8 czerwca 2018

Siedem

Beatrycze
Ciszę przerywał wyłącznie łagodny trzask ognia. Trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie nawzajem z takim skupieniem, jakby widzieli się po raz pierwszy. Beatrycze uświadomiła sobie, że drży, co bynajmniej nie miało związku z tym, że w pokoju mogłoby być zimno. Wręcz przeciwnie – czuła bijące od płonącego na palenisku ognia ciepło, a jednak to było jej całkowicie obojętne. Przyjemne, tak, ale nie w takim stopniu, jak jeszcze jakiś czas temu, kiedy jej ciało w jakikolwiek konkretny sposób zareagowałoby na zmiany temperatury.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, uświadamiając sobie, że zdecydowanie zbyt długo tego nie robiła. Najwyraźniej nie musiała, ale to było dziwne. Równie niewłaściwe wydało jej się to, jak długo wstrzymywała oddech, nie czując się z tym nawet w najmniejszym stopniu źle. Oddychała czy nie – co za różnica? To przynajmniej wydawało się sugerować ciało, chociaż jej umysł z uporem podpowiadał jej, że przecież potrzebowała tlenu. Tlen oznaczał życie, prawda?
Cóż, najwyraźniej nie teraz.
Te kwestie, jakkolwiek niepokojące czy dziwne, zeszły gdzieś na dalszy plan. Całą uwagę poświęcała Lawrence’owi, uświadamiając sobie, że jedynym, czego tak naprawdę chciała, było to, żeby w końcu coś powiedział. Cisza doprowadzała ją do szału, być może dlatego, że kojarzyła jej się z stanem, z którego cudem zdołała się wyrwać – z pustką, ciemnością i bólem. Ten ostatni zresztą wciąż gdzieś tam był, dając się Beatrycze we znaki za sprawą coraz silniejszego pragnienia.
No, powiedz coś! Po prostu powiedz!, pomyślała w rozgorączkowany sposób. Otworzyła usta, chcąc sama przerwać ciszę, ale w głowie miała pustkę. Co chwilę coś ją rozpraszało, począwszy od niespójnych myśli, po ciepło ognia, wstrzymywanie oddechu czy znów to, jak niezwykłe wydawało się to, co widziała teraz.
Oraz ten ból. Nieopisane wręcz pragnienie, które…
– Ehm… Przyjdziesz do mnie?
Drgnęła, na powrót skupiając  wzrok na stojącym przed nią nieśmiertelnym. Ten głos… Okazał się taki niepewny, łagodny, ale… na swój sposób zafascynowany. Co więcej wciąż się w nią wpatrywał, tak intensywnie, że aż poczuła się nieswojo.
Zrobiła niepewny krok naprzód, chociaż poruszanie się nie kosztowało ją nawet grama energii. A potem kolejny, tym razem o wiele pewniej.
W następnej sekundzie po prostu wpadła w jego nadstawione ramiona, zamierając, kiedy przygarnął ją do siebie zamykając w silnym, zdecydowanym uścisku.
Wrażenie było takie, jakby wszystko nagle wróciło na swoje miejsce. Ten uścisk był inny niż sposób, w jaki do tej pory czuła się w ramionach Lawrence’a. Już nie czuła chłodu, jego ciało zaś w niczym nie przypominało zimnego marmuru. A jednak pomimo tego jego dotyk okazał się zadziwiająco znajomy, niosąc ze sobą poczucie bezpieczeństwa i spokój, których od tak dawna nie doświadczyła.
Zamknęła oczy, przez moment skupiając się wyłącznie na znajomym, słodkim zapachu. Poczuła, że palce wampira delikatnie wplotły się w jej włosy, raz po raz przeczesując je. Zawsze lubiła, kiedy to robił – i to już dużo wcześniej, zanim…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. Z jej ust wyrwało się coś z pogranicza jęku i szlochu, chociaż nadal nie mogła pozwolić sobie na to, żeby płakać. Jedynym, czego się doczekała, była nieprzyjemna suchość w oczach, ale też to, że Lawrence w pośpiechu odsunął ją na długość wyciągniętych ramion, spoglądając na nią w panice.
– Co się stało? – zapytał i przez moment wydał jej się wręcz przerażony. Spoglądał na nią bezradnie, przez moment wyglądając na chętnego, by jak najszybciej rzucić się do ucieczki. – Beatrycze…
To było niczym impuls, któremu po prostu się poddała. Wyciągnęła ręce przed siebie, układając dłonie na jego twarzy. W pośpiechu przesunęła się bliżej, wpatrując w mężczyznę tak intensywnie, że aż dziwne było, że obraz nie zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Najwyraźniej to nowe ciało nie znało tego rodzaju słabości, ale praktycznie nie zwróciła na to uwagi. W tamtej chwili liczyło się przede wszystko to, że był tuż przy niej – a ona w końcu mogła spojrzeć na niego w pełni świadomy sposób, bo… pamiętała.
W końcu rozumiała wszystko.
Czuła, że powinna coś powiedzieć – jakkolwiek go uświadomić – ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów. Po prostu stała, spazmatycznie chwytając zbędny jej do normalnego funkcjonowania oddech, roztrzęsiona przy tym tak bardzo, że ledwo mogła nad sobą panować.
Mniej więcej wtedy doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale nie musiała nic mówić. Jej ciało zareagowało absolutnie machinalnie, Beatrycze zaś w pośpiechu przesunęła się na tyle, by móc wpić się wargami w jego usta. Wyczuła, że zesztywniał, co najmniej zaskoczony, to trwało jedynak zaledwie ułamek sekundy. W następnej chwili przygarnął ją do siebie, reagując na pieszczotę z niemniejszym zaangażowaniem co i to, które sama odczuwała.
Wszystko działo się bardzo szybko. Dawno nie doświadczyła czegoś takiego, nawet kiedy całowali się po raz pierwszy od jej powrotu do życia. Tym razem było inaczej, ona zaś doskonale wiedziała, dlaczego go pragnęła. To był ten rodzaj tęsknoty, który niezmiennie rozrywał jej serce, gdy jeszcze przebywała w świecie stworzonym przez Ciemność, mogąc co najwyżej bezradnie obserwować tych, którzy byli dla niej ważni. W końcu mogła spożytkować te uczucia – dać im drogę ujścia w sposób, o którym sądziła, że już więcej nie będzie możliwy.
Cicho jęknęła, z zaskoczeniem przekonując się, że straciła równowagę. Nie miała pojęcia, czy w jej stanie powinno być to możliwe, ale nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Liczyło się to, że nagle znów wylądowała na kanapie, co było o tyle praktyczne, że mogła pozwolić, by Lawrence przesunął się jeszcze bliżej. Pozwoliła mu na to z niejaką ulgą, w końcu nie musząc zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie zrobi jej krzywdy. On również nie musiał się tego obawiać i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a przynajmniej to sugerował sposób, w jaki na nią naparł, nagle po prostu przyciskając ją do materaca.
– Beatrycze…?
To przypominało bardziej warkniecie niż konkretne słowo. Co więcej, to było pytanie i chociaż L. nie dodał niczego więcej, zrozumiała je doskonale.
– Jestem tutaj – stwierdziła, ledwo tylko pozwolił jej złapać oddech. – W końcu jestem.
Jego oczy rozszerzyły się i to wystarczyło, by nabrała pewności, że zrozumiał. Ciemne tęczówki przenikały ją na wskroś, w pełni skupione na niej. Niedowierzał, być może bojąc się, że nagle wszystko zniknie. Nie dziwiła mu się, bo to było prawie jak sen – jakże nierealne, gwałtowne i… doskonałe.
Prawie.
Zacisnęła usta, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na wciąż dające jej się we znaki pragnienie. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc, żeby Lawrence zauważył, że cokolwiek mogłoby być nie tak, ale oszukanie go okazało się niemożliwe.
– No, tak… – Odchrząknął, po czym w pośpiechu odsunął się od niej. Ledwo powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. – Mogłem to przewidzieć.
– Co takiego? Zrobiłam coś nie tak? – zaniepokoiła się. Skoncentrowanie się na czymkolwiek okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Wampir spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Ty? Bez żartów – obruszył się. – To, co czujesz… jest w pełni normalne – dodał, a kiedy spojrzała na niego z powątpiewaniem, westchnął przeciągle. – Pragnienie.
– Och…
Usiadła, z braku lepszych pomysłów zakładając ramiona na piersi. Gardło znów zaczęło ją palić, bardziej intensywnie niż do tej pory. Z drugiej strony, może wszystko sprowadzało się do tego, że teraz myślała o głodzie, dużej nie potrafiąc go ignorować. To bolało, chociaż wciąż pozostawało zaledwie cieniem porażającego jej ciało cierpienia, w którym trwała przez ostatni czas.
Było tak wiele kwestii, o które chciała zapytać. Musieli porozmawiać, mając sobie do powiedzenia więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała o tym, a jednak przez pragnienie mogła myśleć tylko o jednym – o sposobie, w jaki mogłaby choć po części umniejszyć wciąż dające jej się we znaki palenie.
– Chodź. – Lawrence nagle poderwał się na równe nogi, znaczącym gestem wyciągając ku niej rękę. – Przejdziemy się.
– Ale… – zaczęła, po czym urwała, podchwyciwszy jego spojrzenie.
– Wszystko po kolei, jak sądzę.
To brzmiało sensownie, a przynajmniej chciała w to wierzyć. Chwyciła jego dłoń, pozwalając, by pozwolił jej stać na nogi, chociaż równie dobrze sama mogła się podnieść. Mocno zacisnęła palce wokół jego własnych, trzymając się go tak kurczowo, jak tylko było możliwe. Miała wrażenie, że chwila nieuwagi wystarczyłaby, żeby wszystko zniszczyć, a na to za żadne skarby nie zamierzała pozwolić.
Nie potrzebowała zachęty, by ruszyć za nim, kiedy pociągnął ją w stronę korytarza. Poczuła się dziwnie, kiedy znaleźli się w ciemnościach, te jednak okazały się o wiele mniej niepokojące, niż mogłaby się tego spodziewać. Raz po raz wodziła wzrokiem na prawo i lewo, zadziwiona tym, jak wyraźnie widziała kształt mebli i schodów. Z zaskoczeniem, ale i swego rodzaju obawą odkryła, że wspomnienie tego, jak czuła się, kiedy znalazła się w tym miejscu po raz pierwszy, było zamazane i odległe. Nie zmieniało to jednak faktu, że aż nazbyt wyraźnie widziała różnice. Wcześniej błądziła w mroku, traktując ciemność jako najgorszego wroga, ale teraz… nareszcie zaczęła z nim współistnieć.
Nigdy dotąd wszystko nie było aż tak wyraźne. Bodźce atakowały jej aż nadto wyostrzone zmysły, aż sama nie była pewna, na czym w pierwszej kolejności powinna się skupić. Słyszała trzask wciąż płonącego w salonie ogniska i własne, choć niezwykle delikatne kroki. Czuła zapach palonego drewna, duszącego kurzu i charakterystycznej dla wampira słodyczy. Widziała drobinki kurzu, kształt mebli czy nawet niedoskonałości popękanych, wyniszczonych przez czas ścian. A to wszystko w ciemnościach, zupełnie jakby nagle bez znaczenia stało się to, czy znajdowała się w pełnym świetle, czy może w miejscu, w którym królował mrok.
Lawrence wyprowadził ją na zewnątrz, wprost na znajomy trawnik przed domem. Wzięła kilka głębszych wdechów, zaskoczona świeżością przyjemnie chłodnego, wieczornego powietrza. Z zaciekawieniem wzniosła twarz ku zachmurzonemu niebu, na którym mimo wszystko majaczył kształt częściowo przysłonionego księżyca. Widziała gwiazdy, choć te wydawały się odległe i nieliczne, co uświadomiło jej, że gdyby wciąż była człowiekiem, wcale nie zdołałaby ich dostrzec.
Gdzieś w oddali łagodnie szumiały drzewa. Dookoła panowała cisza, ta jednak nie była aż tak nieprzenikniona jak do tej pory. W pobliskiej gęstwinie nawet o tej porze tętniło życie, co na swój sposób wydało się Beatrycze pocieszające.
– Ja… – Znów urwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Spojrzała na Lawrence’a, przy okazji przekonując się, że ten obserwował ją z niemniejszą uwagą, co i kiedy jeszcze tkwili w salonie. – Jak długo tu jesteśmy?
– Ponad dwa dni – stwierdził niemalże beztroskim tonem. Mimo wszystko wiedziała, że to w rzeczywistości był podenerwowany, ale zdecydowała się tego nie komentować. – Szybko poszło, bo musiałem… Cóż, wybacz – dodał, nagle przesuwając palcami wyżej, by móc dotknąć jej nadgarstka.
Potrzebowała chwili, by zrozumieć, co miał na myśli. To, co wyglądało niemalże jak czułe pocałunki, którymi obdarzał jej ciało, gdy jeszcze wiła się z bólu… Tak sądziła. A jednak kiedy spojrzała na swoje odsłonięte ramiona, przekonała się, że skóra w tamtych miejscach była idealnie gładka, bez choćby śladu ugryzień. Zauważyłaby, gdyby było inaczej, zwłaszcza że cera okazała się wręcz nienaturalnie blada.
Wysiliła się na blady uśmiech, po czym skinęła głową. Ufała mu. Czegokolwiek nie zrobił, zdecydowanie nie próbował jej skrzywdzić. Nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek mógł – przynajmniej nie świadomie, bo to, że okazyjnie postępował głupio, było już najwyraźniej normą.
Cisza, która między nim zapadła, miała w sobie coś niepokojącego. Beatrycze miała wrażenie, że Lawrence na coś czekał – i to bynajmniej na nic przyjemnego, chociaż nie miała pewności, co powinna o tym sądzić.
– Powiedz mi, bo za chwilę trafi mnie szlag – odezwał się nagle, podnosząc głos i w końcu przestając udawać, że nad sobą panował. Nagle odsunął się, stajać tuż przed nią i spoglądając nań niemalże błagalnie. – Powiedziałaś, że tutaj jesteś. Dlaczego mam wrażenie, że ty…?
– Że pamiętam? – przerwała mu, bez trudu orientując się do czego zmierzał. Zauważyła, że drgnął niespokojnie, co utwierdziło ją w przekonaniu, że trafiła w sedno. – Tak.
Przez dłuższą chwilę po prostu się w nią wpatrywał.
– Tak? – powtórzył z niedowierzaniem. – I tylko tyle? Beatrycze…
– To zabrzmiało tak, jakbyś był rozczarowany – przyznała cicho, starannie dopierając słowa.
Jeśli do tej pory był po prostu zszokowany, jej słowa jakimś cudem pogłębiły ten stan.
– Żartujesz sobie ze mnie, radości? – obruszył się. – Do diabła, nie! Nie, ale… – Zamilkł i z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Beatrycze.
W jakiś pokrętny sposób to, że ograniczył się do wypowiedzenia jej imienia, wydawało się właściwe. Bo w tym jednym słowie zawierało się wszystko. Takie przynajmniej miała wrażenie, szczerze wątpiąc, by istniały jakiekolwiek wyjaśnienia, które w tym wypadku zabrzmiałyby sensownie. To były tylko słowa, które nic nie znaczyły. Za to sposób, w jaki Lawrence na nią patrzył i mówił, znaczyły dla niej dużo więcej, niż cokolwiek innego.
– Więc o to chodzi? – zapytała wprost, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że chodzi o coś więcej. – Patrzysz na mnie tak dziwnie…
– Jesteś w szoku, prawda? – wypalił, a ona spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Może – przyznała w końcu. To wcale nie byłoby takie dziwne. – Czuję się… dziwnie, ale… Czy coś w tym złego?
– Nie mam pojęcia – przyznał z rozbrajającą wręcz szczerością. – Chociaż… Słodka bogini. A niech to szlag.
– Ciekawy dobór słów – stwierdziła, a Lawrence prychnął, przez moment wyglądając na chętnego, by histerycznie się roześmiać.
– To w tym wszystkim jest według ciebie największym problemem? – zapytał, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
Obserwowała go uważnie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że miał problem z tym, żeby ustać w miejscu. Wyglądał na bliskiego, by zacząć niespokojnie krążyć. Maska, za którą do tej pory próbował skryć emocje, nagle zniknęła, przy okazji uświadamiając jej, że L. mimo wszystko długo wytrzymał. Nigdy nie był cierpliwy, więc to, że zmienił zdanie co do rozmowy, tak po prostu wyrzucając z siebie kolejne dręczące go pytania, wydało się Beatrycze w pełni normalne.
Pamiętała go. Miała wrażenie, że teraz mogłaby czytać w nim jak w otwartej księdze, doskonale rozumiejąc każdą reakcję, gest czy decyzję. Znała go nawet po tych wszystkich wiekach, bo tak naprawdę nigdy go nie zostawiła. Przez cały ten czas widziała dość, by zrozumieć – i to nawet wtedy, gdy postępował w sposób, o który powinna mieć do niego pretensje.
– Jestem wampirem – oznajmiła, w końcu decydując się te słowa po imieniu. Gwałtowny dreszcz wstrząsnął jej ciałem, kiedy w końcu w pełni dotarło do niej, co się wydarzyło. – Masz rację, to o wiele bardziej szokujące niż to, że nagle mógłbyś zacząć zwracać się do Selene.
Spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Nagle wydał jej się jeszcze bardziej wytrącony z równowagi niż wcześniej.
– Bawi cię to? Zamierzasz mnie teraz dręczyć? – zapytał, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. Miała wrażenie, że tak naprawdę nie oczekiwał odpowiedzi. – Jasne, zasłużyłem sobie, ale…
– Nie rozumiem – przerwała mu pośpiesznie.
Jakimś cudem jego tęczówki pociemniały jeszcze bardziej. Musiała się skupić, by dostrzec w jego oczach znajome ślady czerwieni.
– Poważnie? Sama powiedziałaś, że pamiętasz. Ty… Ty tu jesteś. – Brzmiał tak, jakby dopiero w tamtej chwili zaczynało do niego docierać, co to oznacza. – I pamiętasz. Pamiętasz wszystko… – Spojrzał na nią wyczekująco. – Więc wciąż czekam, aż odejdziesz.
– Co takiego? – zapytała z niedowierzaniem.
Być może w szoku umykało jej coś istotnego. To było możliwe, zwłaszcza że naprawdę miała problem z tym, by nadążyć za Lawrence’em. Cokolwiek chodziło mu po głowie, dla niej pozostawało niejasne, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
– Czy naprawdę nie rozumiesz, co mam na myśli? Och, Beatrycze… – Zamilkł i już tylko się w nią wpatrywał. Do czasu. – Oboje wiemy, że popełniłem… całkiem sporo błędów.
– Ja też – stwierdziła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Zostawiłam was.
Otworzył i zamknął usta. Nawet jeśli miał w planach zaprotestować, nie zrobił tego, zbytnio wytrącony z równowagi jej słowami.
Beatrycze westchnęła, po czym w pośpiechu mówiła dalej, chcąc wykorzystać okazję.
– Co mam ci powiedzieć? Mam dać ci w twarz? Wiesz, mogłabym, chociażby za to, że tak po prostu uciekłeś bez słowa… Znowu. Ale co by mi to dało, skoro nawet nie poczujesz?  – zapytała wprost, ale nie czekała na odpowiedź. – Czy może oceniać? Nie chcę roli sędziego, jeśli to sobie wyobrażałeś. Nie chcę… bardzo wielu rzeczy. – Bezradnie rozłożyła ręce. – Nie wiem, może to głupie. To wszystko jest głupie – dodała, dla podkreślenia swoich słów machając ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ściągnąłeś mnie tutaj zza grobu. Na litość Boską, co ja mam ci po tym wszystkim powiedzieć?!
Zamilkła, samą siebie zaskakując tym, że jednak podniosła głos. Emocje zaczynały wymykać jej się spod kontroli, burząc względny spokój, który towarzyszył jej przez cały ten czas. Nagle poczuła się zmęczona, rozbita i absolutnie niepewna tego, co działo się wokół niej. Wcześniej zadziwiało ją, że emocje wampirów zmieniały się ot tak, ale teraz zaczynała to rozumieć, niejako doświadczając tego na własnej skórze.
Jakby tego było mało, kolejny raz towarzyszyła im wyłącznie cisza. Patrzyli na siebie nawzajem, oboje podenerwowani i nie mniej oszołomieni. Beatrycze oddychała szybko i płytko, co jedynie potęgowało głód. Miała wrażenie, że w ten sposób jedynie pogarszała sytuację, w rzeczywistości potrzebując wyłącznie czegoś, co pomogłoby jej ugasić pragnienie.
– Ty jesteś… po prostu niemożliwa – wymamrotał Lawrence, a ona prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Tylko tyle miał jej do powiedzenia.
– Ja? – Wsparła dłonie na biodrach i nachyliła się w jego stronę. – W porządku, mogę sobie ponarzekać. Po pierwsze, telepaci. Co ty sobie myślałeś, kiedy…?
– Dość! – przerwał jej speszony, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Cofam, przynajmniej na razie. Wolałem, kiedy…
– Co?
Uniosła brwi, spoglądając na niego wyczekująco. Wciąż patrzył na nią z wyraźną rezerwą, jakby niedowierzając, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Miał powody do wątpliwości, zresztą tak jak i ona.
Coś w wyrazie twarzy Lawrence’a momentalnie złagodniało. Przez moment po prostu wpatrywał się w nią, milczący i skupiony wyłącznie na tym, że stała tuż naprzeciwko niego.
– To – powiedział w końcu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co miał na myśli, nagle zmaterializował się tuż przed nią, wyciągając dłoń ku jej twarzy. Rozluźniła się, kiedy musnął palcami jej policzek. – Nie zdajesz sobie sprawy, jak za tobą tęskniłem – oznajmił, a Beatrycze poczuła, że coś ściska ją w gardle, tym razem nie za sprawą głodu.
– Więc jestem tutaj – wyszeptała z trudem.
Tylko na tyle było ją stać, ale to wystarczyło. Przekonała się o tym, gdy tylko Lawrence znów przygarnął ją do siebie na tyle blisko, by bez przeszkód mógł ją pocałować. Pozwoliła mu na to, przez krótką chwilę zdolna myśleć wyłącznie o wzajemnej bliskości, jego dotyku, bijącej od niego słodyczy i…
A potem do jej płuc wdarł się intensywnie słodki, kuszący zapach i wszystko trafił szlag.
W jednej chwili wyprostowała się niczym struna, zupełnie jakby nagle poraził ją prąd. Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, wyrwała się z objęć obejmującego ją wampira i – nie czekając na jego reakcję – bez wahania popędziła w swoją stronę.
Bo w końcu liczyło się tylko jedno: coś, co nade wszystko chciała dostać. Coś, co należało do niej…
Cudowna słodycz, o której dopiero miała się dowiedzieć, że należała do człowieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa