
Gabriel
– Że… co?
Powiedzieć,
że czuł się po prostu zaskoczony, byłoby niedopowiedzeniem. Założył ramiona na
piersi, w milczeniu przypatrując się Carlisle’owi i próbując
uporządkować wszystko w sensowną całość.
– Wiem jak
to brzmi – stwierdził doktor. – Też byłem zaskoczony. Ale tak… Lawrence mówił o Chianni.
– Ale…
Potrząsnął z niedowierzaniem
głową. Wiedział, że powinien spodziewać się czegoś nietypowego, skoro Layla w takim
pośpiechu ściągnęło go do domu, ale tego zdecydowanie nie brał pod uwagę.
Jakakolwiek wzmianka o rodzinnym domu zawsze wzbudzała w nim
wątpliwości, zresztą to wszystko najzwyczajniej w świecie brzmiało
dziwnie.
–
Powiedział mi, że w razie wątpliwości mam zwrócić się do was – wyjaśnił
Carlisle i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Gabriela z równowagi.
– W porządku.
Ale co, na litość bogini, oni mieliby robić akurat w tym domu?!
Skrzywił
się, samego siebie niepokojąc tym, że emocje zaczynały wymykać mu się spod
kontroli. Poczuł na sobie wymowne spojrzenie Layli, więc wypuścił powietrze ze
świstem, próbując się uspokoić. To, że wciąż czuł się dziwnie, żałując, że
jednak nie znalazł sobie kogoś, kto mógłby mu użyczyć energii, jedynie wszystko
komplikowało.
Dobrze się czujesz?, rozbrzmiało w jego
głowie. Spróbował zignorować słowa siostry, w zamian w pośpiechu się
od niej odcinając. Miał nadzieję, że nie zamierzała tego komentować,
przynajmniej tak długo, jak nie byli sami.
– Dobre
pytanie – przyznał Carlisle. Brzmiał na co najmniej zmęczonego, choć w przypadku
wampira to zdecydowanie nie było normalnym stanem. – Wiem tyle, co i wy.
Lawrence niekoniecznie palił się do wyjaśnień.
Gabriel
potrząsnął z niedowierzaniem głową. Mógł się tego spodziewać, zwłaszcza po
tym wampirze. Inna sprawa, że pretensje do kogoś innego prócz Lawrence’a
zdecydowanie nie wchodziły w grę. Wiedział o tym, tak jak i to,
że Carlisle nie przyszedłby tutaj, gdyby mógł sobie poradzić w inny
sposób. Nie po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim czasie.
– W porządku
– powiedział w końcu, próbując zabrzmieć jak najspokojniej. – Więc
najpewniej są w naszym domu, a Beatrycze… została ugryziona. Tyle
wiemy?
– Na to
wychodzi.
Do głosu
Culllena wkradła się wyraźna nuta niepokoju – najdelikatniej rzecz ujmując. To,
że mógłby się martwić, było oczywiste. Gabriel powstrzymał przekleństwo, w zamian
zaczynając niespokojnie krążyć, kiedy doszedł do wniosku, że nie zdoła ustać w miejscu.
W głowie miał mętlik, co niczego nie ułatwiało, zresztą tak jak
świadomość, że Renesmee by się nie zawahała przed pomocą. W tej sytuacji
oczekiwałaby tego jednego, ale… to nie było takie proste.
– Wiec mamy
problem – stwierdził, zwracając się bardziej do siebie niż kogoś konkretnego. –
Poprosiłbym Lilly, ale ona nigdy nie była w Chianni. Zanim się tam
dostaniemy, minie trochę czasu, więc tak czy inaczej trzeba się teraz zdać na
Lawrence’a.
Zamilkł, by
spojrzeć na Carlisle’a. Po wyrazie jego twarzy trudno było mu stwierdzić, co
takiego wampir sobie myślał, bo panowanie nad emocjami mimo wszystko wciąż
przychodziło mu w zadziwiająco prosty sposób. W zasadzie Gabriel
zaczynał wątpić w to, czy istniała szansa na to, by tak po prostu wytrącić
doktora z równowagi, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. Teraz mieli
ważniejsze problemy, więc niepotrzebne tracenie czasu na panikę zdecydowanie
niczego by nie ułatwiło.
– Mamy
jeszcze przynajmniej dwa dni – zauważył Carlisle. – Tak przynajmniej sądzę. O ile
Lawrence nie zwlekał z telefonem do mnie… A ona dopiero co zniknęła.
Przemiana trochę trwa, a do tego czasu i tak się na nic nie przydam.
– To
świetnie, ale i tak któreś z nas musiałoby tam z tobą pojechać –
zauważył przytomnie.
Po jego
słowach zapadła przesadnie wręcz przenikliwa cisza. Gabriel skrzywił się, aż
nazbyt świadom, że do jego głosu jednak wkradła się wyraźna pretensja. Nic nie
mógł na to poradzić, zwłaszcza że ta gorycz w obecnej sytuacji okazała się
silniejsza od niego. Prawda była taka, że czuł się trochę tak, jakby ktoś z premedytacją
próbował oderwać go od Renesmee – i bez znaczenia było czy to kolejna
głupota Lawrence’a, przewrażliwienie Carlisle’a czy coś jeszcze innego.
Zawahał
się, mając wrażenie, że powinien się wycofać, a tym bardziej przeprosić. W pośpiechu
uciekł wzrokiem gdzieś w bok, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony
punkt salonu. Był zmęczony, co może i na swój sposób go usprawiedliwiało, ale
mimo wszystko…
– Więc ja
pojadę.
Drgnął, po
czym z niedowierzaniem spojrzał na Laylę. Była blada, poza tym jakoś nie
miał wątpliwości, że tych kilka słów z trudem przeszło jej przez usta.
Oboje wiedzieli, jak bardzo nienawidziła tego miejsca. Chociaż nie zawsze
zwierzała mu się ze słych snów, dobrze wiedział, że znamienita większość tych
złych rozgrywała się właśnie tam. Do tej pory pamiętał, jak niemalże błagała,
kiedy zasugerował, że mogliby się zatrzymać właśnie w Chianni, kiedy
wybierali się do Volterry. To, że sama z siebie miałaby tam wrócić,
brzmiało jak marny żart.
– Sis… – zaczął, ale jedynie potrzasnęła
głową.
– Poradzę
sobie – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem, co jednoznacznie utwierdziło go
w przekonaniu, że już podjęła decyzję. Layla zawsze była uparta. – To
ważne. A ja nie muszę wchodzić do środka – dodała, obejmując się
ramionami. Czuł, że próbowała udawać spokojniejszą, niż w rzeczywistości
była. – No i poproszę Rufusa, żeby pojechał ze mną. W tym wypadku mi
nie odmówi, prawda?
Cóż, co do
tego ostatniego Gabriel jakoś nie miał wątpliwości.
– Chcesz
wpędzić mnie w poczucie winy czy jak? – zapytał, potrząsając z niedowierzaniem
głową.
– Może po
prostu próbuję przestać uciekać przed przeszłością.
Jej słowa
go zaskoczyły, zwłaszcza że nie miał pewności, jak powinien je interpretować.
Co więcej brzmiały tak, jakby wypowiedziała je mimochodem, niekoniecznie
zwracając się przy tym do niego. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, nagle
odległa i zamyślona. Dawno jej takiej nie widział i to go martwiło,
zwłaszcza że ostaniem, czego tak naprawdę chciał, było to, żeby również jej
stałą się jakakolwiek krzywda. Nie znowu.
Prawda była
taka, że wciąż nie docierało do niego to, że Layla tutaj była. W ciągu
zaledwie doby wydarzyło się tyle, że sam ledwo za tym nadążał. Skupiał się na
Joce i Nessie, ostatecznie zaś cała jego uwaga kręciła się wokół tej
ostatniej. W efekcie nie miał okazji, by nacieszyć się siostrą, a tym
bardziej przyjąć do wiadomości to, że już była bezpieczna. Nie miał nawet
pewności, czy faktycznie doszła do siebie, choć wiedział, że w przypadku
wampirzycy regeneracja zdecydowanie nie była niczym trudnym. Nie zmieniało to
jednak faktu, że wyobrażenie sobie tego, że Layla już na wstępie miałaby
ryzykować i gdziekolwiek się ruszać, zdecydowanie nie było proste.
Otworzył
usta, jednocześnie szukając w głowie jakiegoś sensownego argumentu. Nie
znalazł, nim zresztą zdążył stwierdzić, co powinien w takim wypadku
powiedzieć, ubiegł go ktoś inny.
– Żadne z was
nie musi się poświęcać z mojego powodu! – zaoponował natychmiast Carlisle,
co najmniej zaskoczony kierunkiem, który przybrała rozmowa.
– Nie
prosiłbyś, gdyby istniała inna możliwość – zauważył mimochodem Gabriel. – Niech
to szlag… – wyrwało mu się.
– Gabrielu
– mruknęła Layla.
Jedynie potrząsnął
głową.
– Jadę z wami.
Nie wiem, co kombinuje Lawrence, ale nie podoba mi się to – przyznał zgodnie z prawdą.
– Zresztą nic się w tym czasie nie zmieni, prawda? I tak niczego nie
wiemy.
Jeszcze
kiedy mówił, w pośpiechu ruszył ku schodom. Zaraz po tym w pośpiechu
wyszedł z salonu, zostawiając siostrę z Carlisle’em, zanim
którekolwiek z nich zdążyłoby coś jeszcze dodać. Albo zanim po raz kolejny
zacząłby protestować, mimo wszystko nie wyobrażając sobie, że miałby tak po
prostu wyjechać. Cóż, nie teraz.
Zaklął pod
nosem, nie mogąc się powstrzymać. Oczywiście, że siedzenie nad Renesmee i zadręczanie
się prowadziło donikąd. Ona sama zdecydowanie wolałaby, gdyby się na coś
przydał, zwłaszcza że chodziło o bezpieczeństwo kogoś jej bliskiego. Cóż, o rodzinę,
do której zresztą sam należał. To, że Nessie chciałaby pomóc, byłoby oczywiste.
W innym przypadku zresztą nawet by się nie zawahał, a przynajmniej
nie wyobrażał sobie, by mógł tak po prostu odmówić, gdyby w grę wchodziło
coś, co znajdowałoby się w jego zasięgu.
Zawahał się
na schodach, z powątpiewaniem spoglądając na zamknięte drzwi sypialni.
Zabrał Renesmee z pokoju Joce, ale to wszystko, co był w stanie na tę
chwilę zdziałać. Czuł, że w pokoju wciąż była Bella i to go
uspokajało, skoro miał pewność, że dziewczyna nie była sama. Podczas wyjazdu
też mógłby liczyć na to, że ktoś zawsze znajdowałby się obok. Udawanie, że był
tutaj niezbędny, nie miało racji bytu, skoro mógł równinie niewiele, co i pozostali.
Mimo
wszystko myśl o wyjeździe – i to choćby na zaledwie kilka dni –
najzwyczajniej w świecie go przerażała. Gdzieś w pamięci wciąż miał
wspomnienia grypy, która prawie zabrała mu żonę i córkę. Oczywiście, tym
razem było inaczej, bo Renesmee po prostu… spała, ale skąd mógł wiedzieć, że
ten stan nie ulegnie zmianie? Miał wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy
życia i śmierci. To samo zasugerowała mu Isabeau, twierdząc, że ciało było
puste – powłoka, którą pozostawiła po sobie dusza. To, że oddychała i wyglądała
na zdrową, o niczym nie świadczyło, skoro tak naprawdę nie było w niej
życia.
Jak długo
mogła trwać w zawieszeniu? Pamiętał jak kiedyś przy nim straciła oddech –
to przerażenie i świadomość, że w każdej chwili mógł utracić ją raz
na zawsze. To było tak, jakby umykała mu – jej życie uciekało gdzieś między
palcami, a on nie mógł mu zatrzymać. Wtedy przynajmniej była przytomna, a kiedy
z płaczem wpadła mu w ramiona, miał pewność, że zdołał zapanować nad
kryzysem, ale teraz…?
Podczas
jego nieobecności mogło się wydarzyć naprawdę wiele, chociaż wolał się nad tym
nie zastanawiać.
– Tato? –
usłyszał niepewny głos i to wystarczyło, by wyrwać go z zamyślenia.
Coś w wyrazie
jego twarzy złagodniało, kiedy zauważył Jocelyne. Obserwowała go z progu
swojego pokoju, wyraźnie zaniepokojona. Jasne włosy opadły jej twarz, wciąż
splątane. Loki niemalże zlewały się z jej skórą, podkreślając to, jaka
była bladziutka. Wciąż wyglądała marnie, chociaż zdążyła wypocząć na tyle, by
przestał mieć wrażenie, że w każdej chwili mogłaby się rozchorować. No i już
nie wyglądała na bliską, by popłakać się z bólu.
W ramionach
wciąż trzymała czarnego kota, którego dostała od Allegry. W zasadzie
wszystko wskazywało na to, że stworzonko przysnęło w jej ramionach, nawet
przez sen raz po raz ocierając się o pierś dziewczyny.
– Hej,
księżniczko – mruknął, w pośpiechu podchodząc bliżej. Wyciągnął rękę, by
móc przeczesać jasne włosy dziewczyny palcami. – W porządku?
– Mhm…
Mimo
wszystko nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Bez słowa przygarnął ją do
siebie, próbując pamiętać o tym, by przypadkiem nie zrobić krzywdy kotu,
skoro ten nagle znalazł się między nimi. Jakby na zawołanie zwierzak prychnął,
nastroszył futro, po czym wyrwał się z objęć Jocelyne, by jak gdyby nigdy
nic odbiec w swoją stronę.
Joce
spojrzała w ślad za kotem, ale nie ruszyła się z miejsca. W zamian
z cichym jękiem wtuliła się w ojca, pozwalając, by ten bardziej
stanowczo przygarnął ją do siebie. Gabriel zacisnął usta, aż nazbyt wyraźnie
czując słodki zapach jej krwi i słabiutki, aczkolwiek wciąż obecny poblask
mocy.
– Nic się
nie zmieniło, prawda? – usłyszał jej cichy głos i to wystarczyło, by
przestał zwracać uwagi na jakąkolwiek odmianę głosu.
– Nie –
przyznał niechętnie. – Ale będzie w porządku… Chodź, posiedzę trochę przy
tobie – zaproponował i nie czekając na reakcję, zachęcająco popchnął
dziewczynę w głąb pokoju. – I tak powinienem w końcu się
położyć.
Nie
zaprotestowała, ale trudno było mu stwierdzić czy to dobrze. W zasadzie
łatwiej było mu zajmować się Joce, zwłaszcza że zaczynał się o nią
martwić. Czuł, że po raz kolejny mogłaby potrzebować energii, ale przynajmniej
tymczasowo nie był w stanie użyczyć jej swojej. Nawet gdyby zignorował
zmęczenie i zaryzykował, obawiał się, że gdyby przyszło co do czego,
transfer mocy mógłby pójść… nie w tę stronę, w którą powinien.
Zacisnął
usta, po czym w pospiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc,
żeby zauważyła, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Już i tak wydawała się
przestraszona.
– Na pewno
wszystko w porządku? – upewnił się, siadając tuż obok niej. – Czy ktoś…?
– Nie wiem
– przyznała dziwnie zdławionym głosem. – Już nie boli mnie głowa. No i dziadek
mówił, że w mojej krwi nie ma nic niepokojącego, ale… dalej nikogo nie
widziałam.
Po jej
tonie trudno było stwierdzić, czy ten stan jakkolwiek ją martwił. Wiedział, że
te umiejętności ją męczyły. To, co widziała, przerażało ją, co zresztą wcale go
nie dziwiło. Jocelyne była najdelikatniejszym stworzeniem jakie znał, więc
rzucenie jej w sam środek świata umarłych wydawało się co najmniej
okrutne. A jednak kiedy obserwował ją w tamtej chwili, wydawała mu
się na swój sposób rozżalona tym, że nagle miałaby przestać widywać umarłych.
–
Najważniejsze, że nic ci nie jest – stwierdził w końcu, próbując uciąć
temat.
W ostatniej
chwili powstrzymał się przed zapytaniem jej o Renesmee. Gdyby zobaczyła
matkę, na dodatek pod postacią ducha, zdecydowanie nie trzymałaby tego dla
siebie. Inna sprawa, że Gabriel wolał, żeby nigdy do tego nie doszło. Po
pierwsze, mógł tylko zgadywać, jak poczułaby się z tym Joce. A po
drugie, gdyby Nessie pojawiła się jako umarła…
Nie, wolał
się nad tym nie zastanawiać.
– A co
z… tym chłopakiem? – zapytał, starannie dobierając słowa.
Musiał się
upewnić, chociaż temat nie wydawał się bezpieczniejszy od pytań o Renesmee.
Jakoś nie miał co do tego wątpliwości, zwłaszcza że w odpowiedzi Jocelyne
drgnęła, wyraźnie zaniepokojona.
– Dallas… –
szepnęła tak cicho, że ledwo mógł ją zrozumieć.
Obserwował
ją z wahaniem, mając wrażenie, że była bardzie zaniepokojona niż do tej
pory. Kiedy nagle wyprostowała się z jękiem, by móc rozejrzeć się po sypialni,
jednak zdecydował się bardziej stanowczo przygarnąć córkę do siebie. Ujął jej
twarz w dłonie i – raz po raz przesuwając kciukami po jej bladych policzkach
– przymusił do tego, żeby spojrzała mu w oczy.
– Tak… Dallas
– powtórzył łagodnie, chociaż po akcji z oknem znał kilka
odpowiedniejszych określeń dla tego chłopaka. – Dalej cię dręczy?
– Nie. To
nie tak – stwierdził, a Gabriel z niejakim przerażeniem odkrył, że
nagle była bliska płaczu. Świetnie, właśnie do tego chciał doprowadzić! – Nie
tak…
– W porządku
– zreflektował się pośpiesznie. – Jest coś, co chcesz mi powiedzieć,
księżniczko?
Z jakiegoś
powodu miał wrażenie, że teraz na jego miejscu powinna znaleźć się Renesmee.
Jej poszłoby łatwiej, chociaż akurat gdy chodziło o rozmawianie z Jocelyne,
czasami oboje byli równie bezsilni. Zwłaszcza kiedy w grę wchodziło coś,
co dziewczyna z jakiegoś powodu chciała zostawić dla siebie, przekonanie
jej do rozmowy zaczynało być co najmniej problematyczne.
Spojrzała
na niego nienaturalnie wręcz rozszerzonymi, błękitnymi oczami. Oddychała szybko
i płytko, aż zaczął wahać się nad tym, czy jednak nie byłoby lepiej, gdyby
po prostu się wycofał. Mógł pomóc jej zasnąć, bo to akurat nie przekraczało
jego możliwości w tamtej chwili. Może tak byłoby prościej, a jednak…
– Nie wiem
jak – wyrzuciła z siebie na wydechu. Głos nieznacznie jej zadrżał, więc
zamilkła, próbując się uspokoić. – Stało się za dużo. Ja… – Znów urwała,
energicznie potrząsając głową.
Znów pogładził
ją po twarzy. Wydawała się rozbita, ale przynajmniej nie wyglądała na bliską
tego, by na domiar złego wpaść w histerię. To było dobre, nawet jeśli nie
rozwiązywało najważniejszego problemu.
– Hm… Mogę?
– zasugerował, chociaż wcale nie był pewien czy to taki dobry pomysł.
Skinęła
głową, o dziwo wcale się nie wahając, zupełnie jakby jak najszybciej chciała
wyrzucić z siebie coś, co ją dręczyło. Spróbował wysilić się na blady uśmiech,
ale miał wrażenie, że poszło mu to marnie. Zresztą Joce zdecydowanie nie
wyglądała na kogoś, kogo dałoby się ot tak pocieszyć, przynajmniej w tamtej
chwili.
Dał sobie
kilka sekund, żeby łatwiej nad sobą zapanować i zebrać myśli. To nie był
pierwszy raz, kiedy przenikał czyjkolwiek umysł, ale i tak czuł, że
powinien być ostrożny. Miał wrażenie, że w każdej chwili mógłby
przypadkiem zrobić coś, czego przyszłoby mu żałować, więc tym bardziej wolał
nie ryzykować. Zwłaszcza Jocelyne była krucha, a to, jak ufnie się do
niego tuliła, jedynie wytrącało go z równowagi.
Prawda była
taka, że w tamtej chwili wątpił w to, czy była przy nim w pełni
bezpieczna. Ciepło jej ciała i pulsowanie mocy dawało mu się we znaki, a jakby
tego było mało…
– Po prostu
się przede mną nie broń – powiedział cicho, chociaż nie sądził, by musiał jej o tym
przypominać. Przecież sama go do siebie dopuściła.
Nie
zaprotestowała, kiedy ułożył ją w swoich ramionach tak, by mogła się o niego
oprzeć. Zakołysał nią, mając wrażenie, że przy odrobinie cierpliwości mógłby
nakłonić ją, żeby zasnęła i bez użycia zdolności. Rozluźniła się, po
prostu się w niego wtulając i zamykając oczy. Odgarnął jej włosy z twarzy,
w zamyśleniu przeczesując jasne loki palcami. Z powątpiewaniem
spojrzał na opatrunek, który miała na ramieniu, ale prawie natychmiast uciekł wzrokiem
gdzieś w bok. W normalnym wypadku Damien już dawno pomógłby jej dojść
do siebie, ale teraz już przecież nic nie było takim, jakim powinno.
To była
zaledwie chwila, nim z łatwością zdołał wniknąć do jej umysłu. Nie
napotkał oporu, co przyjął z ulgą, bo przecież w każdej chwili mogła
się rozmyślić. Poruszał się pewnie, ale delikatnie, nie widząc powodu, by ukrywać
przed nią swoją obecność. Dopiero kiedy nabrał pewności, że wszystko w porządku,
skupił się na szukaniu tego, co go interesowało. To również okazało się proste,
zwłaszcza że te z najbardziej dręczących Joce wspomnień pozostawały tymi,
które w naturalny sposób nasunęły mu się jako pierwsze.
Zaraz po
tym wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Miała
mętlik w głowie, co zresztą wcale go nie dziwiło. W zasadzie myśli
Joce sprowadzały się do jednej wielkiej mieszanki emocji, niespójnych obrazów i wszechogarniającego
zmęczenia, które dawało jej się we znaki przez większość czasu. W efekcie
musiał się wysilić, zanim uporządkował wszystko w taki sposób, by nabrało
sensu.
Miał
wrażenie, że trafi go szlag na same wzmianki o Simonie. Najmniej czasu
poświęcił na błądzenie po korytarzach i rozmowę z mężczyzną, chociaż i tak
nie mógł powstrzymać się przed sprawdzeniem, czy ten przypadkiem nie próbował
jej skrzywdzić. Wtedy przynajmniej miałby kolejny powód, żeby go zabić, ale…
Moment, w którym
jeden strażników wycelował w nią broń tylko dlatego, że się potknęła.
Claire stanęła tuż przed nią, osłaniając ją własnym ciałem.
Duch,
którego zobaczyła w tamtej małej sali. Bała się jak nigdy, nawet gdy już
znalazła się w ramionach Layli.
Kwiecista
łąka i dwie osoby. Jedna wydała się Gabrielowi znajoma, chociaż to
przecież nie było możliwe…
A może
było, bo przecież Dylan był martwy.
Słodka bogini…, pomyślał w oszołomieniu,
chociaż sam nie był pewien, które ze wspomnień w największym stopniu
wytrąciło go z równowagi. Być może wszystkie, nim jednak zdążył się nad
tym zastanowić, wszystko przysłoniło inne wspomnienie.
Była
zmęczona… Tak bardzo zmęczona, a jednak walczyła o zachowanie przytomności,
podczas gdy Layla spijała jej krew Słodki zapach sprawiał, że ją mdliło,
chociaż przecież posoka należała do niej…
Poderwał
się tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie zrzucił przy tym Joce z łóżka,
ale nie zwrócił na to uwagi. Zaraz po tym po prostu wypadł z pokoju na
korytarz, zostawiając oszołomioną dziewczynę samą.
Głód, który
nagle przy niej poczuł, towarzyszył mu jeszcze długo po tym, jak już znalazł
się poza domem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz