
Beatrycze
Ciszę przerywał wyłącznie
łagodny trzask ognia. Trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie
nawzajem z takim skupieniem, jakby widzieli się po raz pierwszy. Beatrycze
uświadomiła sobie, że drży, co bynajmniej nie miało związku z tym, że w pokoju
mogłoby być zimno. Wręcz przeciwnie – czuła bijące od płonącego na palenisku
ognia ciepło, a jednak to było jej całkowicie obojętne. Przyjemne, tak,
ale nie w takim stopniu, jak jeszcze jakiś czas temu, kiedy jej ciało w jakikolwiek
konkretny sposób zareagowałoby na zmiany temperatury.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, uświadamiając sobie, że zdecydowanie zbyt długo tego nie
robiła. Najwyraźniej nie musiała, ale to było dziwne. Równie niewłaściwe wydało
jej się to, jak długo wstrzymywała oddech, nie czując się z tym nawet w najmniejszym
stopniu źle. Oddychała czy nie – co za różnica? To przynajmniej wydawało się
sugerować ciało, chociaż jej umysł z uporem podpowiadał jej, że przecież
potrzebowała tlenu. Tlen oznaczał życie, prawda?
Cóż,
najwyraźniej nie teraz.
Te kwestie,
jakkolwiek niepokojące czy dziwne, zeszły gdzieś na dalszy plan. Całą uwagę
poświęcała Lawrence’owi, uświadamiając sobie, że jedynym, czego tak naprawdę
chciała, było to, żeby w końcu coś powiedział. Cisza doprowadzała ją do
szału, być może dlatego, że kojarzyła jej się z stanem, z którego
cudem zdołała się wyrwać – z pustką, ciemnością i bólem. Ten ostatni
zresztą wciąż gdzieś tam był, dając się Beatrycze we znaki za sprawą coraz
silniejszego pragnienia.
No, powiedz coś! Po prostu powiedz!,
pomyślała w rozgorączkowany sposób. Otworzyła usta, chcąc sama przerwać
ciszę, ale w głowie miała pustkę. Co chwilę coś ją rozpraszało, począwszy
od niespójnych myśli, po ciepło ognia, wstrzymywanie oddechu czy znów to, jak
niezwykłe wydawało się to, co widziała teraz.
Oraz ten
ból. Nieopisane wręcz pragnienie, które…
– Ehm…
Przyjdziesz do mnie?
Drgnęła, na
powrót skupiając wzrok na stojącym przed
nią nieśmiertelnym. Ten głos… Okazał się taki niepewny, łagodny, ale… na swój
sposób zafascynowany. Co więcej wciąż się w nią wpatrywał, tak
intensywnie, że aż poczuła się nieswojo.
Zrobiła
niepewny krok naprzód, chociaż poruszanie się nie kosztowało ją nawet grama
energii. A potem kolejny, tym razem o wiele pewniej.
W następnej
sekundzie po prostu wpadła w jego nadstawione ramiona, zamierając, kiedy
przygarnął ją do siebie zamykając w silnym, zdecydowanym uścisku.
Wrażenie
było takie, jakby wszystko nagle wróciło na swoje miejsce. Ten uścisk był inny
niż sposób, w jaki do tej pory czuła się w ramionach Lawrence’a. Już
nie czuła chłodu, jego ciało zaś w niczym nie przypominało zimnego
marmuru. A jednak pomimo tego jego dotyk okazał się zadziwiająco znajomy,
niosąc ze sobą poczucie bezpieczeństwa i spokój, których od tak dawna nie
doświadczyła.
Zamknęła
oczy, przez moment skupiając się wyłącznie na znajomym, słodkim zapachu.
Poczuła, że palce wampira delikatnie wplotły się w jej włosy, raz po raz
przeczesując je. Zawsze lubiła, kiedy to robił – i to już dużo wcześniej,
zanim…
Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc. Z jej ust wyrwało się coś z pogranicza
jęku i szlochu, chociaż nadal nie mogła pozwolić sobie na to, żeby płakać.
Jedynym, czego się doczekała, była nieprzyjemna suchość w oczach, ale też
to, że Lawrence w pośpiechu odsunął ją na długość wyciągniętych ramion,
spoglądając na nią w panice.
– Co się
stało? – zapytał i przez moment wydał jej się wręcz przerażony. Spoglądał
na nią bezradnie, przez moment wyglądając na chętnego, by jak najszybciej
rzucić się do ucieczki. – Beatrycze…
To było
niczym impuls, któremu po prostu się poddała. Wyciągnęła ręce przed siebie,
układając dłonie na jego twarzy. W pośpiechu przesunęła się bliżej,
wpatrując w mężczyznę tak intensywnie, że aż dziwne było, że obraz nie
zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Najwyraźniej to nowe ciało nie znało
tego rodzaju słabości, ale praktycznie nie zwróciła na to uwagi. W tamtej
chwili liczyło się przede wszystko to, że był tuż przy niej – a ona w końcu
mogła spojrzeć na niego w pełni świadomy sposób, bo… pamiętała.
W końcu
rozumiała wszystko.
Czuła, że
powinna coś powiedzieć – jakkolwiek go uświadomić – ale nie potrafiła znaleźć
właściwych słów. Po prostu stała, spazmatycznie chwytając zbędny jej do
normalnego funkcjonowania oddech, roztrzęsiona przy tym tak bardzo, że ledwo
mogła nad sobą panować.
Mniej więcej
wtedy doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale nie musiała nic mówić. Jej ciało
zareagowało absolutnie machinalnie, Beatrycze zaś w pośpiechu przesunęła
się na tyle, by móc wpić się wargami w jego usta. Wyczuła, że zesztywniał,
co najmniej zaskoczony, to trwało jedynak zaledwie ułamek sekundy. W następnej
chwili przygarnął ją do siebie, reagując na pieszczotę z niemniejszym
zaangażowaniem co i to, które sama odczuwała.
Wszystko
działo się bardzo szybko. Dawno nie doświadczyła czegoś takiego, nawet kiedy
całowali się po raz pierwszy od jej powrotu do życia. Tym razem było inaczej,
ona zaś doskonale wiedziała, dlaczego go pragnęła. To był ten rodzaj tęsknoty,
który niezmiennie rozrywał jej serce, gdy jeszcze przebywała w świecie
stworzonym przez Ciemność, mogąc co najwyżej bezradnie obserwować tych, którzy
byli dla niej ważni. W końcu mogła spożytkować te uczucia – dać im drogę
ujścia w sposób, o którym sądziła, że już więcej nie będzie możliwy.
Cicho
jęknęła, z zaskoczeniem przekonując się, że straciła równowagę. Nie miała
pojęcia, czy w jej stanie powinno być to możliwe, ale nie zamierzała się
nad tym zastanawiać. Liczyło się to, że nagle znów wylądowała na kanapie, co
było o tyle praktyczne, że mogła pozwolić, by Lawrence przesunął się
jeszcze bliżej. Pozwoliła mu na to z niejaką ulgą, w końcu nie musząc
zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie zrobi jej krzywdy. On również nie
musiał się tego obawiać i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a przynajmniej
to sugerował sposób, w jaki na nią naparł, nagle po prostu przyciskając ją
do materaca.
–
Beatrycze…?
To
przypominało bardziej warkniecie niż konkretne słowo. Co więcej, to było
pytanie i chociaż L. nie dodał niczego więcej, zrozumiała je doskonale.
– Jestem
tutaj – stwierdziła, ledwo tylko pozwolił jej złapać oddech. – W końcu
jestem.
Jego oczy
rozszerzyły się i to wystarczyło, by nabrała pewności, że zrozumiał.
Ciemne tęczówki przenikały ją na wskroś, w pełni skupione na niej.
Niedowierzał, być może bojąc się, że nagle wszystko zniknie. Nie dziwiła mu się,
bo to było prawie jak sen – jakże nierealne, gwałtowne i… doskonałe.
Prawie.
Zacisnęła
usta, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na wciąż dające jej się we
znaki pragnienie. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc, żeby Lawrence
zauważył, że cokolwiek mogłoby być nie tak, ale oszukanie go okazało się
niemożliwe.
– No, tak…
– Odchrząknął, po czym w pośpiechu odsunął się od niej. Ledwo powstrzymała
cisnące jej się na usta przekleństwo. – Mogłem to przewidzieć.
– Co
takiego? Zrobiłam coś nie tak? – zaniepokoiła się. Skoncentrowanie się na
czymkolwiek okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego
życzyć.
Wampir
spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Ty? Bez
żartów – obruszył się. – To, co czujesz… jest w pełni normalne – dodał, a kiedy
spojrzała na niego z powątpiewaniem, westchnął przeciągle. – Pragnienie.
– Och…
Usiadła, z braku
lepszych pomysłów zakładając ramiona na piersi. Gardło znów zaczęło ją palić,
bardziej intensywnie niż do tej pory. Z drugiej strony, może wszystko
sprowadzało się do tego, że teraz myślała o głodzie, dużej nie potrafiąc
go ignorować. To bolało, chociaż wciąż pozostawało zaledwie cieniem
porażającego jej ciało cierpienia, w którym trwała przez ostatni czas.
Było tak
wiele kwestii, o które chciała zapytać. Musieli porozmawiać, mając sobie
do powiedzenia więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała o tym, a jednak
przez pragnienie mogła myśleć tylko o jednym – o sposobie, w jaki
mogłaby choć po części umniejszyć wciąż dające jej się we znaki palenie.
– Chodź. –
Lawrence nagle poderwał się na równe nogi, znaczącym gestem wyciągając ku niej
rękę. – Przejdziemy się.
– Ale… –
zaczęła, po czym urwała, podchwyciwszy jego spojrzenie.
– Wszystko
po kolei, jak sądzę.
To brzmiało
sensownie, a przynajmniej chciała w to wierzyć. Chwyciła jego dłoń,
pozwalając, by pozwolił jej stać na nogi, chociaż równie dobrze sama mogła się
podnieść. Mocno zacisnęła palce wokół jego własnych, trzymając się go tak
kurczowo, jak tylko było możliwe. Miała wrażenie, że chwila nieuwagi
wystarczyłaby, żeby wszystko zniszczyć, a na to za żadne skarby nie
zamierzała pozwolić.
Nie
potrzebowała zachęty, by ruszyć za nim, kiedy pociągnął ją w stronę
korytarza. Poczuła się dziwnie, kiedy znaleźli się w ciemnościach, te
jednak okazały się o wiele mniej niepokojące, niż mogłaby się tego
spodziewać. Raz po raz wodziła wzrokiem na prawo i lewo, zadziwiona tym,
jak wyraźnie widziała kształt mebli i schodów. Z zaskoczeniem, ale i swego
rodzaju obawą odkryła, że wspomnienie tego, jak czuła się, kiedy znalazła się w tym
miejscu po raz pierwszy, było zamazane i odległe. Nie zmieniało to jednak
faktu, że aż nazbyt wyraźnie widziała różnice. Wcześniej błądziła w mroku,
traktując ciemność jako najgorszego wroga, ale teraz… nareszcie zaczęła z nim
współistnieć.
Nigdy dotąd
wszystko nie było aż tak wyraźne. Bodźce atakowały jej aż nadto wyostrzone
zmysły, aż sama nie była pewna, na czym w pierwszej kolejności powinna się
skupić. Słyszała trzask wciąż płonącego w salonie ogniska i własne,
choć niezwykle delikatne kroki. Czuła zapach palonego drewna, duszącego kurzu i charakterystycznej
dla wampira słodyczy. Widziała drobinki kurzu, kształt mebli czy nawet
niedoskonałości popękanych, wyniszczonych przez czas ścian. A to wszystko w ciemnościach,
zupełnie jakby nagle bez znaczenia stało się to, czy znajdowała się w pełnym
świetle, czy może w miejscu, w którym królował mrok.
Lawrence
wyprowadził ją na zewnątrz, wprost na znajomy trawnik przed domem. Wzięła kilka
głębszych wdechów, zaskoczona świeżością przyjemnie chłodnego, wieczornego
powietrza. Z zaciekawieniem wzniosła twarz ku zachmurzonemu niebu, na
którym mimo wszystko majaczył kształt częściowo przysłonionego księżyca.
Widziała gwiazdy, choć te wydawały się odległe i nieliczne, co uświadomiło
jej, że gdyby wciąż była człowiekiem, wcale nie zdołałaby ich dostrzec.
Gdzieś w oddali
łagodnie szumiały drzewa. Dookoła panowała cisza, ta jednak nie była aż tak
nieprzenikniona jak do tej pory. W pobliskiej gęstwinie nawet o tej
porze tętniło życie, co na swój sposób wydało się Beatrycze pocieszające.
– Ja… –
Znów urwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Spojrzała na
Lawrence’a, przy okazji przekonując się, że ten obserwował ją z niemniejszą
uwagą, co i kiedy jeszcze tkwili w salonie. – Jak długo tu jesteśmy?
– Ponad dwa
dni – stwierdził niemalże beztroskim tonem. Mimo wszystko wiedziała, że to w rzeczywistości
był podenerwowany, ale zdecydowała się tego nie komentować. – Szybko poszło, bo
musiałem… Cóż, wybacz – dodał, nagle przesuwając palcami wyżej, by móc dotknąć
jej nadgarstka.
Potrzebowała
chwili, by zrozumieć, co miał na myśli. To, co wyglądało niemalże jak czułe
pocałunki, którymi obdarzał jej ciało, gdy jeszcze wiła się z bólu… Tak
sądziła. A jednak kiedy spojrzała na swoje odsłonięte ramiona, przekonała
się, że skóra w tamtych miejscach była idealnie gładka, bez choćby śladu
ugryzień. Zauważyłaby, gdyby było inaczej, zwłaszcza że cera okazała się wręcz
nienaturalnie blada.
Wysiliła
się na blady uśmiech, po czym skinęła głową. Ufała mu. Czegokolwiek nie zrobił,
zdecydowanie nie próbował jej skrzywdzić. Nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek
mógł – przynajmniej nie świadomie, bo to, że okazyjnie postępował głupio, było
już najwyraźniej normą.
Cisza,
która między nim zapadła, miała w sobie coś niepokojącego. Beatrycze miała
wrażenie, że Lawrence na coś czekał – i to bynajmniej na nic przyjemnego,
chociaż nie miała pewności, co powinna o tym sądzić.
– Powiedz
mi, bo za chwilę trafi mnie szlag – odezwał się nagle, podnosząc głos i w końcu
przestając udawać, że nad sobą panował. Nagle odsunął się, stajać tuż przed nią
i spoglądając nań niemalże błagalnie. – Powiedziałaś, że tutaj jesteś.
Dlaczego mam wrażenie, że ty…?
– Że
pamiętam? – przerwała mu, bez trudu orientując się do czego zmierzał. Zauważyła,
że drgnął niespokojnie, co utwierdziło ją w przekonaniu, że trafiła w sedno.
– Tak.
Przez
dłuższą chwilę po prostu się w nią wpatrywał.
– Tak? –
powtórzył z niedowierzaniem. – I tylko tyle? Beatrycze…
– To
zabrzmiało tak, jakbyś był rozczarowany – przyznała cicho, starannie dopierając
słowa.
Jeśli do
tej pory był po prostu zszokowany, jej słowa jakimś cudem pogłębiły ten stan.
– Żartujesz
sobie ze mnie, radości? – obruszył się. – Do diabła, nie! Nie, ale… – Zamilkł i z niedowierzaniem
potrząsnął głową. – Beatrycze.
W jakiś
pokrętny sposób to, że ograniczył się do wypowiedzenia jej imienia, wydawało
się właściwe. Bo w tym jednym słowie zawierało się wszystko. Takie
przynajmniej miała wrażenie, szczerze wątpiąc, by istniały jakiekolwiek
wyjaśnienia, które w tym wypadku zabrzmiałyby sensownie. To były tylko
słowa, które nic nie znaczyły. Za to sposób, w jaki Lawrence na nią
patrzył i mówił, znaczyły dla niej dużo więcej, niż cokolwiek innego.
– Więc o to
chodzi? – zapytała wprost, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że chodzi o coś
więcej. – Patrzysz na mnie tak dziwnie…
– Jesteś w szoku,
prawda? – wypalił, a ona spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Może –
przyznała w końcu. To wcale nie byłoby takie dziwne. – Czuję się… dziwnie,
ale… Czy coś w tym złego?
– Nie mam
pojęcia – przyznał z rozbrajającą wręcz szczerością. – Chociaż… Słodka
bogini. A niech to szlag.
– Ciekawy
dobór słów – stwierdziła, a Lawrence prychnął, przez moment wyglądając na
chętnego, by histerycznie się roześmiać.
– To w tym
wszystkim jest według ciebie największym problemem? – zapytał, kolejny raz
wprawiając ją w konsternację.
Obserwowała
go uważnie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że miał problem z tym, żeby
ustać w miejscu. Wyglądał na bliskiego, by zacząć niespokojnie krążyć.
Maska, za którą do tej pory próbował skryć emocje, nagle zniknęła, przy okazji
uświadamiając jej, że L. mimo wszystko długo wytrzymał. Nigdy nie był
cierpliwy, więc to, że zmienił zdanie co do rozmowy, tak po prostu wyrzucając z siebie
kolejne dręczące go pytania, wydało się Beatrycze w pełni normalne.
Pamiętała
go. Miała wrażenie, że teraz mogłaby czytać w nim jak w otwartej
księdze, doskonale rozumiejąc każdą reakcję, gest czy decyzję. Znała go nawet
po tych wszystkich wiekach, bo tak naprawdę nigdy go nie zostawiła. Przez cały
ten czas widziała dość, by zrozumieć – i to nawet wtedy, gdy postępował w sposób,
o który powinna mieć do niego pretensje.
– Jestem
wampirem – oznajmiła, w końcu decydując się te słowa po imieniu. Gwałtowny
dreszcz wstrząsnął jej ciałem, kiedy w końcu w pełni dotarło do niej,
co się wydarzyło. – Masz rację, to o wiele bardziej szokujące niż to, że
nagle mógłbyś zacząć zwracać się do Selene.
Spojrzał na
nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Nagle wydał jej się jeszcze bardziej
wytrącony z równowagi niż wcześniej.
– Bawi cię to?
Zamierzasz mnie teraz dręczyć? – zapytał, w pośpiechu wyrzucając z siebie
kolejne słowa. Miała wrażenie, że tak naprawdę nie oczekiwał odpowiedzi. –
Jasne, zasłużyłem sobie, ale…
– Nie
rozumiem – przerwała mu pośpiesznie.
Jakimś
cudem jego tęczówki pociemniały jeszcze bardziej. Musiała się skupić, by
dostrzec w jego oczach znajome ślady czerwieni.
– Poważnie?
Sama powiedziałaś, że pamiętasz. Ty… Ty tu jesteś. – Brzmiał tak, jakby dopiero
w tamtej chwili zaczynało do niego docierać, co to oznacza. – I pamiętasz.
Pamiętasz wszystko… – Spojrzał na nią wyczekująco. – Więc wciąż czekam, aż
odejdziesz.
– Co
takiego? – zapytała z niedowierzaniem.
Być może w szoku
umykało jej coś istotnego. To było możliwe, zwłaszcza że naprawdę miała problem
z tym, by nadążyć za Lawrence’em. Cokolwiek chodziło mu po głowie, dla
niej pozostawało niejasne, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
– Czy
naprawdę nie rozumiesz, co mam na myśli? Och, Beatrycze… – Zamilkł i już
tylko się w nią wpatrywał. Do czasu. – Oboje wiemy, że popełniłem… całkiem
sporo błędów.
– Ja też –
stwierdziła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Zostawiłam was.
Otworzył i zamknął
usta. Nawet jeśli miał w planach zaprotestować, nie zrobił tego, zbytnio
wytrącony z równowagi jej słowami.
Beatrycze
westchnęła, po czym w pośpiechu mówiła dalej, chcąc wykorzystać okazję.
– Co mam ci
powiedzieć? Mam dać ci w twarz? Wiesz, mogłabym, chociażby za to, że tak
po prostu uciekłeś bez słowa… Znowu. Ale co by mi to dało, skoro nawet nie
poczujesz? – zapytała wprost, ale nie
czekała na odpowiedź. – Czy może oceniać? Nie chcę roli sędziego, jeśli to
sobie wyobrażałeś. Nie chcę… bardzo wielu rzeczy. – Bezradnie rozłożyła ręce. –
Nie wiem, może to głupie. To wszystko jest głupie – dodała, dla podkreślenia
swoich słów machając ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ściągnąłeś
mnie tutaj zza grobu. Na litość Boską, co ja mam ci po tym wszystkim
powiedzieć?!
Zamilkła,
samą siebie zaskakując tym, że jednak podniosła głos. Emocje zaczynały wymykać
jej się spod kontroli, burząc względny spokój, który towarzyszył jej przez cały
ten czas. Nagle poczuła się zmęczona, rozbita i absolutnie niepewna tego,
co działo się wokół niej. Wcześniej zadziwiało ją, że emocje wampirów zmieniały
się ot tak, ale teraz zaczynała to rozumieć, niejako doświadczając tego na własnej
skórze.
Jakby tego
było mało, kolejny raz towarzyszyła im wyłącznie cisza. Patrzyli na siebie nawzajem,
oboje podenerwowani i nie mniej oszołomieni. Beatrycze oddychała szybko i płytko,
co jedynie potęgowało głód. Miała wrażenie, że w ten sposób jedynie
pogarszała sytuację, w rzeczywistości potrzebując wyłącznie czegoś, co
pomogłoby jej ugasić pragnienie.
– Ty
jesteś… po prostu niemożliwa – wymamrotał Lawrence, a ona prychnęła, nie
mogąc się powstrzymać. Tylko tyle miał jej do powiedzenia.
– Ja? – Wsparła
dłonie na biodrach i nachyliła się w jego stronę. – W porządku,
mogę sobie ponarzekać. Po pierwsze, telepaci. Co ty sobie myślałeś, kiedy…?
– Dość! – przerwał
jej speszony, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Cofam,
przynajmniej na razie. Wolałem, kiedy…
– Co?
Uniosła
brwi, spoglądając na niego wyczekująco. Wciąż patrzył na nią z wyraźną
rezerwą, jakby niedowierzając, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Miał powody do
wątpliwości, zresztą tak jak i ona.
Coś w wyrazie
twarzy Lawrence’a momentalnie złagodniało. Przez moment po prostu wpatrywał się
w nią, milczący i skupiony wyłącznie na tym, że stała tuż naprzeciwko
niego.
– To –
powiedział w końcu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co miał na myśli,
nagle zmaterializował się tuż przed nią, wyciągając dłoń ku jej twarzy. Rozluźniła
się, kiedy musnął palcami jej policzek. – Nie zdajesz sobie sprawy, jak za tobą
tęskniłem – oznajmił, a Beatrycze poczuła, że coś ściska ją w gardle,
tym razem nie za sprawą głodu.
– Więc
jestem tutaj – wyszeptała z trudem.
Tylko na
tyle było ją stać, ale to wystarczyło. Przekonała się o tym, gdy tylko Lawrence
znów przygarnął ją do siebie na tyle blisko, by bez przeszkód mógł ją
pocałować. Pozwoliła mu na to, przez krótką chwilę zdolna myśleć wyłącznie o wzajemnej
bliskości, jego dotyku, bijącej od niego słodyczy i…
A potem do
jej płuc wdarł się intensywnie słodki, kuszący zapach i wszystko trafił
szlag.
W jednej
chwili wyprostowała się niczym struna, zupełnie jakby nagle poraził ją prąd.
Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, wyrwała się z objęć obejmującego
ją wampira i – nie czekając na jego reakcję – bez wahania popędziła w swoją
stronę.
Bo w końcu
liczyło się tylko jedno: coś, co nade wszystko chciała dostać. Coś, co należało
do niej…
Cudowna
słodycz, o której dopiero miała się dowiedzieć, że należała do człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz