3 listopada 2018

Sto pięćdziesiąt dwa

Cassandra
Siedziała w bezruchu, w milczeniu obserwując stojącego tuż przed nią mężczyznę. Słuchała tego, co mówił, ale ledwo była w stanie nadążyć za sensem jego wypowiedzi. Wiedziała jedynie, że miał na imię Jaques i z jakiegoś powodu śniła o nim częściej, niż mogłaby sobie życzyć, a jednak…
– Wezwałam cię – powtórzyła cicho. Z trudem zmusiła się do wypowiedzenia kolejnych słów. – Ja… Naprawdę?
Rzucił jej zniecierpliwione spojrzenie. Dopiero po chwili w jego oczach pojawiło się zrozumienie, jakby uprzytomnił sobie coś istotnego.
To świetnie, pomyślała z przekąsem. Złośliwości przychodziły jej o wiele łatwiej, czego bynajmniej nie dało się powiedzieć o wyciąganiu jakichkolwiek innych wniosków. Gdybyś teraz jeszcze mnie uświadomił…
– No, tak. Do tej pory również nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to działa w ten sposób. Trudno oczekiwać, żebyś ty wiedziała – przyznał Jaques, krzyżując ramiona na piersi. – Ciekawe.
Nie odpowiedziała, jedynie patrząc na niego bezradnie. Ciekawe? Tylko tyle miał jej do powiedzenia? Pomijając to, że wciąż nie miała pojęcia kim był i czego chciał, jego obecność niczego nie tłumaczyła. To, że pojawił się akurat teraz, tym bardziej. Wręcz przeciwnie – Cassandra czuła się jeszcze bardziej oszołomiona, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
I bała się. Próbowała to w sobie zdusić, ale tak właśnie było, zwłaszcza gdy w pełni pojęła, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie ten mężczyzna. Gdyby pojawił się chwilę później, kiedy jeszcze trzymała zapałkę w dłoni…
To dar od losu? A może nie dane mi jest umrzeć, tylko dalej mam trwać w tym piekle?
Jej myśli wirowały, z każdą sekundą coraz bardziej niespójne. Powoli zaczynała mieć ich dość, zwłaszcza że wydawały się przeczyć temu, w co chciała wierzyć. Choć pragnęła zrobić wszystko, byleby odciąć się od emocji, te raz po raz wracały; wręcz czaiły się gdzieś na granicy jej świadomości, w każdej chwili mogąc przejąć kontrolę.
– Dalej nie rozumiesz? To w gruncie rzeczy bardzo proste – odezwał się cicho Jaques, z uwaga mierząc ją wzrokiem. Serce Cassandry jak na zawołanie zabiło szybciej, coraz bardziej niespokojnie trzepocąc się w jej piersi. – Wiesz kim jesteś?
– Nie.
Nie do końca skłamała. Tak naprawdę wciąż nie miała pojęcia, co działo się wokół niej. Gubiła się w tym, na dodatek robiąc wszystko, byleby odciąć się od niechcianej rzeczywistości. To, kim się stała, pozostawało jedną z tych istotnych kwestii, o których nade wszystko chciała zapomnieć.
– Kłamiesz. – Wampir uśmiechnął się w nieco pobłażliwy sposób, prawie jak troskliwy rodzic, rozczarowany zachowaniem dziecka. – Masz mętlik w głowie, ale to i owo jestem w stanie wychwycić. Śmiem twierdzić, że mnie również powinnaś rozpoznać – dodał, po czym znacząco uniósł jej rysunek. – W końcu sama to narysowałaś, prawda?
Cassandra z jękiem chwyciła się za głowę. Musiał jej to robić? Jeśli do tej pory była zagubiona, po jego słowach przestała cokolwiek rozumieć. Nie była w stanie tak po prostu z nim rozmawiać, nawet jeśli tego oczekiwał. To wszystko było niczym sen – nierzeczywiste i odległe – Cassandra z kolei wciąż w pamięci miała moment, w którym zdecydowała się sięgnąć po zapałki. Nie docierało do niej, że ostatecznie wylądowała w pustym domu, siedząc pośród nabazgranych kartek i rozmawiając z kimś, kogo nawet nie znała, choć wcześniej z jakiegoś powodu o nim śniła.
– Sen… – powiedziała cicho. Z równym powodzeniem mogłaby ograniczyć się do nic nie znaczącego poruszenia wargami. – Nie znam cię. Te rysunki…
– Są twoje – przypomniał usłużnie Jaques.
Jednak zdecydowała się na niego spojrzeć. Jeśli do tej chwili czuła się jak wariatka, w tamtej chwili to uczucie dodatkowo się nasiliło. Wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami, wręcz błagalnie i z nadzieją na…
Na co?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Do tej pory nikt ci nie pomógł. Dlaczego z nim miałoby być inaczej?
Zawahała się, zwłaszcza gdy dotarło do niej, że mężczyzna najpewniej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co działo się w jej głowie. Mimowolnie spięła się, w pierwszym odruchu zaniepokojona taką perspektywą, ale prawie natychmiast doszła do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia.
– Sen… Śniłam o tobie – powiedziała w końcu, lekko szarpiąc za włosy. Z uporem unikała spoglądania mężczyźnie w oczy. – Ale dopiero niedawno zobaczyłam tak wyraźnie i… Czy to było prawdziwe? – zapytała pod wpływem impulsu. Miała wrażenie, że zwracała się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Czy cokolwiek… było… prawdziwe?
Nie miała pewności, czy naprawdę chciała poznać odpowiedź. Nie rozumiała wielu rzeczy, w tym również tego, na ile sensowne pozostawało to, co działo się wokół niej. Jeśli śniła na jawie, to byłoby idealnym dowodem na to, że jednak postradała zmysły. Taka perspektywa wydawała się dość prawdopodobna, a jakby tego było mało…
– Rozmawialiśmy. W końcu zdołałaś mnie dosięgnąć – stwierdził Jaques takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Świat snów jest fascynujący. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę.
– Świat snów…
Czyż nie słyszała już o tym? Gdzieś w domu Licavolich na pewno spadły wzmianki o tym, że właśnie tam została uwięziona Renesmee. Cassandra mimowolnie zadrżała, sama niepewna, co wytrąciło ją z równowagi bardziej – perspektywa tego, że miała do czynienia z kimś, kto wiązał się z nieśmiertelnymi, od których dopiero co uciekła, czy myśl, że coś tak abstrakcyjnego jak podróżowanie w snach, mogłoby okazać się prawdziwe.
– W ostatnim czasie byłem… niedyspozycyjny. Do głowy by mi nie przyszło, że mam związek z kimś takim jak ty – odezwał się ponownie Jaques. – Widzisz, jesteś wyjątkowa… Tak sądzę. Nie żeby mnie to dziwiło. W końcu wszystko wskazuje na to, że powstałaś z mojej krwi.
Sens jego słów nie od razu do niej dotarł. Przez chwilę trwała w bezruchu, zdolna co najwyżej bezmyślnie spoglądać przed siebie. Zrozumienie pojawiło się dopiero po chwili, a Cassandra wyprostowała się niczym struna, by rozszerzonymi oczami spojrzeć na stojącego przed nią nieśmiertelnego. W pierwszym odruchu potrząsnęła głowa, chcąc odrzucić od siebie wnioski, które jak na zawołanie przyszły jej na myśl, ale nie była w stanie. Nie, skoro wszystko nagle wskoczyło na swoje miejsce.
Ten mężczyzna był… niejako jej stwórca. Nie miała pewności, czy mogła określić go tym mianem, ale to nie miało znaczenia. Wciąż robiło jej się niedobrze na samą myśl, że miałaby wypić coś, w czym znajdowały się domieszki wampirzej krwi, ale to już nie było ważne. Zbyt wiele się wydarzyło, by potrafiła przejmować się czymś, co już miało miejsce – w tym również rozważaniem, co znajdowało się w tabletkach, które do niedawna przyjmowała.
Z uwagą zmierzyła Jaquesa wzrokiem. Dopiero wtedy, patrząc na niego i pojmując, że to jego krew doprowadziła ją do takiego stanu, Cassandra w pełni pojęła powagę sytuacji. Otworzyła usta, czując, że powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. W normalnym wypadku jak nic rzuciłaby się na tego mężczyznę z pięściami, w miedzy czasie wyrzucając z siebie całą wiązankę przekleństw, ale i na to nie potrafiła się zdobyć. W głowie miała pustkę, ciało zaś niezmiennie odmawiało jej posłuszeństwa. Mogła co najwyżej siedzieć, gapić się na niego i nieudolnie próbować zapanować nad mętlikiem w głowie.
Zostawił ją. Nie tylko organizacja, ale przede wszystkim on. Najwyraźniej miał z nią jakiś związek, skoro widywała go w snach, a jednak…
Wszyscy wokół mnie porzucają.
Gwałtownie zassała powietrze, przez moment czując się tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch. Znów zrobiło jej się niedobrze, ale z trudem powstrzymała mdłości. Przełknęła, próbując ignorować znajomą już słodycz w ustach. Krew i gorycz, które próbowały wydostać się z jej żołądka.
– Nie miałem o tobie pojęcia. Gdybym wiedział… – Jaques zamilkł, po czym wzruszył ramionami. Po wyrazie jego twarzy mogła tylko zgadywać, co takiego sobie myślał. – Dzisiaj dotarłaś do mnie po raz pierwszy. Niezłe zaskoczenie odkryć, że z kimś łączy cię jakakolwiek więź.
– Jaka więź? – wychrypiała, nagle odzyskując głos.
To było pierwsze pytanie, które przyszło jej do głowy. Na więcej nie była w stanie się zdobyć, zmęczona i wyprana z jakichkolwiek emocji. Z dwojga złego wolała ten stan niż nadmiar sprzecznych uczuć, które stopniowo przejmowałby nad nią kontrolę.
– Dobre pytanie… – Wampir lekko przechylił głowę, jakby spojrzenie na nią pod innym kątem mogło ułatwić mu wyciągnięcie dodatkowych wniosków. – Inna niż ta, której mógłbym się spodziewać. Ale mniejsza z tym – stwierdził, pośpiesznie zmieniając temat. Zaraz po tym mówił dalej, nie dając Cassandrze dojść do słowa. – Jak wspomniałem, byłem niedysponowany przez jakiś czas. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś mnie szuka, chociaż… – Na jego ustach bez jakiegokolwiek ostrzeżenia pojawił się promienny, nieco drapieżny uśmiech. – Jesteś wyjątkowa, ptaszyno, wiesz? Może to nie było aż takie szalone. Choć jedno z was przeżyło.
Wpatrywała się w niego tępo, niezdolna zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Jak miała rozumieć te słowa? Skrzywiła się, czując narastające, coraz bardziej nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Z jękiem chwyciła się za głowę, przy okazji zginając wpół, kiedy mdłości znów dały o sobie znać. Chwilę później skapitulowała i jednak poderwała się na równe nogi, by jednak popędzić wprost do łazienki. W pośpiechu omal nie potknęła się o wciąż leżące na posadzce ciało, ale działo się jakby poza nią. Po prostu przestąpiła nad matką, chwilę później dopadając do toalety, by po raz kolejny zwrócić wszystko, co zalegało jej na żołądku.
Ciężko usiadła, opierając się plecami o ścianę. Włosy opadły jej na twarz, klejąc się do spoconej skóry. Z drugiej strony, może to były łzy albo ich pozostałości – Cassandra sama nie była pewna. Odgarnęła je zniecierpliwionym ruchem, po czym z jękiem odchyliła głowę. Zamknęła oczy, nie pierwszy raz modląc się w duchu o to, by wszystko okazało się jakimś chorym, nie mającym żadnego związku z rzeczywistością snem.
Usłyszała ciche, nieśpieszne kroki. Kiedy otworzyła oczy, przekonała się, że Jaques przystanął w progu, jakby od niechcenia zaciskając palce na framudze. Powiódł wzrokiem dookoła, nawet słowem nie komentując ani śladów krwi, ani trupa. Zachowywał się tak, jakby widywał podobne sceny na co dzień, a te nie robiły na nim żadnego wrażenia.
– No, cóż… – Jego spojrzenie jak na zawołanie spoczęło na Cassandrze. – Możliwe, że moja radość jest przedwczesna.
– Pomóż mi…
Uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony błagalną nutą, która jak na zawołanie wkradła się do jej głosu. Sama również poczuła się dziwnie, zaskoczona słowami, które wypowiedziała. W zasadzie były ostatnimi, którymi spodziewała się po sobie, zwłaszcza że jeszcze chwilę wcześniej chciała wszystko zakończyć. Kiedy trzymała w dłoni powoli wypalającą się zapałkę…
A jednak coś się zmieniło. Nie miała pojęcia kiedy i dlaczego, ale to nie było ważne. Nie obchodziło ją nawet jakim cudem ten mężczyzna wszedł do jej domu, jak ją odnalazł i czy przypadkiem nie miał większego wpływu na to, co ją spotkało. Liczyło się, że w chwili, w której jej przeszkodził, uprzytomniła sobie, że tak naprawdę wcale nie chciała umierać, niezależnie od tego, co i dlaczego zrobiła. Może była zbyt wielkim tchórzem, ale i nad tym nie zamierzała się rozwodzić. Wiedziała za to, że po tym jak Jaques ją zatrzymał, nie byłaby w stanie podjąć żadnej aż tak drastycznej decyzji po raz drugi.
Skoro nie potrafiła się zabić, trudno. Najwyraźniej po raz kolejny podjęto decyzję za nią, decydując, że miała żyć w tym chorym świecie, ponosząc konsekwencje tego, co zrobiła.
– Chcesz tego? – usłyszała. Zamrugała nieprzytomnie, w oszołomieniu spoglądając na mężczyznę. Podejrzewała, że mógłby zaprzeczyć i odejść, ale nie to, że zada akurat to pytanie. – Wydaje mi się, że miałaś inne pragnienie, kiedy cię znalazłem.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie będąc w stanie znieść jego spojrzenia. Znów drżała, całą energię wkładając przede wszystkim w to, by utrzymać mentalny mur, który stworzyła wokół siebie. Cała mieszanka skrajnych, niechcianych emocji – w tym również tych, których spodziewała się po śmierci matki – majaczyła gdzieś na krawędzi jej świadomości, a Cassandra za wszelką cenę próbowała je tam utrzymać. Robiła wszystko, byleby jej nie dosięgły, choć czuła, że prędzej czy później miały dojść do głosu.
To by ją zniszczyło. Bez pomocy Jaquesa czekało ją coś gorszego od śmierci.
Tym razem nie wyczuła ruchu, kiedy mężczyzna zdecydował się podejść bliżej. Nagle po prostu znalazł się tuż obok, wyciągając rękę ku jej twarzy. Zorientowała się dopiero w chwili, w której ujął ją pod brodę, przymuszając do tego, by na niego spojrzała. Chcąc nie chcąc podporządkowała się, spoglądając wprost w parę lśniących, skupionych na niej oczu.
Jego twarz nie wyrażała niczego. Spojrzenie mimo wszystko okazało się zaskakująco łagodne, wręcz troskliwe, choć to równie dobrze mogła sobie wyobrazić. I chociaż wciąż miała wątpliwości, w tamtej chwili nade wszystko pragnęła zaufać, że Jaques był jej ostatnią deską ratunku.
– Kto by pomyślał… Jedyna, która mnie odnalazła – oznajmił cicho, starannie dopierając słowa. – Zbyt wielu umarło na moich oczach. Aż zwątpiłem czy to w ogóle możliwe, że którekolwiek z was… – Urwał, po czym wymownie spojrzał na pokrwawiona łazienkę. – Mam ci pomóc? Zaryzykować, chociaż to może okazać się stratą czasu?
Coś w jego słowach sprawiło, że poczuła się tak, jakby ktoś dźgnął ją czymś ostrym prosto w serce. Skrzywiła się i zadrżała, zaniepokojona perspektywą tego, że Jaques mógłby jednak spisać ją na straty.  W zasadzie już Rufus zrobił to w chwili, w której zasugerował, że mogłaby umrzeć. Co prawda zaraz po tym pojawiła się ta nieszczęsna obietnica znalezienia jakiegokolwiek wyjścia, a jednak…
– Błagam. – Właściwie tylko poruszyła wargami, ale pragnęła wierzyć w to, że ją usłyszał. – Zrobię wszystko…
– Wszystko, ptaszyno? – podchwycił natychmiast.
W jakimś stopniu podobało jej się to, w jaki sposób do niej mówił – to łagodne, choć nieco pobłażliwe „ptaszyno”. W gruncie rzeczy tak właśnie się czuła: jak mały ptaszek, który upadł i boleśnie się poobijał. Teraz potrzebowała pomocy, by znów wzbić się w powietrze – o ile to było jeszcze możliwe.
O ile istniała dla niej szansa…
Zdobyła się wyłącznie na to, by skinąć głową. Jaques podejrzliwie zmrużył oczy, jakby niedowierzając temu, że mówiła prawdę, ale nie skomentował tej reakcji w żaden sposób. Zaraz po tym z przeciągłym westchnieniem przesunął się bliżej. Cassandra obserwowała go w milczeniu, kiedy – czym jeszcze bardziej wytrącił ją z równowagi – wysunął kły, po chwili wgryzając się we własny nadgarstek. Zesztywniała, oszołomiona zapachem jego krwi, zwłaszcza że ta okazała się zupełnie inna niż posoka, z którą dziewczyna miała do czynienia wcześniej. Kusiła ją, przyciągając w sposób, który okazał się intensywniejszy nawet od tego, którego doświadczyła, gdy miała do czynienia z tą ludzką. To było tak, jakby ciało Cassandry mogło rozpoznać tę konkretną krew – coś, z czego powstała i co odebrało jej ludzką cząstkę.
W tamtej chwili nie potrafiła mieć o to pretensji. Nie czuła niczego prócz pragnienia, kiedy – poruszając się przy tym prawie jak w transie – przesunęła się bliżej Jaquesa, chcąc jak najszybciej przyssać się do krwawiącej rany. To samo w sobie wydawało się przerażające, a jednak i tym nie potrafiła się przejąć. Nic innego się nie liczyło, a jedynie ta krew, która…
– Więc będziesz moja – szepnął wampir wprost do jej ucha. Objął ją z czułością, przyciągając do siebie zdecydowanym ruchem. Nie zaprotestowała, po prostu w pełni mu się poddając. – Pij. Może pomoże.
Jego słowa nie zabrzmiały szczególnie pocieszająco, ale to nie miało znaczenia. Cassandra natychmiast przycisnęła usta do ugryzienia, dosłownie przysysając się do podstawionego jej nadgarstka. Jaques wciąż ją trzymał, pewnie i z wprawą, jakby to nie był pierwszy raz, kiedy otwierał przed kimś żyły. Jego palce jak gdyby nigdy nic zaczęły przeczesywać jej włosy, raz po raz kreśląc jakieś bliżej nieokreślone wzory na plecach dziewczyny.
W chwili, w której pierwszy raz posmakowała jego krwi, poczuła się tak, jakby wszystko wskoczyło na swoje miejsce. To było coś, czego podświadomie szukała od chwili, w której zaczęła odczuwać głód. Podążała za pragnieniami, które nabrały sensu dopiero, gdy ten mężczyzna ją odnalazł. I choć nie miała pojęcia, co to oznaczało, a tym bardziej co powinna sądzić o łączącej ich więzi, liczyło się dla niej wyłącznie to, że mogła być blisko.
Nie miała pojęcia, jak długo to trwało. Piła zawzięcie, zatracając się w smaku, który na dłuższą chwilę skutecznie wytrącił ją z równowagi, wydając się przysłaniać wszystko inne. Czuła wyłącznie rozchodzące się po całym ciele ciepło i to, że w końcu nie czuła się tak, jakby miała zwymiotować. W tamtej chwili liczyła się wyłącznie krew – ciepła, pełna energii i będąca niczym gwarancja przeżycia. Co prawda słowa Jaquesa sugerowały, że niekoniecznie mogła na to liczyć, ale w tamtej chwili Cassandra nie potrafiła się tym przejąć.
Zmęczenie pojawiło się nagle, równie intensywne, co i potrzeba tego, by wypić jeszcze więcej. Tym bardziej rozczarowana się poczuła, kiedy Jaques stanowczo odsunął ją od siebie.
– Wystarczy – stwierdził, podczas gdy Cassandra bezradnie odsunęła się w jego ramionach. – Na razie. Zasada numer jeden: zawsze należy kontrolować, jak wiele krwi się oddaje.
Spojrzała na niego mało przytomnie, walcząc z pragnieniem, by natychmiast zaprotestować. Miał rację, chociaż jej ciało twierdziło inaczej. Chciała więcej – choćby odrobinę, kropelkę albo kilka…
To nie było normalne. Co więcej, doskonale wiedziała, że nie mała prawa o to prosić. I tak ofiarował jej o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie wyobrazić. Wcale nie musiał tego robić i z tego również doskonale zdawała sobie sprawę.
– Chodź, ptaszyno. To nie jest dobre miejsce dla ciebie – stwierdził, zdecydowanym ruchem stawiając ją do pionu. – Uznajmy, że właśnie połączyła nas obietnica. Moja krew płynie w tobie, a to wielkie wyróżnienie.
– Jesteś… wyjątkowy? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
Mężczyzna jedynie się uśmiechnął. Było w tym coś wymuszonego – rodzaj goryczy, której nie potrafiła pojąć.
– Gdybyś tylko wiedziała… Ale na to będziemy mieć jeszcze czas – stwierdził, uważnie mierząc ją wzrokiem. – Jeśli chcesz coś jeszcze zrobić, pośpiesz się. Nie zamierzam tracić więcej czasu niż to konieczne.
W pierwszym momencie chciała mu oznajmić, że tak naprawdę nic ją tutaj nie trzymało. Zniszczyła wszystko, co tylko możliwe, a dowód na to leżał zaledwie kilka metrów od niej – jej martwa matka, nad którą nawet nie potrafiła zapłakać. W tamtej chwili dotarło do niej, że tak naprawdę wszystko zakończyło się już jakiś czas temu, zaś moment, w którym podążyła za Renesmee, jedynie przypieczętował jej los. Problem polegał na tym, że wcześniej nie potrafiła tego zaakceptować.
Aż do tej chwili.
Bez słowa oswobodziła się z objęć Jaquesa. Nie zaprotestował, obserwując ją z zaciekawieniem, kiedy ruszyła z powrotem ku swojej sypialni. Zauważyła, że uśmiechnął się drapieżnie, kiedy chwyciła za pudełko zapałek, by wyciągnąć jeszcze jedną. Odpaliła ją z wprawą i – bez zbędnego wahania – rzuciła wprost na stertę rysunków, pozwalając, by te błyskawicznie zajęły się ogniem. Żywioł w ułamku sekundy rozszedł się dalej, pochłaniając nie tylko papier, ale również pościel. Cassandra nie miała wątpliwości, że tylko kwestią czasu było to, aż wszystko zamieni się w pył.
Niech płonie. Spaliłam wszystko to, co należało do mnie, pomyślała, ale wcale nie poczuła się z tą świadomością źle.
Obojętna na szalejący za jej plecami pożar, bez pośpiechu zwróciła się ku swojemu stwórcy.
– Teraz możemy iść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa