
Cassandra
Siedziała w bezruchu, w milczeniu
obserwując stojącego tuż przed nią mężczyznę. Słuchała tego, co mówił, ale
ledwo była w stanie nadążyć za sensem jego wypowiedzi. Wiedziała jedynie,
że miał na imię Jaques i z jakiegoś powodu śniła o nim częściej, niż
mogłaby sobie życzyć, a jednak…
– Wezwałam
cię – powtórzyła cicho. Z trudem zmusiła się do wypowiedzenia kolejnych
słów. – Ja… Naprawdę?
Rzucił jej
zniecierpliwione spojrzenie. Dopiero po chwili w jego oczach pojawiło się
zrozumienie, jakby uprzytomnił sobie coś istotnego.
To świetnie, pomyślała z przekąsem.
Złośliwości przychodziły jej o wiele łatwiej, czego bynajmniej nie dało
się powiedzieć o wyciąganiu jakichkolwiek innych wniosków. Gdybyś teraz jeszcze mnie uświadomił…
– No, tak. Do
tej pory również nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to działa w ten
sposób. Trudno oczekiwać, żebyś ty wiedziała – przyznał Jaques, krzyżując
ramiona na piersi. – Ciekawe.
Nie
odpowiedziała, jedynie patrząc na niego bezradnie. Ciekawe? Tylko tyle miał jej
do powiedzenia? Pomijając to, że wciąż nie miała pojęcia kim był i czego
chciał, jego obecność niczego nie tłumaczyła. To, że pojawił się akurat teraz,
tym bardziej. Wręcz przeciwnie – Cassandra czuła się jeszcze bardziej
oszołomiona, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
I bała się.
Próbowała to w sobie zdusić, ale tak właśnie było, zwłaszcza gdy w pełni
pojęła, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie ten mężczyzna. Gdyby pojawił się
chwilę później, kiedy jeszcze trzymała zapałkę w dłoni…
To dar od losu? A może nie dane mi jest
umrzeć, tylko dalej mam trwać w tym piekle?
Jej myśli
wirowały, z każdą sekundą coraz bardziej niespójne. Powoli zaczynała mieć
ich dość, zwłaszcza że wydawały się przeczyć temu, w co chciała wierzyć.
Choć pragnęła zrobić wszystko, byleby odciąć się od emocji, te raz po raz wracały;
wręcz czaiły się gdzieś na granicy jej świadomości, w każdej chwili mogąc
przejąć kontrolę.
– Dalej nie
rozumiesz? To w gruncie rzeczy bardzo proste – odezwał się cicho Jaques, z uwaga
mierząc ją wzrokiem. Serce Cassandry jak na zawołanie zabiło szybciej, coraz
bardziej niespokojnie trzepocąc się w jej piersi. – Wiesz kim jesteś?
– Nie.
Nie do
końca skłamała. Tak naprawdę wciąż nie miała pojęcia, co działo się wokół niej.
Gubiła się w tym, na dodatek robiąc wszystko, byleby odciąć się od
niechcianej rzeczywistości. To, kim się stała, pozostawało jedną z tych
istotnych kwestii, o których nade wszystko chciała zapomnieć.
– Kłamiesz.
– Wampir uśmiechnął się w nieco pobłażliwy sposób, prawie jak troskliwy
rodzic, rozczarowany zachowaniem dziecka. – Masz mętlik w głowie, ale to i owo
jestem w stanie wychwycić. Śmiem twierdzić, że mnie również powinnaś
rozpoznać – dodał, po czym znacząco uniósł jej rysunek. – W końcu sama to
narysowałaś, prawda?
Cassandra z jękiem
chwyciła się za głowę. Musiał jej to robić? Jeśli do tej pory była zagubiona,
po jego słowach przestała cokolwiek rozumieć. Nie była w stanie tak po prostu
z nim rozmawiać, nawet jeśli tego oczekiwał. To wszystko było niczym sen –
nierzeczywiste i odległe – Cassandra z kolei wciąż w pamięci
miała moment, w którym zdecydowała się sięgnąć po zapałki. Nie docierało
do niej, że ostatecznie wylądowała w pustym domu, siedząc pośród
nabazgranych kartek i rozmawiając z kimś, kogo nawet nie znała, choć
wcześniej z jakiegoś powodu o nim śniła.
– Sen… –
powiedziała cicho. Z równym powodzeniem mogłaby ograniczyć się do nic nie
znaczącego poruszenia wargami. – Nie znam cię. Te rysunki…
– Są twoje –
przypomniał usłużnie Jaques.
Jednak
zdecydowała się na niego spojrzeć. Jeśli do tej chwili czuła się jak wariatka, w tamtej
chwili to uczucie dodatkowo się nasiliło. Wpatrywała się w niego
rozszerzonymi oczami, wręcz błagalnie i z nadzieją na…
Na co?, odezwał się cichy głosik w jej
głowie. Do tej pory nikt ci nie pomógł.
Dlaczego z nim miałoby być inaczej?
Zawahała
się, zwłaszcza gdy dotarło do niej, że mężczyzna najpewniej doskonale zdawał
sobie sprawę z tego, co działo się w jej głowie. Mimowolnie spięła
się, w pierwszym odruchu zaniepokojona taką perspektywą, ale prawie
natychmiast doszła do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia.
– Sen…
Śniłam o tobie – powiedziała w końcu, lekko szarpiąc za włosy. Z uporem
unikała spoglądania mężczyźnie w oczy. – Ale dopiero niedawno zobaczyłam
tak wyraźnie i… Czy to było prawdziwe? – zapytała pod wpływem impulsu. Miała wrażenie,
że zwracała się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Czy cokolwiek…
było… prawdziwe?
Nie miała
pewności, czy naprawdę chciała poznać odpowiedź. Nie rozumiała wielu rzeczy, w tym
również tego, na ile sensowne pozostawało to, co działo się wokół niej. Jeśli
śniła na jawie, to byłoby idealnym dowodem na to, że jednak postradała zmysły.
Taka perspektywa wydawała się dość prawdopodobna, a jakby tego było mało…
–
Rozmawialiśmy. W końcu zdołałaś mnie dosięgnąć – stwierdził Jaques takim
tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Świat snów jest
fascynujący. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę.
– Świat
snów…
Czyż nie
słyszała już o tym? Gdzieś w domu Licavolich na pewno spadły wzmianki
o tym, że właśnie tam została uwięziona Renesmee. Cassandra mimowolnie
zadrżała, sama niepewna, co wytrąciło ją z równowagi bardziej –
perspektywa tego, że miała do czynienia z kimś, kto wiązał się z nieśmiertelnymi,
od których dopiero co uciekła, czy myśl, że coś tak abstrakcyjnego jak
podróżowanie w snach, mogłoby okazać się prawdziwe.
– W ostatnim
czasie byłem… niedyspozycyjny. Do głowy by mi nie przyszło, że mam związek z kimś
takim jak ty – odezwał się ponownie Jaques. – Widzisz, jesteś wyjątkowa… Tak
sądzę. Nie żeby mnie to dziwiło. W końcu wszystko wskazuje na to, że
powstałaś z mojej krwi.
Sens jego
słów nie od razu do niej dotarł. Przez chwilę trwała w bezruchu, zdolna co
najwyżej bezmyślnie spoglądać przed siebie. Zrozumienie pojawiło się dopiero po
chwili, a Cassandra wyprostowała się niczym struna, by rozszerzonymi
oczami spojrzeć na stojącego przed nią nieśmiertelnego. W pierwszym
odruchu potrząsnęła głowa, chcąc odrzucić od siebie wnioski, które jak na
zawołanie przyszły jej na myśl, ale nie była w stanie. Nie, skoro wszystko
nagle wskoczyło na swoje miejsce.
Ten
mężczyzna był… niejako jej stwórca. Nie miała pewności, czy mogła określić go
tym mianem, ale to nie miało znaczenia. Wciąż robiło jej się niedobrze na samą
myśl, że miałaby wypić coś, w czym znajdowały się domieszki wampirzej
krwi, ale to już nie było ważne. Zbyt wiele się wydarzyło, by potrafiła przejmować
się czymś, co już miało miejsce – w tym również rozważaniem, co znajdowało
się w tabletkach, które do niedawna przyjmowała.
Z uwagą
zmierzyła Jaquesa wzrokiem. Dopiero wtedy, patrząc na niego i pojmując, że
to jego krew doprowadziła ją do takiego stanu, Cassandra w pełni pojęła powagę
sytuacji. Otworzyła usta, czując, że powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie
wykrztusić z siebie chociażby słowa. W normalnym wypadku jak nic
rzuciłaby się na tego mężczyznę z pięściami, w miedzy czasie wyrzucając
z siebie całą wiązankę przekleństw, ale i na to nie potrafiła się
zdobyć. W głowie miała pustkę, ciało zaś niezmiennie odmawiało jej
posłuszeństwa. Mogła co najwyżej siedzieć, gapić się na niego i nieudolnie
próbować zapanować nad mętlikiem w głowie.
Zostawił
ją. Nie tylko organizacja, ale przede wszystkim on. Najwyraźniej miał z nią
jakiś związek, skoro widywała go w snach, a jednak…
Wszyscy wokół mnie porzucają.
Gwałtownie
zassała powietrze, przez moment czując się tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch.
Znów zrobiło jej się niedobrze, ale z trudem powstrzymała mdłości. Przełknęła,
próbując ignorować znajomą już słodycz w ustach. Krew i gorycz, które
próbowały wydostać się z jej żołądka.
– Nie miałem
o tobie pojęcia. Gdybym wiedział… – Jaques zamilkł, po czym wzruszył
ramionami. Po wyrazie jego twarzy mogła tylko zgadywać, co takiego sobie myślał.
– Dzisiaj dotarłaś do mnie po raz pierwszy. Niezłe zaskoczenie odkryć, że z kimś
łączy cię jakakolwiek więź.
– Jaka więź?
– wychrypiała, nagle odzyskując głos.
To było
pierwsze pytanie, które przyszło jej do głowy. Na więcej nie była w stanie
się zdobyć, zmęczona i wyprana z jakichkolwiek emocji. Z dwojga
złego wolała ten stan niż nadmiar sprzecznych uczuć, które stopniowo
przejmowałby nad nią kontrolę.
– Dobre
pytanie… – Wampir lekko przechylił głowę, jakby spojrzenie na nią pod innym
kątem mogło ułatwić mu wyciągnięcie dodatkowych wniosków. – Inna niż ta, której
mógłbym się spodziewać. Ale mniejsza z tym – stwierdził, pośpiesznie
zmieniając temat. Zaraz po tym mówił dalej, nie dając Cassandrze dojść do
słowa. – Jak wspomniałem, byłem niedysponowany przez jakiś czas. Do głowy by mi
nie przyszło, że ktoś mnie szuka, chociaż… – Na jego ustach bez jakiegokolwiek
ostrzeżenia pojawił się promienny, nieco drapieżny uśmiech. – Jesteś wyjątkowa,
ptaszyno, wiesz? Może to nie było aż takie szalone. Choć jedno z was
przeżyło.
Wpatrywała
się w niego tępo, niezdolna zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Jak miała
rozumieć te słowa? Skrzywiła się, czując narastające, coraz bardziej
nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Z jękiem chwyciła się za głowę,
przy okazji zginając wpół, kiedy mdłości znów dały o sobie znać. Chwilę
później skapitulowała i jednak poderwała się na równe nogi, by jednak
popędzić wprost do łazienki. W pośpiechu omal nie potknęła się o wciąż
leżące na posadzce ciało, ale działo się jakby poza nią. Po prostu przestąpiła
nad matką, chwilę później dopadając do toalety, by po raz kolejny zwrócić
wszystko, co zalegało jej na żołądku.
Ciężko
usiadła, opierając się plecami o ścianę. Włosy opadły jej na twarz, klejąc
się do spoconej skóry. Z drugiej strony, może to były łzy albo ich pozostałości
– Cassandra sama nie była pewna. Odgarnęła je zniecierpliwionym ruchem, po czym
z jękiem odchyliła głowę. Zamknęła oczy, nie pierwszy raz modląc się w duchu
o to, by wszystko okazało się jakimś chorym, nie mającym żadnego związku z rzeczywistością
snem.
Usłyszała
ciche, nieśpieszne kroki. Kiedy otworzyła oczy, przekonała się, że Jaques
przystanął w progu, jakby od niechcenia zaciskając palce na framudze.
Powiódł wzrokiem dookoła, nawet słowem nie komentując ani śladów krwi, ani
trupa. Zachowywał się tak, jakby widywał podobne sceny na co dzień, a te
nie robiły na nim żadnego wrażenia.
– No, cóż… –
Jego spojrzenie jak na zawołanie spoczęło na Cassandrze. – Możliwe, że moja
radość jest przedwczesna.
– Pomóż mi…
Uniósł
brwi, wyraźnie zaskoczony błagalną nutą, która jak na zawołanie wkradła się do
jej głosu. Sama również poczuła się dziwnie, zaskoczona słowami, które
wypowiedziała. W zasadzie były ostatnimi, którymi spodziewała się po
sobie, zwłaszcza że jeszcze chwilę wcześniej chciała wszystko zakończyć. Kiedy
trzymała w dłoni powoli wypalającą się zapałkę…
A jednak
coś się zmieniło. Nie miała pojęcia kiedy i dlaczego, ale to nie było ważne.
Nie obchodziło ją nawet jakim cudem ten mężczyzna wszedł do jej domu, jak ją
odnalazł i czy przypadkiem nie miał większego wpływu na to, co ją
spotkało. Liczyło się, że w chwili, w której jej przeszkodził,
uprzytomniła sobie, że tak naprawdę wcale nie chciała umierać, niezależnie od
tego, co i dlaczego zrobiła. Może była zbyt wielkim tchórzem, ale i nad
tym nie zamierzała się rozwodzić. Wiedziała za to, że po tym jak Jaques ją
zatrzymał, nie byłaby w stanie podjąć żadnej aż tak drastycznej decyzji po
raz drugi.
Skoro nie
potrafiła się zabić, trudno. Najwyraźniej po raz kolejny podjęto decyzję za
nią, decydując, że miała żyć w tym chorym świecie, ponosząc konsekwencje
tego, co zrobiła.
– Chcesz
tego? – usłyszała. Zamrugała nieprzytomnie, w oszołomieniu spoglądając na
mężczyznę. Podejrzewała, że mógłby zaprzeczyć i odejść, ale nie to, że
zada akurat to pytanie. – Wydaje mi się, że miałaś inne pragnienie, kiedy cię
znalazłem.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, nie będąc w stanie znieść jego spojrzenia.
Znów drżała, całą energię wkładając przede wszystkim w to, by utrzymać
mentalny mur, który stworzyła wokół siebie. Cała mieszanka skrajnych, niechcianych
emocji – w tym również tych, których spodziewała się po śmierci matki –
majaczyła gdzieś na krawędzi jej świadomości, a Cassandra za wszelką cenę
próbowała je tam utrzymać. Robiła wszystko, byleby jej nie dosięgły, choć czuła,
że prędzej czy później miały dojść do głosu.
To by ją
zniszczyło. Bez pomocy Jaquesa czekało ją coś gorszego od śmierci.
Tym razem nie
wyczuła ruchu, kiedy mężczyzna zdecydował się podejść bliżej. Nagle po prostu
znalazł się tuż obok, wyciągając rękę ku jej twarzy. Zorientowała się dopiero w chwili,
w której ujął ją pod brodę, przymuszając do tego, by na niego spojrzała.
Chcąc nie chcąc podporządkowała się, spoglądając wprost w parę lśniących,
skupionych na niej oczu.
Jego twarz
nie wyrażała niczego. Spojrzenie mimo wszystko okazało się zaskakująco łagodne,
wręcz troskliwe, choć to równie dobrze mogła sobie wyobrazić. I chociaż wciąż
miała wątpliwości, w tamtej chwili nade wszystko pragnęła zaufać, że Jaques
był jej ostatnią deską ratunku.
– Kto by
pomyślał… Jedyna, która mnie odnalazła – oznajmił cicho, starannie dopierając
słowa. – Zbyt wielu umarło na moich oczach. Aż zwątpiłem czy to w ogóle
możliwe, że którekolwiek z was… – Urwał, po czym wymownie spojrzał na
pokrwawiona łazienkę. – Mam ci pomóc? Zaryzykować, chociaż to może okazać się
stratą czasu?
Coś w jego
słowach sprawiło, że poczuła się tak, jakby ktoś dźgnął ją czymś ostrym prosto w serce.
Skrzywiła się i zadrżała, zaniepokojona perspektywą tego, że Jaques mógłby
jednak spisać ją na straty. W zasadzie
już Rufus zrobił to w chwili, w której zasugerował, że mogłaby
umrzeć. Co prawda zaraz po tym pojawiła się ta nieszczęsna obietnica znalezienia
jakiegokolwiek wyjścia, a jednak…
– Błagam. –
Właściwie tylko poruszyła wargami, ale pragnęła wierzyć w to, że ją usłyszał.
– Zrobię wszystko…
– Wszystko,
ptaszyno? – podchwycił natychmiast.
W jakimś
stopniu podobało jej się to, w jaki sposób do niej mówił – to łagodne,
choć nieco pobłażliwe „ptaszyno”. W gruncie rzeczy tak właśnie się czuła:
jak mały ptaszek, który upadł i boleśnie się poobijał. Teraz potrzebowała
pomocy, by znów wzbić się w powietrze – o ile to było jeszcze
możliwe.
O ile
istniała dla niej szansa…
Zdobyła się
wyłącznie na to, by skinąć głową. Jaques podejrzliwie zmrużył oczy, jakby
niedowierzając temu, że mówiła prawdę, ale nie skomentował tej reakcji w żaden
sposób. Zaraz po tym z przeciągłym westchnieniem przesunął się bliżej.
Cassandra obserwowała go w milczeniu, kiedy – czym jeszcze bardziej
wytrącił ją z równowagi – wysunął kły, po chwili wgryzając się we własny
nadgarstek. Zesztywniała, oszołomiona zapachem jego krwi, zwłaszcza że ta
okazała się zupełnie inna niż posoka, z którą dziewczyna miała do
czynienia wcześniej. Kusiła ją, przyciągając w sposób, który okazał się
intensywniejszy nawet od tego, którego doświadczyła, gdy miała do czynienia z tą
ludzką. To było tak, jakby ciało Cassandry mogło rozpoznać tę konkretną krew –
coś, z czego powstała i co odebrało jej ludzką cząstkę.
W tamtej
chwili nie potrafiła mieć o to pretensji. Nie czuła niczego prócz
pragnienia, kiedy – poruszając się przy tym prawie jak w transie – przesunęła
się bliżej Jaquesa, chcąc jak najszybciej przyssać się do krwawiącej rany. To
samo w sobie wydawało się przerażające, a jednak i tym nie
potrafiła się przejąć. Nic innego się nie liczyło, a jedynie ta krew,
która…
– Więc
będziesz moja – szepnął wampir wprost do jej ucha. Objął ją z czułością, przyciągając
do siebie zdecydowanym ruchem. Nie zaprotestowała, po prostu w pełni mu
się poddając. – Pij. Może pomoże.
Jego słowa
nie zabrzmiały szczególnie pocieszająco, ale to nie miało znaczenia. Cassandra
natychmiast przycisnęła usta do ugryzienia, dosłownie przysysając się do podstawionego
jej nadgarstka. Jaques wciąż ją trzymał, pewnie i z wprawą, jakby to nie
był pierwszy raz, kiedy otwierał przed kimś żyły. Jego palce jak gdyby nigdy
nic zaczęły przeczesywać jej włosy, raz po raz kreśląc jakieś bliżej
nieokreślone wzory na plecach dziewczyny.
W chwili, w której
pierwszy raz posmakowała jego krwi, poczuła się tak, jakby wszystko wskoczyło
na swoje miejsce. To było coś, czego podświadomie szukała od chwili, w której
zaczęła odczuwać głód. Podążała za pragnieniami, które nabrały sensu dopiero,
gdy ten mężczyzna ją odnalazł. I choć nie miała pojęcia, co to oznaczało, a tym
bardziej co powinna sądzić o łączącej ich więzi, liczyło się dla niej
wyłącznie to, że mogła być blisko.
Nie miała
pojęcia, jak długo to trwało. Piła zawzięcie, zatracając się w smaku,
który na dłuższą chwilę skutecznie wytrącił ją z równowagi, wydając się
przysłaniać wszystko inne. Czuła wyłącznie rozchodzące się po całym ciele
ciepło i to, że w końcu nie czuła się tak, jakby miała zwymiotować. W tamtej
chwili liczyła się wyłącznie krew – ciepła, pełna energii i będąca niczym
gwarancja przeżycia. Co prawda słowa Jaquesa sugerowały, że niekoniecznie mogła
na to liczyć, ale w tamtej chwili Cassandra nie potrafiła się tym przejąć.
Zmęczenie pojawiło
się nagle, równie intensywne, co i potrzeba tego, by wypić jeszcze więcej.
Tym bardziej rozczarowana się poczuła, kiedy Jaques stanowczo odsunął ją od
siebie.
– Wystarczy
– stwierdził, podczas gdy Cassandra bezradnie odsunęła się w jego ramionach.
– Na razie. Zasada numer jeden: zawsze należy kontrolować, jak wiele krwi się
oddaje.
Spojrzała
na niego mało przytomnie, walcząc z pragnieniem, by natychmiast zaprotestować.
Miał rację, chociaż jej ciało twierdziło inaczej. Chciała więcej – choćby
odrobinę, kropelkę albo kilka…
To nie było
normalne. Co więcej, doskonale wiedziała, że nie mała prawa o to prosić. I tak
ofiarował jej o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie wyobrazić. Wcale nie
musiał tego robić i z tego również doskonale zdawała sobie sprawę.
– Chodź,
ptaszyno. To nie jest dobre miejsce dla ciebie – stwierdził, zdecydowanym
ruchem stawiając ją do pionu. – Uznajmy, że właśnie połączyła nas obietnica. Moja
krew płynie w tobie, a to wielkie wyróżnienie.
– Jesteś…
wyjątkowy? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
Mężczyzna
jedynie się uśmiechnął. Było w tym coś wymuszonego – rodzaj goryczy,
której nie potrafiła pojąć.
– Gdybyś
tylko wiedziała… Ale na to będziemy mieć jeszcze czas – stwierdził, uważnie
mierząc ją wzrokiem. – Jeśli chcesz coś jeszcze zrobić, pośpiesz się. Nie
zamierzam tracić więcej czasu niż to konieczne.
W pierwszym
momencie chciała mu oznajmić, że tak naprawdę nic ją tutaj nie trzymało. Zniszczyła
wszystko, co tylko możliwe, a dowód na to leżał zaledwie kilka metrów od
niej – jej martwa matka, nad którą nawet nie potrafiła zapłakać. W tamtej
chwili dotarło do niej, że tak naprawdę wszystko zakończyło się już jakiś czas
temu, zaś moment, w którym podążyła za Renesmee, jedynie przypieczętował
jej los. Problem polegał na tym, że wcześniej nie potrafiła tego zaakceptować.
Aż do tej
chwili.
Bez słowa
oswobodziła się z objęć Jaquesa. Nie zaprotestował, obserwując ją z zaciekawieniem,
kiedy ruszyła z powrotem ku swojej sypialni. Zauważyła, że uśmiechnął się
drapieżnie, kiedy chwyciła za pudełko zapałek, by wyciągnąć jeszcze jedną.
Odpaliła ją z wprawą i – bez zbędnego wahania – rzuciła wprost na
stertę rysunków, pozwalając, by te błyskawicznie zajęły się ogniem. Żywioł w ułamku
sekundy rozszedł się dalej, pochłaniając nie tylko papier, ale również pościel.
Cassandra nie miała wątpliwości, że tylko kwestią czasu było to, aż wszystko
zamieni się w pył.
Niech płonie. Spaliłam wszystko to, co
należało do mnie, pomyślała, ale wcale nie poczuła się z tą
świadomością źle.
Obojętna na
szalejący za jej plecami pożar, bez pośpiechu zwróciła się ku swojemu stwórcy.
– Teraz
możemy iść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz