
Cassandra
Zaczęło się od snu. Wtedy
zobaczyła go po raz pierwszy, chociaż obserwując sylwetkę wpatrzonego w nią
mężczyzny, była gotowa przysiąc, że już wcześniej gdzieś go widziała. Sęk w tym,
że nie była w stanie przypomnieć sobie kiedy i w jakich
okolicznościach – albo raczej w ogóle nie chciała sobie na to pozwolić.
Jakimś
cudem wiedziała, że śpi, choć nie miała pojęcia skąd i czy ta świadomość
cokolwiek zmieniała. Co prawda słyszała, że senne majaki można było
kontrolować, ale nigdy nie próbowała tego robić. W tamtej chwili czuła, że
nie powinna, wręcz gotowa przysiąc, że to i tak nie ona miała wpływ na
otaczająca ją rzeczywistość. Nie mogła ot tak zignorować wpatrzonego w nią
mężczyzny, zwłaszcza z jego powodu nie będąc w stanie przyznać, że
otaczająca ją rzeczywistość nie ma żadnego znaczenia. Przebudzenie również nie
wchodziło w grę, chociaż jakaś jej Cassandry naprawdę chciała jak
najszybciej wyrwać się z letargu.
Sama nie
była pewna, co sądzić o wpatrzonej w nią istocie. Znamy się?, pomyślała i coś w uśmiechu,
który wykrzywił usta nieznajomego, momentalnie sprawiło, że dziewczynie
przyszło do głowy, że intruz jakimś cudem usłyszał jej myśli, ale prawie
natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Nie żeby nie wierzyła, że to
możliwe. Chciała co prawda przekonać samą siebie, że świat nie był aż tak
niebezpieczny jak mogłoby się wydawać, ale to nie oznaczało, że byłaby w stanie
kłamać. Nie przed samą sobą, zwłaszcza że niechciane myśli raz po raz
powracały, pragnąć ujrzeć światło dzienne.
Cassandra
zawahała się, wciąż pełna wątpliwości. Coś w uśmiechu nieznajomego wydało
jej się dość wymowną odpowiedzią na pytanie, które zadała, ale i tego nie
mogła być pewna. Zresztą w odpowiedzi doczekała się wyłącznie ciszy, co w niczym
nie pomagało. Wystarczyło, że wciąż czuła na sobie przenikliwe spojrzenie pary
lśniących w mroku oczu, nie wspominając, że wciąż nie miała pojęcia, w jaki
sposób je interpretować.
Wątpliwości
narastały, tak jak i poczucie, że umykało jej coś istotnego. Chciała się
odezwać – jakkolwiek zmusić mężczyznę do wyjaśnień, zwłaszcza że jego obecność
wydała się Cassandrze dziwna – ale nie była w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa. Mogła co najwyżej stać, bezmyślnie na niego patrzeć i próbować
uporządkować coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się całkowicie pozbawione
sensu. To, że jakimś cudem znalazła się gdzieś w gęstwinie, nagle otoczona
przez drzewa, jedynie jeszcze bardziej ją zdezorientowało. Fakt, że przez
baldachim liści, rozciągający się nad jej głowo, przebijało się światło dnia,
tym bardziej.
Serce
dziewczyny jak na zawołanie zabiło szybciej. Panika pojawiła się nagle, a do
Cassandry z opóźnieniem dotarło, że brała się na myśl o tym, że
miałaby wylądować w świetle słonecznym. Chciała trzymać się jak najdalej
od niego, nieważne jak bezsensowne by się to nie wydawało. Pragnęła tkwić w mroku,
dokładnie jak obcy mężczyzna, który z uwagą śledził każdy jej ruch.
I on o tym
wiedział.
Była tego
dziwnie pewna, zupełnie jakby ta kwestia pozostawała czymś równie oczywistym,
jak i konieczność oddychania. W zasadzie to drugie w którymś
momencie straciło na znaczeniu. Skoro śniła, równie dobrze mogła przestać to
robić, czyż nie? W to przynajmniej próbowała wierzyć, zarazem nie
potrafiąc zmusić się, by spróbować potwierdzić swoją teorię. Wiedziała za to,
że jak najszybciej powinna rzucić się do ucieczki, woląc nie zastanawiać nad
tym, w co mógł przerodzić się niechciany sen. O ile to jednak nie
działo się naprawdę.
Taka
możliwość ją przerażała. Z jednej strony zdążyła się przekonać, że blask
dnia nie był dla niej szkodliwy, ale instynkt i tak robił swoje. Cassandra
czuła się tak, jakby ktoś igrał z nią i jej zmysłami. Nie miała
pojęcia, jaki miałby w tym cel, ale tak właśnie było. Zupełnie jakby
intruz pragnął sprawdzić jej wytrzymałość i to, jak daleko mogłaby się
posunąć, żeby… Cóż, przeżyć. Przynajmniej zakładała, że w tym wszystkim
chodziło właśnie o to.
Chwilę
jeszcze obserwowała mężczyznę, licząc, że ten jednak przerwie narastająca
ciszę. Zrób coś… No odezwij się, do
cholery!, jęknęła w duchu, z trudem powstrzymując pragnienie, by
chwycić się za głowę. Miała ochotę zacząć krzyczeć; zrobić cokolwiek, byleby
nie musieć dalej trwać w milczeniu. Powstrzymało ją jedynie poczucie, że w ten
sposób co najwyżej traciła czas, aż prosząc o to, by wydarzyło się coś
złego.
Bez słowa
odwróciła się i jednak rzuciła do biegu. Poruszała się błyskawicznie, o wiele
szybciej niż powinna jako człowiek, a do tego bez choćby cienia zmęczenia.
Pędziła na oślep, raz po raz potykając na nierównościach terenu, ale przy tym
wciąż będąc w stanie utrzymać równowagę. Nawet nie próbowała rozglądać się
dookoła, aż nazbyt świadoma, że to nie tak, że ktoś próbował ją gonić. Tak
naprawdę uciekała przed czymś tak abstrakcyjnym jak słoneczny blask, choć poza
niepokojem, wcale nie czuła się źle, gdy promienie padały na jej skórę.
Chodziło przede wszystkim o narastający w jej wnętrzu strach –
zupełnie jakby ten w każdej chwili mógł się urzeczywistnić, przynosząc ze
sobą coś, czego zdecydowanie wolałaby nie doświadczyć.
Biegła, ale
z równym powodzeniem mogłaby stać w miejscu. To jedynie utwierdziło
ją w przekonaniu, że śniła. Musiała, bo jak inaczej miała wytłumaczyć to,
że mimo usilnych starań, wciąż tkwiła w dokładnie tym samym punkcie. Z drugiej
strony, być może to drzewa były do siebie zbyt podobne, przez co nie potrafiła w pełni
odnaleźć się w miejscu, w którym się znalazła, ale to w gruncie
rzeczy nie miało znaczenia. Liczyło się to, by biec – znaleźć się jak najdalej,
a jednak…
– Ciekawe,
prawda? – usłyszała tuż za plecami. Aż wzdrygnęła się, z wrażenia omal nie
wpadając na jedno z drzew, kiedy to dosłownie wyrosło tuż przed nią. W tamtej
chwili ostatecznie zwątpiła w to, czy otaczająca ją rzeczywistość miała
jakikolwiek z tym, czego mogłaby spodziewać się w realnym życiu.
Przecież była w domu… Musiała przez cały czas znajdować się właśnie tam. –
Drobna sugestia potrafi zdziałać cuda…
Nie
odpowiedziała. Nie miała pojęcia, jak powinna rozumieć te słowa, ale to tak
naprawdę nie było dla niej ważne. Skoro nawet nie wiedziała, z kim ma do
czynienia, jak w ogóle miałaby choćby brać pod uwagę, by go wysłuchać?
Jeśli kłamał…
Zacisnęła
usta. W głowie miała mętlik, choć i tak przede wszystkim dominował
strach. Była gotowa przysiąc, że skutecznie przysłaniał wszystko inne,
paraliżujący i tak intensywny, że ledwo mogła złapać oddech. Znów ruszyła
przed siebie, nie chcąc trwać w miejscu, ale podświadomie czuła, że tak
naprawdę traciła czas. Mogła miotać się na prawo i lewo, jednak nawet
wtedy nie miała być w stanie uciec przed tym, czego najbardziej się obawiała.
A czego się boję? Poranka?
Nie
wiedziała i tak naprawdę wcale nie chciała poznać odpowiedzi. Do takich
wniosków zdążyła dojść, zanim jej uwagę kolejny raz przykuł obserwujący ją
mężczyzna. Z jakiegoś powodu wciąż był tuż obok, choć sam nie przesunął
się choćby o krok. Po prostu tkwił w miejscu, z rozbawieniem
obserwując jej starania. Irytowało ją to, choć nie na tyle, by zdołała zmusić
się do tego, by przystanąć. Chociaż czuła, że niepotrzebnie traciła energię na
ucieczkę, wciąż próbowała, w duchu modląc o jakiś cholerny cud –
cokolwiek, co pozwoliłoby jej z tego szaleństwa wybrnąć.
Musiała
znaleźć bezpieczne miejsce. Albo najlepiej się obudzić, choć nie miała pojęcia w jaki
sposób. Jeśli to naprawdę był sen…
– Wiesz,
akurat sny potrafią być czasem gorsze niż rzeczywistość – zagaił pogodnym tonem
obserwujący ją mężczyzna. W tamtej chwili wyraźnie czuła, że doskonale
bawił się jej kosztem. – Coś o tym wiem. Robiło się kiedyś to i owo.
W jednej
chwili zapragnęła na niego warknąć, ale i na to nie potrafiła się zdobyć. W zamian
jęknęła, po czym zaczęła energicznie potrząsać głową, próbując jakkolwiek nad
sobą zapanować. Kolejny raz miała wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy
szaleństwa. Co więcej, tym razem przed sobą wydawała się mieć kogoś, to za to
odpowiadał. Ten mężczyzna – kimkolwiek by nie był – wydawał się mieć z tym
wszystkim jakiś związek.
Zwolniła,
nie tyle ze zmęczenia, co za sprawą narastającego z każdą kolejną sekundą
poczucia beznadziejności. Dopiero wtedy zdecydowała się spojrzeć na stojącego
wciąż w tym samym miejscu nieznajomego. Trzymał się w cieniu, co
wydało jej się dziwne, skoro sama wciąż chcąc nie chcąc tkwiła w jasności.
Układ świateł wydał się Cassandrze nienaturalny, zwłaszcza że nagle dotarło do
niej, że nie była w stanie wkroczyć w mrok. Ten wydawał się przed nią
umykać, choć podczas biegu właśnie na tym zależało jej najbardziej – na
odcięciu się od tak bardzo niepokojącej ją jasności.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, wciąż oszołomiona. Co to znaczyło? Sen niekoniecznie
musiał mieć sens, zwłaszcza że przecież nie był prawdziwy, ale coś we własnych
pragnieniach skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Uciekała przed blaskiem
dnia, w zamian pragnąć zanurzyć się w ciemnościach. Już samo to
brzmiało niedorzecznie, a przynajmniej Cassie miała wrażenie, że nie
powinna tego chcieć. Zwykle ludzie uciekali przed nocą, kojarząc ją z czymś
niepokojącym, a jednak…
Ale jak już nie jestem człowiekiem, prawda?
Nie
odpowiedziała na własne pytanie, ale to już nie miało znaczenia. Przecież
doskonale wiedziała, jaka jest prawda.
– Nie
bronię ci do mnie przyjść.
Poderwała
głowę. Rozszerzonymi oczami spojrzała na skrytą w mroku postać, w końcu
wysilając się na tyle, by zwrócić uwagę na szczegóły. Mężczyzna znów wydał się
Cassandrze znajomy, ale za żadne skarby nie potrafiła przypomnieć sobie ich
pierwszego spotkania. Wodziła wzrokiem po szczupłej, choć dobrze umięśnionej
sylwetce, po ciemnych włosach, wykrzywionych w bezczelny uśmieszek wargach
i skrzyżowanych na piersi ramionach, a jednak…
– Kim…? –
zaczęła drżącym głosem, w końcu będąc w stanie wykrztusić z siebie
chociaż słowo.
Nie
dokończyła, urywając w chwili, w której spojrzenia jej i mężczyzny
się spotkały. Było coś hipnotyzującego w parze lśniących, niemalże
czarnych oczu. Co więcej, przez ułamek sekundy Cassandra była gotowa przysiąc,
że dostrzegła w nich niepokojące czerwone błyski – takie same, które czasami
dostrzegała u siebie.
– Zobaczysz
– stwierdził ze spokojem mężczyzna. Zaśmiał się cicho, jakby rozbawiony, choć
nie miała pojęcia czym. Zupełnie jakby wiedział o czymś, czego ona co
najwyżej mogła się domyślać. – Chociaż to dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Kto
by pomyślał… – mruknął, zwracając się bardziej do siebie niż do niej.
– Nie
rozumiem.
Wzruszył
ramionami. W tamtej chwili na nią nie patrzył, w milczeniu wodząc
wzrokiem dookoła. Coś zmieniło się w wyrazie jego twarzy, kiedy spoważniał.
Myślał nad czymś intensywnie, raz po raz wodząc wzrokiem po otaczającej ich
rzeczywistości. Choć w tamtej chwili Cassandra nie miała wątpliwości, że
to dzięki niemu wylądowali w tym miejscu, mimowolnie zaczęła się
zastanawiać, czy nieznajomy miał jakąkolwiek kontrolę nad tym, czego
doświadczali. Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że mimo wszystko zaczynała
się wahać.
Zacisnęła
usta, z trudem powstrzymując się od przekleństwa. Nie miała pojęcia jak by
na to zareagował, chociaż sam fakt tego, że próbował ją ignorować, skutecznie
doprowadzał dziewczynę do szału. Nadmiar emocji, zwłaszcza tych negatywnych,
zdecydowanie jej nie służył. O tym zdecydowała się już przekonać, a jednak…
– Kim
jesteś? – zapytała wprost. Cisza zbyt mocno dawała jej się we znaki, by była w stanie
ją ignorować. – Dlaczego wydaje mi się, że cię znam? Ja…
Zamilkła,
kiedy tak po prostu odwrócił się do niej plecami. Zacisnęła dłonie w pięści,
czując, że zaczynają drżeć. Trzęsła się cała, z trudem panując nad narastającym
gniewem. Pojawił się nagle, będąc niczym gwałtowna fala gorąca, która jak na
zawołanie rozeszła się po całym jej ciele. Wystarczyła chwila, by Cassandra
znów znalazła się gdzieś na granicy wytrzymałości, w każdej chwili gotowa
zrobić coś, czego prędzej czy później jak nic przyszłoby jej żałować.
Z drugiej
strony, to mimo wszystko był sen, czyż nie? We śnie nie dało się nikogo
skrzywdzić, a jednak…
– Tak
bardzo się mylisz – usłyszała i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemię.
– Ale to temat na dłuższą dyskusję. Kiedy tak sobie o tym myślę teraz… –
Mężczyzna urwał. Chociaż wziąć był do niej zwrócony plecami, zorientowała się,
że skinął głową. – To może być dobry pomysł. O ile mnie odnajdziesz… Albo
ja ciebie – dodał, po czym zaśmiał się cicho. – Widzę, że to dość prawdopodobne.
Może mówił
coś jeszcze, ale właściwie nie słuchała. Coś przewróciło jej się w żołądku
ze zdenerwowania, ale sama nie była pewna dlaczego. Walcząc z mdłościami, z wolna
przesunęła się bliżej, wciąż z uwagą obserwując niechcianego gościa. Znów
odniosła wrażenie, że on i ciemność przed nią uciekali, sprawiając, że
czuła się tak, jakby tkwiła w miejscu, ale tym razem zdołała ten stan
rzeczy zignorować. Myślami była gdzieś daleko, skupiona wyłącznie na
świadomości, że przecież śniła. Ten mężczyzna nawet nie musiał być prawdziwy,
choć z jakiegoś powodu czuła, że jak najbardziej istniał.
– Co to
oznacza? – zapytała tak cicho, że równie dobrze mogła to sobie wyobrazić. Nawet
jeśli tylko o tym pomyślała, nieznajomy mimo wszystko usłyszał te słowa.
Już wcześniej reagował na to, co działo się w jej głowie, więc i tym
razem nie musiała obawiać się, że coś mu umknie. Co najwyżej znów mógł
spróbować ją zignorować, ale tego wolała nie brać pod uwagę. – I kim
jesteś? Proszę, ja… – zaczęła, ale zaraz urwała, nagle niepewna, co tak
naprawdę chciała mu powiedzieć.
Mętlik w głowie
wrócił, w jednej chwili dając jej się we znaki o wiele bardziej niż
do tej pory. Z trudem powstrzymała grymas, siląc się na zachowanie
neutralnego wyrazu twarzy. Próbowała nad sobą zapanować, ale emocje raz po raz
dawały się Cassandrze we znaki, tym samym sprawiając, że jednak zaczynała tracić
nad sobą kontrolę. To były małe rzeczy – a to niechciany grymas, to znów kolejne
dreszcze – a jednak coraz bardziej ją drażniły. Już od dłuższego czasu nie
panowała nad niczym, co miało z nią jakikolwiek związek.
Nie chciała
tego.
– Hm… Może
kimś, kto chętnie by ci pomógł – odezwał się ni stąd, ni z owąd
nieznajomy. Wzdrygnęła się, co najmniej zaskoczona. Zaczynała już wątpić w to,
czy w ogóle zamierzał coś powiedzieć. – Tak teraz sobie myślę…
Nie miała
okazji usłyszeć, co chciał jej powiedzieć. Nawet jeśli dokończył, jego słowa
najzwyczajniej w świecie umknęły uwadze Cassandry. Zanim zdążyła choćby
się zastanowić, wszystko wokół zafalowało, a potem zniknęło.
Wtedy się
obudziła.
– Cassie?
Wzdrygnęła
się, po czym otworzyła oczy. Potrzebowała dłuższej chwili, by skupić wzrok na
postaci, która siedziała tuż obok niej. W pierwszym odruchu się spięła,
odsuwając tak gwałtownie, że omal nie wylądowała na podłodze. Dopiero potem
uprzytomniła sobie, że nie tylko siedziała na łóżku w swoim pokoju, ale na
dodatek rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w znajdującą tuż na wyciągnięcie
ręki.
Z bijącym
sercem wyprostowała się, przy okazji w końcu rozluźniając mięśnie. Palce
dla pewności zacisnęła na kołdrze, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy i kiedy
w ogóle się przykrywała. W głowie miała pustkę, bezskutecznie
próbując uporządkować wspomnienia niespójnych obrazów, które wciąż majaczyły
gdzieś w jej pamięci. Ten mężczyzna, ucieczka przed świstem i sobą
samą, jego słowa i…
– Co…? Co
tu robisz? – zapytała cicho, przeczesując włosy palcami. Skupiła wzrok na
matce, zaniepokojona przeciągającym się milczeniem. – Obudziłaś mnie, ale…
–
Przespałaś prawie cały dzień. – Kobieta potrząsnęła głową. – I byłaś
bardzo niespokojna. Zmartwiłam się – wyjaśniła i to wystarczyło, by wzbudzić
w Cassandrze wyrzuty sumienia.
Nie
odpowiedziała, nie ufając sobie na tyle, by choćby próbować. Poruszając się
trochę jak w transie, wyprostowała się i powiodła wzrokiem dookoła,
uważnie rozglądając po pokoju. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok,
zwłaszcza że na zewnątrz zrobiło się ciemno. Co więcej, okna też były częściowo
zasłonięte, dokładnie tak jak je zostawiła, kiedy ostatnim razem była w domu.
Pamiętała, że mama już raz zwróciła jej na to uwagę, twierdząc, że przez to
sypialnia wyglądała jak ciemnica, ale to nie było dla niej ważne. Liczyło się,
że w takich warunkach czuła się choć odrobinę bezpieczniejsza.
Przełknęła z trudem,
przy okazji odkrywając, że miała całkowicie sucho w ustach. W roztargnieniu
spojrzała na matkę, czując, że ta wciąż z uwagą lustrowała ją wzrokiem.
Milczała, ale w tamtej chwili żadne słowa nie były potrzebne. Wystarczyło,
że Cassandra tak czy siak rozumiała, że kobieta się o nią martwiła, na dodatek
z w pełni uzasadnionych powodów.
– Nic mi
nie jest – zapewniła, ale jeszcze zanim sformułowała te słowa na głos,
wiedziała, że to wierutne kłamstwo. – Już w porządku. Nie musisz się
martwić.
– Jak
miałabym tego nie robić?
Nie
potrafiła odpowiedzieć. Nie była w stanie mieć nawet pretensji o to,
że mama ją obudziła. Co prawda myślami wciąż była przy tym dziwnym śnie, a przede
wszystkim mężczyźnie, którego zobaczyła, ale to nadal pozostawało tylko sennym
majakiem – wspomnieniem, które coraz bardziej zamazywało się w jej
pamięci.
Nie miało
znaczenia, kogo tak naprawdę zobaczyła. To nawet nie musiało być prawdziwe, a jednak…
– Byłam
zmęczona, to wszystko. – Cassandra wzruszyła ramionami. Próbowała zachowywać
się naturalnie, ale czuła, że marnie jej to szło. – I miałam zły sen, ale…
– Znowu?
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok. Z trudem stłumiła w sobie pragnienie, by
po raz kolejny rozwiązać sytuację przy pomocy tych dziwnych, dopiero co
odkrytych zdolności. Gdyby kazała mamie wyjść i nie zadawać pytań…
Ale nie
chciała tego robić. W ten sposób niczego nie rozwiązywała, nie wspominając
o tym, że wciąż czuła się rozbita. Ledwo była w stanie zebrać myśli, a to
mogło okazać się problematyczne. Przynajmniej w tamtej chwili nie
wyobrażała sobie, że miałaby wpłynąć na czyjąkolwiek wolę. To było niewłaściwe,
poza tym…
Teraz obchodzi cię czy to właściwe, czy nie?
Zadrżała
mimowolnie. Wszystko było nie tak, a ona wcale nie czuła się lepiej. Jakby
tego było mało, słowa matki nie dawały jej spokoju, wracając niemalże jak bumerang.
Znowu. Tak, znowu śniła – kolejny raz
koszmar – a jednak… tym razem było inaczej.
– Nic mi
nie będzie – stwierdziła, odrzucając kołdrę. Z wolna usiadła, poruszając
się najostrożniej jak tylko było to możliwe. Nie ufała sobie ani trochę, zwłaszcza
że gdzieś w środku wciąż czuła irytację przez niechciane przebudzenie. –
Chciałabym się przebrać. Możesz dać mi chwilę? – dodała, próbując jak
najdelikatniej zasugerować, że chciała jeszcze zostać sama.
– Na pewno?
Cassie… – Kobieta urwała. Zaraz po tym skinęła głową, chociaż przyszło jej to z wyraźnym
trudem. Nadal była zmartwiona. – Poczekam w kuchni. Jednak zrobię ci coś
do jedzenia, a później… Po prostu chciałabym z tobą porozmawiać –
wyjaśniła na odchodne.
Cassandra w milczeniu
odprowadziła ją wzrokiem. Odetchnęła, kiedy została w pokoju sama, ale wciąż
nie czuła się dobrze. Po nadchodzącej rozmowie również nie spodziewała się
niczego dobrego.
Wciąż czuła
się zmęczona, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby znowu zasnąć. Poruszając się
trochę jak w transie, z wolna przeszła przez pokój, próbując dostać
się do szafy. Musiała się przebrać, a później…
Nie
zarejestrowała momentu, w którym nagle się zatrzymała – w pewnej
chwili po prostu uprzytomniła sobie, że tkwi w miejscu, bezmyślnie
wpatrując w porzuconą na biurku kartkę.
Jeden z licznych
rysunków, które wyszły spod jej ręki. Ten sam, który zainteresował Renesmee, kiedy
ta po nią przyszła.
Rysunek
mężczyzny, którego Cassandra w końcu zdołała rozpoznać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz