
Leana
Powoli otworzyła oczy. Czuła chłód, ale ten wydawał się
mało istotny, zupełnie jakby nie miał z nią żadnego związku. Za równie
mało istotną kwestię uznała niewygodę, z opóźnieniem przypominając sobie,
że leżała na twardej drewnianej ławce.
Podniosła się z trudem,
gwałtownie podrywając do pozycji siedzącej. Z bijącym sercem powiodła
wzrokiem dookoła, jednocześnie próbując zapanować nad myślami. Przyszło jej to
zadziwiająco łatwo, tak jak i to, by uprzytomnić sobie, co takiego zrobiła.
W zamyśleniu spojrzała na swoje umazane krwią dłonie, po chwili jak gdyby
nigdy nic unosząc je do ust. Prawie nie poczuła smaku krwi, resztki zresztą
sprawiły, że momentalnie poczuła niedosyt. Westchnęła przeciągle, nie kryjąc
rozczarowania. Gdyby tylko mogła dostać więcej…
W kościele panowała głucha
cisza. Leana mimowolnie pomyślała, że taka właśnie była śmierć – milcząca,
spokojna i ostateczna. Wyczuwała ją w tym miejscu, ale nie bała się,
czując, że właśnie tak powinno być. Sama zabiła, czując się z tym
zaskakująco dobrze. Zupełnie jakby nagle coś się zmieniło, w końcu
uświadamiając jej, kim była. Skoro wróciła w takiej formie, dobrze. Chyba
mogła się z tym pogodzić.
Jak przez mgłę pamiętała
moment, w którym rzuciła się na człowieka, który nagle pojawił się w kościele.
Ksiądz czy nie – do tej pory było jej wszystko jedno. Początkowo planowała
odejść, ale w ostatniej chwili zawróciła, dochodząc do wniosku, że równie
dobrze mogła odpocząć. Znużenie już od dłuższego czasu dawało jej się we znaki,
a krew nie pomagała w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Była
osłabiona – zarówno chłodem, jak i ciągłą ucieczką. Co więcej, wciąż nie
doszła do siebie po tym, co zrobił jej Gabriel. W zamyśleniu potarła
szyję, pod palcami nie wyczuwając nawet śladu po ugryzieniu. Mimo wszystko wciąż
czuła gorycz, chociaż ta nie była aż tak intensywna jak wcześniej. Wszystko
wydawało się przytłumione – zbyt mało istotne, by chciała poświęcać temu uwagę.
Trudno. Skoro tak musiało być,
nie zamierzała narzekać. Liczyło się, że uciekła, teraz zaś zamierzała znaleźć się
na tyle daleko, by nikt jej nie znalazł.
Zsunęła się z ławki, z lekkością
podrywając na równe nogi. Potarła oczy, po czym w milczeniu rozejrzała się
po opustoszałej nawie. Poczuła pieczenie w gardle, ale tym razem głód okazał
się znośny. Co prawda podejrzewała, że prędzej czy później będzie musiała znaleźć
sobie pożywienie, ale ta perspektywa już jej nie przerażała. Ludzie byli
wcześniej, tylko należało odpowiednio się do nich zbliżyć. Wiedziała, że nie powinna
zaatakować przypadkowego przechodnia w samym środku zatłoczonego miasta,
ale to akurat wydawało się najmniejszym problemem. Liczyła, że w razie
potrzeby, górę po raz kolejny przejmie instynkt, pozwalając jej zrobić wszystko
tak, jak powinna. Może była naiwna, ale skoro do tej pory ta cudowna świadomość
kroków, które powinna podjąć, po raz kolejny rozwiąże za nią wszystkie
problemy.
Westchnęła cicho. W zamyśleniu
zatknęła kosmyk włosów za ucho, mimochodem zauważając, że były posklejane. Nie
miała pewności czy to krew, pot czy coś jeszcze innego, ale jedno pozostawało
oczywiste: potrzebowała czystych rzeczy i dostępu do łazienki. Nieszczególnie
przejmowała się tym, jak wyglądała, ale już i tak zbyt mocno wrzucała się w oczy.
Trudno, by wszyscy wokół w nieskończoność ignorowali błąkająca się w koszuli
nocnej dziewczynę, wyglądającą jak siódme nieszczęście. Z jednej strony
miała wrażenie, że powinna jak najszybciej znów wyruszyć w drogę, nieważne
dokąd by ją to zaprowadziło, ale z drugiej…
Już i tak spałam zbyt długo, przeszło jej przez myśl.
Nerwowo przygryzła dolną wargę
niemalże do krwi. Skrzywiła się, po czym przesunęła językiem po ustach,
próbując ignorować, że słodki smak w ustach wystarczył, by jej gardło na
powrót zapłonęło żywym ogniem. Czuła, że ryzykuje, coraz pewniejsza tego, że
balansowała gdzieś na granicy, w każdej chwili znów mogąc stracić nad sobą
kontrolę. Nie chciała tego, ale nie była w stanie przewidzieć tego, jak
się zachowa, gdy znów znajdzie się między ludźmi. W gruncie rzeczy nie
miała żadnego planu, przez cały ten czas kierując się wyłącznie tą jedną
potrzebą ucieczki. Nie mogła tutaj zostać, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w nocy.
Już i tak traciła czas; choć nie miała pewności, która godzina i jak
długo tak naprawdę spała, podświadomie wyczuwała, że minęło dość, by zacząć się
tym martwić.
Ktoś podążał jej tropem? Nawet
jeśli nie, mogła spodziewać się, że w kościele prędzej czy później pojawią
się ludzie. Nie miała pojęcia, co by zrobiła, gdyby do tego doszło, zwłaszcza
że jak gdyby nigdy nic spała sobie na ławce, podczas gdy kawałek dalej, na
posadzce spoczywał wyssany z krwi trup.
Zadrżała mimowolnie. Nie chcę umierać. Nie znowu, jęknęła w duchu,
z trudem ignorując nieprzyjemny ucisk w gardle. Zrobiło jej się
niedobrze, ale za wszelką cenę usiłowała nie myśleć o narastających mdłościach.
Może i myśl o tym, że nagle stała się potworem, była czymś, co cudem
zdołała zaakceptować, ale to nadal nie zmieniało tego, że pragnęła żyć. Wciąż nie
miała pojęcia, czego spodziewać się po miejscu, w którym wylądowała. I po
czasach, które może i różniły się od tych, w których przyszło jej dorastać,
ale na pewno nie pod względem akceptowalności śmierci i istnienia stworzeń
mroku. Co zrobiliby ludzie, gdyby się do niej dowiedzieli? Skończyłaby na
stosie czy może przebita osinowym kołkiem, który najpewniej miał prawo
zadziałać, skoro w jej piersi trzepotało się serce…?
Nie.
Zacisnęła dłonie w pięści.
Zamrugała kilkukrotnie, kiedy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami.
Walczyła ze sobą i niechcianymi emocjami, za wszelką cenę próbując trzymać
uczucia na wodzy. Tak było prościej, a przynajmniej takie miała wrażenie.
Kiedy tak bardzo nie skupiała się na tym, co czuła, łatwiej przychodziło jej
podjęcie jakiegokolwiek działania. Zupełnie jakby uczucia były słabością –
czymś, co niepotrzebnie rozpraszało, zaćmiewając umysły. Nie miała pojęcia jak
to działa, ale jeśli przeżycie miało wiązać z odcięciem od tego, co działo
się w jej wnętrzu, była skłonna się na to zgodzić.
Świt zmieniał wszystko i przekonała
się o tym, ledwo tylko skupiła uwagę na wszystkim, co działo się wokół
niej. Bez pośpiechu przechadzała się po kościele, krzywiąc za każdym razem, gdy
dźwięk jej kroków odbijał się echem od ścian świątyni. Obojętnie spojrzała na
porzucone na posadzce ciało, po czym westchnęła przeciągle, wręcz rozczarowana.
Wypiła wszystko. Możliwe, że powinna coś zostawić, by wzmocnić się teraz, ale
trudno. Musiała jakoś zdobyć krew, ale tym razem zamierzała to zaplanować. Nie
mogła za każdym razem liczyć na łut szczęścia, a potem rzucać się na
przypadkowe osoby, tak jak to było z Castielem czy tym mężczyzną.
Blask dnia łagodnie sączył się
do środka. Witraże w oknach wydawały się lśnić, bardziej kolorowe niż do
tej pory, na Leanie jednak nie zrobiło to większego wrażenia. Powinna obawiać
się światła słonecznego? Zawahała się, w zamyśleniu przypatrując plamie na
podłodze. Wciąż trzymając się w cieniu, z wolna podeszła bliżej okna.
Ucisk w gardle przybrał na sile, ale nie poczuła potrzeby, żeby rzucić się
do natychmiastowej ucieczki. Pamiętała, że Renesmee nie była takim zwykłym
wampirem, ale kto wiedział, jakie tak naprawdę miała ograniczenia? Gdyby jednak
okazało się, że mogła chodzić również za dnia…
Poruszając się trochę jak w transie,
Leana ostrożnie przysunęła się bliżej. Nie miała odwagi stanąć w kręgu
światła, więc ograniczyła się do niepewnego wysunięcia przed siebie ramienia. Z bijącym
serem pozwoliła, by blask padł na jej odsłoniętą skórę. Wciąż napinała mięśnie –
i to tak bardzo, że aż poczuła ból. Skrzywiła się, przez ułamek sekundy
mając wrażenie, że to słońce jednak paliło jej ciało, szybko jednak
uprzytomniła sobie, że to nie tak. W zamian poczuła przyjemne ciepło, co
prawda niewystarczające, by ją rozgrzać, ale jednak zdecydowanie nie niosące
sobą śmierci.
Ze świstem wypuściła
powietrze. Zaśmiała się cicho, nieco nerwowo, po czym w końcu stanęła przy
oknie, unosząc twarz ku witrażowi. Niemalże wyzywająco spojrzała na podobiznę
jakiegoś nienazwanego świętego, przez moment mając ochotę zniszczyć ją pierwszą
rzeczą, która wpadłaby jej w ręce. Jakież
to ironiczne, prawda?, pomyślała z przekąsem. Stoję tutaj po wszystkim, co zrobiłam…
Zacisnęła usta. Wciąż nic nie
czuła, zwłaszcza związku z Bogiem, do którego była skłonna zwracać się
jeszcze dzień wcześniej. Może to naprawdę oznaczało, że ją opuścił. Była tutaj,
jakby kpiąc sobie z woli kogoś, kto z pewnością nie pochwaliłby tego,
co zrobiła. Jak gdyby nigdy nic stała sobie w świątyni, którą wielu
nazywało Domem Bożym, umazana krwią i bez choćby cienia wrażenia, że
mogłaby robić coś złego. Skoro nie miała co liczyć na ocalenie, zdecydowanie
nie zamierzała się tym przejmować. W końcu to ją porzucono, bez cienia
wahania nad tym, czego pragnęła i czy w jakiś sposób przypadkiem nie
uczyniono jej krzywdy.
Już nie czuła lęku. Przyjęła
to z ulgą, nagle w pełni uspokojona. Zaczęła bawić się końcówkami
włosów, raz po raz nawijając je na palec, byleby zająć czymś myśli. Lekko
przekrzywiła głowę, wciąż uważnie przypatrując witrażowi, choć już nie
poświęcała mu większej uwagi. Był jej równie obojętny, co i potrzeba
przychylności kogoś, kto porzucił ją już dawno temu.
Nikogo nie potrzebowała.
Naprawdę nikogo, a jednak…
Machinalnie przycisnęła obie
dłonie do piersi, dokładnie w miejscu, gdzie wciąż trzepotało się serce.
To nie do końca była prawda. A może to po prostu pragnienia ciała znów
dawały o sobie znać, bo jak inaczej miałaby wyjaśnić tęsknotę, która jak
na zawołanie poczuła? Dawała jej się we znaki nawet wyraźniej niż wcześniej, aż
Leana zaczęła się niepokoić, że to prawowita właścicielka ciała dopominała się o to,
co jej się należało. Sęk w tym, że pomimo tego, że kobieta doskonale
zdawała sobie sprawę z błędów, które popełniła, nie zamierzała tak po
prostu się wycofać. Jasna cholera, zasłużyła na to! I nade wszystko pragnęła
żyć – choćby i takim kosztem.
Jej nikt nie zapytał o zdanie,
kiedy odbierano jej wszystko to, co miała – i to zanim zdążyła tak
naprawdę posmakować życia.
To było okrutne, ale już o to
nie dbała. Wydarzył się cud, więc zamierzała go wykorzystać, niezależnie od
tego, czy faktycznie na to zasłużyła. Pragnęła desperacko trzymać się życia,
które odzyskała, nie wyobrażając sobie, że miałaby tak po prostu odpuścić. Tym
bardziej nie sądziła, by ktokolwiek miał prawo, by mieć do niej o to pretensje.
Świat był okrutny i zdążyła się już o tym przekonać. W takim
wypadku nie pozostało jej nic innego, jak tylko spróbować się do tego
dostosować.
Raz jeszcze rozejrzała się
dookoła, z niejasnym poczuciem, że umykało jej coś istotnego. Zmarszczyła
brwi, raz jeszcze odtwarzając w pamięci wszystko to, co wydarzyło się
dzień wcześniej – łącznie ze wszystkim, co zaszło między nią a Gabrielem, a później
Castielem i tym księdzem. Pamiętała jak szła przed siebie, trzymając się
blisko drogi i wzdrygając za każdym razem, gdy tuż obok niej przemykał ten
dziwny, samoistnie poruszający się pojazd. Była w stanie nad wyraz
dokładnie odtworzyć to, że w pewnym momencie coś ją przeraziło – że uciekała,
w ten sposób trafiając aż do tego kościoła, aczkolwiek…
Potrząsnęła głową. Cień…
Widziała cień, a przynajmniej tak jej się wydawało. W krótkim czasie
przeszła tak wiele, że przywidzenia wydawały się aż nadto prawdopodobne.
Zresztą teraz była tutaj, w pełni bezpieczna i żywa, a to o czymś
świadczyło.
Odrzuciła od siebie niechciane
myśli, na powrót skupiając wyłącznie na planowaniu kolejnych kroków. Musiała
się pośpieszyć, niezależnie od tego czy ktoś za nią podążał, czy może jednak
nie. Skoro była w stanie poruszać się w świetle dnia, tym lepiej. To
wiele ułatwiało, chociaż dalej nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić.
Musiała iść, nieważne gdzie, ale to nie zmieniało faktu, że potrzebowała
rzeczy. I pieniędzy. Czuła, że te prędzej czy później okażą się niezbędne.
Co prawda nie wyobrażała sobie, że miałaby tak po prostu wejść do sklepu i kupić
coś normalnego do jedzenia, ale i tak wolała przygotować się na każdą
ewentualność. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak, by chciała ryzykować.
Skoro ty mi nie pomożesz… Pomogę sobie sama.
Obojętnym wzrokiem spojrzała
na ołtarz, uśmiechając się w nieco gorzki sposób na widok krzyża. Miała
wrażenie, że postacie na obrazach i witrażach spoglądały na nią karcąco,
gdy bez pośpiechu ruszyła w stronę zachrystii. Nigdy nie przypuszczała, że
wyląduje w kościele w takich okolicznościach, na dodatek szukając
czegoś, co mogłaby z niego zabrać, ale to i tak wydawało się niczym w porównaniu
do tego, że miała już na sumieniu człowieka.
Nie dając sobie czasu na
dalsze wątpliwości, Leana odrzuciła od siebie niechciane myśli i skupiła
wyłącznie na tym, co miała do zrobienia.
Udało jej się znaleźć łazienkę. Nie była duża, ale i tak
ucieszyła się jak dziecko, odkrywając dostęp do ciepłej wody. Nie miała co
liczyć na kąpiel, ale zadowoliła się obmyciem twarzy i rąk. Włosy upięła
na czubku głowy, nieumiejętnie związując je kawałkiem wstążki, którą zrobiła z paska
oderwanego od ręcznika kawałka materiału.
Po dłuższych poszukiwaniach
znalazła również ubrania. To wyglądało jak paczki z odzieżą przeznaczoną
dla biednych, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Koszulka, która wybrała,
okazała się dla niej za duża, ale przynajmniej była czysta. W końcu też
zrobiło jej się cieplej, co przyjęła z ulgą. W niepasujących
ubraniach nadal wyglądała dziwnie, ale na pewno o wiele mniej niż w koszuli
nocnej i boso. Na dobry początek tyle musiało wystarczyć, zwłaszcza że w jakim
stopniu szczerze wątpiła w to, czy uda jej się znaleźć cokolwiek.
Zanim ostatecznie opuściła kościół,
zdążyła jeszcze przejrzeć się w wiszącym w łazience lustrze.
Wyglądała źle – nienaturalnie blada, z poplątanymi włosami i dziko
błyszczącymi oczami. Zwłaszcza te ostatnie wydały się Leanie niepokojące. Były…
martwe, ale przecież właśnie w ten sposób się czuła. W milczeniu
wodziła wzrokiem po własnej sylwetce, wciąż nie będąc w stanie
przyzwyczaić się do tego, jak wyglądała. Zupełnie jakby również lustrzane
odbicie chciało ją poinformować, że robiła wszystko nie tak. „To nie jesteś ty!”
– sugerowało, ale Leana z uporem ignorowała tę myśl, raz po raz
powtarzając sobie, że robiła tylko to, co musiała. Skoro sprawy musiały przybrać
taki obrót… trudno.
I dokąd pójdziesz, co? Nie masz nikogo…
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok,
dochodząc do wniosku, że dłużej nie będzie w stanie na siebie patrzeć. Bez
słowa odwróciła się na pięcie, w następnej sekundzie dosłownie wypadając z łazienki.
Z trudem powstrzymała się od rzucenia do biegu, samej sobie nie potrafiąc
wytłumaczyć, przed czym znów próbowała uciec. Zachowywała się jak spłoszone
zwierzę, wciąż miotając i z trudem powstrzymując przed biegiem. W pędzie
było coś kojącego, czego nie mogła powiedzieć o konieczności trwania w bezruchu.
Brak planu coraz bardziej
dawał jej się we znaki. Niechciane myśli wracały, dręcząc nawet pomimo tego, że
za wszelką cenę próbowała się od nich odciąć. W głowie stworzyła wokół
siebie ochronny mur, mający odciąć ją od wszystkiego, czego się obawiała, ale
ten również nie działał tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Wydawał się zbyt
kruchy i niedoskonały, jakby jedno silniejsze uderzenie mogło roznieść go na
kawałeczki. Ale był i tego zamierzała się trzymać, z uporem szukając sposobu
na odzyskanie wewnętrznej równowagi. Potrzebowała tego, jeśli nie chciała
całkiem postradać zmysłów.
Oczywiście pod warunkiem, że
już do tego nie doszło.
A jednak jej myśli po raz
kolejny przybrały kierunek, którego nie chciała. Pomyślała o Beatrycze i to
wystarczyło, by gniew zaczął mieszać się z narastająca goryczą. Jakaś jej
cząstka naprawdę pragnęła wierzyć, że siostra by jej pomogła. Kto jeśli nie
ona? Co więcej, Leana z łatwością mogłaby sprawić, by ta jej uwierzyła.
Musiałaby po prostu się wytłumaczyć i poprosić o pomoc, a potem…
Potem co? Beatrycze już raz ją
zawiodła, właśnie wtedy, gdy Leana nade wszystko jej potrzebowała. Teraz
pamiętała to doskonale, tak wyraźnie, jakby po latach wyrwała się z głębokiego
snu. Co więcej, naprawdę tęskniła za cudownym stanem nieświadomości, w którym
trwała do tej pory. Zapatrzona w Ciemność, naprawdę wierzyła, że
posłuszeństwo to wszystko, na co musiała się zdobyć. Wtedy świat wydawał się o wiele
prostszy, zwłaszcza że między tu a teraz bardzo szybko stało się jedynym
miejscem, w którym potrafiła się odnaleźć. Teraz nie miała niczego, zdolna
co najwyżej błąkać się bez celu i szukać wybawienia, które nie
nadchodziło.
Beatrycze mogła okazać jej
jedyną deską ratunku, a przynajmniej tak by było, gdyby Leana wciąż pozostawała
na tyle naiwna, by jej zaufać. Z tym, że przecież już nie była aż taka
głupiutka. Zrozumiała, co musi zrobić – tutaj, w tym kościele, gdy
pierwszy raz odebrała życie. Wtedy wszystko stało się jasne, a kobieta pojęła,
że tak naprawdę od zawsze mogła liczyć wyłącznie na siebie. Siostra, która
zawiodła i która murem stała po stronie tych, którzy mieli chcieć Leanę
zabić, zdecydowanie nie okazałaby się pomocna.
Potrząsnęła głowa, niemalże
rozczarowana. Właśnie tak by się stało – gdyby poszła do Beatrycze, podpisałaby
na siebie wyrok. To była jej nowa rodzina.
Nie bez powodu sprzeciwiła się samej Ciemności, odchodząc do tych, którzy byli
dla niej ważni przez te wszystkie lata. To o to zawsze miała pretensje Ariadna.
Trycze od zawsze trwała przy życiu, które porzuciła – przy osobach, których
nawet nie miała okazji poznać. Dla ich dobra bez wątpienia poświęciłaby wiele, w tym
również Leanę.
A ja nie zamierzam znowu umierać, pomyślała, jakby chcąc usprawiedliwić
swoją decyzję. Samej sobie wytłumaczyć, że ucieczka pozostawała jedynym, co
miała. Nie znowu. Nie z twojego powodu,
siostro…
Coś w tej myśli sprawiło,
że poczuła się lepiej. Robiła słusznie – dokładnie to, co musiała. Kierowała
się instynktem, ale to też było dobre. Wszyscy to robili, tak jak i wszyscy
pragnęli jednego: przeżycia. Tylko tyle i aż tyle, zwłaszcza dla kogoś,
kto już raz zmarnował swoją szansę. Ale teraz była inna, mądrzejsza i o wiele
bardziej samolubna.
Ten jeden raz mogła sobie na
to pozwolić.
Zmrużyła oczy w bladym
świetle poranka. Ciężkie chmury przysłoniły niebo, grożąc opadami śniegu, ale
to jej nie przeszkadzało. Jak na zawołanie poczuła chłód, ale ten już aż tak bardzo
nie dawał jej się we znaki. Nie miała pewności czy to za sprawą cieplejszych ubrań,
czy może wraz z emocjami odcięła się również od nadmiaru bodźców, ale to
nie miało znaczenia. Liczyło się, że czuła się o wiele lepiej niż w nocy,
na oślep podążając przed siebie i nawet nie zastanawiając nad tym, co
robiła.
Nie było nikogo, kto mógłby ją
zauważyć, kiedy bez pośpiechu ruszyła przed siebie. Świt zmieniał wszystko –
dosłownie, bo okolica już nie wydawała się Leanie przerażająca. Wręcz
przeciwnie: w tamtej chwili była gotowa przysiąc, że jedynym zagrożeniem, znajdującym
się w promieniu kilkunastu kilometrów, była właśnie ona. Jakby tego było
mało, ta myśl wydała jej się równie niepokojąca, co i – przede wszystkim –
zadziwiająco kusząca.
Choć raz to nie ona musiała
się bać. Poczucie choćby i złudnej władzy okazało się wręcz uzależniające.
Skupiona na sobie, nie
zauważyła, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
Najmniejszej uwagi nie
zwróciła na cień, który bez pośpiechu podążył za nią.
Jutro bez rozdziału. Nie ma mnie cały dzień, a że zaraz wybywam na nockę… Tak więc do niedzieli, o ile pozbieram się po jutrzejszym wieczorze. Within Temptation, nadchodzę! <3
OdpowiedzUsuńMiłego weekendu, moi kochani! :3