
Cassandra
Imię Castiela podziałało na
nią jak czerwona płachta na byka. To po prostu się stało, w jednej chwili
przejmując kontrolę nad tym, co robiła – ten gniew, o którym sądziła, że
jednak będzie w stanie go okiełznać.
Nie
potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co zadecydowało, że – błyskawicznie, niczym
rozjuszona kotka – skoczyła przed siebie, w ułamku sekundy materializując tuż
przed zaniepokojoną matką. Nie od razu też dotarło do niej, że poruszyła się w zdecydowanie
zbyt gwałtowny sposób, szybciej niż przystałoby na człowieka. Usłyszała huk i dopiero
wtedy uprzytomniła sobie, że w biegu potrąciła krzesło, wywracając je na
podłogę, ale to działo się jakby poza nią. Wciąż czuła się jak we śnie, kiedy
wyciągnęła ręce, bezceremonialnie zaciskając je na ramionach matki, gdy
zdecydowała się nią potrząsnąć.
– Do
Castiela?! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jej oczy błyszczały,
nienaturalnie duże i zabarwione czerwienią. – Powiedziałaś o mnie Castielowi?!
Nie była w stanie
nad sobą zapanować. Gniew w ułamku sekundy wysunął się na pierwszy plan,
skutecznie przysłaniając wszystko inne. Wciąż drżała, nawet nie próbując
panować nad własnym ciałem, a tym bardziej kolejno wypowiadanymi słowami.
To było tak, jakby ktoś wcisnął jakiś niewidzialny przycisk, który w cudowny
sposób pozbawił ją wszelakich zahamowań. W ułamku sekundy cała jej uwaga
skupiła się wyłącznie na Castielu i emocjach, które ten niezmiennie w niej
wyzwalał. Gorycz wróciła, tym silniejsza, skoro Cassandra już rozumiała, jak
wiele zmieniło się za sprawa stypendium. Gdyby nie spotkała tego mężczyzny, a później
nie przyjęła jego propozycji…
Usłyszała
zdławiony okrzyk i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemi. Zamrugała
kilkukrotnie, przez chwilę czując tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją
czymś po głowie. Kiedy podchwyciła przerażone spojrzenie nienaturalnie
rozszerzonych oczu matki, w pełni dotarło do niej, co robiła. Natychmiast
odskoczyła jak oparzona, zataczając się, aż wpadła na stół. Oparła się plecami o blat,
dysząc ciężko i z trudem łapiąc oddech.
Cisza
dzwoniła jej w uszach. Okazała się gorsza niż wszystko inne – również najtrudniejsza
rozmowa, wymagająca kolejnych kłamstw i wymijających odpowiedzi. Cassandra
momentalnie pożałowała tego, co zrobiła, ale już nie była w stanie niczego
zmienić. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie matki, ta jednak nawet nie
próbowała się do niej zbliżyć. Po prostu spoglądała na córkę, przypatrując jej
tak, jakby widziały się pierwszy raz w życiu. „Kim jesteś?” – wydawało się
sugerować jej spojrzenie, a przynajmniej w taki sposób odebrała je Cassie.
To też sprawiła, że momentalnie poczuła się jeszcze gorzej. Do głosu po raz kolejny
doszły mdłości, na tyle gwałtowne, że już nie była w stanie ich
powstrzymywać.
– Cassandra!
Nie miała
pewności czy faktycznie usłyszała, że matka wypowiedziała jej imię. To i tak
nie miało znaczenia, zwłaszcza że w tamtej chwili jej uwaga skupiona była
wyłącznie na tym, by jak najszybciej dostać się do łazienki. Zanim choćby się zastanowiła,
już klęczała przy toalecie, kaszląc i próbując pozbyć się resztek zalegającej
w ustach krwi.
Nie
przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej atak był tak gwałtowny. Zwykle
udawało jej się w porę ewakuować i kontrolować to, co się z nią
działo na tyle, by nie zwracać niepotrzebnej uwagi. Na pewno nigdy wcześniej
nie widziała aż tyle krwi, nie wspominając o tym, że nie wszystko trafiło
tam, gdzie powinno. Rozszerzonymi oczami spojrzała na umazane posoką dłonie,
przy okazji zauważając, że ta wsiąkała również w ubranie. Czerwone ślady
poznaczyły kafelki w łazience i toaletę.
Cassandra z jękiem
odsunęła się, wciąż zanosząc kaszlem. Z trudem powstrzymała kolejna falę
wymiotów, nie wyobrażając sobie, co mogłoby się stać, gdyby się temu poddało.
Ile krwi mógł stracić człowiek? Człowiek…
Wciąż jestem człowiekiem, jęknęła w duchu, próbując uczepić się tej
myśli, ale ta raz po raz wydała jej się wymykać. Tak samo było z resztkami
życia, które w sobie miała – umykało jej między palcami, tym samym
uświadamiając, że przez większość czasu po prostu odwlekała nieuniknione.
Prędzej czy później…
Nie chciała
umierać.
Z jękiem
chwyciła się za głowę, ignorując, że pokrwawionymi dłońmi dotykała włosów.
Skupiła się, wciąż spazmatycznie chwytając oddech. Zaczęła kołysać się w przód
i w tył, niczym kompletna wariatka, ale nie dbała o to. Może oszalała,
ale czy to było takie złe? Liczyło się, że pragnęła żyć! Zbyt długo to
ciągnęła, by na koniec się poddać. Co prawda w pamięci wciąż miała słowa
Rufusa o tym, jakie tak naprawdę pozostawały jej możliwości, ale to
jedynie sprawiało, że chciała się przeciwstawić. Sama myśl o wampirze,
który z taką swobodą mówił o ewentualnej śmierci, doprowadzała ją do
szału, podsycając wciąż towarzyszący Cassandrze gniew.
– O mój
Boże, Cassie… Cassie! – usłyszała jakby z oddali. Szloch skutecznie wyrwał
ją z zamyślenia, tym bardziej że momentalnie go rozpoznała. – O mój… Poczekaj.
Poczekaj chwilę, ja zaraz… Boże.
Ledwo była w stanie
skupić się na poszczególnych słowach. Nie miała pewności czy to przez mętlik w głowie,
czy przede wszystkim przez to, że mama raz po raz urywała, chwiejąc się na
nogach. Tkwiła w progu, z przerażeniem spoglądając to na córkę, to
znów na ślady krwi na posadzce. Możliwe, że mówiła coś jeszcze, ale
poszczególne zapewnienia i obietnice brzmiały tak nieporadnie, że równie
dobrze mogłyby wcale nie paść.
Cassandra
zamknęła oczy. Znów ktoś próbował przysięgać jej coś, co wcale nie musiało się
wydarzyć. Chociaż po mamie mogła się tego spodziewać, a przerażenie było czymś
w pełni uzasadnionym, zachowanie kobiety doprowadzało ją do szału. Nie
chciała fałszywych obietnic. Nie znowu i nie po tym, jak wcześniej zawiodła
się już wielokrotnie. Pragnęła, by ktoś w końcu jej pomóc, a nie powtarzał
idiotyczne frazesy i załamywał ręce!
– Przestań –
wychrypiała, spoglądając na kobietę przez rozstawione palce.
Właściwie
nie rozpoznała swojego głosu. Był zbyt przytłumiony, drżący i niewyraźny.
To równie dobrze mogłoby być nic nieznaczącym jękiem, który z trudem z siebie
wyrzuciła. Tym bardziej nie zaskoczyło jej, że matka nawet nie zwróciła na nią
uwagi, choć ignorancja sprawiła, że Cassandra poczuła się jeszcze bardziej
sfrustrowana.
Nie powinnam się tak czuć…
A jednak
emocje wciąż wymykały się jej spod kontroli, tworząc skomplikowaną, trudną do
opanowania mieszankę. Logika w tamtej chwili nie wchodziła w grę. Chciała
tego czy nie, nie była w stanie myśleć, a tym bardziej próbować zachowywać
się właściwie. To uczucia wysunęły się na pierwszy plan – niezmącone, aż nazbyt
jasne i tak intensywne, że Cassandra ledwo mogła złapać oddech.
Mdłości
wróciły, tak jak i narastający już od jakiegoś czasu strach. Błagam, proszę… Nie chcę umierać,
pomyślała w przypływie paniki. W duchu krzyczała, choć dobrze
wiedziała, że nikt nie będzie w stanie jej usłyszeć. A jednak wciąż nawoływała,
jakby w nadziei, że w jakiś cudowny sposób przywoła do siebie kogoś,
kto okaże się jej wybawicielem. Boga? Zdecydowanie nie, zwłaszcza że już jakiś
czas temu zwątpiła w jego istnienie. Gdyby ktoś taki był, pomógłby jej już
dawno temu – już wtedy, gdy odchodziła od zmysłów, wszędzie gdzie się da rozklejając
plakaty z informacją o zaginięciu Ryana i szukając odpowiedzi.
Co więcej,
gdyby jakikolwiek Bóg istniał, nie byłoby jej teraz tutaj. Nie trwałaby w czystym
szaleństwie, mierząc się z czymś, czego nawet nie rozumiała. Powiedziałaby
raczej, że tak mogło wyglądać piekło – albo jego przedsionek, bo jakoś nie
wątpiła, że może być jeszcze gorzej.
I bała się.
Towarzyszyło
jej wyłącznie przerażenie, bo…
– …
pogotowie – doszło ją jakby z oddali. – Zadzwonię po… pogotowie i…
Nie możesz jej na to pozwolić.
Nie
zastanawiała się nad znaczeniem słów, które nagle pojawiły się w jej umyśle.
Nie miało znaczenia, że w jej głowie pojawił się obcy głos – łagodny,
spokojny i w pełni rzeczowy. Co więcej, Cassandra była gotowa
przysiąc, że słyszała go już wcześniej, ale w tamtej chwili nie próbowała
się nad tym zastanawiać.
Uczepiła
się tego głosu, co najmniej jakby był jej ostatnią deską ratunku. Możliwe, że
tak właśnie było – nie miała pojęcia, ale i tak zamierzała spróbować.
Wrażenie było takie, jakby po wiekach trwania w ciemnościach w końcu
natrafiła na przebłysk światła. Oczami wyobraźni niemalże widziała, jak podchodzi
do niej ktoś, komu mogła zaufać, bierze ją za rękę i w końcu wskazuje
odpowiedni kierunek.
Boże…, przeszło jej przez myśl.
Jakimś
cudem w tym wszystkim wychwyciła śmiech – rozbawiony, nieco kpiący, ale
jednak przyjemny dla ucha. W tamtej chwili doszła do wniosku, że jednak
zwariowała, ale nawet jeśli tak się stało, nie zamierzała protestować.
Ha, czemu nie! Nigdy nie byłem niczyim bogiem,
stwierdził pogodnym tonem głos. A to ciekawe…
Nie była w stanie
mu odpowiedzieć. Za to w końcu przestała drżeć, zapanowując nad sobą na
tyle, by wyprostować się i unieść głowę. Spojrzała na stojącą tuż przed
nią postać, niemalże z rozczarowaniem odkrywając, że to zdecydowanie nie
był ktoś, komu mogłaby przyporządkować rozbrzmiewający w jej głowie głos.
Gniewnie zmrużyła oczy, niemalże z rozczarowaniem przypatrując mamie, podczas
gdy ta w pośpiechu wybierała jakiś numer, by po chwili przycisnąć telefon
do ucha.
Nie mogę pozwolić…, powtórzyła w myślach
Cassandra, przypominając sobie wcześniejsze słowa.
Wskazówka
konkretnej osoby czy jej własna myśl – to nie było istotne. Liczyło się, że
jakoś nie miała wątpliwości, iż telefon na pogotowie to ostatnie, czego
potrzebowała. Ci ludzie nie mieli jej pomóc. Zwłaszcza teraz mogli co najwyżej
zaszkodzić, albo szybciej doprowadzając ją do grobu, albo uznając za ciekawy
obiekt do ewentualnych eksperymentów. Wystarczyło, że już wcześniej została
królikiem doświadczalnym, choć rozumiała to dopiero teraz. Niezależnie od
wszystkiego nie zamierzała pozwolić na więcej.
–
Powiedziałam: dość! – oznajmiła, tym razem wykrzykując kolejne słowa na tyle
wyraźnie, że nie dało się ich nie usłyszeć.
Sama
mimowolnie skuliła się w odpowiedzi, zaskoczona gniewną nutą, pobrzmiewającą
w jej głosie. Brzmiała inaczej niż zazwyczaj, prawie jak rozjuszone zwierzę,
choć to zdecydowanie nie było normalne. Jakby w jednej chwili to, co do
tej pory upodabniało ją do człowieka, po prostu zniknęło.
Jakby tego
było mało, nawet ten mały szok nie pozwolił jej się otrząsnąć. Zanim zdążyła zastanowić
się nad tym, co robi, błyskawicznie poderwała się na równe nogi. Wystarczyła zaledwie
chwila, by wyrwała telefon z uścisku matki i cisnęła komórką przez łazienkę,
roztrzaskując je o płytki. Usłyszała zdławiony okrzyk, ale tym razem nie
potrafiła stwierdzić, czy wyrwał się z jej gardła, czy może należał do matki.
To nie miało znaczenia, tak jak i czyste przerażenie, którego doszukała
się w spojrzeniu stojącej tuż przed nią kobiety.
Czuła, że
powinna się uspokoić. Jakaś jej cząstka wciąż pozostawała świadoma, zwłaszcza ewentualnego
niebezpieczeństwa. Chciała nad sobą zapanować, raz po raz powtarzając sobie, że
jeśli czegoś nie zrobi, wtedy będzie już tylko gorzej, a jednak…
Ale przecież nad sobą panuję. To ja…
decyduję… Ja.
Z jakiegoś powodu
to brzmiało jak wierutne kłamstwo.
Napięła
mięśnie, dosłownie zastygając w bezruchu. Przez moment poczuła się tak,
jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Oddychając szybko i płytko,
uniosła głowę akurat w chwili, w której mama odskoczyła od niej w popłochu,
przerażona. Chociaż Cassandra nawet nie podniosła na nią ręki, to nie miało
znaczenia. Nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko, zmierzając ku
zakończeniu, którego jeszcze długo później nie chciała brać pod uwagę.
Przez ułamek
sekundy widziała siebie w oczach matki – chorobliwie bladą, z twarzą
wykrzywioną grymasem i parą lśniących dziko, intensywnie czerwonych oczu.
To zwłaszcza to drugie wyryło się w jej pamięci tak wyraźnie, że nawet
mrugając, nie była w stanie wyzbyć się tego obrazu. To nie jestem ja!, jęknęła w duchu, ale przecież dobrze
wiedziała, że to nie było tak. Widziała siebie taką już wcześniej, za każdym
razem, kiedy traciła nad sobą panowanie. Wtedy niezmiennie jakaś jej ludzka
cząstka odchodziła w zapomnienie, tym samym przybliżając Cassandrę do
czegoś, czego ta nawet nie potrafiła nazywać.
Tak
naprawdę nie chciała.
Nie miała
pewności, kiedy i dlaczego stojąca przed nią kobieta potknęła się, chwilę
później lądując na podłodze. Dziewczyna spojrzała na nią z góry, wciąż
oszołomiona. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć – zaprotestować albo
przeprosić – ale nie była w stanie wydobyć z siebie chociażby słowa.
Chwilę zajęło jej by pojąć, że nawet gdyby zaczęła się kajać, nie miałaby do
kogo mówić. Mama leżała tuż przed nią, pozbawiona przytomności. Cassandra nie
miała pojęcia czy zemdlała przez nadmiar emocji, czy może przy upadku, ale to
nie było ważne.
– Och, nie…
Nie, nie… – jęknęła, w pośpiechu osuwając się na kolana. Wyciągnęła ręce, nerwowo
zaciskając palce na ramieniu kobiety. – Mamo? Mamo…
Głos
nieznacznie jej zadrżał, więc zamilkła, nie będąc w stanie dodać niczego
więcej. Ulżyło jej, gdy zorientowała się, że kobieta wciąż oddychała – jej
pierś rytmicznie unosiła się i upadała, na tyle regularnie, by Cassie
nabrała nadzieję, że nie wydarzyło się nic niepokojącego. Żyje. Ona żyje…, zaczęła powtarzać niczym mantę, czując przy tym,
że do oczu napływają jej łzy. Zniecierpliwionym ruchem otarła twarz, po czym
nachyliła się nad matką, próbując jakoś wygodnie ułożyć ją w swoich
ramionach. Wtedy pożałowała, że zniszczyła telefon, a wcześniej pozbyła
się swojego; tym razem sama czuła potrzebę, by jak najszybciej zadzwonić na
pogotowie.
Próbując zapanować
nad mętlikiem w głowie, spróbowała stanąć na nogi. Z obciążeniem to
nie było proste, ale przy nadmiarze emocji i tak nie zwracała uwagi na to,
czy przelewające się w objęciach ciało jakkolwiek jej ciążyło. Z drugiej
strony, może po prostu była w stanie je unieść, tak jak i zdołała
dostać się do domu, wcześniej mieszając przypadkowej osobie w głowie.
Cassandra zacisnęła
usta. Może wcale nie musiała nigdzie dzwonić. Wystarczyło, by położyła mamę do
łóżka i dopilnowała, by ta się ocknęła. Miała dość czasu, by posprzątać i przy
okazji się uspokoić, a później… zamierzała zrzucić wszystko na omdlenie.
To brzmiało sensownie, a ona potrzebowała planu. W razie czego znów
mogła spróbować wspomóc się tą dziwną, niedawno odkrytą mocą, zwłaszcza że
przekonanie matki do takiej wersji wydarzeń nie powinno być aż takie proste.
Upadła, uderzyła się w głowę, a potem…
Właśnie
wtedy to poczuła.
To było
nagłe i gwałtowne, a przy tym tak niespodziewane, że Cassandra nawet
gdyby chciała, nie miałaby szans zareagować. W jednej chwili próbowała się
podnieść, podtrzymując przy tym ciało matki, w następnej zaś na powrót
osunęła się na kolana, po chwili zamierając w bezruchu. Nieprzytomne
spojrzenie wbiła w przestrzeń, przez dłuższą chwilę po prostu tkwiąc w miejscu,
bez choćby cienia zastanowienia nad tym, co robiła. Nie spoglądała na nic
konkretnego, zbyt zamyślona, by zdobyć się choćby i na taki wysiłek.
Siedziała i patrzyła, w zamyśleniu raz po raz przeczesując palcami
włosy mamy.
Uniosła
dłoń, bynajmniej nie zaskoczona plamami czerwieni, które dostrzegła na palcach.
Oczywiście, krew. Mogłaby rozpoznać ją zawsze i wszędzie, nieważne jak
wiele razy by temu zaprzeczyła. Po tym jak zwymiotowała, widok posoki nie był
dla niej zaskoczeniem, ale jej pochodzenie już tak. Wystarczyła chwila, by
zorientowała się, że ta należała do mamy. Czuła ciepłą, lepką ciecz na palcach
za każdym razem, gdy przeczesywała jej włosy. W tamtej chwili wszystko
składało się w logiczną całość, aż nazbyt wyraźnie dając Cassandrze do
zrozumienia, co się wydarzyło.
Uniosła
dłoń, w zamyśleniu przypatrując pokrwawionym palcom. Miała wrażenie, że w ułamku
sekundy cały świat zwolnił, ograniczając się wyłącznie do niej i tego, co zrobiła.
Ale to nie ja… Nie ja, zaoponowała i przez
moment naprawdę w to wierzyła. Przecież nie z jej powodu mama upadła.
No i nadal pozostawała żywa, o czym świadczył wyraźnie słyszalne oddech
i trzepocące się w piersi serce. To wydawało się mówić samo za
siebie.
To wszystko…
Potrząsnęła
głową. Jej uwaga raz po raz skupiała się na krwi, bynajmniej nie dlatego, że
próbowała wymyślić, w jaki sposób ją zatamować. Klęczała na łazience,
tuląc do siebie wątłe ciało i walcząc z mętlikiem w głowie. Aż za
dobrze wiedziała, czego pragnęła, w gruncie rzeczy zdolna myśleć tylko o jednym.
Pragnienia, których doświadczyła w drodze do domu, wróciły ze zdwojoną siłą,
skutecznie wytrącając zaskoczoną Cassandrę z równowagi.
Nie…
Ale tym
razem nawet nie próbowała protestować. Nie myślała jasno, niezdolna do
znalezienia jakiegokolwiek powodu, żeby walczyć. Gdy na domiar złego poczuła
przeszywający ból nie tylko w gardle, ale przede też całej szczęce,
wszystko inne przestało mieć znaczenia. Wciąż uważnie przypatrując swoim pokrwawionym
palcom, jak gdyby nigdy nic oblizała je, wzdychając przeciągle w odpowiedzi
na cudownie słodki smak krwi. Była inna niż jej, o wiele przyjemniejsza
i… nader kusząca.
Niewiele
zapamiętała z tego, co wydarzyło się później. Jedynie nieopisaną
przyjemność, której doświadczyła, gdy najcudowniejszy istniejący smak dosłownie
eksplodował w jej ustach. Wiedziała, co robić, w pełni poddając
instynktowi i w końcu zaspokajając narastające przez wszystkie te dni
pragnienie. To było tak, jakby po długim czasie błąkania się bez celu, w końcu
odnalazła to, czego podświadomie szukała. Przez cały czas było tuż obok,
dosłownie na wyciągnięcie ręki, aż w końcu zdecydowała się po to sięgnąć.
Kiedy się ocknęła,
wciąż klęczała na umazanej krwią posadzce w łazience. Kołysała się w przód
i w tył, jak gdyby nigdy nic tuląc do siebie mamę. Nuciła cicho, choć
przez moment czując się po prostu dobrze, zwłaszcza że w ustach wciąż
czuła przyjemną słodycz. Przesunęła językiem po wargach, nie chcąc przegapić
choćby kropelki krwi, nieważne z jakiego powodu. Mimowolnie wzdrygnęła się
przez nadmiar emocji, coraz bardziej podekscytowana. Nie przypominała sobie,
kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś takiego – tak intensywnego, cudownego i przysłaniającego
wszystko inne.
Emocje opadały
powoli, choć nadal czuła się pobudzona. Wciąż nucąc cicho, powiodła wzrokiem
dookoła. Przez chwilę nie była pewna gdzie jest i co się wydarzyło.
Obojętnie spojrzała na krew na posadzce, dopiero po chwili przesuwając wzrok na
postać, którą wciąż trzymała w ramionach. Wpatrywała się w znajomą,
pozbawioną życia twarz tak długo, aż ta zaczęła się jej rozmazywać przed
oczami. Raz jeszcze przełknęła, wzdychając cicho, kiedy nie poczuła słodyczy
krwi – czegokolwiek, co choć trochę złagodziłoby ból gardła – a potem…
Wtedy do
niej dotarło.
Poczuła się
tak, jakby nagle wyrwano ją z głębokiego snu – i to na dodatek gwałtownie,
niemalże brutalnie. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, z wrażenia
omal nie wypuszczając wciąż ułożonego w jej ramionach… ciała. Potrzebowała
dłuższej chwili, by uprzytomnić sobie, co zrobiła, choć nawet gdy już to
pojęła, gorączkowo odsuwała od siebie tę myśl.
– Nie, nie,
nie… Ja nie… To nie tak…
Ale
niezależnie od tego, jak długo powtarzała te słowa, nic nie zmieniało
najważniejszego – a więc tego, że jednak zabiła.
Klęczała na
poznaczonych krwią kafelkach w łazience, tuląc do siebie martwe ciało
kobiety, która wydała ją na świat. Tak po prostu obejmowała ją, podczas gdy
chwilę wcześniej łapczywie wgryzała się w bok jej szyi. Swoją drogą, to
również nie było proste, skoro nie dysponowała długimi, wampirzymi kłami, a jednak…
Jestem człowiekiem. Jestem… człowiekiem…
Ale już
sama w to nie wierzyła.
W tamtej
chwili zwątpiła w naprawdę wiele rzeczy, zwłaszcza gdy zamiast wpaść w histerię,
odkryła, że jest w stanie co najwyżej gorączkowo szeptać i wciąż się
kołysać.
– Jestem
człowiekiem – wyszeptała na głos, ale również wtedy zabrzmiało to jak kłamstwo.
Cassandra
zdobyła się wyłącznie na to, by spuścić głowę i zamknąć oczy.
A potem w łazience
zapanowała nieprzenikniona cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz