26 października 2018

Sto czterdzieści siedem

Leana
Powoli otworzyła oczy. Czuła chłód, ale ten wydawał się mało istotny, zupełnie jakby nie miał z nią żadnego związku. Za równie mało istotną kwestię uznała niewygodę, z opóźnieniem przypominając sobie, że leżała na twardej drewnianej ławce.
Podniosła się z trudem, gwałtownie podrywając do pozycji siedzącej. Z bijącym sercem powiodła wzrokiem dookoła, jednocześnie próbując zapanować nad myślami. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, tak jak i to, by uprzytomnić sobie, co takiego zrobiła. W zamyśleniu spojrzała na swoje umazane krwią dłonie, po chwili jak gdyby nigdy nic unosząc je do ust. Prawie nie poczuła smaku krwi, resztki zresztą sprawiły, że momentalnie poczuła niedosyt. Westchnęła przeciągle, nie kryjąc rozczarowania. Gdyby tylko mogła dostać więcej…
W kościele panowała głucha cisza. Leana mimowolnie pomyślała, że taka właśnie była śmierć – milcząca, spokojna i ostateczna. Wyczuwała ją w tym miejscu, ale nie bała się, czując, że właśnie tak powinno być. Sama zabiła, czując się z tym zaskakująco dobrze. Zupełnie jakby nagle coś się zmieniło, w końcu uświadamiając jej, kim była. Skoro wróciła w takiej formie, dobrze. Chyba mogła się z tym pogodzić.
Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym rzuciła się na człowieka, który nagle pojawił się w kościele. Ksiądz czy nie – do tej pory było jej wszystko jedno. Początkowo planowała odejść, ale w ostatniej chwili zawróciła, dochodząc do wniosku, że równie dobrze mogła odpocząć. Znużenie już od dłuższego czasu dawało jej się we znaki, a krew nie pomagała w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Była osłabiona – zarówno chłodem, jak i ciągłą ucieczką. Co więcej, wciąż nie doszła do siebie po tym, co zrobił jej Gabriel. W zamyśleniu potarła szyję, pod palcami nie wyczuwając nawet śladu po ugryzieniu. Mimo wszystko wciąż czuła gorycz, chociaż ta nie była aż tak intensywna jak wcześniej. Wszystko wydawało się przytłumione – zbyt mało istotne, by chciała poświęcać temu uwagę.
Trudno. Skoro tak musiało być, nie zamierzała narzekać. Liczyło się, że uciekła, teraz zaś zamierzała znaleźć się na tyle daleko, by nikt jej nie znalazł.
Zsunęła się z ławki, z lekkością podrywając na równe nogi. Potarła oczy, po czym w milczeniu rozejrzała się po opustoszałej nawie. Poczuła pieczenie w gardle, ale tym razem głód okazał się znośny. Co prawda podejrzewała, że prędzej czy później będzie musiała znaleźć sobie pożywienie, ale ta perspektywa już jej nie przerażała. Ludzie byli wcześniej, tylko należało odpowiednio się do nich zbliżyć. Wiedziała, że nie powinna zaatakować przypadkowego przechodnia w samym środku zatłoczonego miasta, ale to akurat wydawało się najmniejszym problemem. Liczyła, że w razie potrzeby, górę po raz kolejny przejmie instynkt, pozwalając jej zrobić wszystko tak, jak powinna. Może była naiwna, ale skoro do tej pory ta cudowna świadomość kroków, które powinna podjąć, po raz kolejny rozwiąże za nią wszystkie problemy.
Westchnęła cicho. W zamyśleniu zatknęła kosmyk włosów za ucho, mimochodem zauważając, że były posklejane. Nie miała pewności czy to krew, pot czy coś jeszcze innego, ale jedno pozostawało oczywiste: potrzebowała czystych rzeczy i dostępu do łazienki. Nieszczególnie przejmowała się tym, jak wyglądała, ale już i tak zbyt mocno wrzucała się w oczy. Trudno, by wszyscy wokół w nieskończoność ignorowali błąkająca się w koszuli nocnej dziewczynę, wyglądającą jak siódme nieszczęście. Z jednej strony miała wrażenie, że powinna jak najszybciej znów wyruszyć w drogę, nieważne dokąd by ją to zaprowadziło, ale z drugiej…
Już i tak spałam zbyt długo, przeszło jej przez myśl.
Nerwowo przygryzła dolną wargę niemalże do krwi. Skrzywiła się, po czym przesunęła językiem po ustach, próbując ignorować, że słodki smak w ustach wystarczył, by jej gardło na powrót zapłonęło żywym ogniem. Czuła, że ryzykuje, coraz pewniejsza tego, że balansowała gdzieś na granicy, w każdej chwili znów mogąc stracić nad sobą kontrolę. Nie chciała tego, ale nie była w stanie przewidzieć tego, jak się zachowa, gdy znów znajdzie się między ludźmi. W gruncie rzeczy nie miała żadnego planu, przez cały ten czas kierując się wyłącznie tą jedną potrzebą ucieczki. Nie mogła tutaj zostać, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w nocy. Już i tak traciła czas; choć nie miała pewności, która godzina i jak długo tak naprawdę spała, podświadomie wyczuwała, że minęło dość, by zacząć się tym martwić.
Ktoś podążał jej tropem? Nawet jeśli nie, mogła spodziewać się, że w kościele prędzej czy później pojawią się ludzie. Nie miała pojęcia, co by zrobiła, gdyby do tego doszło, zwłaszcza że jak gdyby nigdy nic spała sobie na ławce, podczas gdy kawałek dalej, na posadzce spoczywał wyssany z krwi trup.
Zadrżała mimowolnie. Nie chcę umierać. Nie znowu, jęknęła w duchu, z trudem ignorując nieprzyjemny ucisk w gardle. Zrobiło jej się niedobrze, ale za wszelką cenę usiłowała nie myśleć o narastających mdłościach. Może i myśl o tym, że nagle stała się potworem, była czymś, co cudem zdołała zaakceptować, ale to nadal nie zmieniało tego, że pragnęła żyć. Wciąż nie miała pojęcia, czego spodziewać się po miejscu, w którym wylądowała. I po czasach, które może i różniły się od tych, w których przyszło jej dorastać, ale na pewno nie pod względem akceptowalności śmierci i istnienia stworzeń mroku. Co zrobiliby ludzie, gdyby się do niej dowiedzieli? Skończyłaby na stosie czy może przebita osinowym kołkiem, który najpewniej miał prawo zadziałać, skoro w jej piersi trzepotało się serce…?
Nie.
Zacisnęła dłonie w pięści. Zamrugała kilkukrotnie, kiedy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Walczyła ze sobą i niechcianymi emocjami, za wszelką cenę próbując trzymać uczucia na wodzy. Tak było prościej, a przynajmniej takie miała wrażenie. Kiedy tak bardzo nie skupiała się na tym, co czuła, łatwiej przychodziło jej podjęcie jakiegokolwiek działania. Zupełnie jakby uczucia były słabością – czymś, co niepotrzebnie rozpraszało, zaćmiewając umysły. Nie miała pojęcia jak to działa, ale jeśli przeżycie miało wiązać z odcięciem od tego, co działo się w jej wnętrzu, była skłonna się na to zgodzić.
Świt zmieniał wszystko i przekonała się o tym, ledwo tylko skupiła uwagę na wszystkim, co działo się wokół niej. Bez pośpiechu przechadzała się po kościele, krzywiąc za każdym razem, gdy dźwięk jej kroków odbijał się echem od ścian świątyni. Obojętnie spojrzała na porzucone na posadzce ciało, po czym westchnęła przeciągle, wręcz rozczarowana. Wypiła wszystko. Możliwe, że powinna coś zostawić, by wzmocnić się teraz, ale trudno. Musiała jakoś zdobyć krew, ale tym razem zamierzała to zaplanować. Nie mogła za każdym razem liczyć na łut szczęścia, a potem rzucać się na przypadkowe osoby, tak jak to było z Castielem czy tym mężczyzną.
Blask dnia łagodnie sączył się do środka. Witraże w oknach wydawały się lśnić, bardziej kolorowe niż do tej pory, na Leanie jednak nie zrobiło to większego wrażenia. Powinna obawiać się światła słonecznego? Zawahała się, w zamyśleniu przypatrując plamie na podłodze. Wciąż trzymając się w cieniu, z wolna podeszła bliżej okna. Ucisk w gardle przybrał na sile, ale nie poczuła potrzeby, żeby rzucić się do natychmiastowej ucieczki. Pamiętała, że Renesmee nie była takim zwykłym wampirem, ale kto wiedział, jakie tak naprawdę miała ograniczenia? Gdyby jednak okazało się, że mogła chodzić również za dnia…
Poruszając się trochę jak w transie, Leana ostrożnie przysunęła się bliżej. Nie miała odwagi stanąć w kręgu światła, więc ograniczyła się do niepewnego wysunięcia przed siebie ramienia. Z bijącym serem pozwoliła, by blask padł na jej odsłoniętą skórę. Wciąż napinała mięśnie – i to tak bardzo, że aż poczuła ból. Skrzywiła się, przez ułamek sekundy mając wrażenie, że to słońce jednak paliło jej ciało, szybko jednak uprzytomniła sobie, że to nie tak. W zamian poczuła przyjemne ciepło, co prawda niewystarczające, by ją rozgrzać, ale jednak zdecydowanie nie niosące sobą śmierci.
Ze świstem wypuściła powietrze. Zaśmiała się cicho, nieco nerwowo, po czym w końcu stanęła przy oknie, unosząc twarz ku witrażowi. Niemalże wyzywająco spojrzała na podobiznę jakiegoś nienazwanego świętego, przez moment mając ochotę zniszczyć ją pierwszą rzeczą, która wpadłaby jej w ręce. Jakież to ironiczne, prawda?, pomyślała z przekąsem. Stoję tutaj po wszystkim, co zrobiłam…
Zacisnęła usta. Wciąż nic nie czuła, zwłaszcza związku z Bogiem, do którego była skłonna zwracać się jeszcze dzień wcześniej. Może to naprawdę oznaczało, że ją opuścił. Była tutaj, jakby kpiąc sobie z woli kogoś, kto z pewnością nie pochwaliłby tego, co zrobiła. Jak gdyby nigdy nic stała sobie w świątyni, którą wielu nazywało Domem Bożym, umazana krwią i bez choćby cienia wrażenia, że mogłaby robić coś złego. Skoro nie miała co liczyć na ocalenie, zdecydowanie nie zamierzała się tym przejmować. W końcu to ją porzucono, bez cienia wahania nad tym, czego pragnęła i czy w jakiś sposób przypadkiem nie uczyniono jej krzywdy.
Już nie czuła lęku. Przyjęła to z ulgą, nagle w pełni uspokojona. Zaczęła bawić się końcówkami włosów, raz po raz nawijając je na palec, byleby zająć czymś myśli. Lekko przekrzywiła głowę, wciąż uważnie przypatrując witrażowi, choć już nie poświęcała mu większej uwagi. Był jej równie obojętny, co i potrzeba przychylności kogoś, kto porzucił ją już dawno temu.
Nikogo nie potrzebowała.
Naprawdę nikogo, a jednak…
Machinalnie przycisnęła obie dłonie do piersi, dokładnie w miejscu, gdzie wciąż trzepotało się serce. To nie do końca była prawda. A może to po prostu pragnienia ciała znów dawały o sobie znać, bo jak inaczej miałaby wyjaśnić tęsknotę, która jak na zawołanie poczuła? Dawała jej się we znaki nawet wyraźniej niż wcześniej, aż Leana zaczęła się niepokoić, że to prawowita właścicielka ciała dopominała się o to, co jej się należało. Sęk w tym, że pomimo tego, że kobieta doskonale zdawała sobie sprawę z błędów, które popełniła, nie zamierzała tak po prostu się wycofać. Jasna cholera, zasłużyła na to! I nade wszystko pragnęła żyć – choćby i takim kosztem.
Jej nikt nie zapytał o zdanie, kiedy odbierano jej wszystko to, co miała – i to zanim zdążyła tak naprawdę posmakować życia.
To było okrutne, ale już o to nie dbała. Wydarzył się cud, więc zamierzała go wykorzystać, niezależnie od tego, czy faktycznie na to zasłużyła. Pragnęła desperacko trzymać się życia, które odzyskała, nie wyobrażając sobie, że miałaby tak po prostu odpuścić. Tym bardziej nie sądziła, by ktokolwiek miał prawo, by mieć do niej o to pretensje. Świat był okrutny i zdążyła się już o tym przekonać. W takim wypadku nie pozostało jej nic innego, jak tylko spróbować się do tego dostosować.
Raz jeszcze rozejrzała się dookoła, z niejasnym poczuciem, że umykało jej coś istotnego. Zmarszczyła brwi, raz jeszcze odtwarzając w pamięci wszystko to, co wydarzyło się dzień wcześniej – łącznie ze wszystkim, co zaszło między nią a Gabrielem, a później Castielem i tym księdzem. Pamiętała jak szła przed siebie, trzymając się blisko drogi i wzdrygając za każdym razem, gdy tuż obok niej przemykał ten dziwny, samoistnie poruszający się pojazd. Była w stanie nad wyraz dokładnie odtworzyć to, że w pewnym momencie coś ją przeraziło – że uciekała, w ten sposób trafiając aż do tego kościoła, aczkolwiek…
Potrząsnęła głową. Cień… Widziała cień, a przynajmniej tak jej się wydawało. W krótkim czasie przeszła tak wiele, że przywidzenia wydawały się aż nadto prawdopodobne. Zresztą teraz była tutaj, w pełni bezpieczna i żywa, a to o czymś świadczyło.
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, na powrót skupiając wyłącznie na planowaniu kolejnych kroków. Musiała się pośpieszyć, niezależnie od tego czy ktoś za nią podążał, czy może jednak nie. Skoro była w stanie poruszać się w świetle dnia, tym lepiej. To wiele ułatwiało, chociaż dalej nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić. Musiała iść, nieważne gdzie, ale to nie zmieniało faktu, że potrzebowała rzeczy. I pieniędzy. Czuła, że te prędzej czy później okażą się niezbędne. Co prawda nie wyobrażała sobie, że miałaby tak po prostu wejść do sklepu i kupić coś normalnego do jedzenia, ale i tak wolała przygotować się na każdą ewentualność. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak, by chciała ryzykować.
Skoro ty mi nie pomożesz… Pomogę sobie sama.
Obojętnym wzrokiem spojrzała na ołtarz, uśmiechając się w nieco gorzki sposób na widok krzyża. Miała wrażenie, że postacie na obrazach i witrażach spoglądały na nią karcąco, gdy bez pośpiechu ruszyła w stronę zachrystii. Nigdy nie przypuszczała, że wyląduje w kościele w takich okolicznościach, na dodatek szukając czegoś, co mogłaby z niego zabrać, ale to i tak wydawało się niczym w porównaniu do tego, że miała już na sumieniu człowieka.
Nie dając sobie czasu na dalsze wątpliwości, Leana odrzuciła od siebie niechciane myśli i skupiła wyłącznie na tym, co miała do zrobienia.

Udało jej się znaleźć łazienkę. Nie była duża, ale i tak ucieszyła się jak dziecko, odkrywając dostęp do ciepłej wody. Nie miała co liczyć na kąpiel, ale zadowoliła się obmyciem twarzy i rąk. Włosy upięła na czubku głowy, nieumiejętnie związując je kawałkiem wstążki, którą zrobiła z paska oderwanego od ręcznika kawałka materiału.
Po dłuższych poszukiwaniach znalazła również ubrania. To wyglądało jak paczki z odzieżą przeznaczoną dla biednych, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Koszulka, która wybrała, okazała się dla niej za duża, ale przynajmniej była czysta. W końcu też zrobiło jej się cieplej, co przyjęła z ulgą. W niepasujących ubraniach nadal wyglądała dziwnie, ale na pewno o wiele mniej niż w koszuli nocnej i boso. Na dobry początek tyle musiało wystarczyć, zwłaszcza że w jakim stopniu szczerze wątpiła w to, czy uda jej się znaleźć cokolwiek.
Zanim ostatecznie opuściła kościół, zdążyła jeszcze przejrzeć się w wiszącym w łazience lustrze. Wyglądała źle – nienaturalnie blada, z poplątanymi włosami i dziko błyszczącymi oczami. Zwłaszcza te ostatnie wydały się Leanie niepokojące. Były… martwe, ale przecież właśnie w ten sposób się czuła. W milczeniu wodziła wzrokiem po własnej sylwetce, wciąż nie będąc w stanie przyzwyczaić się do tego, jak wyglądała. Zupełnie jakby również lustrzane odbicie chciało ją poinformować, że robiła wszystko nie tak. „To nie jesteś ty!” – sugerowało, ale Leana z uporem ignorowała tę myśl, raz po raz powtarzając sobie, że robiła tylko to, co musiała. Skoro sprawy musiały przybrać taki obrót… trudno.
I dokąd pójdziesz, co? Nie masz nikogo…
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, dochodząc do wniosku, że dłużej nie będzie w stanie na siebie patrzeć. Bez słowa odwróciła się na pięcie, w następnej sekundzie dosłownie wypadając z łazienki. Z trudem powstrzymała się od rzucenia do biegu, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, przed czym znów próbowała uciec. Zachowywała się jak spłoszone zwierzę, wciąż miotając i z trudem powstrzymując przed biegiem. W pędzie było coś kojącego, czego nie mogła powiedzieć o konieczności trwania w bezruchu.
Brak planu coraz bardziej dawał jej się we znaki. Niechciane myśli wracały, dręcząc nawet pomimo tego, że za wszelką cenę próbowała się od nich odciąć. W głowie stworzyła wokół siebie ochronny mur, mający odciąć ją od wszystkiego, czego się obawiała, ale ten również nie działał tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Wydawał się zbyt kruchy i niedoskonały, jakby jedno silniejsze uderzenie mogło roznieść go na kawałeczki. Ale był i tego zamierzała się trzymać, z uporem szukając sposobu na odzyskanie wewnętrznej równowagi. Potrzebowała tego, jeśli nie chciała całkiem postradać zmysłów.
Oczywiście pod warunkiem, że już do tego nie doszło.
A jednak jej myśli po raz kolejny przybrały kierunek, którego nie chciała. Pomyślała o Beatrycze i to wystarczyło, by gniew zaczął mieszać się z narastająca goryczą. Jakaś jej cząstka naprawdę pragnęła wierzyć, że siostra by jej pomogła. Kto jeśli nie ona? Co więcej, Leana z łatwością mogłaby sprawić, by ta jej uwierzyła. Musiałaby po prostu się wytłumaczyć i poprosić o pomoc, a potem…
Potem co? Beatrycze już raz ją zawiodła, właśnie wtedy, gdy Leana nade wszystko jej potrzebowała. Teraz pamiętała to doskonale, tak wyraźnie, jakby po latach wyrwała się z głębokiego snu. Co więcej, naprawdę tęskniła za cudownym stanem nieświadomości, w którym trwała do tej pory. Zapatrzona w Ciemność, naprawdę wierzyła, że posłuszeństwo to wszystko, na co musiała się zdobyć. Wtedy świat wydawał się o wiele prostszy, zwłaszcza że między tu a teraz bardzo szybko stało się jedynym miejscem, w którym potrafiła się odnaleźć. Teraz nie miała niczego, zdolna co najwyżej błąkać się bez celu i szukać wybawienia, które nie nadchodziło.
Beatrycze mogła okazać jej jedyną deską ratunku, a przynajmniej tak by było, gdyby Leana wciąż pozostawała na tyle naiwna, by jej zaufać. Z tym, że przecież już nie była aż taka głupiutka. Zrozumiała, co musi zrobić – tutaj, w tym kościele, gdy pierwszy raz odebrała życie. Wtedy wszystko stało się jasne, a kobieta pojęła, że tak naprawdę od zawsze mogła liczyć wyłącznie na siebie. Siostra, która zawiodła i która murem stała po stronie tych, którzy mieli chcieć Leanę zabić, zdecydowanie nie okazałaby się pomocna.
Potrząsnęła głowa, niemalże rozczarowana. Właśnie tak by się stało – gdyby poszła do Beatrycze, podpisałaby na siebie wyrok. To była jej nowa rodzina. Nie bez powodu sprzeciwiła się samej Ciemności, odchodząc do tych, którzy byli dla niej ważni przez te wszystkie lata. To o to zawsze miała pretensje Ariadna. Trycze od zawsze trwała przy życiu, które porzuciła – przy osobach, których nawet nie miała okazji poznać. Dla ich dobra bez wątpienia poświęciłaby wiele, w tym również Leanę.
A ja nie zamierzam znowu umierać, pomyślała, jakby chcąc usprawiedliwić swoją decyzję. Samej sobie wytłumaczyć, że ucieczka pozostawała jedynym, co miała. Nie znowu. Nie z twojego powodu, siostro…
Coś w tej myśli sprawiło, że poczuła się lepiej. Robiła słusznie – dokładnie to, co musiała. Kierowała się instynktem, ale to też było dobre. Wszyscy to robili, tak jak i wszyscy pragnęli jednego: przeżycia. Tylko tyle i aż tyle, zwłaszcza dla kogoś, kto już raz zmarnował swoją szansę. Ale teraz była inna, mądrzejsza i o wiele bardziej samolubna.
Ten jeden raz mogła sobie na to pozwolić.
Zmrużyła oczy w bladym świetle poranka. Ciężkie chmury przysłoniły niebo, grożąc opadami śniegu, ale to jej nie przeszkadzało. Jak na zawołanie poczuła chłód, ale ten już aż tak bardzo nie dawał jej się we znaki. Nie miała pewności czy to za sprawą cieplejszych ubrań, czy może wraz z emocjami odcięła się również od nadmiaru bodźców, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że czuła się o wiele lepiej niż w nocy, na oślep podążając przed siebie i nawet nie zastanawiając nad tym, co robiła.
Nie było nikogo, kto mógłby ją zauważyć, kiedy bez pośpiechu ruszyła przed siebie. Świt zmieniał wszystko – dosłownie, bo okolica już nie wydawała się Leanie przerażająca. Wręcz przeciwnie: w tamtej chwili była gotowa przysiąc, że jedynym zagrożeniem, znajdującym się w promieniu kilkunastu kilometrów, była właśnie ona. Jakby tego było mało, ta myśl wydała jej się równie niepokojąca, co i – przede wszystkim – zadziwiająco kusząca.
Choć raz to nie ona musiała się bać. Poczucie choćby i złudnej władzy okazało się wręcz uzależniające.
Skupiona na sobie, nie zauważyła, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
Najmniejszej uwagi nie zwróciła na cień, który bez pośpiechu podążył za nią.

1 komentarz:

  1. Jutro bez rozdziału. Nie ma mnie cały dzień, a że zaraz wybywam na nockę… Tak więc do niedzieli, o ile pozbieram się po jutrzejszym wieczorze. Within Temptation, nadchodzę! <3
    Miłego weekendu, moi kochani! :3

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa