tonem, który jednoznacznie sugerował, że nie miał na
myśli sympatycznej wymiany zdań.
– Kiedyś
musiało do tego dojść – stwierdził bez cienia zaskoczenia Razjel. Zaraz po tym
bez pośpiechu ruszył ku wyjściu. – Nie będę wam przeszkadzał, chociaż liczę, że
jednak spotkamy się w bardziej sprzyjających okolicznościach… O ile
Światłość będzie tego chciała.
– Mam na
imię Elena – poprawiła go machinalnie.
Spojrzał na
nią z błyskiem w oczach.
– Więc miło
cię poznać, Eleno – oznajmił, kiwając jej głową. Przynajmniej on jeden bez
zbędnych upominań darował sobie jakże irytującą ją gadkę o Świetle. – A swoją
drogą, Rafaelu, nie patrz na mnie w ten sposób. To nie jest coś, co by do
ciebie pasowało – rzucił na odchodne.
Rafa
drgnął, co najmniej zaskoczony. Tych kilka słów wystarczyło, by wzbudzić
wątpliwości również w Elenie, tym bardziej że sama nie była pewna, w jaki
sposób je zinterpretować.
– Co
właściwie…? – zaczęła, ale Razjel nawet nie czekał aż dokończy pytanie.
– Zazdrość,
moja droga – wyjaśnił uprzejmie, bez choćby cienia zawahania. Znów się
uśmiechnął, najwyraźniej zamierzając udawać, że nie dostrzega, że Rafael
spojrzał na niego tak, jakby jednak miał zamiar go rozszarpać. – Wyczuwam ją na
kilometr. To nawet zabawne.
– Ja wcale
nie…
– Och,
Rafa, to akurat zrozumiałe – stwierdził pogodnym tonem Razjel. – Ale dalej
uważam, że do ciebie nie pasuje. To raczej mnie bliżej do tematu, o ile
wiesz, co mam na myśli.
Elena nie
miała pojęcia, o co tym razem mu chodziło, ale uznała to za najmniej istotne.
Najbardziej w tym wszystkim i tak interesowało ją to, co wynikało z głównej
części słów Razjela. A to ci dopiero…, pomyślała, spod
uniesionych brwi spoglądając na Rafaela. Nie żeby to był pierwszy raz,
zwłaszcza że aż za dobrze pamiętała reakcję demona na strój cheerleaderki, w którym
raz do niego poszła. Już wtedy jednoznacznie zasugerował, że nie podobało mu
się to, że mogłaby wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie, choć naturalnie ujął
to w zupełnie inny sposób. Nie żeby i tego się po nim nie
spodziewała, ale…
Przez
chwilę panowała wymowna cisza. Razjel wykorzystał okazję, by się ewakuować, w progu
prześlizgując się tuż obok wciąż zdezorientowanej Rosalie. Wampirzyca przez
moment spoglądała na niego nieufnie, ale więcej nawet słowem nie skomentowała
obecności demona. To dało Elenie do myślenia, zwłaszcza że wciąż znała siostrę
na tyle dobrze, by zorientować się, kiedy ktoś robił na niej wrażenie. Tym
razem ujął ją ten mężczyzna, choć Rose zdecydowanie nie byłaby w stanie
się do tego przyznać.
– Hm… – Nie
mogąc powstrzymać się od uśmiechu, ponowie przeniosła wzrok na Rafaela. – Więc
to był Razjel – rzuciła jakby od niechcenia.
– Na to
wygląda – odpowiedział wymijająco sam zainteresowany. Nie dodał niczego więcej,
w zamian wodząc spojrzeniem dookoła. – Cóż, przynajmniej jeden problem się
rozwiązał. Jeśli nie macie żadnych innych, to chyba możemy się rozejść. Idziesz
ze mną, Eleno? – dodał, choć aż za dobrze wiedziała, że tak naprawdę wcale nie
pytał. Zbyt wyraźnie dał jej do zrozumienia, co sądził o tym, że mogłaby
zostać sama.
– Nie mam
wyboru. Jeszcze zbytnio zapędzisz się z tą zazdrością i dopiero
będzie…
Gdyby wzrok
zabijał, jak nic miałby ją na sumieniu. Zacisnął usta, wciąż podenerwowany,
zarazem sprawiając wrażenie kogoś, kto nagle został zapędzony w ślepy
zaułek. Jej słowa wytrąciły go z równowagi, zwłaszcza gdy znów poruszyła
temat, który wyraźnie nie był mu na rękę.
– Nie
jestem… – zaczął, ale urwał, gdy podchwycił jej spojrzenie. – To zresztą nie
jest istotne, prawda?
Uśmiechnęła
się blado.
– Dla mnie
jest. Albo raczej bardzo… interesujące – dodała, ostrożnie dobierając słowa. –
Chociaż myślałam, że zdążyłeś zrozumieć pewne rzeczy. To znaczy…
– Lilan, na wrota piekielne, gdybym cię
rozumiał, życie byłoby o wiele prostsze.
Prychnęła,
nie pierwszy raz mając wątpliwości co do tego, czy powinna się śmiać, czy może
płakać. W tym właśnie leżał największy problem – Rafie umykało to, co z jej
perspektywy było oczywiste. Dla odmiany przy większości jego wypowiedzi nie
potrafiła pojąć, jakie tak naprawdę były jego intencje – a konkretnie
kiedy ją komplementował, a kiedy próbował obrażać.
Powstrzymała
się od wywróceniem oczami, kiedy demon tak po prostu zwrócił się do niej
plecami. Z powątpiewaniem spojrzała na złożoną na jego plecach parę
skrzydeł, w ostatniej chwili decydując się ugryźć w język. Miała
ochotę skomentować jego zachowanie – a przynajmniej wprost zasugerować, że
właśnie próbował się na nią obrazić – ale doszła do wniosku, że to mogło
zaczekać, zwłaszcza że nie byli sami.
– Tak czy siak,
odpowiadając na pytanie o mojego brata – oznajmił Rafael, jak gdyby nigdy
nic zwracając się do Carlisle’a – to uznajmy, że na tę chwilę mu ufam. W granicach
rozsądku. Zróbcie z tym, co uważacie za słuszne.
– Carlisle?
– rzuciła spiętym tonem Rosalie. Po jej tonie trudno było stwierdzić, co
takiego sobie myślała.
Wampir nie
odpowiedział od razu. Elena rzadko widywała ojca aż tak spiętego, ale to nie
wydało jej się dziwne. Zwłaszcza po rozmowie, którą dopiero co odbyli, mogła
się tylko domyślać, w jaki sposób wyglądała konieczność porozumienia się z kimś,
kogo dotychczas uważało się za bezwzględnego mordercę. Podejrzewała, że sama reagowałaby
ponownie, gdyby w pierwszej chwili poznała te istoty właśnie od tej strony
– jako bezdusznych zabójców, przez których ziemia dosłownie spływała z krwią.
No i sam
Razjel był inny, co mogło szokować. Sama czuła się skołowana, bezskutecznie
próbując zrozumieć, czego tak naprawdę doświadczyła chwilę wcześniej. Demona w takiej
formie zdecydowanie nie spotykało się na co dzień, a skoro tak…
– Przyprowadził
Joce – zauważył Carlisle. Przesunął się na tyle, by móc przykucnąć przy wciąż
siedzącej w milczeniu na kanapie, bladej jak papier wnuczce. Dopiero wtedy
Elena zauważyła, że dziewczyna ukryła twarz w dłoniach, zupełnie jakby
chciała odciąć się od tego, co działo się wokół niej. – Na tę chwilę to mi
wystarczy, więc skoro twierdzisz, że możemy mu zaufać, niech i tak będzie.
– Zaufać w granicach
rozsądku – powtórzył z rezerwą Rafael, ale tym razem nikt nie zwrócił na jego
słowa większej uwagi.
– Joce…
Jocelyne, kochanie. – Carlisle wyciągnął rękę, by móc dotknąć policzka dziewczyny.
Drgnęła, po czym chcąc nie chcąc na niego spojrzała, pozwalając, by ujął ją pod
brodę. – Wszystko dobrze? Nic ci się nie stało?
Otworzyła
usta, ale nie odpowiedziała. Z uporem milczała od chwili, w której
Razjel zostawił ją na kanapie, całą energie wydając się wkładać się w to,
by nie zacząć drżeć. Dopiero kiedy uniosła głowę, Elena dostrzegła łzy w jej
oczach. Dopiero wtedy dotarło do niej, że wyczuwała dziwny, nieco metaliczny
posmak – coś jak przerażenie, chociaż nie miała pewności, czy to faktycznie w ten
sposób objawiał się strach. Rozróżnianie emocji w ten sposób wciąż było
dla niej czymś nowym.
– Gdzie ty
byłaś? – odezwała się spiętym tonem Bella. Ona również wyglądała na co najmniej
przerażoną, choć nie w takim stopniu jak jej wnuczka. – Odchodziłyśmy z Alice
od zmysłów. Ja…
–
Przepraszam – jęknęła Joce, ale nie dodała niczego więcej. W zamian jedynie
potrząsnęła głową; jasne włosy przysłoniły jej twarz, kiedy w milczeniu
spuściła wzrok.
Coś w wyrazie
twarzy Belli złagodniało, chociaż wciąż wyglądała na poruszoną. Po prostu
bezradnie obserwowała drżącą dziewczynę, jakby niepewna, co z nią zrobić.
– Ale to
nie zasługa… tego Razjela, nie? – wtrącił Emmett, jako pierwszy przerywając
ciszę.
– Nie sądzę
– zapewnił pośpiesznie Carlisle. Usiadł obok Joce, ostrożnie biorąc
roztrzęsioną dziewczynę w ramiona. – Już w porządku. Później
porozmawiamy, jeśli teraz nie czujesz się na siłach – zaproponował, choć po
jego tonie dało się wyczuć, że był zmartwiony.
– Powinnyśmy
wracać do domu – stwierdziła Bella. – Edward już do mnie wydzwania. No i Nessie
pewnie zacznie się martwić, więc…
– Mogę
zostać tutaj? – zapytała cicho Joce. Gdyby nie to, że znajdowała się w pokoju
pełnym nieśmiertelnych istot, nikt bez wyostrzonych zmysłów nie miałby szansy
jej zrozumieć. – Na razie nie chcę się nigdzie ruszać. Ja…
– To nie
będzie problem. – Esme spojrzała na dziewczynę w co najmniej czuły sposób.
– Zrobię jej coś ciepłego do picia. Wygląda na przemarzniętą – stwierdziła,
wycofując się.
Być może
coś w tym było, zwłaszcza że wciąż drżała. W tamtej chwili Elena nie
potrafiła stwierdzić, czy to po prostu strach, czy faktycznie temperatura,
zwłaszcza że chłód mógł zostać spotęgowany przez dotyk wampira.
– Tak
faktycznie będzie lepiej… Jutro ją odwiozę, jeśli wszystko będzie w porządku.
– Carlisle przeniósł wzrok na Bellę. – Najważniejsze, że nic się nie stało. Nessie
nie powinna mieć nic przeciwko, by Joce została tutaj na noc.
– Więc
wrócę do domu… Tak sądzę – powiedziała po chwili zastanowienia Bella. – Wolę
wiedzieć, co tam się dzieje. Chociaż Joce… – Urwała, po czym z westchnieniem
odpuściła, podchwyciwszy przerażone spojrzenie wnuczki. Nawet jeśli miała
jakieś pytania, zachowała je dla siebie. – Najważniejsze, że nic się nie stało –
powtórzyła słowa Carlisle’a, jakby chcąc przekonać samą siebie, że to prawda.
– Skoro
wychodzisz, Emmett chętnie ci potowarzyszy. Ja zresztą też – oznajmiła spiętym
tonem Rosalie. – Słychać was było w całym domu. Skoro mamy nie ruszać się w pojedynkę…
– mruknęła, wymownie spoglądając na Rafaela.
Och, bo to wcale nie tak, że ufacie mu bardziej
niż przyznajecie?, pomyślała z przekąsem Elena. Nawet jeśli demon
wychwycił te słowa, nie dał niczego po sobie poznać. Z trudem powstrzymała
się przed wywróceniem oczami, wręcz porażona uporem wszystkich wokół. W grę
jednak wchodziło swego rodzaju porozumienie, choć zdecydowanie nie takie, jak
mogłaby tego oczekiwać.
Słodka
bogini, więc jednak miała przy nich zwariować. Prędzej czy później.
– Chodź,
kochanie, wezmę cię na górę – zaproponował Carlisle, ponownie zwracając się do
Joce. Pośpiesznie objął dziewczynę, kiedy ta zachwiała się przy próbie
podniesienia na równe nogi. – Powoli… Na pewno chcesz iść sama?
– Nic mi
nie jest – mruknęła, choć nie zabrzmiała przy tym szczególnie przekonująco.
Carlisle
również nie wyglądał na uspokojonego taką odpowiedzią, ale nie skomentował tego
nawet słowem. W zamian bardziej stanowczo przygarnął do siebie Joce, by
pomóc jej utrzymać pion. Pozwoliła mu na to, na dodatek z wyraźną ulgą,
tuląc się do swojego opiekuna w sposób jednoznacznie sugerujący, że wciąż była
przerażona. Przynajmniej na taką wyglądała, sprawiając wrażenie kogoś, kto na
każdym kroku szukał poczucia bezpieczeństwa – choćby tylko w szczątkowej
formie. Nie odezwała się nawet słowem, wyraźnie nie paląc się do tego, by udzielić
komukolwiek odpowiedzi na to, co tak naprawdę się stało i w jakich okolicznościach
napatoczyła się na Razjela.
Elena w milczeniu
odprowadziła ojca wzrokiem. Dopiero kiedy wyszedł, zresztą tak jak i wszyscy
inni, z wolna zwróciła się ku Rafaela.
– Jesteś
zły? – zapytała wprost i to wystarczyło, żeby skutecznie zwróciła na
siebie jego uwagę.
– Skąd taki
pomysł? – rzucił z zaciekawieniem, w końcu zwracając się w jej
stronę.
Wzruszyła
ramionami.
– Nie wiem –
przyznała z wahaniem. – Ale na mnie nie patrzysz, więc się zastanawiam.
Jeśli chodzi o to, co powiedziałam o zazdrości…
Nie miała
okazji, żeby dokończyć. Zanim zdążyła choćby się zastanowić czy mrugnąć, Rafael
błyskawicznie się przemieścił, nagle materializując tuż przed nią. Jego dłonie
bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach, na tyle gwałtownie, że aż
pomyślała, że gdyby tylko zechciał, mógłby pogruchotać jej kości.
Nie zrobił
tego, w zamian po prostu biorąc ją w ramiona. Wolną ręką ujął ją pod
brodę, przymuszając do spojrzenia sobie w oczy. Błękitne tęczówki wydawały
się lśnić w dziwny, wręcz niezdrowy sposób, który na moment wytrącił ją z równowagi.
– Och, Eleno…
– westchnął, nachylając się tak blisko, że przy mówieniu niemalże muskał
wargami jej usta. Coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię, skojarzyło
jej się bardziej z warknięciem niż konkretnymi słowami. – Przecież i tak
jesteś tylko moja, czyż nie? Zupełnie jakbym miał powody, by komukolwiek to
tłumaczyć.
A potem
jednak ją pocałował, na dodatek w wystarczająco zdecydowany, zaborczy
sposób, by jakiekolwiek wątpliwości zniknęły, ostatecznie tracąc na znaczeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz