6 czerwca 2018

Pięć

Gabriel
– Że… co?
Powiedzieć, że czuł się po prostu zaskoczony, byłoby niedopowiedzeniem. Założył ramiona na piersi, w milczeniu przypatrując się Carlisle’owi i próbując uporządkować wszystko w sensowną całość.
– Wiem jak to brzmi – stwierdził doktor. – Też byłem zaskoczony. Ale tak… Lawrence mówił o Chianni.
– Ale…
Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Wiedział, że powinien spodziewać się czegoś nietypowego, skoro Layla w takim pośpiechu ściągnęło go do domu, ale tego zdecydowanie nie brał pod uwagę. Jakakolwiek wzmianka o rodzinnym domu zawsze wzbudzała w nim wątpliwości, zresztą to wszystko najzwyczajniej w świecie brzmiało dziwnie.
– Powiedział mi, że w razie wątpliwości mam zwrócić się do was – wyjaśnił Carlisle i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Gabriela z równowagi.
– W porządku. Ale co, na litość bogini, oni mieliby robić akurat w tym domu?!
Skrzywił się, samego siebie niepokojąc tym, że emocje zaczynały wymykać mu się spod kontroli. Poczuł na sobie wymowne spojrzenie Layli, więc wypuścił powietrze ze świstem, próbując się uspokoić. To, że wciąż czuł się dziwnie, żałując, że jednak nie znalazł sobie kogoś, kto mógłby mu użyczyć energii, jedynie wszystko komplikowało.
Dobrze się czujesz?, rozbrzmiało w jego głowie. Spróbował zignorować słowa siostry, w zamian w pośpiechu się od niej odcinając. Miał nadzieję, że nie zamierzała tego komentować, przynajmniej tak długo, jak nie byli sami.
– Dobre pytanie – przyznał Carlisle. Brzmiał na co najmniej zmęczonego, choć w przypadku wampira to zdecydowanie nie było normalnym stanem. – Wiem tyle, co i wy. Lawrence niekoniecznie palił się do wyjaśnień.
Gabriel potrząsnął z niedowierzaniem głową. Mógł się tego spodziewać, zwłaszcza po tym wampirze. Inna sprawa, że pretensje do kogoś innego prócz Lawrence’a zdecydowanie nie wchodziły w grę. Wiedział o tym, tak jak i to, że Carlisle nie przyszedłby tutaj, gdyby mógł sobie poradzić w inny sposób. Nie po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim czasie.
– W porządku – powiedział w końcu, próbując zabrzmieć jak najspokojniej. – Więc najpewniej są w naszym domu, a Beatrycze… została ugryziona. Tyle wiemy?
– Na to wychodzi.
Do głosu Culllena wkradła się wyraźna nuta niepokoju – najdelikatniej rzecz ujmując. To, że mógłby się martwić, było oczywiste. Gabriel powstrzymał przekleństwo, w zamian zaczynając niespokojnie krążyć, kiedy doszedł do wniosku, że nie zdoła ustać w miejscu. W głowie miał mętlik, co niczego nie ułatwiało, zresztą tak jak świadomość, że Renesmee by się nie zawahała przed pomocą. W tej sytuacji oczekiwałaby tego jednego, ale… to nie było takie proste.
– Wiec mamy problem – stwierdził, zwracając się bardziej do siebie niż kogoś konkretnego. – Poprosiłbym Lilly, ale ona nigdy nie była w Chianni. Zanim się tam dostaniemy, minie trochę czasu, więc tak czy inaczej trzeba się teraz zdać na Lawrence’a.
Zamilkł, by spojrzeć na Carlisle’a. Po wyrazie jego twarzy trudno było mu stwierdzić, co takiego wampir sobie myślał, bo panowanie nad emocjami mimo wszystko wciąż przychodziło mu w zadziwiająco prosty sposób. W zasadzie Gabriel zaczynał wątpić w to, czy istniała szansa na to, by tak po prostu wytrącić doktora z równowagi, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. Teraz mieli ważniejsze problemy, więc niepotrzebne tracenie czasu na panikę zdecydowanie niczego by nie ułatwiło.
– Mamy jeszcze przynajmniej dwa dni – zauważył Carlisle. – Tak przynajmniej sądzę. O ile Lawrence nie zwlekał z telefonem do mnie… A ona dopiero co zniknęła. Przemiana trochę trwa, a do tego czasu i tak się na nic nie przydam.
– To świetnie, ale i tak któreś z nas musiałoby tam z tobą pojechać – zauważył przytomnie.
Po jego słowach zapadła przesadnie wręcz przenikliwa cisza. Gabriel skrzywił się, aż nazbyt świadom, że do jego głosu jednak wkradła się wyraźna pretensja. Nic nie mógł na to poradzić, zwłaszcza że ta gorycz w obecnej sytuacji okazała się silniejsza od niego. Prawda była taka, że czuł się trochę tak, jakby ktoś z premedytacją próbował oderwać go od Renesmee – i bez znaczenia było czy to kolejna głupota Lawrence’a, przewrażliwienie Carlisle’a czy coś jeszcze innego.
Zawahał się, mając wrażenie, że powinien się wycofać, a tym bardziej przeprosić. W pośpiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt salonu. Był zmęczony, co może i na swój sposób go usprawiedliwiało, ale mimo wszystko…
– Więc ja pojadę.
Drgnął, po czym z niedowierzaniem spojrzał na Laylę. Była blada, poza tym jakoś nie miał wątpliwości, że tych kilka słów z trudem przeszło jej przez usta. Oboje wiedzieli, jak bardzo nienawidziła tego miejsca. Chociaż nie zawsze zwierzała mu się ze słych snów, dobrze wiedział, że znamienita większość tych złych rozgrywała się właśnie tam. Do tej pory pamiętał, jak niemalże błagała, kiedy zasugerował, że mogliby się zatrzymać właśnie w Chianni, kiedy wybierali się do Volterry. To, że sama z siebie miałaby tam wrócić, brzmiało jak marny żart.
Sis… – zaczął, ale jedynie potrzasnęła głową.
– Poradzę sobie – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem, co jednoznacznie utwierdziło go w przekonaniu, że już podjęła decyzję. Layla zawsze była uparta. – To ważne. A ja nie muszę wchodzić do środka – dodała, obejmując się ramionami. Czuł, że próbowała udawać spokojniejszą, niż w rzeczywistości była. – No i poproszę Rufusa, żeby pojechał ze mną. W tym wypadku mi nie odmówi, prawda?
Cóż, co do tego ostatniego Gabriel jakoś nie miał wątpliwości.
– Chcesz wpędzić mnie w poczucie winy czy jak? – zapytał, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Może po prostu próbuję przestać uciekać przed przeszłością.
Jej słowa go zaskoczyły, zwłaszcza że nie miał pewności, jak powinien je interpretować. Co więcej brzmiały tak, jakby wypowiedziała je mimochodem, niekoniecznie zwracając się przy tym do niego. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, nagle odległa i zamyślona. Dawno jej takiej nie widział i to go martwiło, zwłaszcza że ostaniem, czego tak naprawdę chciał, było to, żeby również jej stałą się jakakolwiek krzywda. Nie znowu.
Prawda była taka, że wciąż nie docierało do niego to, że Layla tutaj była. W ciągu zaledwie doby wydarzyło się tyle, że sam ledwo za tym nadążał. Skupiał się na Joce i Nessie, ostatecznie zaś cała jego uwaga kręciła się wokół tej ostatniej. W efekcie nie miał okazji, by nacieszyć się siostrą, a tym bardziej przyjąć do wiadomości to, że już była bezpieczna. Nie miał nawet pewności, czy faktycznie doszła do siebie, choć wiedział, że w przypadku wampirzycy regeneracja zdecydowanie nie była niczym trudnym. Nie zmieniało to jednak faktu, że wyobrażenie sobie tego, że Layla już na wstępie miałaby ryzykować i gdziekolwiek się ruszać, zdecydowanie nie było proste.
Otworzył usta, jednocześnie szukając w głowie jakiegoś sensownego argumentu. Nie znalazł, nim zresztą zdążył stwierdzić, co powinien w takim wypadku powiedzieć, ubiegł go ktoś inny.
– Żadne z was nie musi się poświęcać z mojego powodu! – zaoponował natychmiast Carlisle, co najmniej zaskoczony kierunkiem, który przybrała rozmowa.
– Nie prosiłbyś, gdyby istniała inna możliwość – zauważył mimochodem Gabriel. – Niech to szlag… – wyrwało mu się.
– Gabrielu – mruknęła Layla.
Jedynie potrząsnął głową.
– Jadę z wami. Nie wiem, co kombinuje Lawrence, ale nie podoba mi się to – przyznał zgodnie z prawdą. – Zresztą nic się w tym czasie nie zmieni, prawda? I tak niczego nie wiemy.
Jeszcze kiedy mówił, w pośpiechu ruszył ku schodom. Zaraz po tym w pośpiechu wyszedł z salonu, zostawiając siostrę z Carlisle’em, zanim którekolwiek z nich zdążyłoby coś jeszcze dodać. Albo zanim po raz kolejny zacząłby protestować, mimo wszystko nie wyobrażając sobie, że miałby tak po prostu wyjechać. Cóż, nie teraz.
Zaklął pod nosem, nie mogąc się powstrzymać. Oczywiście, że siedzenie nad Renesmee i zadręczanie się prowadziło donikąd. Ona sama zdecydowanie wolałaby, gdyby się na coś przydał, zwłaszcza że chodziło o bezpieczeństwo kogoś jej bliskiego. Cóż, o rodzinę, do której zresztą sam należał. To, że Nessie chciałaby pomóc, byłoby oczywiste. W innym przypadku zresztą nawet by się nie zawahał, a przynajmniej nie wyobrażał sobie, by mógł tak po prostu odmówić, gdyby w grę wchodziło coś, co znajdowałoby się w jego zasięgu.
Zawahał się na schodach, z powątpiewaniem spoglądając na zamknięte drzwi sypialni. Zabrał Renesmee z pokoju Joce, ale to wszystko, co był w stanie na tę chwilę zdziałać. Czuł, że w pokoju wciąż była Bella i to go uspokajało, skoro miał pewność, że dziewczyna nie była sama. Podczas wyjazdu też mógłby liczyć na to, że ktoś zawsze znajdowałby się obok. Udawanie, że był tutaj niezbędny, nie miało racji bytu, skoro mógł równinie niewiele, co i pozostali.
Mimo wszystko myśl o wyjeździe – i to choćby na zaledwie kilka dni – najzwyczajniej w świecie go przerażała. Gdzieś w pamięci wciąż miał wspomnienia grypy, która prawie zabrała mu żonę i córkę. Oczywiście, tym razem było inaczej, bo Renesmee po prostu… spała, ale skąd mógł wiedzieć, że ten stan nie ulegnie zmianie? Miał wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy życia i śmierci. To samo zasugerowała mu Isabeau, twierdząc, że ciało było puste – powłoka, którą pozostawiła po sobie dusza. To, że oddychała i wyglądała na zdrową, o niczym nie świadczyło, skoro tak naprawdę nie było w niej życia.
Jak długo mogła trwać w zawieszeniu? Pamiętał jak kiedyś przy nim straciła oddech – to przerażenie i świadomość, że w każdej chwili mógł utracić ją raz na zawsze. To było tak, jakby umykała mu – jej życie uciekało gdzieś między palcami, a on nie mógł mu zatrzymać. Wtedy przynajmniej była przytomna, a kiedy z płaczem wpadła mu w ramiona, miał pewność, że zdołał zapanować nad kryzysem, ale teraz…?
Podczas jego nieobecności mogło się wydarzyć naprawdę wiele, chociaż wolał się nad tym nie zastanawiać.
– Tato? – usłyszał niepewny głos i to wystarczyło, by wyrwać go z zamyślenia.
Coś w wyrazie jego twarzy złagodniało, kiedy zauważył Jocelyne. Obserwowała go z progu swojego pokoju, wyraźnie zaniepokojona. Jasne włosy opadły jej twarz, wciąż splątane. Loki niemalże zlewały się z jej skórą, podkreślając to, jaka była bladziutka. Wciąż wyglądała marnie, chociaż zdążyła wypocząć na tyle, by przestał mieć wrażenie, że w każdej chwili mogłaby się rozchorować. No i już nie wyglądała na bliską, by popłakać się z bólu.
W ramionach wciąż trzymała czarnego kota, którego dostała od Allegry. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że stworzonko przysnęło w jej ramionach, nawet przez sen raz po raz ocierając się o pierś dziewczyny.
– Hej, księżniczko – mruknął, w pośpiechu podchodząc bliżej. Wyciągnął rękę, by móc przeczesać jasne włosy dziewczyny palcami. – W porządku?
– Mhm…
Mimo wszystko nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Bez słowa przygarnął ją do siebie, próbując pamiętać o tym, by przypadkiem nie zrobić krzywdy kotu, skoro ten nagle znalazł się między nimi. Jakby na zawołanie zwierzak prychnął, nastroszył futro, po czym wyrwał się z objęć Jocelyne, by jak gdyby nigdy nic odbiec w swoją stronę.
Joce spojrzała w ślad za kotem, ale nie ruszyła się z miejsca. W zamian z cichym jękiem wtuliła się w ojca, pozwalając, by ten bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie. Gabriel zacisnął usta, aż nazbyt wyraźnie czując słodki zapach jej krwi i słabiutki, aczkolwiek wciąż obecny poblask mocy.
– Nic się nie zmieniło, prawda? – usłyszał jej cichy głos i to wystarczyło, by przestał zwracać uwagi na jakąkolwiek odmianę głosu.
– Nie – przyznał niechętnie. – Ale będzie w porządku… Chodź, posiedzę trochę przy tobie – zaproponował i nie czekając na reakcję, zachęcająco popchnął dziewczynę w głąb pokoju. – I tak powinienem w końcu się położyć.
Nie zaprotestowała, ale trudno było mu stwierdzić czy to dobrze. W zasadzie łatwiej było mu zajmować się Joce, zwłaszcza że zaczynał się o nią martwić. Czuł, że po raz kolejny mogłaby potrzebować energii, ale przynajmniej tymczasowo nie był w stanie użyczyć jej swojej. Nawet gdyby zignorował zmęczenie i zaryzykował, obawiał się, że gdyby przyszło co do czego, transfer mocy mógłby pójść… nie w tę stronę, w którą powinien.
Zacisnął usta, po czym w pospiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc, żeby zauważyła, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Już i tak wydawała się przestraszona.
– Na pewno wszystko w porządku? – upewnił się, siadając tuż obok niej. – Czy ktoś…?
– Nie wiem – przyznała dziwnie zdławionym głosem. – Już nie boli mnie głowa. No i dziadek mówił, że w mojej krwi nie ma nic niepokojącego, ale… dalej nikogo nie widziałam.
Po jej tonie trudno było stwierdzić, czy ten stan jakkolwiek ją martwił. Wiedział, że te umiejętności ją męczyły. To, co widziała, przerażało ją, co zresztą wcale go nie dziwiło. Jocelyne była najdelikatniejszym stworzeniem jakie znał, więc rzucenie jej w sam środek świata umarłych wydawało się co najmniej okrutne. A jednak kiedy obserwował ją w tamtej chwili, wydawała mu się na swój sposób rozżalona tym, że nagle miałaby przestać widywać umarłych.
– Najważniejsze, że nic ci nie jest – stwierdził w końcu, próbując uciąć temat.
W ostatniej chwili powstrzymał się przed zapytaniem jej o Renesmee. Gdyby zobaczyła matkę, na dodatek pod postacią ducha, zdecydowanie nie trzymałaby tego dla siebie. Inna sprawa, że Gabriel wolał, żeby nigdy do tego nie doszło. Po pierwsze, mógł tylko zgadywać, jak poczułaby się z tym Joce. A po drugie, gdyby Nessie pojawiła się jako umarła…
Nie, wolał się nad tym nie zastanawiać.
– A co z… tym chłopakiem? – zapytał, starannie dobierając słowa.
Musiał się upewnić, chociaż temat nie wydawał się bezpieczniejszy od pytań o Renesmee. Jakoś nie miał co do tego wątpliwości, zwłaszcza że w odpowiedzi Jocelyne drgnęła, wyraźnie zaniepokojona.
– Dallas… – szepnęła tak cicho, że ledwo mógł ją zrozumieć.
Obserwował ją z wahaniem, mając wrażenie, że była bardzie zaniepokojona niż do tej pory. Kiedy nagle wyprostowała się z jękiem, by móc rozejrzeć się po sypialni, jednak zdecydował się bardziej stanowczo przygarnąć córkę do siebie. Ujął jej twarz w dłonie i – raz po raz przesuwając kciukami po jej bladych policzkach – przymusił do tego, żeby spojrzała mu w oczy.
– Tak… Dallas – powtórzył łagodnie, chociaż po akcji z oknem znał kilka odpowiedniejszych określeń dla tego chłopaka. – Dalej cię dręczy?
– Nie. To nie tak – stwierdził, a Gabriel z niejakim przerażeniem odkrył, że nagle była bliska płaczu. Świetnie, właśnie do tego chciał doprowadzić! – Nie tak…
– W porządku – zreflektował się pośpiesznie. – Jest coś, co chcesz mi powiedzieć, księżniczko?
Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że teraz na jego miejscu powinna znaleźć się Renesmee. Jej poszłoby łatwiej, chociaż akurat gdy chodziło o rozmawianie z Jocelyne, czasami oboje byli równie bezsilni. Zwłaszcza kiedy w grę wchodziło coś, co dziewczyna z jakiegoś powodu chciała zostawić dla siebie, przekonanie jej do rozmowy zaczynało być co najmniej problematyczne.
Spojrzała na niego nienaturalnie wręcz rozszerzonymi, błękitnymi oczami. Oddychała szybko i płytko, aż zaczął wahać się nad tym, czy jednak nie byłoby lepiej, gdyby po prostu się wycofał. Mógł pomóc jej zasnąć, bo to akurat nie przekraczało jego możliwości w tamtej chwili. Może tak byłoby prościej, a jednak…
– Nie wiem jak – wyrzuciła z siebie na wydechu. Głos nieznacznie jej zadrżał, więc zamilkła, próbując się uspokoić. – Stało się za dużo. Ja… – Znów urwała, energicznie potrząsając głową.
Znów pogładził ją po twarzy. Wydawała się rozbita, ale przynajmniej nie wyglądała na bliską tego, by na domiar złego wpaść w histerię. To było dobre, nawet jeśli nie rozwiązywało najważniejszego problemu.
– Hm… Mogę? – zasugerował, chociaż wcale nie był pewien czy to taki dobry pomysł.
Skinęła głową, o dziwo wcale się nie wahając, zupełnie jakby jak najszybciej chciała wyrzucić z siebie coś, co ją dręczyło. Spróbował wysilić się na blady uśmiech, ale miał wrażenie, że poszło mu to marnie. Zresztą Joce zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kogo dałoby się ot tak pocieszyć, przynajmniej w tamtej chwili.
Dał sobie kilka sekund, żeby łatwiej nad sobą zapanować i zebrać myśli. To nie był pierwszy raz, kiedy przenikał czyjkolwiek umysł, ale i tak czuł, że powinien być ostrożny. Miał wrażenie, że w każdej chwili mógłby przypadkiem zrobić coś, czego przyszłoby mu żałować, więc tym bardziej wolał nie ryzykować. Zwłaszcza Jocelyne była krucha, a to, jak ufnie się do niego tuliła, jedynie wytrącało go z równowagi.
Prawda była taka, że w tamtej chwili wątpił w to, czy była przy nim w pełni bezpieczna. Ciepło jej ciała i pulsowanie mocy dawało mu się we znaki, a jakby tego było mało…
– Po prostu się przede mną nie broń – powiedział cicho, chociaż nie sądził, by musiał jej o tym przypominać. Przecież sama go do siebie dopuściła.
Nie zaprotestowała, kiedy ułożył ją w swoich ramionach tak, by mogła się o niego oprzeć. Zakołysał nią, mając wrażenie, że przy odrobinie cierpliwości mógłby nakłonić ją, żeby zasnęła i bez użycia zdolności. Rozluźniła się, po prostu się w niego wtulając i zamykając oczy. Odgarnął jej włosy z twarzy, w zamyśleniu przeczesując jasne loki palcami. Z powątpiewaniem spojrzał na opatrunek, który miała na ramieniu, ale prawie natychmiast uciekł wzrokiem gdzieś w bok. W normalnym wypadku Damien już dawno pomógłby jej dojść do siebie, ale teraz już przecież nic nie było takim, jakim powinno.
To była zaledwie chwila, nim z łatwością zdołał wniknąć do jej umysłu. Nie napotkał oporu, co przyjął z ulgą, bo przecież w każdej chwili mogła się rozmyślić. Poruszał się pewnie, ale delikatnie, nie widząc powodu, by ukrywać przed nią swoją obecność. Dopiero kiedy nabrał pewności, że wszystko w porządku, skupił się na szukaniu tego, co go interesowało. To również okazało się proste, zwłaszcza że te z najbardziej dręczących Joce wspomnień pozostawały tymi, które w naturalny sposób nasunęły mu się jako pierwsze.
Zaraz po tym wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Miała mętlik w głowie, co zresztą wcale go nie dziwiło. W zasadzie myśli Joce sprowadzały się do jednej wielkiej mieszanki emocji, niespójnych obrazów i wszechogarniającego zmęczenia, które dawało jej się we znaki przez większość czasu. W efekcie musiał się wysilić, zanim uporządkował wszystko w taki sposób, by nabrało sensu.
Miał wrażenie, że trafi go szlag na same wzmianki o Simonie. Najmniej czasu poświęcił na błądzenie po korytarzach i rozmowę z mężczyzną, chociaż i tak nie mógł powstrzymać się przed sprawdzeniem, czy ten przypadkiem nie próbował jej skrzywdzić. Wtedy przynajmniej miałby  kolejny powód, żeby go zabić, ale…
Moment, w którym jeden strażników wycelował w nią broń tylko dlatego, że się potknęła. Claire stanęła tuż przed nią, osłaniając ją własnym ciałem.
Duch, którego zobaczyła w tamtej małej sali. Bała się jak nigdy, nawet gdy już znalazła się w ramionach Layli.
Kwiecista łąka i dwie osoby. Jedna wydała się Gabrielowi znajoma, chociaż to przecież nie było możliwe…
A może było, bo przecież Dylan był martwy.
Słodka bogini…, pomyślał w oszołomieniu, chociaż sam nie był pewien, które ze wspomnień w największym stopniu wytrąciło go z równowagi. Być może wszystkie, nim jednak zdążył się nad tym zastanowić, wszystko przysłoniło inne wspomnienie.
Była zmęczona… Tak bardzo zmęczona, a jednak walczyła o zachowanie przytomności, podczas gdy Layla spijała jej krew Słodki zapach sprawiał, że ją mdliło, chociaż przecież posoka należała do niej…
Poderwał się tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie zrzucił przy tym Joce z łóżka, ale nie zwrócił na to uwagi. Zaraz po tym po prostu wypadł z pokoju na korytarz, zostawiając oszołomioną dziewczynę samą.
Głód, który nagle przy niej poczuł, towarzyszył mu jeszcze długo po tym, jak już znalazł się poza domem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa