
Cassandra
To mogło trwać sekundy, minuty
albo całe godziny. Tkwiła w miejscu, kołysząc się w przód i w
tył, choć to z czasem zaczęło być monotonne. Ten ruch sprawił zresztą, że
Cassandra poczuła się senna, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby zasnąć. Zresztą
jak miałaby tego dokonać, skoro najpewniej śniła? Nie wierzyła w incepcję,
choć z drugiej strony, być może musiała zacząć. Przynajmniej miała
wrażenie, że to nie byłoby dziwniejsze od wszystkiego innego, czego doświadczyła
w ostatnim czasie.
Cisza miała
w sobie coś ostatecznego. Wydawała się napierać ze wszystkich stron,
nienaturalna nawet pomimo tego, że wyraźnie słyszała trzepocące się w jej
własnej piersi serce. Tylko jedno, choć o tym wolała nie myśleć, podświadomie
wciąż odrzucała od siebie myśl, że gdzieś na wyciągnięcie ręki znajdowało się
kolejne – tyle że to zatrzymało się na wieki.
Nie zastanawiała
się nad tym, co zrobiła. W gruncie rzeczy robiła wszystko, byleby odsunąć
od siebie wszelakie niechciane, zbyt niepokojące myśli. Z uporem odpychała
je, co może i nie miało sensu, ale nie była w stanie zachować się
inaczej. Nie czuła niczego, tak pusta, jak tylko było to możliwe. Po prostu
klęczała, kołysała się i traciła czas, nie będąc w stanie podjąć żadnej
konkretnej decyzji. Zresztą nawet gdyby wstała, co miałaby zrobić albo gdzie pójść?
W tamtej chwili równie dobrze mogła tkwić w miejscu, wmawiając samej
sobie, że nic szczególnego nie miało miejsca.
Jakaś jej
cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że najpewniej powinna coś poczuć.
Czekała na przeszywający ból albo żal tak silny, by znów przyprawić ją o mdłości,
ale te nie nadchodziły. Nie czuła niczego, choćby cienia smutku ani – choć to
powinna raczej przyjąć z ulgą – satysfakcji z tego, co się stało. Wydarzyło
się i tyle, choć nie sądziła, że kiedykolwiek dojdzie do podobnych
wniosków akurat w takich okolicznościach.
Nie brała
pod uwagę bardzo wielu rzeczy.
– Mamo?
Właściwie
sama nie była pewna, czego oczekiwała, gdy zdecydowała się zadać to pytanie. W zasadzie
wychrypiała to jedno słowo, po czym zamarła w oczekiwaniu. Kolejny raz
odpowiedziała jej cisza, ale to nie było złe. Swoją drogą, Cassandra
podświadomie wiedziała, że do tego dojdzie. Zdawała sobie sprawę z tego w równym
stopniu, co i z konsekwencji powrotu do domu. I bez czyichkolwiek
wyjaśnień wiedziała, że to nienajlepszy pomysł, a jednak…
To było
niczym samospełniająca przepowiednia. Przeznaczenie, któremu sprzeciwiła się
tylko po to, by tak czy siak ją dosięgło.
Zaśmiała
się cicho, bez choćby cienia faktycznej radości. Zaraz po tym ot tak zamilkła, po
chwili spuszczając wzrok na nieruchome ciało, które wciąż trwało w jej
ramionach. Zamrugała nieco nieprzytomnie, mimochodem zauważając, że było
zaskakująco zimne. Kiedy do tego doszło? Co prawda to krążąca w żyłach krew
miała wpływ na temperaturę, ale Cassandra i tak poczuła się oszołomiona.
Nie miała pewności, kiedy to wszystko się wydarzyło – jej wybuch, to jak
wymiotowała w łazience i moment, w którym mama… się potknęła. W zasadzie miała
wrażenie, że to wydarzyło się w jakimś innym, obcym życiu, które na
dodatek nie należało do niej. Sama raczej czuła się jak bierny obserwator
wydarzeń, które nie miały z nią żadnego związku – dokładnie tak, jakby
oglądała film.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Gardło zapiekło, gdy przy ponownym wdechu znów zwróciła uwagę
na wypełniającą powietrzę słodycz krwi, ale tym razem była w stanie nad
sobą zapanować. Nie zostało nic, co mogłaby zostać i wykorzystać, by
poczuć się lepiej. Posoka, która znaczyła kafelki, należała do niej, a jakby
tego było mało, nie nadawała się do niczego.
Westchnęła
cicho, niemalże rozczarowana. Ten sen, dokądkolwiek zmierzał…
Tyle że
doskonale wiedziała, że wcale nie śniła.
Zamknęła
oczy, próbując odciąć się od tego, co działo się wokół niej. Wręcz gorączkowo
trzymała się cudownej, bezpiecznej obojętności, która towarzyszyła jej od
chwili, w której sytuacja wymknęła się spod kontroli. Pozwalała, by jej umysł
się wyłączył; po prostu odciął od tego, co zbyt mocno ją przytłaczało. I chociaż
czuła się niemalże jak szmaciana, pozbawiona emocji lalka, to było dobre.
Przynajmniej miała wrażenie, że choć ten jeden raz w końcu kontrolowała
to, co działo się wokół niej.
Nie żeby to
miało jakiekolwiek znaczenie. Tak naprawdę było jej wszystko jedno, zwłaszcza
że już nie miała celu.
Krew na posadzce również pociemniała, nagle
przypominając bardziej plamy atramentu aniżeli cokolwiek innego. W zasadzie
Cassandra nawet wolała myśleć o tym w ten sposób. Atrament. Z jakiegoś powodu na
podłodze znajdował się atrament, choć nie przypominała sobie, co z nimi
robiła. Może projekt na studia? W zasadzie to miałoby sens. O wiele pewniej
czuła się z ołówkiem w ręce, ale uczelnia wymagała czegoś więcej, w tym
eksperymentów ze stylem i różnymi formami sztuki. Co prawda zabawa
atramentem kojarzyła jej się z przedszkolem i tworzeniem nierealnych
wzorków na papierze, ale z drugiej strony…
Nie, to nie
tak. To nie był atrament. Chodziło… o coś innego.
Z jękiem
chwyciła się za głowę, krzywiąc w odpowiedzi na narastający ból głowy. Nie
chciała pamiętać, nieważne jak trudne by to nie było.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. O dziwo pomogło, choć nie
sądziła, że to w ogóle możliwe. Panika ustąpiła równie nagle, co wcześniej
się pojawiła, Cassandra zaś zdołała się wyprostować. Obojętnie spojrzała na ciało
w jej ramionach, po czym w zamyśleniu pogładziła mamę po policzku.
Była nienaturalnie blada, nieruchoma i zimna, co wydało się jej całkiem
urokliwe. Trochę niepokojące, ale mimo wszystko miało w sobie coś, co
sprawiało, że dziewczyna miała ochotę wpatrywać się w spokojną, martwą
twarz choćby i przez cały dzień. Miała zresztą wrażenie, że bez przeszkód
zdołałaby wysiedzieć w jednej pozycji tak długo, jak tylko by sobie tego
zażyczyła, nie ryzykując przy tym, że nagle poczuje się zmęczona.
Śmierć najwyraźniej
miała w sobie więcej uroku, niż początkowo zakładała. Była spokojna, wręcz
kojąca, a jakby tego było mało…
Ale mama śpi, prawda?
W to
kłamstwo zdecydowanie nie była w stanie uwierzyć.
Straciła
poczucie czasu, ale to jej nie przeszkadzało. Nawet nie zorientowała się, że zrobiło
się ciemno, zwłaszcza że również w mroku widziała równie dobrze, co i w
pełni dnia. W zasadzie mrok okazał się o wiele bardziej łaskawy dla nadwrażliwych
oczu Cassandry. Przez moment poczuła się bezpieczna, zwłaszcza gdy wyobraziła sobie,
że wszechobecna czerń łagodnie owija się wokół niej, pozwalając ukryć się przed
konsekwencjami tego, co zrobiła. W gruncie rzeczy tylko tego chciała –
uciec przed wszystkimi wokół, w tym również samą sobą.
W
ciemnościach wszystko wydawało się inne. Tak przynajmniej wyobrażała to sobie kiedyś,
zwłaszcza gdy jeszcze była dzieckiem. Co prawda już dawno przestała obawiać się
nocy, ale ten lęk wciąć gdzieś w niej był – uśpiony choć obecny, jakby już
wtedy wiedziała, że w mroku czaiło się coś, czego należało się bać. Teraz
nie tylko miała co do tego pewność, ale uprzytomniła sobie, że tak naprawdę powinno
się obawiać właśnie jej. Chcąc nie chcąc stała się czymś, co w równym stopniu
zaczynało ją obrzydzać, jak i szczerze przerażać.
Sęk w tym,
że i nie potrafiła się już takim stanem rzeczy przejąć. Tkwiła w bezruchu,
zesztywniała i obojętna, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy właśnie nie
trzymała w ramionach rozwiązania, którego tak długo szukała. Jakby nie
patrzeć, była martwa – coś w niej zginęło już dawno temu, choć do tej pory
była zbyt uparta, by to dostrzec. Goniła za życiem, które nie istniało, bo
prawdziwej Cassandry nie było. To organizacja zabiła ją w chwili, w której
poddała się ich warunkom i przyjęła to nieszczęsne stypendium.
Raz jeszcze
spojrzała na pozbawioną wyrazu twarz matki, po czym jak gdyby nigdy nic
odrzuciła martwe ciało na bok. Opadło na podłogę z cichym pacnięciem,
bezwładne i pozbawione jakichkolwiek oznak życia. W zasadzie do Cassandry
nadal nie docierało, że dotychczas obejmowała coś, co kiedyś było żywe. Kogoś. Nie pojmowała, że to mogłaby jej
mama – ten worek mięsa i kości o ludzkich kształtach. Ta myśl zbyt
mocno ją przerażała, by zdołała ot tak ją przyjąć.
Poruszając
się trochę jak w transie, dziewczyna z trudem dźwignęła się na nogi. W pierwszym
odruchu zachwiała się, czując jak krew zaczyna raźniej krążyć w jej
żyłach. Poczuła mdłości, ale zignorowała je, najzwyczajniej w świecie
odcinając od tego uczucia, tak jak robiła to wcześniej, gdy w grę
wchodziły emocje. Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, nie musząc zastanawiać nad
tym, gdzie powinna pójść. Znała ten dom aż za dobrze, choć w tamtej chwili
wydawał się obcy i zdecydowanie zbyt cichy. Był martwy, zresztą tak jak i ona.
Zaledwie
chwila wystarczyła, by Cassandra nabrała pewności, że na zewnątrz zaszło
słońce. Zimą wieczór nadchodził zdecydowanie zbyt szybko, ale i tak poczuła
się oszołomiona. Dopiero co był poranek, a jednak teraz… W którymś
momencie uciekły jej całe godziny, ale czy to miało znaczenie? W tym
czasie i tak nie byłaby zdziałać niczego sensownego.
Zajrzała na
kuchni, obojętnie spoglądając na dawno już wystygłą jajecznicę. Wciąż stała na
kuchence, lekko przypalona, choć to nie miało znaczenia, skoro i tak nikt
nie miał jej zjeść. Cassie bez pośpiechu przeszła przez kuchnię, zatrzymując
się przy jednym z blatów i otwierając najbliższą szufladę. Chwilę
gmerała, przerzucając zgromadzone wewnątrz drobiazgi, zanim jej palce zacisnęły
się na niewielkim pudełeczku. Z satysfakcją odkryła, że musiało być pełne –
ciężar i grzechocący dźwięk, który wydało przy ruchu, mówiły same za siebie.
Bez
zbędnego wahania wróciła do sypialni. Starannie zamknęła za sobą drzwi, choć
już nie było nikogo, kto mógłby za nią podążyć do tego miejsca. Po turecku
usiadła na łóżku, po czym w milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. Poczuła
się nieswojo, zwłaszcza widząc rysunki, które osobiście powiesiła na ścianie.
Dziwne kształty, wzory i postacie, których nie dało się sprecyzować –
abstrakcja, której tak nie znosiła, a którą w tamtej chwili wydawała
się rozumieć lepiej niż rzeczywistość. Otaczały ją wyrywki jej własnego umysłu.
Koszmary, których nie pamiętała, a które prześladowały ją przez te
wszystkie tygodnie, by skumulować się akurat teraz.
Położyła
przed siebie pudełeczko, bezmyślnie się w nie wpatrując. Zupełnie jakby
spodziewała się, że to nagle przemówi i poinformuje ją, co powinna zrobić.
Czekała na rozwiązanie, które nie nadchodziło, ale zdążyła się już do tego
przyzwyczaić. Od samego początku była w tym szaleństwie sama. Nawet Ryan,
który wydawał się rozumieć, przez co oboje przechodzili, nie zdawał sobie
sprawy, co tak naprawdę działo się wokół niego. Gdyby było inaczej, oboje już
dawno przestaliby się łudzić i nie tracili czasu w tamtym domu,
podążając za nic nieznaczącymi obietnicami Renesmee.
Cassandra zacisnęła
dłonie w pięści, czując, że zaczyna się trząść. Jej myśli jak na zawołanie
powędrowały do Castiela, choć sama nie była pewna dlaczego. Z drugiej
strony, matka sama powiedziała, że dała mu znać. Nie miała pewności, co to tak
naprawdę oznaczało, ale nie podobało jej się to. Nie potrzebowała terapeuty, a już
na pewno nie takiego, który zniszczył jej życie. Gdyby nie on, nie byłoby jej
tutaj. Albo gdyby przynajmniej ktoś ją wysłuchał, kiedy tego potrzebowała,
zanim…
Dość.
Spuściła
wzrok, wbijając spojrzenie we własne dłonie. Zauważyła krew na palcach, co
uprzytomniło jej, że paznokciami przecięła sobie skórę, ale nie była w stanie
się tym przejąć. Nie poluzowała również uścisku, po prostu tkwiąc w bezruchu
i pozwalając krwi płynąć. Skoro już i tak straciła tyle w łazience,
równie dobrze mogła pozwolić sobie na jeszcze więcej.
Tak czy
siak, nie była zadowolona z tego, że Castiel mógłby wiedzieć o jej
powrocie. Co teraz zamierzał zrobić? Przyjechać? Nigdy nie pojawił się w jej
domu, co zresztą było powodem, dla którego zaczęła omijać uczelnię. Robiła
wszystko, byleby trzymać się od tego mężczyzny z daleka, zwłaszcza że
działał na nią niczym czerwona płachta na byka. Podejrzewała zresztą, że gdyby
faktycznie zamierzał się pojawić, zrobiłby to już dawno. Była bezpieczna, choć
to nie zmieniało jednego: nadal musiała się pośpieszyć.
Postukała
palcami w małe pudełeczko na pościeli. Rozsunęła je, by zajrzeć do środka i nabrać
pewności, że jak najbardziej było pełne. Z wolna skinęła głową, choć nadal
nie czuła niczego – choćby cienia satysfakcji czy nawet najmniejszych oznak zadowolenia.
W porządku, pomyślała jedynie, po czym jak gdyby nigdy nic poderwała się
z łóżka, błyskawicznie doskakując do ściany. Ciszę na moment przerwał
dźwięk dartego papieru, kiedy kilkoma zdecydowanymi ruchami zerwała rysunki,
bez ładu i składu rzucając je na pościel na łóżku.
Spojrzała
na szybko powiększający się stos papierów, przez chwilę oceniając go wzrokiem.
Pogniecione skrawki, niemalże w całości pokryte gniewnymi ruchami ołówka.
Jej koszmary, lęki i obawy – wszystko uwiecznione na papierze w formie,
której nawet nie potrafiła pojąć. Teraz leżały w jednym miejscu, całkowicie
poniszczone, ale jednak wciąż obecne.
Do czasu.
Miała
wrócić do łóżka, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie o jeszcze
jednym rysunku. Chwyciła ten, który pozostał na biurku, a który już
wcześniej przykuł jej uwagę – ostatni portret, który wyszedł spod jej ręki. W milczeniu
spojrzała na obcego mężczyznę, po czym w końcu usiadła na materacu,
układając się pośród strzępków, które zebrała. Rysunek nieznajomego starannie
ułożyła na kolanach, po czym raz jeszcze sięgnęła po pudełeczko, tym razem w końcu
skupiając się na jego zawartości. Dłonie zadrżały jej nieznacznie, kiedy sięgnęła
po zapałkę, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej na nią patrzeć i nerwowo
obracać w palcach.
Nie chciała
tego, ale… tak naprawdę nie miała wyboru. Musiała się od tego wszystkiego odciąć,
a to wydawało się najlepszym z możliwych pomysłów.
Wypalić
wszystko – każde złe wspomnienie. Jej raj już i tak spłonął, więc dlaczego
nie miała pozwolić na to, by wszystko wokół pochłonęły płomienie?
A jednak
jeszcze długo walczyła z samą sobą, przypatrując zapałce i zwlekając z tym,
by w końcu potrzeć jej końcówkę o pudełko. Ogień zapłonął jasnym blaskiem,
momentalnie rozpraszając ciemność. Cassandra uniosła zapałkę, jak urzeczona
wpatrując się w tańczący na jej końcu płomyk. Widziała jak się wygina,
kołysze na boki i radośnie strzela ku górze. Palił się jasnym, równym blaskiem,
niepozorny, ale niebezpieczny, tym bardziej że zaledwie jeden ruch wystarczył,
by dookoła rozpętało się piekło.
Przez myśl
Cassie przeszło, że powinna odczuwać strach, zwłaszcza że nieśmiertelni bali
się tego żywiołu, ale w jej przypadku nic podobnego nie miało miejsca.
Wciąż była pusta, równie obojętna, co przez cały ten czas. Tkwiła w bezruchu,
jak urzeczona wpatrując w ogień i nawet nie myśląc nad sensem tego,
co pragnęła zrobić. Wiedziała, że wystarczyło tylko poluzować uścisk, a jednak…
– I tylko
po to ciągnęłaś mnie tutaj taki kawałek drogi, żeby teraz się zabić?
Omal nie
wyszła z siebie, słysząc spokojny męskim głos. Krzyknęła i z wrażenia
aż upuściła zapałkę, ta jednak została z wprawą pochwycona przez dłoń
kogoś, kto nagle zmaterializował się w zasięgu jej wzroku. Choć wydawało
się to niemożliwe, istota tuż przed nią w porę zacisnęła palce na drewnianej
końcówce. Ogień wciąż płonął jasnym blaskiem, powoli pochłaniając zapałkę i zbliżając
do palców nieznajomego.
Cassandra
zamarła, rozszerzonymi oczami wpatrując w nachylonego nad nią mężczyznę.
Stał przy łóżku, w pełni rozluźniony, jakby w jego obecności nie było
niczego wartego uwagi. Pojawił się nagle, dokładnie tak jak w jej snach,
choć nigdy dotąd nie widziała go tak wyraźnie. Była wręcz w stanie wyczuć
jego obecność – bijące od ciała ciepło i dziwną aurę, której co prawda nie
potrafiła sprecyzować, ale jednak była świadoma tego, że istniała.
Jednak śpię… Albo oszalałam.
– Ani trochę.
– Mężczyzna wywrócił oczami. Zaraz po tym w roztargnieniu spojrzał na
zapałkę, po chwili decydując się ją zdmuchnąć. Pokój na powrót pogrążył się w ciemnościach,
ale to nie przeszkadzało Cassandrze wpatrywać się w niespodziewanego gościa.
– Nie należy bawić się ogniem. My też możemy się poparzyć – dodał i może
mówił coś jeszcze, ale dziewczyna i tak nie była w stanie skupić się
na poszczególnych słowach. – Chyba że tego chcesz. Nie zdziwiłbym się, ale
wtedy jednak okazałoby się, że traciłem na ciebie czas na marne.
– Ja…
Nie zdołała
wykrztusić z siebie nawet słowa więcej. Wciąż z niedowierzaniem
wpatrywała się w stojącą tuż obok łóżka istotę, bezskutecznie próbując
zapanować nad mętlikiem w głowie. Tkwiła w bezruchu, niezdolna choćby
się wyprostować czy poderwać na równe nogi, a co dopiero powiedzieć coś,
co zabrzmiałoby choć odrobinę sensownie.
– Wzywałaś
mnie. W końcu to poczułem i przyznam, że… to interesujące –
stwierdził jakby od niechcenia mężczyzna. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu to,
że milczała. – Nie sądziłem, że to zadziała w ten sposób.
Nie
odpowiedziała. Wciąż wpatrywała się w niego jak urzeczona, podświadomie oczekując
momentu, w którym zniknie. W końcu do tej pory tak było za każdym
razem – śniła o kimś, z kim wydawała się łączyć ją dziwna więź, jednak
na tym zazwyczaj się kończyło. Przebudzenie przychodziło nieubłaganie, raz po
raz niwecząc wszelakie nadzieje Cassandry na zrozumienie. To, że ten mężczyzna
mógłby tak po prostu stać tuż przed nią i jak gdyby nigdy nic mówić o ogniu,
po prostu nie wchodziło w grę. To jej podświadomość po raz kolejny
próbowała kpić sobie jej kosztem, co jak nic dowodziło, że Cassandra jednak
postradała zmysły.
Z drugiej
strony, czemu nie? Jeśli tylko to czekało na nią od samego początku…
– Zbyt
rozmowna to ty nie jesteś – stwierdził mężczyzna, wydymając usta. Kiedy
rozchylił wargi, Cassandra zauważyła, że miał kły. – Bogini mi świadkiem, że
nie wiem, co tutaj robię…
Jaka bogini? Zresztą czy to ma znaczenie…?,
pomyślała w oszołomieniu. Potrząsnęła głową, wciąż jak urzeczona wpatrując
się w mężczyznę.
Wampir.
Więc był wampirem, ale to nadal o niczym nie świadczyło. Biorąc pod uwagę
to, skąd uciekła, taki sen wydawał się prawdopodobny. Podświadomość zazwyczaj
próbowała dopasować do siebie przypadkowe elementy, tworząc coś, co niekoniecznie
musiało mieć sens.
– No cóż… –
usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Wzdrygnęła
się, kiedy mężczyzna bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nachylił się w jej
stronę. Momentalnie spróbowała się odsunąć, instynktownie kuląc tak, jakby co
najmniej próbował ją uderzyć. Zauważyła, że na moment zawahał się, na dodatek
wymownie unosząc brwi, ale ostatecznie nie skomentował jej reakcji nawet
słowem. W zamian zignorował ją, a do Cassandry w końcu dotarło,
co takiego przykuło jego uwagę.
Serce
zabiło jej szybciej, kiedy palce mężczyzny zacisnęły się na jednym z rysunków
– portrecie, którego nie zdążyła zniszczyć. Zanim zdążyła go powstrzymać, ujął
go i – wyprostowawszy się – z uwagą przyjrzał własnej, częściowo
skrytej w ciemnościach twarzy. Jego wargi wykrzywił nieco kpiarski, ale
jednak zaskakująco przyjazny uśmiech.
– Ładne.
Kto by pomyślał, że ktoś spróbuje mnie kiedyś narysować… Serio mam takie oczy? –
mruknął, spoglądając na nią sponad kartki. Nie odpowiedziała, ale najwyraźniej
tego nie oczekiwał, bo mówił dalej. – Tak czy siak, wezwałaś mnie, więc w końcu
jestem. Doceń to i przynajmniej udawać, że się cieszysz… A potem możesz
się zabijać. Mnie wszystko jedno, o ile nie pociągniesz mnie za sobą. –
Wzruszył ramionami. – Chociaż szkoda byłoby mojej krwi… I tak za wiele się
zmarnowało. A tak swoją drogą, jestem Jaques, ptaszyno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz