5 czerwca 2018

Cztery

Renesmee
Ocknęłam się nagle, wytrącona z równowagi tak bardzo, że początkowo nawet nie zarejestrowałam tego, co działo się wokół mnie. Dopiero po chwili zrozumiałam, że znów siedziałam na łóżku w pokoju, w którym zamknęła mnie Ariadna. Z niedowierzaniem spojrzałam w okno, mimochodem zauważając, że słońce powoli chyliło się ku zachodowi, barwiąc wszystko odcieniami pomarańczy i czerwieni.
Zadrżałam, zaniepokojona zwłaszcza obecnością tej drugiej, bo z miejsca skojarzyła mi się z krwią. Prawda jednak była taka, że najbardziej roztrzęsiona czułam się ze świadomością tego, co się wydarzyło – cokolwiek to było. Zasnęłam? Wszystko na to wskazywało, a jednak wspomnienia błądzenia korytarzami oraz lustrzanej sali, były tak żywe, że nie potrafiłam wyobrazić sobie, że mogłyby okazać się co najwyżej wytworem mojego umysłu.
– Słodka bogini… – wyrwało mi się.
Z wolna usiadłam, spuszczając nogi z łóżka. Dłoń machinalnie przyłożyłam do piersi, zupełnie jakbym miała wątpliwości co do rytmu, w jakim było moje serce. Czułam, że nieszczęsny narząd trzepoce się w niemalże rozpaczliwy sposób, zdradzając to, jak bardzo byłam podenerwowana. Chociaż w głowie miałam pustkę, mimo wszystko próbowałam zrozumieć to, co stało się, kiedy ta istota…
Spotkałam Ciemność.
Ta myśl mnie uderzyła, jeszcze bardziej niż do tej pory wytrącając z równowagi. Z wolna wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić, ale to okazało się trudniejsze niż zakładałam. Nachyliłam się do przodu, przez kilka sekund bezmyślnie wpatrując we własne dłonie. Próbowałam nadać temu wszystkiemu sens – choć po części zrozumieć, czego właśnie doświadczyłam – ale nie potrafiłam.
Sen czy nie, zdecydowanie nie był normalny. Kto jak kto, ale miałam już wystarczające pojęcie o możliwości telepatii i manipulowania snami, bym z łatwością pojęła, że w tym, którego doświadczyłam, coś było nie tak. Nie musiałam pytać, by zorientować się, że najpewniej Ciemność jednak przybyła, żeby się ze mną zobaczyć – z tym, że wciąż nie docierało do mnie, że wszystko odbyło się tak błyskawicznie, na dodatek w takiej formie.
Nie pamiętałam, co wydarzyło się, kiedy już zgasło światło. W gruncie rzeczy nie chciałam wiedzieć, woląc wierzyć, że właśnie wtedy nastąpiło przebudzenie. Jak przez mgłę pamiętałam to, co było wcześniej – co najwyżej monotonną podróż korytarzami, a później moment, w którym pojęłam, że ktoś za mną stał. Przywołanie twarzy tej istoty okazało się niemożliwe, zresztą tak jak i brzmienia jego głosu. Pamiętałam poszczególne słowa, ale to było tak, jakbym wspominała przeczytany gdzieś wcześniej tekst – pozbawione tonu i jakiegokolwiek konkretnego brzmienia słowa, które równie dobrze mogłyby nie oznaczać niczego.
Mimo wszystko emocje gdzieś tam były. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mimo zaintrygowania tym, dlaczego znalazłam się tutaj, Ciemność nie była w nastroju. Nie wiedziałam skąd to wiem, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że powinnam cieszyć się z tego, że poświęcił mi tak mało czasu. Coś się wydarzyło, a to, że przyszedł się ze mną zobaczyć, było jedynie odrobiną dobrej woli z jego strony. Albo ciekawością.
Skrzywiłam się, po czym z jękiem ukryłam twarz w dłoniach. Czy to w ogóle miało sens? Byłam gotowa przysiąc, że Ciemność była o coś zła. Wydawało się coś, czego mogłam co najwyżej się domyślać, a co wytrąciło tę istotę z równowagi. Skoro nawet po przebudzeniu czułam ten gniew, sprawy zdecydowanie prezentowały się nieciekawie. Problem polegał na tym, że nie miałam pojęcia, co to mogło oznaczać dla mnie.
Wciąż o tym myślałam, kiedy doszło mnie ciche kliknięcie. Zesztywniałam, po czym poderwałam głowę akurat w chwili, w której drzwi pokoju powoli się uchyliły. Serce podeszło mi do gardła, zwłaszcza że w pamięci wciąż miałam resztki snu, nim jednak zdążyłam dość do wniosku, że ktoś próbował bawić się moim kosztem, igrając ze zmysłami i zamykając w pętli, w progu dostrzegłam znajomą mi już, jasnowłosą kobietę.
Leana z powątpiewaniem rozejrzała się po pokoju, wyraźnie unikając spoglądania w moją stronę.
– Mama się pyta czy jesteś głodna – powiedziała cicho. Jej ton i zachowanie jednoznacznie dały i do zrozumienia, że aż rwała się do wyjścia z pokoju.
Zawahałam się, początkowo bezmyślnie ją obserwując. Czułam, że powinnam coś powiedzieć, ale nie miałam pojęcia co, w głowie zresztą miałam pustkę. Dziewczyna musiała uznać przeciągającą się ciszę za odmowę, bo chciała wycofać się na korytarz, tym samym skutecznie nakłaniając mnie do tego, bym jednak zdecydowała się odezwać.
– Zaczekaj – wyrzuciłam z siebie na wydechu. Zamarła z dłonią na klamce, wciąż na mnie nie patrząc. W ostatniej chwili powstrzymałam się przed poderwaniem na równe nogi, nie chcąc ryzykować, że w ten sposób ją spłoszę. – Od jak dawna tutaj jesteście?
– Muszę iść – wymamrotała, bynajmniej nie paląc się do udzielenia mi odpowiedzi. – Potrzebujesz czegoś czy nie?
– Wyjaśnień – stwierdziłam z rezygnacją. – Czy wy i Beatrycze…?
Zatrzasnęła drzwi, używając do tego o wiele więcej siły, niż byłoby to wskazane. Byłam gotowa przysiąc, że przez jej twarz przemknął cień, a błękitne oczy zaszły łzami, ale nie miałam okazji, by przyjrzeć jej się na tyle dokładnie, by nabrać pewności. Wydałam z siebie sfrustrowany jęk, z powrotem opadając na łóżko i wbijając wzrok w sufit. Mogłam próbować się stąd wydostać, ale po tym, czego zdążyłam doświadczyć, przynajmniej tymczasowo wolałam nie ryzykować.
Jakkolwiek by nie było, coś się zmieniło. Nie miałam pojęcia czy wrażenie to brało się wyłącznie stąd, że Ariadna wysłała do mnie córkę, być może nie mając już zamiaru ukrywać mojej obecności, czy… z czegoś innego. Jakby nie patrzeć, Leana widziała mnie już wcześniej, więc jej pojawienie się nie było aż takie dziwne. Za to reakcja na samą wzmiankę o Beatrycze już tak, co przynajmniej utwierdziło mnie w przekonaniu, że musiała ją znać. To podejrzewałam już wcześniej, ale i tak czułam się pewniej, mając przynajmniej mgliste poczucie tego, że wiedziałam na czym stoję.
No i żyłam. Jakoś nie miałam wątpliwości, że Ciemność zabiłaby mnie bez mrugnięcia okiem, gdyby akurat miał taki kaprys. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale jak długo nikt się mną nie interesował, mogłam udawać, że wszystko było w porządku.
Tylko co teraz?, zapytałam samą siebie i to wystarczyło, bym poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle.
Na to pytanie nie znałam odpowiedzi.
Gabriel
Czekanie nigdy nie należało do jego mocnych stron. A jednak nie miał innego wyboru, jak robić właśnie to – bezczynnie siedzieć, starać się ignorować nieznośnie wolny upływ czasu i próbować znaleźć sobie jakieś zajęcie. Przesiadywanie przy Joce czy Claire było dobrym początkiem, ale na dłuższą metę prowadziło donikąd, bo żadna z nich nie mogła przecież spać w nieskończoność.
Za to Renesmee mogła, bo mimo wszystko w ten sposób podświadomie określał jej stan – jak sen, tym bardziej że poniekąd tak było. Na pierwszy rzut oka wyglądała spokojnie, w żaden sposób nie sugerując tego, że mogłaby być chora albo… na swój sposób martwa. Właśnie ta niepewność co do jej stanu sprawiała, że powoli dostawał szału, z jednej strony pragnąc cały wolny czas poświęcić na siedzenie przy niej, a z drugiej dostając szału na samą myśl o tym, że czekał na marne.
Isabeau gdzieś zniknęła, ale nie potrafił mieć do niej o to pretensji. Wierzył, że nie okłamałaby go w tak istotnej sprawie, jak szukanie informacji. Inna sprawa, że obie jego siostry potrzebowały odpoczynku. Wciąż czuł zmęczeni Layli, chociaż to doszła do siebie wystarczająco szybko, by przy odrobinie szczęścia mógł uwierzyć, że tak naprawdę nie spotkało jej nic złego. Oczywiście to było wierutnym kłamstwem, a Gabriel miał ochotę przespacerować się do siedziby łowców i zrównać ją z ziemią – ot tak, dla zasady, chociaż najpewniej nie uchował się tam nikt żywy. Brat Liz odwalił kawał dobrej roboty, chociaż pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy.
Podejrzewał, że obie – i bliźniaczka, i Renesmee – miałyby do niego pretensje o takie myśli, ale nie dbał o to. Czuł się źle i miał do tego prawo, wciąć wytrącony z równowagi tym, co stało się w nocy. Łatwiej było mu nad sobą panować, kiedy rozmawiał z Joce, uspokajał ją i udawał, że wszystko w porządku, ale to powoli zaczynało go przerastać. Prawda była taka, że naprawdę miał ochotę coś rozwalić, nieważne czym miałoby to być.
Nikt nie zwrócił większej uwagi na to, że wyszedł z domu. Alessia w końcu położyła się spać, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo wcześniej jeszcze długo słyszał, że rozmawiała o czymś z Damienem i Liz. Była rozbita, chociaż starała się tego nie okazywać, co zresztą wcale go nie dziwiło. Kobiety w tej rodzinie zawsze były silne, a już zwłaszcza te, które wiązały się z boginią. Isabeau od zawsze go pod tym względem zadziwiała, więc i zachowanie córki wydało się Gabrielowi w pełni zrozumiałe. Nie zmieniało to jednak faktu, że na swój sposób pragnął pocieszyć je obie – i Beau, i Ali, zwłaszcza że wiedział jak bardzo obie przeżyły śmierć Allegry.
Nie miał pojęcia, co sam czuł w związku ze wszystkim, co miało miejsce. Niepokój o Nessie przysłonił wszystko inne, choć nie na tyle, by pozostał całkowicie obojętny. Kiedy emocje opadły, myśl o śmierci Allegry zaczęła jawić się jako swego rodzaju zły sen, o którym każde z nich chciało jak najszybciej zapomnieć. Miał wrażenie, że poniekąd w to nie wierzył – bo to były tylko słowa, które nie mogły mieć żadnego związku z rzeczywistością. Po prostu nie. Nigdy nie był z ciotką blisko, poza tym w jakimś stopniu miał do niej żal – i to nie tyle o stracone lata, co jej związek z Marco – ale mimo wszystko…
To była siostra jego matki. Kobieta wyglądająca dokładnie jak ta, która go urodziła.
I to na swój sposób go przerażało.
Jego myśli w naturalny sposób uciekły ku Marco. Rzadko zawracał sobie głowę ojcem, woląc traktować go jako zło konieczne – kogoś, kto istniał, ale pozostawał gdzieś daleko, w gruncie rzeczy nie mając znaczenia. Starali się nie wchodzić sobie w drogę i to działało, przynajmniej tak długo, jak nie byli zmuszeni mieszkać pod jednym dachem. W zasadzie Gabriel znosił to wyłącznie przez wzgląd na Nessie i Allegrę, ale teraz tej drugiej nie było. Kolejna siostra Del Vacchio była martwa, z klei Marco…
Cóż, nie wrócił. I Gabriel naprawdę wolał, żeby wampir więcej się nie pojawił, zwłaszcza że śmierć Allegry oznaczała tylko jedno.
Już raz doświadczył tego, co Marco potrafił zrobić w żalu. I nie zamierzał przechodzić przez to nigdy więcej, nie wspominając o tym, że teraz tym bardziej chciał dopilnować, by wampir trzymał się z daleka zarówno od jego bliźniaczki, jak i dzieci.
To wszystko zdecydowanie nie było normalne. Śmierć Allegry, stan Renesmee i sami łowcy… A do tego wszystkiego w pamięci wciąż miał wspomnienie tego,  w jaki sposób czuł się, kiedy spoglądał na ten cholerny kryształ. Te myśli wciąż gdzieś tam były, mieszając się z pragnieniem przejęcia tej mocy, jak i czystym przerażeniem, które poczuł, kiedy uprzytomnił sobie, w jaki sposób to wpłynęło nie tylko na niego, ale przede wszystkim na Renesmee. Moment zerwania więzi go prześladował, chociaż to było niczym w porównaniu z pustką, którą odczuwał, kiedy instynktownie próbował wyczuć obecność żony. Tylko czarna dziura – nicość, której nie potrafił pojąć i której przecież nie powinno tam być. Łącząca ich nić zniknęła i to z jego winy.
Braciszku?
Wzdrygnął się, słysząc w głowie zatroskany głos Layli. Brzmiała całkiem dobrze, nawet jeśli przez godzinę wciąż nie tryskała energią. Mimo wszystko ulżyło mu, kiedy przekonał się, jak wyrazista była jej obecność. Siostra wydawała się wręcz jaśnieć gdzieś na granicy jego świadomości, może nawet wyraźniej niż do tej pory, chociaż to nie poprawiło mu nastroju. Dotychczas więź z Nessie przysłaniała tę, która łączyła go z bliźniaczką, ale teraz…
Wyszedłem się przejść, wyjaśnił lakonicznie, próbując wziąć się w garść. Stanowczo odciął się od Layli na tyle, na ile było to możliwe, by mógł przy tym swobodnie jej odpowiadać. Mimo wszystko starał się wnieść wokół swojego umysłu mur na tyle solidny, by wampirzyca przypadkiem ni wyczuła więcej, niż mógłby sobie tego życzyć. Stało się coś?, dodał, chcąc zmienić temat.
Właściwie sam nie był pewien, dlaczego pytał właśnie o to. Stało się tyle, że wręcz nie wyobrażał sobie, by mogło się wydarzyć się coś więcej. Wolał nawet nie brać takiej możliwości pod uwagę, a jednak to pytanie było pierwszym, które przyszło mu do głowy, gdy zaczął zastanawiać się nad jakimś bezpiecznym sposobem poprowadzenia rozmowy.
Layla milczała zdecydowanie zbyt długo, by uwierzył, że udało mu się ją zwieść.
Nie. Chyba, przyznała i przez moment wydała mu się sfrustrowana. Próbuję rozmawiać z tymi dzieciakami… Wiesz, Cassandrą i Ryanem.
Ryanem?, powtórzył sceptycznie.
Ryanem, zniecierpliwiła się. Tym chłopakiem, którego Rufus zamknął w piwnicy. W twoim domu, dodała z naciskiem. Nie mów mi, że o tym nie wiedziałeś.
Wiesz, sis… To twój mąż już od jakiegoś czasu robi z naszą piwnicą to, co chce, obruszył się. Zdenerwowana Layla nigdy nie wróżyła dobrze. Zresztą podobno był niebezpieczny. No i próbowaliśmy dotrzeć do ciebie, a jeśli on mógłby w tym pomóc…
Och, na litość bogini, co z wami nie tak?!, jęknęła. Wywrócił oczami, bez trudu wyobrażając sobie wyraz jej twarzy i to, w jaki sposób załamywała ręce. Zawsze wydawało mi się, że się nie dogadujecie, dodała niemalże z wyrzutem.
Gabriel uśmiechnął się w pozbawiony wesołości sposób.
Ależ skąd. Kiedy chodzi o ciebie, to już prawie doskonałe porozumienie.
Prychnęła, chociaż czuł, że była w równym stopniu sfrustrowana, co i rozczulona. Och, no i martwiła się, ale to nie było niczym nowym. Layla miała w zwyczaju się zadręczać, zresztą pod jej nieobecność wydarzyło się coś, by faktycznie miała po temu powody.
Nieważne, usłyszał i to wystarczyło, żeby go zaalarmować. Tym bardziej że siostra nagle spoważniała, przełączając się na troskliwy, wręcz matczyny ton. Dobrze się czujesz? Wiesz o co pytam.
Nic mi nie jest, zapewnił, chociaż oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Tak, jasne… Mogłabym ci pomóc, oznajmiła wprost, po czym mówiła dalej, nie czekając aż zdąży zaprotestować. W tym momencie nie pytam o Nessie, chociaż oboje wiemy, że będzie dobrze.
Layla…
Zignorowała go.
Kiedy cię ostatnio widziałam, wyglądałeś jak śmierć. Nie musisz szukać sobie ofiary, zwłaszcza w takim stanie i…
Dziękuję ci bardzo, ale poradzę sobie sam, przerwał stanowczo, wręcz o wiele gwałtowniej niż zamierzał. Westchnął przeciągle, bez trudu orientując się, że ani trochę tym siostry nie uspokoił. Wręcz przeciwnie. Wciąż sama dochodzisz do siebie. A ja… szybko załatwię to, co muszę i wrócę. Nie przejmuj się.
Nie odpowiedziała, ale to wydawało się zbędne. Aż za dobrze wiedział, że Layla wcale nie poczuła się dzięki jego słowom lepiej, bynajmniej nie sprawiając wrażenie uspokojonej. I bez więzi znała go zbyt dobrze, by mógł ją oszukać. Zresztą ze wzajemnością, co w wielu przypadkach było równie praktyczne, co i uciążliwe.
Mimo wszystko nie zamierzał przyznawać się do tego, że jak zawsze trafiła z podejrzeniami co do tego, czego mógłby potrzebować. Głód dawał mu się we znaki, chociaż wydawał się inny niż zazwyczaj. Wcześniej nie zwracał na to uwagi, ale to tak czy inaczej w nim było. Nie miał pojęcia, w jaki sposób powinien to opisać, ale od spotkania z kryształem, coś się zmieniło. W efekcie w równym stopniu czuł się przesycony, co i… pragnął czegoś więcej.
Zacisnął dłonie w pięści, po czym prawie natychmiast rozprostował palce. Skorzystał z okazji, żeby wycofać się z rozmowy, tym razem stanowczo zamykając umysł przed Laylą. Pozwoliła mu na to, chociaż wyczuł jej konsternację. Martwiła się, co go nie dziwiło, ale nie miał ochoty zdradzać jej tego, jak się czuł. Wystarczyło, że i tak obwiniał się za wszystko, co miało miejsce. To, że poszedł za Simonem, zbliżył się do tego kryształu i pozwolił, żeby Renesmee…
Nie, zdecydowanie nie chciał o tym myśleć.
Przez jakiś czas błądził po lesie, zanim w końcu doszedł do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia. Przystanął, opierając się plecami o drzewo i w milczeniu spoglądając w zachmurzone, prześwitujące przez plątaninę gałęzi niebo. Coś lodowatego musnęło jego policzek i uświadomił sobie, że znów zaczął padać śnieg. Nie zwrócił na to większej uwagi; pogoda nie była ważna, zwłaszcza że już nikogo nie musieli szukać. Dusza Renesmee zniknęła, więc nie miał co liczyć, że nagle natrafi na trop gdzieś w lesie. To, czy świeża warstwa śniegu mogłaby przysłonić jakiekolwiek świeże ślady, już go nie interesowało.
Dopiero później pomyślał o Beatrycze. Zacisnął usta, mimowolnie zastanawiając nad tym, jak bardzo był beznadziejny, skoro nie potrafił przejąć się jej nieobecnością. Wiedział, że Carlisle się martwił, zresztą tak jak i pozostali bliscy Renesmee. Do głowy przyszło mu nawet, że mógłby rozejrzeć się po okolicy i jednak poszukać, ot dla zajęcia czymś umysłu. Wszystko wydawało się lepsze od przesiadywania w domu i czekania na coś, co i tak nie miało samo z siebie nadejść. No i Renesmee na pewno by się nie wahała, zwłaszcza że chodziło o jej rodzinę. Inna sprawa, że nikt nie odmówił mu pomocy, kiedy szukał Layli.
Wciąż o tym myślał, kiedy w głowie znów usłyszał wyraźnie poruszony głos siostry.
Gabrielu!
Drgnął, machinalnie napinając mięśnie. To, że Layla miała w zwyczaju nadmiernie się ekscytować, nie było niczym nowym, ale i tak go zmartwiła. Wszyscy mieli prawo do przewrażliwienia, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w tak krótkim czasie.
Co jest?, zaniepokoił się, machinalnie podrywając do biegu. Miał wrażenie, że nie chodziło o to, że mogłaby po prostu sprawdzać, czy przypadkiem nie zrobił czegoś głupiego. Taką przynajmniej miał nadzieję. Lay…
Po prostu wracaj do domu, przerwała mu spiętym tonem.
Zaraz po tym jej głos ponownie umilkł, nie pozostawiając mu złudzeń co do tego, czy sprawa była poważna. Layla zdecydowanie nie brzmiała jak ktoś, kto mógłby sobie żartować, zwłaszcza w tej sytuacji. Brzmiała na zmartwioną i to wystarczyło, by ostatecznie rozwiać wątpliwości co do tego, czy faktycznie powinien wracać do domu.
Rzucił się do biegu, nie dając sobie czasu na wątpliwości. Choć na moment udało mu się zapanować nad mętlikiem w głowie, tym bardziej że bez przeszkód mógł skoncentrować się na tym, co najważniejsze – na biegu. Przez krótką chwilę liczyło się wyłącznie to, żeby jak najszybciej pokonywać kolejne metry, machinalnie wymijając napotykane po drodze przeszkody. Mimo wszystko głód wciąż gdzieś tam był, mieszając się ze zmęczeniem i wciąż odczuwanym gniewem. Gabriel nie miał pewności, dokąd mogło go to zaprowadzić, ale kilka razy miał wrażenie, że reagował zbyt późno i gwałtownie, nie będąc w stanie skoncentrować się w takim stopniu, jak mógłby tego oczekiwać.
Skrzywił się, po czym nerwowo zacisnął usta. Wciąż napinał mięśnie, ma dodatek na tyle mocno, by to okazało się niemalże bolesnym doświadczeniem. Mimo wszystko nawet ta niedogodność okazała się niczym w porównaniu z tym szczególnym rodzajem pragnienia, które nie obejmowało potrzeby picia krwi. Chodziło o energię i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Trudno, uciął stanowczo.
Przynajmniej tymczasowo polowanie musiało poczekać – i to pomimo tego, że Gabriel czuł, że zwlekanie to bardzo zły pomysł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa