2 listopada 2018

Sto pięćdziesiąt jeden

Cassandra
To mogło trwać sekundy, minuty albo całe godziny. Tkwiła w miejscu, kołysząc się w przód i w tył, choć to z czasem zaczęło być monotonne. Ten ruch sprawił zresztą, że Cassandra poczuła się senna, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby zasnąć. Zresztą jak miałaby tego dokonać, skoro najpewniej śniła? Nie wierzyła w incepcję, choć z drugiej strony, być może musiała zacząć. Przynajmniej miała wrażenie, że to nie byłoby dziwniejsze od wszystkiego innego, czego doświadczyła w ostatnim czasie.
Cisza miała w sobie coś ostatecznego. Wydawała się napierać ze wszystkich stron, nienaturalna nawet pomimo tego, że wyraźnie słyszała trzepocące się w jej własnej piersi serce. Tylko jedno, choć o tym wolała nie myśleć, podświadomie wciąż odrzucała od siebie myśl, że gdzieś na wyciągnięcie ręki znajdowało się kolejne – tyle że to zatrzymało się na wieki.
Nie zastanawiała się nad tym, co zrobiła. W gruncie rzeczy robiła wszystko, byleby odsunąć od siebie wszelakie niechciane, zbyt niepokojące myśli. Z uporem odpychała je, co może i nie miało sensu, ale nie była w stanie zachować się inaczej. Nie czuła niczego, tak pusta, jak tylko było to możliwe. Po prostu klęczała, kołysała się i traciła czas, nie będąc w stanie podjąć żadnej konkretnej decyzji. Zresztą nawet gdyby wstała, co miałaby zrobić albo gdzie pójść? W tamtej chwili równie dobrze mogła tkwić w miejscu, wmawiając samej sobie, że nic szczególnego nie miało miejsca.
Jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że najpewniej powinna coś poczuć. Czekała na przeszywający ból albo żal tak silny, by znów przyprawić ją o mdłości, ale te nie nadchodziły. Nie czuła niczego, choćby cienia smutku ani – choć to powinna raczej przyjąć z ulgą – satysfakcji z tego, co się stało. Wydarzyło się i tyle, choć nie sądziła, że kiedykolwiek dojdzie do podobnych wniosków akurat w takich okolicznościach.
Nie brała pod uwagę bardzo wielu rzeczy.
– Mamo?
Właściwie sama nie była pewna, czego oczekiwała, gdy zdecydowała się zadać to pytanie. W zasadzie wychrypiała to jedno słowo, po czym zamarła w oczekiwaniu. Kolejny raz odpowiedziała jej cisza, ale to nie było złe. Swoją drogą, Cassandra podświadomie wiedziała, że do tego dojdzie. Zdawała sobie sprawę z tego w równym stopniu, co i z konsekwencji powrotu do domu. I bez czyichkolwiek wyjaśnień wiedziała, że to nienajlepszy pomysł, a jednak…
To było niczym samospełniająca przepowiednia. Przeznaczenie, któremu sprzeciwiła się tylko po to, by tak czy siak ją dosięgło.
Zaśmiała się cicho, bez choćby cienia faktycznej radości. Zaraz po tym ot tak zamilkła, po chwili spuszczając wzrok na nieruchome ciało, które wciąż trwało w jej ramionach. Zamrugała nieco nieprzytomnie, mimochodem zauważając, że było zaskakująco zimne. Kiedy do tego doszło? Co prawda to krążąca w żyłach krew miała wpływ na temperaturę, ale Cassandra i tak poczuła się oszołomiona. Nie miała pewności, kiedy to wszystko się wydarzyło – jej wybuch, to jak wymiotowała w łazience i moment, w którym mama… się potknęła. W zasadzie miała wrażenie, że to wydarzyło się w jakimś innym, obcym życiu, które na dodatek nie należało do niej. Sama raczej czuła się jak bierny obserwator wydarzeń, które nie miały z nią żadnego związku – dokładnie tak, jakby oglądała film.
Ze świstem wypuściła powietrze. Gardło zapiekło, gdy przy ponownym wdechu znów zwróciła uwagę na wypełniającą powietrzę słodycz krwi, ale tym razem była w stanie nad sobą zapanować. Nie zostało nic, co mogłaby zostać i wykorzystać, by poczuć się lepiej. Posoka, która znaczyła kafelki, należała do niej, a jakby tego było mało, nie nadawała się do niczego.
Westchnęła cicho, niemalże rozczarowana. Ten sen, dokądkolwiek zmierzał…
Tyle że doskonale wiedziała, że wcale nie śniła.
Zamknęła oczy, próbując odciąć się od tego, co działo się wokół niej. Wręcz gorączkowo trzymała się cudownej, bezpiecznej obojętności, która towarzyszyła jej od chwili, w której sytuacja wymknęła się spod kontroli. Pozwalała, by jej umysł się wyłączył; po prostu odciął od tego, co zbyt mocno ją przytłaczało. I chociaż czuła się niemalże jak szmaciana, pozbawiona emocji lalka, to było dobre. Przynajmniej miała wrażenie, że choć ten jeden raz w końcu kontrolowała to, co działo się wokół niej.
Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Tak naprawdę było jej wszystko jedno, zwłaszcza że już nie miała celu.
 Krew na posadzce również pociemniała, nagle przypominając bardziej plamy atramentu aniżeli cokolwiek innego. W zasadzie Cassandra nawet wolała myśleć o tym w ten sposób. Atrament. Z jakiegoś powodu na podłodze znajdował się atrament, choć nie przypominała sobie, co z nimi robiła. Może projekt na studia? W zasadzie to miałoby sens. O wiele pewniej czuła się z ołówkiem w ręce, ale uczelnia wymagała czegoś więcej, w tym eksperymentów ze stylem i różnymi formami sztuki. Co prawda zabawa atramentem kojarzyła jej się z przedszkolem i tworzeniem nierealnych wzorków na papierze, ale z drugiej strony…
Nie, to nie tak. To nie był atrament. Chodziło… o coś innego.
Z jękiem chwyciła się za głowę, krzywiąc w odpowiedzi na narastający ból głowy. Nie chciała pamiętać, nieważne jak trudne by to nie było.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. O dziwo pomogło, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Panika ustąpiła równie nagle, co wcześniej się pojawiła, Cassandra zaś zdołała się wyprostować. Obojętnie spojrzała na ciało w jej ramionach, po czym w zamyśleniu pogładziła mamę po policzku. Była nienaturalnie blada, nieruchoma i zimna, co wydało się jej całkiem urokliwe. Trochę niepokojące, ale mimo wszystko miało w sobie coś, co sprawiało, że dziewczyna miała ochotę wpatrywać się w spokojną, martwą twarz choćby i przez cały dzień. Miała zresztą wrażenie, że bez przeszkód zdołałaby wysiedzieć w jednej pozycji tak długo, jak tylko by sobie tego zażyczyła, nie ryzykując przy tym, że nagle poczuje się zmęczona.
Śmierć najwyraźniej miała w sobie więcej uroku, niż początkowo zakładała. Była spokojna, wręcz kojąca, a jakby tego było mało…
Ale mama śpi, prawda?
W to kłamstwo zdecydowanie nie była w stanie uwierzyć.
Straciła poczucie czasu, ale to jej nie przeszkadzało. Nawet nie zorientowała się, że zrobiło się ciemno, zwłaszcza że również w mroku widziała równie dobrze, co i w pełni dnia. W zasadzie mrok okazał się o wiele bardziej łaskawy dla nadwrażliwych oczu Cassandry. Przez moment poczuła się bezpieczna, zwłaszcza gdy wyobraziła sobie, że wszechobecna czerń łagodnie owija się wokół niej, pozwalając ukryć się przed konsekwencjami tego, co zrobiła. W gruncie rzeczy tylko tego chciała – uciec przed wszystkimi wokół, w tym również samą sobą.
W ciemnościach wszystko wydawało się inne. Tak przynajmniej wyobrażała to sobie kiedyś, zwłaszcza gdy jeszcze była dzieckiem. Co prawda już dawno przestała obawiać się nocy, ale ten lęk wciąć gdzieś w niej był – uśpiony choć obecny, jakby już wtedy wiedziała, że w mroku czaiło się coś, czego należało się bać. Teraz nie tylko miała co do tego pewność, ale uprzytomniła sobie, że tak naprawdę powinno się obawiać właśnie jej. Chcąc nie chcąc stała się czymś, co w równym stopniu zaczynało ją obrzydzać, jak i szczerze przerażać.
Sęk w tym, że i nie potrafiła się już takim stanem rzeczy przejąć. Tkwiła w bezruchu, zesztywniała i obojętna, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy właśnie nie trzymała w ramionach rozwiązania, którego tak długo szukała. Jakby nie patrzeć, była martwa – coś w niej zginęło już dawno temu, choć do tej pory była zbyt uparta, by to dostrzec. Goniła za życiem, które nie istniało, bo prawdziwej Cassandry nie było. To organizacja zabiła ją w chwili, w której poddała się ich warunkom i przyjęła to nieszczęsne stypendium.
Raz jeszcze spojrzała na pozbawioną wyrazu twarz matki, po czym jak gdyby nigdy nic odrzuciła martwe ciało na bok. Opadło na podłogę z cichym pacnięciem, bezwładne i pozbawione jakichkolwiek oznak życia. W zasadzie do Cassandry nadal nie docierało, że dotychczas obejmowała coś, co kiedyś było żywe. Kogoś. Nie pojmowała, że to mogłaby jej mama – ten worek mięsa i kości o ludzkich kształtach. Ta myśl zbyt mocno ją przerażała, by zdołała ot tak ją przyjąć.
Poruszając się trochę jak w transie, dziewczyna z trudem dźwignęła się na nogi. W pierwszym odruchu zachwiała się, czując jak krew zaczyna raźniej krążyć w jej żyłach. Poczuła mdłości, ale zignorowała je, najzwyczajniej w świecie odcinając od tego uczucia, tak jak robiła to wcześniej, gdy w grę wchodziły emocje. Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, nie musząc zastanawiać nad tym, gdzie powinna pójść. Znała ten dom aż za dobrze, choć w tamtej chwili wydawał się obcy i zdecydowanie zbyt cichy. Był martwy, zresztą tak jak i ona.
Zaledwie chwila wystarczyła, by Cassandra nabrała pewności, że na zewnątrz zaszło słońce. Zimą wieczór nadchodził zdecydowanie zbyt szybko, ale i tak poczuła się oszołomiona. Dopiero co był poranek, a jednak teraz… W którymś momencie uciekły jej całe godziny, ale czy to miało znaczenie? W tym czasie i tak nie byłaby zdziałać niczego sensownego.
Zajrzała na kuchni, obojętnie spoglądając na dawno już wystygłą jajecznicę. Wciąż stała na kuchence, lekko przypalona, choć to nie miało znaczenia, skoro i tak nikt nie miał jej zjeść. Cassie bez pośpiechu przeszła przez kuchnię, zatrzymując się przy jednym z blatów i otwierając najbliższą szufladę. Chwilę gmerała, przerzucając zgromadzone wewnątrz drobiazgi, zanim jej palce zacisnęły się na niewielkim pudełeczku. Z satysfakcją odkryła, że musiało być pełne – ciężar i grzechocący dźwięk, który wydało przy ruchu, mówiły same za siebie.
Bez zbędnego wahania wróciła do sypialni. Starannie zamknęła za sobą drzwi, choć już nie było nikogo, kto mógłby za nią podążyć do tego miejsca. Po turecku usiadła na łóżku, po czym w milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. Poczuła się nieswojo, zwłaszcza widząc rysunki, które osobiście powiesiła na ścianie. Dziwne kształty, wzory i postacie, których nie dało się sprecyzować – abstrakcja, której tak nie znosiła, a którą w tamtej chwili wydawała się rozumieć lepiej niż rzeczywistość. Otaczały ją wyrywki jej własnego umysłu. Koszmary, których nie pamiętała, a które prześladowały ją przez te wszystkie tygodnie, by skumulować się akurat teraz.
Położyła przed siebie pudełeczko, bezmyślnie się w nie wpatrując. Zupełnie jakby spodziewała się, że to nagle przemówi i poinformuje ją, co powinna zrobić. Czekała na rozwiązanie, które nie nadchodziło, ale zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Od samego początku była w tym szaleństwie sama. Nawet Ryan, który wydawał się rozumieć, przez co oboje przechodzili, nie zdawał sobie sprawy, co tak naprawdę działo się wokół niego. Gdyby było inaczej, oboje już dawno przestaliby się łudzić i nie tracili czasu w tamtym domu, podążając za nic nieznaczącymi obietnicami Renesmee.
Cassandra zacisnęła dłonie w pięści, czując, że zaczyna się trząść. Jej myśli jak na zawołanie powędrowały do Castiela, choć sama nie była pewna dlaczego. Z drugiej strony, matka sama powiedziała, że dała mu znać. Nie miała pewności, co to tak naprawdę oznaczało, ale nie podobało jej się to. Nie potrzebowała terapeuty, a już na pewno nie takiego, który zniszczył jej życie. Gdyby nie on, nie byłoby jej tutaj. Albo gdyby przynajmniej ktoś ją wysłuchał, kiedy tego potrzebowała, zanim…
Dość.
Spuściła wzrok, wbijając spojrzenie we własne dłonie. Zauważyła krew na palcach, co uprzytomniło jej, że paznokciami przecięła sobie skórę, ale nie była w stanie się tym przejąć. Nie poluzowała również uścisku, po prostu tkwiąc w bezruchu i pozwalając krwi płynąć. Skoro już i tak straciła tyle w łazience, równie dobrze mogła pozwolić sobie na jeszcze więcej.
Tak czy siak, nie była zadowolona z tego, że Castiel mógłby wiedzieć o jej powrocie. Co teraz zamierzał zrobić? Przyjechać? Nigdy nie pojawił się w jej domu, co zresztą było powodem, dla którego zaczęła omijać uczelnię. Robiła wszystko, byleby trzymać się od tego mężczyzny z daleka, zwłaszcza że działał na nią niczym czerwona płachta na byka. Podejrzewała zresztą, że gdyby faktycznie zamierzał się pojawić, zrobiłby to już dawno. Była bezpieczna, choć to nie zmieniało jednego: nadal musiała się pośpieszyć.
Postukała palcami w małe pudełeczko na pościeli. Rozsunęła je, by zajrzeć do środka i nabrać pewności, że jak najbardziej było pełne. Z wolna skinęła głową, choć nadal nie czuła niczego – choćby cienia satysfakcji czy nawet najmniejszych oznak zadowolenia. W porządku, pomyślała jedynie, po czym jak gdyby nigdy nic poderwała się z łóżka, błyskawicznie doskakując do ściany. Ciszę na moment przerwał dźwięk dartego papieru, kiedy kilkoma zdecydowanymi ruchami zerwała rysunki, bez ładu i składu rzucając je na pościel na łóżku.
Spojrzała na szybko powiększający się stos papierów, przez chwilę oceniając go wzrokiem. Pogniecione skrawki, niemalże w całości pokryte gniewnymi ruchami ołówka. Jej koszmary, lęki i obawy – wszystko uwiecznione na papierze w formie, której nawet nie potrafiła pojąć. Teraz leżały w jednym miejscu, całkowicie poniszczone, ale jednak wciąż obecne.
Do czasu.
Miała wrócić do łóżka, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie o jeszcze jednym rysunku. Chwyciła ten, który pozostał na biurku, a który już wcześniej przykuł jej uwagę – ostatni portret, który wyszedł spod jej ręki. W milczeniu spojrzała na obcego mężczyznę, po czym w końcu usiadła na materacu, układając się pośród strzępków, które zebrała. Rysunek nieznajomego starannie ułożyła na kolanach, po czym raz jeszcze sięgnęła po pudełeczko, tym razem w końcu skupiając się na jego zawartości. Dłonie zadrżały jej nieznacznie, kiedy sięgnęła po zapałkę, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej na nią patrzeć i nerwowo obracać w palcach.
Nie chciała tego, ale… tak naprawdę nie miała wyboru. Musiała się od tego wszystkiego odciąć, a to wydawało się najlepszym z możliwych pomysłów.
Wypalić wszystko – każde złe wspomnienie. Jej raj już i tak spłonął, więc dlaczego nie miała pozwolić na to, by wszystko wokół pochłonęły płomienie?
A jednak jeszcze długo walczyła z samą sobą, przypatrując zapałce i zwlekając z tym, by w końcu potrzeć jej końcówkę o pudełko. Ogień zapłonął jasnym blaskiem, momentalnie rozpraszając ciemność. Cassandra uniosła zapałkę, jak urzeczona wpatrując się w tańczący na jej końcu płomyk. Widziała jak się wygina, kołysze na boki i radośnie strzela ku górze. Palił się jasnym, równym blaskiem, niepozorny, ale niebezpieczny, tym bardziej że zaledwie jeden ruch wystarczył, by dookoła rozpętało się piekło.
Przez myśl Cassie przeszło, że powinna odczuwać strach, zwłaszcza że nieśmiertelni bali się tego żywiołu, ale w jej przypadku nic podobnego nie miało miejsca. Wciąż była pusta, równie obojętna, co przez cały ten czas. Tkwiła w bezruchu, jak urzeczona wpatrując w ogień i nawet nie myśląc nad sensem tego, co pragnęła zrobić. Wiedziała, że wystarczyło tylko poluzować uścisk, a jednak…
– I tylko po to ciągnęłaś mnie tutaj taki kawałek drogi, żeby teraz się zabić?
Omal nie wyszła z siebie, słysząc spokojny męskim głos. Krzyknęła i z wrażenia aż upuściła zapałkę, ta jednak została z wprawą pochwycona przez dłoń kogoś, kto nagle zmaterializował się w zasięgu jej wzroku. Choć wydawało się to niemożliwe, istota tuż przed nią w porę zacisnęła palce na drewnianej końcówce. Ogień wciąż płonął jasnym blaskiem, powoli pochłaniając zapałkę i zbliżając do palców nieznajomego.
Cassandra zamarła, rozszerzonymi oczami wpatrując w nachylonego nad nią mężczyznę. Stał przy łóżku, w pełni rozluźniony, jakby w jego obecności nie było niczego wartego uwagi. Pojawił się nagle, dokładnie tak jak w jej snach, choć nigdy dotąd nie widziała go tak wyraźnie. Była wręcz w stanie wyczuć jego obecność – bijące od ciała ciepło i dziwną aurę, której co prawda nie potrafiła sprecyzować, ale jednak była świadoma tego, że istniała.
Jednak śpię… Albo oszalałam.
– Ani trochę. – Mężczyzna wywrócił oczami. Zaraz po tym w roztargnieniu spojrzał na zapałkę, po chwili decydując się ją zdmuchnąć. Pokój na powrót pogrążył się w ciemnościach, ale to nie przeszkadzało Cassandrze wpatrywać się w niespodziewanego gościa. – Nie należy bawić się ogniem. My też możemy się poparzyć – dodał i może mówił coś jeszcze, ale dziewczyna i tak nie była w stanie skupić się na poszczególnych słowach. – Chyba że tego chcesz. Nie zdziwiłbym się, ale wtedy jednak okazałoby się, że traciłem na ciebie czas na marne.
– Ja…
Nie zdołała wykrztusić z siebie nawet słowa więcej. Wciąż z niedowierzaniem wpatrywała się w stojącą tuż obok łóżka istotę, bezskutecznie próbując zapanować nad mętlikiem w głowie. Tkwiła w bezruchu, niezdolna choćby się wyprostować czy poderwać na równe nogi, a co dopiero powiedzieć coś, co zabrzmiałoby choć odrobinę sensownie.
– Wzywałaś mnie. W końcu to poczułem i przyznam, że… to interesujące – stwierdził jakby od niechcenia mężczyzna. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu to, że milczała. – Nie sądziłem, że to zadziała w ten sposób.
Nie odpowiedziała. Wciąż wpatrywała się w niego jak urzeczona, podświadomie oczekując momentu, w którym zniknie. W końcu do tej pory tak było za każdym razem – śniła o kimś, z kim wydawała się łączyć ją dziwna więź, jednak na tym zazwyczaj się kończyło. Przebudzenie przychodziło nieubłaganie, raz po raz niwecząc wszelakie nadzieje Cassandry na zrozumienie. To, że ten mężczyzna mógłby tak po prostu stać tuż przed nią i jak gdyby nigdy nic mówić o ogniu, po prostu nie wchodziło w grę. To jej podświadomość po raz kolejny próbowała kpić sobie jej kosztem, co jak nic dowodziło, że Cassandra jednak postradała zmysły.
Z drugiej strony, czemu nie? Jeśli tylko to czekało na nią od samego początku…
– Zbyt rozmowna to ty nie jesteś – stwierdził mężczyzna, wydymając usta. Kiedy rozchylił wargi, Cassandra zauważyła, że miał kły. – Bogini mi świadkiem, że nie wiem, co tutaj robię…
Jaka bogini? Zresztą czy to ma znaczenie…?, pomyślała w oszołomieniu. Potrząsnęła głową, wciąż jak urzeczona wpatrując się w mężczyznę.
Wampir. Więc był wampirem, ale to nadal o niczym nie świadczyło. Biorąc pod uwagę to, skąd uciekła, taki sen wydawał się prawdopodobny. Podświadomość zazwyczaj próbowała dopasować do siebie przypadkowe elementy, tworząc coś, co niekoniecznie musiało mieć sens.
– No cóż… – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Wzdrygnęła się, kiedy mężczyzna bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nachylił się w jej stronę. Momentalnie spróbowała się odsunąć, instynktownie kuląc tak, jakby co najmniej próbował ją uderzyć. Zauważyła, że na moment zawahał się, na dodatek wymownie unosząc brwi, ale ostatecznie nie skomentował jej reakcji nawet słowem. W zamian zignorował ją, a do Cassandry w końcu dotarło, co takiego przykuło jego uwagę.
Serce zabiło jej szybciej, kiedy palce mężczyzny zacisnęły się na jednym z rysunków – portrecie, którego nie zdążyła zniszczyć. Zanim zdążyła go powstrzymać, ujął go i – wyprostowawszy się – z uwagą przyjrzał własnej, częściowo skrytej w ciemnościach twarzy. Jego wargi wykrzywił nieco kpiarski, ale jednak zaskakująco przyjazny uśmiech.
– Ładne. Kto by pomyślał, że ktoś spróbuje mnie kiedyś narysować… Serio mam takie oczy? – mruknął, spoglądając na nią sponad kartki. Nie odpowiedziała, ale najwyraźniej tego nie oczekiwał, bo mówił dalej. – Tak czy siak, wezwałaś mnie, więc w końcu jestem. Doceń to i przynajmniej udawać, że się cieszysz… A potem możesz się zabijać. Mnie wszystko jedno, o ile nie pociągniesz mnie za sobą. – Wzruszył ramionami. – Chociaż szkoda byłoby mojej krwi… I tak za wiele się zmarnowało. A tak swoją drogą, jestem Jaques, ptaszyno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa