29 października 2018

Sto czterdzieści osiem

Cassandra
Zaczęło się od snu. Wtedy zobaczyła go po raz pierwszy, chociaż obserwując sylwetkę wpatrzonego w nią mężczyzny, była gotowa przysiąc, że już wcześniej gdzieś go widziała. Sęk w tym, że nie była w stanie przypomnieć sobie kiedy i w jakich okolicznościach – albo raczej w ogóle nie chciała sobie na to pozwolić.
Jakimś cudem wiedziała, że śpi, choć nie miała pojęcia skąd i czy ta świadomość cokolwiek zmieniała. Co prawda słyszała, że senne majaki można było kontrolować, ale nigdy nie próbowała tego robić. W tamtej chwili czuła, że nie powinna, wręcz gotowa przysiąc, że to i tak nie ona miała wpływ na otaczająca ją rzeczywistość. Nie mogła ot tak zignorować wpatrzonego w nią mężczyzny, zwłaszcza z jego powodu nie będąc w stanie przyznać, że otaczająca ją rzeczywistość nie ma żadnego znaczenia. Przebudzenie również nie wchodziło w grę, chociaż jakaś jej Cassandry naprawdę chciała jak najszybciej wyrwać się z letargu.
Sama nie była pewna, co sądzić o wpatrzonej w nią istocie. Znamy się?, pomyślała i coś w uśmiechu, który wykrzywił usta nieznajomego, momentalnie sprawiło, że dziewczynie przyszło do głowy, że intruz jakimś cudem usłyszał jej myśli, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Nie żeby nie wierzyła, że to możliwe. Chciała co prawda przekonać samą siebie, że świat nie był aż tak niebezpieczny jak mogłoby się wydawać, ale to nie oznaczało, że byłaby w stanie kłamać. Nie przed samą sobą, zwłaszcza że niechciane myśli raz po raz powracały, pragnąć ujrzeć światło dzienne.
Cassandra zawahała się, wciąż pełna wątpliwości. Coś w uśmiechu nieznajomego wydało jej się dość wymowną odpowiedzią na pytanie, które zadała, ale i tego nie mogła być pewna. Zresztą w odpowiedzi doczekała się wyłącznie ciszy, co w niczym nie pomagało. Wystarczyło, że wciąż czuła na sobie przenikliwe spojrzenie pary lśniących w mroku oczu, nie wspominając, że wciąż nie miała pojęcia, w jaki sposób je interpretować.
Wątpliwości narastały, tak jak i poczucie, że umykało jej coś istotnego. Chciała się odezwać – jakkolwiek zmusić mężczyznę do wyjaśnień, zwłaszcza że jego obecność wydała się Cassandrze dziwna – ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Mogła co najwyżej stać, bezmyślnie na niego patrzeć i próbować uporządkować coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się całkowicie pozbawione sensu. To, że jakimś cudem znalazła się gdzieś w gęstwinie, nagle otoczona przez drzewa, jedynie jeszcze bardziej ją zdezorientowało. Fakt, że przez baldachim liści, rozciągający się nad jej głowo, przebijało się światło dnia, tym bardziej.
Serce dziewczyny jak na zawołanie zabiło szybciej. Panika pojawiła się nagle, a do Cassandry z opóźnieniem dotarło, że brała się na myśl o tym, że miałaby wylądować w świetle słonecznym. Chciała trzymać się jak najdalej od niego, nieważne jak bezsensowne by się to nie wydawało. Pragnęła tkwić w mroku, dokładnie jak obcy mężczyzna, który z uwagą śledził każdy jej ruch.
I on o tym wiedział.
Była tego dziwnie pewna, zupełnie jakby ta kwestia pozostawała czymś równie oczywistym, jak i konieczność oddychania. W zasadzie to drugie w którymś momencie straciło na znaczeniu. Skoro śniła, równie dobrze mogła przestać to robić, czyż nie? W to przynajmniej próbowała wierzyć, zarazem nie potrafiąc zmusić się, by spróbować potwierdzić swoją teorię. Wiedziała za to, że jak najszybciej powinna rzucić się do ucieczki, woląc nie zastanawiać nad tym, w co mógł przerodzić się niechciany sen. O ile to jednak nie działo się naprawdę.
Taka możliwość ją przerażała. Z jednej strony zdążyła się przekonać, że blask dnia nie był dla niej szkodliwy, ale instynkt i tak robił swoje. Cassandra czuła się tak, jakby ktoś igrał z nią i jej zmysłami. Nie miała pojęcia, jaki miałby w tym cel, ale tak właśnie było. Zupełnie jakby intruz pragnął sprawdzić jej wytrzymałość i to, jak daleko mogłaby się posunąć, żeby… Cóż, przeżyć. Przynajmniej zakładała, że w tym wszystkim chodziło właśnie o to.
Chwilę jeszcze obserwowała mężczyznę, licząc, że ten jednak przerwie narastająca ciszę. Zrób coś… No odezwij się, do cholery!, jęknęła w duchu, z trudem powstrzymując pragnienie, by chwycić się za głowę. Miała ochotę zacząć krzyczeć; zrobić cokolwiek, byleby nie musieć dalej trwać w milczeniu. Powstrzymało ją jedynie poczucie, że w ten sposób co najwyżej traciła czas, aż prosząc o to, by wydarzyło się coś złego.
Bez słowa odwróciła się i jednak rzuciła do biegu. Poruszała się błyskawicznie, o wiele szybciej niż powinna jako człowiek, a do tego bez choćby cienia zmęczenia. Pędziła na oślep, raz po raz potykając na nierównościach terenu, ale przy tym wciąż będąc w stanie utrzymać równowagę. Nawet nie próbowała rozglądać się dookoła, aż nazbyt świadoma, że to nie tak, że ktoś próbował ją gonić. Tak naprawdę uciekała przed czymś tak abstrakcyjnym jak słoneczny blask, choć poza niepokojem, wcale nie czuła się źle, gdy promienie padały na jej skórę. Chodziło przede wszystkim o narastający w jej wnętrzu strach – zupełnie jakby ten w każdej chwili mógł się urzeczywistnić, przynosząc ze sobą coś, czego zdecydowanie wolałaby nie doświadczyć.
Biegła, ale z równym powodzeniem mogłaby stać w miejscu. To jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że śniła. Musiała, bo jak inaczej miała wytłumaczyć to, że mimo usilnych starań, wciąż tkwiła w dokładnie tym samym punkcie. Z drugiej strony, być może to drzewa były do siebie zbyt podobne, przez co nie potrafiła w pełni odnaleźć się w miejscu, w którym się znalazła, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Liczyło się to, by biec – znaleźć się jak najdalej, a jednak…
– Ciekawe, prawda? – usłyszała tuż za plecami. Aż wzdrygnęła się, z wrażenia omal nie wpadając na jedno z drzew, kiedy to dosłownie wyrosło tuż przed nią. W tamtej chwili ostatecznie zwątpiła w to, czy otaczająca ją rzeczywistość miała jakikolwiek z tym, czego mogłaby spodziewać się w realnym życiu. Przecież była w domu… Musiała przez cały czas znajdować się właśnie tam. – Drobna sugestia potrafi zdziałać cuda…
Nie odpowiedziała. Nie miała pojęcia, jak powinna rozumieć te słowa, ale to tak naprawdę nie było dla niej ważne. Skoro nawet nie wiedziała, z kim ma do czynienia, jak w ogóle miałaby choćby brać pod uwagę, by go wysłuchać? Jeśli kłamał…
Zacisnęła usta. W głowie miała mętlik, choć i tak przede wszystkim dominował strach. Była gotowa przysiąc, że skutecznie przysłaniał wszystko inne, paraliżujący i tak intensywny, że ledwo mogła złapać oddech. Znów ruszyła przed siebie, nie chcąc trwać w miejscu, ale podświadomie czuła, że tak naprawdę traciła czas. Mogła miotać się na prawo i lewo, jednak nawet wtedy nie miała być w stanie uciec przed tym, czego najbardziej się obawiała.
A czego się boję? Poranka?
Nie wiedziała i tak naprawdę wcale nie chciała poznać odpowiedzi. Do takich wniosków zdążyła dojść, zanim jej uwagę kolejny raz przykuł obserwujący ją mężczyzna. Z jakiegoś powodu wciąż był tuż obok, choć sam nie przesunął się choćby o krok. Po prostu tkwił w miejscu, z rozbawieniem obserwując jej starania. Irytowało ją to, choć nie na tyle, by zdołała zmusić się do tego, by przystanąć. Chociaż czuła, że niepotrzebnie traciła energię na ucieczkę, wciąż próbowała, w duchu modląc o jakiś cholerny cud – cokolwiek, co pozwoliłoby jej z tego szaleństwa wybrnąć.
Musiała znaleźć bezpieczne miejsce. Albo najlepiej się obudzić, choć nie miała pojęcia w jaki sposób. Jeśli to naprawdę był sen…
– Wiesz, akurat sny potrafią być czasem gorsze niż rzeczywistość – zagaił pogodnym tonem obserwujący ją mężczyzna. W tamtej chwili wyraźnie czuła, że doskonale bawił się jej kosztem. – Coś o tym wiem. Robiło się kiedyś to i owo.
W jednej chwili zapragnęła na niego warknąć, ale i na to nie potrafiła się zdobyć. W zamian jęknęła, po czym zaczęła energicznie potrząsać głową, próbując jakkolwiek nad sobą zapanować. Kolejny raz miała wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy szaleństwa. Co więcej, tym razem przed sobą wydawała się mieć kogoś, to za to odpowiadał. Ten mężczyzna – kimkolwiek by nie był – wydawał się mieć z tym wszystkim jakiś związek.
Zwolniła, nie tyle ze zmęczenia, co za sprawą narastającego z każdą kolejną sekundą poczucia beznadziejności. Dopiero wtedy zdecydowała się spojrzeć na stojącego wciąż w tym samym miejscu nieznajomego. Trzymał się w cieniu, co wydało jej się dziwne, skoro sama wciąż chcąc nie chcąc tkwiła w jasności. Układ świateł wydał się Cassandrze nienaturalny, zwłaszcza że nagle dotarło do niej, że nie była w stanie wkroczyć w mrok. Ten wydawał się przed nią umykać, choć podczas biegu właśnie na tym zależało jej najbardziej – na odcięciu się od tak bardzo niepokojącej ją jasności.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, wciąż oszołomiona. Co to znaczyło? Sen niekoniecznie musiał mieć sens, zwłaszcza że przecież nie był prawdziwy, ale coś we własnych pragnieniach skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Uciekała przed blaskiem dnia, w zamian pragnąć zanurzyć się w ciemnościach. Już samo to brzmiało niedorzecznie, a przynajmniej Cassie miała wrażenie, że nie powinna tego chcieć. Zwykle ludzie uciekali przed nocą, kojarząc ją z czymś niepokojącym, a jednak…
Ale jak już nie jestem człowiekiem, prawda?
Nie odpowiedziała na własne pytanie, ale to już nie miało znaczenia. Przecież doskonale wiedziała, jaka jest prawda.
– Nie bronię ci do mnie przyjść.
Poderwała głowę. Rozszerzonymi oczami spojrzała na skrytą w mroku postać, w końcu wysilając się na tyle, by zwrócić uwagę na szczegóły. Mężczyzna znów wydał się Cassandrze znajomy, ale za żadne skarby nie potrafiła przypomnieć sobie ich pierwszego spotkania. Wodziła wzrokiem po szczupłej, choć dobrze umięśnionej sylwetce, po ciemnych włosach, wykrzywionych w bezczelny uśmieszek wargach i skrzyżowanych na piersi ramionach, a jednak…
– Kim…? – zaczęła drżącym głosem, w końcu będąc w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowo.
Nie dokończyła, urywając w chwili, w której spojrzenia jej i mężczyzny się spotkały. Było coś hipnotyzującego w parze lśniących, niemalże czarnych oczu. Co więcej, przez ułamek sekundy Cassandra była gotowa przysiąc, że dostrzegła w nich niepokojące czerwone błyski – takie same, które czasami dostrzegała u siebie.
– Zobaczysz – stwierdził ze spokojem mężczyzna. Zaśmiał się cicho, jakby rozbawiony, choć nie miała pojęcia czym. Zupełnie jakby wiedział o czymś, czego ona co najwyżej mogła się domyślać. – Chociaż to dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Kto by pomyślał… – mruknął, zwracając się bardziej do siebie niż do niej.
– Nie rozumiem.
Wzruszył ramionami. W tamtej chwili na nią nie patrzył, w milczeniu wodząc wzrokiem dookoła. Coś zmieniło się w wyrazie jego twarzy, kiedy spoważniał. Myślał nad czymś intensywnie, raz po raz wodząc wzrokiem po otaczającej ich rzeczywistości. Choć w tamtej chwili Cassandra nie miała wątpliwości, że to dzięki niemu wylądowali w tym miejscu, mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy nieznajomy miał jakąkolwiek kontrolę nad tym, czego doświadczali. Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że mimo wszystko zaczynała się wahać.
Zacisnęła usta, z trudem powstrzymując się od przekleństwa. Nie miała pojęcia jak by na to zareagował, chociaż sam fakt tego, że próbował ją ignorować, skutecznie doprowadzał dziewczynę do szału. Nadmiar emocji, zwłaszcza tych negatywnych, zdecydowanie jej nie służył. O tym zdecydowała się już przekonać, a jednak…
– Kim jesteś? – zapytała wprost. Cisza zbyt mocno dawała jej się we znaki, by była w stanie ją ignorować. – Dlaczego wydaje mi się, że cię znam? Ja…
Zamilkła, kiedy tak po prostu odwrócił się do niej plecami. Zacisnęła dłonie w pięści, czując, że zaczynają drżeć. Trzęsła się cała, z trudem panując nad narastającym gniewem. Pojawił się nagle, będąc niczym gwałtowna fala gorąca, która jak na zawołanie rozeszła się po całym jej ciele. Wystarczyła chwila, by Cassandra znów znalazła się gdzieś na granicy wytrzymałości, w każdej chwili gotowa zrobić coś, czego prędzej czy później jak nic przyszłoby jej żałować.
Z drugiej strony, to mimo wszystko był sen, czyż nie? We śnie nie dało się nikogo skrzywdzić, a jednak…
– Tak bardzo się mylisz – usłyszała i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemię. – Ale to temat na dłuższą dyskusję. Kiedy tak sobie o tym myślę teraz… – Mężczyzna urwał. Chociaż wziąć był do niej zwrócony plecami, zorientowała się, że skinął głową. – To może być dobry pomysł. O ile mnie odnajdziesz… Albo ja ciebie – dodał, po czym zaśmiał się cicho. – Widzę, że to dość prawdopodobne.
Może mówił coś jeszcze, ale właściwie nie słuchała. Coś przewróciło jej się w żołądku ze zdenerwowania, ale sama nie była pewna dlaczego. Walcząc z mdłościami, z wolna przesunęła się bliżej, wciąż z uwagą obserwując niechcianego gościa. Znów odniosła wrażenie, że on i ciemność przed nią uciekali, sprawiając, że czuła się tak, jakby tkwiła w miejscu, ale tym razem zdołała ten stan rzeczy zignorować. Myślami była gdzieś daleko, skupiona wyłącznie na świadomości, że przecież śniła. Ten mężczyzna nawet nie musiał być prawdziwy, choć z jakiegoś powodu czuła, że jak najbardziej istniał.
– Co to oznacza? – zapytała tak cicho, że równie dobrze mogła to sobie wyobrazić. Nawet jeśli tylko o tym pomyślała, nieznajomy mimo wszystko usłyszał te słowa. Już wcześniej reagował na to, co działo się w jej głowie, więc i tym razem nie musiała obawiać się, że coś mu umknie. Co najwyżej znów mógł spróbować ją zignorować, ale tego wolała nie brać pod uwagę. – I kim jesteś? Proszę, ja… – zaczęła, ale zaraz urwała, nagle niepewna, co tak naprawdę chciała mu powiedzieć.
Mętlik w głowie wrócił, w jednej chwili dając jej się we znaki o wiele bardziej niż do tej pory. Z trudem powstrzymała grymas, siląc się na zachowanie neutralnego wyrazu twarzy. Próbowała nad sobą zapanować, ale emocje raz po raz dawały się Cassandrze we znaki, tym samym sprawiając, że jednak zaczynała tracić nad sobą kontrolę. To były małe rzeczy – a to niechciany grymas, to znów kolejne dreszcze – a jednak coraz bardziej ją drażniły. Już od dłuższego czasu nie panowała nad niczym, co miało z nią jakikolwiek związek.
Nie chciała tego.
– Hm… Może kimś, kto chętnie by ci pomógł – odezwał się ni stąd, ni z owąd nieznajomy. Wzdrygnęła się, co najmniej zaskoczona. Zaczynała już wątpić w to, czy w ogóle zamierzał coś powiedzieć. – Tak teraz sobie myślę…
Nie miała okazji usłyszeć, co chciał jej powiedzieć. Nawet jeśli dokończył, jego słowa najzwyczajniej w świecie umknęły uwadze Cassandry. Zanim zdążyła choćby się zastanowić, wszystko wokół zafalowało, a potem zniknęło.
Wtedy się obudziła.
– Cassie?
Wzdrygnęła się, po czym otworzyła oczy. Potrzebowała dłuższej chwili, by skupić wzrok na postaci, która siedziała tuż obok niej. W pierwszym odruchu się spięła, odsuwając tak gwałtownie, że omal nie wylądowała na podłodze. Dopiero potem uprzytomniła sobie, że nie tylko siedziała na łóżku w swoim pokoju, ale na dodatek rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w znajdującą tuż na wyciągnięcie ręki.
Z bijącym sercem wyprostowała się, przy okazji w końcu rozluźniając mięśnie. Palce dla pewności zacisnęła na kołdrze, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy i kiedy w ogóle się przykrywała. W głowie miała pustkę, bezskutecznie próbując uporządkować wspomnienia niespójnych obrazów, które wciąż majaczyły gdzieś w jej pamięci. Ten mężczyzna, ucieczka przed świstem i sobą samą, jego słowa i…
– Co…? Co tu robisz? – zapytała cicho, przeczesując włosy palcami. Skupiła wzrok na matce, zaniepokojona przeciągającym się milczeniem. – Obudziłaś mnie, ale…
– Przespałaś prawie cały dzień. – Kobieta potrząsnęła głową. – I byłaś bardzo niespokojna. Zmartwiłam się – wyjaśniła i to wystarczyło, by wzbudzić w Cassandrze wyrzuty sumienia.
Nie odpowiedziała, nie ufając sobie na tyle, by choćby próbować. Poruszając się trochę jak w transie, wyprostowała się i powiodła wzrokiem dookoła, uważnie rozglądając po pokoju. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok, zwłaszcza że na zewnątrz zrobiło się ciemno. Co więcej, okna też były częściowo zasłonięte, dokładnie tak jak je zostawiła, kiedy ostatnim razem była w domu. Pamiętała, że mama już raz zwróciła jej na to uwagę, twierdząc, że przez to sypialnia wyglądała jak ciemnica, ale to nie było dla niej ważne. Liczyło się, że w takich warunkach czuła się choć odrobinę bezpieczniejsza.
Przełknęła z trudem, przy okazji odkrywając, że miała całkowicie sucho w ustach. W roztargnieniu spojrzała na matkę, czując, że ta wciąż z uwagą lustrowała ją wzrokiem. Milczała, ale w tamtej chwili żadne słowa nie były potrzebne. Wystarczyło, że Cassandra tak czy siak rozumiała, że kobieta się o nią martwiła, na dodatek z w pełni uzasadnionych powodów.
– Nic mi nie jest – zapewniła, ale jeszcze zanim sformułowała te słowa na głos, wiedziała, że to wierutne kłamstwo. – Już w porządku. Nie musisz się martwić.
– Jak miałabym tego nie robić?
Nie potrafiła odpowiedzieć. Nie była w stanie mieć nawet pretensji o to, że mama ją obudziła. Co prawda myślami wciąż była przy tym dziwnym śnie, a przede wszystkim mężczyźnie, którego zobaczyła, ale to nadal pozostawało tylko sennym majakiem – wspomnieniem, które coraz bardziej zamazywało się w jej pamięci.
Nie miało znaczenia, kogo tak naprawdę zobaczyła. To nawet nie musiało być prawdziwe, a jednak…
– Byłam zmęczona, to wszystko. – Cassandra wzruszyła ramionami. Próbowała zachowywać się naturalnie, ale czuła, że marnie jej to szło. – I miałam zły sen, ale…
– Znowu?
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Z trudem stłumiła w sobie pragnienie, by po raz kolejny rozwiązać sytuację przy pomocy tych dziwnych, dopiero co odkrytych zdolności. Gdyby kazała mamie wyjść i nie zadawać pytań…
Ale nie chciała tego robić. W ten sposób niczego nie rozwiązywała, nie wspominając o tym, że wciąż czuła się rozbita. Ledwo była w stanie zebrać myśli, a to mogło okazać się problematyczne. Przynajmniej w tamtej chwili nie wyobrażała sobie, że miałaby wpłynąć na czyjąkolwiek wolę. To było niewłaściwe, poza tym…
Teraz obchodzi cię czy to właściwe, czy nie?
Zadrżała mimowolnie. Wszystko było nie tak, a ona wcale nie czuła się lepiej. Jakby tego było mało, słowa matki nie dawały jej spokoju, wracając niemalże jak bumerang. Znowu. Tak, znowu śniła – kolejny raz koszmar – a jednak… tym razem było inaczej.
– Nic mi nie będzie – stwierdziła, odrzucając kołdrę. Z wolna usiadła, poruszając się najostrożniej jak tylko było to możliwe. Nie ufała sobie ani trochę, zwłaszcza że gdzieś w środku wciąż czuła irytację przez niechciane przebudzenie. – Chciałabym się przebrać. Możesz dać mi chwilę? – dodała, próbując jak najdelikatniej zasugerować, że chciała jeszcze zostać sama.
– Na pewno? Cassie… – Kobieta urwała. Zaraz po tym skinęła głową, chociaż przyszło jej to z wyraźnym trudem. Nadal była zmartwiona. – Poczekam w kuchni. Jednak zrobię ci coś do jedzenia, a później… Po prostu chciałabym z tobą porozmawiać – wyjaśniła na odchodne.
Cassandra w milczeniu odprowadziła ją wzrokiem. Odetchnęła, kiedy została w pokoju sama, ale wciąż nie czuła się dobrze. Po nadchodzącej rozmowie również nie spodziewała się niczego dobrego.
Wciąż czuła się zmęczona, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby znowu zasnąć. Poruszając się trochę jak w transie, z wolna przeszła przez pokój, próbując dostać się do szafy. Musiała się przebrać, a później…
Nie zarejestrowała momentu, w którym nagle się zatrzymała – w pewnej chwili po prostu uprzytomniła sobie, że tkwi w miejscu, bezmyślnie wpatrując w porzuconą na biurku kartkę.
Jeden z licznych rysunków, które wyszły spod jej ręki. Ten sam, który zainteresował Renesmee, kiedy ta po nią przyszła.
Rysunek mężczyzny, którego Cassandra w końcu zdołała rozpoznać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa