1 listopada 2018

Sto pięćdziesiąt

Cassandra
Imię Castiela podziałało na nią jak czerwona płachta na byka. To po prostu się stało, w jednej chwili przejmując kontrolę nad tym, co robiła – ten gniew, o którym sądziła, że jednak będzie w stanie go okiełznać.
Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co zadecydowało, że – błyskawicznie, niczym rozjuszona kotka – skoczyła przed siebie, w ułamku sekundy materializując tuż przed zaniepokojoną matką. Nie od razu też dotarło do niej, że poruszyła się w zdecydowanie zbyt gwałtowny sposób, szybciej niż przystałoby na człowieka. Usłyszała huk i dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że w biegu potrąciła krzesło, wywracając je na podłogę, ale to działo się jakby poza nią. Wciąż czuła się jak we śnie, kiedy wyciągnęła ręce, bezceremonialnie zaciskając je na ramionach matki, gdy zdecydowała się nią potrząsnąć.
– Do Castiela?! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jej oczy błyszczały, nienaturalnie duże i zabarwione czerwienią. – Powiedziałaś o mnie Castielowi?!
Nie była w stanie nad sobą zapanować. Gniew w ułamku sekundy wysunął się na pierwszy plan, skutecznie przysłaniając wszystko inne. Wciąż drżała, nawet nie próbując panować nad własnym ciałem, a tym bardziej kolejno wypowiadanymi słowami. To było tak, jakby ktoś wcisnął jakiś niewidzialny przycisk, który w cudowny sposób pozbawił ją wszelakich zahamowań. W ułamku sekundy cała jej uwaga skupiła się wyłącznie na Castielu i emocjach, które ten niezmiennie w niej wyzwalał. Gorycz wróciła, tym silniejsza, skoro Cassandra już rozumiała, jak wiele zmieniło się za sprawa stypendium. Gdyby nie spotkała tego mężczyzny, a później nie przyjęła jego propozycji…
Usłyszała zdławiony okrzyk i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemi. Zamrugała kilkukrotnie, przez chwilę czując tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś po głowie. Kiedy podchwyciła przerażone spojrzenie nienaturalnie rozszerzonych oczu matki, w pełni dotarło do niej, co robiła. Natychmiast odskoczyła jak oparzona, zataczając się, aż wpadła na stół. Oparła się plecami o blat, dysząc ciężko i z trudem łapiąc oddech.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Okazała się gorsza niż wszystko inne – również najtrudniejsza rozmowa, wymagająca kolejnych kłamstw i wymijających odpowiedzi. Cassandra momentalnie pożałowała tego, co zrobiła, ale już nie była w stanie niczego zmienić. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie matki, ta jednak nawet nie próbowała się do niej zbliżyć. Po prostu spoglądała na córkę, przypatrując jej tak, jakby widziały się pierwszy raz w życiu. „Kim jesteś?” – wydawało się sugerować jej spojrzenie, a przynajmniej w taki sposób odebrała je Cassie. To też sprawiła, że momentalnie poczuła się jeszcze gorzej. Do głosu po raz kolejny doszły mdłości, na tyle gwałtowne, że już nie była w stanie ich powstrzymywać.
– Cassandra!
Nie miała pewności czy faktycznie usłyszała, że matka wypowiedziała jej imię. To i tak nie miało znaczenia, zwłaszcza że w tamtej chwili jej uwaga skupiona była wyłącznie na tym, by jak najszybciej dostać się do łazienki. Zanim choćby się zastanowiła, już klęczała przy toalecie, kaszląc i próbując pozbyć się resztek zalegającej w ustach krwi.
Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej atak był tak gwałtowny. Zwykle udawało jej się w porę ewakuować i kontrolować to, co się z nią działo na tyle, by nie zwracać niepotrzebnej uwagi. Na pewno nigdy wcześniej nie widziała aż tyle krwi, nie wspominając o tym, że nie wszystko trafiło tam, gdzie powinno. Rozszerzonymi oczami spojrzała na umazane posoką dłonie, przy okazji zauważając, że ta wsiąkała również w ubranie. Czerwone ślady poznaczyły kafelki w łazience i toaletę.
Cassandra z jękiem odsunęła się, wciąż zanosząc kaszlem. Z trudem powstrzymała kolejna falę wymiotów, nie wyobrażając sobie, co mogłoby się stać, gdyby się temu poddało. Ile krwi mógł stracić człowiek? Człowiek… Wciąż jestem człowiekiem, jęknęła w duchu, próbując uczepić się tej myśli, ale ta raz po raz wydała jej się wymykać. Tak samo było z resztkami życia, które w sobie miała – umykało jej między palcami, tym samym uświadamiając, że przez większość czasu po prostu odwlekała nieuniknione. Prędzej czy później…
Nie chciała umierać.
Z jękiem chwyciła się za głowę, ignorując, że pokrwawionymi dłońmi dotykała włosów. Skupiła się, wciąż spazmatycznie chwytając oddech. Zaczęła kołysać się w przód i w tył, niczym kompletna wariatka, ale nie dbała o to. Może oszalała, ale czy to było takie złe? Liczyło się, że pragnęła żyć! Zbyt długo to ciągnęła, by na koniec się poddać. Co prawda w pamięci wciąż miała słowa Rufusa o tym, jakie tak naprawdę pozostawały jej możliwości, ale to jedynie sprawiało, że chciała się przeciwstawić. Sama myśl o wampirze, który z taką swobodą mówił o ewentualnej śmierci, doprowadzała ją do szału, podsycając wciąż towarzyszący Cassandrze gniew.
– O mój Boże, Cassie… Cassie! – usłyszała jakby z oddali. Szloch skutecznie wyrwał ją z zamyślenia, tym bardziej że momentalnie go rozpoznała. – O mój… Poczekaj. Poczekaj chwilę, ja zaraz… Boże.
Ledwo była w stanie skupić się na poszczególnych słowach. Nie miała pewności czy to przez mętlik w głowie, czy przede wszystkim przez to, że mama raz po raz urywała, chwiejąc się na nogach. Tkwiła w progu, z przerażeniem spoglądając to na córkę, to znów na ślady krwi na posadzce. Możliwe, że mówiła coś jeszcze, ale poszczególne zapewnienia i obietnice brzmiały tak nieporadnie, że równie dobrze mogłyby wcale nie paść.
Cassandra zamknęła oczy. Znów ktoś próbował przysięgać jej coś, co wcale nie musiało się wydarzyć. Chociaż po mamie mogła się tego spodziewać, a przerażenie było czymś w pełni uzasadnionym, zachowanie kobiety doprowadzało ją do szału. Nie chciała fałszywych obietnic. Nie znowu i nie po tym, jak wcześniej zawiodła się już wielokrotnie. Pragnęła, by ktoś w końcu jej pomóc, a nie powtarzał idiotyczne frazesy i załamywał ręce!
– Przestań – wychrypiała, spoglądając na kobietę przez rozstawione palce.
Właściwie nie rozpoznała swojego głosu. Był zbyt przytłumiony, drżący i niewyraźny. To równie dobrze mogłoby być nic nieznaczącym jękiem, który z trudem z siebie wyrzuciła. Tym bardziej nie zaskoczyło jej, że matka nawet nie zwróciła na nią uwagi, choć ignorancja sprawiła, że Cassandra poczuła się jeszcze bardziej sfrustrowana.
Nie powinnam się tak czuć…
A jednak emocje wciąż wymykały się jej spod kontroli, tworząc skomplikowaną, trudną do opanowania mieszankę. Logika w tamtej chwili nie wchodziła w grę. Chciała tego czy nie, nie była w stanie myśleć, a tym bardziej próbować zachowywać się właściwie. To uczucia wysunęły się na pierwszy plan – niezmącone, aż nazbyt jasne i tak intensywne, że Cassandra ledwo mogła złapać oddech.
Mdłości wróciły, tak jak i narastający już od jakiegoś czasu strach. Błagam, proszę… Nie chcę umierać, pomyślała w przypływie paniki. W duchu krzyczała, choć dobrze wiedziała, że nikt nie będzie w stanie jej usłyszeć. A jednak wciąż nawoływała, jakby w nadziei, że w jakiś cudowny sposób przywoła do siebie kogoś, kto okaże się jej wybawicielem. Boga? Zdecydowanie nie, zwłaszcza że już jakiś czas temu zwątpiła w jego istnienie. Gdyby ktoś taki był, pomógłby jej już dawno temu – już wtedy, gdy odchodziła od zmysłów, wszędzie gdzie się da rozklejając plakaty z informacją o zaginięciu Ryana i szukając odpowiedzi.
Co więcej, gdyby jakikolwiek Bóg istniał, nie byłoby jej teraz tutaj. Nie trwałaby w czystym szaleństwie, mierząc się z czymś, czego nawet nie rozumiała. Powiedziałaby raczej, że tak mogło wyglądać piekło – albo jego przedsionek, bo jakoś nie wątpiła, że może być jeszcze gorzej.
I bała się.
Towarzyszyło jej wyłącznie przerażenie, bo…
– … pogotowie – doszło ją jakby z oddali. – Zadzwonię po… pogotowie i…
Nie możesz jej na to pozwolić.
Nie zastanawiała się nad znaczeniem słów, które nagle pojawiły się w jej umyśle. Nie miało znaczenia, że w jej głowie pojawił się obcy głos – łagodny, spokojny i w pełni rzeczowy. Co więcej, Cassandra była gotowa przysiąc, że słyszała go już wcześniej, ale w tamtej chwili nie próbowała się nad tym zastanawiać.
Uczepiła się tego głosu, co najmniej jakby był jej ostatnią deską ratunku. Możliwe, że tak właśnie było – nie miała pojęcia, ale i tak zamierzała spróbować. Wrażenie było takie, jakby po wiekach trwania w ciemnościach w końcu natrafiła na przebłysk światła. Oczami wyobraźni niemalże widziała, jak podchodzi do niej ktoś, komu mogła zaufać, bierze ją za rękę i w końcu wskazuje odpowiedni kierunek.
Boże…, przeszło jej przez myśl.
Jakimś cudem w tym wszystkim wychwyciła śmiech – rozbawiony, nieco kpiący, ale jednak przyjemny dla ucha. W tamtej chwili doszła do wniosku, że jednak zwariowała, ale nawet jeśli tak się stało, nie zamierzała protestować.
Ha, czemu nie! Nigdy nie byłem niczyim bogiem, stwierdził pogodnym tonem głos. A to ciekawe…
Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Za to w końcu przestała drżeć, zapanowując nad sobą na tyle, by wyprostować się i unieść głowę. Spojrzała na stojącą tuż przed nią postać, niemalże z rozczarowaniem odkrywając, że to zdecydowanie nie był ktoś, komu mogłaby przyporządkować rozbrzmiewający w jej głowie głos. Gniewnie zmrużyła oczy, niemalże z rozczarowaniem przypatrując mamie, podczas gdy ta w pośpiechu wybierała jakiś numer, by po chwili przycisnąć telefon do ucha.
Nie mogę pozwolić…, powtórzyła w myślach Cassandra, przypominając sobie wcześniejsze słowa.
Wskazówka konkretnej osoby czy jej własna myśl – to nie było istotne. Liczyło się, że jakoś nie miała wątpliwości, iż telefon na pogotowie to ostatnie, czego potrzebowała. Ci ludzie nie mieli jej pomóc. Zwłaszcza teraz mogli co najwyżej zaszkodzić, albo szybciej doprowadzając ją do grobu, albo uznając za ciekawy obiekt do ewentualnych eksperymentów. Wystarczyło, że już wcześniej została królikiem doświadczalnym, choć rozumiała to dopiero teraz. Niezależnie od wszystkiego nie zamierzała pozwolić na więcej.
– Powiedziałam: dość! – oznajmiła, tym razem wykrzykując kolejne słowa na tyle wyraźnie, że nie dało się ich nie usłyszeć.
Sama mimowolnie skuliła się w odpowiedzi, zaskoczona gniewną nutą, pobrzmiewającą w jej głosie. Brzmiała inaczej niż zazwyczaj, prawie jak rozjuszone zwierzę, choć to zdecydowanie nie było normalne. Jakby w jednej chwili to, co do tej pory upodabniało ją do człowieka, po prostu zniknęło.
Jakby tego było mało, nawet ten mały szok nie pozwolił jej się otrząsnąć. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, błyskawicznie poderwała się na równe nogi. Wystarczyła zaledwie chwila, by wyrwała telefon z uścisku matki i cisnęła komórką przez łazienkę, roztrzaskując je o płytki. Usłyszała zdławiony okrzyk, ale tym razem nie potrafiła stwierdzić, czy wyrwał się z jej gardła, czy może należał do matki. To nie miało znaczenia, tak jak i czyste przerażenie, którego doszukała się w spojrzeniu stojącej tuż przed nią kobiety.
Czuła, że powinna się uspokoić. Jakaś jej cząstka wciąż pozostawała świadoma, zwłaszcza ewentualnego niebezpieczeństwa. Chciała nad sobą zapanować, raz po raz powtarzając sobie, że jeśli czegoś nie zrobi, wtedy będzie już tylko gorzej, a jednak…
Ale przecież nad sobą panuję. To ja… decyduję… Ja.
Z jakiegoś powodu to brzmiało jak wierutne kłamstwo.
Napięła mięśnie, dosłownie zastygając w bezruchu. Przez moment poczuła się tak, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Oddychając szybko i płytko, uniosła głowę akurat w chwili, w której mama odskoczyła od niej w popłochu, przerażona. Chociaż Cassandra nawet nie podniosła na nią ręki, to nie miało znaczenia. Nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko, zmierzając ku zakończeniu, którego jeszcze długo później nie chciała brać pod uwagę.
Przez ułamek sekundy widziała siebie w oczach matki – chorobliwie bladą, z twarzą wykrzywioną grymasem i parą lśniących dziko, intensywnie czerwonych oczu. To zwłaszcza to drugie wyryło się w jej pamięci tak wyraźnie, że nawet mrugając, nie była w stanie wyzbyć się tego obrazu. To nie jestem ja!, jęknęła w duchu, ale przecież dobrze wiedziała, że to nie było tak. Widziała siebie taką już wcześniej, za każdym razem, kiedy traciła nad sobą panowanie. Wtedy niezmiennie jakaś jej ludzka cząstka odchodziła w zapomnienie, tym samym przybliżając Cassandrę do czegoś, czego ta nawet nie potrafiła nazywać.
Tak naprawdę nie chciała.
Nie miała pewności, kiedy i dlaczego stojąca przed nią kobieta potknęła się, chwilę później lądując na podłodze. Dziewczyna spojrzała na nią z góry, wciąż oszołomiona. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć – zaprotestować albo przeprosić – ale nie była w stanie wydobyć z siebie chociażby słowa. Chwilę zajęło jej by pojąć, że nawet gdyby zaczęła się kajać, nie miałaby do kogo mówić. Mama leżała tuż przed nią, pozbawiona przytomności. Cassandra nie miała pojęcia czy zemdlała przez nadmiar emocji, czy może przy upadku, ale to nie było ważne.
– Och, nie… Nie, nie… – jęknęła, w pośpiechu osuwając się na kolana. Wyciągnęła ręce, nerwowo zaciskając palce na ramieniu kobiety. – Mamo? Mamo…
Głos nieznacznie jej zadrżał, więc zamilkła, nie będąc w stanie dodać niczego więcej. Ulżyło jej, gdy zorientowała się, że kobieta wciąż oddychała – jej pierś rytmicznie unosiła się i upadała, na tyle regularnie, by Cassie nabrała nadzieję, że nie wydarzyło się nic niepokojącego. Żyje. Ona żyje…, zaczęła powtarzać niczym mantę, czując przy tym, że do oczu napływają jej łzy. Zniecierpliwionym ruchem otarła twarz, po czym nachyliła się nad matką, próbując jakoś wygodnie ułożyć ją w swoich ramionach. Wtedy pożałowała, że zniszczyła telefon, a wcześniej pozbyła się swojego; tym razem sama czuła potrzebę, by jak najszybciej zadzwonić na pogotowie.
Próbując zapanować nad mętlikiem w głowie, spróbowała stanąć na nogi. Z obciążeniem to nie było proste, ale przy nadmiarze emocji i tak nie zwracała uwagi na to, czy przelewające się w objęciach ciało jakkolwiek jej ciążyło. Z drugiej strony, może po prostu była w stanie je unieść, tak jak i zdołała dostać się do domu, wcześniej mieszając przypadkowej osobie w głowie.
Cassandra zacisnęła usta. Może wcale nie musiała nigdzie dzwonić. Wystarczyło, by położyła mamę do łóżka i dopilnowała, by ta się ocknęła. Miała dość czasu, by posprzątać i przy okazji się uspokoić, a później… zamierzała zrzucić wszystko na omdlenie. To brzmiało sensownie, a ona potrzebowała planu. W razie czego znów mogła spróbować wspomóc się tą dziwną, niedawno odkrytą mocą, zwłaszcza że przekonanie matki do takiej wersji wydarzeń nie powinno być aż takie proste. Upadła, uderzyła się w głowę, a potem…
Właśnie wtedy to poczuła.
To było nagłe i gwałtowne, a przy tym tak niespodziewane, że Cassandra nawet gdyby chciała, nie miałaby szans zareagować. W jednej chwili próbowała się podnieść, podtrzymując przy tym ciało matki, w następnej zaś na powrót osunęła się na kolana, po chwili zamierając w bezruchu. Nieprzytomne spojrzenie wbiła w przestrzeń, przez dłuższą chwilę po prostu tkwiąc w miejscu, bez choćby cienia zastanowienia nad tym, co robiła. Nie spoglądała na nic konkretnego, zbyt zamyślona, by zdobyć się choćby i na taki wysiłek. Siedziała i patrzyła, w zamyśleniu raz po raz przeczesując palcami włosy mamy.
Uniosła dłoń, bynajmniej nie zaskoczona plamami czerwieni, które dostrzegła na palcach. Oczywiście, krew. Mogłaby rozpoznać ją zawsze i wszędzie, nieważne jak wiele razy by temu zaprzeczyła. Po tym jak zwymiotowała, widok posoki nie był dla niej zaskoczeniem, ale jej pochodzenie już tak. Wystarczyła chwila, by zorientowała się, że ta należała do mamy. Czuła ciepłą, lepką ciecz na palcach za każdym razem, gdy przeczesywała jej włosy. W tamtej chwili wszystko składało się w logiczną całość, aż nazbyt wyraźnie dając Cassandrze do zrozumienia, co się wydarzyło.
Uniosła dłoń, w zamyśleniu przypatrując pokrwawionym palcom. Miała wrażenie, że w ułamku sekundy cały świat zwolnił, ograniczając się wyłącznie do niej i tego, co zrobiła. Ale to nie ja… Nie ja, zaoponowała i przez moment naprawdę w to wierzyła. Przecież nie z jej powodu mama upadła. No i nadal pozostawała żywa, o czym świadczył wyraźnie słyszalne oddech i trzepocące się w piersi serce. To wydawało się mówić samo za siebie.
To wszystko…
Potrząsnęła głową. Jej uwaga raz po raz skupiała się na krwi, bynajmniej nie dlatego, że próbowała wymyślić, w jaki sposób ją zatamować. Klęczała na łazience, tuląc do siebie wątłe ciało i walcząc z mętlikiem w głowie. Aż za dobrze wiedziała, czego pragnęła, w gruncie rzeczy zdolna myśleć tylko o jednym. Pragnienia, których doświadczyła w drodze do domu, wróciły ze zdwojoną siłą, skutecznie wytrącając zaskoczoną Cassandrę z równowagi.
Nie…
Ale tym razem nawet nie próbowała protestować. Nie myślała jasno, niezdolna do znalezienia jakiegokolwiek powodu, żeby walczyć. Gdy na domiar złego poczuła przeszywający ból nie tylko w gardle, ale przede też całej szczęce, wszystko inne przestało mieć znaczenia. Wciąż uważnie przypatrując swoim pokrwawionym palcom, jak gdyby nigdy nic oblizała je, wzdychając przeciągle w odpowiedzi na cudownie słodki smak krwi. Była inna niż jej, o wiele przyjemniejsza i…  nader kusząca.
Niewiele zapamiętała z tego, co wydarzyło się później. Jedynie nieopisaną przyjemność, której doświadczyła, gdy najcudowniejszy istniejący smak dosłownie eksplodował w jej ustach. Wiedziała, co robić, w pełni poddając instynktowi i w końcu zaspokajając narastające przez wszystkie te dni pragnienie. To było tak, jakby po długim czasie błąkania się bez celu, w końcu odnalazła to, czego podświadomie szukała. Przez cały czas było tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki, aż w końcu zdecydowała się po to sięgnąć.
Kiedy się ocknęła, wciąż klęczała na umazanej krwią posadzce w łazience. Kołysała się w przód i w tył, jak gdyby nigdy nic tuląc do siebie mamę. Nuciła cicho, choć przez moment czując się po prostu dobrze, zwłaszcza że w ustach wciąż czuła przyjemną słodycz. Przesunęła językiem po wargach, nie chcąc przegapić choćby kropelki krwi, nieważne z jakiego powodu. Mimowolnie wzdrygnęła się przez nadmiar emocji, coraz bardziej podekscytowana. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś takiego – tak intensywnego, cudownego i przysłaniającego wszystko inne.
Emocje opadały powoli, choć nadal czuła się pobudzona. Wciąż nucąc cicho, powiodła wzrokiem dookoła. Przez chwilę nie była pewna gdzie jest i co się wydarzyło. Obojętnie spojrzała na krew na posadzce, dopiero po chwili przesuwając wzrok na postać, którą wciąż trzymała w ramionach. Wpatrywała się w znajomą, pozbawioną życia twarz tak długo, aż ta zaczęła się jej rozmazywać przed oczami. Raz jeszcze przełknęła, wzdychając cicho, kiedy nie poczuła słodyczy krwi – czegokolwiek, co choć trochę złagodziłoby ból gardła – a potem…
Wtedy do niej dotarło.
Poczuła się tak, jakby nagle wyrwano ją z głębokiego snu – i to na dodatek gwałtownie, niemalże brutalnie. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, z wrażenia omal nie wypuszczając wciąż ułożonego w jej ramionach… ciała. Potrzebowała dłuższej chwili, by uprzytomnić sobie, co zrobiła, choć nawet gdy już to pojęła, gorączkowo odsuwała od siebie tę myśl.
– Nie, nie, nie… Ja nie… To nie tak…
Ale niezależnie od tego, jak długo powtarzała te słowa, nic nie zmieniało najważniejszego – a więc tego, że jednak zabiła.
Klęczała na poznaczonych krwią kafelkach w łazience, tuląc do siebie martwe ciało kobiety, która wydała ją na świat. Tak po prostu obejmowała ją, podczas gdy chwilę wcześniej łapczywie wgryzała się w bok jej szyi. Swoją drogą, to również nie było proste, skoro nie dysponowała długimi, wampirzymi kłami, a jednak…
Jestem człowiekiem. Jestem… człowiekiem…
Ale już sama w to nie wierzyła.
W tamtej chwili zwątpiła w naprawdę wiele rzeczy, zwłaszcza gdy zamiast wpaść w histerię, odkryła, że jest w stanie co najwyżej gorączkowo szeptać i wciąż się kołysać.
– Jestem człowiekiem – wyszeptała na głos, ale również wtedy zabrzmiało to jak kłamstwo.
Cassandra zdobyła się wyłącznie na to, by spuścić głowę i zamknąć oczy.
A potem w łazience zapanowała nieprzenikniona cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa