30 października 2018

Sto czterdzieści dziewięć

Cassandra
Tkwiła w miejscu, w milczeniu przypatrując pośpiesznie nakreślonym liniom. Aż za dobrze pamiętała ten rysunek, choć nie potrafiła stwierdzić kiedy i w jakich okolicznościach wyszedł spod jej ręki. Pamiętała za to, że był jednym z ostatnich jakie stworzyła w stylu, który tak doskonale znała. Był inny niż abstrakcyjne kształty, które skrobała teraz, nie poświęcając uwadze ani sposobowi, w jaki prowadziła linie, ani oddaniu rzeczywistości.
Bo przecież w tym, co widywała w snach, nie było niczego prawdziwego. Skrzywiła się w odpowiedzi na nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Ból głowy przybrał na sile, zwłaszcza gdy spróbowała wysilić się  na tyle, by przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły. Nie pomogło, a wręcz poczuła, że sytuacja powoli się pogarsza. W głowie miała mętlik, obrazy mieszały się ze sobą, a ona nie była w stanie wyciągnąć żadnych konkretnych wniosków z tego, czego doświadczała.
Co tak naprawdę zapomniała? I dlaczego? Zorientowała się już wcześniej, kiedy Renesmee pytała ją o organizację i łowców, ale do tej pory nie czuła się z tym aż tak źle. W tamtej chwili jednak do głosu doszła gorycz tak silna, że Cassandra nie była w stanie jej ignorować.
W milczeniu przesunęła palcami po rysunku. Wpatrywała się w szkic tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Nieco nieprzytomnie zamrugała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że narysowana postać dosłownie przenikała ją spojrzeniem na wskroś. To było głupie – myśl, że coś, co nawet nie było prawdziwe, mogłoby ją obserwować, a jednak…
Resztki snu wciąż majaczyły w jej umyśle. Kim jesteś? I czego ode mnie chciałeś?, pomyślała, chociaż dobrze wiedziała, że nie doczeka się odpowiedzi. Miała wrażenie, że straciła jakąkolwiek szanse na wyjaśnienia w chwili, w której się obudziła. Coś ścisnęło ją w gardle, zaraz też z irytacją pomyślała o mamie, ale nie pozwoliła sobie na zbyt długie obwinianie kobiety o to, co się wydarzyło. Nie mogła wiedzieć, nie wspominając o tym, że szukanie odpowiedzi we śnie brzmiało jak czyste szaleństwo.
Potarła oczy, próbując się rozbudzić. Wciąż czuła się słabo, mając wrażenie, że jej ciało waży tonę. Pragnęła wrócić do łóżka i spróbować zasnąć na jeszcze kilka godzin, ale na to również nie mogła sobie pozwolić. Mama już teraz się martwiła, a później miało być tylko gorzej. To, że oczekiwała rozmowy, jedynie wszystko komplikowało, sprawiając, że Cassandra zaczęła czuć się tak, jakby kroczyła po kruchym lodzie. W każdej chwili mogła popełnić błąd, a wtedy…
Wtedy co?
Na to też nie potrafiła odpowiedzieć.
Mimo wszystko nie spieszyła się z przejściem do kuchni. Krążyła po pokoju, nawet nie zastanawiając nad doborem rzeczy. Powinna się przebrać, ale to wydawało się tak przyziemnym obowiązkiem, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby poświęcić mu uwagi. Jak mogłaby, skoro zmiana ubrania w najmniejszym stopniu nie rozwiązywała najważniejszego problemu? Czegokolwiek by nie zrobiła, nadal tkwiłaby w miejscu, czekając na coś, co bez wątpienia miało nadejść, choć Cassie nadal nie potrafiła tego określić.
Przystanęła przy oknie, po chwili decydując się rozsunąć zasłony. Przekonała się, że na zewnątrz powoli robiło się ciemno, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. W głowie trochę jej się rozjaśniło, choć wciąż nie na tyle, by zdołała uporządkować nadmiar plączących się ze sobą myśli. Z drugiej strony, mimo wszystko poczuła się lepiej. Przespała cały dzień, bo była bezpieczna, a przecież o tym przez cały ten czas marzyła. Wróciła do domu w nadziei, że dzięki temu wszystko się ułoży i choć wcale nie czuła się z tym aż tak dobrze, jak mogłaby oczekiwać, wszystko wydawało się lepsze od dalszej ignorancji tamtych istot. Co więcej, skoro nikt nie próbował jej szukać, miała dobitny dowód na to, że tak naprawdę wcale ich nie ignorowała.
Odgarnęła włosy z twarz, po czym z wolna wycofała się w głąb sypialni. Zdołała się rozbudzić – choć trochę, dzięki czemu o wiele łatwiej przyszło jej skupienie się na tym, co miała do zrobienia. Myślami wciąż była przy śnie, a zwłaszcza mężczyźnie, którego najwyraźniej musiała już widzieć, skoro zdołała go narysować. Nadal nie miała żadnego pomysłu na to, co ze sobą zrobić, ale to nie było ważne. Liczyła, że może przy następnym razie uda jej się zrozumieć coś więcej, ale to musiało na razie poczekać. Mama się przejmowała, a skoro tak, najważniejsze stawało się to, by w pierwszej kolejności kobietę uspokoić. O ile to w ogóle było możliwe.
Nie zmieniało to jednak faktu, że postać mężczyzny ze snu nie dawała Cassandrze spokoju. Miała wrażenie, że ktoś kiedyś powiedział jej, że istniały istoty, które podróżowały w snach. Wampiry, telepaci i ci, którzy potrafili mieszać w cudzych umysłach. Z pewnością o tym słyszała, ale nie była w stanie stwierdzić kiedy i od kogo. Niczego nie pojmowała, wciąż mając wrażenie, że spoglądała na elementy rozrzuconej układanki przez grubą, zaparowaną szybę, bezskutecznie próbując poskładać ze sobą nawet te części, które absolutnie do siebie nie pasowały.
Możliwe, że to oznaczało, że powinna odnaleźć się tego mężczyznę. Nie to jej zasugerował? To brzmiało tak, jakby oczekiwał, że do niego przyjdzie, cokolwiek miałby się z tym wiązać. Gonitwa za nocnym majakiem wydawała się niedorzeczna, ale przecież równie niepojęte było dla niej to, kim się stała, o dziwnych zdolnościach i przemianie nie wspominając.
Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie…
Skrzywiła się w odpowiedzi na tę myśl. Potrzebowała odpowiedzi, ale do tej pory doświadczyła tak wielu rozczarowań, że już przestawała wierzyć w ich pojawienie się. Gdyby nie to, że zaufała komuś, komu nie powinna, nie wydarzyłoby się nic złego. Teraz już nawet nie miała pewności od czego się zaczęło. Od stypendium? To jedno pamiętała z pewnością, ale na tym trop się urywał. Zupełnie jakby wszystko to, co wiązało się z organizacją i szaleństwem, w które stopniowo popadała, został starannie usunięte z jej umysłu. Tak przynajmniej było do tej pory, bo myśląc o tym w tamtej chwili, Cassandra nie mogła pozbyć się wrażenia, że była bardziej świadoma niż przez ostatnie tygodnie. To było tak, jakby pojawienie się tego mężczyzny w jej śnie, a także sam fakt tego, iż zdołała go zapamiętać, wszystko zmieniały.
Potarła skronie, wciąż niespokojnie krążąc i walcząc z samą sobą. Kim on był? I dlaczego miałaby zaufać, że akurat on pozostawał tym, którego potrzebowała? Już wcześniej uznała za swoją jedyną szansę Renesmee i wcale nie skończyło się to dla niej dobrze. Wciąż miotła się na prawo i lewo, tak pełna wątpliwości, że to aż bolało.
– Cassie, wszystko w porządku?!
Zaklęła pod nosem. Musiała ugryźć się w język, by w przypływie frustracji nie odkrzyknąć czegoś, czego przyszłoby jej żałować. Kłóciła się z mamą zdecydowanie zbyt wiele razy, by pozwolić sobie na to znowu, na dodatek teraz, gdy tak bardzo chciała wrócić do domu. Była tutaj i prawie na pewno czuła się dzięki temu lepiej, więc zepsucie wszystkiego tylko dlatego, że znów chlapnęła o słowo za dużo, było ostatnim, czego tak naprawdę potrzebowała.
– Już idę! – odkrzyknęła, z trudem przymuszając się do podniesienia głosu.
Mama nie mogła wiedzieć, że teraz nawet najcichszy szept był dla niej wystarczająco słyszalny. Krzyki za to przypominały wystrzał, co przy bólu głowy jedynie wszystko utrudniało. Westchnęła, po czym chcąc nie chcąc wycofała się w stronę drzwi, nie dbając o to, że nie zdążyła się przebrać. Wciąż była we krwi, ale wierzyła, że mama zdecyduje się to przemyśleć, zwłaszcza że wcześniej Cassandra sama na niej wymogła, by to zrobiła. W razie potrzeby mogła się na to zdobyć po raz kolejny.
To nie brzmi jak najlepszy plan na świecie…, westchnęła w duchu.
Nie wyobrażała sobie rozwiązywania problemów w ten sposób, ale jeśli nie miałaby innego wyboru… Robiła to, co uważała za słuszne. Potrzebowała spokoju, poza tym próbowała chronić jedyną osobę, która była dla niej ważna. Nawet jeśli jej metody pozostawiały wiele do życzenia, wszystko wydawało się lepsze od powiedzenia prawdy. Gdyby ktokolwiek ostrzegł ją przed tym, w co się pakowała, gdy zdecydowała się przyjąć to cholerne stypendium, uciekłaby z krzykiem już kiedy Castiel…
Pierdolony Castiel.
Nerwowym gestem zacisnęła dłonie w pięści. Coś ścisnęło ją w gardle, ale spróbowała zignorować tę reakcję. Mętlik w głowie jak na zawołanie powrócił, wręcz przybierając na sile, ale to wyjątkowo było Cassandrze na rękę. O pewnych rzeczach wolała nie myśleć, woląc nie sprawdzać w jaki sposób mogłaby zareagować, gdyby coś wytrąciło ją z równowagi. W jakimś stopniu nadal nie wierzyła, że zdołałaby kogokolwiek skrzywdzić, wszelakie złe wspomnienia woląc uznawać za sen – za coś, co nie było prawdziwe i tak naprawdę nigdy nie miało miejsca.
Mama kręciła się po kuchni, skupiona na przygotowywaniu jedzenia. Cassandra skrzywiła się w odpowiedzi na zapach czegoś, czego nawet nie potrafiła zidentyfikować. Może jajka? Lubiła jajecznicę, a przynajmniej tak było kiedyś, bo w tamtej chwili sama myśl o posiłku wystarczyła, by zrobiło jej się niedobrze. Na moment zastygła w bezruchu, walcząc ze sobą i próbując powstrzymać żołądek przed wywróceniem się na drugą stronę. Ostatnim, czego potrzebowała, to na dobry początek zwymiotować krwią albo na resztę dnia utknąć przy toalecie.
– Długo cię nie było – usłyszała niepewny głos. Uniosła brwi, nie pierwszy raz mając wrażenie, że stojąca przed nią kobieta była zaniepokojona. Zupełnie jakby… bała się jej, choć to brzmiało równie niedorzecznie, co i konieczność podążania za snami. – I wciąż się nie przebrałaś. Cassie…
– Zaraz to zrobię – odparła wymijająco.
Kobieta otworzyła i zaraz zamknęła usta, w ostatniej chwili rozmyślając się przed powiedzeniem czegoś, co najwyraźniej chodziło jej po głowie. Cassandra poczuła się z tym nieswojo, zresztą jak i w chwili, w której spojrzenia jej i mamy się spotkały. Obie odwróciły wzrok w niemalże tym samym momencie, każda speszona i milcząca.
– Wyspałaś się przynajmniej? Nadal wyglądasz bardzo blado – podjęła w pośpiechu mama. Jej głos zabrzmiał dziwnie, zupełnie jakby kolejne słowa wyrzucała z siebie wyłącznie po to, żeby mówić i nie trwać w ciszy. Cassandra nie miała pewności, która perspektywa była bardziej niepokojąca. – Siadaj, proszę – odezwała się ponownie, nawet nie czekając na odpowiedź. – Zaraz dam ci coś do jedzenia i…
– Nie jestem głodna.
Po słowach Cassandry na dłuższą chwilę zapanowała cisza – i to tylko po to, by chwilę później stojąca na kuchence patelnia w zdecydowanie niedelikatny sposób została odstawiona na bok. Dziewczyna wzdrygnęła się, po czym z powątpiewaniem spojrzała na matkę. Wystarczyła zaledwie chwila, by kobieta zwróciła się w jej stronę. Dopiero wtedy Cassie zdołała zauważyć, jak bardzo matka była blada i zaniepokojona. Co więcej, przez moment wydała jej się zagniewana, choć złość wydawała się w tym wszystkim najmniej istotną kwestią.
– Dlaczego znowu mi to robisz? – zapytała wprost, nie odrywając wzroku od córki. Cassandra zawahała się, zwłaszcza gdy zauważyła, że w znajomych oczach zabłysły łzy. Świetnie, właśnie tego potrzebowała. – Wróciłaś, a teraz… Na Boga, jak ja mam ci pomóc, Cassie?
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, przez dłuższą chwilę niepewna czy wybuchnąć śmiechem, czy może popłakać z frustracji. No, tak… Mogła się tego spodziewać. Prędzej czy później musiały wrócić do tego samego scenariusza, kolejny raz zaczynając rozmowę, z której nic nie wynikało. Nie miała pewności, jak wiele razy powtarzały ten sam scenariusz – mama zadawała pytania, na które Cassandra nie chciała albo nie potrafiła odpowiedzieć. Zwłaszcza teraz coś innego prócz milczenia albo standardowego „nie wiem” nie wchodziło w grę. Nawet jeśli rozumiała więcej niż przed spotkaniem Renesmee na uczelni, sytuacja wcale nie stawała się prostsza.
Co zresztą miałaby powiedzieć? Że stypendium, które w pierwszej chwili było niczym błogosławieństwo, w rzeczywistości okazało się gwoździem do trumny? Że umierała, w każdej chwili mogąc udławić się własną krwią? „Hej, mamo, nie martw się! Tym razem przynajmniej wciąż mogłam się obudzić!”. To zdecydowanie nie brzmiało dobrze, a Cassandra nawet w przypływie największej frustracji nie byłaby w stanie zmusić się do wypowiedzenia podobnych słów. Miała przynajmniej nadzieję, że nie upadła aż tak nisko.
I właśnie dlatego milczała, tak jak i za każdym razem, gdy mama próbowała rozmawiać. Wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, udając zainteresowanie wszystkim, co tylko nie wiązało się z tematem. Wiedziała, że w ten sposób niczego nie naprawi, ale w tamtej chwili liczyło się dla niej przede wszystkim to, by kobieta przestała pytać. Po prostu odpuść, tak jak zwykle, pomyślała, kolejny raz nienawidząc się za to, w jaki sposób próbowała to wszystko rozegrać. Z drugiej strony, stare metody wciąż jawiły jej się jako bardziej właściwe niż narzucanie komukolwiek swojej woli. Nie ufała sobie na tyle, by znów próbować to zrobić.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Na sobie czuła naglące, niemalże błagalne spojrzenie matki i to wystarczyło, by ignorowanie jej stało się jeszcze trudniejsze. Mocniej zacisnęła usta, raz po raz powtarzając sobie, że postępowała słusznie. Musiała jeszcze chwilę odczekać, a potem odwrócić się na pięcie i odejść, by zapewnić sobie kilka dodatkowych godzin spokoju. Już jakiś czas temu doszły do etapu, w którym mama nie próbowała ani za nią iść, ani dalej pytać, dobrze już rozumiejąc, że w ten sposób nie wskóra niczego.
Tak było do tej pory, a jednak ten jeden raz żadne z przewidywań Cassandry się nie spełniło.
Poderwała głowę w chwili, w której wyczuła, że kobieta ruszyła się z miejsca. Otworzyła usta, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Nie zaprotestowała również, gdy mama znalazła się tuż obok niej, stanowczo chwytając ją za ramiona.
– Cassie… Cassie, proszę – jęknęła i w tamtej chwili dziewczyna już nie miała wątpliwości co do tego, że ta płakała. Przez krótką chwilę miała ochotę poprosić, by przestała i po prostu jej zaufała, ale i na to nie potrafiła się zdobyć. Nie, skoro to brzmiałoby jak kolejne kłamstwo, na dodatek wypowiedziane prosto w oczy komuś, kogo już i tak na każdym kroku raniła. – Nie mogę patrzeć, kiedy zachowujesz się w ten sposób! Zdajesz sobie sprawę ile czasu cię nie było?
– Rozmawiałyśmy już o tym – zauważyła cicho. Wypowiadanie kolejnych słów przychodziło jej z zaskakującym wręcz trudem. – Poza tym teraz tutaj jestem i nigdzie się nie wybieram, więc…
– To była rozmowa? Żartujesz sobie ze mnie? – usłyszała w odpowiedzi. Uścisk na ramionach przybrał na sile, choć Cassandra prawie tego nie zauważyła. Czuła się tak, jakby od świata oddzielała ją gruba zasłona, przez którą nie była w stanie przeniknąć i która przytępiała jej zmysły, czyniąc wszelakie bodźce o wiele trudniejszymi do interpretacji. – Odpuściłam, bo słaniałaś się na nogach. Ale teraz… – Urwała, już tylko spoglądając na córkę wyczekująco. – Cassie…
– Naprawdę nie mam ci niczego do powiedzenia.
Szczerze nienawidziła się za pobrzmiewającą w głosie obojętność, ale nic nie była w stanie na to poradzić. Chciała zakończyć te rozmowę, zanim ta stałaby się zbyt męcząca i niebezpieczna. Buntujący się żołądek nie pomagał, zresztą jak i raz po raz mieszające się myśli. Potrzebowała spokoju, ale najwyraźniej nie miała co liczyć, że zazna go przy matce. Co prawda wiedziała, że na jej miejscu również odchodziłaby od zmysłów, ale i tak nie potrafiła tego znieść.
Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś ostatecznego. Cassandra tkwiła w bezruchu, świadoma wyłącznie przeciągającego się milczenia i wciąż zaciskających się na jej ramionach dłoniach. Wyczuła, że uścisk nieznacznie zelżał, chociaż mama nadal ją trzymała.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim kobieta w końcu zabrała ręce i zdecydowała się wycofać.
– Nie mam już do ciebie siły – stwierdziła cicho. Wydawała się zmęczona, ale w tamtej chwili Cassandra nie potrafiła się tym przejąć. Nie w takim stopniu, w jakim najpewniej powinna. – Co teraz? Znowu zamkniesz się w pokoju i niczego mi nie powiesz?
– Jestem zmęczona.
Poczuła na sobie zatroskane spojrzenie.
– Przespałaś cały dzień. Próbuję zrozumieć, co się dzieje – przyznała kobieta, wciąż nie dając za wygraną. Cassie z zaskoczeniem przekonała się, że ten upór – nieważne jak zrozumiały i naturalny – naprawdę doprowadzał ją do szału. Znów zacisnęła dłonie w pięści, tym razem dla pewności chowając je za plecami. – I co później? Nie poszłaś na uczelnię. Jeśli źle się czujesz…
– Jeszcze nie wiem, co zrobić z uczelnią.
– Jak to sobie wyobrażasz? – Kobieta spojrzała na nią z niedowierzaniem. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Tak bardzo zależało ci na tych studiach. To stypendium…
– Nie chcę już żadnego stypendium – stwierdziła, nie kryjąc irytacji.
Gorycz wróciła, na moment skutecznie wytrącając Cassandrę z równowagi. Z trudem powstrzymała się przed dodaniem czegoś więcej, zwłaszcza że na usta cisnęła jej się przede wszystkim cała wiązanka przekleństw. Jakby tego było mało, szczerze wątpiła, by nawet najgorsze obelgi w pełni oddały to, co sądziła o ludziach, którzy tka bardzo ją skrzywdzili.
– Co się zmieniło? Dalej martwisz się o tego… Ryana? – drążyła mama, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Jestem pewna, że nie chciałby, żebyś tak bardzo się przejmowała. Zresztą niezależnie od tego, jak wiele ten chłopak dla ciebie znaczy, żaden związek…
– Jaki związek? – prychnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wiem już, co dzieje się z Ryanem. To nie ma z nim nic wspólnego.
Odsunęła się, w pośpiechu zwracając do matki plecami. Wciąż dziwnie roztrzęsiona, skrzyżowała ramiona na piersiach, by łatwiej ukryć drżenie. Gorycz wróciła, dając jej się we znaki równie mocno, co i narastający w jej wnętrzu gniew. Czuła, że po raz kolejny wszystko źle rozegrała, ale nie była w stanie zdobyć się na nic więcej. Kolejny raz powtarzały ten sam scenariusz, jak nic zmierzając do kłótni, Cassandra zaś nie była w stanie zrobić niczego, żeby to powstrzymać.
Była beznadziejna. Z drugiej strony, to nadal wydawało się lepszą opcją niż szukanie nieudolnych wyjaśnień albo powiedzenie prawdy. Zwłaszcza to drugie nie wchodziło w grę, niezależnie od tego, jak bardzo by tego pragnęła.
Inna sprawa, że już nic nie wiązało ją z uczelnią. Teraz, gdy miała pewność, że wszystko zaczęło się właśnie przez nią – albo raczej cudowne stypendium, które miało okazać się największym darem od losu, a koniec końców zamieniło jej życie w piekło – tym bardziej nie zamierzała tam wracać. Skoro również kwestia nieobecności Ryana w końcu się wyklarowała, już nie musiała, w końcu nie czując potrzeby, by biegać po ludziach, wypytywać i rozwieszać plakaty. Co więcej, już nie musiała obawiać się, że nagle podzieli jego los, choć być może tak byłoby najlepiej – spakować się i wyjść, by nikt więcej nie zdołał jej skrzywdzić.
Wciąż o tym myślała, bez słowa ruszając w stronę drzwi. Mama nie próbowała jej powstrzymywać, co Cassandra mimo wszystko przyjęła z ulgą. Co prawda chciała ją przeprosić, ale zdecydowała się trochę odczekać. W emocjach to nie było dobrym pomysłem, wątpiła zresztą, by jej słowa zabrzmiały choć trochę przekonująco.
Później. Po prostu… później.
A potem usłyszała za plecami niepewny głos matki i to wystarczyło, żeby ją zatrzymać.
– Ja… Dzwoniłam do twojego lekarza, wiesz? – wyszeptała, tym samym sprawiając, że Cassandra zatrzymała się, czując przy tym tak, jakby nagle zderzyła się z jakąś niewidzialną ścianą. – Castiel nie odebrał, ale…
Cokolwiek jeszcze mówiła, dziewczyna jej nie słyszała.
W zamian błyskawicznie odwróciła się, z furią w oczach spoglądając na stojącą przed nią kobietę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa