4 czerwca 2018

Trzy

Renesmee
Nie byłam pewna, jak długo przyszło mi czekać. Przez jakiś czas krążyłam po pokoju, mimowolnie zastanawiając się nad tym, co powstrzymywało mnie przed wyjściem na zewnątrz. Chociaż nie czułam, by cokolwiek ograniczało moje zmysły, kiedy tylko spróbowałam otworzyć drzwi albo okno, napotkałam wyraźny opór, który koniec końców zmusił mnie do pozostania w miejscu. Nie miałam pojęcia, co tak naprawdę było nie tak z tym miejscem, ale zdecydowanie miałam do czynienia z czymś nadnaturalnym – z tym, że wciąż nie miałam pewności z czym.
Po głowie wciąż chodziły mi niepokojące wnioski, które w naturalny sposób wyciągnęłam, obserwując Ariadnę i pozostałe kobiety. To miejsce i fakt, że kazała mi na kogoś czekać… Jeśli to było miejsce, w którym Ciemność zbierała dusze, miałam problem – z tym, że wciąż nie miałam pewności jak wielki.
Mimo wszystko niepokój szybko ustąpił miejsca znudzeniu, zwłaszcza że w pokoju nie było absolutnie nic, co mogłabym uznać za przydatne albo chociażby interesujące. Tkwienie przy oknie i obserwowanie powolnej wędrówki słońca nie należało do najbardziej porywających zajęć, dlatego ostatecznie położyłam się na łóżku, z powątpiewaniem spoglądając w sufit. Nie czułam się zmęczona, ale perspektywa zaśnięcia z jakiegoś powodu wydała mi się obiecująca. Co prawda od dawna nie próbowałam wnikać w świat snów, zwykle zdajać się przy tym na Gabriela albo Alessię, ale przecież wiedziałam, w jaki sposób to zrobić. Gdyby mi się udało…
Coś bez jakiegokolwiek ostrzeżenia załomotało w drzwi. Wzdrygnęłam się i poderwałam do pozycji siedzącej tak gwałtownie, że prawie spadłam z łóżka. Zaraz po tym stanęłam na równe nogi, machinalnie przybierając pozycję obronną. Podejrzliwie spojrzałam na drzwi, nerwowo napinając przy tym mięśnie i wciąż uważnie obserwując wejście. Niemalże spodziewałam się tego, że coś nagle spróbuje dostać się do środka, a potem na mnie rzucić, zmuszając do tego, żebym jednak musiała się bronić. Co prawda nie wiedziałam co i dlaczego, ale jakie to miało znaczenie? Przecież ten świat nie mógł być aż tak idealny, zwłaszcza jeśli faktycznie wiązał się z Ciemnością.
A jednak kolejne sekundy mijały i nie działo się nic, co mogłabym uznać za warte uwagi. Znów byłam sama, świadoma wyłącznie swojego przyśpieszonego oddechu i łomoczącego się w piersi serca. To wszystko – i coś w tej myśli sprawiło, że poczułam się niemalże rozczarowana.
Do momentu, w którym usłyszałam ciche kliknięcie, a drzwi jak gdyby nigdy nic stanęły przede mną otworem.
Zwiesiłam ramiona, przy okazji wypuszczając powietrze ze świstem. W milczeniu wpatrywałam się w uchylone drzwi, spoglądając wprost na spokojny, pogrążony w mroku korytarz. Nie czułam, by ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie. Wciąż byłam sama, a przynajmniej to podsuwały mi zmysły, chociaż nie miałam pojęcia, czy powinnam im ufać.
Zawahałam się, z uporem tkwiąc w miejscu. Dlaczego się otworzyły? W pamięci wciąż miałam ten huk – gwałtowny i absolutnie niezachęcający, by skorzystać z sugerowanego przez drzwi zaproszenia. „Chodź” – wydawały się komunikować sposobem, w jaki pozostawały uchylone, ale ja nagle zwątpiłam w to, czy powinnam wychodzić. Nie byłam pewna bardzo wielu rzeczy, łącznie z tym, czy cokolwiek z tego, co mnie otaczało, było prawdziwe.
Nerwowym ruchem otarłam dłonie o sukienkę. Biały, wyszywany złotą nitką materiał, był niczym dowód tego, że śniłam albo wciąż podróżowałam pod postacią kropli astralnej. Tak przynajmniej sądziłam, ale to ani trochę mnie nie uspokajało, zwłaszcza że wiedziałam, że ta postać wcale nie zapewniała mi bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie – wciąż o wiele zbyt łatwo mogłam dać się zranić albo zabić. W zasadzie pozbawiona ochrony dusza była bardziej wrażliwa, niż gdy wszystko wracało do normy, a ja istniałam w pełni materialnej formie.
Z wolna przestąpiłam naprzód, wciąż podejrzliwie wyglądając na korytarz. Miałam wrażenie, że coś rusza się w mroku, ale przeświadczenie to zniknęło w chwili, gdy zamrugałam kilkukrotnie. Niespokojnie zacisnęłam dłonie w pięści, by po chwili znów je rozprostować. Czułam, że bezpieczniej byłoby zostać w pokoju i dalej czekać, ale co później? Co więcej, przecież dopiero co sama chciałam wyjść, prawda? To mogła być moja szansa, zwłaszcza że absolutnie nie miałam ochoty na spotkanie z istotą, o której wspominała Ariadna.
Sęk w tym, że nadal nie miałam żadnego planu. Nie wiedziałam, gdzie jestem i jak stąd uciec, o ile to w ogóle było możliwe. Jakby tego było mało, budynek, w którym się znajdowałam, wydawał się ogromny. Próbowałam przypomnieć sobie, którędy prowadziła mnie Ariadna, ale w głowie miałam pustkę, zresztą nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś obserwowało każdy mój ruch. Gdziekolwiek bym nie poszła, wiedzieliby, ale…
Nie bój się.
Gwałtownie zaczerpnęłam powietrze do płuc, co najmniej zaskoczona tą myślą. To nie był pierwszy raz, kiedy słyszałam ten kojący, znajomy i zarazem obcy głos. Przez moment miałam wrażenie, że po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, niosąc ze sobą jakże upragniony spokój. Na krótką chwilę udało mi się rozluźnić, a może nawet poczuć bezpieczniej, chociaż nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Poczucie zagrożenia wciąż gdzieś tam było, niezmiennie dając mi się we znaki, ale już nie tak gwałtownie, jak do tej pory.
No i ten głos…
Wciąż pełna wątpliwości, mimo obaw ruszyłam ku drzwiom. Być może popełniałam błąd, ale wciąż wypełniające moje ciało ciepło ostatecznie przekonało mnie do tego, by zaryzykować. Co prawda myśl o tym, że sama Selene mogłaby wskazywać mi drogę, brzmiała irracjonalnie, ale czy już kiedyś tego nie doświadczyłam? To nie był pierwszy raz, kiedy czułam czyjąś obecność – i to wydawało mi się dobre, nawet jeśli nie miałam pewności, czy to przypadkiem nie moja wyobraźnia.
Wbrew moich obaw, nic nie spróbowało mnie pożreć, kiedy już znalazłam się na korytarzu. Ciemność nadal jawiła mi się jako zagrożenie, przez co wolałam trzymać się od niej z daleka, więc przywołałam do siebie moc, próbując zmaterializować ją w postaci znajomej, srebrzysto złotej kuli energii. Przyszło mi to zadziwiająco łatwo, ale nie zamierzałam narzekać, mimowolnie uśmiechając się, kiedy mrok rozproszył znajomy, łagodny blask. Machnęłam ręką, a pulsująca energia posłusznie wylądowała na mojej wyciągniętej dłoni, przyjemnie rozgrzewając skórę. Kula była niewielka, dzięki czemu z łatwością mogłabym ją ukryć, gdyby zaszła taka potrzeba.
Wolałam, by to mimo wszystko okazało się zbędne.
Powiodłam wzrokiem dookoła, chcąc upewnić się, że korytarz był pusty. Pamiętałam od której strony przyszłyśmy z Ariadną, ale coś pokusiło mnie, by ruszyć w przeciwnym kierunku. Stąpałam ostrożnie, najdelikatniej jak się dało stawiając kolejne kroki, a w duchu na wszystkie możliwe sposoby wyklinając buty na wysokim obcasie. Okej, od dawna już nie miałam poczucia, że mogłabym się w nich zabić, ale zdecydowanie nie nadawały się ani do ucieczki, ani skradania, zwłaszcza po wypolerowanych na błysk posadzkach. Nie żebym podejrzewała, że ktokolwiek w tym miejscu miałby problem ze znalezieniem mnie, ale świadomość, że z taką łatwością mogłam narobić niepotrzebnego hałasu, przy okazji ściągając na siebie uwagę, niepokoiła mnie.
Nie miałam pojęcia, dokąd idę, ale wszystko wydawało się lepsze od bezsensownego tkwienia w pokoju. Chociaż miałam ochotę wykorzystać okazję i spróbować dotrzeć jak najdalej, póki jeszcze nikt się nie zorientował, mimo wszystko zdecydowałam się na w pełni ludzkie tempo. Szłam szybkim krokiem, z przesadną dokładnością rozglądając się dookoła i czekając na jakiekolwiek oznaki tego, że jednak mogłabym mieć kłopoty.
A jednak w korytarzu wciąż panowała nieprzenikniona cisza, on sam zaś wydawał ciągnąć się w nieskończoność. Coś w poczuciu bezsensownego parcia naprzód, podczas gdy ja sama czułam się, jakbym tkwiła w miejscu, wydało mi się niepokojąco znajome. Na moment przystanęłam, z powątpiewaniem spoglądając na ograniczające mnie z obu stron ściany. Korytarz wyglądał na monotonny i pod każdym względem taki sam, aż zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle zmierzałam do jego końca. To wystarczyło, żebym przypomniała sobie bezsensowną bieganinę po tunelach w Mieście Nocy, kiedy w tym samym czasie w pobliżu znajdował się manipulujący cudzymi umysłami demon.
Otuliłam dłońmi wciąż pulsującą kulę mocy, ostrożnie przygarniając ją do siebie. Chociaż utrzymanie światła nie kosztowało mnie praktycznie nic, nagle zaczęłam się obawiać, że blask nagle zniknie. Coś w tej perspektywie mnie przerażało, ale próbowałam o tym nie myśleć, woląc nie zastanawiać się, co by było, gdybym nagle została w ciemnościach.
Znów ruszyłam przed siebie, po kilku krokach na powrót przystając w miejscu. Nie miałam niczego, czym mogłabym oznaczyć drogę, ale i tak byłam gotowa przysiąc, że tkwiłam w tym samym punkcie. Skrzywiłam się, gorączkowo zastanawiając nad tym, co powinnam zrobić. Wykorzystać telepatię? Mogłam, ale zbytnio obawiałam się, że w ten sposób ściągnęłabym na siebie uwagę czegoś, czego wcale nie chciałam. Sęk w tym, że dalsze błądzenie również nie miało sensu, a skoro tak…
Westchnęłam, po czym zamknęłam oczy. Nie miałam pojęcia, czy to był dobrym pomysł, ale w tamtej chwili było mi wszystko jedno. Na oślep zrobiłam kilka kroków przed siebie, dla pewności przesuwając palcami po ścianie, by mieć pewność, że podążam we właściwym kierunku. Nasłuchiwałam, ale wciąż towarzyszyła mi wyłącznie cisza, moje własne kroki i przyśpieszony oddech. Nawet bicie serca wydawało się nienaturalnie głośne, ale nie byłam w stanie zrobić niczego, żeby to zmienić. Cóż, nie byłam wampirem, co w sytuacjach takich jak ta bywało uciążliwe.
Nagle zesztywniałam, gotowa przysiąc, że coś przemknęło tuż za moimi plecami. Zesztywniałam, z wrażenia omal nie potykając się o własne nogi. Wciąż tkwiłam w tym samym korytarzu, a przynajmniej tak mi się wydawało, póki w pośpiechu nie odwróciłam się na pięcie, chcąc sprawdzić, czy coś przypadkiem nie czaiło się tuż za mną.
A potem zamarłam, bezmyślnie wpatrując się w dwuskrzydłowe, zdobione drzwi, które jakimś cudem pojawiły się za moimi plecami.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta. Machinalnie cofnęłam się o krok, z niedowierzaniem spoglądając na okazałe wejście. To, że jakimś cudem znajdowało się akurat w tym miejscu, nie miało sensu, ale nad tym wolałam się nie zastanawiać, aż nazbyt świadoma, że to i tak nie pozwoliłoby mi na wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków. Coś (albo ktoś) igrało z moimi zmysłami, bez wątpienia próbując doprowadzić do tego, żebym straciła czujność.
Nie odrywałam wzroku od drzwi, w milczeniu wodząc wzrokiem po złocistej powierzchni. Wyglądały na solidne, poza tym zdobiły je te same dziwne symbole, które widziałam już przy wejściu. Z wahaniem wyciągnęłam rękę przed siebie, po czym zaraz cofnęłam dłoń. Mogłam spróbować wejść do środka, ale nie miałam pojęcia czy to dobry pomysł. Cokolwiek czaiło się w środku…
Ale dalsze tkwienie w nieskończonym korytarzu również nie miało sensu.
Mniej więcej dotarło do mnie, że tak naprawdę nie miałam wyboru. To wszystko było niczym gra, do której zasad musiałam się podporządkować. Ktoś inny pociągał za szczurki, najpewniej doskonale bawiąc się moim kosztem. I jak długo wszystko opierało się na igraniu ze zmysłami, mogłam to zaakceptować. Co innego, gdyby nagle okazało się, że mój przeciwnik zaczynał się niecierpliwić – i to na tyle, by się zdenerwować.
Westchnęłam, po czym zaczęłam szukać wzrokiem klamki. Zanim zdążyłam dojść do wniosku, że takowej nie ma, drzwi otworzyły się samoistnie, równie cicho i delikatnie, jak i te do pokoju, w którym wcześniej byłam zamknięta. Kolejny raz powitała mnie ciemność, ale tym razem nie dałam sobie czasu na wątpliwości, w pośpiechu wchodząc do środka. Usłyszałam cichy trzask i aż podskoczyłam, uświadamiając sobie, że drzwi się zamknęły. Nerwowo obejrzałam się przez ramię, chcąc się upewnić i serce prawie mi stanęło, kiedy uświadomiłam sobie, że było nawet gorzej.
Bo drzwi zniknęły.
Kolejny raz znalazłam się w zamknięciu, lecz tym razem zamiast sypialni z widokiem na okolicę, tkwiłam w absolutnym mroku.
Niespokojnie spojrzałam na pulsującą w moich dłoniach kulę mocy, całą sobą koncentrując się na tym, żeby nie zniknęła. Miałam dziwne, niepokojące wrażenie, że mrok wokół mnie połyka łagodny blask, chłonąc go w sposób o wiele zbyt gwałtowny, bym uznała to za naturalne. Mimowolnie zadrżałam w odpowiedzi na tę myśl, coraz bardziej zaniepokojona tym, co działo się wokół mnie. Miałam wrażenie, że gdy tylko światło zgaśnie, ciemność połknie mnie całą, a wtedy dojdzie do czegoś bardzo, ale to bardzo złego.
Ta myśl mnie przerażała.
Z pewnym wysiłkiem zmusiłam się do tego, by ruszyć przed siebie. Pokój, w którym się znajdowałam, wydawał się nienaturalnie duży, jakby pozbawiony granic. Dookoła była tylko pustka, więc z równym powodzeniem pomieszczenie mogło okazać się niewielkie, jak i ciągnąc się w nieskończoność, dokładnie jak korytarz, którym szłam wcześniej. Nie widziałam ścian ani czegokolwiek, co świadczyłoby o obecności jakichkolwiek przeszkód. Byłam tylko ja, łagodny blask mocy i nieprzenikniona pustka.
Mimo wszystko moje kroki wydawały się nienaturalnie głośne. Obcasami uderzałam o posadzkę, co na swój sposób wydało mi się kojące, bo przynajmniej nie czułam się tak, jakbym była zawieszona w nicości. Spojrzałam pod nogi, próbując dostrzec panele albo kamień – cokolwiek, po czym stąpałam – jednak nawet przy wyostrzonych zmysłach i rzucanym przez kulę energii świetle, okazało się to niemożliwe.
Gwałtowny ruch skutecznie wytrącił mnie z równowagi. Poderwałam głowę, gotowa do ataku obrony – zależnie od tego, co miało się wydarzyć – po czym zamarłam, bezmyślnie wpatrując się w postać przede mną. Zamrugałam nieco nieprzytomnie, z zaskoczeniem przekonując się, że… patrzyłam na siebie. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że stałam przed lustrem. Tak musiało być, bo majacząca przede mną postać wyglądała dokładnie tak samo jak ja – w białej sukience, przerażona i kurczowo trzymająca przy sobie kulę mocy. Anemiczny blask padał na moją twarz, wydłużając cienie i sprawiając, że wyglądałam wręcz chorobliwie blado.
Ostrożnie wyciągnęłam rękę, by dotknąć gładkiej powierzchni lustra. Druga ja zrobiła dokładnie to samo. Pod palcami wyczułam opór, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że miałam przed sobą w pełni materialną, kruchą powierzchnię. Chwilę jeszcze wpatrywałam się w siebie, po chwili jednak uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, zbytnio obawiając się nie tyle tego, że najpewniej traciłam czas, ale możliwości dostrzeżenia w odbiciu czegoś, czego nie powinno tam być.
Z wahaniem ruszyłam wzdłuż lustra tak, by mieć je po swoje prawej stronie. Nie miałam pojęcia czy znajdowałam się w labiryncie, czy może w innym miejscu, ale wolałam mieć jakikolwiek punkt zaczepienia. Zasada prawej ręki podobno sprawdzała się zawsze, a przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Szybko przekonałam się, że luster było więcej. Ciągnęły się we wszystkie strony, tworząc szersze bądź węższe przejścia. Poczułam się nieswojo, kiedy nagle znalazłam się pośród własnych odbić. Chociaż w każdym lustrze widziałam siebie, nie chciałam przypatrywać się odbiciom dłużej, niż było to konieczne. Wzdrygałam się w odpowiedzi na każdy, nawet najdelikatniejszy ruch, który zdarzało mi się zauważyć kątem oka. Błądziłam, sama już niepewna, gdzie szłam, gotowa przy tym przysiąc, że lutra co chwilę zmieniały swoje położenia. To sprawiało, że z każdym kolejnym krokiem czułam się coraz bardziej spanikowana, a przy tym aż nazbyt świadoma, że powoli puszczały mi nerwy. Zaczynałam się miotać, a to zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza że tracąc czujność co najwyżej mogłam ściągnąć na siebie większe kłopoty.
Och, łatwo było mówić, a co innego coś zmienić. Aż jęknęłam, kiedy tuż przede mną dosłownie wyrosło kolejne lustro. Zaskoczona krzyknęłam i odskoczyłam na tyle gwałtownie, że aż zatoczyłam się w tył, plecami wpadając… na kogoś.
Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi, kiedy na moich ramionach wylądowały czyjeś dłonie. Ktoś za mną stał i nie miałam co do tego wątpliwości. Przez kilka następnych sekund tkwiłam w bezruchu, spazmatycznie chwytając powietrze i bojąc poruszyć się choćby o milimetr. Uświadomiłam sobie, że drżę, ale nawet nie próbowałam nad sobą zapanować. Obraz zaczął rozmazywać mi się przed oczami, a przynajmniej tak pomyślałam w pierwszej chwili, dopiero później pojmując, że to wciąż podążająca za mną kula mocy zaczynała gasnąć, coraz bardziej krucha i niestabilna.
Dobra bogini, nie… Nie, nie, nie, nie…
– Bogini, którą czcisz, nie ma tutaj od bardzo dawna – usłyszałam spokojny, męski głos.
Byłam pewna, że nigdy wcześniej nie miałam z nim do czynienia. Zapamiętałabym, gdyby było inaczej – gdybym kiedykolwiek słyszała coś tak doskonałego, kuszącego i niepokojącego jednocześnie. Coś w tym szepcie wystarczyło, bym poczuła się zarazem oczarowana, jak i zdenerwowana bardziej niż do tej pory.
A on wciąż stał tuż za mną, na dodatek tak blisko, że…
– Odwróć się.
Nie chciałam tego robić, ale jaki miałam wybór? Poczułam, że robi mi się zimno, nie wspominając o tym, że sama nie byłam pewna, jakim cudem wciąż utrzymywałam się na nogach. Mój oddech stał się jeszcze bardziej chrapliwy i urywany, zupełnie jakby w powietrzu nagle zabrakło jakże niezbędnego do funkcjonowania tlenu. W tamtej chwili byłam tylko ja, znikające światło i tkwiąca tuż za moimi plecami postać – ktoś, kto w równym stopniu mnie przerażał, co i wabił.
Poruszając się trochę jak w transie, powoli się odwróciłam. Miałam opory przed tym, by to zrobić, woląc nie sprawdzać, kto tak naprawdę za mną stał. Mogłam tylko zgadywać, co wydarzy się, kiedy w końcu na niego spojrzę. W gruncie rzeczy miałam ochotę rzucić się do ucieczki, na oślep podążając w głąb lustrzanej sali, ale przecież nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie, skoro i bez pytania wiedziałam, że zdenerwowanie trwającej przy mnie istoty było najgorszym, na co mogłabym sobie pozwolić.
Nie miałam wątpliwości, że tuż za mną znajdował się mężczyzna. Widziałam jego sylwetkę w mroku – szczupłą, na swój sposób… idealną, cokolwiek miałoby to oznaczać. Był ode mnie wyższy, a ja z uporem spuszczałam wzrok, więc w pierwszej chwili zaczynałam wyłącznie jego tors i poły marynarki, którą miał na sobie. Wydawał się ginąć w ciemności, zupełnie jakby stanowił jej część, co zaniepokoiło mnie równie mocno, co i jego obecność.
– No i co powinienem z tobą zrobić? – zapytał cicho głos. Dłonie o długich palcach przemieściły się, nagle lądując na moich policzkach. Cała zesztywniałam, świadoma wyłącznie bijącego od tej istoty chłodu i mrowienia w miejscach, w których mnie dotykał. – Nic ci nie zrobię… Spójrz na mnie.
Nie wierzyłam mu, ale musiałabym upaść na głowę, żeby zaprotestować. Sądziłam zresztą, że doskonale wiedział, co sobie myślałam i czułam. Miałam wrażenie, że wypełniał mój umysł, znacząc go swoją obecnością. Był tak prawdziwy, jak to tylko możliwe, a jednak przy tym tak zadziwiająco nierzeczywisty i odległy…
A patrzenie w jego twarz przypominało koniczność spoglądania w słońce. Patrzyłam, ale nie widziałam, niezdolna pojąć tego, jak wyglądał – jego uśmiechu, błysku w oczach i tego, kim był. Na swój sposób rozumiałam, ale czym innym było znać go pod tak abstrakcyjnym imieniem, jakim była Ciemność, a czymś całkowicie odmiennym nagle stanąć tuż przed nim, nie wspominając już o tym, że miałby mnie dotykać.
– Ach… Ale ciebie wcale nie powinno tutaj być, prawda, moja droga? – zapytał i zabrzmiało to niemalże łagodnie. – Skoro twoja bogini tak bardzo kocha swoje dzieci, dlaczego pozwoliła, byś wylądowała aż tutaj? – drążył, ale nawet gdybym wiedziała, nie byłabym zdolna mu odpowiedzieć.
Z tym, że Ciemność nie oczekiwała odpowiedzi. Chociaż wciąż nie potrafiłam się skoncentrować na jego twarzy, podświadomie czułam, że się uśmiecha – łagodnie i pobłażliwie zarazem.
A potem łagodny blask mocy znikł i dookoła jednak zapanował mrok.

1 komentarz:

  1. A do tego nowy rozdział Niosącej Radość do znalezienia tutaj. ^^
    O, a jakby ktoś chciał zagłosować na któryś z moich postów w ankiecie na Katologowo, to zapraszam i dziękuję: klik.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa