
Renesmee
Ocknęłam się nagle, wytrącona z równowagi
tak bardzo, że początkowo nawet nie zarejestrowałam tego, co działo się wokół mnie.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że znów siedziałam na łóżku w pokoju, w którym
zamknęła mnie Ariadna. Z niedowierzaniem spojrzałam w okno,
mimochodem zauważając, że słońce powoli chyliło się ku zachodowi, barwiąc
wszystko odcieniami pomarańczy i czerwieni.
Zadrżałam,
zaniepokojona zwłaszcza obecnością tej drugiej, bo z miejsca skojarzyła mi
się z krwią. Prawda jednak była taka, że najbardziej roztrzęsiona czułam
się ze świadomością tego, co się wydarzyło – cokolwiek to było. Zasnęłam?
Wszystko na to wskazywało, a jednak wspomnienia błądzenia korytarzami oraz
lustrzanej sali, były tak żywe, że nie potrafiłam wyobrazić sobie, że mogłyby
okazać się co najwyżej wytworem mojego umysłu.
– Słodka
bogini… – wyrwało mi się.
Z wolna usiadłam,
spuszczając nogi z łóżka. Dłoń machinalnie przyłożyłam do piersi, zupełnie
jakbym miała wątpliwości co do rytmu, w jakim było moje serce. Czułam, że
nieszczęsny narząd trzepoce się w niemalże rozpaczliwy sposób, zdradzając
to, jak bardzo byłam podenerwowana. Chociaż w głowie miałam pustkę, mimo
wszystko próbowałam zrozumieć to, co stało się, kiedy ta istota…
Spotkałam Ciemność.
Ta myśl
mnie uderzyła, jeszcze bardziej niż do tej pory wytrącając z równowagi. Z wolna
wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić, ale to okazało się trudniejsze niż
zakładałam. Nachyliłam się do przodu, przez kilka sekund bezmyślnie wpatrując
we własne dłonie. Próbowałam nadać temu wszystkiemu sens – choć po części
zrozumieć, czego właśnie doświadczyłam – ale nie potrafiłam.
Sen czy nie,
zdecydowanie nie był normalny. Kto jak kto, ale miałam już wystarczające
pojęcie o możliwości telepatii i manipulowania snami, bym z łatwością
pojęła, że w tym, którego doświadczyłam, coś było nie tak. Nie musiałam
pytać, by zorientować się, że najpewniej Ciemność jednak przybyła, żeby się ze
mną zobaczyć – z tym, że wciąż nie docierało do mnie, że wszystko odbyło
się tak błyskawicznie, na dodatek w takiej formie.
Nie pamiętałam,
co wydarzyło się, kiedy już zgasło światło. W gruncie rzeczy nie chciałam
wiedzieć, woląc wierzyć, że właśnie wtedy nastąpiło przebudzenie. Jak przez mgłę
pamiętałam to, co było wcześniej – co najwyżej monotonną podróż korytarzami, a później
moment, w którym pojęłam, że ktoś za mną stał. Przywołanie twarzy tej
istoty okazało się niemożliwe, zresztą tak jak i brzmienia jego głosu.
Pamiętałam poszczególne słowa, ale to było tak, jakbym wspominała przeczytany
gdzieś wcześniej tekst – pozbawione tonu i jakiegokolwiek konkretnego
brzmienia słowa, które równie dobrze mogłyby nie oznaczać niczego.
Mimo
wszystko emocje gdzieś tam były. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mimo
zaintrygowania tym, dlaczego znalazłam się tutaj, Ciemność nie była w nastroju.
Nie wiedziałam skąd to wiem, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że powinnam
cieszyć się z tego, że poświęcił mi tak mało czasu. Coś się wydarzyło, a to,
że przyszedł się ze mną zobaczyć, było jedynie odrobiną dobrej woli z jego
strony. Albo ciekawością.
Skrzywiłam
się, po czym z jękiem ukryłam twarz w dłoniach. Czy to w ogóle
miało sens? Byłam gotowa przysiąc, że Ciemność była o coś zła. Wydawało
się coś, czego mogłam co najwyżej się domyślać, a co wytrąciło tę istotę z równowagi.
Skoro nawet po przebudzeniu czułam ten gniew, sprawy zdecydowanie prezentowały
się nieciekawie. Problem polegał na tym, że nie miałam pojęcia, co to mogło
oznaczać dla mnie.
Wciąż o tym
myślałam, kiedy doszło mnie ciche kliknięcie. Zesztywniałam, po czym poderwałam
głowę akurat w chwili, w której drzwi pokoju powoli się uchyliły.
Serce podeszło mi do gardła, zwłaszcza że w pamięci wciąż miałam resztki
snu, nim jednak zdążyłam dość do wniosku, że ktoś próbował bawić się moim kosztem,
igrając ze zmysłami i zamykając w pętli, w progu dostrzegłam
znajomą mi już, jasnowłosą kobietę.
Leana z powątpiewaniem
rozejrzała się po pokoju, wyraźnie unikając spoglądania w moją stronę.
– Mama się
pyta czy jesteś głodna – powiedziała cicho. Jej ton i zachowanie
jednoznacznie dały i do zrozumienia, że aż rwała się do wyjścia z pokoju.
Zawahałam
się, początkowo bezmyślnie ją obserwując. Czułam, że powinnam coś powiedzieć,
ale nie miałam pojęcia co, w głowie zresztą miałam pustkę. Dziewczyna
musiała uznać przeciągającą się ciszę za odmowę, bo chciała wycofać się na
korytarz, tym samym skutecznie nakłaniając mnie do tego, bym jednak zdecydowała
się odezwać.
– Zaczekaj –
wyrzuciłam z siebie na wydechu. Zamarła z dłonią na klamce, wciąż na
mnie nie patrząc. W ostatniej chwili powstrzymałam się przed poderwaniem
na równe nogi, nie chcąc ryzykować, że w ten sposób ją spłoszę. – Od jak
dawna tutaj jesteście?
– Muszę iść
– wymamrotała, bynajmniej nie paląc się do udzielenia mi odpowiedzi. – Potrzebujesz
czegoś czy nie?
– Wyjaśnień
– stwierdziłam z rezygnacją. – Czy wy i Beatrycze…?
Zatrzasnęła
drzwi, używając do tego o wiele więcej siły, niż byłoby to wskazane. Byłam
gotowa przysiąc, że przez jej twarz przemknął cień, a błękitne oczy zaszły
łzami, ale nie miałam okazji, by przyjrzeć jej się na tyle dokładnie, by nabrać
pewności. Wydałam z siebie sfrustrowany jęk, z powrotem opadając na łóżko
i wbijając wzrok w sufit. Mogłam próbować się stąd wydostać, ale po
tym, czego zdążyłam doświadczyć, przynajmniej tymczasowo wolałam nie ryzykować.
Jakkolwiek
by nie było, coś się zmieniło. Nie miałam pojęcia czy wrażenie to brało się
wyłącznie stąd, że Ariadna wysłała do mnie córkę, być może nie mając już
zamiaru ukrywać mojej obecności, czy… z czegoś innego. Jakby nie patrzeć,
Leana widziała mnie już wcześniej, więc jej pojawienie się nie było aż takie
dziwne. Za to reakcja na samą wzmiankę o Beatrycze już tak, co przynajmniej
utwierdziło mnie w przekonaniu, że musiała ją znać. To podejrzewałam już
wcześniej, ale i tak czułam się pewniej, mając przynajmniej mgliste poczucie
tego, że wiedziałam na czym stoję.
No i żyłam.
Jakoś nie miałam wątpliwości, że Ciemność zabiłaby mnie bez mrugnięcia okiem,
gdyby akurat miał taki kaprys. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy może wręcz
przeciwnie, ale jak długo nikt się mną nie interesował, mogłam udawać, że
wszystko było w porządku.
Tylko co teraz?, zapytałam samą siebie i to
wystarczyło, bym poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle.
Na to
pytanie nie znałam odpowiedzi.

Gabriel
Czekanie nigdy nie należało do
jego mocnych stron. A jednak nie miał innego wyboru, jak robić właśnie to –
bezczynnie siedzieć, starać się ignorować nieznośnie wolny upływ czasu i próbować
znaleźć sobie jakieś zajęcie. Przesiadywanie przy Joce czy Claire było dobrym
początkiem, ale na dłuższą metę prowadziło donikąd, bo żadna z nich nie
mogła przecież spać w nieskończoność.
Za to
Renesmee mogła, bo mimo wszystko w ten sposób podświadomie określał jej
stan – jak sen, tym bardziej że poniekąd tak było. Na pierwszy rzut oka
wyglądała spokojnie, w żaden sposób nie sugerując tego, że mogłaby być
chora albo… na swój sposób martwa. Właśnie ta niepewność co do jej stanu
sprawiała, że powoli dostawał szału, z jednej strony pragnąc cały wolny
czas poświęcić na siedzenie przy niej, a z drugiej dostając szału na
samą myśl o tym, że czekał na marne.
Isabeau gdzieś
zniknęła, ale nie potrafił mieć do niej o to pretensji. Wierzył, że nie
okłamałaby go w tak istotnej sprawie, jak szukanie informacji. Inna
sprawa, że obie jego siostry potrzebowały odpoczynku. Wciąż czuł zmęczeni
Layli, chociaż to doszła do siebie wystarczająco szybko, by przy odrobinie
szczęścia mógł uwierzyć, że tak naprawdę nie spotkało jej nic złego. Oczywiście
to było wierutnym kłamstwem, a Gabriel miał ochotę przespacerować się do
siedziby łowców i zrównać ją z ziemią – ot tak, dla zasady, chociaż najpewniej
nie uchował się tam nikt żywy. Brat Liz odwalił kawał dobrej roboty, chociaż
pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy.
Podejrzewał,
że obie – i bliźniaczka, i Renesmee – miałyby do niego pretensje o takie
myśli, ale nie dbał o to. Czuł się źle i miał do tego prawo, wciąć
wytrącony z równowagi tym, co stało się w nocy. Łatwiej było mu nad
sobą panować, kiedy rozmawiał z Joce, uspokajał ją i udawał, że
wszystko w porządku, ale to powoli zaczynało go przerastać. Prawda była
taka, że naprawdę miał ochotę coś rozwalić, nieważne czym miałoby to być.
Nikt nie
zwrócił większej uwagi na to, że wyszedł z domu. Alessia w końcu
położyła się spać, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo wcześniej
jeszcze długo słyszał, że rozmawiała o czymś z Damienem i Liz.
Była rozbita, chociaż starała się tego nie okazywać, co zresztą wcale go nie
dziwiło. Kobiety w tej rodzinie zawsze były silne, a już zwłaszcza
te, które wiązały się z boginią. Isabeau od zawsze go pod tym względem
zadziwiała, więc i zachowanie córki wydało się Gabrielowi w pełni
zrozumiałe. Nie zmieniało to jednak faktu, że na swój sposób pragnął pocieszyć
je obie – i Beau, i Ali, zwłaszcza że wiedział jak bardzo obie
przeżyły śmierć Allegry.
Nie miał
pojęcia, co sam czuł w związku ze wszystkim, co miało miejsce. Niepokój o Nessie
przysłonił wszystko inne, choć nie na tyle, by pozostał całkowicie obojętny.
Kiedy emocje opadły, myśl o śmierci Allegry zaczęła jawić się jako swego
rodzaju zły sen, o którym każde z nich chciało jak najszybciej
zapomnieć. Miał wrażenie, że poniekąd w to nie wierzył – bo to były tylko
słowa, które nie mogły mieć żadnego związku z rzeczywistością. Po prostu
nie. Nigdy nie był z ciotką blisko, poza tym w jakimś stopniu miał do
niej żal – i to nie tyle o stracone lata, co jej związek z Marco
– ale mimo wszystko…
To była
siostra jego matki. Kobieta wyglądająca dokładnie jak ta, która go urodziła.
I to na
swój sposób go przerażało.
Jego myśli w naturalny
sposób uciekły ku Marco. Rzadko zawracał sobie głowę ojcem, woląc traktować go
jako zło konieczne – kogoś, kto istniał, ale pozostawał gdzieś daleko, w gruncie
rzeczy nie mając znaczenia. Starali się nie wchodzić sobie w drogę i to
działało, przynajmniej tak długo, jak nie byli zmuszeni mieszkać pod jednym dachem.
W zasadzie Gabriel znosił to wyłącznie przez wzgląd na Nessie i Allegrę,
ale teraz tej drugiej nie było. Kolejna siostra Del Vacchio była martwa, z klei
Marco…
Cóż, nie
wrócił. I Gabriel naprawdę wolał, żeby wampir więcej się nie pojawił,
zwłaszcza że śmierć Allegry oznaczała tylko jedno.
Już raz
doświadczył tego, co Marco potrafił zrobić w żalu. I nie zamierzał
przechodzić przez to nigdy więcej, nie wspominając o tym, że teraz tym
bardziej chciał dopilnować, by wampir trzymał się z daleka zarówno od jego
bliźniaczki, jak i dzieci.
To wszystko
zdecydowanie nie było normalne. Śmierć Allegry, stan Renesmee i sami
łowcy… A do tego wszystkiego w pamięci wciąż miał wspomnienie tego, w jaki sposób czuł się, kiedy spoglądał
na ten cholerny kryształ. Te myśli wciąż gdzieś tam były, mieszając się z pragnieniem
przejęcia tej mocy, jak i czystym przerażeniem, które poczuł, kiedy uprzytomnił
sobie, w jaki sposób to wpłynęło nie tylko na niego, ale przede wszystkim na
Renesmee. Moment zerwania więzi go prześladował, chociaż to było niczym w porównaniu
z pustką, którą odczuwał, kiedy instynktownie próbował wyczuć obecność
żony. Tylko czarna dziura – nicość, której nie potrafił pojąć i której
przecież nie powinno tam być. Łącząca ich nić zniknęła i to z jego
winy.
Braciszku?
Wzdrygnął
się, słysząc w głowie zatroskany głos Layli. Brzmiała całkiem dobrze,
nawet jeśli przez godzinę wciąż nie tryskała energią. Mimo wszystko ulżyło mu,
kiedy przekonał się, jak wyrazista była jej obecność. Siostra wydawała się
wręcz jaśnieć gdzieś na granicy jego świadomości, może nawet wyraźniej niż do
tej pory, chociaż to nie poprawiło mu nastroju. Dotychczas więź z Nessie
przysłaniała tę, która łączyła go z bliźniaczką, ale teraz…
Wyszedłem się przejść, wyjaśnił lakonicznie,
próbując wziąć się w garść. Stanowczo odciął się od Layli na tyle, na ile
było to możliwe, by mógł przy tym swobodnie jej odpowiadać. Mimo wszystko
starał się wnieść wokół swojego umysłu mur na tyle solidny, by wampirzyca
przypadkiem ni wyczuła więcej, niż mógłby sobie tego życzyć. Stało się coś?, dodał, chcąc zmienić
temat.
Właściwie
sam nie był pewien, dlaczego pytał właśnie o to. Stało się tyle, że wręcz nie
wyobrażał sobie, by mogło się wydarzyć się coś więcej. Wolał nawet nie brać
takiej możliwości pod uwagę, a jednak to pytanie było pierwszym, które
przyszło mu do głowy, gdy zaczął zastanawiać się nad jakimś bezpiecznym
sposobem poprowadzenia rozmowy.
Layla
milczała zdecydowanie zbyt długo, by uwierzył, że udało mu się ją zwieść.
Nie. Chyba, przyznała i przez
moment wydała mu się sfrustrowana. Próbuję
rozmawiać z tymi dzieciakami… Wiesz, Cassandrą i Ryanem.
Ryanem?, powtórzył sceptycznie.
Ryanem, zniecierpliwiła się. Tym chłopakiem, którego Rufus zamknął w piwnicy.
W twoim domu, dodała z naciskiem. Nie mów mi, że o tym nie wiedziałeś.
Wiesz, sis… To twój mąż już od jakiegoś
czasu robi z naszą piwnicą to, co chce, obruszył się. Zdenerwowana
Layla nigdy nie wróżyła dobrze. Zresztą
podobno był niebezpieczny. No i próbowaliśmy dotrzeć do ciebie, a jeśli
on mógłby w tym pomóc…
Och, na litość bogini, co z wami nie
tak?!, jęknęła. Wywrócił oczami, bez trudu wyobrażając sobie wyraz jej twarzy
i to, w jaki sposób załamywała ręce. Zawsze wydawało mi się, że się nie dogadujecie, dodała niemalże z wyrzutem.
Gabriel
uśmiechnął się w pozbawiony wesołości sposób.
Ależ skąd. Kiedy chodzi o ciebie, to
już prawie doskonałe porozumienie.
Prychnęła,
chociaż czuł, że była w równym stopniu sfrustrowana, co i rozczulona.
Och, no i martwiła się, ale to nie było niczym nowym. Layla miała w zwyczaju
się zadręczać, zresztą pod jej nieobecność wydarzyło się coś, by faktycznie
miała po temu powody.
Nieważne, usłyszał i to
wystarczyło, żeby go zaalarmować. Tym bardziej że siostra nagle spoważniała, przełączając
się na troskliwy, wręcz matczyny ton. Dobrze
się czujesz? Wiesz o co pytam.
Nic mi nie jest, zapewnił, chociaż oboje
wiedzieli, że to nieprawda.
Tak, jasne… Mogłabym ci pomóc, oznajmiła
wprost, po czym mówiła dalej, nie czekając aż zdąży zaprotestować. W tym momencie nie pytam o Nessie, chociaż oboje wiemy, że będzie
dobrze.
Layla…
Zignorowała
go.
Kiedy cię ostatnio widziałam, wyglądałeś jak
śmierć. Nie musisz szukać sobie ofiary, zwłaszcza w takim stanie i…
Dziękuję ci bardzo, ale poradzę sobie sam,
przerwał stanowczo, wręcz o wiele gwałtowniej niż zamierzał. Westchnął przeciągle,
bez trudu orientując się, że ani trochę tym siostry nie uspokoił. Wręcz przeciwnie.
Wciąż sama dochodzisz do siebie. A ja…
szybko załatwię to, co muszę i wrócę. Nie przejmuj się.
Nie
odpowiedziała, ale to wydawało się zbędne. Aż za dobrze wiedział, że Layla wcale
nie poczuła się dzięki jego słowom lepiej, bynajmniej nie sprawiając wrażenie
uspokojonej. I bez więzi znała go zbyt dobrze, by mógł ją oszukać. Zresztą
ze wzajemnością, co w wielu przypadkach było równie praktyczne, co i uciążliwe.
Mimo
wszystko nie zamierzał przyznawać się do tego, że jak zawsze trafiła z podejrzeniami
co do tego, czego mógłby potrzebować. Głód dawał mu się we znaki, chociaż
wydawał się inny niż zazwyczaj. Wcześniej nie zwracał na to uwagi, ale to tak
czy inaczej w nim było. Nie miał pojęcia, w jaki sposób powinien to
opisać, ale od spotkania z kryształem, coś się zmieniło. W efekcie w równym
stopniu czuł się przesycony, co i… pragnął czegoś więcej.
Zacisnął
dłonie w pięści, po czym prawie natychmiast rozprostował palce. Skorzystał
z okazji, żeby wycofać się z rozmowy, tym razem stanowczo zamykając
umysł przed Laylą. Pozwoliła mu na to, chociaż wyczuł jej konsternację. Martwiła
się, co go nie dziwiło, ale nie miał ochoty zdradzać jej tego, jak się czuł.
Wystarczyło, że i tak obwiniał się za wszystko, co miało miejsce. To, że
poszedł za Simonem, zbliżył się do tego kryształu i pozwolił, żeby
Renesmee…
Nie,
zdecydowanie nie chciał o tym myśleć.
Przez jakiś
czas błądził po lesie, zanim w końcu doszedł do wniosku, że to tak
naprawdę nie miało znaczenia. Przystanął, opierając się plecami o drzewo i w milczeniu
spoglądając w zachmurzone, prześwitujące przez plątaninę gałęzi niebo. Coś
lodowatego musnęło jego policzek i uświadomił sobie, że znów zaczął padać
śnieg. Nie zwrócił na to większej uwagi; pogoda nie była ważna, zwłaszcza że
już nikogo nie musieli szukać. Dusza Renesmee zniknęła, więc nie miał co
liczyć, że nagle natrafi na trop gdzieś w lesie. To, czy świeża warstwa
śniegu mogłaby przysłonić jakiekolwiek świeże ślady, już go nie interesowało.
Dopiero później
pomyślał o Beatrycze. Zacisnął usta, mimowolnie zastanawiając nad tym, jak
bardzo był beznadziejny, skoro nie potrafił przejąć się jej nieobecnością.
Wiedział, że Carlisle się martwił, zresztą tak jak i pozostali bliscy
Renesmee. Do głowy przyszło mu nawet, że mógłby rozejrzeć się po okolicy i jednak
poszukać, ot dla zajęcia czymś umysłu. Wszystko wydawało się lepsze od
przesiadywania w domu i czekania na coś, co i tak nie miało samo
z siebie nadejść. No i Renesmee na pewno by się nie wahała, zwłaszcza
że chodziło o jej rodzinę. Inna sprawa, że nikt nie odmówił mu pomocy,
kiedy szukał Layli.
Wciąż o tym
myślał, kiedy w głowie znów usłyszał wyraźnie poruszony głos siostry.
Gabrielu!
Drgnął, machinalnie
napinając mięśnie. To, że Layla miała w zwyczaju nadmiernie się ekscytować,
nie było niczym nowym, ale i tak go zmartwiła. Wszyscy mieli prawo do przewrażliwienia,
zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w tak krótkim czasie.
Co jest?, zaniepokoił się, machinalnie podrywając
do biegu. Miał wrażenie, że nie chodziło o to, że mogłaby po prostu
sprawdzać, czy przypadkiem nie zrobił czegoś głupiego. Taką przynajmniej miał
nadzieję. Lay…
Po prostu wracaj do domu, przerwała mu
spiętym tonem.
Zaraz po
tym jej głos ponownie umilkł, nie pozostawiając mu złudzeń co do tego, czy sprawa
była poważna. Layla zdecydowanie nie brzmiała jak ktoś, kto mógłby sobie
żartować, zwłaszcza w tej sytuacji. Brzmiała na zmartwioną i to wystarczyło,
by ostatecznie rozwiać wątpliwości co do tego, czy faktycznie powinien wracać
do domu.
Rzucił się
do biegu, nie dając sobie czasu na wątpliwości. Choć na moment udało mu się
zapanować nad mętlikiem w głowie, tym bardziej że bez przeszkód mógł
skoncentrować się na tym, co najważniejsze – na biegu. Przez krótką chwilę
liczyło się wyłącznie to, żeby jak najszybciej pokonywać kolejne metry,
machinalnie wymijając napotykane po drodze przeszkody. Mimo wszystko głód wciąż
gdzieś tam był, mieszając się ze zmęczeniem i wciąż odczuwanym gniewem.
Gabriel nie miał pewności, dokąd mogło go to zaprowadzić, ale kilka razy miał
wrażenie, że reagował zbyt późno i gwałtownie, nie będąc w stanie
skoncentrować się w takim stopniu, jak mógłby tego oczekiwać.
Skrzywił
się, po czym nerwowo zacisnął usta. Wciąż napinał mięśnie, ma dodatek na tyle
mocno, by to okazało się niemalże bolesnym doświadczeniem. Mimo wszystko nawet
ta niedogodność okazała się niczym w porównaniu z tym szczególnym
rodzajem pragnienia, które nie obejmowało potrzeby picia krwi. Chodziło o energię
i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Trudno, uciął stanowczo.
Przynajmniej
tymczasowo polowanie musiało poczekać – i to pomimo tego, że Gabriel czuł,
że zwlekanie to bardzo zły pomysł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz