
Beatrycze
Trwała w szaleństwie.
Inaczej nie potrafiła opisać tego, co się z nią działo – rozrywającego
bólu, poczucia zapadania się w pustkę i wrażenia, że w każdej
chwili mogła rozpaść się na kawałeczki. Jej ciało płonęło, serce trzepotało się
w piersi, z kolei łapanie oddechu nagle zaczęło jawić się jako coś
niezwykle wyczerpującego, co stopniowo zaczynało ją przerastać. W gruncie
rzeczy pragnęła już tylko krzyczeć, chociaż własny wrzask ją ogłuszał, sprawiając,
że miała ochotę skulić się, zasłonić uszy dłońmi i w tej pozycji czekać,
aż to wszystko dobiegnie końca.
Gdzieś w tym
wszystkim był jeszcze Lawrence. Czuła, że był gdzieś obok; słyszała jego głos,
kiedy mówił coś do niej, wyraźnie zaniepokojony. Zabawne, ale w tym
wszystkim naprawdę potrafiła stwierdzić, że się przejmował – najdelikatniej
rzecz ujmując. Co więcej, kilka razy zdołała mu odpowiedzieć, chociaż mętlik w głowie
sprawiał, że i tak nie pamiętała o czym rozmawiali. Ból przysłaniał
wszystko, bardziej rzeczywisty niż jej ciało i już i tak niedoskonała
pamięć.
A przecież
chciała pamiętać.
Czasami
znajdowała w sobie dość siły, by uchwycić się resztek rzeczywistości.
Pamiętałam muśnięcia chłodnych warg na ramionach i nadgarstkach – prawie
jak pocałunki, które jednak kończyły się jeszcze silniejszym bólem, choć nie
sądziła, że to w ogóle możliwe. Pamiętała jego głos, przepraszający ją za
coś i formułujący się w nie do końca sensowne zdania, jakby sam
Lawrence nie miał pewności, co takiego powinien jej powiedzieć. Miała wrażenie,
że mówił tylko po to, żeby mówić i choć na moment zapomnieć o wszystkim,
co działo się do tej pory – zwłaszcza o tym, że cierpiała.
Wtedy zrozumiała,
że jej krzyki go raniły, więc zamilkła. Przynajmniej próbowała, chociaż
chwilami rozrywający ciało ogień był tak silny, że mimo usilnych starań
zawodziła. Pragnęła trwać w ciszy, ale najwyraźniej to nie było możliwe.
Podobno do
wszystkiego dało się przyzwyczaić. Patrząc na to, jak łatwo przyswoiła sobie
istnienie wampirów, istot nadnaturalnych i to, że kiedyś umarła, być może
tak było – a przynajmniej próbowała w to wierzyć aż do tego momentu. Bo
niezależnie od wszystkiego nie miała przywyknąć do tego bólu. Musiałaby chyba
całkiem oszaleć, by uznać rozpadanie się na kawałeczki za coś normalnego. Upływający
czas wcale nie sprawiał, że trwanie w tym stanie stawało się jakkolwiek
łatwiejsze. Nie umniejszał bólu, a tym bardziej nie sprawiał, że łatwiej
było jej go ignorować.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że znacznie częściej popadała w otępienie. Czasami
miała wrażenie, że świat rzeczywisty znikał, a ona trwała w samym
środku pustki – tylko ona i szalejący pożar. I krzyk, którego i tak
nikt nie był w stanie usłyszeć. Miała wrażenie, że już kiedyś tego doświadczyła
– że cierpiała w ciemnościach, odcięta od świata i całkowicie
bezradna.
To wtedy
dosięgła jej Jocelyne.
To wtedy
zdołała obudzić się na cmentarzu, przerażona i pozbawiona jakichkolwiek wspomnień.
Ta
świadomość uderzyła w nią nagle, na krótką chwilę wytrącając zaskoczoną
Beatrycze z równowagi. Pierwszy przebłysk, który dosłownie poraził ją,
będąc niczym nagłe olśnienie. Jak mogłaby zapomnieć coś, co wydarzyło się tak
niedawno? Ciemność ją ukarała. Przynajmniej próbowała, wściekła za wszystko, co
miało miejsce – za to, że spotkała się z Eleną po jej śmierci; że
regularnie widywała Jocelyne; że mogłaby mu się sprzeciwiać, sercem wciąż
trwając przy tych, których utraciła.
Joce i L.
pojawili się dosłownie w ostatniej chwili, zanim dopadłoby ją szaleństwo. A wtedy
jakimś cudem zapomniała, jednak te wspomnienia wróciły, równie żywe, co i rozrywający
ból. Coś się zmieniło i chociaż nie miała pewności, co pozwoliło jej w końcu
zrozumieć – sięgnąć do tych zakamarków umysłu, które były dla niej niedostępne –
była za ten stan wdzięczna.
Jeśli ten ból
miał być ceną, którą musiała zapłacić, by odzyskać utraconą przeszłość, nie
zamierzała protestować. Nie żeby w ogóle mogła.
Obrazy były
bardzo słabe, zupełnie jakby i one mogły rozpaść się na kawałeczki. Prawie
jak niewyraźne cienie, które stopniowo nabierały kształtów, ale w każdej
chwili mogły zostać zakłócone. Beatrycze czuła się trochę tak, jakby chciała
pochwycić dym – widziała go, był na wyciągnięcie ręki, a jednak z taką
łatwością mógł umknąć między jej palcami, tracąc na znaczeniu…
Z tym, że
nie zamierzała tak po prostu na to pozwolić. Kurczowo chwytała się tych nagłych
przebłysków. Pragnęła uczepić się ich nawet kosztem rzeczywistości, choć
poczucie zapadania się w pustkę ją przerażało. Co jeśli w ten sposób miała
wrócić do Ciemności? Jeśli umierała i właśnie dobrowolnie poddawała się
śmierci? Może to wszystko było idealną pułapką – obietnicą odzyskania wspomnień
w zamian za życie, które cudem zyskała…? Nie miała pojęcia, ale pragnienie,
żeby w końcu sobie przypomnieć, okazało się zbyt silne, by mogła je
zignorować.
Pamiętała
swoje siostry i matkę. Pamiętała, jak wielokrotnie przesiadywała nad
jeziorem między tam a tu, wypisując
krwią znajome imię, by móc obserwować. Mentalnie cały czas była przy nich – czy
to przy Lawrence’u, czy znów Carlisle’u i jego rodzinie. I chociaż
bierne obserwowanie życia, w którym i tak nie mogła uczestniczyć,
bolało, Beatrycze wracała tam wciąż i wciąż, uznając, że lepsze to niż
nic. Mogła przynajmniej udawać, że nadal miała coś do powiedzenia. Mogła
obserwować…
Wtedy
pojawiła się Jocelyne i to było prawie jak cud. Być może powinna mieć
sobie za złe straszenie dziecka, ale malutka zawsze tak się cieszyła, kiedy
Beatrycze pojawiała się obok. Pamiętała jak wielokrotnie siadywała tuż obok,
nucąc cicho i pilnując, by nikt ze złymi intencjami nie zbliżył się do
małej nekromantki. Poczynała sobie coraz odważniej, już nie tylko obserwując,
ale w bardziej stanowczy sposób ingerując w ten świat. Wmawiała
sobie, że to właściwe, bo w końcu pilnowała Joce – a to, że przy
okazji mogła obserwować Elenę, a więc również Carlisle’a… było po prostu
sprzyjającym zbiegiem okoliczności.
To, że dzięki
Jocelyne choć przez moment miała okazję porozmawiać z Lawrence’em,
również.
Nadmiar
bodźców skutecznie ją przytłoczył. Trwała w tym wszystkim i chyba
płakała, chociaż nie miała pewności. Już nie czuła swojego ciała; nie czuła
spływających po twarzy łez, choć te bez wątpienia pojawiłyby się, gdyby
sytuacja była inna. Jedynym, czego pozostawała świadoma, był ból. Ten się nie
zmienił, wydając się tworzyć wszystko wokół – w tym również wspomnienia. „Utraciłaś
to” – wydawał się sugerować i nagle to cierpienie wydało się Beatrycze w pełni
uzasadnioną, zasłużoną karą. – „Jak mogłaś
zapomnieć”.
No właśnie,
jak?
A przecież
to wciąż był zaledwie początek.
Coś się
zmieniło. Wrażenie było takie, jakby dotychczas solidny, nienaruszony mur, za
którym kryły się wszelakie wspomnienia, nie tyle pękł, co dosłownie wyparował.
Aż zachłysnęła się nadmiarem obrazów, bodźców i dźwięków. I chociaż
zwłaszcza te, które dotyczyły jej pierwszego
życia wydawały się kruche i zamazane, wciąż była w stanie je
rozróżnić. Co więcej, tym bardziej pragnęła je zachować, zbytnio przerażona
perspektywą tego, że znów mogłyby zniknąć. Należały do niej, ona zaś nie
zamierzała kolejny raz popełnić tego samego błędu i pozwolić im odejść.
Przebyła
tak długą drogę tylko po to, by dotrzeć do tego domu. I chociaż jedynym,
co tu znalazła, było nieopisane wręcz cierpienie, jeśli przy okazji miała
szansę odzyskać wspomnienia, zamierzała ją wykorzystać.
Bała się,
że zapomni raz jeszcze.
A przecież
nigdy nie powinno do tego dojść. Jak beznadziejna była, skoro zapomniała o tym,
co najważniejsze? Jak mogła zapomnieć długie oczekiwania na dziecko, te
wszystkie obawy, ale i euforię, kiedy nabrała pewności, że nosi pod sercem
syna? Przy tym dzień porodu wydawał się niczym – to, że wtedy również
cierpiała, całe siły wkładając w to, żeby wydać na świat dziecko. Ale
tamten ból był dobry, prawda? Był taki, ponieważ wiedziała, że to zaledwie mała
niedogodność, którą musiała znieść, by zwieńczyło się coś, na co czekała bardzo
długo.
Pamiętała
swoje ostatnie słowa. A także to, jak czuła się, kiedy choć przez moment miała
okazję trzymać w ramionach dziecko – swoje
dziecko, które przecież tak bardzo kochała.
Czas wracać do domu…
Nie, to nie
było tak. Jej dom znajdował się w jednym, konkretnym miejscu – i zdecydowanie
nie był to świat, który gdzieś w nicości kreowała Ciemność.
Czuła, że powoli
zaczyna się w tym gubić. Wspomnienia były niespójne, pomieszane i pozbawione
jakiejkolwiek chronologii, ale i tak znaczyły dla niej wszystko.
Pozwalała, żeby ją wypełniały; by napierały ze wszystkich stron, nie mniej
rozbite, co i jej rozrywane przez ból ciało. Wszystko to mieszało się ze
sobą, tworząc trudną do zrozumienia spiralę cierpienia, ale to jej nie
przeszkadzało. Bo tym razem z tego bólu również miało zrodzić się coś,
czego pragnęła.
A
przynamniej chciała w to wierzyć.
Jej myśli
nie pierwszy raz uciekły do Lawrence’a. Pamiętała ich pierwsze spotkanie, chociaż
okoliczności pozostawiały tak wiele do życzenia… Pojawił się nagle, będąc
niczym promień światła, który pozwolił jej się pozbierać po śmierci starszej z sióstr,
Cassandry. I chociaż na samo wspomnienie pogrzebu Cassie łzy stawały jej w oczach,
na swój sposób błogosławiła dzień, w której zyskała kogoś, kogo mogła
pokochać równie mocno.
W jego
oczach była wyjątkowa.
Wiedziała,
że gdyby zapytała, usłyszałaby, że niczym nie zawiniła – i to nawet jeśli
sama uważała inaczej.
Może gdyby
zrozumiała wcześniej… Gdyby wiedziała, że ich zostawi, zrobiłaby wszystko,
byleby temu zapobiec. Gdyby wprawniej łączyła fakty, być może zyskałaby dość
czasu, by coś wymyślić.
Może wtedy
mogłaby być zarówno przy swoim dziecku, jak i mężu, bo ci przecież jej potrzebowali.
Chciała
tego czy nie, swoją śmiercią zniszczyła wszystko. Widziała dość, by być w stanie
to stwierdzić. Co prawda L. dotrzymał obietnicy, którą na nim wymogła – zajął
się ich synem na tyle, na ile to było możliwe – ale co z tego, skoro
wszystko i tak doprowadziło ich do tego miejsca? Nie takiej przyszłości
dla nich chciała. A jednak na swój sposób obaj byli martwi, a Beatrycze
zaczynała wątpić w to, czy w ogóle potrafili normalnie ze sobą
rozmawiać.
Istniało
wiele rzeczy, które mogłaby mieć Lawrence’owi za złe, ale nie potrafiła. Miała
wrażenie, że gdyby do tego dopuściła, okazałaby się równie wielką egoistką, co i hipokrytką
– bo w końcu sama zawiniła równie wiele razy.
Jak mogła
zapomnieć o własnym dziecku?
Jak mogła o mężu,
który…?
Wystarczy, nakazała sobie stanowczo.
Ten żal wciąż
gdzieś tam był, ale zdołała odepchnąć go od siebie. W tamtej chwili
chciała wspominać, całą sobą chłonąc to, co trzymało ją przy zdrowych zmysłach
przez wszystkie te lata. To, jak się poznali. Jak pozwoliła, żeby Lawrence
wyrwał ją z domu matki, zanim Ariadna doszłaby do wniosku, że
najrozsądniej byłoby zamknąć córkę w piwnicy, by przypadkiem nie pociągnęła
klątwy dalej. Jak tulił ją do siebie, kiedy zanosiła się płaczem, przerażona,
że mogłaby wydać na świat dziewczynkę. A także później, gdy – tak dla
odmiany – płakała ze szczęścia, w końcu zdolna z czystym sumieniem oczekiwać
narodzin dziecka, którego przecież tak pragnęła.
Czasami
słyszała, że prościej byłoby zapomnieć. Gdyby odrzuciła ludzkie wspomnienia,
trwanie w świecie Ciemności okazałoby się dużo prostsze. Sęk w tym,
że nigdy nie potrafiła zdobyć się na odrzucenie tych wspomnień, nieważne jak
silnej tęsknoty by nie wywoływały. Należały do niej, będąc niczym kotwica i gwarancja
tego, że miała gdzie wracać.
Tak naprawdę
dopiero teraz wróciła do domu.
A potem
dotarło do niej, że niezależnie od wszystkiego, tak naprawdę nie miała czego
żałować, bo obwinianie się i tak nie miało niczego zmienić.
Teraz
musiała skupić się na tym, co mogła naprawić.
To była jej
szansa – okazja, na którą czekała całe lata, a może nawet wieki. Przecież
była tutaj. Nie ważne jak, liczyło się to, że Lawrence znalazł sposób na to, by
odnaleźć ją nawet po tym, jak go zostawiła. Pogubił się w tym, ale to już
nie miało znaczenia, skoro koniec końców i tak postępował tak, jak trzeba.
Fakt, że bez wahania ochronił zarówno Renesmee i jej dzieci, jak i Elenę,
jednoznaczne o tym świadczył.
Teraz po
prostu oboje potrzebowali szansy. Co więcej czuła, że to ona była jego
wybawieniem.
Gdyby zostawiła
go raz jeszcze, to byłby koniec.
Ta myśl ją
przeraziła, sprawiając, że z tym większym uporem zaczęła walczyć.
Cokolwiek się działo, musiała to wytrzymać – znosić ten ból, nieważne jak długo
miałoby to trwać. Gdzieś tam czaiło się przebudzenie, chociaż wciąż nie potrafiła
go dosięgnąć. Mogła co najwyżej spróbować przeczekać to szaleństwo i nie
zwariować, co wcale nie było takie proste i oczywiste, jak mogłoby się
wydawać.
Obudzić… po prostu musisz się obudzić,
pomyślała, ale to wciąż były puste słowa, jakże nic nieznaczące wobec wszechobecnej
pustki i szalejącego w jej wnętrzu pożaru.
To jeszcze
nie był ten moment, przynajmniej na razie.
Szaleństwo
trwało dalej, jej zaś nie pozostało nic innego, jak otworzyć oczy, wyprostować
się niczym struna i znów zacząć krzyczeć.
Nie miała pojęcia, jak długo
to trwało. Być może w grę wchodziły zaledwie godziny, a może dni albo
nawet całe lata. To i tak nie miało znaczenia, przynajmniej w jej sytuacji.
Ból i wspomnienia mieszały się ze sobą, co jednak nie przeszkadzało jej w tym,
by raz po raz wracać do majaczących w jej głowie obrazów. Uczyła się ich
na pamięć, raz po raz na nowo, chłonąc na wszystkie możliwe sposoby i próbując
zrobić wszystko, byleby więcej nie zapomnieć.
Trzymała się
tego tak kurczowo, że początkowo nawet nie zauważyła, że coś się zmieniło. Dopiero
po dłuższej chwili uprzytomniła sobie, że ból zaczął ustępować – powoli, cal po
calu opuszczał jej ciało, pozostawiając po sobie wyłącznie chłód i odrętwienie.
Nie zniknął całkowicie, Beatrycze zaś nie miała wątpliwości, że nie chodziło o to,
że jednak mogłaby do cierpienia przywyknąć. Zwłaszcza kiedy poczuła, jak
palenie przenosi się wprost do klatki piersiowej, z całą mocą uderzając w serce,
nie miała wątpliwości, że chodzi o coś więcej.
Przez
moment dudniło jej w uszach. Słyszała kolejne uderzenia tak wyraźnie,
jakby ktoś tuż przy jej twarzy rytmicznie uderzał w bęben. Na moment aż zabrakło
jej tchu, ale chociaż zapragnęła krzyknąć, tym razem z gardła nie wyrwał jej
się nawet najcichszy jęk.
O mój Boże, nie…, pomyślała w panice,
kiedy chwilę później wymęczone serce stanęło i dookoła zapanowała ogłuszająca
cisza.
Spokój,
który nastąpił wraz z tym wydarzeniem, był wręcz oszałamiający. Leżała,
wstrzymując oddech i bojąc poruszyć się chociaż o milimetr, chociaż –
co nagle sobie uświadomiła – jak najbardziej mogła. W jej umyśle w końcu
zapanowała cisza, a przynajmniej tak sądziła, w końcu nie mając
poczucia, że plącze się we wszystkich wspomnieniach i bodźcach
jednocześnie. Ból zniknął, pozostawiając po sobie co najwyżej odległe echo,
które z jakiegoś powodu manifestowało się w gardle. Czuła się
spragniona jak nigdy, ale pomimo tego nie doświadczyła żadnej niedogodności. To
było tak, jakby całe godziny cierpienia tak naprawdę niczego nie znaczyły –
jakby były mglistym wspomnieniem, które bardzo łatwo mogła zapomnieć.
Z tym, że
przecież nie chciała. Czegokolwiek by nie doświadczyła, już niczego nie chciała
wyrzucać z pamięci.
Ręka
zadrżała jej, kiedy ostrożnie uniosła ją, by móc przecisnąć dłoń do piersi. Wciąż
spodziewała się porażającego ciało bólu, ale ten nie powrócił, z kolei
wykonany ruch okazał się tak lekki i płynny, że to zaskoczyło nawet ją. Znów
zamarła w bezruchu, nasłuchując jakichkolwiek oznak tego, że jej serce
jednak biło, ale wszystko wskazywało na to, że nieszczęsny narząd poddał się
ostatecznie, jakby dochodząc do wniosku, że służył dostatecznie długo, by pozwolić
sobie na przerwę.
Nie…
A jednak wciąż
tutaj była. Nie oddychała, jej serce nie biło, a jednak… wcale nie czuła
się jak ktoś, kto umarł.
Z tym
przeświadczeniem, próbując poukładać wszystko, co wiedziała, otworzyła oczy.
Dookoła
panował półmrok, ale to było jej na rękę. Widziała tańczące na ścianach cienie i to
wystarczyło, by zwrócić jej uwagę na płonący w pobliżu ogień. Płomienie tańczyły
na palenisku, porażająco jasne i na swój sposób olśniewające. Poraziła ją
intensywność kolorów, zmieniający się kształt płomienia i to, w jaki
sposób kolory zmieniały się, przechodząc od złota do czerwieni i odwrotnie.
Nawet z odległości czuła bijące od kominka ciepło, ale chociaż to było
przyjemne, wszystko w niej aż krzyczało, że powinna trzymać się na
dystans.
Wciąż była w salonie,
w domu ze snów. Coś w tym odkryciu ją zaskoczyło, zwłaszcza że w międzyczasie
zdążyła uwierzyć, że wszystko było snem – miłym przerywnikiem, poprzedzającym
nieopisaną wręcz agonię, której doświadczyła. Teraz widziała, że chodziło o coś
innego, ale nie dała sobie czasu, by się nad tym zastanawiać.
Przez kilka
następnych sekund w milczeniu wpatrywała się w ogień. Dopiero po chwili
otrząsnęła się na tyle, by spróbować usiąść. Chociaż nadal wyczekiwała bólu,
podniesienie się przyszło jej tak lekko, jak wcześniejszy ruch. Czuła się
oszołomiona, ale w pełni żywa, może nawet bardziej niż do tej pory. No i pamiętała.
Obrazy wciąż majaczyły w jej umyśle, uporządkowane tak, jak sama je ułożyła,
raz po raz wracając do nich przez ostatnie godziny. Były tam i to
wystarczyło, by zapragnęła popłakać się ze szczęścia, chociaż – jakby jej na
złość – łzy wcale nie chciały napłynąć do oczu.
Trudno.
Uniosła
dłoń do ust, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na wciąż dające jej się
we znaki pieczenie w gardle. To tak, jakby ogień ulokował się właśnie tam –
przytłumiony, ale niemniej niszczycielski. Mogła to znosić, ale mimo wszystko…
– Beatrycze.
Poderwała
się tak gwałtownie, że wszystko wokół powinno rozmazać się w niewyraźną
smugę, ale z jakiegoś powodu do tego nie doszło. W jednej chwili po prostu
siedziała na kanapie, pogrążona we własnych myślach, w następnej zaś już
tkwiła w samym środku rzucanego przez ogień blasku. Podświadomie trzymała
się w świetle, zupełnie jakby jasność stanowiła swego rodzaju bezpieczną
sferę, w której nic złego nie miało prawa się stać.
Lawrence obserwował
ją, tkwiąc w progu pomieszczenia. Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić,
co takiego sobie myślał. Oczy za to mówiły wszystko – choć pociemniałe,
wydawały się lśnić, co bynajmniej nie miało związku z odbijającym się w tęczówkach
płomieniem.
Zwłaszcza
że wampir patrzył na nią – i to z równie wielką obawą, co i nadzieją.
Ulga, którą
nagle poczuła, niemalże zwaliła ją z nóg. Wyprostowała się, pozwalając,
żeby ręce luźno zawisły jej wzdłuż ciała. Uświadomiła sobie, że wciąż wstrzymywała
oddech, więc pośpiesznie nabrała powietrza do płuc. Mimo wszystko czuła, że
tlen był jej absolutnie zbędny do normalnego funkcjonowania, zresztą tak jak
bijące serce czy krążąca w żyłach krew. To oraz wciąż odczuwane palenie
wystarczyło, żeby w końcu dopuściła do siebie myśl, która czaiła się
gdzieś na krawędzi jej świadomości, w równym stopniu przerażając, co i niosąc
ze sobą nadzieję.
Przecież
wiedziała, co się stało. Podejrzewała przez cały ten czas, ale dopiero teraz
mogła nazwać rzeczy po imieniu.
Przemiana w końcu
dobiegła końca. I owszem, była martwa, ale w zupełnie inny sposób –
bo tak naprawdę dopiero teraz zaczęła żyć.
– L… –
wyrwało jej się i choć nie rozpoznawała własnego głosu, to nie miało dla
niej znaczenia.
Nie, skoro w końcu
zdołała się obudzić, dokładnie tak, jak mu obiecała.
Nie, skoro
po tym wszystkim w końcu stali się tacy sami – i to było dobre.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz